niedziela, 13 maja 2018

Mafia od Odry po Bug i dalej...


Wstęp zaczyna się na stronie 27. Treść rozdziału pierwszego na 37. Książka kończy się na stronie 260 – dalej są skany dokumentów. Gruby papier. Duża czcionka, obszerne marginesy, dziesiątki stron bez tekstu, z powtarzającym się mnóstwo razy zdjęciem (tym samym) i grafiką (tą samą), ewentualnie z jednym tylko zdaniem.
No, cóż… nie lubię być robiony w wała, zwodzony, dymany, kantowany, a tak zapewne czułbym się, gdybym za tę książkę zapłacił 44,90, bo taka jest cena okładkowa. Bo to pokaźne tomisko tak naprawdę zawiera treści tyle, co siedemdziesięciostronicowa broszura, może nawet mniej. Na szczęście książkę pożyczył mi kumpel, więc skupić się mogłem na treści, ignorując rozdętą technicznie formę.

A co do treści…

„Zgodnie z otrzymaną instrukcją po kilku minutach od zjazdu z autostrady Warszawa-Poznań skręciliśmy na rondo, a potem dalej, na drogę prowadzącą w kierunku lasu. Było trochę mgliście, jak często przed świtem w leśnej okolicy, późną jesienią, i na moment musiałem uruchomić wycieraczki. Przez kilka minut jechaliśmy po okręgu, wzdłuż ściany lasu, po czym na rozstaju dróg skręciliśmy w lewo, by po dwóch kilometrach skręcić w lewo jeszcze raz, a potem jeszcze raz i dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego mieliśmy pozostać na nasłuchu. Pozbawieni naprowadzania godzinami moglibyśmy błądzić po tych krętych leśnych ścieżkach, a i tak nie trafilibyśmy na polankę, która teraz rozpostarła się przed nami w całej okazałości. [„To tylko mafia”, s. 79]

„Zgodnie z otrzymaną instrukcją po kilku minutach od zjazdu z autostrady Warszawa-Poznań skręciliśmy na rondo, a potem dalej, na drogę prowadzącą w kierunku lasu. Było trochę mgliście, jak często przed świtem w leśnej okolicy, późną jesienią, i na moment musiałem uruchomić wycieraczki. Przez kilka minut jechaliśmy po okręgu, wzdłuż ściany lasu, po czym na rozstaju dróg skręciliśmy w lewo, by po dwóch kilometrach skręcić w lewo jeszcze raz, a potem jeszcze raz i dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego mieliśmy pozostać na nasłuchu. Pozbawieni naprowadzania godzinami moglibyśmy błądzić po tych krętych leśnych ścieżkach, a i tak nie trafilibyśmy na polankę, która teraz rozpostarła się przed nami w całej okazałości. [„To tylko mafia”, s. 138]

Te identyczne relacje z podróży są znacznie dłuższe tylko przepisywać mi się aż tyle nie chciało. No… ja rozumiem, chodzi na pewno o to samo zdarzenie, ale powtórzeń jest w książce więcej, a poza tym… jakie znaczenie dla meritum ma liczba zakrętów w lewo albo pasjonująca kwestia dotycząca potrzeby włączenia wycieraczek?

A oto inny sposób na generowanie liczby słów bez właściwie żadnej treści: „Popatrzyłem na towarzysza podróży, majora ABW, który miał plany, jakie miał, ale odkąd wyruszyliśmy z Dworca Centralnego wtulił się w oparcie fotela i nawet okiem nie mrugnął. Teraz też spał w najlepsze”. [s. 169]
„Miał plany, jakie miał” – pasjonujące. O tych planach nie ma mowy ani wcześniej, ani później. Ot, wypełniacz, przypominający zdanie „no i tak to jest”, które można usłyszeć przy stole, w towarzystwie, kiedy zapada niezręczna cisza. Poza tym… jechali pociągiem do Wiednia, wybrali ten środek transportu, żeby popracować. A ten śpi w najlepsze? To się kupy nie trzyma.

Inny, dziwny przykład. Sumliński z majorem jadą do Wiednia, a tam spotykają się w prywatnym mieszkaniu z jakimś przyjacielem Sokołowskiego. Rozmowa odbywa się w saunie – chodzi o wyeliminowanie możliwości podsłuchu. Pod sam koniec Sumliński pyta, czy gościnny gospodarz kiedyś już proponował komuś spotkanie i rozmowę w saunie. Na to ich tajemniczy rozmówca odpowiada: „Jesteście pierwsi. I prawdopodobnie ostatni”. [strona 222]  Jednak trzydzieści stron dalej, podczas rozmowy w której Masa wyjaśnia prawie wszystko, wyjawia też Sumlińskiemu i majorowi, że… „I gdy już dałem sobie spokój, uznając, że się nie da, że są rzeczy nierozpoznawalne, bariery nie do przebycia, zadzwonił kolega z Wiednia i zaprosił do sauny”. [s. 250]

Wojciech Sumliński twierdzi, że wcześniej Jarosław Sokołowski nie mógł nic powiedzieć o powiązaniach „pruszkowskich” z elitami politycznymi, bo bał się o własne życie, a poza tym wtedy nikogo to nie interesowało. To, jak sądzę, jest prawdą, w każdym razie brzmi sensownie. Natomiast wyjaśnienie, dlaczego Sokołowski teraz przerywa milczenie, jest już zupełnie nie do przyjęcia i wręcz obraża czytelnika: miałby to zrobić teraz dlatego, żeby razem z Sumlińskim i Budzyńskim napisać książkę. Ups!

Wiele razy podczas lektury zadawałem sobie pytanie, czy ta książka nie miała jakiegoś redaktora, który wyłapywałby różne takie… powiedzmy delikatnie – niedociągnięcia? Oczywiście formalnie miała, tak wynika z informacji na stronie bodajże 18, ale… Gdyby wydawnictwo nie było własnością Sumlińskiego, zapewne zakładałbym, że wydawca, na polecenie jakichś mrocznych, tajnych sił, sabotuje tę książkę i stara się wszelkimi siłami, żeby treść rodziła wiele wątpliwości, podejrzenia, żeby była mało wiarygodna.

Autor twierdzi, że żeby zamknąć mu gębę albo zdyskredytować, wytoczono mu kilkadziesiąt procesów i wszystkie je wygrał. Daje też do zrozumienia, że skoro wygrał, to widocznie miał rację i winna jest ta druga strona, a to jest nieelegancka manipulacja. Wygranie jakiejś sprawy nie oznacza automatycznie winy drugiej strony. Przykład. Jeśli opublikuję informację, że Urząd Wojewódzki w mieście X jest niegodny zaufania i dzieją się w nim różne kanty, i jeśli prawnik tego Urzędu wytoczy mi sprawę o zniewagę (art. 216 kk), to ja tę sprawę wygram, bo zniewaga może dotyczyć tylko osoby fizycznej, nie ma zaś zastosowania do osoby prawnej czy jednostki organizacyjnej. Jednak to, że w sądzie wygram, nie oznacza, że czegokolwiek winien jest Urząd, albo że moje informacje można automatycznie uznać za prawdziwe i dowiedzione.
Nie dodaje Sumlińskiemu wiarygodności także wyraźne negatywne nastawienie emocjonalne, trudno jest uwierzyć w zawodowy obiektywizm, bezstronność i rzetelność dobrego dziennikarza śledczego, który wyraźnie zionie nienawiścią; w książce rzadko zdarza się nazwisko Komorowski bez dodatków typu „bandyta”, „bandycki”.

O czym jest ta książka? Ogólnie rzecz biorąc autor usilnie stara się przekonać czytelnika, że lewicowi polscy politycy mieli/mają powiązania z grupami przestępców, przede wszystkim z Pruszkowa, ale nie tylko, czyli tak naprawdę to oni są prawdziwą mafią, bo tamci, to „mafia trzepakowa”, bandziorki, kryminaliści, którzy nie mieliby żadnej szansy działać tak długo i na taką skalę, gdyby nie byli ochraniani z góry. A nad nimi wszystkimi majaczy cień kogoś jeszcze więcej mogącego, ważniejszego, ale tego już nie zdradzę.

Po tym, co napisałem wyżej, może się to wydać zaskakujące, ale uważam, że autor zapewne w dużej mierze ma rację (wcześniej oceniałem książkę, a nie wydarzenia czy wnioski autora, a to zasadnicza różnica!). Nie jest to także żadna nowość chyba nigdzie na świecie. Mam na myśli powiązania służb specjalnych ze zorganizowaną przestępczością. Pamiętam jeszcze, jak CIA zarzucano, że handluje narkotykami, by zdobyć fundusze na finansowanie swoich tajnych operacji, ale też wspierać antydemokratyczne przewroty w krajach azjatyckich. Oczywiście fakt, że inni też to robią, nie oznacza, że tak musi być, że tak jest w porządku. I to zawsze warto ujawniać i nagłaśniać, nie godzić się, protestować.

Całości dopełnia kilkanaście zdjęć oraz kilkadziesiąt stron kiepskich technicznie skanów określanych jako „Dokumenty”. Trochę zaskoczyło mnie, że Sumliński uważa za dowód wiarygodności swoich hipotez własne artykuły z jakiejś gazety, ale… Większość z tych „Dokumentów” to protokoły przesłuchania Sokołowskiego sprzed prawie dwudziestu lat i te są dość ciekawe.

wtorek, 1 maja 2018

Sens wiary nie wiadomo w co


„Sekrety Biblii” – Anna Świderkówna (Świderek)

Książka „Sekrety Biblii” została przygotowana na podstawie cyklu konferencji wygłoszonych przez profesor Annę Świderkównę w Centrum Kultury Chrześcijańskiej w Krakowie w 1996 r. W tekście zachowane zostały zwroty typowe dla publicznych wystąpień, na przykład „proszę państwa”. 

Poza tłumaczeniem, wyjaśnianiem, opisanych w Biblii spraw i zdarzeń, jest to książka o takim katolicyzmie, którego w Polsce chyba już nie ma. No, może gdzieś tam uchowały się okruchy, ale obawiam się, że niewiele. I trochę tylko mi żal, że czasy, w których pojęcie „niechrześcijański polski katolicyzm” było kompletnie nieznane, zapewne już nie wrócą.

W roku 2008, roku śmierci profesor Świderek,  liczba katolików w Polsce wynosiła niemal 96%*. Nawet gdyby to była prawda, to i cóż z tego wynika? Ano, chyba nic albo bardzo niewiele. Wybitna erudytka, biblistka, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, pyta nie o to, czy wierzymy w Boga (że jakiś Bóg istnieje), ale czy naprawdę wierzymy Bogu? Czy jesteśmy gotowi się Mu powierzyć? Jak rozumiemy znane z niedzielnych czytań fragmenty Pisma Świętego i czy w ogóle rozumiemy, i czy naprawdę pamiętane?

Anna Świderkówna reprezentowała chrześcijaństwo oparte na Biblii – obecnie w Polsce wygląda to już inaczej: Trzeba powiedzieć z naciskiem, że katolicyzm (i prawosławie), w przeciwieństwie do islamu, i w pewnym stopniu również do wyznań protestanckich, nie jest „religią księgi”. Słowo pisane, choć „święte”, nie jest źródłem autorytetu, a tylko do niego odsyła…**. Czasem wydaje mi się, że współczesny katolicyzm w Polsce oparty jest raczej na „Katechizmie Kościoła katolickiego” niż na Biblii, co nie musi z założenia być złe, ale…

W „Sekretach Biblii” autorka zwraca uwagę na te elementy Pisma Świętego, których dotąd nie zauważałem, które nie budziły wątpliwości, na przykład na fakt, że Jezus mógł czynić cuda tylko mocą wiary innych ludzi; upadała wiara – cud przestawał działać, jak to było z chodzeniem Piotra po wodzie.

W Credo słyszymy: „Zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia Pismo” i wszystko jest w porządku, dopóki nie zadamy sobie pytania, o jakie Pismo chodzi? Automatycznie przychodzą nam na myśl Ewangelie, ale przecież wtedy, kiedy św. Paweł wypowiedział te słowa, nie było jeszcze żadnych Ewangelii.

Anna Świderkówna porusza temat Trójcy Świętej, to jest zagadnienie, którego unika każdy pseudokatolik i pseudochrześcijanin, bojąc się, że ich powierzchowna wiara w zderzeniu z tą kwestią zostanie „podkopana czy podłamana”. Z przekonaniem i gorącą wiarą odpiera zarzuty mówiące o wierze w trzech bogów albo o antropomorfizację, czyli wyobrażanie sobie Boga jako człowieka. To, co Świderkównie nie mieściło się w głowie, jest już w polskim Kościele katolickim normą: …chrześcijanin nie wierzy w Boga osobowego. W Boga osobowego wierzą żydzi i muzułmanie. Chrześcijanie są świadkami objawienia Boga w Trójcy Jedynego, którego – per analogiam – trzeba by nazwać ponadosobowym***.

„Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, stworzył go mężczyzną i niewiastą…” – pisze autorka, cytując Biblię. W tym momencie warto się zastanowić, czy chodzi o podobieństwo fizyczne, że Bóg ma dwie ręce, dwie nogi, jedną głowę, jest starym mężczyzną rasy kaukaskiej z siwą brodą itd., czy może – jeśli stworzył człowieka mężczyzną i kobietą – to to podobieństwo oznacza, że od teraz człowiek (przypominam, będący mężczyzną i kobietą) jest w stanie, podobnie jak Bóg, kreować nowe życie?

Nie jestem pewien, czy „sekrety” w tytule są właściwym, trafnym określeniem. Autorka nie ujawnia w swojej książce żadnych ukrytych, tajemniczych, zaszyfrowanych treści, a jedynie tłumaczy, wyjaśnia, interpretuje, pomaga zrozumieć to, co wyraźnie w Biblii napisano.

Pozycja niewątpliwie warta uwagi.




--
** Jacek Bacz, „Przez rozum do wiary”, wyd. WAM 2013, strona 70.
*** Jacek Bacz, „Przez rozum do wiary”, wyd. WAM 2013, strona 112.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Norweska opowieść o śniegu

„Śnieg przykryje śnieg” – Levi Henriksen

Rzadko się zdarza, żeby akcja powieści kryminalnej albo sensacyjnej działa się na wsi i to nie w środowisku bogaczy, którzy mają tam swoje dacze, ale wśród… jak to po polsku nazwać… chłopów? Rolników? W każdym razie właścicieli niewielkich albo i całkiem dużych gospodarstw. Jednak „Śnieg przykryje śnieg” ukazał się w serii wydawniczej „Germański kryminał”, więc tak też książkę tę traktuję. 

Trzydziestoparolatek Dan Kaspersen wraca do Skogli, malutkiej wsi w pobliżu Kongsvinger, gdyby to komukolwiek cokolwiek mówiło, po odsiedzeniu niezbyt długiego wyroku za przemyt narkotyków. Trudno go nazwać przestępcą – właściwie sam nie wie, po co i dlaczego władował się w tę sprawę, może z nudów albo braku jakiegoś pomysłu na życie. Dan wraca akurat na pogrzeb brata, Jakoba, z którym był bardzo związany; stara się dociec przyczyn jego samobójstwa, ale przede wszystkim jakoś uporządkować i ułożyć swoje życie; może sprzedać gospodarstwo i gdzieś wyjechać, może związać się z kobietą po przejściach, Moną Steinmyrą, może… 

Książka Henriksena zawiera kilka istotnych wątków, bo jest to i kryminał i powieść psychologiczna, i obyczajowa, i może nawet trochę romans. Jednak nie żałuję, że poświęciłem jej czas choć (jak na powieść sensacyjną), okazała się wyjątkowo nietypowa i jakby nieco… nostalgiczna.


środa, 11 kwietnia 2018

Kiedy ptaki spadają z nieba...


„Poza sezonem” –  Jørn Lier Horst

Urodzony w 1970 roku Norweg, Jørn Lier Horst jest obecnie zawodowym pisarzem i dramaturgiem, choć w połowie roku 2013 pracował jeszcze jako szef wydziału śledczego Okręgu Policji Vestfold.

Kiedy już jako tako zacząłem się rozeznawać w duńskich, norweskich, litewskich nazwiskach i nazwach miejscowości (w połowie książki albo dalej) lektura stała się całkiem przyjemna.

W jednym z domków letniskowych nad fiordem Ove Bakkerud odkrywa zwłoki mężczyzny wkrótce po tym, jak zorientował się, że i do jego domku ktoś się włamał i okradł go. Policja odkrywa, że w okolicy wiele innych domów odwiedzili włamywacze – oczywiście z Europy Wschodniej, bo i po co Norwegowi cudzy telewizor, magnetofon albo sokowirówka – jedna z posiadłości należy do znanego prezentera telewizyjnego.

Pech chce, że jeden z takich letniskowych domów należy do komisarza Williama Wistinga, który prowadzi śledztwo w tej sprawie, a jego córka, Lina Wisting, pracująca jako dziennikarka śledcza, akurat w tym czasie zrywa z chłopakiem i postanawia spędzić w domu nad fiordem kilka dni.

Zwłok przybywa, pojawiają się powiązania z handlarzami narkotyków, masowo zdychają ptaki z powodu przedawkowania heroiny, źli ludzie planują napad na bank i… takie tam.

Kryminał – to nie jest, na szczęście, żaden thriller – w nieco starym stylu, może nie porywający, ale… hm… solidny, rzetelny. Jak Norwegowie.

czwartek, 29 marca 2018

Zdrowa żywność nie istnieje


„Diabelski owoc” – Tom Hillenbrand

Debiutancka powieść Niemca, Toma Hillenbranda osadzona w klimatach… kuchennych.

Głównym bohaterem jest Xavier Kieffer, uczeń jednego z bardziej znanych na świecie mistrzów patelni, który nie dał sobie rady w wybitnie stresującej pracy dla wielkich, renomowanych restauracji, przeszedł załamanie nerwowe, spędził sporo czasu w klinice psychiatrycznej, i obecnie prowadzi w Luksemburgu, w Dolnym Mieście, niewielką własną restaurację, serwując gościom kilka potraw, specjalności lokalnej kuchni.  

Pewnego razu w drzwiach restauracji Kieffera umiera kontroler od Gabina, człowiek, którego zadaniem jest sprawdzanie różnych restauracji, co następnie skutkuje przyznawaniem im lub odbieraniem gwiazdek w liczącym się wśród smakoszy przewodniku kulinarnym. Problem w tym, że lokal Kieffera jest zbyt skromny, nie pretenduje do żadnych gwiazdek.

Wkrótce znika mentor Kieffera, a jego restauracja zostaje spalona. Wtedy luksemburczyk postanawia sam znaleźć rozwiązanie zagadki. Zderza się wtedy z bezwzględnym światem korporacji żywnościowych, koncernów spożywczych itp.

Kilka ciekawych informacji ze świata spożywczego i kucharskiego, ale poza tym, jako kryminał, powieść jest bardzo przeciętna i raczej nie polecam.

poniedziałek, 12 marca 2018

Racjonalny umysł i jego duchy

„Duchy Jeremiego” –  Robert Rient

Dziwna sprawa z tą książką. Kiedy zacząłem czytać i okazało się, że narratorem jest kilkunastoletni chłopak, przez moment poczułem się rozczarowany, bo przecież ja nie lubię powieści opowiadanych przez dzieci. Jednak „Duchy Jeremiego” czytało mi się na tyle dobrze, że kontynuowałem lekturę. Dopiero ze dwa dni później zadałem sobie pytanie: a skąd mi w ogóle do głowy przyszło, że nie lubię książek z dzieciakami w roli głównej? Zaraz, zaraz… „Zabić drozda” to pozycja genialna. „Ocean na końcu drogi” – znakomita. „Przygody Hucka” – fantastyczna. „Życie przed sobą” – cudowna. Więc o co chodzi? No, cóż… przyznam, że nadal nie wiem, skąd wytrzasnąłem to problematyczne przekonanie.

Jeremi, nastolatek, uczy się średnio, ma jedynego przyjaciela Augusta, popala marihuanę i trochę nią handluje. Wychowywany jest przez matkę, która umiera na raka. Mieszka w domu dziadka, cierpiącego na Alzhaimera. Dowiaduje się trochę jakby niechcący, że część jego rodziny ma pochodzenie żydowskie, a on nie bardzo wie, jak się wobec tego faktu ustawić.
To jednak nie wydarzenia, nie narastająca lawina problemów przekraczająca możliwości dwunastolatka, są w tej powieści najważniejsze – tym, co przykuwa uwagę, może nawet zachwyca, jest język narratora. Bardzo oszczędny, prosty, trochę jakby kostropaty i szorstki, ale jednocześnie niesamowicie wiarygodny, realny język dorastającego chłopaka. To on stanowi główny walor powieści, którą zdecydowanie polecam.

sobota, 10 marca 2018

Stara retoryka i nomenklatura

Hitlerowcy od Goebbelsa wymyślili, a komuniści radzieccy i polscy znakomicie rozwinęli cały system psychologicznych i socjologicznych sztuczek, które pozwalały im skutecznie sterować i manipulować nastrojami i przekonaniami wielkich grup społecznych, właściwie to nawet całych narodów.

Technik, sposobów i metod typowo komunistycznej propagandy jest mnóstwo, ale tu chciałem zwrócić uwagę na jedną tylko sztuczkę. Ich specjaliści szybko zorientowali się, że przeciętny człowiek nie lubi myśleć, nie lubi rozważać, zastanawiać się, że najchętniej, bo to najprostsze, operuje gotowymi, prostymi stwierdzeniami. W tym celu komuniści wymyślili system jedno- dwu- góra trzywyrazowych fraz, którym przez powtarzanie tysiące razy, nadawali określone znaczenie. Zwykle pejoratywne, ale nie tylko. Dziś niektóre z nich mogą wydawać się nawet zabawne, ale śmiesznie być przestaje, kiedy zaczynamy rozumieć, że kolejne nowe partie i władze robią dokładnie to samo.

Typowe takie hasła za czasów komuny: zapluty karzeł reakcji albo wróg ludu – to te negatywne, a z pozytywnych: lud pracujący miast i wsi.

To teraz pytanie, czy czymś innym są albo inną rolę spełniają: łżeelity, lewacy albo wykształciuchy, a z pozytywnych to: Naród Polski (pisany błędnie ale koniecznie dużymi literami)? To ta sama sztuczka z manipulowaniem słowami-emocjami.

Propozycja. Jeśli rzekomo tak bardzo nie lubisz komunistów i hitlerowców, to może nie używaj z takim zapałem goebbelsowsko-komunistycznych metod manipulowania swoimi oraz cudzymi emocjami i przekonaniami, bo... albo się ośmieszasz, albo demaskujesz, jako zwolennik komuny i jej metod.

czwartek, 1 marca 2018

Krwawa rzeźnia na wschodzie


„Więzienie NKWD” – Sven Hassel

„Więzienie NKWD” z 1981 roku, to trzynasta z czternastu książek tego autora, traktująca okropieństwach Drugiej Wojny Światowej – tym razem głównie w Związku Radzieckim, na froncie wschodnim. Bohaterami powieści są, jak zawsze, Sven (narrator), Albert, Barcelona, Heide, Porta, Mały, Stary, Legionista…

Autor wyraźnie nie ma już o czym pisać, więc bez skrępowania kopiuje pewne pomysły Jaroslava Haška. Porta, identycznie jak dzielny wojak Szwejk,  co trochę próbuje coś tłumaczyć, wyjaśniać, opisywać, ale czyni to w tak skomplikowany i zawiły sposób, tak brnie w absurdalne dygresje i dygresje do dygresji, że słuchacza doprowadza to do szału. Czytelnika najpierw śmieszy, z czasem jednak po prostu nudzi.
Większa część historii jest przewidywalna już od pierwszych zdań – tak było na przykład ze spóźnionym ostrzałem artyleryjskim, który zdziesiątkował własne, to jest niemieckie, oddziały. Wystarczyło kilka zdań na temat przemęczonego, zasypiającego na stojąco dowódcy kierowania ogniem, by wiadomo było, jak się to skończy.

O ile pierwsze książki Hassela miały sporą wartość, tę można sobie spokojnie darować.

piątek, 16 lutego 2018

Kosztowna histeria narodowa


Miałem zdjęcie zrobione na skrzyżowaniu, przy tym słupku z nazwami ulic, ale gdzieś mi się zapodziało, więc w necie znalazłem inne. Przedstawia ono ulicę w niemieckim mieście Hagen, Karl-Marx-Straße.




Fragment planu miasta:



Gdyby ktoś nie wiedział, jest to przemysłowe miasto średniej wielkości położone w tych Niemczech, które i przed zjednoczeniem było po właściwej, to jest zachodniej stronie, czyli Republika Federalna Niemiec, a nie DDR.
Ale o co chodzi? Ano o to, że w kraju, który ma najsilniejszą gospodarkę w Europie (albo prawie) nikt nie udaje idiotycznie, że taki filozof nie istniał. Nie zmienia też histerycznie nazw ulic jeśli to nie jest naprawdę absolutnie konieczne (np. ulica Hitlera), bo to po prostu za drogo kosztuje. Ale widocznie są państwa, które na takie operacje stać… 

sobota, 10 lutego 2018

Problemy trzeciego tysiąclecia


„Umrzeć, by nie zginąć” – Tadeusz Markowski

Dawno, dawno temu, daleko, daleko stąd, przeczytałem fragment „Umrzeć, by nie zginąć” w jakimś czasopiśmie, i bardzo mi się on spodobał. Dość długo szukałem książki, a kiedy wreszcie ją zdobyłem, przeczytałem z przyjemnością.
Od tych wydarzeń minęło wiele lat, a sama książka gdzieś zaginęła… może ją komuś dałem, zupełnie już nie pamiętam. W międzyczasie dowiedziałem się, że to drugi tom cyklu „Dzieci Hildora” (pierwszy tom, „Mutanci”, podobno traktował o wyprawach kosmicznych z trzecim tysiącleciu i o eksperymentach genetycznych), że miał być jeszcze trzeci, ale chyba nigdy nie powstał – nie przeszkadzało mi to, bo „Umrzeć, by nie zginąć” czytało mi się całkiem dobrze jako odrębną całość.
Kiedy wpadła mi w oczy oferta na Allegro, gdzie książkę można było kupić za złotówkę, sentymenty wróciły i po krótkim wahaniu (kwota w końcu niebagatelna) drogą kupna wszedłem w jej posiadanie.

Po ponad trzech tysiącach lat na Ziemię wraca kosmolot „Feniks” z dwuosobową załogą. Anna i Pet zamierzają prosić ziemian o pomoc, ale szybko muszą weryfikować swoje plany, bo na nowej, bardzo zmienionej Ziemi, zagraża mi jak najbardziej realne niebezpieczeństwo. Ludzkość zmieniła się – panuje system kastowy, władzę absolutną sprawują członkowie Tajnej Rady, eksploracją kosmosu nikt się już nie interesuje. Nowi Ludzie żyją w ogromnych, samowystarczalnych wieżach, podczas gdy reszta planety porośnięta jest dżunglą, w której jakoś tam egzystują dzicy, nękani przez zmutowane zwierzęta. Pet i Anna mogliby zanegować cały system przekonań, na których oparte jest funkcjonowanie uprzywilejowanych mieszkańców wież, może nawet pozbawić ich władzy – w takim razie lepiej się ich pozbyć.

„Umrzeć, by nie zginąć” prezentuje dość popularny w tamtych latach nurt fantastyki socjologicznej. Pokazuje degrengoladę społeczeństwa, które nie musi pracować, a cały czas spędza na coraz to wymyślniejszych uciechach i rozrywkach, w sumie bez żadnego sensownego celu w życiu.

To zresztą znamienne, że latach powstawania „Dzieci Hildora” Markowski prezentował (choć może to tylko oportunizm) powszechne wtedy przekonanie, że musi być trudno, a nawet powinno być, bo ceni się tylko to, co zdobyte zostało wielkim wysiłkiem. Inaczej to marazm, dekadencja, stagnacja, beznadzieja. Bardzo pasowało to do rozlicznych problemów, także z zaopatrzeniem w podstawowe artykuły, Polski, w której budowany był socjalizm. Co ciekawe, od czasów upadku „komuny” minęło prawie trzydzieści lat, ale przekonanie, że na przyjemności trzeba ciężko harować, jakoś w naszym społeczeństwie ma się jak najlepiej nadal. Czasem nawet młodzież w to wierzy – szokujące!

To już cytat z zupełnie innej książki, jeszcze bardziej wartej przeczytania. Jorge Bucay – lekarz psychiatra i psychoterapeuta Gestalt, „Pozwól, że opowiem ci…”, strona 36:

… na początek konieczne jest usunięcie pułapki, którą zastawiono na nas, kiedy byliśmy jeszcze bardzo mali. Tą pułapką jest głęboko zakorzeniona w nas idea będąca częścią naszej dosadnej kultury i samo przez się zrozumiałej: docenia się tylko to, co się osiąga wysiłkiem.
Amerykanie powiedzieliby na to bull-shit. Każdy może stwierdzić zgodnie z własnym odbiorem rzeczywistości, że to nieprawda, a jednak budujemy swoje życie tak, jakby to była prawda niepodważalna.

wtorek, 30 stycznia 2018

Nie flirtuje się z NIM bezkarnie


„Diabeł chce Cię poznać!” – Lynda Rose



Diabeł istnieje, jest bytem realnym, i stara się uzyskać wpływ na nasze postępowanie, działanie, decyzje i wybory życiowe. Po takim stwierdzeniu większość słuchaczy/czytelników uśmiecha się lekceważąco, wyrozumiale albo też drwiąco. Wierzymy (rzekomo) w Boga, ale negujemy istnienie diabła – to swoista ciekawostka, bo komuś takiemu można w tym momencie zadać pytanie: jeśli nie wierzysz w diabła, to po co ci ten Bóg? Bo przecież nie do tego, żeby nas chronił przed innymi ludźmi. Tego, jak widać i obserwując życie codzienne na planecie Ziemia, Bóg zwyczajnie nie robi. Przecież dał nam wolną wolę, nam – tym dobrym i tym złym. 

Lynda Rose pisze o diable, o jego manifestacjach, strategii, technikach, sposobach i metodach działania. Pomaga zrozumieć, różnice pomiędzy próbami ingerencji Diabła, a stanem, w którym zyskał on już pełną kontrolę nad naszym życiem. Stara się też odkłamywać postać Boga, którego, w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu, chcemy najwyraźniej podporządkować zasadzie „płacę i wymagam”.

„Jakże często chrześcijanie ubolewają nad swoimi złymi doświadczeniami, nieświadomi faktu, iż pewne sfery ich życia zostały skażone »kultem cudzych bogów«. Jedynie uległość gwarantuje Bożą ochronę, natomiast nieposłuszeństwo może być równoznaczne z jej wycofaniem”*. 

W pewnym sensie ideę książki może pomóc pojąć cytat z innej zupełnie pozycji:

„- A jakie rzeczy dotyczące papieskiej doktryny w moim reportażu obraziły pańską inteligencję?
- Bezmyślne powtarzanie przez panią tezy, która wszędzie jest klepana na okrągło — że Wojtyła był dogmatycznym konserwatystą, strażnikiem wiary i Pisma. To nieprawda — Wojtyła był pseudokonserwatystą. Chociaż nie uległ prezerwatywie, nie uległ pigułce, nie uległ aborcji i eutanazji oraz innym fetyszom »postępu« czy »wyzwolenia«, lecz uległ, zapewne podświadomie, głównej truciźnie antychrześcijańskiej sączonej przez nowinkarzy, sekciarzy i amerykańskich pastorów-show-menów: że Bóg nie jest surowym sędzią, a piekło to tylko metafora. Lansował Boga jako dobrotliwego tatusia, wszechwybaczającego patrona o twarzy Wojtyły, reklamując bezwarunkowe miłosierdzie kosztem sprawiedliwego osądu, co jest w drastycznej sprzeczności z Pismem Świętym, starczy po nie sięgnąć. Wojtyła ocenzurował nie tylko Stary Testament, lecz i Nowy, przemilczając, vulgo: eliminując wszystko co tam można czytać o »bojaźni Bożej«, o niewybaczaniu grzechów za brak skruchy i o mękach piekielnych dla zatwardzialców. Kupił tym sobie tłumy fanów na całym świecie, i może nawet kanonizację, lecz ta zdrada Pisma Świętego nie zyskałaby aprobaty Jehowy i Chrystusa, gdyby oni istnieli, pani Krystyno. Hasło »caritas maior iustitia« [miłosierdzie przed sprawiedliwością, ważniejsze od sprawiedliwości] to nic innego jak klucz otwierający śluzy bezkarnego grzechu. Bardzo niebezpieczna gra w takich czasach jak dzisiejsze — czasach kolczyka na obnażonym pępku, czasach pedalskich małżeństw, czasach hedonistycznego »dolce vita«, które chcą mieć wszyscy”**.

Powiedziałbym, że w „Diabeł chce Cię poznać!” Lynda Rose demaskuje diabła oraz pokazuje, jak można się bronić przed jego manipulacjami. Jest to pozycja interesująca dla tych, którzy potraktują ją poważnie, a przynajmniej dopuszczą, że coś w tym może być, natomiast zupełnie bezwartościowa dla upierających się przy wizerunku diabła jako zabawnej maskotki z różkami i ogonkiem.


--
* Lynda Rose, „Diabeł chce Cię poznać!”, przekład Monika Dykier, Wydawnictwo Astrum, 1999, s. 199.
** Waldemar Łysiak ,„Najgorszy”, wyd. Nobilis, 2006, s. 77-78.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Rusz dupę, bo będzie za późno


„W poszukiwaniu Graala” Richard Rohr


Cywilizacja Zachodu (Europa i Ameryka Północna) chyli się ku upadkowi. Odrzuciliśmy i nadal, każdego dnia, arogancko odrzucamy mity, bo to takie nieracjonalne i niemodne, nie zdając sobie sprawy, że tracimy przez to cel i sens życia, własną tożsamość, a nawet świadomość, kim w ogóle jesteśmy.

„Farbują włosy na fioletowo, próbując pokazać, że są »kimś«. Szukają własnej tożsamości. Buntują się i szokują, by zaznaczyć własną obecność. Każde małe ego, każda mała psyche, próbuje uporać się z trudnym zadaniem stworzenia sobie własnego znaczenia. A kiedy się to nie udaje, pozostaje wstyd i poczucie braku własnej wartości, które przygniata współczesnych świeckich. W oderwaniu od szerszego świata nie jesteśmy w stanie sprawić, że poczujemy się naprawdę ważni i znaczący” [1].

Choć zapewne nie spodoba się to wielu czytelnikom, to chyba trudno byłoby zaprzeczyć, zanegować to stwierdzenie. Gnuśna Europa Zachodnia jest zalewana przez kulturowo i mentalnie obce nacje (różne, ale zawsze jednak kierujące się jakimś tam swoim mitem) i coraz bardziej zdominowana przez nie, ale zamiast się bronić, produkuje coraz to bardziej wymyślne argumenty tłumaczące, że wszystko jest w porządku, że tak właśnie być musi i nawet powinno. A poczucie własnej tożsamości i ważności buduje stojąc tydzień w kolejce po nowego smartfona z jakże symbolicznym w tych warunkach znakiem, nadgryzionego jabłka. Polska natomiast… no, cóż… moim zdaniem Polska to kraj, w którym chrześcijaństwo się zwyczajnie nie przyjęło. Tak, wiem, około dziewięćdziesiąt procent katolików, bla, bla, bla, ale… uważam po prostu, że jesteśmy krajem ludzi religijnych, ale tak naprawdę niewierzących.

„Dopóki nie zaakceptujemy tego, że nasz świat jest nam w pełni łaskawy, dopóty nie staniemy się chrześcijanami. Samo tylko uczęszczanie na niedzielną mszę nie sprawi, że ktoś zostanie chrześcijaninem” [2].

Jednak, żeby nie doszło do nieporozumienia, wyjaśniam, że choć mit świętego Graala (jest to mit dla świeckich!) ma rodowód chrześcijański, to jednak autorowi chodzi o mity w znaczeniu znacznie szerszym – to nie jest nawoływanie do powrotu do tradycyjnych wartości religijnych. Mit nie musi być ani chrześcijański, ani, tym bardziej, katolicki.

„Czy nam się to podoba, czy nie, grupy budują swoją spójność dzięki totemom i tabu. Gangi opierają swoją tożsamość na symbolach: flagach, hasłach, sloganach, metaforach” [3].

 Co zapewne szokujące, możliwe jest nawet…

„Bohaterowie mogą być nędzni, wstrętni, grzeszni, tragiczni, ale nigdy nie są mali. Od czasu do czasu można spotkać kogoś uformowanego na kształt bohatera w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, chociażby na spotkaniach Anonimowych Alkoholików – być może są nędzni, ale na pewno nie mali. Bez wątpienia właśnie tam znaleźć można wartościowe dusze” [4].

Kolejna oczywistość (czy aby na pewno?), jedna z wielu zresztą:

„Jesteśmy sumą dobrych i złych nawyków z młodości, zachowań stosownych i niestosownych, młodzieńczych doświadczeń z masturbacją i pornografią, niewybrednych rozmów w szkolnej szatni, wstydu związanego z powiększającymi się genitaliami i owłosieniem łonowym” [5].

Ta akurat rodzi pytania i wątpliwości, dotyczące naszej zdolność do przekroczenia progu niedojrzałości, wykorzystanie przeszłości i zaakceptowanie jej, jako integralnej części własnej osobowości… Bo może nieustanie, acz bezsensownie, pakować będziemy siły i środki w przekonywanie innych, choć zapewne przede wszystkim samych siebie, że ja to nigdy… mnie to nie dotyczy…

„W poszukiwaniu Graala” to książka znacząca, która może stać się punktem zwrotnym życia. W czasie lektury pojawiają się różne wzniosłe myśli, krystalizują się dalekosiężne plany, kształt przybierają niewyjawione dotąd marzenia, ale – jak znam życie oraz inne budujące lektury – większość z nich rozwieje się przed świtem, ewentualnie, jeśli dobrze pójdzie, po tygodniu. Bo Rohr nie proponuje drogi łatwej, nie obiecuje spektakularnych sukcesów, a przede wszystkim, nie zapewnia dobrego samopoczucia szybko (ważne!) i bez wysiłku. To książka o szukaniu, a nie o znajdowaniu.

A jeśli już mowa o drodze, to… w trakcie lektury natrafiałem na fragmenty jakby znane, na dawno wypowiedziane słowa, na przemyślane kiedyś już kwestie…

„Młodzi wyjeżdżają w nowe miejsca, by zobaczyć, jak czuje się tam ich dusza. Jednak bohater nie szuka niczego nowego, choć na początku wydaje mu się, że tak właśnie jest. Zazwyczaj w połowie drogi odkrywa, że szuka czegoś starego, lecz zagubionego” [6].

Ileż to lat temu odkryłem, że i w moim życiu działa reguła Koziołka Matołka – znowu musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie czegoś, co jest bardzo blisko. Więc kolejny raz okazuje się, że Richard Rohr ma rację.

Ale jest też zła wiadomość. Nie jest prawdą, że nigdy nie jest za późno, by wyruszyć w drogę.

„Jeśli przed upływem pięćdziesięciu lat życia nie dokonaliśmy żadnych poważnych wyborów dotyczących wolności i prawdy, jeśli prawdziwie nie zaryzykowaliśmy – jesteśmy zbyt głęboko związani z własną pozycją, żeby podjąć jakiekolwiek radykalne decyzje” [7].

Przekora podpowiada mi, że to nie musi być prawdą, bo przecież u Boga wszystko jest możliwe, ale…

Jak zapewne już widać „W poszukiwaniu Graala” to także rozmowa autora z czytelnikiem, to książka dialogu. To potwierdzenia, zgody i niezgody, polemiki, rozważania, pytania… czasem odpowiedzi.


Na koniec trzy uwagi.

1. Richard Rohr (franciszkanin, pisarz, kaznodzieja) często odwołuje się w tej książce do Enneagramu, to jest popularnego systemu definiowania typów osobowości; zapewne jednym z wielu. Warto przeczytać inną książkę Rohra, którą napisał wspólnie z Ebertem Andreasem, „Enneagram. Dziewięć typów osobowości”, jednak absolutnie nie jest to niezbędne, by zrozumieć albo raczej doświadczyć przesłanie „W poszukiwaniu Graala”.

2. „W poszukiwaniu Graala” to książka dla mężczyzn. Bez względu na to, jak się to feministkom podoba albo i nie podoba. Oczywiście nie znaczy to, że kobietom nie wolno jej przeczytać, albo że nie warto – ależ wolno… może nawet coś tam z lektury wyniosą, ale… to jest książka dla mężczyzn. :-)

3. Nie jest to literatura łatwa, nie czyta się jej jednym tchem, w jeden wieczór. I bardzo dobrze, ale może nie dla każdego. Uprzedzam tylko, bo łatwo się na początku (pierwszych 20-30 stron) zniechęcić.








--
1. Richard Rohr „W poszukiwaniu Graala”, przekład Arkadiusz Korolik, wyd. Charaktery, 2016, strona 26.
2. Tamże, s. 33.
3. Tamże, s. 27.
4. Tamże, s. 20.
5. Tamże, s. 221.
6. Tamże, s. 39.
7. Tamże, s. 44-45.

środa, 17 stycznia 2018

Ploteczki o sławnych i bogatych


„Największe skandale w świecie filmu” – Przemysław Słowiński

Zastanawiałem się właśnie, jak by tu oględnie napisać, że jestem trochę rozczarowany merytorycznym poziomem, kiedy przypomniał mi się tytuł zbioru i zapytałem sam siebie: czegoś ty człowieku oczekiwał po książce ze słowem „skandale” w tytule, wysokiej jakości?

Osiemnaście opowiadań:
1.   William R. Hearst
2.   Benjamin "Bugsy" Siegel
3.   Igo Sym
4.   Charlie Chaplin
5.   Brigitte Bardot
6.   Sharon Tate
7.   Jan, Wojciech, Bartłomiej i Agnieszka Frykowscy
8.   George C. Scott i Marlon Brando
9.   Jane Fonda
10.        Bruce Lee
11.        Roman Polański
12.        Sophia Loren
13.        Rock Hudson
14.        Yves Goulais, Andrzej Zaucha i Zuzanna Leśniak
15.        Sharon Stone
16.        O. J. Simpson
17.        Lew Rywin
18.        Leni Riefenstahl

Jedne historyjki z filmem maja wspólnego więcej, inne mniej (określenie „największe” jest już zupełnie subiektywne), ale wszystkie zawierają najbardziej podstawowe fakty, relacje z wydarzeń oraz spekulacje, fantazje i średniego lotu manipulacje emocjami czytelnika. Tym niemniej jest to całkiem prosta rozrywka dla niezbyt wyrobionego czytelnika albo do podróży, jednak na poziomie o dwa punkty wyższym niż „Fakt”.

piątek, 12 stycznia 2018

Arogancja jako sposób na życie


Nie lubię arogancji. Nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie traktować ja głupka, któremu można wcisnąć każdą bzdurę. Tak, wiem, politycy zawsze starali się manipulować przekonaniami i opinią publiczną (kwestia Zaolzia, „korytarza” i Gdańska, cudownego socjalizmu itp.) i czasem nawet im się to udawało, ale te działania miały przynajmniej… pewien rozmach; były też prowadzone profesjonalnie. W ostatnich latach natomiast obserwuję, jak poziom arogancji rozmaitych lokalnych autorytetów dramatycznie rośnie, przy jednoczesnym spadku wagi sprawy/tematu. Masowa wycinka drzew w Polsce nie ma nic wspólnego z coraz bardziej niebezpiecznym dla życia i zdrowia smogiem. Nie ma problemu z wypłatami 500+, w budżecie są na to środki (w lutym 2017 oficjalne zadłużenie Polski przekroczyło bilion dolarów – dla porównania „komuna” zostawiła po sobie 44 miliardy). Plemniki chronią przed rakiem, antykoncepcja prowadzi do śmierci (dr Urszula Dudziak), najlepszą polską książką roku xxxx jest…
Tak oto robienie durniów z bliźnich przestało już być domeną polityków i weszło pod strzechy. Propaganda i dezinformacja wysokich lotów zmienia się w prywatne struganie wariata z siebie nawzajem. I naprawdę wielu to praktykuje. Dlaczego? Bo może…

Czasem zadaję sobie pytanie, jak to w ogóle jest możliwe, jakim cudem aroganci coś takiego robią na tak masową skalę, i wychodzi mi, że są trzy możliwości:
a) tak bardzo gardzą innymi, że pewni są, że ta banda przygłupów im uwierzy,
b) pewni są, że ta banda przygłupów im uwierzy, da się nabrać, i… mają rację,
c) jedno i drugie.

Odrobinę pomagają pieniądze albo mechanizmy rynkowe. Oraz, niewielka na razie świadomość rodaków, że krótkotrwałe zyski niweczą szanse na długofalowe efekty. Dla mniej rozgarniętych: można walić w rogi innych, ale do tylko czasu.
O krótkotrwałych zyskach i długofalowych efektach nieco więcej tu:
https://www.dobreprogramy.pl/Meszuge/Strategia-zyciowobiznesowa-takze-DP,85004.html

Jakiś czas temu wydawnictwo zaproponowało układ: oni dają mi w prezencie książkę, a ja piszę jej recenzję na stronę wydawcy. Z moich usług szybko zrezygnowali, bo recenzje pisałem zgodnie z własnym przekonaniem, ale kolega, który zawarł taki sam układ przyznał mi się, że nie potrafi źle ocenić książki, którą dostał w prezencie – wdzięczność mu nie pozwala. Tak oto odkryłem, jak w praktyce działa sztuczka (jedna z wielu), opisana przez Roberta Beno Cialdiniego w książce „Wywieranie wpływu na ludzi”. Ale nie w tym rzecz. Czujących zobowiązanie recenzentów było zapewne więcej, bo początkowo strona wydawnictwa pełna była entuzjastycznych recenzji. Okres prosperity trwał krócej niż rok, bo coraz więcej czytelników/klientów traciło zaufanie do recenzji i jakości oferowanych dzieł. Po trzech-czterech latach firma nie istniała. Krótkotrwałe zyski zamiast długofalowych efektów.

Śmieciowate czasopisma i strony, różne pudelki, demoty, fakty i im podobne, mogą sobie produkować nierzetelne treści, ale portale z pewnymi ambicjami, starające się wybierać i stawiać na długofalowe efekty (utrzymanie się na rynku, a nie tylko krótki rozbłysk sławy), powinny jak ognia wystrzegać się łasiczej mowy. Określenie zapewne nie wszystkim znane, więc celem wyjaśnienia cytat z „Przebudzenia”: „Powstało z bezpośredniego tłumaczenia weasel words, a jego polskimi, choć niezbyt precyzyjnymi odpowiednikami mogłyby być gadka szmatka czy mowa trawa. Czy łasicza mowa jest po prostu kłamstwem? W pewnym sensie tak, jednak ta jej odmiana, która mnie szczególnie interesuje, jest tylko wstępem do przekazu manipulowanego.
[...]
Najłatwiej będzie zrozumieć to na przykładach:

Mieszkam w Opolu i mnie się to miasto podoba – przekaz prosty, jasny uczciwy.

Zdaniem ekspertów od urbanistyki Opole to najładniejsze miasto w Polsce – łasicza mowa.

Jakich ekspertów, konkretnie? Gdzie ci eksperci wyrazili taką właśnie opinię? Na jakiej podstawie?

Innymi przykładami powoływania się na nieistniejące źródła informacji są zwroty: jak dowiedli amerykańscy uczeni…, chińscy mędrcy powiadają…, najwięksi badacze ustalili… itp. Nawet pozornie banalne słowa „gdzieś czytałem, że…” mogą być łasiczą mową, jeśli w rzeczywistości nigdzie nie czytałem, a jedynie chcę swoim słowom dodać wartości”.

Specjalną formą łasiczej mowy może być milczące powoływanie się na zdobyty wcześniej autorytet. „To beznadziejne wykonanie” – w ustach Krystiana Zimermana, to zupełnie coś innego, niż ocena Ziutka, stolarza, który w filharmonii był raz w życiu z wycieczką szkolną, prawda? Pan Z. nie potrzebuje już dodawać, że podobnie sądzą amerykańscy melomani albo europejscy krytycy.

Tyle, że BiblioNETce (i innym portalom czytelniczym albo technicznym) do pana Z. jest dość daleko jeszcze, więc proponowałbym wyraźnie i jednoznacznie ujawniać źródła przekonań, opinii, stwierdzeń. Bo przykro patrzeć, jak portal, który lubię, lawinowo traci wiarygodność, produkując dziwne opinie o poziomie nieco tylko wyższym od Boga Bibliotek…


niedziela, 7 stycznia 2018

Życie codzienne panów braci


„Szubienicznik” – Jacek Piekara


XVII-wieczna Rzeczypospolita, czasy króla Jana III Sobieskiego. Bohaterem opowieści jest podstarości łęczycki Jacek Zaremba, kiedyś towarzysz pancerny, a obecnie stróż prawa, a rzecz cała dzieje się kilka lat po spektakularnej wiedeńskiej wiktorii, na dworze starego stolnika Hieronima Ligęzy, druha Zaremby z czasów gromienia Turków i Tatarów.

Poza Zarembą Hieronim Ligęza gości też innych panów braci – typowego warchoła sarmackiego, Krzysztofa Komarnickiego, tajemniczego Gideona Rokickiego herbu Lubicz i Pawła Broniewskiego, szlachcica ziemi kujawskiej, herbu Ogończyk.
Panowie jedzą, piją, popuszczają pasa aż wreszcie na jaw wychodzi, że u pana Hieronima zjawili się na jego listowne zaproszenie, i tu zaczynają się problemy, bo okazuje się, że stary stolnik żadnych dramatycznych listów nikomu nie wysyłał.

Zaremba z Ligęzą starają się rozwikłać zagadkę, rozmawiając, czy raczej przesłuchując pozostałych gości. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia, i te właśnie opowieści, okraszone szczodrze dziesiątkami nudnawych dygresji, stanowią całą treść książki. Po czterystu pięćdziesięciu stronach coś tam się jakby wyjaśnia, ale w sumie raczej komplikuje jeszcze bardziej, i staje się oczywiste, że właściwego rozwiązania trzeba szukać w kolejnym tomie przygód Jacka Zaremby.

Wątek kryminalny albo sensacyjny najmniej ważny wydaje się w tej powieści – jest to raczej dzieło historyczne ze znanej i popularnej niegdyś serii „życie codzienne szlachty wielkopolskiej w XVII wieku”. I, być może jako, powieść obyczajowa, ma pewną wartość. Ja jednak spodziewałem się i liczyłem na coś innego, więc i zachwycony nie jestem.
Bardzo nieprzyjemnie zaskoczyła mnie informacja (na samym końcu książki), że jest to jedynie część większej całości, że rozwiązania, puenty, w tym tomie nie znajdę. Taką sztuczką czuję się wręcz oszukany.

Chyba jednak wolę opowieści o Mordimerze Madderdinie.

czwartek, 4 stycznia 2018

Zuzanna i dowcipny Radosław


„Komisarz” – Paulina Świst

Zuzanna Kadziewicz, córka zamieszanego w brudne interesy biznesmena, nawiązuje romans z Radosławem, idealnym pod każdym względem partnerem, bo to i nie nudzi się na zakupach, i dba przede wszystkim o nią w łóżku, i potrafi się zachować w każdym, najlepszym nawet towarzystwie, i jest bogaty, i przystojny itd. Kiedy wychodzi na jaw, że jest gliniarzem pracującym w przebraniu (a nie korporacyjnym menadżerem wysokiego szczebla), że rozpracowuje ojca Zuzanny, a jej samej tylko… używa, Radosław zmienia się w twardziela komisarza Radka i w tej roli okazuje się… jeszcze bardziej fantastyczny. Niespełnione marzenie każdej znudzonej pani domu, prawda?

Wbrew pozorom „Komisarz” nie jest powieścią sensacyjną ani kryminalną, to po prostu średniej jakości romans, kolejny, może nawet nie taki zły, klon „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Czytelniczki powinny być zachwycone. Czytelnicy zapewne znacznie mniej.