wtorek, 31 lipca 2007

Nudnawa, ciężkawa

„Czarna linia” - Jean-Christophe Grangé


Przeczytałem kilkaset książek sensacyjnych, kryminałów, thrillerów. Nigdy, NIGDY, nie próbowałem odgadywać dalszego ciągu, a zwłaszcza tożsamości mordercy. Interesowało mnie, jak zrobi to policjant, detektyw, czy inny główny bohater pozytywny. Śledziłem jego posunięcia, tok myślenia, wnioski wyciągane z dowodów, itd.

I właśnie dlatego, kiedy okazało się, że po przeczytaniu 15% "Czarnej linii" wiem z całą pewnością, bez wkładania w to jakiegokolwiek wysiłku, co będzie dalej, dalsze czytanie stało się co najmniej nużące- delikatnie mówiąc.
Brnąłem jednak dalej wierząc naiwnie, że może mistrz (W końcu to Grangé! Autor „Purpurowych rzek” i „Lotu bocianów!) jednak czymś mnie zaskoczy. Nie zaskoczył. Niestety...

Licząca prawie 500 stron książka ma dwa niezłe momenty. Jeden z nich, ten dłuższy, opisujący zamianę wnętrzności prosiaka i strażnika więziennego, zajmuje może nawet ze trzy akapity.

Cała reszta jest ciężkawa, bez polotu i nużąco przewidywalna.

Bardzo bywam zawiedziony, kiedy autor, na którego bardzo liczę wypuszcza knota...


Dobrzy przyjaciele

"Kocie opowieści" - James Herriot


James Herriot „zaistniał” w Polsce w 1980 roku książką „Wszystkie stworzenia duże i małe”. Zapoczątkowała ona kilkutomowy cykl opowiadań o wiejskim weterynarzu praktykującym w Yorkshire, jego pacjentach i ich właścicielach. Emanujące miłością do wszystkiego, co żyje i skrzące się typowo angielskim humorem książki były entuzjastycznie przyjmowane przez dorosłych i dzieci.
W roku 2001 ukazała się specjalna pozycja w dorobku Herriota (faktycznie weterynarza z zawodu)- poświęcił ją miłości swojego życia- kotom.

„Kocie opowieści” zawierają dziesięć opowiadań. Ich bohaterami są: Alfred- kot ze sklepu ze słodyczami, Oskar- kot towarzyski, Buster- bożonarodzeniowy kociak, Borys, Frisk, Olly, Ginny oraz inni przedstawiciele kociego rodu. Ich losy, rozmaite perypetie, przygody niebezpieczne i śmieszne, pokazały mi fantastyczny świat tych zwierząt- tak inny od naszego i tak bliski.

Dzięki „Kocim opowieściom” James Herriot nauczył mnie nie tylko kochać koty, ale też rozumieć ich tajemnice, indywidualizm i niesamowitą ciekawość. Co parę lat wracam do starego domu weterynarza w Yorkshire, jego ciepła, niepowtarzalnego klimatu i... kotów.

Sam mieszkam z dwoma, a dlatego tylko z dwoma, bo na więcej nie starcza metrów kwadratowych i kasy.


To nie ten Musashi!

"Tajemna historia pana Musashiego" - Tanizaki Jun'ichirō


Jeśli w Polsce komukolwiek mówi coś nazwisko Musashi, to zwykle miłośnikom historii samurajskich i ich największego bohatera, mistrza miecza, Musashi Mijamoto.
Tytułowy pan Musashi z „Tajemnej historii...”, zgodnie z panującym wówczas zwyczajem, nosił w różnych etapach życia (a takę po śmierci) różne imiona, a nawet nazwiska. Żadne z nich jednak nie brzmiało Mijamoto. Być może w Japonii nazwisko Musashi nie jest tak popularne, jak u nas Nowak, ale nie ma wątpliwości, że bohaterem powieści Tanizaki Jun’ichiro nie jest „ten” Musashi.

Dorastający chłopak obserwuje rytuał, dość koszmarny z europejskiego punktu widzenia, a polegający na myciu, czesaniu i ozdabianiu, odciętych podczas bitwy, głów samurajów. Przeżycie to determinuje całe jego dalsze życie i to nie tylko intymne. Owładnięty perwersyjną obsesją Musashi gotów jest zdradzić swego wychowawcę i dokonać wielu innych niecnych czynów, byle zaspokoić swoje wynaturzone instynkty.

Nie znajdzie tu czytelnik szybkich jak mgnienie oka pojedynków na miecze, nie znajdzie opisów biegania po wodzie czy skoków na wysokość drzewa.
W Pierwszej księdze „Tajemnej historii...” autor powołuje się na materiały źródłowe, więc nie jest wykluczone, że przynajmniej część tej opowieści oparta jest na faktach. I może dzięki temu historia pana Musashiego jest przede wszystkim podglądaniem epoki (XVI-XVII wiek), obyczajów i mentalności wojowników, a nie pikantną sensacją.

Książka dla wyrobionego czytelnika.

Rzecz jasna i ja byłem początkowo mocno zawiedziony - oczekiwałem przygód „mojego” Musashiego. Kiedy okazało się, że to nie o niego chodzi... no cóż, musiałem zacząć się cieszyć opowieścią, którą miałem w ręce.


poniedziałek, 30 lipca 2007

Mnich sprzedaje ferrari

"Mnich, który sprzedał swoje ferrari" – Robin Sharma

Więcej... wciąż więcej... władzy i prestiżu, sławy i uznania, pieniędzy i towarów. Niedający się zaspokoić głód sukcesu. Tylko czy na łożu śmierci będziemy żałować, że cudzej firmie i własnej karierze nie poświęciliśmy jeszcze więcej czasu? Przecież najczęściej nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak ma wyglądać nasze życie. Żyjemy życiem (nadziejami, oczekiwaniami, wymaganiami) naszych rodziców, nauczycieli, szefów, małżonków, dzieci, polityków... Ale gdzie w tym wszystkim jest miejsce DLA MNIE?!
Ta książka to szansa, by nie pogubić się we własnym życiu, by nie obudzić się „z ręką w nocniku” i nie odkrywać tego, co najważniejsze wtedy, kiedy już na wszystko jest za późno.
Jednak przede wszystkim zawiera ona miesięczny program pracy wewnętrznej, dzięki któremu można poprawić każdą świadomą chwilę swojego dalszego życia. I to działa! Dodam tylko, że nie, nie trzeba wyzbywać się wszystkich oszczędności i boso, z miseczką... Nie, to zupełnie inna droga.
Oczywiście kuszące to wszystko, bo i program niezbyt trudny i wystarczy miesiąc, a podobno pojawią się widoczne efekty... Tylko czy takie proste, momentami wręcz naiwne rady mogą zdziałać zapowiadane cuda w dzisiejszym skomplikowanym świecie?
W moim przypadku występuje jeszcze jeden element – zawód. Kiedy takie dziełko trafia do rąk czytelnika, to może on być nim oczarowany, zaangażowany i przejęty. Kiedy kolejną tego typu książkę dostaje do sprzedaży księgarz, a na półce ma podobnych 157, to...
Nie ma przecież możliwości, aby wszystkie z nich zawierały receptę na wspaniałe, dobre życie i stan permanentnej szczęśliwości. A jeśli nie wszystkie, to ewentualnie która? Na zastosowanie choćby połowy z tych przepisów nie starczyłoby życia, więc ostatecznie kończy się na tym, że ludzie profesjonalnie zajmujący się książkami, sceptycznie podchodzą do wszystkich.

środa, 25 lipca 2007

Po co czytać znane książki?

Po co, po raz kolejny, czytać te same książki?

Tyle było zamieszania z ostatnim tomem przygód Harrego Pottera, pytań o zakończenie, zakazów ujawniania zakończenia, prób odgadnięcia zakończenia…
Przypomniało mi to dyskusję, jedną z wielu, na temat czytania tych samych książek po raz drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty…
Kiedy powiedziałem, że jest wiele książek, do których wracam i które czytam kolejny raz po kilkuletniej przerwie, towarzystwo - bardzo oczytane i inteligentne zresztą - popatrzyło na mnie jak na głupka i zakrzyczało chórem: „A nie szkoda ci czasu? Mógłbyś przeczytać za to książkę, której nie znasz, a w tej to już przecież wiesz, co będzie dalej”. Tłumaczyłem wtedy jasno i spokojnie, że książka jest, moim skromnym zdaniem, takim samym zamkniętym, skończonym dziełem sztuki, jak obraz, film, utwór muzyczny czy rzeźba. Dzieło sztuki natomiast, to doznania estetyczne, przeżycia duchowe, emocje, nastroje itd.
Co będzie dalej, ważne jest (powiedzmy), gdy czytam w gazecie sprawozdanie z obrad plenarnych czy meczu, ale też gazeta dziełem sztuki nie jest, nie spełnia wymogu tworu skończonego i zamkniętego. Podobnie zresztą jak telenowele, ale to inna bajka. Oczywiście dzieło sztuki (książka) może być wydane w kilku tomach, tak samo, jak sztuka teatralna może mieć kilka aktów.
Po tym niewielkim wprowadzeniu zapytałem, czy można sobie wyobrazić człowieka, który drugi raz nie spojrzy na obraz czy rzeźbę, albo nie posłucha raz jeszcze utworu muzycznego, bo… już wie, co będzie dalej, już to widział czy słyszał?

Mam wrażenie, że do 8% zgromadzonych coś dotarło.

Informacja o tym, że Harrego zabiła Hermiona przebrana za Hardodzioba, będącego wcieleniem Syriusza opętanego przez profesora Snape'a, albo odwrotnie, nie jest w stanie wpłynąć nijak na moją chęć przeczytania ostatniego tomu przygód. Tym niemniej spotkałem ludzi twierdzących z pełnym przekonaniem, że gdyby ktoś im zdradził wcześniej zakończenie, to już nie miałoby dla nich sensu czytanie książki, ale takim ludziom mogę jedynie głęboko współczuć, mając nadzieję, że może kiedyś zrozumieją, że sztuka z informacją o tym, co będzie dalej ma bardzo niewiele wspólnego... jeśli w ogóle.

czwartek, 12 lipca 2007

Profity bez wysiłków

O profitach bez wysiłku, czyli jak odkryłem, że jestem normalny.

Kiedy byłem dzieckiem i nastolatkiem wiele razy słyszałem w formie zarzutu czy wyrzutu, a może nawet pretensji kierowanej bezpośrednio do mnie, stwierdzenie: „wy młodzi to byście wszystko chcieli za darmo, bez wysiłku”. Często mówiła tak moja babka, a wyraz wstrętu, który malował się wtedy na jej twarzy wyraźnie pokazywał, co myśli o takich postawach i jak je ocenia.

Najczęściej gwałtownie zaprzeczałem, mówiłem, że wcale tak nie myślę, że źle się wyraziłem, źle mnie zrozumiała, lub coś w tym stylu. Raz tylko, przez krótką chwilę, pozwoliłem sobie upierać się przy swoim. Wykrzyczałem wtedy babce niesamowicie zdenerwowany, że tak, ja chcę mieć różne rzeczy za darmo, że nie rozumiem, czemu mam chcieć ciężko pracować na loda, kurtkę, zabawkę, spodnie, czy czekoladę.
Chciałem, żeby zrozumiała, że ja uznaję konieczność pracowania po to, żeby zarobić pieniądze na rzeczy niezbędne i przyjemności i z tą koniecznością się godzę (choć z oporami), ale gdybym miał wybór i to samo mógłbym dostać bez pracy i wysiłku, to tak właśnie bym wolał.
Potem wybiegłem. Z babką się w ten sposób nie rozmawiało na żaden temat, a przynajmniej ja sobie, jako nastolatek, na to nie pozwalałem. Nie pamiętam, żeby mnie kiedykolwiek uderzyła, ale to nie znaczy, że się jej nie bałem.

Z babką nigdy już do tego tematu nie wróciliśmy, ale identycznie sformułowany zarzut pod adresem swoim i innych młodych, słyszałem od wielu dorosłych jeszcze setki razy. Uznałem wtedy, że skoro wszyscy uważają tak właśnie, a tylko ja inaczej, to widocznie jestem nienormalny. Doszedłem też do wniosku, że lepiej będzie dla mnie tą nienormalność ukrywać – ludzie „inni” zawsze mają gorzej, trudniej, a po co mi to?
W taki oto sposób nigdy nie ujawniałem swojego zdania na ten temat kolegom ze szkoły czy podwórka, a potem współpracownikom. Prawdę mówiąc nawet wiele wysiłku wpakowałem, żeby przekonać samego siebie, wmówić sobie, że ja też cenię tylko dobra zdobyte i okupione ciężką praca, a to, co dostałem za darmo właściwie jest bezwartościowe... ale prawdę mówiąc nigdy mi się to w pełni nie udało.

Byliśmy już obaj po trzydziestce, kiedy zorientowałem się, że podobne, choć może nie tak samo ekstremalne, zdanie na ten temat ma mój młodszy brat. Uznałem wtedy tylko, że to najwyraźniej rodzinny, może nawet genetyczny defekt występujący u niektórych osobników w naszej familii i nigdzie indziej.

03.11.2007 wieczorem czytałem bez zbytniego zapału książkę, po którą sam na pewno nigdy bym nie sięgnął, a którą poprzedniego dnia pożyczyła mi koleżanka. Nosi ona dziwny nieco tytuł „Pozwól, że opowiem ci…”, a jej autorem jest Jorge Bucay – lekarz psychiatra i psychoterapeuta Gestalt.
Na stronie 36 znalazłem taki oto tekst:

„… na początek konieczne jest usunięcie pułapki, którą zastawiono na nas, kiedy byliśmy jeszcze bardzo mali. Tą pułapką jest głęboko zakorzeniona w nas idea będąca częścią naszej dosadnej kultury i samo przez się zrozumiałej: docenia się tylko to, co się osiąga wysiłkiem.
Amerykanie powiedzieliby na to bull-shit. Każdy może stwierdzić zgodnie z własnym odbiorem rzeczywistości, że to nieprawda, a jednak budujemy swoje życie tak, jakby to była prawda niepodważalna.
Kilka lat temu opisałem kliniczny syndrom…”. I tak dalej.

Nie byłem nienormalny… Przez te wszystkie lata to nie ja byłem nienormalny!!!

Tylko dlaczego na uznanie tego faktu musiałem czekać tak długo?