poniedziałek, 12 listopada 2018

Kto zabił dziesięciu winnych?


„Dziesięciu Murzynków” – Agatha Christie

Jak wyglądają dzisiejsze kryminały i powieści sensacyjne? Mniej lub bardziej dyskretne lokowanie produktu, treść konsultowana z prawnikami z wydawnictwa, żeby nie mogła stać się powodem jakiegoś pozwu, psychologicznie rozbudowane postacie, wyważone i konsultowane z językoznawcami słownictwo oraz nazwiska… Jaki tytuł nosiłaby powieść Agathy Christie dzisiaj? Może… Dziesięciu Afroamerykanów?

Z takich powodów wracam czasem do dobrych, prostych kryminałów Agathy Christie, ale nie tylko jej.

Akcja dzieje się u brzegów Devonu, na tajemniczej Wyspie Murzynków. Zostaje tam zaproszonych albo raczej zwabionych ośmioro zupełnie różnych osób. Na gości czeka małżeństwo, służba wynajęta kilka dni wcześniej za pośrednictwem agencji pośrednictwa; nigdy nie widzieli swoich chlebodawców.
W każdej sypialni wisi na ścianie wierszyk o Murzynkach, znany wszystkim z dzieciństwa. W salonie na stole stoi tacka z dziesięcioma Murzynkami z porcelany.

Zgromadzeni goście i służba wysłuchują w pewnym momencie, nagranego na płycie gramofonowej, oskarżenia; każdemu z nich zarzucana jest zbrodnia, za którą uniknął kary. Niedługo potem kolejni goście w rozmaity sposób tracą życie, a z tacy w salonie znikają kolejne figurki Murzynków.

Rozwiązanie tej zagadki, ujawnienie sprawcy intrygi, jest treścią powieści, która ukazała się także pod tytułem „Dziesięciu Żołnierzyków” (w niej akcja dzieje się na Soldier Island).

niedziela, 4 listopada 2018

Krzysztof Zanussi nadal kręci


„Pora umierać” – Krzysztof Zanussi

Wspomnienia, refleksje, anegdoty, przemyślenia, wnioski, nadzieje, plany i inne takie, zebrane z okazji sześćdziesiątej rocznicy urodzin reżysera (urodził się w 1939 roku). Tytuł nawiązuje do anegdoty, pochodzącej od wielkiego aktora przedwojennego, Jerzego Leszczyńskiego – sam Zanussi ma się dobrze i umierać się nie wybiera.

Krzysztof Zanussi wraca we wspomnieniach do różnych wydarzeń ze swojego życia i, choć nie robi tego ściśle chronologicznie, opowieść czyta się gładko, bez zgrzytów. To mogą być obrazki z dzieciństwa, anegdoty dotyczące okoliczności powstawania filmów, perypetie ze studiami, ciekawe znajomości, przemyślenia na tematy ogólne i bardzo różne, ot, choćby na przykład to:

Dostęp do mediów jest rodzajem łaski, która często (najczęściej) spada na hucpiarzy, szarlatanów, oszustów i hochsztaplerów, ale po to, by tej łaski dostąpił artysta, trzeba podjąć cały szereg działań opartych na rozsądku i przemysłowej dyscyplinie. Chodzi o działania aż śmieszne w swojej prostocie. Nie należy gubić adresów, trzeba odpowiadać na listy, dotrzymywać terminów, nie spóźniać się na spotkania i tak dalej. Katalog tych drobnych sprawności pokrywa się w dużym stopniu z kodeksem dobrego harcerza, ale bez tego szansę na sukces są niewielkie. Do rozpaczy doprowadzają mnie ludzie zdolni i wartościowi, którzy dla fasonu lekceważą szansę tylko po to, żeby opowiadać w towarzystwie, jak to im na niczym nie zależy. Jako producent rozmawiam serio tylko z tymi, którzy nie ukrywają tego, że zależy im naprawdę. I tak szanse mamy niewielkie.

Albo to:

A tymczasem w amerykańskiej sztuce „Lot nad kukułczym gniazdem” najważniejsze jest zdanie przegranego bohatera, bezskutecznie próbującego wyrwać z podłogi urządzenie, którym można było wyłamać kraty. Zdanie to brzmi: „Ale ja przynajmniej próbowałem!”.

Uderzające wydało mi się to, jak bardzo Polska zmieniła się w tych latach, które w książce jeszcze nie zaistniały – wydana została w 1997 roku.
Książka warta poznania, choć przed dwudziestu laty na pewno robiła większe wrażenie.

niedziela, 28 października 2018

Francja 1944 - tylko przeżyć


„Zlikwidować Paryż” – Sven Hassel

Tylko pierwsza książka Svena Hassela (Duńczyka z niemieckim pochodzeniem), wydana w 1953 roku „Legion potępieńców” była wiernym zapisem przeżyć tego żołnierza karnej kompanii Wehrmachtu. Kolejne powieści zawierają już tylko elementy autobiograficzne, ale z czasem jest ich coraz mniej. „Zlikwidować Paryż” pochodzi z 1967 roku, a ostatnia powieść tego autora, „Komisarz” (mocno naciągana) wydana została w roku 1985.

Akcja powieści dzieje się we Francji, w 1944 roku. Reichsführer-SS, Heinrich Himmler, wydał rozkaz całkowitego zniszczenia Paryża. Ale Trzecia Rzesza chyli się już wyraźnie ku upadkowi. Tylko fanatycy zdają się jeszcze wierzyć w zwycięstwo Niemiec. Reszta żołnierzy zdaje sobie sprawę, że wojna jest przegrana, ale… żołnierz nie myśli, żołnierz słucha rozkazów, walczy i umiera.

Koszmarny chaos organizacyjny, brak broni, amunicji i wyposażenia, bezsensowne spory kompetencyjne między dowódcami różnych jednostek, bałagan, ale Sven (narrator), Barcelona, Legionista, Mały, Stary, Heide i inni stawiają czoło inwazji w Normandii i starają się, jeśli nie wygrać, to przynajmniej przeżyć. Nie wszystkim się to udaje.

czwartek, 25 października 2018

Czarno-białe życie w Stanach


„Służące” – Kathryn Stockett

Zaczynając lekturę warto zdawać sobie sprawę, że segregacja rasowa oficjalnie zniesiona została w USA dopiero po zatwierdzeniu przez prezydenta Lyndona Johnsona ustawy o prawach obywatelskich (Civil Rights Act) w 1964 r. Ważne jest też, że w tym przypadku „oficjalnie” nie oznacza „praktycznie”.
Kathryn Stockett napisała „Służące”, bo uświadomiła sobie, że swoją czarnoskórą nianię, Demetrie, nigdy nie spytała, jak ta się czuje służąc białej rodzinie.

Akcja powieści dzieje się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na amerykańskim Południu. Jej bohaterkami są trzy kobiety: Eugenia „Skeeter” Phelan, biała panienka tak nieatrakcyjna, że nawet wysoki posag nie kusi potencjalnych zalotników, Aibileen, Murzynka zawodowo opiekująca się dziećmi i domami białych państwa (poznajemy ją, gdy siedemnasta jej podopieczna, urodzona w 1960 roku Mae Mobley Leefolt kończy właśnie dwa latka) oraz jej przyjaciółka Minnie, kolejna czarnoskóra pomoc domowa, najlepsza kucharka w Missisipi, ale pyskata i nie potrafiąca utrzymać języka za zębami (przeciwieństwo opanowanej i rozsądnej Aibileen), co oczywiście mocno utrudnia jej znalezienie kolejnej posady w Jackson. 

Panienka Skeeter (komar?) po ukończeniu koledżu wraca do domu i niemile zaskoczona stwierdza, że jej ukochana niania, Constantine (oczywiście Murzynka), zniknęła gdzieś w niejasnych okolicznościach. Nie mogąc pogodzić się z jej utratą (wyjaśnienia matki są mocno niewiarygodne, a inni nabierają wody w usta), wpada na pomysł napisania książki o tym, jak biali traktują czarne służące; Minnie i Aibileen mają jej w tym pomóc.
Motywy każdej z nich są inne, a po drodze napotykają wiele poważnych przeszkód i problemów, i to właśnie jest treścią książki, choć nie jej ideą, przesłaniem. Ciekawe jest choćby to, że te trzy zupełnie różne osoby, z czasem i dzięki przeżyciom, okazują się w sumie podobne.

Wydaje mi się, że tłumaczenie nie jest najlepsze – nie wystarczy zamienić „żeby” na „co by”, by w wiarygodny sposób pokazać żargon słabo albo w ogóle niewykształconych Murzynów na Południu.

środa, 24 października 2018

Pokomplikowane życie pani S.

„Czarna kartka” – Patricia Cornwell

Anatomopatolog, lekarka sądowa Kay Scarpetta (nie potrafię się nie uśmiechać, czytając to nazwisko) bada zwłoki mężczyzny odnalezione w kontenerze statku, który płynąc z Belgii przybił do portu w Richmond. Niestety, nie jest w stanie odkryć przyczyn jego śmierci. Jednak frustracja z tego powodu to głupstwo wobec wielu innych komplikacji w jej życiu. W tragicznych okolicznościach zginął jej przyjaciel i kochanek. W biurze giną różne rzeczy. Ktoś podszywa się pod Scarpettę w internecie. Trwa wojna Kay i kapitana Marino (stary dobry przyjaciel) z nową, wredną, ambitną zastępczynią komendanta policji, Dianą Bray, narasta konflikt w rodzinie… Kiedy wreszcie w śledztwie pojawia się promyk nadziei na rozwiązanie, Scarpetta i nie tylko ona, staje się celem – jej życiu zagraża poważne niebezpieczeństwo.

Książka może nie jest zła, ale dobra i warta polecenia też niekoniecznie – przeciętna po prostu. Zapewne bardziej spodoba się kobietom niż mężczyznom. 

poniedziałek, 8 października 2018

Jak urodziła się "Ćma barowa"


„Hollywood” – Charles Bukowski

Hank Chinaski (alter ego autora), sześćdziesięcioparoletni pisarz, niezły, ale nie geniusz, z czego, co ciekawe, zdaje sobie sprawę, w każdym razie znany i rozpoznawany w pewnych kręgach, otrzymuje popłatne zlecenie – ma napisać scenariusz filmu, na co nie ma początkowo ochoty, ani pomysłu. Pisanie, dalsze dzieje utworu (film nosi tytuł „Ćma barowa”), ale przede wszystkim specyficzne życie w światku Beverly Hills lat osiemdziesiątych, życie pijaków, szalonych wizjonerów, zapoznanych geniuszy, są właśnie fabułą powieści. Prawdziwą wartością jest język Bukowskiego, przepraszam, Chinaskiego, cynicznego alkoholika, pijącego tylko wino (powiedzmy), zrażającego sobie wszystkich w koło, jego sposób widzenia świata, z sobą samym włącznie, specyficzne poczucie humoru z nieustannie przymrużonym okiem, kpiną i drwiną.

Miłośnikom sztuki, głównie filmowej i muzycznej tego okresu, nie powinno być trudno rozszyfrować tożsamość niektórych bohaterów powieści. Tym bardziej, że Bukowski nie za bardzo starał się ją ukryć, tyle tylko, żeby nie zostać posądzonym o zniesławienie. Tym niemniej wiadomo albo łatwo się domyślić, kim naprawdę jest Pat Sellers (aktor), Tab Jones (wokalista), czy wreszcie Francis Ford Lopalla (reżyser).

Kawałek dobrego pisarstwa, po prostu. Polecam.

wtorek, 2 października 2018

Al, Dirk Pitt i spółka rodzinna


„Złoto cara” – Clive Cussler i Dirk Cussler

Co za dużo, to niezdrowo. Za dużo bohaterów, za dużo wątków pobocznych, za dużo problemów i komplikacji, za dużo stron… może za dużo lat.

Dirk Pitt, dyrektor do zadań specjalnych NUMA (z nieodłącznym Alem Giordino)  oraz jego dorosłe już dzieci, Dirk junior  i Summer, ratują świat przed kolejną wojną. Do tego ukraińscy buntownicy i separatyści, handlarze nielegalnie zdobytymi materiałami rozszczepialnymi (wzbogacony uran), nieprawdopodobnie zaawansowany technologicznie bojowy dron i jego wynalazca, tajna agentka Europolu (która to organizacja nie dysponuje żadnymi siłami wykonawczymi; Europol zajmuje się jedynie wymianą informacji, szkoleniami i analityką), uzbrojona, niebezpieczna i bardzo atrakcyjna, tajny układ ostatniego cara z Brytyjczykami i zaginione złoto…

Pewną ciekawostką i nowością jest lokalizacja części akcji w Bułgarii, ale poza tym, jak zwykle, dzielni bohaterowie miotają się po całym świecie, od Krymu po Gibraltar, od Waszyngtonu po Bahamy, od Londynu po Morze Czarne.

Może ja wyrosłem z fascynacji tego typu przygodami, a może to już nie ten Cussler, za którym szalałem kilkanaście lat temu.

środa, 26 września 2018

Rdzenni Amerykanie i kasyna


„Demaskator” – John Grisham

Lacy Stoltz z Komisji Dyscyplinarnej Sędziów oraz jej współpracownik i partner, Hugo Hatch, przyjmują skargę przeciwko sędzi Claudii McDover. Autorem skargi oraz inicjatorem całej afery jest Greg Myers, adwokat pozbawiony uprawnień, pozyskujący informacje od tajemniczego „kreta”, osoby będącej blisko McDover.  Myers zarzuca sędzi McDover korupcję, stronniczość, matactwa prawne, skazanie niewinnego człowieka, uwalnianie ewidentnie winnych i inne działania mniej lub bardziej powiązane z budową i działaniem wielkiego kasyna na ziemi należącej do plemienia Tappacola.

Przy okazji dowiedziałem się, że w Ameryce jest zarejestrowanych ponad 550 plemion, które na swoim terenie dysponują znaczną autonomią. Poza tym, że czerwonoskórzy nazywają sami siebie Indianami i wyśmiewają białych, którzy wymyślili określenie „rdzenny Amerykanin” i bardzo pilnują, żeby tylko takiego używać, przynajmniej oficjalnie.

Lacy Stoltz, przez chwilę z Hatchem, a dalej już sama, zbiera dowody przeciwko bezwzględnej i cynicznej Claudii McDover, wykraczając często i niebezpiecznie poza kompetencje zatrudniającej ją instytucji. Po śmierci Hugo, partnera Lacy, ojca czwórki dzieci, kochającego męża itd., wiadomo już jest w zasadzie, jak potoczy się dalsza akcja powieści.

To mocno odmienna książka Grishama, różniąca się wyraźnie od „Firmy” albo „Klienta”. W „Demaskatorze” nie ma batalii sądowych, za to jest krwawa wojna ze zorganizowaną przestępczością i skorumpowanymi przedstawicielami prawa i władzy, także tej plemiennej. Myśl przewodnia: dla pieniędzy ludzie są gotowi zrobić wszystko.

„Demaskatora” do arcydzieł Grishama nie zaliczyłbym. Powieść jest trochę zbyt długa, a wątki mało ważne, zajmują w niej zbyt dużo miejsca. Tym niemniej to jednak Grisham, więc opowieść i tak jest lepsza od setek innych powieści sensacyjnych.

piątek, 21 września 2018

Obłęd pogoni za szczęściem


„Miłość i inne deliria” – Mika Dunin


Zgodnie ze słownikiem PWN przekonanie, to zdanie oparte na przeświadczeniu o prawdziwości, słuszności czegoś. Przekonaniami posługujemy się wszyscy i jest to normalne, naturalne, powszechne i powszednie. Posługiwanie się przekonaniami upraszcza życie – ale uwaga! – „upraszcza” nie zawsze oznacza „ułatwia”, bo czasem jest wręcz przeciwnie. Zanim jednak powiążę temat przekonań z najnowszą książką Miki Dunin, pozwolę sobie jeszcze na cytat i… swego rodzaju mądrość środowiskową.

Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli[1].

W środowisku, w którym się obracam, często można usłyszeć powiedzenie: „ludzie zdrowi psychicznie, normalni, trzeźwo myślący, mają przekonania zbudowane na wiedzy i doświadczeniu; pozostali mają przekonania… zamiast wiedzy i doświadczenia”. Zabawne? Chyba jednak nie bardzo.

Miałam dziesięć lat, gdy zostałam kurwą. Nie bardzo wiedziałam, co to znaczy ani że przywrze do mnie na ćwierć wieku. Rozumiałam jednak, że to ważne. Oznajmił mi to mój ówczesny bóg, mój ojciec[2].

Oj, oberwie się autorce za „Miłość i inne deliria”, oberwie i to solidnie… Mika Dunin rozwala w drobiazgi kilka przekonań i to tych z gatunku fundamentalnych raczej. Takich prawd, które wygłasza się po słowach „wszyscy wiedzą, że…”, „prawda jest taka, że…”, czy podobnych. Nie lubimy, żeby odbierano nam poczucie bezpieczeństwa i równowagi (proszę raz jeszcze przeczytać słowa Laurenta Gounelle) i to tak bardzo brutalnie, bez kompromisów i znieczulenia, jak walnięcie pięścią między oczy.

Dobrze byłoby, gdyby czytelnik, otwierając książkę, zdał sobie sprawę, że staje oto w punkcie zwrotnym życia – jeśli ją przeczyta, nic już nie będzie takie samo bez względu na to, czy wróci do swoich wygodnych, cieplutkich, bezpiecznych, upraszczających codzienną egzystencję przekonań, czy zdecyduje się i odważy na rzetelne wietrzenie swoich poglądów, na mnóstwo pytań, które odtąd zaczną się pojawiać, pytań o to, skąd wiem to, co wydaje mi się, że wiem. Wtedy może okazać się, że niektóre moje „prawdy życiowe”, to jedynie odziedziczone po babci fantazje albo… lęki.

Jedna z wielu rozmów z Mądrym Człowiekiem. O rzeczach ważnych:
- Ja sobie nie mogę poradzić z byciem puszczalską!
-Sama się dziwię, że te słowa wypadły mi z ust. Przed nikim bym sobie na coś takiego nie pozwoliła, tym bardziej, że to była najpilniej strzeżona tajemnica, nikt nie miał prawa się dowiedzieć
[…]
I tak zamykam ten przeciągnięty do niemożliwości rozdział w moim życiu. Wystarczyło powiedzieć to na głos. Wystarczyło usłyszeć, że ktoś tak nie uważa, ale nie, że mnie pociesza w tani sposób, fałszywie. On przeprowadził logiczny wywód, udowodnił mi. Sama sobie udowodniłam. I dlatego uwierzyłam. Skończyło się. Jeden mężczyzna klątwę nałożył. Inny ją zdjął[3].

 Wydaje mi się, że najbardziej zaskoczeni będą mężczyźni – ci, którzy odważą się sięgnąć po książkę ze słowem „miłość” w tytule. Kobiety do wielu rzeczy, spraw, zdarzeń, przeżyć, mogą się nie przyznawać, ale jednak posiadają (czasem) elementarną ich świadomość. Mężczyźni – nie. Wychowani przez matki – bo ojciec zajęty był karierą, robieniem pieniędzy, graniem w piłkę z kolegami lub piciem piwa – gubią się zupełnie po zderzeniu z prawdą o uczuciach, związkach, rodzinie, odpowiedzialności, seksie…












[1] Laurent Gounelle, „O człowieku, który chciał być szczęśliwy”, Świat Książki, 2010, tłum. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, s. 49.
[2] Mika Dunin „Miłość i inne deliria”, wyd. Muza, 2018, s. 11.
[3] Tamże, s. 303-305.

wtorek, 18 września 2018

Dwa naciągane opowiadania


„Podwójne zabójstwo” – Jonathan i Faye Kellerman

Wspólne dzieło małżeństwa Kellermanów zawiera dwa opowiadania. Akcja pierwszego dzieje się w Bostonie, a drugiego w Santa Fe.

Po emocjonującym meczu koszykówki Julius bawi się w dyskotece, jak zresztą wielu innych zawodników szkolnych drużyn. W pewnym momencie padają strzały, Julius – lokalny gwiazdor kosza – nie żyje. Wiadomo, kto strzelał, znaleziona została broń, a więc wszystko dobrze się układa – z punktu widzenia detektywów – ale tylko do sekcji zwłok, kiedy to okazuje się, że Julius wcale nie umarł od ran postrzałowych.
Wątpliwości natury moralnej rodzi gra dwojga gliniarzy (partnerów prowadzących śledztwo), którzy chłopaka, który strzelał, oskarżają o zabójstwo, wiedząc, że go nie popełnił i że taki zarzut nie utrzyma się w sądzie.

Akcja opowiadania drugiego rozgrywa się w idyllicznym Santa Fe. Znanemu, bogatemu, acz powszechnie nielubianemu marszandowi, w jego galerii ktoś rozwalił głowę jednym z eksponatów. Partnerzy, Steve Katz i Darrel Dwa Księżyce, szukają zabójcy i motywu.
Koniec tej historii pojawia się niespodziewanie i nie całkiem jest jasny i sensowny.

czwartek, 13 września 2018

Perry Mason w dziwnej roli


„Sprawa fałszywego obrazu” –  Erle Stanley Gardner

Lubię historyjki z Perry Masonem, wiecznie uśmiechającą się i wyraźnie w nim zakochaną Dellą Street, przemęczonym i niewyspanym agentem Drake’m, ale ta akurat pozycja była jedną z gorszych. W sumie trudno się dziwić – to sześćdziesiąty szósty tom cyklu z adwokatem Masonem.

Początek jest mętny i pozostawia niesmak. Jeden handlarz obrazów zarzuca drugiemu nieuczciwość, ale nie wprost, ale przez podstawioną osobę, która zresztą dostaje polecenie, by wiadomość w określony sposób przekazać dalej. Marszand zjawia się u adwokata wściekły, bo takie pomówienie godzi w jego pozycję zawodową. W tym momencie Mason udziela mu dziwnej rady – sugeruje mianowicie wmanipulowanie w cała aferę nabywcę obrazu. To on, a nie sprzedawca, ma grać rolę pokrzywdzonego. Takie to trochę… hm… nieetyczne.

Adwokat Perry Mason angażuje się w tę dziwaczną historię wyjątkowo – może ze względu na urok dawnej modelki, Maxine. Broni jej też z determinacją, ryzykując własną reputację i pieniądze, gdy Maxine zostaje oskarżona o zabójstwo Collina Duranta, też marszanda, którego zwłoki znaleziono w jej mieszkaniu.

Dobry fragment książki to ten, w którym Mason rozgramia świadków oskarżenia podczas przesłuchania wstępnego. Oczywiście te fajerwerki intelektu, złośliwości i ośmieszania ludzi nie mają nic wspólnego z polskim systemem prawnym (czy z obecnym amerykańskim – też nie jestem pewien), ale czytało się nieźle.
Zakończenie, czyli wyjaśnienie całej tej zagadki kryminalnej jest pokomplikowane i mało wiarygodne. 

Ostatecznie książkę można sobie darować.

niedziela, 9 września 2018

Socjalistyczna fantastyka dziś


„Próg nieśmiertelności” – Krzysztof Boruń

„Katar” Lema, jako powieść będąca połączeniem kryminału i fantastyki, przetrwał próbę czasu znakomicie. „Próg nieśmiertelności” poradził sobie z czasowym wyzwaniem nieco gorzej. „Zgniły Zachód”, jaki w połowie lat siedemdziesiątych starał się wykreować autor (łącznie z nazwiskami), dziś może wydawać się nieco naiwny, może momentami nawet zabawny, jednak sama fabuła, pomysł, idea, myśl przewodnia jest intrygująca nadal.

José Braga był kiepskim pisarzem, pijakiem, w ogóle mało ciekawym typkiem. Jego bardzo nielicznymi dziełami, jeśli tak to można nazwać, nikt się nie zachwycał, ani nawet interesował, może i miał jakieś tam zalążki talentu, ale w tych warunkach… Żona się z nim rozwiodła, zabrała syna; później raz jeszcze wyszła za mąż za zamożnego pana De Limę.
Braga zachorował na raka i wylądował w dziwnym Instytucie Burta, prowadzonym przez niejakiego Bonnarda, który sukcesywnie zmieniał placówkę medyczną w naukowo-badawczą. Tam też José Braga zmarł, zapisując Instytutowi w testamencie wszystkie swoje książki, także te, które jeszcze wydane nie zostały. Wtedy zaczęły się problemy. Instytut, w osobie Bonnarda, wypuszczał na rynek wydawniczy kolejne książki Bragi, których rękopisy ponoć posiadał, książki coraz lepsze, zdobywające uznanie, bestsellery. Oczywiście przynosiło to Instytutowi Burta duże pieniądze.

Wtedy była żona Bragi uznała, że to jej i synowi należą się tantiemy i wynajęła adwokata – notabene powieść to jego relacja pisana w pierwszej osobie – by zakwestionował testament znanego teraz pisarza. Oczywiście tylko w interesie dziecka wymyśla nieprawdopodobne historie, że Bonnard zabił Bregę, a jeśli nie zabił to przynajmniej eksperymentował na nim, doprowadzając do śmierci (tak, tak, chciwość ludzi z krajów kapitalistycznych potrafi być potworna) i żąda, by adwokat wystąpił o ekshumację zwłok i ich zbadanie.

Zanim do tego doszło pan De Lima dokonał ciekawego odkrycia, dzięki któremu od razu stało się jasne, jak się to wszystko skończy, a mianowicie zauważył, że w jednej z książek Braga opisał dokładnie uliczkę i drzewa na niej, ale… drzewa, które zasadzono dwa lata po jego śmierci, pisarz nie mógł ich widzieć.

Dusza i ciało, Eros i psyche… Co dzieje się z duszą/osobowością człowieka po jego śmierci? A może dałoby się ją jakoś zachować poza ciałem albo przeszczepić w inne ciało?

sobota, 8 września 2018

Norweg w krainie kangurów


„Człowiek nietoperz” – Jo Nesbø

Żyję na tym najpiękniejszym ze światów tak długo, że pamiętam jeszcze modę na prozę iberoamerykańską, która nawiedziła Polskę dawno, dawno temu. Żadne tam „książki pisarzy iberoamerykańskich”, mowy nie ma, koniecznie należało mówić i pisać o „prozie iberoamerykańskiej”, inne określenia nie wchodziły w grę i zdradzały buractwo. Z czasem mocno się uspokoiło i obecnie zainteresowanie budzi trzech-czterech takich autorów, a reszta… zaginęła gdzieś w polskiej świadomości czytelniczej.
Po latach naszła moda na powieści sensacyjne pisarzy skandynawskich. Ich jakość nie miała wielkiego znaczenia, ważne żeby autor miał w nazwisku jakąś egzotyczną dla nas, skandynawską literę. Znakomicie ośmieszył ten trend lub nawet manię Remigiusz Mróz, pisząc pod pseudonimem Ove Løgmansbø; choć nie jestem  pewien, czy taki właśnie cel mu przyświecał.

Ja rozumiem, że „Człowiek nietoperz” to pierwsza książka cyklu o norweskim policjancie alkoholiku, Harrym Hole, ale nawet jeśli kolejne są o pięćdziesiąt procent lepsze, to i tak żadne to delicje. Fabuła – moim zdaniem – niepotrzebnie pokomplikowana i jakoś nieprzekonująca. Lokalizacja akcji w Sydney wydaje mi się próbą łapania za ogony kilku srok na raz. Bo to i powieść sensacyjna, i wgląd w rozliczne konflikty rasowe, społeczne, ekonomiczne i inne, dotykające zróżnicowane społeczeństwo Australii, i wątki romansowe…

Harry Hole zjawia się w Sydney, by wesprzeć miejscową policję w śledztwie w sprawie śmierci swojej rodaczki, Inger Holter, atrakcyjnej blondynki. Lokalny szef policji wyraźnie nie jest wizytą Harry’ego zachwycony i zapowiada mu, że może się przyglądać śledztwu z daleka, żeby czegoś nie popsuć, a już na pewno mowy nie ma o jakichkolwiek działaniach śledczych z jego strony. Oczywiście Hole ma to w nosie i wraz z detektywem Andrew Kensingtonem, Aborygenem, rozwiązuje zagadkę seryjnych morderstw kobiet o białych włosach. Kapitalne! I to człowiek obcy, który nie zna miasta, kraju, środowisk, układów, ma trudności w porozumiewaniu się, nie wie nawet, że w Australii obowiązuje ruch lewostronny.

Ostatecznie książka nie jest bardzo zła, ot, taka sobie, przeciętna, tym niemniej bez żalu i straty można ją sobie darować.

czwartek, 6 września 2018

W Paryżu ciągle pada deszcz

„Maigret i widmo” – Georges Simenon

Lognon, znany z innych powieści Simenona, inspektor pechowiec, choć całkiem niezły fachowiec, mąż hipochondryczki, zostaje poważnie postrzelony przed domem młodej kobiety, którą – według konsjerżki – często odwiedzał.

Widmo… no, cóż… mocno naciągane. Po prostu ktoś w białym płaszczu kąpielowym z turbanem z białego ręcznika na głowie, malujący w tym stroju obrazy. Bez większego znaczenia. Znacznie ważniejsze są obrazy – te oryginalne i te nie…

Nie jest to najlepsza powieść Simenona.

poniedziałek, 3 września 2018

O antypatycznym detektywie


„Detektyw Diamond i śmierć w jeziorze” – Peter Lovesey

Coś z tą książką jest nie w porządku (mam egzemplarz wydany przez Amber). Sięgnąłem po nią, bo miałem ochotę na kryminał w dobrym, starym stylu, z detektywem, który preferuje dedukcję zamiast pościgów samochodowych i strzelanin. I do pewnego stopnia się udało, ale… Czy autor naprawdę wykreował bohatera, który jest trudnym do zniesienia aroganckim, impertynenckim, złośliwym, kłamliwym manipulatorem, grubasem, bezgranicznie pogardzającym współpracownikami i przełożonymi, zastraszającym tych pierwszych? Ten typ jest tak antypatyczny, że momentami – z jego powodu – nie chciało mi się do książki wracać. Trudno mi uwierzyć, żeby w tak dziwny sposób pisał zdobywca nagród i wyróżnień m.in. Silver Dagger Award, Golden Dagger Award i Malice Domestic Award.

W trakcie lektury natknąłem się na sporo „perełek” takich jak:
„Gdyby inaczej, musiałbym zmienić zawód” [1].
„Nie jest może odmówić nam współpracy” [2].
„To była intrygująca próba prawdziwej roli Wigfulla w tym śledztwie" [3].
„Gdyby tylko porzuciłby żonę” [4].
Czy Oxfam to naprawdę miejscowość, w której sprzedają tanie książki? Bo Google podaje, że Oxfam to międzynarodowa organizacja humanitarna, zajmującą się walką z głodem na świecie i pomocą w krajach rozwijających się. Może i prowadzi jakieś księgarnie, ale…
A to skłania mnie do podejrzenia, że coś tu jest nie w porządku z tłumaczeniem albo redakcją książki.

Pani Trenchard-Smith, spacerująca przed wieczorem z kotami, znajduje w jeziorze Chew Valley zwłoki młodej kobiety. Zawiadamia posterunkowego Harry’ego Sedgemoora, a ten wzywa bardziej kompetentny zespół, kierowany przez detektywa Diamonda. Najpierw dość długo trwają ustalenia personaliów ofiary – mimo braku potwierdzenia z laboratoriów Diamond uważa, że została zamordowana – później, co oczywiste, poszukiwany jest zabójca. Pierwsze podejrzenie, jak zwykle, pada na męża. Jego zeznanie, podczas którego opowiada jak organizował wystawę „Jane Austin w Bath” w jakimś dziwnym miejscu, ma objętość sporego opowiadania. Następnie pojawia się wątek zaginionych/ukradzionych listów Austen, transportu pluszowych misiów, czarnego mercedesa…

Nie byłem zachwycony konwencją, w której autor przyjął, że znakomitym pomysłem będzie kilkukrotna zmiana narratora. Owszem, pozwala to spojrzeć na jedno wydarzenie z kilku różnych punktów widzenia, ale momentami wydawało mi się to nużące i jakby… wybijające z rytmu. Powieść jest za długa i momentami po prostu nudna – oczywiście tylko moim niezwykle skromnym zdaniem. Jest to pierwszy tom z serii powieści z Diamondem, ale wątpię bym chciał sięgnąć po kolejne. Może kiedyś, ale jeśli już, to  koniecznie w innym tłumaczeniu.


--
1. Peter Lovesey, "Detektyw Diamond i śmierć w jeziorze", tłum. Radosław Januszewski, wyd. Amber, 2008, s. 72.
2. Tamże, s. 127.
3. Tamże, s. 129
4. Tamże, s. 153.

sobota, 1 września 2018

Relacja mafiosa z cosa nostra


„Mafia nie daje czasu” – Anna Vinci


„Nazywam się Gaspare Mutolo. Jestem Sycylijczykiem i współpracuję z wymiarem sprawiedliwości. Mam burzliwą przeszłość. Jak wszyscy, którzy dokonali takiego wyboru. Przestępcy, zabójcy, złodzieje. Oto, kim byliśmy przez wiele lat”.

Mafia to był raj na ziemi, każdy chłopak na Sycylii marzył, by stać się mafioso,  członkiem mafii. Rycerski kodeks honorowy, nienaruszalne zasady, prawdziwa męska przyjaźń, wierność aż po grób, mnóstwo pieniędzy, szacunek otoczenia, prawie bezkarność. Aż władzę w organizacji przejął zły Salvatore „Totò” Riina i ten cudowny świat legł w gruzach. Tak, mniej więcej, widzi sytuację i przeszłość Mutolo, opowiadając swoje losy Annie Vinci.
Ten przemiły, zawsze opiekujący się rodziną człowiek, zamordował 22 osoby, a kiedy zorientował się, że i on znalazł się na liście do likwidacji, skorzystał z programu ochrony świadków i zaczął sypać dawnych przyjaciół.

Relacja Gaspare Mutolo może być dość trudna w odbiorze dla polskiego czytelnika, chyba, że zna dobrze Sycylię i Palermo, lokalnych polityków, przedsiębiorców i deweloperów z poszczególnych dzielnic miasta, działających w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Mafii w Polsce nigdy nie było


„Skarżyłem się grobowi...” – Andrzej Zieliński (pseud. Słowik)

Andrzej Zieliński (wcześniej Andrzej Banasiak – przyjął nazwisko byłej żony), pseudonim "Słowik", urodził się w 1960 roku w Stargardzie Szczecińskim. W wieku lat osiemnastu skazany został po raz pierwszy za kradzież i rozbicie samochodu – przesiedział wtedy półtora roku. Na wolności spędził dwa miesiące i za kolejne przestępstwa znów trafił do więzienia. I tak na okrągło – pospolite przestępstwa, wyroki, więzienia, ucieczki… W 1993 roku, jak opisuje to w książce, został ułaskawiony przez prezydenta Lecha Wałęsę, dzięki ogromnej łapówce w dolarach. Twierdzi, że żadna mafia w Polsce nie istniała i nie istnieje.

Masę (Sokołowskiego), znanego przestępcę z Pruszkowa, Słowik nazywa zboczeńcem, narkomanem, przestępcą, impotentem i człowiekiem bez honoru, pogardzanym przez środowisko za zamordowanie przyjaciela Kiełbasińskiego (ps. „Kiełbasa”). Sam na takim tle wygląda nieomalże jak ofiara systemu – owszem, coś tam kiedyś przeskrobał, ale tak w ogóle to jest teraz porządnym człowiekiem (w głębi duszy zawsze był, ale mu źli ludzie nie dali), za błędy przeszłości dawno już zapłacił.

Zieliński mocno podkreśla i eksponuje w swojej książce bliską znajomość, przyjaźń nawet, z katolickim księdzem, Kazimierzem Korybutem  Orzechowskim.
Wydaje się bardzo poruszony faktem braku sprawiedliwości w Polsce (za każdych rządów), podając za przykład syna Wałęsy, który dwa razy spowodował po pijanemu wypadek samochodowy z ofiarami w ludziach i dwa razy sąd wydawał wyrok w zawieszeniu – coś takiego w ogóle nie jest możliwe w naszym prawie, ale…
Twierdzi, że mógłby pomóc w zdemaskowaniu i ujęciu morderców Papały i Jaroszewiczów, ale wydaje się, że nikt, z ministrem sprawiedliwości Kaczyńskim na czele, nie był tym zainteresowany.

On nadal funkcję szefa resortu sprawiedliwości, więc pozwolę sobie zadać mu publicznie takie oto pytanie: Panie ministrze Kaczyński, ilu jeszcze niewinnych ludzi zamknie Pan w więzieniu, żeby jakiś czas później Pańscy prokuratorzy odwoływali przypisywane im przestępstwa? Kiedy wskaże Pan sprawców nie wyjaśnionych do tej pory morderstw?

Relację Zielińskiego czyta się nieźle, nie jest na szczęście zbyt długa, a czy prawdziwa? Zapewne w jakiejś mierze tak. I chyba tylko w tym rzecz, ile w niej jest prawdy, a ile koloryzowania i wybielania samego siebie.

Wszyscy pytają mnie, dlaczego napisałem tą książkę? Nawet kilka dni temu znany polski prominent zatelefonował do mnie z tym pytaniem. Jemu i wszystkim pozostałym chciałbym odpowiedzieć słowami Juliusza Słowackiego, który w swoich podróżach dotarł z Neapolu do Ziemi Świętej i w miejscu, w którym znajduje się Grób Jezusa Chrystusa wypowiedział te słowa: „Skarżyłem się Grobowi, a skarga ta była ani przeciw ludziom, ani przeciw Bogu”.

środa, 29 sierpnia 2018

Homoseksualiści = przegrani


„Mężczyźni z różowym trójkątem” – Heinz Heger

W niemieckim obozie koncentracyjnym „winkiel” (trójkąt naszyty na ubraniu) żółty oznaczał Żyda, czarny osobę aspołeczną (do tej grupy zaliczały się lesbijki), czerwony więźnia politycznego, zielony pospolitego kryminalistę, fioletowy świadka Jehowy, brązowy Cygana, niebieski emigranta, a różowy homoseksualistę, pedała.

Bohater powieści, dwudziestoparoletni mężczyzna, trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, a następnie we Flossenbürgu, zesłany tam na mocy Paragrafu 175, to jest za orientację homoseksualną, która wówczas była w Niemczech przestępstwem. Paragraf 175 przestał obowiązywać dopiero w latach sześćdziesiątych, a wiec długo po wojnie. Przetrwać obozy udało mu się właściwie tylko dlatego, że przez cały pobyt świadczył jakiemuś kapo, blokowemu, czy też innemu prominentowi usługi seksualne. Później sam został kapo.

Pierwsza w Polsce relacja homoseksualnego więźnia obozów koncentracyjnych. Spisana w latach 1967-68, w Niemczech mogła się ukazać dopiero w 1972 roku. Kolejny wstrząsający, ale też bardzo niewygodny kawałek historii.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Kulturalny, przystojny doktor

„Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele” – Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri

Pierwotnie Eva Mozes Kor, rumuńska Żydówka,  swoje wspomnienia z obozu w Oświęcimiu wydała własnym nakładem w broszurze pod tytułem „Echoes From Auschwitz. Dr. Mengele's Twins, The Story of Eva and Miriam Mozes” ("Echa Auschwitz. Bliźnięta doktora Mengele. Historia Evy i Miriam Mozes"), jednak dopiero druga wersja, która powstała we współpracy z Lisą Rojany Buccieri (znanej amerykańskiej redaktorki), odbiła się w świecie większym echem.

Wielu czytelników jest lekturą zawiedzionych, ale koniecznie trzeba pamiętać, że Eva i Miriam miały wtedy po lat dziesięć i z eksperymentów doktora Mengele, niemieckiego zbrodniarza, zapamiętały zastrzyki, nie wiadomo z czego, i chorobę, też nie na pewno wiadomo, jaką. Mengele o bliźniaki dbał wyjątkowo i szczególnie, nie życzył sobie, by umierały bezsensownie, na przykład z głodu. Co oczywiście nie znaczy, że życie w obozie miały te dzieci łatwe i bezpieczne – większość z nich obozowego życia i pseudomedycznych eksperymentów nie przetrwała.

„Nasze życie zależy od tego, czy się dostosujemy”*.
„W Auschwitz umrzeć było bardzo łatwo. Przetrwanie wymagało ciężkiego, nieustającego wysiłku”**.

Dziewczynki przetrwały Oświęcim dzięki sile i wytrwałości Evy. Jej siostra, Miriam, odgrywała, zdaje się, rolę raczej bierną.

Rodzice dziewczynek i kolejne dwie siostry zginęli w obozie. Bliźniaczki założyły organizację CANDLES (Children of Auschwitz Nazi Deadly Lab Experiments Survivors). Miriam zmarła w 1993 roku. Eva twierdzi, że wybaczyła nazistom i doktorowi Mengele.



--
* Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri, „Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele”, s. 49.
** Tamże, s. 89.

środa, 22 sierpnia 2018

Jak całkiem spier... sobie życie


„Błękitny młoteczek” – Ross MacDonald

Za dużo czytałem ostatnio nowości, więc z przyjemnością wróciłem do starego, dobrego pisarstwa, takiego z klasą, dopracowanego, przemyślanego, nie tworzonego z myślą o siedemnastym tomie ósmego sezonu. A przecież „Błękitny młoteczek” zalicza się raczej do tych gorszych nieco powieści MacDonalda – jest to też ostatnia jego książka, której bohaterem jest prywatny detektyw Lew Archer.

Z rezydencji Biemeyerów zniknął obraz Chantrego – lokalnej znakomitości. Archerowi zlecono odnalezienie dzieła. Banalna z pozoru sprawa rozrasta się szybko do skomplikowanej łamigłówki spraw i zdarzeń, z morderstwami włącznie, z których wiele wydarzyło się przed ćwierćwieczem.

Książkę należy czytać bez przerw i raczej dość szybko, bo liczba wątków oraz drugoplanowych bohaterów jest tak wielka, że odwrócenie uwagi od fabuły na więcej niż dwadzieścia cztery godziny może spowodować całkowite pogubienie się w całej tej historii.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Wicca - magia nie taka czysta


„Czarownice z Salem Falls” – Jodi Picoult

Jack St. Bride, doktor historii, był nauczycielem w ekskluzywnej szkole dla dziewcząt. Jedna z uczennic, podobno w nim zakochana, oskarżyła go o gwałt; ostatecznie kwalifikację czynu zmieniono mu na seks z nieletnią, ale i tak wylądował w pierdlu. Po wyjściu ruszył po prostu przed siebie i właściwie przypadkowo trafił do Salem Falls w Nowej Anglii, gdzie otrzymał zaszczytną pracę pomywacza w niewielkiej restauracyjce należącej do Addie Peabody, za 5,15 na godzinę i to w niepełnym wymiarze czasu. Zgodnie z prawem i nałożonymi na niego obowiązkami zameldował się w lokalnym posterunku policji.

Między właścicielką jadłodajni a Jackiem rodzi się uczucie (oczywiście durzy się w niej też jeden z policjantów), ale jako że nic nie może być proste i zwyczajne, okazuje się, że w uroczym, cichutkim miasteczku działają cztery nastoletnie  wyznawczynie wiccy, to jest religii, której przewodnimi bóstwami są Potrójna Bogini i Rogaty Bóg, religii zawierającej elementy magii ceremonialnej. Dziewczyny za cel obierają sobie niezwykle przystojnego Jacka, co wpędza go w kolejne kłopoty, oskarżenia, zarzuty, podejrzenia.

Powieść banalnie przewidywalna, momentami wręcz naiwna. Według mojej oceny jest to tylko jeszcze jeden romans, choć z pewnymi ambicjami. Czytelniczkom zapewne się spodoba.

sobota, 18 sierpnia 2018

Miłość nie jest wyrzeczeniem


„Bez mojej zgody” – Jodi Picoult


Sara Fitzgerald, matka Kate, Anny i Jessego. Jak wiele matek, nie tylko w USA, jest mistrzynią szantażu emocjonalnego. Kupuje w internecie dziesiątki kreacji, które później zwraca (w Stanach, w wielu sklepach, możesz odnieść intensywnie noszony przez tydzień sweter albo inny ciuch, i bez problemów odzyskać pieniądze).

Brian Fitzgerald, mąż Sary, ojciec dziewczynek i Jessego, miota się między miłością do żony, a koniecznością podejmowania trudnych, „męskich” decyzji. Ucieka w ryzykowną pracę.

Jesse Fitzgerald – niewidzialne dziecko, buntujący się nastolatek, który szkodząc sobie stara się rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę.

Kate Fitzgerald – nastolatka chora na ostrą białaczkę promielocytową. To w książce jedyne jej zadanie.

Anna Fitzgerald – trzynastolatka, o sobie w rozmowie z prawnikiem…
Urodziłam się tylko po to, żeby ratować życie Kate – mówi dziewczynka tonem wyjaśnienia. – Moi rodzice poszli do lekarza specjalisty, a on wybrał dla nich embrion, który miał pełną zgodność genetyczną.

W związku z chorobą Kate okazuje się, że Anna jest w rodzinie jedynie dawcą dla siostry, zbiorem organów. Pobranie od niemowlęcia krwi pępowinowej to głupstwo, ale później przychodzi kolej na szpik, a wreszcie rodzice… nie, przepraszam, nie rodzice – matka domaga się, by Anna oddała siostrze nerkę.

Jeśli jednak rodzice decydują się na dziecko z konkretnego powodu, to lepiej, żeby ten powód okazał się słuszny i trwały. Bo kiedy go zabraknie, życie takiego dziecka traci wszelki sens.

Anna Fitzgerald postanawia walczyć o prawo do decydowania o własnym losie i przeznaczeniu swoich organów, zbiera pieniądze, wynajmuje prawnika (Campbell Alexander), a ten, w jej imieniu, wnosi pozew do sądu, prosząc o usamowolnienie trzynastolatki w kwestiach medycznych.
  
Fantastyczny temat, którego znana autorka nie udźwignęła w pełni. A szkoda…

czwartek, 16 sierpnia 2018

Obozowe i poobozowe dzieje


„Klub Auschwitz i inne kluby. Rwane opowieści przeżywców” – Agnieszka Dauksza

Nie podoba mi się dziwne określenie „przeżywcy”, „przeżywiec” (rodzaj żeński to zapewne przeżywczyni), autorce chodziło jednak o to, by nie używać słowa „ocaleni” – ci, którzy przetrwali obóz koncentracyjny, nie zostali ocaleni, ratować musieli się sami, w różny sposób zresztą. Z tym samodzielnym ratowaniem się to bywało bardzo różnie, ale… Ktoś grał w obozowej orkiestrze, ktoś pełnił prominentną służbę na bloku, ktoś znał niemiecki i był tłumaczem, ktoś pochodził ze wsi, więc bieda i ciężka praca nie była dla niego niczym nowym… Swoją drogą zaskoczyło mnie stwierdzenie, że na tej wsi głód bywał większy niż w obozie. Ups!

Szokujących faktów jest w relacjach byłych więźniów trochę więcej. Nie wiem, czy kiedyś nie można było o nich pisać (ostre protesty środowisk kombatanckich, a nie jakiejś władzy, żeby nie było nieporozumień), czy nie wypadało… Więźniarki obozu nie wspierały się wzajemnie, nie podtrzymywały na duchu i nie śpiewały razem nowenny do Matki Boskiej, jak to Matki Polki powinny, nie, biły się podobno bardziej brutalnie niż mężczyźni o miejsce na pryczy, kawałek koca, kromkę chleba. Przegrane umierały z zimna lub głodu.
Brytyjscy żołnierze masowo gwałcili więźniarki z obozu albo transportu, który odbili Niemcom. Co?! Jak to?! To nie tylko Rosjanie to robili?! Radziecki żołnierz bronił więźniarek przed tymi zwyrodniałymi Anglikami? Jak to?!

Tu pewna ciekawostka. Kilka fragmentów z tej książki zaserwowałem starej ciotce (ale urodzonej już po wojnie). Okazało się, że ona się z tym nie zgadza, upiera się, że jakiejś pani pomyliły się mundury, a głód na wsi polskiej większy niż w obozie, to na pewno tylko w tym jednym jedynym przypadku… Z ciekawością obserwowałem, jak w umyśle wykształconej, inteligentnej, oczytanej, sprawnej umysłowo kobiety, przekonania (oraz powojenna propaganda) wygrywają z faktami, z rzeczywistością.
Podobna sytuacja miała miejsce wiele lat temu. U Grzesiuka (a może to było w „Nadzy wśród wilków”?) przeczytałem, ile razy w miesiącu zmieniana była w obozie bielizna osobista i pościelowa. I że w ogóle taka była. Wyszło na to, że majtki zmieniano w tym obozie tak samo często jak żołnierzom w jednostce, w której odbywałem zasadniczą służbę wojskową, ale poszwy i poszewki w obozie wymieniali dwa razy częściej. Wtedy wujek, który nigdy w wojsku nie był, próbował dyskutować z moimi wspomnieniami sprzed dwóch-trzech lat.


Szczerze rozmawiamy? Bo muszę pani powiedzieć, że ja wręcz jestem zadowolona, cieszę się, że byłam w obozie. Ja wiem, jak mi było w tym obozie i jak człowiek mógł reagować na to wszystko. I to, że już później nic nie wydawało mi się takie złe. Ta koleżanka, która przeze mnie została aresztowana…

Zwróciłem uwagę na detale nieco inne niż te, które znam z dziesiątków przeczytanych książek obozowych, poza wymienionymi wcześniej, choćby szokująca relacja dotycząca Maksymiliana Kolbego. Ostatecznie jednak nie jest ich tak wiele, bo przeważająca większość relacji jest podobna do tych, które już znałem – potworne okropieństwa, po prostu.
„Klub Auschwitz” jest też wyjątkowy z innego powodu – są to opowieści i wspomnienia przywoływane z mroków pamięci po wielu latach. Autorka rozmawia z przeżywcami ponad sześćdziesiąt lat po wojnie; to ostatnia okazja, by porozumieć się z ludźmi, którzy spędzili jakiś czas w niemieckich obozach koncentracyjnych. Dziś mają osiemdziesiąt-dziewięćdziesiąt lat, więc… Poza tym, zwykle dość krótka, ale jednak, historia losów byłych więźniów w powojennej Polsce. Systematyczne uszczuplanie świadczeń przez kolejne rządy, przede wszystkim.

Zapis rozmów z przeżywcami redagowany był w stopniu niewielkim, a przynajmniej tak to ma wyglądać – w ich opowieściach zachowany został (albo stworzony) potoczny język mówiony, z niewielkimi nieścisłościami, błędami, powtórzeniami. Cel tego zabiegu jest oczywisty – dzięki niemu relacje wydają się bardziej osobiste i prawdziwe.

piątek, 10 sierpnia 2018

Codzienność polskiej wiochy


„Po trochu” – Weronika Gogola

Pisać, wcielając się w rolę bohatera/narratora/dziecka, nie jest łatwo, jak to okazuje się dzięki konfrontacji „Po trochu” z takimi powieściami jak choćby: „Zabić drozda”, „Ocean na końcu drogi”, „Przygody Hucka”, „Życie przed sobą”, „Duchy Jeremiego”. To po prostu nie ta klasa, nie ten poziom. Ale… może kiedyś będzie lepiej – to debiut, więc jest szansa.

W „Po trochu” narratorką jest kilkuletnia dziewczynka, opisująca w dwunastu częściach-godzinach (nawiązując tym samym do pieśni żałobnej z przedsłowia) swoje życie na wsi, w Olszynach; życie codzienne, zwyczajne, a tak ekscytujące dla odkrywającego je małego dziecka. Dziewczynka bez ładu i składu opowiada po trochu o bardzo różnych rzeczach (o sikaniu i umieraniu, o kotach i kozach, o chłopach i babach, o króliczych bobkach i pysznych ziemniakach z solą, o pożarach, sąsiadach, dzwonach, kulkach z gówna…), a wszystkie one są dla niej jednakowo ważne, porywające. Przynajmniej przez chwilę.

Relacja zaczyna się, gdy mała Weronika ma 4-6 lat, w każdym razie do szkoły jeszcze nie chodzi. Jeśli dzięki jej opowieściom miałoby się odkrywać, że czas płynie, że mijają lata, to to autorce nie wyszło. Ale może Gogola wcale takiego zamiaru nie miała. W każdym razie w okolicach rozdziału ósmego nagle okazuje się, że bohaterka ma już cycki, chodzi od dawna do szkoły, marzy o chłopaku i seksie. Kolejny istotny skok w czasie odbywa się w rozdziale jedenastym, kiedy to Weronika usilnie stara się stracić dziewictwo z jakimś Samurajem (bliższych danych brak), ale nie bardzo to wychodzi.
I koniec.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Życie codzienne Ogata Shingo


„Głos góry” – Yasunari Kawabata

Nie. Nigdy więcej nie. I guzik mnie obchodzi, że to noblista*. Powieść jest tak nudna i mętna, że aż się dziwię, że dotrwałem do końca. Zapewne tylko dlatego, że krótka.

Akcja, o ile można mówić o jakiejkolwiek akcji, dzieje się w 1948 roku w rodzinie Ogata. Głównym bohaterem jest sześćdziesięciojednoletni Ogata Shingo. Oprócz niego w dramacie udział bierze jego żona (o rok starsza od męża i niezbyt ładna), syn Suichi z żoną Kikuko i córka Fusako. Suichi zdradza żonę, Fusako właśnie odchodzi od męża.

Prawdopodobnie głównymi motywami są: efekt przemijania, starzenia się (Shingo słyszy głos góry, co ma zwiastować rychłą śmierć – jak u nas pohukiwanie puszczyka),  swoista rywalizacja, coś w rodzaju psychologicznej gry, między ojcem i dorosłym synem oraz problematyczne uczucia Shingo wobec synowej, a to w skomplikowanym wielce połączeniu ze wspomnieniami atrakcyjnej szwagierki, w której się durzył w młodości.

Shingo wraca do domu. Kupuje trzy ślimaki. Dlaczego akurat trzy, skoro w domu mieszkają cztery osoby, to zagadka psychologiczna, której rozwikływanie zajmuje kilka stron. Później Shingo obserwuje kwiat słonecznika. Duży i bardzo ładny. Ładniejszy niż słonecznik z trzema kwiatami na jednej łodydze. Shingo rozważa, czy powinien zrobić krok w bok, by nie blokować przejścia dziewczynce. Itd. Itp.

Nie chodzi o to, że powieść jest zła, broń Boże!, ona jest po prostu… japońska – z kulturą, obyczajami, mentalnością Europejczyków nie ma kompletnie nic wspólnego. Wydaje mi się, że podobny efekt można by uzyskać wyświetlając Papuasom polski film „Miś” – nie można mieć przecież do nich pretensji, że nie wszystko zrozumieją, jeśli w ogóle cokolwiek zrozumieją, i że nie śmieją się we właściwych momentach, jeśli w ogóle znajdą tam cokolwiek zabawnego, co wcale nie jest takie pewne.



--
* Kawabata Yasunari (w Japonii podaje się najpierw nazwisko) urodził się 1899 w Osace. W 1968 roku otrzymał Nagrodę Nobla (pokonał naszego Gombrowicza). Zginął śmiercią samobójczą w 1972 roku. „Głos góry” uważany jest za szczyt jego osiągnięć literackich.

piątek, 3 sierpnia 2018

Koniec amerykańskiego snu


„Elegia dla bidoków” – James David Vance


Kiedy zaczynałem czytać „Elegię dla bidoków”, nie wiedziałem, że reklamowana jest jako odpowiedź na pytanie: Jak to się stało, że Donald Trump wygrał wybory prezydenckie? Na szczęście, bo bym po nią nie sięgnął. Guzik mnie obchodzi, dlaczego Trump został prezydentem. Bardziej interesuje mnie, co z tego wyniknie. Ostatecznie jednak uważam, że książka odpowiedzi na pytanie o Trumpa nie udziela, ale może ja za mało rozgarnięty jestem.

Przypominają mi się takie oto powiedzenia: „historię piszą zwycięzcy” oraz „zwycięzcy zawsze mają rację”. Vance jest tu zwycięzcą niewątpliwie – wyrwał się z marazmu i beznadziei „pasa rdzy” (rejon Appalachów, Kentucky, Ohio, i środowiska irlandzko-szkockie), jako pierwszy w rodzinie zdobył dyplom wyższej uczelni i to renomowanej, a nie jakiegoś uniwersytetu stanowego, zrobił karierę, jest właścicielem domu. Czy sukces ten osiągnął sam, własnym staraniem? Nie, bez wspierających, pomagających, mobilizujących członków rodziny (głównie dziadków), nigdy by mu się to nie udało.

„Co dwa tygodnie dostawałem skromną wypłatą i na pasku z rozliczeniem widziałem potrącane zaliczki na podatek stanowy i federalny. Przynajmniej równie często nasz sąsiad narkoman fundował sobie steki T-bone - ja byłem zbyt biedny, żeby kupić sobie taki, ale Wuj Sam zmuszał mnie do sponsorowania takich zakupów innym. Tak o tym myślałem jako siedemnastolatek i choć dziś jest we mnie znaczenie mniej gniewu niż w tamtych latach, to wtedy po raz pierwszy dostrzegłem, że polityka prowadzona przez demokratów, zwanych przez Mamaw »partią ludzi pracy«, nie do końca ich właśnie dobro ma na celu”*.

„Elegia dla bidoków” to powieść autobiograficzna (pisząc ją autor miał 33 lata) jednego z hillbillies, rednecks (bidoków, wsioków, wiochmenów, wieśniaków), jednego z bardzo niewielu, któremu udało się wyjść na ludzi. Obejmuje też kawał historii rodziny Vance, to jest Mamaw i Papaw (dziadków, pradziadków). Jest to też próba dokonania jakiejś socjologicznej analizy białych Amerykanów z klasy robotniczej, która ulega coraz większej degrengoladzie. Alkoholizm, narkomania, bieda (trochę inaczej rozumiana niż w Polsce), lenistwo, przemoc, drobna przestępczość, brak ambicji, celu i sensu w życiu. Powieść o demoralizacji, jaką wywołuje coraz szerzej zakrojony system opieki socjalnej.

Może się mylę, ale wydaje mi się, że znacznie lepiej byłoby dla książki, gdyby J. D. Vance ograniczył się w niej do ciepłej, niepozbawionej specyficznego humoru opowieści o sobie i rodzinie (relacja z osobistych przemian religijnych, wątek siostry, wiecznie zmieniającej partnerów matki), i nie pakował do niej wyników jakichś badań naukowych.





--
„Elegia dla bidoków”, James David Vance , s. 173.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Złe, małe i zielone z kosmosu


„Grawitacja” – Tess Gerritsen

Geolog, badający uskok tektoniczny Rowu Galapagos, utknął w swoim batyskafie na ogromnej głębokości i… STOP-KLATKA. Ciąg dalszy dzieje się dwa lata później, głównie w środowisku kosmonautów z NASA i dość często na pokładzie międzynarodowej stacji kosmicznej. Do tematu dramatu w batyskafie autorka wraca pod sam koniec powieści, kiedy już wyjaśnia się „kto zabił”.

Głównych bohaterów jest dwoje: pracująca dla NASA lekarka, doktor Emma Watson, trenująca właśnie do swojej pierwszej wyprawy w kosmos, oraz jej mąż, też lekarz Jack McCallum, rozgoryczony i zawiedziony, bo okazało się, że z powodu kamieni nerkowych on w kosmos nie poleci. Emma i Jack kochają się tak bardzo, że właśnie się rozwodzą.

We wnętrzach międzynarodowej stacji kosmicznej wykonywanych jest mnóstwo rozmaitych eksperymentów, niektóre na zlecenie prywatnych korporacji, jeśli są w stanie słono zapłacić NASA, jeszcze inne stanowią tajne projekty wojska. Jeden z eksperymentów wymknął się spod kontroli i kosmonauci kolejno zapadają na nieznaną na ziemi chorobę, powodującą makabryczną śmierć (uwaga na kliniczne opisy, są naprawdę… paskudne).

Naukowcy NASA, wojskowi, cywilni i wszelkiej innej maści starają się odkryć, co się naprawdę dzieje i wykombinować jakieś rozwiązanie, ratunek dla umierających w kosmosie ludzi; pojawia się nawet przez moment podejrzenie o bioterroryzm, ale prawda okazuje się oczywiście zupełnie inna.

Trzymającą w napięciu książkę, przynajmniej w dwóch trzecich, bo dalej można się już bez wielkiego wysiłku zacząć domyślać, jak poszczególne wątki będą się ze sobą splatać, polecono mi jako thriller medyczny, cokolwiek miałoby to znaczyć. Moim zdaniem jest to s-f z wątkiem sensacyjnym. Przyznaję, że to mnie nieco zaskoczyło – po wcześniejszych lekturach książek tej autorki spodziewałem się czegoś innego. Ale… było nieźle, warto przeczytać.

czwartek, 26 lipca 2018

Składanie rozsypanego życia


„Milion małych kawałków” – James Frey

Hazelden Foundation to organizacja non-profit z siedzibą w Center City w stanie Minnesota. Opracowano tam model psychoterapii odwykowej (zwany modelem Minnseota), który w tym właśnie miejscu przynosi największą na świecie skuteczność: 17% pacjentów nie wraca do nałogu przynajmniej przez rok. Jako ciekawostkę dodam, że odwykowe ośrodki w Polsce, te najlepsze, osiągają skuteczność rzędu 5-7%.

„Furia wrzeszczy. Wrzeszczy jak nigdy wcześniej. Jej wrzask jest silniejszy i potężniejszy, pełen wściekłości i żądzy, wrogości i głodu. Wrzeszczy, żebym podniósł szklankę. Podnieś pierdoloną szklankę. Muszę podjąć decyzję. To prosta decyzja. Nie ma nic wspólnego z Bogiem ani Dwunastką czegokolwiek oprócz dwunastu uderzeń mojego serca. Tak czy nie. To prosta decyzja. Tak czy nie”*.

Do pierwszego i najstarszego w USA ośrodka odwykowego, realizującego psychoterapeutyczny model Minnesota, James Frey (urodzony w 1969 roku) trafił w wieku dwudziestu trzech lat. Był poważnie pokiereszowany, miał dziurę w policzku, połamane zęby – efekt ostatniego ciągu alkoholowo-narkotykowego i bliżej nieznanych ekscesów z nim związanych. Przetrwał cały (zwykle ok. dwudziestoośmiodniowy) proces terapeutyczny, sabotując go totalnie, na odwyku spotkał Leonarda, Milesa i Lilly...  rozpoczął nowe życie.

„Milion małych kawałków”, to szokująca relacja alkoholika, narkomana i przestępcy. Byłaby zapewne bardzo wartościową lekturą, gdyby była prawdziwym pamiętnikiem. Ale, niestety, nie jest. W USA, dzięki ugodzie prawnej, czytelnicy „Miliona małych kawałków”, którzy poczuli się oszukani przez Freya, mogą domagać się zwrotu pieniędzy od wydawcy.
Oczywiście w książce nie wszystko jest zmyślone, koloryzowane, naciągane, ale jeśli czytelnik nie wie, które fragmenty są prawdziwe, to…

Dwa lata po „Milionie małych kawałków”, w 2005 roku, ukazała się jego druga książka „My Friend Leonard”. Później kolejne. Od 2009 roku James Frey prowadzi Full Fathom Five, firmę, której celem jest tworzenie komercyjnych, wysokodochodowych powieści. Z Full Fathom Five związana jest kolejna porcja kontrowersji, wątpliwości i zarzutów wobec Freya.



--
* James Frey, "Milion małych kawałków", tłum. Patryk Gołębiowski, wyd. G+J, 2006, s. 515.