środa, 28 czerwca 2023

Logika nie jest taka straszna

 „Logika: krótkie wprowadzenie” – Graham Priest

W rzeczywistości książka nosi tytuł „Logic: A Very Short Introduction”, a więc „bardzo krótkie wprowadzenie”, ale widać polski wydawca uznał taki tytuł za zbyt długi. Jest to jednocześnie tytuł wielotomowej serii, dotyczącej dziesiątków zagadnień naukowych. „Logika” jest trzydziestym drugim tomem z tego cyklu. Za wyjątkowo interesujące, może nawet intrygujące, uważam „Antysemityzm: Bardzo krótkie wprowadzenie”, „Ateizm”, „Umysł”, „Prawa zwierząt”. Według dawnych dobrych i rzetelnych standardów jest to literatura popularno-naukowa; może nawet odrobinę bardziej naukowa niż popularna, ale to zależeć będzie od przygotowania czytelnika w tej konkretnej dziedzinie. Pamiętam jak przez mgłę „Logikę praktyczną” Ziembińskiego i nie są to wspomnienia zbyt dobre. Dlatego po propozycję Priesta, profesora filozofii w Nowym Jorku, sięgałem z pewnym wahaniem.

Początki logiki sięgają IV w. p.n.e. Starszymi od niej naukami są tylko matematyka i filozofia, z którymi zresztą logika jest mocno związana. „Logika” Grahama Priesta nie jest podręcznikiem do logiki – na 170 stronach nie dałoby się czegoś takiego zrobić. Autor stara się zaprezentować czytelnikowi źródła logiki, tkwiące głęboko w filozofii, a przy okazji przybliżyć nieco laikom logikę formalną.

Książka, nie licząc wstępów, spisu ilustracji, słowniczka, rozwiązania zadań, indeksów itd., składa się z piętnastu rozdziałów zawierających problem filozoficzny albo zagadkę logiczną. Nie zawsze kończą się one jednoznacznym i standardowym rozwiązaniem, bo – jak twierdzi autor: „Moim celem jest zachęcić Cię do zastanowienia się, jak Ty to widzisz”[1].

Rozdziałami, które szczególnie mnie zainteresowały, już podczas przeglądania spisu treści, były: „”Stop! Co idzie?”, „Teoria decyzji: wielkie oczekiwania”, „Konieczność i możliwość: czy to, co będzie, musi być?”, „Może to i prawda, ale nie możesz tego udowodnić”. Z czasem okazało się, że taka powierzchowna ocena potrafi być zwodnicza, ale to – jak sądzę – jest kwestią indywidualnego odbioru.

Bywają w książce rozważania proste i ciekawe, na przykład: „”…jeśli istnieje rzecz, która jest przyczyną wszystkiego, to z pewnością każda rzecz, która istnieje, ma jakąś przyczynę. Ale jeśli każda rzecz ma jakąś przyczynę, to z tego nie wynika, że jedna i ta sama rzecz jest przyczyną wszystkiego. (Porównaj z tym: każdy ma matkę, ale z tego nie wynika, że istnieje ktoś, kto jest matką wszystkich.)”[2]. Pojawiają się w książce stwierdzenia paradoksalne, albo takie sprawiające wrażenie, bo i jak „rozgryźć” zdanie – to zdanie, które właśnie wypowiadam, jest fałszywe – to prawda czy fałsz? A jak to możliwe, że Wstęga Möbiusa ma tylko jedną stronę, nie ma w niej podziału na wnętrze i zewnętrze? Otóż tak samo jest z tym dziwnym zdaniem.

Takie to właśnie, i podobne, rozważania znaleźć można w „Logice” Grahama Priesta. Nie twierdzę, że wszystkie wywody i dowody w niej zawarte w pełni rozumiem, i choć to (bardzo) krótkie wprowadzenie, to niektóre przekraczały moje możliwości intelektualne albo wymagałyby więcej czasu, niż chciałem na nie przeznaczyć. Za najciekawsze, zapewne z powodu odwołania do Sherlocka Holmesa, uznaję treści dotyczące mocy argumentów indukcyjnych, bo może się okazać, że choć przesłanki są prawdziwe – przynajmniej w pewnej sytuacji – wniosek może okazać się fałszywy.

Na pewno nie jest to pozycja dla każdego, ale czasem dobrze jest wiedzieć, że mówiąc „to jest zupełnie nielogiczne” albo „biorąc na logikę”, czy używając podobnych sformułowań, nie robimy z siebie durniów.



---
[1] Graham Priest, „Logika: krótkie wprowadzenie”, przekład Elżbieta Drozdowska, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2023, s. 9.
[2] Tamże, s. 35.



Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.


niedziela, 25 czerwca 2023

Ploteczki i sensacyjki z PRL

 „Kobiety władzy PRL” – Sławomir Koper

 Teoretycznie Polska Ludowa powstała 22 lipca 1944 roku, a była to data ogłoszenia manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, natomiast zakończyła swoje istnienie 4 czerwca 1989 r. – w dniu pierwszych wolnych wyborów w Polsce. Wolnych przynajmniej częściowo. Więc PRL, to około czterdzieści pięć lat. Jeśli ktoś pisze, że taki szmat czasu, to samo zło albo samo dobro, nie jest historykiem, ale propagandystą, starającym się podlizać władzy – takiej lub innej – albo po prostu frustratem niezdolnym do zdystansowania się od swoich prywatnych przekonań. 

W tekście od autora znalazłem takie oto stwierdzenie: Dla współczesnego czytelnika Polska Ludowa wydaje się epoką szarą i ubogą. Powodów do radości faktycznie, specjalnie nie było, nie można jednak zapominać o jej osiągnięciach. Likwidacja analfabetyzmu wraz z industrializacją kraju zaowocowały nieprawdopodobnym skokiem kulturowym. Literatura, teatr, kino czy sztuki plastyczne przestały być domeną elity. Do tego doszło jeszcze nieprawdopodobne bogactwo talentów w każdej dziedzinie życia. I chociaż twórcy zmagali się z różnymi ograniczeniami, to jednak powstawały dzieła wybitne. Krzysztof Zanussi, Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski, Witold Lutosławski, Krzysztof Penderecki, Edward Stachura, Zdzisław Beksiński, Jerzy Duda- Gracz, Kazimierz Dejmek, Wisława Szymborska, Agnieszka Osiecka, Wojciech Młynarski, Gustaw Holoubek, Tadeusz Łomnicki, Daniel Olbrychski – podobną listę można ciągnąć bez końca. 

Mogłoby ono świadczyć o obiektywizmie autora, Sławomira Kopera. Jednak z tytułem było już gorzej. Szybko przejrzałem spis treści i już wiedziałem, że tytuł, to cwaniacka manipulacja, a to – już na starcie – obniżyło wiarygodność książki i autora. W czasach PRL władzę sprawowali mężczyźni: Bierut, Gomółka, Gierek, Jaruzelski, Jaroszewicz, Ochab, Kania, Rakowski, ale kobiety? A niby które z nich sprawowały w PRL realną władzę? Uczciwszym tytułem byłyby, na przykład, „Wpływowe kobiety PRL”, ale i to nie byłoby rozwiązaniem idealnym. 

Nie jest dla mnie w pełni zrozumiałe, na bazie jakich kryteriów, autor dokonał takiego, a nie innego wyboru bohaterek. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, Nina Andrycz, Wanda Wiłkomirska, Elżbieta Kępińska, Anna Iwaszkiewicz, Janina Górzyńska, Zofia Gomułka, Stasia Gierek, ale też Małgorzata Fornalska Julia Brystygier (znana też jako „krwawa Luna”) i Wanda Wasilewska, tak zakochana w komunizmie, że stała się obywatelką ZSRR, Wandą Lwowną itd. Jednak Koper zapowiedział, że o tych paniach, których tutaj zabrakło, wkrótce napisze nową książkę. Jeśli takowa powstanie, ja raczej po nią nie sięgnę. 

„Kobiety władzy PRL” mocno mnie rozczarowały. Może dlatego, że naiwnie oczekiwałem książki naukowej lub popularnonaukowej, historycznej, a dostałem zbiór pikantnych plotek, nieudokumentowanych poważnymi, naukowymi źródłami. Są to informacje typu: jak młody przystojny mężczyzna może szybko zrobić karierę? Przez łóżko Nałkowskiej albo… Iwaszkiewicza. Zresztą, jego związkom homoseksualnym i innym, bo był biseksualny, Koper poświęcił sporo miejsca.

Zaletą książki jest to, że szybko i lekko się ją czyta oraz fakt, że czasem zawiera też ona pewne treści dotyczące przedwojennej i powojennej historii Polski. Jeśli ktoś szuka sensacyjek i ploteczek, to na pewno mu się Koper spodoba.

sobota, 17 czerwca 2023

Nie każda matka kocha dzieci!

 „Nasze małe okrucieństwa” – Liz Nugent

Psychologiczny dramat rodzinny z elementami sensacji zaczyna się nieco infantylnie: „W pogrzebie uczestniczyli wszyscy trzej bracia Drumm, ale jeden z nas był w trumnie”*, ale bez tej zapowiedzi (że ktoś straci życie) do połowy powieści nie miałbym pojęcia, że „Nasze małe okrucieństwa” to coś więcej niż umiarkowanie ciekawa historia społeczno-obyczajowa o dysfunkcyjnej rodzinie.

Irlandia, Dublin – choć nie tylko. O swojej specyficznej rodzinie opowiadają na zmianę bracia Drumm. Kolejne rozdziały nie są ułożone chronologicznie, ale przynajmniej wiadomo, jakiego roku dotyczy ta konkretna relacja. Jednak, który z braci jest jej autorem, trzeba się domyślić, co zwykle nie jest specjalnie trudne, ale bywa z tym różnie.

Najbardziej normalny z tej rodziny wydaje się ojciec chłopaków i pewnie dlatego nawet oni, w wieku lat kilkunastu, zaczynają nim gardzić. Pozornie pantoflarz, niby nie zwraca uwagi na częste zdrady żony, jest odpowiedzialny, opiekuje się dziećmi, dba o synów, przyzwoity człowiek po prostu, choć może się wydawać mało ekscytujący. Starszy od żony o piętnaście lat.
Melissa, matka, egoistyczna, narcystyczna i egocentryczna; nieustannie robi krzywdę synom i mężowi – złośliwości, aluzje, drwiny, szyderstwa, pogarda, nieustanna krytyka ich postaw, zachowań, pasji, zainteresowań. To takie zbrodnie w białych rękawiczkach.
Will Drumm, najstarszy – zafascynowany branżą filmową, od pewnego momentu znany producent, milioner.
Luke Drumm – alkoholik, narkoman, przejawia znaczne zaburzenia psychiczne. Do czasu był światową gwiazdą muzyki pop, ale gust słuchaczy się zmienia, podobnie jak i moda, a tragiczny spadek niegdysiejszej sławy i popularności zdecydowanie nie sprzyja jego kondycji umysłowej.
Brian Drumm – kiepski nauczyciel, pracujący w zawodzie tylko czasami i niezbyt długo. W rodzinie robi za opiekuna i menadżera Luke’a, ale w sumie bezwzględnie go wykorzystuje. Kanalia i szuja.

Zanim zrobi się sensacyjnie, w powieści przedstawiono rozliczne konsekwencje, jakie dotknęły braci w dzieciństwie, ale zwłaszcza w ich dorosłym już życiu, z powodu wychowania przez patologiczną matę i słabego ojca. To typowy przykład DDD – Dorosłych Dzieci z rodziny Dysfunkcyjnej. A przerażające jest to, że w ich domu, nie działy się w sumie jakieś straszne patologie. To nie była melina narkomańska, rodzice nie byli przestępcami, ani sadystami. Zwyczajna rodzina, dom jakich wiele… niestety.

Na koniec czytelnik dowiaduje się (wreszcie!!!), kto zginął, w jaki sposób i dlaczego, ale zupełnie nie powala to na kolana. Skoro zaczyna się powieść od pogrzebu, to trzeba w końcu napisał, kogo chowano i z jakiego powodu.



---
* Liz Nugent, „Nasze małe okrucieństwa”, przeł. Mariusz Rulski-Bożek, wyd. Wielka Litera, 2022, s. 9.


czwartek, 8 czerwca 2023

Amerykański Sherlock Holmes

 „Ostrze Darwina” – Dan Simmons

Powieść sensacyjna, prawnicza, kryminalna, ale przede wszystkim nietuzinkowa. Bardzo cenię autorów, którzy miewają nowatorskie, oryginalne pomysły, wymyślają coś, czego jeszcze nie było w tysiącach innych książek.
Dan Simmons głównym bohaterem „Ostrza Darwina” uczynił doktora fizyki, byłego snajpera, byłego śledczego Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, Darwina Minora, którego przyjaciele nazywają po prostu Dar. Obecnie Darwin pracuje jako specjalista od rekonstrukcji wypadków dla Lawrence’a i Trudy Stewart, zajmujących się oszustwami ubezpieczeniowymi. Dar Minor jest człowiekiem zamożnym, nie potrzebuje pracować zawodowo, a dla Lawrence’a, na którego wszyscy wołają Larry, co go bardzo złości, i Trudy, pracuje, bo ich lubi.

Zawodowe doświadczenie Minora, nazwane przez niego i przyjaciół Ostrzem Darwina, nauczyło go, że wśród równorzędnych przyczyn najczęstszą jest zwykle głupota. To miała być parafraza prawa innego Darwina.

„Ostrze Darwina” przypomina mi opowiadania Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie i jego metodzie dedukcyjnej, dzięki której od niechcenia rozwiązywał większość zagadek kryminalnych. Dar pracuje podobnie. Tu się przejdzie, tam poskrobie, kawałek dalej poogląda asfalt i sąsiadujący z szosą trawnik, powącha jakiś śmieć, by ostatecznie orzec, że do wypadku doszło z powodu cukrzycy kierowcy w połączeniu z niesprawnym schowkiem na rękawiczki jego samochodu, a tak w ogóle, chodziło o próbę wyłudzenia odszkodowania przez żonę tragicznie zmarłego kierowcy.

Praca Darwina często wygląda w taki sposób:
Ponieważ furgonetka hamowała, wartość a musi być ujemna. Furgonetka Gennie hamowała przez czterdzieści metrów. A zatem wstawmy po prostu wartości w równanie prędkości początkowej:
vi = √02-2(-0/79)(32,2)(132)
vi = 82 stopy/sekundę = 55,7 mil/godzinę = 82,6 km/h
W ten sam sposób można ustalić prędkość furgonetki hamującej, skoro wiemy, że droga hamowania wyniosła dziewięć metrów. Jedyną wartością, która się zmienia, jest wartość odległości, czyli d. Zatem nasze równanie będzie teraz wyglądać tak:
vi = √vez – 2ad
vi = √02-2(-0/79)(32,2)(66)
Vi = 38,4 stopy/sekundę = 26 mil/godzinę = 41,8 km/h
Tak zatem wyglądała prędkość furgonetki podczas uderzenia. Tę samą wartość przybrała wtedy prędkość ciała pana Kodiaka, gdy w wyniku trafienia zostało ono wyrzucone w powietrze. Tak a propos równanie to działa dla furgonetek o wysokich przodach, a nie będzie pasować do większości mniejszych samochodów.

Jednak właściwa akcja powieści zaczyna się w chwili zamachu na życie Darwina Minora. Na autostradzie zaczynają do niego strzelać, jak się później okazuje, członkowie rosyjskiej mafii. Po długim i bardzo niebezpiecznym pościgu Minorowi udaje się ujść z życiem, ale nasłani na niego zabójcy giną w kraksie samochodowej. Zajście, przez jakiś czas, rejestrował obecny w pobliżu helikopter jednej z lokalnych stacji telewizyjnych.
Wprawdzie Acura NSX, sportowo-wyścigowe auto Minora, zostało podziurawione kulami, a we wraku samochodu zabójców znaleziono broń, ale to Minorowi grozi, przynajmniej teoretycznie, oskarżenie o spowodowanie zajścia, niebezpieczną jazdę, stworzenie zagrożenia itd. (dziwna ta Ameryka), Jednak najważniejsze wydaje się pytanie, kto i dlaczego próbował go zabić?

Śledztwo w sprawie zajścia prowadzi prokurator Sydney Olson do spółki z Darem Minorem; między tą parą wkrótce zaczyna „iskrzyć”. Sydney i Dar korzystają z pomocy i współdziałają z Departamentem Policji San Diego, LAPD, kalifornijską policją drogową, FBI i innymi stosownymi urzędami i instytucjami, bo sprawa komplikuje się i rozrasta coraz bardziej, tym bardziej, że wkrótce następuje kolejny zamach na jego życie. Tym razem chodziło o snajpera, który z powodu kiepskiej pogody nie zorientował się, że celuje nie do Minora, ale do jego odbicia w lustrze. I nie ulega już wątpliwości, że chodzi o spisek daleko poważniejszy i lepiej zorganizowany niż mafia węgierska, wietnamska, włoska i grecka razem wzięte.

To podobieństwo do sposobu pracy Sherlocka Holmesa, to w sumie jedyny plus tej powieści. Naprawdę świetnie się czyta o metodach dedukcji pewnego siebie Darwina Minora, ale w powieści za dużo jest kwestii czysto technicznych, za dużo instytucji, organizacji i agencji, pełniących przeróżne funkcje i reprezentowanych przez dziesiątki osób, których nazwisk nie byłem w stanie spamiętać. Wreszcie dygresje i dygresje do dygresji. Aktualna sprawa, związana z wyłudzaniem odszkodowań, to jakieś czterdzieści procent książki, a reszta, to wspomnienia z przeszłości Minora oraz wielu spraw, w których uczestniczył, często wraz z Larrym (Lawrencem). Katastrofa wahadłowca Challenger, na przykład. W badaniu wraku Minor uczestniczył osobiście i kiedy odkrył niewygodną prawdę, agencje rządowe szybko się go pozbyły. Zagadkę śmierci lady Di Darwin Minor rozwiązał z przyjacielem, siedząc przed telewizorem i obserwując na bieżąco relację z tragicznego wypadku. Takie wstawki byłyby nawet ciekawe, ale w pewnym momencie zrobiło się ich po prostu za dużo. Ostatecznie: powieść niezła, ale od połowy staje się już męcząca.

wtorek, 30 maja 2023

Agentom nie można ufać nigdy

 „Strażnik kłamstw” – Kate Furnivall

Paryż, rok 1953, trwa zimna wojna między wschodem, a zachodem i trzecia wojna światowa, między Związkiem Radzieckim a USA, wydaje się nieunikniona.
Rodzeństwo Eloïse i André Caussade, 23 i 29 lat. On jest tajnym agentem amerykańskiej agencji CIA, ona, wpatrzona w brata jak w obrazek, zazdrości mu udziału w fantastycznej i patriotycznej przygodzie, bo tak postrzega jego działania przeciwko wrogim agentom Związku Radzieckiego. Oboje pochodzą z niewielkiego miasteczka gdzieś między Camargue, Serriac i Arles, w każdym razie w dolinie Rodanu. Ojciec, Aristide Caussade, nadal prowadzi tam gospodarstwo rolno-hodowlane, ale w momencie rozpoczęcia akcji oboje znają Paryż i jego zaułki lepiej niż ktokolwiek z rodowitych Paryżan.

Brat zawiadamia siostrę, że potrzebuje jej pomocy i prosi, żeby w wyznaczonym miejscu podjechała po niego autem. Eloïse zabiera André z ulicy, a następnie długo i z trudem uciekają przed pościgiem nieznanych wrogów, ludzi, którzy bez skrupułów zabijają. Wreszcie jakoś wymykają się pogoni i ukrywają w starym, zagraconym garażu.

Dostrzegłam grymas na twarzy brata, gdy wsunęłam się za kierownicę i zapaliłam silnik.
– Czy to rozsądne? – zapytał.
– Pewnie od dawna ich nie ma – zapewniłam go radośnie i z pewnością siebie. – Jesteśmy tu od ponad godziny, pochowali się już w dziurach, z których wypełzli. Zobaczysz [1].

Właśnie zacząłem się zastanawiać, skąd ta durna baba miałaby o tym wiedzieć, bo na technikach pracy tajnych agentów znał się jej brat, a nie ona, gdy natychmiast po opuszczeniu garażu, źli ludzie ich dopadli, spowodowali groźny wypadek i z poważnymi obrażeniami posłali oboje do szpitala. W efekcie i znacznie później on może się poruszać o kulach lub na wózku, ona nosi na twarzy szpecącą bliznę.
Przypomniało mi to pewną moją złotą myśl, wynikającą z obserwacji świata i bliźnich: są ludzie, którzy mają przekonania zbudowane na wiedzy i doświadczeniu, ale są i tacy, którzy mają przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia.

Eloïse, na prośbę brata, zawiadamia jego towarzyszy o ataku, więc ci ewakuują go ze szpitala w jakieś bezpieczne miejsce. Prześladowcy wpadają do szpitala kilka godzin później i odchodzą z niczym.
Po trzech miesiącach, nie mając kontaktu z bratem, Eloïse dochodzi do wniosku, że André umarł i… zaczyna go opłakiwać. Ale żyć trzeba, więc ze złamanym sercem, wraca do pracy.
Eloïse Caussade próbowała zatrudnić się w CIA i we francuskim wywiadzie, ale jej tam nie chcieli (no, myślę!). Znalazła swoje miejsce w Agencji Detektywistycznej Favre i Wspólnik, gdzie ten Wspólnik, to właśnie ona. W każdym razie krótko po powrocie z chorobowego Eloïse otrzymuje telegram od ojca z żądaniem przyjazdu. To upewnia ją o śmierci brata i znowu zaczyna go opłakiwać – zaiste powiadam wam, oderwanie tej kobiety od rzeczywistości i faktów, sprawia wrażenie jakiegoś psychicznego zaburzenia. Po przyjeździe do gospodarstwa ojca (hodowla koni i byków na znaczną skalę) okazuje się, że ktoś zabił ich medalowego byka, Goliata; w domu jest też André.

Czy biedny Goliat zginął z powodu pracy szpiegowskiej André? A może to wiadomość dla ojca rodzeństwa, który sprzedał część ziemi siłom powietrznym USA na poszerzenie ich nuklearnej bazy lotniczej? Dochodzenie prowadzi Léon Roussel, obecnie policjant, kiedyś kolega szkolny Eloïse.

W tym momencie właściwa akcja powieści dopiero się rozkręca i to w oszałamiającym tempie. Wiele spraw i zdarzeń okazuje się czymś zupełnie innym, niż się wydawało. Szpiedzy, agenci, podwójni agenci, przewerbowani agenci, tajemnice z czasów wojny, mrożący krew w żyłach pościg samochodem, który – jak wcześniej wspomniano – był w stanie osiągnąć oszałamiającą prędkość 65 kilometrów na godzinę, strzelaniny, utrata zaufania, mnożące się wątpliwości, walczący francuscy komuniści…

Bardzo dobra powieść i to nie tylko ze względu na jej wątek sensacyjno-kryminalno-szpiegowski. Dzięki temu, że i przekładem zajmowała się kobieta, a więc nic się nie zmieniło, nie zostało zmodyfikowane, czytelnicy mogą w pełni „dotknąć” specyficznego widzenia takich (i wielu innych) spraw i zdarzeń przez kobiety.

Przykład. Po przyjeździe do domu, mimo wezwania ojca, Eloïse nie czuje się tam dobrze. Brat, ojciec i wielu innych, mają do niej uzasadnione pretensje o kalectwo André, nie ufają jej, nie uznają już za jedną ze swoich – stała się elegancką paryżanką, a nie swojską, prostą dziewczyną ujeżdżającą konie. Nie jest już częścią tej rodziny, ale raczej kimś obok niej. I to nie zawsze kimś mile widzianym. Podczas pogrzebu Goliata ojciec, w symboliczny sposób, przyjmuje ją i akceptuje na powrót – podaje jej łopatę, jedną z wielu, którymi rodzina będzie zakopywać grób byka. Co robi Eloïse, której tak zależy na powrocie na rodzinne łono? Nie podejmuje łopaty. Postanawia, że teraz właśnie to ona chciałaby pojechać do miasteczka, pogadać z merem, jeśli ten zechce ją przyjąć bez wcześniejszego umówienia się, posiedzieć w kawiarniach, poobserwować parkujące samochody…

I tu uwaga. Fakt, że postawy i zachowanie Eloïse mogą być niezrozumiałe dla mężczyzn, a nawet momentami irytujące, nie świadczy o jakości powieści, a rozrywka to przednia, choć momentami nieco naiwna (podstawowe wyposażenie radzieckiego szpiega, według autorki, to radionadajnik i czerwona flaga z sierpem i młotem), tym niemniej polecam.




---
[1] Kate Furnivall, „Strażnik kłamstw”, przekład Alina Siewior-Kuś, Świat książki, 2023. s. 16.

 

 

 Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.



czwartek, 25 maja 2023

Nowe technologie i spiski

 „Czarna lista” – Brad Thor

Lektura zaczęła się wręcz fantastycznie. Byłem zachwycony. Specjalni superagenci, zaawansowane technologie informatyczne, dynamiczna akcja od pierwszego akapitu. Czytałem łapczywie dalej, a tam specjalni superagenci, zaawansowane technologie informatyczne, dynamiczna akcja. W połowie książki poznawałem rzesze specjalnych superagentów, zaawansowane technologie informatyczne, dynamiczną akcję. Ale wtedy zacząłem też pytać, o co tu w końcu chodzi? Superagentów sporo, więc ci dobrzy mylili mi się z tymi złymi. Zwłaszcza, że ich metody wyglądały bardzo podobnie. W każdym razie, w wyniku skomplikowanej intrygi, jedni chcieli przejąć pełną władzę nad USA (czytaj: nad światem), a drudzy im w tym przeszkodzić.
Ludzi, którzy mogli, choćby potencjalnie, zagrozić realizacji planów przejmowania kontroli, ci źli umieszczali na czarnej liście, czyli po prostu wykazie osób do likwidacji. Na listę tę trafiła supertajna organizacja Carltona i jej najlepszy superagent, Scot Harvath. Większość siatki Carltona wylądowała w piachu i teraz Scot Harvath, z pomocą karła Nicolasa, musi uratować świat.

Miało być znakomicie – wyszło średnio.

poniedziałek, 15 maja 2023

Adolf Hitler przed aparatem

 „Mój przyjaciel Hitler: Wspomnienia fotografa Hitlera” – Heinrich Hoffmann

Głównie i przede wszystkim książka ma wartość inspiracyjną, bo niestety nie informacyjną. Podczas lektury pojawiają się pytania, rodzą wątpliwości; „Mój przyjaciel Hitler” skłania do mniej lub bardziej głębokich przemyśleń i zajmowania w różnych kwestiach własnego stanowiska. Za to zdecydowanie nie jest to lektura porywająca czy ekscytująca. Momentami jakaś taka… nijaka, beznamiętna. I kompletnie nie sensacyjna.
Pewne rozczarowanie wynikać może z oczekiwań. Jeśli przez dwadzieścia pięć lat Hoffmann i Hitler byli najbliższymi przyjaciółmi, to najwyraźniej w przedwojennych Niemczech, przyjaźń wyglądała inaczej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni w Polsce. Herr Hitler, herr Hoffmann – ci mężczyźni nigdy nie mówili sobie po imieniu. Inny naród, mentalność, zwyczaje i kultura – owszem, to prawda, ale nie jest prawdą, że w tamtych czasach żadni mężczyźni nigdy nie przechodzili na „ty”, wystarczy poczytać Remarque’a czy Svena Hassela.

„Mój przyjaciel Hitler” to książka zdecydowanie bardziej o Hoffmannie niż o Hitlerze. O tym, gdzie, kiedy, w jakich okolicznościach, z kim, fotografował Hitlera. O samym Hitlerze też jest… trochę. Że miły, ujmujący, kulturalny, pożądany towarzysko (głównie przez kobiety), że nie pił, nie palił, nie jadł mięsa, że interesował się malarstwem i muzyką, że gardził ludźmi, którzy za sport uważają polowania. Właściwie dowiedziałem się o nim bardzo niewiele ponad to, co już wiedziałem. Na przykład – oglądając publiczne wystąpienia Hitlera na archiwalnych filmach, można odnieść wrażenie, że miotał się na scenie, jak szaleniec. Nie wiedziałem, że wszystkie te miny, pozy i gesty Hitler wcześniej mozolnie trenował przed aparatem Hoffmanna, żeby zaplanować, które z nich będą robiły największe wrażenie na obserwujących go tłumach.

Książka reklamowana jest informacją, że zawiera zdjęcia, które Hitler zabronił publikować. To prawda, ale ważne jest, dlaczego zabraniał. Na przykład jedno z nich przedstawia go podczas wycieczki, w krótkich spodniach (typ tyrolski lub bawarski), podkolanówkach i w ogóle… na sportowo. Hitler uważał, że tak nie powinien być prezentowany wódz Tysiącletniej Rzeszy. Gardził Mussolinim, bo ten pozwolił zrobić sobie zdjęcie na basenie w kąpielówkach.

Heinrich Hoffmann wielokrotnie powtarza, że polityką się nie interesował i na niej nie znał, ale do partii nazistowskiej wstąpił wcześniej niż Hitler, a sąd denazyfikacyjny skazał go na 10 lat obozu pracy, zakaz wykonywania zawodu i przepadek mienia, więc coś tu nie do końca trzyma się kupy. Jednak z drugiej strony, czego można się było spodziewać? Że przyjaciel Hitlera, po wojnie, będzie manifestował swoją wiarę w narodowosocjalistyczne idee Wodza? Dostałby wtedy kary jeszcze dotkliwsze, więc, jak wielu z nich, nic nie widział, nic nie słyszał, nic nie wiedział.
W zakładzie fotograficznym Heinricha Hoffmanna „Photohaus” w Monachium Hitler poznał, pracującą tam wówczas, Evę Braun, przyszłą kochankę i żonę. Lekarza szarlatana, który szprycował wodza podejrzanymi lekami i narkotykami, doktora Theo Morella (w NSDAP od 1933 roku), Hitler też poznał dzięki Hoffmannowi. Córka Hoffmanna, Henriette, była żoną Baldura von Schiracha, przywódcy nazistowskiego Hitlerjugend. Więc nie wydaje się możliwe, żeby skromny fotograf był tak bardzo niedoinformowany i niezaangażowany.

Fotografia. Książka zawiera sporo reprodukcji, ale i tak znacznie mniej, niż się spodziewałem. Jako że na temat fotografii coś tam wiem i potrafię, pozwolę sobie stwierdzić, że są to zdjęcia artystycznie bardzo przeciętne. Wartość mają tylko ze względu na osoby, które Hoffmann fotografował, a nie jego talent czy wybitną sztukę.

Ostatecznie – czasu nie żałuję, ale głównie dlatego, że miałem okazję, kolejny raz zresztą, zastanawiać się nad możliwością oddzielenia życia i postawy moralnej twórcy od jego dzieł. Podobnie jak to było w przypadku reżyserki, scenarzystki, Leni Riefenstahl, architekta Hitlera, Alberta Speera i wielu innych.

piątek, 12 maja 2023

Ofiara wzbudza współczucie

 „Studentka” – Gary Braver, Tess Gerritsen

Zaczyna się od śmierci. Ciało wyjątkowo zdolnej studentki uniwersytetu Northeaster, Taryn Moore, przypadkowy przechodzień znalazł nad ranem na chodniku – wypadła, wyskoczyła lub została wyrzucona z okna swojego mieszkania na piątym piętrze.
Najprościej i najwygodniej dla policji byłoby, gdyby to było samobójstwo, ale na taką łatwiznę nie chce pójść doświadczona detektywka, Frankie Loomis (ponad 30 lat służby), z bostońskiej policji. W mieszkaniu Taryn Moore znaleziono jeszcze ciepłe jedzenie, zawiadomienie o przyjęciu na studia doktoranckie (otwiera się kariera), ale nie znaleziono telefonu, a wiadomo przecież, że młodzi ludzie nie rozstają się z nimi nawet podczas pobytu w wychodku. Dzięki solidnie wykonanej sekcji i drobiazgowym oględzinom mieszkania, wychodzi na jaw, że dziewczynę zaatakowano w jej domu, a dopiero później wypchnięto/wypadła przez okno.

Rozdziały powieści to na zmianę: „przedtem” (przed śmiercią Taryn) i „potem”. Narratorami są trzy osoby: detektywka Frankie Loomis, sama Taryn Moore i wreszcie młody profesor, wykładowca, Jack Dorian (mąż robiącej karierę lekarki), prowadzący w Northeaster seminarium o tragicznych miłościach i związkach w literaturze klasycznej, na które uczęszcza zachwycona tematem i profesorem, Taryn Moore. Profesor Jack Dorian dopinguje Taryn, namawia na karierę akademicką, wspiera, pomaga i nie tylko… hm… pomaga.

Kiedy już wiadomo, że policja musi szukać sprawcy, Frankie Loomis przygląda się przede wszystkim Liamowi Reilly’emu, byłemu chłopakowi Taryn, palantowi i dupkowi z dobrego domu, ale też Cody’emu, grubemu, mocno nieatrakcyjnemu koledze z grupy studenckiej, który się w niej skrycie podkochiwał. Co jednak wydaje się najważniejsze, w związku z rozwijającym się dochodzeniem, czytelnik coraz lepiej poznaje Taryn Moore i jej obsesję na punkcie Liama oraz innych mężczyzn.

„Studentka” to dość prosty kryminał psychologiczny. Wątek sensacyjny wydawał mi się mniej ważny, może dlatego, że łatwy do odkrycia jeszcze przed połową powieści, niż obserwacja szczególnej ewolucji uczuć i nastawienia czytelnika do ofiary, studentki Taryn Moore. Zapewne dlatego właśnie zaczyna się od śmierci; ofiary zwykle wzbudzają współczucie, ale z czasem może się okazać, że prawdziwą ofiarą jest ktoś inny.

niedziela, 7 maja 2023

Niedokończona gra w szachy

 „Punkt Borkmanna” – Håkan Nesser

Uprzedzano mnie, że powieści Håkana Nessera, w których głównym bohaterem jest komisarz Van Veeteren, nie umywają się do tych, z Gunnarem Barbarottim, ale uznałem, że muszę sprawdzić sam, i tak sięgnąłem po „Punkt Borkmanna”. Mieli rację – nie umywają się. To zupełnie nie ta klasa, ale… ale nie było aż tak źle, żebym nie dobrnął do końca, choć głównie z powodu braku innej lektury na weekend.

Kiedy Borkmann w stopniu komisarza wypracowywał swoje ostatnie lata we Frigge, Van Veeteren dopiero zaczynał służbę. Mimo wszystko wciąż wierzył w tę regułę i ufał jej. Oczywiście nie musiał bynajmniej poznawać szczegółów towarzyszących jej powstaniu. Wiadomo, że nawet porządny, stary glina potrzebuje jakiegoś oparcia, jakiegoś koła ratunkowego. Zresztą regułę Borkmanna trudno było nazwać regułą. Stanowiła raczej wskazówkę, drogowskaz do wykorzystania w zagmatwanych przypadkach. W każdym dochodzeniu, twierdził Borkmann, dochodzi się do takiego punktu, po przekroczeniu którego nie potrzebuje się już więcej informacji. Kiedy do niego docieramy, wiemy już wystarczająco dużo, żeby rozwiązać sprawę jedynie za pomocą myślenia. Dobry śledczy powinien dążyć do tego, żeby umieć się zorientować, kiedy zbliża się do tego punktu, czy też raczej kiedy go przekracza. W swoich wspomnieniach Borkmann podkreślał, że to właśnie ta umiejętność albo jej brak odróżnia dobrego detektywa od złego
.

Heinz Eggers, Ernst Simmel i Maurice Rühme, drobny przestępca, zamożny handlarz nieruchomości i lekarz, wrócili do nadmorskiej miejscowości Kaalbringen w ostatnim roku i wszyscy trzej zostali zamordowani ciosem specyficznej siekiery, który to cios nieomalże pozbawił ich głowy. Sprawę prowadzi lokalna policja pod dowództwem komisarza Bausena.
Nie dalej niż trzydzieści, czterdzieści kilometrów od Kaalbringen, komisarz Van Veeteren ze Sztokholmu, kończył urlop w swoim domku letniskowym. Już się pakował, gdy zawiadomiono go o sprawie z Kaalbringen i poproszono o pomoc.

Początkowo akcja wlecze się bez żadnych efektów. Policjanci robią, co się da, ale z ich pracy właściwie nic nie wynika. Nie są w stanie nawet odkryć, co łączy ofiary Rzeźnika, bo tak ochrzczono sprawcę. Dopiero porwanie policjantki, Beate Moerk, powoduje przełom w śledztwie, ale do rozwiązania zagadki nadal jest daleko.
W tle plączą się sprawy osobiste niektórych policjantów i zamiłowanie do szachów panów komisarzy.

Kryminał bardzo przeciętny; można przeczytać, ale nie trzeba. Gdybym miał w tych dniach ciekawszą lekturę, porzuciłbym „Punkt Borkmanna”, może tylko sprawdzając na końcu, kto zabił.