piątek, 12 stycznia 2018

Arogancja jako sposób na życie


Nie lubię arogancji. Nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie traktować ja głupka, któremu można wcisnąć każdą bzdurę. Tak, wiem, politycy zawsze starali się manipulować przekonaniami i opinią publiczną (kwestia Zaolzia, „korytarza” i Gdańska, cudownego socjalizmu itp.) i czasem nawet im się to udawało, ale te działania miały przynajmniej… pewien rozmach; były też prowadzone profesjonalnie. W ostatnich latach natomiast obserwuję, jak poziom arogancji rozmaitych lokalnych autorytetów dramatycznie rośnie, przy jednoczesnym spadku wagi sprawy/tematu. Masowa wycinka drzew w Polsce nie ma nic wspólnego z coraz bardziej niebezpiecznym dla życia i zdrowia smogiem. Nie ma problemu z wypłatami 500+, w budżecie są na to środki (w lutym 2017 oficjalne zadłużenie Polski przekroczyło bilion dolarów – dla porównania „komuna” zostawiła po sobie 44 miliardy). Plemniki chronią przed rakiem, antykoncepcja prowadzi do śmierci (dr Urszula Dudziak), najlepszą polską książką roku xxxx jest…
Tak oto robienie durniów z bliźnich przestało już być domeną polityków i weszło pod strzechy. Propaganda i dezinformacja wysokich lotów zmienia się w prywatne struganie wariata z siebie nawzajem. I naprawdę wielu to praktykuje. Dlaczego? Bo może…

Czasem zadaję sobie pytanie, jak to w ogóle jest możliwe, jakim cudem aroganci coś takiego robią na tak masową skalę, i wychodzi mi, że są trzy możliwości:
a) tak bardzo gardzą innymi, że pewni są, że ta banda przygłupów im uwierzy,
b) pewni są, że ta banda przygłupów im uwierzy, da się nabrać, i… mają rację,
c) jedno i drugie.

Odrobinę pomagają pieniądze albo mechanizmy rynkowe. Oraz, niewielka na razie świadomość rodaków, że krótkotrwałe zyski niweczą szanse na długofalowe efekty. Dla mniej rozgarniętych: można walić w rogi innych, ale do tylko czasu.
O krótkotrwałych zyskach i długofalowych efektach nieco więcej tu:
https://www.dobreprogramy.pl/Meszuge/Strategia-zyciowobiznesowa-takze-DP,85004.html

Jakiś czas temu wydawnictwo zaproponowało układ: oni dają mi w prezencie książkę, a ja piszę jej recenzję na stronę wydawcy. Z moich usług szybko zrezygnowali, bo recenzje pisałem zgodnie z własnym przekonaniem, ale kolega, który zawarł taki sam układ przyznał mi się, że nie potrafi źle ocenić książki, którą dostał w prezencie – wdzięczność mu nie pozwala. Tak oto odkryłem, jak w praktyce działa sztuczka (jedna z wielu), opisana przez Roberta Beno Cialdiniego w książce „Wywieranie wpływu na ludzi”. Ale nie w tym rzecz. Czujących zobowiązanie recenzentów było zapewne więcej, bo początkowo strona wydawnictwa pełna była entuzjastycznych recenzji. Okres prosperity trwał krócej niż rok, bo coraz więcej czytelników/klientów traciło zaufanie do recenzji i jakości oferowanych dzieł. Po trzech-czterech latach firma nie istniała. Krótkotrwałe zyski zamiast długofalowych efektów.

Śmieciowate czasopisma i strony, różne pudelki, demoty, fakty i im podobne, mogą sobie produkować nierzetelne treści, ale portale z pewnymi ambicjami, starające się wybierać i stawiać na długofalowe efekty (utrzymanie się na rynku, a nie tylko krótki rozbłysk sławy), powinny jak ognia wystrzegać się łasiczej mowy. Określenie zapewne nie wszystkim znane, więc celem wyjaśnienia cytat z „Przebudzenia”: „Powstało z bezpośredniego tłumaczenia weasel words, a jego polskimi, choć niezbyt precyzyjnymi odpowiednikami mogłyby być gadka szmatka czy mowa trawa. Czy łasicza mowa jest po prostu kłamstwem? W pewnym sensie tak, jednak ta jej odmiana, która mnie szczególnie interesuje, jest tylko wstępem do przekazu manipulowanego.
[...]
Najłatwiej będzie zrozumieć to na przykładach:

Mieszkam w Opolu i mnie się to miasto podoba – przekaz prosty, jasny uczciwy.

Zdaniem ekspertów od urbanistyki Opole to najładniejsze miasto w Polsce – łasicza mowa.

Jakich ekspertów, konkretnie? Gdzie ci eksperci wyrazili taką właśnie opinię? Na jakiej podstawie?

Innymi przykładami powoływania się na nieistniejące źródła informacji są zwroty: jak dowiedli amerykańscy uczeni…, chińscy mędrcy powiadają…, najwięksi badacze ustalili… itp. Nawet pozornie banalne słowa „gdzieś czytałem, że…” mogą być łasiczą mową, jeśli w rzeczywistości nigdzie nie czytałem, a jedynie chcę swoim słowom dodać wartości”.

Specjalną formą łasiczej mowy może być milczące powoływanie się na zdobyty wcześniej autorytet. „To beznadziejne wykonanie” – w ustach Krystiana Zimermana, to zupełnie coś innego, niż ocena Ziutka, stolarza, który w filharmonii był raz w życiu z wycieczką szkolną, prawda? Pan Z. nie potrzebuje już dodawać, że podobnie sądzą amerykańscy melomani albo europejscy krytycy.

Tyle, że BiblioNETce (i innym portalom czytelniczym albo technicznym) do pana Z. jest dość daleko jeszcze, więc proponowałbym wyraźnie i jednoznacznie ujawniać źródła przekonań, opinii, stwierdzeń. Bo przykro patrzeć, jak portal, który lubię, lawinowo traci wiarygodność, produkując dziwne opinie o poziomie nieco tylko wyższym od Boga Bibliotek…


niedziela, 7 stycznia 2018

Życie codzienne panów braci


„Szubienicznik” – Jacek Piekara


XVII-wieczna Rzeczypospolita, czasy króla Jana III Sobieskiego. Bohaterem opowieści jest podstarości łęczycki Jacek Zaremba, kiedyś towarzysz pancerny, a obecnie stróż prawa, a rzecz cała dzieje się kilka lat po spektakularnej wiedeńskiej wiktorii, na dworze starego stolnika Hieronima Ligęzy, druha Zaremby z czasów gromienia Turków i Tatarów.

Poza Zarembą Hieronim Ligęza gości też innych panów braci – typowego warchoła sarmackiego, Krzysztofa Komarnickiego, tajemniczego Gideona Rokickiego herbu Lubicz i Pawła Broniewskiego, szlachcica ziemi kujawskiej, herbu Ogończyk.
Panowie jedzą, piją, popuszczają pasa aż wreszcie na jaw wychodzi, że u pana Hieronima zjawili się na jego listowne zaproszenie, i tu zaczynają się problemy, bo okazuje się, że stary stolnik żadnych dramatycznych listów nikomu nie wysyłał.

Zaremba z Ligęzą starają się rozwikłać zagadkę, rozmawiając, czy raczej przesłuchując pozostałych gości. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia, i te właśnie opowieści, okraszone szczodrze dziesiątkami nudnawych dygresji, stanowią całą treść książki. Po czterystu pięćdziesięciu stronach coś tam się jakby wyjaśnia, ale w sumie raczej komplikuje jeszcze bardziej, i staje się oczywiste, że właściwego rozwiązania trzeba szukać w kolejnym tomie przygód Jacka Zaremby.

Wątek kryminalny albo sensacyjny najmniej ważny wydaje się w tej powieści – jest to raczej dzieło historyczne ze znanej i popularnej niegdyś serii „życie codzienne szlachty wielkopolskiej w XVII wieku”. I, być może jako, powieść obyczajowa, ma pewną wartość. Ja jednak spodziewałem się i liczyłem na coś innego, więc i zachwycony nie jestem.
Bardzo nieprzyjemnie zaskoczyła mnie informacja (na samym końcu książki), że jest to jedynie część większej całości, że rozwiązania, puenty, w tym tomie nie znajdę. Taką sztuczką czuję się wręcz oszukany.

Chyba jednak wolę opowieści o Mordimerze Madderdinie.

czwartek, 4 stycznia 2018

Zuzanna i dowcipny Radosław


„Komisarz” – Paulina Świst

Zuzanna Kadziewicz, córka zamieszanego w brudne interesy biznesmena, nawiązuje romans z Radosławem, idealnym pod każdym względem partnerem, bo to i nie nudzi się na zakupach, i dba przede wszystkim o nią w łóżku, i potrafi się zachować w każdym, najlepszym nawet towarzystwie, i jest bogaty, i przystojny itd. Kiedy wychodzi na jaw, że jest gliniarzem pracującym w przebraniu (a nie korporacyjnym menadżerem wysokiego szczebla), że rozpracowuje ojca Zuzanny, a jej samej tylko… używa, Radosław zmienia się w twardziela komisarza Radka i w tej roli okazuje się… jeszcze bardziej fantastyczny. Niespełnione marzenie każdej znudzonej pani domu, prawda?

Wbrew pozorom „Komisarz” nie jest powieścią sensacyjną ani kryminalną, to po prostu średniej jakości romans, kolejny, może nawet nie taki zły, klon „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Czytelniczki powinny być zachwycone. Czytelnicy zapewne znacznie mniej.