środa, 23 września 2020

Żydzi - na codzień i od święta

„Żydzi dnia powszedniego” – Jehoszua Perle

Bohaterem powieści i narratorem jest dorastający chłopak, Mendel. Może mieć 12-13 lat. W każdym razie, kiedy Hudl wpakowała mu się do łóżka, Mendel wystraszył się, bo nie wiedział, czego ta kobieta od niego chce.


Hudl mogła mieć ze czterdzieści lat. Ona sama twierdziła, że zbliża się do trzydziestki. To tylko gorzkie życie i parszywa profesja uczyniły ją starą. Kiedyś Hudl miała męża, ale był to człowiek nie do życia. Niedorajda i w dodatku dotknięty chroniczną chorobą. Hudl bez dłuższego namysłu porzuciła go i wyszła za mąż po raz drugi. Pragnęła mieć dzieci, ale nic z tego nie wyszło. Jeździła do wielu cadyków. Zasięgała porad najlepszych lekarzy i wypijała morze wywarów z ziół. Na dużym podwórzu za bóżnicą, gdzie był dom Hudl, zbierały się kobiety i dziewczęta ciekawe posłuchać, jak Hudl miota przekleństwa na głowy swoich mężów. Obaj mężowie Hudl byli widać nieco głuchawi i nie słyszeli, czego Hudl od nich chce. Ona sama krzyczała jest zdrowa jak rzepa. Wszyscy lekarze i wszyscy święci Żydzi z Kongresówki zapewnili ją o tym. Słowem winni są tylko jej mężowie, oby gniew nieba spadł na nich. Wyjść za mąż po raz trzeci już nie chciała. Jeśli wszyscy mężowie warci są śmierci, to ona nie będzie ryzykować życiem. W wieku więc trzydziestu kilku lat, w pełni sił żywotnych, Hudl została wdową. Smutny jest los samotnej wdowy, nawet kiedy jest się kobietą typu Hudl. Szukała więc kontaktów z ludźmi. Chciała mieszkać i żyć wśród obcych rodzin. Wszędzie woziła ze sobą niebieski, opasany żelaznymi obręczami kufer na kółkach, który z każdym dniem stawał się cięższy od sobotnich lichtarzy, poduszek, ubrań i innych fantów, które biedni ludzie zastawiali u niej i nie mogli potem wykupić.

 Mendel opowiada o swoim życiu w biednej żydowskie rodzinie, na przełomie XIX i XX wieku. Opowiada o rodzicach i dalszej rodzinie, o skomplikowanych czasem relacjach między nimi (matka i ojciec mieli też dzieci z poprzednich małżeństw), o żydowskiej kulturze i praktykach religijnych, o dniach zwyczajnych i świątecznych. Mordechaj-Mendel kupuje majątek bez pieniędzy, Ben-Cijon jest ważną osobą, bo pisarzem kahału, matka Mendla do końca życia żałuje mosiężnych klamek, jakie miała ponoć w domu pierwszego męża, ojciec Mendla handluje słomą, co może pozwala rodzinie nie umrzeć z głodu, ale na nową kapotę już nie starcza, Ita ma romans… 

W moim pokoju lampa jeszcze nie była zapalona. Widocznie pod wpływem ciszy babcia zapadła w drzemkę na swoim kuferku. Dziadek poszedł do bóżnicy odmówić Kadisz. Patrzyłem więc na płonący krzyż i myślałem o tym, że już jutro będę musiał znów pójść do chederu. I na myśl o tym zrobiło mi się ciężko na duszy. Przed oczyma stanęła mi niska, zapuszczona izba chederu Szyme-Josefa. Izba ta była nawet dość duża, ale sufit jej leżał prawie na naszych ramionach. Ściany ciemnozielone, stare, opstrzone plamami po przestawianych kredensach i zdjętych zegarach. Przy ścianach długie, wytłuszczone, chwiejące się ławki, które opierały się na podstawionych nóżkach. Ja, wespół z moimi kolegami, wykrzykujemy tam przez cały dzień przerabiane teksty, smarkamy w dłonie, które potem wycieramy o klapy naszych kapotek. Szyme-Josef chce uchodzić w oczach ludzi za łagodnego mełameda i niezbyt surowego rebego. Nie krzyczy i nie bije. Kiedy jednak nie wytrzymuje i zaczyna krzyczeć, od razu krztusi się i kaszle. Usta wypełniają mu się flegmą. Jeśli zaś postanawia kogoś zbić, przeszkadza mu w tym ogromny tyłek ciągnący go w dół. Nie pozwala mu unieść rąk tak wysoko, by bić chłopców po głowie. Ale skoro jest już mełamedem, to leżą u niego na stole: czerwona chusta, tabakierka i owłosiona owcza nóżka, z której jakby wyrastają skórzane, okrągłe, mięsiste rzemyki, świadczące o tym, że mogą z nich posypać się na głowy i na gołe tyłki chłopców dotkliwe razy

Książka, po raz pierwszy wydana w 1938 roku, należy do klasyki literatury w języku jidysz (nazywanego wprawdzie żargonem, ale w sumie nie aż tak wielu Żydów znało święty język hebrajski). Jehoszua Perle, pisarz i publicysta, pisał wyłącznie w jidysz, wprawdzie bez problemów porozumiewał się po rosyjsku i po polsku, ale nie na tyle, żeby w tych językach pisać i publikować. Został zamordowany w obozie w Brzezince (Birkenau) w 1944 roku. Być może książka zawiera pewne wątki autobiograficzne. „Żydzi dnia powszedniego” to powieść nagrodzona przez żydowski Pen Club. 

Dziś, w roku 2020, świat i życie Żydów opisywane przez Perlego wydaje się niesamowicie egzotyczne, ale przecież było ono zwyczajne, codzienne, banalne… toczyło się w sąsiednim domu, w budynku obok, w mieszkaniu za ścianą, na tej samej ulicy… Więc może przede wszystkim chodzi o to, jak pisał Jehoszua Perle, o jego pisarski warsztat, talent, a jest to pisarstwo pełne uroku, czaru świata zaginionego.

czwartek, 17 września 2020

Wszystko się zmienia… bardzo

Jakiś czas temu, w sumie niedawno, miało miejsce zdarzenie, którego nie rozumiem w pełni właściwie do dziś. Może, gdyby dotyczyło obcokrajowców, może gdyby udział w nim brali ludzie bardzo młodzi i bardzo starzy, to zapewne byłyby to argumenty pomagające jakoś zrozumieć sytuację, bo może inna mentalność, zwyczaje, ale właśnie nic takiego nie miało miejsca.

Założyliśmy z kilkunastoosobową paczką znajomych grupę dyskusyjną na platformie Google Groups, żeby po prostu szybko i sprawnie porozumiewać się w jakichś tam naszych sprawach, przekazywać informacje itp. W pewnym momencie pojawiły się problemy, wiadomości nie docierały do wszystkich, albo tylko do jednej osoby, albo pobierane były dwa-cztery razy. Jako właściciel i administrator tej grupy dyskusyjnej starałem się znaleźć błąd w ustawienia grupy, ale żadne zmiany konfiguracji jakoś nie przynosiły rezultatów. 

Sprawa wyjaśniła się w sumie dość szybko. Okazało się, że nie ma żadnego problemu z konfiguracją, ale jedna z uczestniczek przekazuje wiadomości z grupy jakimś tam swoim znajomym. Jeśli ktoś nie wie, grupa działa tak, że wiadomość wysyła się na specjalny adres grupy i tak samo też się odpowiada – serwer grup dyskusyjnych już dba o to, by każdy z uczestników otrzymywał wiadomości i odpowiedzi wszystkich innych. Jeśli w polu adresu takiej wiadomości jest tylko adres grupy, to nawet nie ma znaczenia, czy użytkownik użyje polecenia „odpowiedz”, czy „odpowiedz wszystkim”. Za to komplikuje się to poważnie, gdy czasem w polu adresu ktoś wstawia także innych adresatów. 

No i wyszło na jaw, że o wewnętrznych sprawach naszej grupy pewna pani (może nawet starsza ode mnie, ale niewiele) informuje systematycznie swoich znajomych – kieruje po prostu część grupowej poczty także do nich.

Napisałem przynajmniej 7-8 wiadomości w różnym tonie zresztą, wyjaśniając, jakie problemy powoduje, prosząc i wreszcie nakazując dostosowanie się do zasad. Mogłem teoretycznie jeszcze zagrozić jej wywaleniem z grupy, co jako jej właściciel i administrator mogłem zrobić jednym kliknięciem, ale to już nie mój styl. Pani nie, nie i nie… donoszenie znajomym jest jej priorytetem i będzie to robić.

W pewnym momencie wydało mi się, że może ona nie rozumie, jak działa serwer grup dyskusyjnych, a ja nie umiem starszej pani tego wyjaśnić, więc zmieniłem argumentację na równie prawdziwą, ale z innego jakby pakietu. Powołałem się na swoje prawo do prywatności, do konstytucyjnej zasady tajemnicy korespondencji, do niezbywalnego prawa każdego człowieka do tego, by mógł korespondować z kim chce, ale też nie korespondować z kim nie chce. Krótko: to też nie dało żadnego efektu. Potrzeba tej pani, by znajomym panom przekazywać korespondencję z grupy (w tym i moją) wygrywała na całej linii z moimi osobistymi prawami, moimi prośbami, moimi wyjaśnieniami. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale tym jej znajomym panom proponowaliśmy udział w grupie, ale odmówili. A ja dostałem za to wiadomość od jednego z nich z szyderczym albo drwiącym komentarzem na temat tego, co dzieje się na naszej grupie.

Wtedy przypomniało mi się zdanie z książki, którą musiałem przeczytać, to jest „O naśladowaniu Chrystusa”:  Nie ufaj zbytnio swojemu zdaniu, ale staraj się wysłuchać zdania innych. Jeśli twoje zdanie jest słuszne, ale dla Boga się go wyrzekniesz i uczynisz inaczej, niż chciałeś, więcej na tym zyskasz. I tak właśnie zrobiłem. Przestałem prosić i wyjaśniać, przestałem walczyć (wojowanie z kimkolwiek mi nie służy) i odszedłem z grupy. 

Pani napisała do mnie, że niepotrzebnie, bo przecież nasza dyskusja dopiero się zaczyna rozkręcać… Znowu nie miała racji – moje (i nie tylko) prawa nie są przedmiotem jakichś negocjacji (ani z nią, ani z całą grupą) – więc w tym momencie dyskusja zakończyła się definitywnie. 

To oczywiście był tylko opis sytuacji, bo w pewnym sensie ważniejsze są wnioski, wątpliwości, przemyślenia. 

1. Mówi się, że młode pokolenie jest roszczeniowe. Tak? Czyżby tylko młode? Pani z pokolenia znacznie starszego arogancko ignoruje cudze prawa, bo ona ma swoje priorytety i cudzą prywatność, cudze prawa, cudze prośby ma po prostu w…

2. Reakcja reszty pań (bo w grupie większość to kobiety) – zgodnie z oczekiwaniami – żadna. To akurat mnie nie zaskakuje. Od lat wiem, że kobiety mają inne preferencje i niektóre z nich, często godzą się na różne świństwa i podłości, byle tylko było miło, żeby milusi nastrój został szybciutko przywrócony.

3. Wielopolski (ten od powstania) stwierdził kiedyś, że dla Polaków można czasem coś zrobić, ale z Polakami – nigdy. Kompletna niezdolność do jakiegokolwiek wspólnotowego działania. Planowana jest manifestacja, jako wyraz sprzeciwu, braku zgody na śledzenie? Polak: ale mnie tam nie przeszkadza, ja nic złego nie robię. Ktoś bez zgody i wiedzy autorów wynosi z zamkniętej grupy ich korespondencję? Polak: ale mnie tam nie przeszkadza, ja nic złego nie piszę. Narodowcy skatowali homoseksualistę? Polak: ale ja nie jestem pedałem. Zgwałcili dziewczynkę w parku? Polak: ale ja mam tylko synów…

  

Nie uczyniłeś mnie ślepym

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie garbatym

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem

hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory

Dzięki Ci za to Panie

 Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?

  

[Andrzej Bursa, „Modlitwa dziękczynna z wymówką”]

środa, 16 września 2020

Wadliwi bohaterowie w akcji

 „Infamia” – Maciek Jakubski 

Dawno, dawno temu pojęcia „tom” i „cykl” miały określone znaczenie. „Lalka” Prusa wydawana była zwykle w trzech tomach, ale absolutnie nie oznacza to, żeby był sens czytać je osobno albo na przykład tylko jeden. Cyklem był z kolei „Świat czarownic” z mnóstwem powieści połączonych jednym uniwersum i znakomicie dających się czytać osobno, bo były to – do pewnego stopnia i zazwyczaj – zamknięte całości. W każdym razie czasy się zmieniły i dziś niekoniecznie da się przewidzieć, na co się trafi, sięgając po któryś tam element cyklu. 


„Infamia” zaczyna się tak, jakby był to następny rozdział w książce, stanowiącej całość. Alkkenstan, jak się okazuje czarodziej, po teleportacji budzi się w ciemnym lochu wampirzego zamku Szwarzgraben, przykuty do ściany solidnym łańcuchem. Jego przyjaciel, Nyteshad, nekromanta, wyłania się z tego samego teleportu, ale na błotnistym polu ziemniaków. Można się domyślać, że obaj uciekali, ale przed czym/kim i dlaczego – wiedzą zapewne tylko czytelnicy pierwszego tomu… eee… przepraszam… innej, wcześniejszej części cyklu. Żeby jednak nie było nieporozumień – „Infamię”  da się też czytać bez znajomości tego czegoś wcześniejszego, tyle tylko, że pewne sprawy pozostaną po prostu nie wyjaśnione. Nie jest wykluczone, że i wcześniej nie były one detalicznie objaśnione, ale skąd o tym wiedzieć, jeśli się tego nie czytało? 

Kiedyś, być może było to opisane wcześniej, ale nie na pewno, wioskowi zawarli przymierze z wampirami i pozbyli się czarodziejów ze swojej okolicy (dlaczego?). Teraz jednak chłopi mają dość także wampirów, bo te – zgodnie z wampirzym obyczajem – wysysają czasem któregoś z nich, co zwykle prowadzi do zejścia śmiertelnego. Wiochmeni nienawidzą wampirów i chcą je wszystkie wymordować (zaostrzony kołek w dupę), ale zdają sobie sprawę, że są za słabi, więc znowu szukają sprzymierzeńca. I tak to właśnie wygląda sytuacja, gdy na scenę wkraczają nasi dwaj przyjaciele. 

Alkkenstan, któremu Klavius von Rejden, złożył propozycję nie do odrzucenia, uczy wampira czarowania. Nyteshad, uratowany przez dziewczynę z rąk przygłupich chłopów, biorących go za wampira, nawiązuje bliski i coraz bliższy kontakt z okrutną wampirzycą Seleną  (siostrą delikatnej Sarah, córką von Rejdena) w zamku Bistritz. 

Chłopstwo coraz bardziej się burzy, wampiry nimi gardzą i – do czasu – lekce sobie ważą zagrożenie, nekromanta angażuje się uczuciowo silniej z każdym dniem i… nocą. Nadchodzi czas wyborów i decyzji – co z przyjaźnią, co z wdzięcznością do kobiety, która go uratowała i którą następnie ratował on przed motłochem… Nyteshad nie ma prostego zadania. Zwłaszcza, że jest jeszcze przyjaciel, który też ma swoje zdanie i przekonania. 

„Infamia” jest jakby połączeniem horroru, s-f, groteski i pewnie paru innych jeszcze elementów, ale wydaje mi się, że autor zbyt wiele srok starał się złapać jednocześnie za ogony i ostatecznie horror nie jest straszny tak, jakby mógł być, groteska momentami jakby mało zabawna… jakieś przerysowane to wszystko i wcale nie jestem pewien, czy był to zabieg celowy. Trochę irytujących błędów redakcyjnych.

Ostatecznie uważam, że to bardzo lekka powieść bez większych ambicji. Ot, średnio wciągająca rozrywka (ale jednak rozrywka!) z rodzaju tych, które zabiera się w podróż. Nie jest może zła, co to, to nie, ale też nie na tyle dobra, żebym starał się przeczytać część pierwszą cyklu.

 

 

 

 

 

 

--

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

piątek, 11 września 2020

Biedne i dostatnie życie sztetla

 „Opowiadania chasydzkie i ludowe” – Icchok Lejb Perec

Autor był (zmarł w 1915 roku w Warszawie) adwokatem, działaczem społecznym, polskim i żydowskim pisarzem, jednym z głównych twórców literatury jidysz. Jego „Opowiadania” są zbiorem dwudziestu jeden tekstów; książka zawiera też konieczny w tym przypadku, słowniczek, który czytałem ze sporym zainteresowaniem i dużą przyjemnością. Moja wysoka ocena „Opowiadań chasydzkich i ludowych” jest bardzo subiektywna. 
Właściwie zawsze taka jest, ale tym razem chcę na to zwrócić uwagę szczególnie. Ja po prostu zauroczony jestem duchowością żydowską i zwykle wysoko oceniam zbiory opowiadań autorów wyznania mojżeszowego, a także książki o dawnych czasach, w których Polacy i Żydzi żyli zgodnie obok siebie. Pół żartem, pół serio ktoś mi kiedyś podpowiedział, że tak duży sentyment do judaizmu dowodzi jakiejś cząstki krwi żydowskiej w żyłach, która tak właśnie reaguje na kontakt z tą kulturą. Sprawdziłem, a mój brat zlecił nawet specjalne badania genetyczne, i okazało się, że takich śladów w naszej przeszłości nie było, ale okazało się, że żaden z nas, w razie czego, nie miałby właściwie nic przeciw temu. Podobnie nie przeszkadzałoby mi, gdyby okazało się, że któryś z moich przodków był czarny lub żółty. Urodziłem się i wychowałem po prostu w bardzo, bardzo odmiennych czasach, w których nie do pomyślenia (ani wyobrażenia!) była agresywna propaganda partii narodowo-socjalistycznej. Na porządku dziennym była wtedy propaganda innej partii, ale… mniejsza z tym. 

Tak zaczynają się „Opowieści rabiego Nachmanke” i książka w ogóle:

Zazwyczaj snuł je w wieczór kończący sobotę, po hawdali. Należy wiedzieć, że opowiadał je w celu ujawnienia tajemnic zawartych w Torze, które można objaśnić i udostępnić prostemu zwykłemu człowiekowi tylko za pomocą przypowieści. To po pierwsze. Po drugie zaś chodziło mu o to, żeby uwolnić się w nadchodzącym tygodniu od melancholii, smutku i tęsknoty za dodatkową duszą, którą Żyd dostaje od Boga na sobotę.

 „Opowiadania chasydzkie i ludowe” zawierają utwory:

 – Opowieści rabiego Nachmanke

– Kabaliści

– Cybuch rabiego

– Z powodu szczypty tabaki

– Jeśli mówią, że wariat, uwierz!

– Reb Jochanan – Gabe

– Czasy mesjasza

– Fartuch

– Między dwiema górami

– Chełmski mełamed

– Szma Israel albo Kontrabasista

– Posłaniec

– U wezgłowia konającego

– Rozlewisko

– Ormuzd i Aryman

– Bard

– Dusza

– Cudzoziemski ptak. Powiastka dla starszych

– O historii (Gorzka humoreska)

– Cud chanukowy

– Lag baomer

I, moim skromnym zdaniem, są one po prostu urzekające. Pokazują, bezpowrotnie zaginiony, świat niewielkich społeczności żydowskich w czasach przed pierwszą wojną światową.

środa, 9 września 2020

Udziwniona groza i nie groźna

 

„Oblicza grozy” – antologia (Dawid Kain, Krzysztof Maciejewski, Robert Cichowlas, Łukasz Radecki i inni)

 Kilkunastu autorów polskich o poziomie bardzo zróżnicowanym, ale ogólnie nie najwyższym. Do tego znakomite opowiadanie Grahama Mastertona o Wendigo. Zaletą zbiorku może być różnorodność i… chyba niewiele więcej.

O kopulacji z coraz bardziej gnijącymi zwłokami, o wsiowych zabobonach na temat bocianów, o potworze z Himalajów, o miłości księdza, o konsekwencjach zastraszania żony, o dinozaurach, które głupi ludzie znowu sklonowali (Park jurajski?), o gadającym kocie i takie tam dyrdymałki. Przeczytać można, ale… nie trzeba.

piątek, 4 września 2020

Jak i po co nie chlać przez rok?

 „365 dni bez...” – Millenials

 Uwaga – to może mieć znaczenie. Postanowiłem napisać o tej książce tak, jakby była to prawdziwa relacja, prawdziwe zapiski Łukasza, dwudziestodwuletniego studenta, z roku jego życia bez alkoholu. Zakładam, w dobrej wierze, że to rzeczywistość, a nie fikcja literacka. Bo oczywiście potrafię sobie wyobrazić (wyobraźnię to ja mam dobrą) jakąś wersję alternatywną, na przykład, że jest to wspólne dzieło psychoterapeutów, którego zadaniem jest edukacja alkoholowa młodych ludzi. Jednego jednak wmówić sobie nie dam – że to autentyczny pamiętnik, który dopiero po jakimś czasie autor postanowił jakoś opublikować. Ta książka od początku pisana była z myślą opublikowania jej. Skąd to wiem? Jeśli ktoś pisze pamiętnik/dziennik dla siebie, nie tłumaczy w nim rzeczy, które są dla niego oczywiste. Millenials wspomina „Księcia” Niccolò Machiavellego i… wyjaśnia (komu?), kim był Machiavelli. To, rzecz jasna, tylko przykład.


Nauczony dość przykrym spotkaniem z Melquiadesem, zwróciłem do razu uwagę na wydawcę. Doświadczenie podpowiada mi, że self-publishing bez korekty oznacza często żałosne błędy, ale tym razem było inaczej – owszem, autor przeoczył kilka literówek lub innych takich, ale nie tak znowu wiele. Da się czytać bez irytacji. Tym bardziej, że jest na tyle interesująco, że cały czas chce się wiedzieć, co będzie dalej.

 „Było to ciekawe pokazanie problemu, który często. Ludzie z małych miejscowości mają swego rodzaju kompleks niebycia dostatecznie dobrym”*.

 Inna ważna uwaga związana jest z pewnym zbiegiem okoliczności – trafiła mi się książka o człowieku, który podjął trudne (według niego) wyzwanie, żeby przez rok nie pić, a tak się składa, że psychologia uzależnień (obok fotografii, czytania i pisania) stanowi moją życiową pasję lub przynajmniej hobby. Nie jestem profesjonalistą, ale jakieś pojęcie o tym temacie mam. Choćby dlatego, że przeczytałem prawdopodobnie wszystkie książki o alkoholizmie jakie wydane zostały po polsku. Włącznie z Karola Kleckiego „Alkoholizm i antyalkoholizm. Studyum krytyczne” z 1904 roku. W każdym razie z tego powodu śledziłem losy Łukasza, wyłapując te elementy, z których zapewne on sam nie zdawał sobie sprawy.

 Na pewno istnieje wiele profesjonalnych metod diagnozowania alkoholizmu, ale mnie przekonują też inne, zupełnie lub mało naukowe, ale pochodzące od ludzi, którzy alkoholizm znają z własnego doświadczenia, a nie z psychologicznych teorii. I tak, autor zapewne nie wie, że według nich, alkoholik to ktoś, kto robi sobie przerwy w piciu. To ktoś, kto zawsze bardzo dokładnie wie, jak długo już nie pije. Alkoholik (do czasu) uważa, że pije tak samo, jak inni, czyli po prostu, że wszyscy piją bardzo dużo. Alkoholikom wydaje się, że dłuższa abstynencja daje pewność, że alkoholikami nie są, i w ogóle czują wewnętrzną potrzebę podejmowania takich wyzwań, udowadniania. Jeśli się uda – nagrodą jest alkohol.

Czytając o przeróżnych środowiskach i grupach, w których autor się obracał, a wyraźnie był z tego bardzo dumny, ja zastanawiałem się, co z nim jest nie w porządku, że nigdzie ostatecznie nie zostaje na stałe, że w żadnym z tych środowisk nie jest na tyle „u siebie”, żeby dalej nie szukać. Ciekawość innych grup, środowisk, ludzi? Jasne, może i tak…

 Urok tej książki polega na tym, że ma się ochotę wejść w relację z autorem, jakby odpowiedzieć mu, a może wykorzystać okazję do sformułowania własnego zdania w jakiejś tam kwestii. Przykład, jeden z wielu:

„Mam negatywno-pozytywną cechę: chcę być lubiany przez innych”**.

 To nie cecha, ale potrzeba. Można się zastanawiać, z jakich niedoborów z dzieciństwa wynika albo po prostu zapytać samego siebie, co ja byłbym w stanie zrobić, żeby mnie lubili, jakie dobra gotów byłbym poświęcić dla osiągnięcia tego celu, ile to dla mnie warte.

 „365 dni bez...” nie jest tylko relacją z rocznej abstynencji, ale może dzięki niej właśnie, autor zdobywa doświadczenia, które raczej nie byłyby możliwe po pijaku. Jeśli nawet zdarzenia, sytuacje, przeżycia, są normalne, naturalne i codzienne, on – po odstawieniu etanolu – inaczej je przeżywa. Bardzo widoczne jest to, gdy Łukasz spotyka dziewczynę z Ukrainy, z którą stają się sobie bliscy. Ale i w wielu innych sytuacjach, choćby zmiana jego nastawienia do nauki.

 Sporo sympatii mam dla dwudziestodwulatka, który odkrywa pewne prawdy życiowe, na przykład cyniczną zasadę: jeśli chcesz, żeby byli zadowoleni z ciebie, spraw, żeby poczuli się zadowoleni sami z siebie.

 Ostatecznie – niezły pomysł, ciekawa realizacja, czyli… może nie jest to arcydzieło, ale pozycja warta uwagi.

 

 

 

 

 

 

 

--

* „365 dni bez...”, Millenials, Manufaktura słów, 2020, s. 37.

** „365 dni bez...”, Millenials, Manufaktura słów, 2020, s. 73.

 

 

 

 

 

 

Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

wtorek, 1 września 2020

Polacy jako mistrzowie knucia

 „Wieża Komunistów” – Witold Gadowski

 

Ciekawa sprawa. Nigdzie – bez względu na to, czy chodziło o wydanie Zysku i S-ka (rok 2012), czy o wersję wydawnictwa Replika (2018), a oba są sygnowane jako wydanie pierwsze (tyle tylko, że jedno jest z cyklu Andrzej Brenner, tom 2, a drugie, tom 3), nie znalazłem informacji i redaktorze i korektorze tego dzieła. Zainteresowało mnie to, gdy przeczytałem na jednej z pierwszych stron: Grzegorz Okrzemek z ciężkim sercem wyciągnął spod szafy starą tekturową walizkę i spakował do niej kilka koszul, książki, szczoteczkę do zębów, sweter, pamiętający jeszcze przyjęcie ślubne garnitur i szczoteczkę do zębów. A kilkanaście stron dalej to: Zaciągnął firanki i już miał się w ubraniu rzucić na łóżko, gdy coś go tknęło i zerwał się na równe nogi. Oznacza to, że książka napisana została i wydana niechlujnie, w pośpiechu, byle jak, z arogancką pogardą dla czytelników oraz… kiedyś mawiało się, że na zamówienie społeczne (jak właśnie mnożące się lawinowo książki o COVID-19), ale w tym przypadku zdecydowanie nie społeczne, ale… ideologiczno-partyjne.

Nie darzył partii braci Kaczyńskich sympatią. Miał im za złe nieskuteczność, fanfaronadę i fatalny dobór ludzi, a najbardziej raziła go hipokryzja ich ugrupowania. Pod hasłami walki z komuną bardzo chętnie przygarniali pod swoje skrzydła ludzi, którzy byli wcześniej mocno z komuną powiązani.

Ten akurat cytat nie powinien nikogo zwieść, to kokieteria i swego rodzaju strategia. Jeśli czegoś ukryć i zakłamać już się nie da nijak, to należy głośno to przyznać, bo będzie to wtedy sprawiało wrażenie szczerości, bezkompromisowości, a nawet odwagi. A tak przy okazji… wcale nie z powodu kilku osób/nazwisk byłych komunistów i ich obecności w strukturach obecnej władzy, politolodzy określają ją mianem neobolszewizmu.

Bohaterem powieści jest Andrzej Brenner, dziennikarz śledczy (ciekawe, że Sumliński, równie marny autor, też się samozwańczo dziennikarzem śledczym mianował), który wpada na trop ogromnej afery. Spotyka się z żoną Grzegorza Okrzemka, człowieka, którego wrobiono w defraudację pół miliarda dolarów (no, tak… miliony już na nikim nie robią wrażenia, więc trzeba miliardy), następnie z innymi osobami, coraz głębiej zaangażowanych w spisek. Żałosna jest ta narracja, bo na przykład: Brenner spotyka się z Kravczikiem, który zdradza mu niektóre szczegóły wielkich przekrętów. Brenner pojechał za granicę, żeby się właśnie z nim spotkać. A następnie niczemu nie dowierza, wszystko neguje i odrzuca. Jest to chwyt z tanich reklam telewizyjnych, który służy do powtarzania kilka razy nazwy produktu. Tu nie chodzi o produkt, taki czy inny, ale o kasę – miliard dolarów? Niemożliwe! Z tym miliardem dolarów to pan chyba przesadził. Naprawdę miliard dolarów? Tak, miliard dolarów. Boże! Miliard dolarów – przecież to się w głowie nie mieści. Itp.

’Ndrangheta,  Jedna z bardziej wpływowych struktur zorganizowanej przestępczości we Francji, wywodząca się z Korsyki, ale działająca przede wszystkim w krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Więc ta cała ’Ndrangheta zakłada w Polsce sieć pizzerii i opłaca się wywiadowi polskiemu, uznając go za silniejszą mafię. Cóż… powinny chyba być jakieś granice, ale najwyraźniej w przypadku polskich czytelników, nie ma się co nimi przejmować. W każdym razie jest to połączenie przeciętnej powieści sensacyjnej z kiepściutką science fiction albo political fiction.

Ostatni cytat: Owszem, czytał czasami o globalnych spiskach i ponadnarodowych korporacjach, które ponoć sterują losem świata, ale te fikcyjne konstrukcje nawet w części nie dorównywały klasą pomysłowi Funduszu Budowy Gospodarki.

I to akurat się zgadza. Międzynarodowe spiski, to głupstwo w porównaniu do tego, co wymyślił autor. Ale czy wszystko to jest kompletną bzdurą? Ależ nie! Tylko co z tego? Bo cwaniacki i niesmaczny numer polega na tym, żeby obrobić komuś tyłek, oczernić, zgnoić, opluć, jednak zza krzaka, w masce. Gdyby chociaż Gadowski wyraźnie użył właściwych nazw organów, urzędów, instytucji, prawdziwych nazwisk, faktów zamiast insynuacji, to może miałoby to jakiś sens, ale schował się tchórzliwie za konwencją fantastyki, różnych aluzji i mętnych sugestii, i nic mu zarzucić nie można, żaden proces o zniesławienie się nie odbędzie, bo – jakby co – to przecież tylko fantazja i fikcja literacka.

Zainteresowałem się Gadowskim, bo zaintrygowała mnie jakaś jego wypowiedź, którą usłyszałem na YouTube. Tym większe zaskoczenie niskim poziomem tej jego książki. Do tego te grafomańskie nazwy, tytuły i nazwiska! Sprzedajny dziennikarz – Wrzaskliwiec (tak, niby tak ma na nazwisko), niskiej jakości czasopismo ze skandalami – „Śmieć” itp. Może (może!) miałoby to jakiś sens, gdyby autor zdecydował się na jedno z dwojga: albo na powieść sensacyjną, albo na demaskowanie przekrętów władzy w czasie, gdy Polska odzyskała niepodległość. Jedno i drugie, na dokładkę owinięte w fikcję, jest niestrawne.