czwartek, 30 stycznia 2020

Świat zaburzonej psycholożki

„Krok trzeci” – Bartosz Szczygielski

Na początek dygresje. Związane z omawianą książką mniej lub bardziej, a może i wcale. Można je sobie darować.

Znajomy psycholog (doktor, psychologia kliniczna, wykładowca) stwierdził kiedyś, że przynajmniej połowa osób, studiujących psychologię, wybiera ten kierunek studiów, bo mniej lub bardziej świadomie chce naprawić siebie albo swoją rodzinę. I że efekty tego są opłakane – nie potrafią skutecznie pomoc sobie (choć może więcej rozumieją, ale to nie załatwia sprawy), a i zawodowymi psychologami są zwykle miernej jakości.

Mrożek twierdził, że większość jest głupia, a im większa większość, tym głupsza. Pewnie miał rację, ale jest jednak w Polsce niewielki odsetek ludzi czytających książki i, nawet jeśli nie jest to lektura szczególnie ambitna, lepiej nie uważać ich i nie traktować jak durniów. Nachalna, agresywna, ale dość prymitywna w sumie kampania reklamowa, w której każda książka to arcydzieło i bestseller, a jej autor to (według wydawcy) arcymistrz, królowa, geniusz, powoduje zniechęcenie, zniecierpliwienie, rozdrażnienie i – przede wszystkim – spadek zaufania. Jest mnóstwo książek średnich, takich na ocenę 5-7 w skali dziesięciostopniowej. I czytelnicy byliby z nich zadowoleni, ale… jeśli najpierw wmawiano im, że to arcydzieło, którego autor jest królem i geniuszem… Za 6-7 tygodni wydawca będzie zachwalał innego króla-geniusza-mistrza.

Dla twórcy najgorszą chyba oceną jest obojętność. Wzruszenie ramion i pytanie: „eeee… no i co w związku z tym?” po obejrzeniu obrazu lub filmu, po przeczytaniu książki, to kompletna katastrofa. Dzieło, które nie wywołuje żadnych emocji, czy uczuć, to knot.

To teraz „Krok trzeci”…
Magda Bułhak, lat 38, pracuje we własnym, prywatnym gabinecie jako psycholożka, psychoterapeutka, choć bez specjalnej specjalizacji. Zadziwiające to, zważywszy na fakt, że ma poważne problemy psychiczne i emocjonalne sama z sobą. Wiecznie czegoś zapomina, całe lata z jej przeszłości stanowią po prostu czarną dziurę. Nie ma pojęcia, gdzie w garażu stoi jej i Damiana (męża) samochód i boi się tam wejść. Zakupy robi mąż, bo ona zupełnie sobie z tym wyzwaniem nie radzi. Nic nie pamięta ze szkoły, a jakim cudem pamięta coś ze studiów, wiadomości, umiejętności, doświadczenia niezbędne do wykonywania zawodu, detalicznie nie wiadomo (do czasu).
Kiedy pod łóżkiem znajduje majtki innej kobiety… dołącza je do prania i obwinia siebie, że widocznie nie jest dla Damiana wystarczająco atrakcyjna. Narzeka na nadwagę… żrąc kolejne ciastka… Później meble w domu nieznacznie zmieniają miejsce, na łóżku pojawia się ogromny obcięty penis, Damian znika bez śladu (czy on w ogóle istniał?), pojawia się za to tajemnicza, bardzo uczynna Nina – podobno dawna szkolna przyjaciółka Magdy, ale… Rojenia psychicznie zaburzonej kobiety mieszają się z faktami, z rzeczywistością.

O obojętności nie ma mowy – lektura rodzi początkowo (i zbyt długo) irytację i zniecierpliwienie.

Po przeczytaniu około jednej trzeciej powieści dowiedziałem się od autora (tak, dopiero teraz!), że te dziwne stany Magdy są wynikiem poważnego wypadku samochodowego, który spowodowała po pijanemu. I że było to… uwaga!... kilka tygodni temu. Ups! Podobna dziwność miała miejsce ze skarpetkami. Damian jest pedantycznie czysty i porządny, przeszkadza mu każdy okruch i najmniejsza plamka, ale… kiedy Nina z Magdą przeszukują dom (sprzątany przez Magdę perfekcyjnie i wiele razy), znajdują męskie skarpetki aż sztywne z brudu. Ups!
Magda uważa swoje małżeństwo za bardzo dobre, a męża za wspaniałego faceta, ale… Przy Damianie wszystko było stabilne. Traktował ją dobrze, pomagał finansowo, czasem nawet przeleciał. Wprawdzie w ogóle jej nie przytulał, ale z tym mogła się jakoś pogodzić*. Ups! Ale może ludzie różnie wyobrażają sobie cudowne związki…

Nie wiem, czy to działanie zamierzone, czy niedostatki warsztatowe młodego autora, ale profesjonalny redaktor powinien tak poważne niekonsekwencje i braki wychwycić. I upewnić się, że autor tak właśnie chciał i to w określonym celu. Oczywiście niektóre z takich dziwności można zrozumieć, kiedy pozna się już zakończenie, to jest rozwiązanie zagadki, ale jednak nie wszystkie.
Zdarzają się w powieści wydarzenia, które kompletnie do niczego nie służą, na przykład pierwsza wyprawa Magdy na policję. Idzie ona wymyślonym przez siebie skrótem przez jakieś blokowisko, gubi się i pyta o drogę przyjaznego menela – przyjaznego dopiero po tym, kiedy wyjawiła, że chodzi o komisariat policji, bo wcześniej było mniej miło. Eeee… i co w związku z tym?

Ostatecznie jednak tylko ta ważna informacja o wypadku Magdy, ujawniona tak późno, powstrzymała mnie przed porzuceniem książki. Pojawiła się nadzieja, że w całym tym zamieszaniu coś wreszcie zacznie być sensowne, wiarygodne, mniej chaotyczne i mętne. Wpadło mi też do głowy, że może to być jeden z pierwszych tropów, prowadzących do rozwiązania.

Bartosz Szczygielski miał ciekawy pomysł na fabułę. Zrealizował go nieźle, choć można było lepiej. W każdym razie autor ma potencjał, a kiedy jeszcze podszlifuje warsztat albo zmieni redaktora, albo jedno i drugie, to efekty mogą wyjść z tego naprawdę intrygujące.  „Krok trzeci” to debiut Szczygielskiego – może nie bezwzględny, ale pierwszy raz w życiu próbuje swoich sił w thrillerze psychologicznym. Można dać mu szansę. A książka niezła, oczywiście całkowicie fikcyjna i nieprawdopodobna, ale dla rozrywki… czemu nie; byle nie zrazić się pierwszymi stronami.


--
* Bartosz Szczygielski, „Krok trzeci”,  WAB, 2020, s. 271.

piątek, 24 stycznia 2020

Rewolucja 1905 oczami dzieci

„Samotny biały żagiel” – Walentin Katajew

Jedna z kilkunastu książek, które pierwszy raz przeczytałem w dzieciństwie, a teraz wracam do lektury – jeśli nie całej, to jej fragmentów – co kilka lat. Zwłaszcza wtedy, kiedy miernoty nazywa się mistrzami, królami, potrzebuję wrócić do pisarstwa na wysokim poziomie.

„Samotny biały żagiel” to pierwsza część tetralogii Katajewa „Fale Morza Czarnego”. Do pewnego stopnia autobiograficzna, przedstawia rewolucję 1905 roku w carskiej Rosji (nie mylić z rewolucją albo raczej przejęciem władzy przez bolszewików), widzianą oczami dzieci – około dziewięcioletnich Pietii i Gawrika.

Dalsze części tetralogii („Chutor w stepie”, „Za władzę Rad”, „Zimowy wiatr”) to są już powieści mocno propagandowe, ale „Samotny biały żagiel” zawiera jeszcze rozsądną i całkiem strawną jej dawkę.

Ostatecznie jest to książka przygodowa, o przyjaźni, o przedwczesnym zderzeniu świata dzieci z brutalnym i poważnym światem dorosłych. Rzecz dzieje się głównie w Odessie w 1905 roku.

Polecam.
Dziadek i Gawrik ratują Rodiona Żukowa, uciekiniera z Potiomkina.

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Czasem głupio być Polakiem...


„Paulo Coelho – duchowy mistrz czy fałszywy prorok?” – Mirosław Salwowski

Zza księgarskiej lady obserwowałem fenomen Coelho. I przyznaję, że nie byłem w stanie do końca go zrozumieć. Nadal nie jestem… Do czasu próbowałem nawet rozmawiać z czytelnikami, zachwyconymi lekturą i twierdzącymi, że Coelho odmienił ich życie, i pytać ich, na czym konkretnie ta odmiana polegała, ale na to odpowiedzieć jakoś nie potrafili.

Dwie książki brazylijskiego pisarza przeczytałem z ciekawości, ze trzy inne z zawodowego obowiązku, ale gdy dotarłem do „Podręcznika wojownika światła” – miałem dosyć. To już przekraczało moją wytrzymałość. „Pielgrzym” albo „Alchemik” miały chociaż jakąś fabułę… Jednak wszystkie one stanowiły festiwal prostych, banalnych, niewyszukanych, konwencjonalnych, wyświechtanych, trywialnych treści podanych w taki sposób, by sprawiały wrażenie epokowego odkrycia, wielkiego objawienia. Żeby powalały na kolana i pozostawiały czytelnika z oczami wybałuszonymi w niemym zachwycie. Taka sztuczka nie jest niczym nowym ani odkrywczym. Zwyczajne sprawy, oczywiste, przedstawiał jako wielkie odkrycia Randy Pausch („Ostatni wykład”), a z naszych Katarzyna Nosowska („A ja żem jej powiedziała…”), choć do klasy Cohelio im daleko.

„Niejedna fałszywa religia powstała na skutek domniemanych objawień z Nieba. Tak powstał np. islam, którego twórcy – Mahometowi, zdawało się, że słyszy Boży głos” [1]. 

Są w społeczeństwie takie określenia (zwroty, nazwy, pojęcia itp.), które wypowiadającego je człowieka, identyfikują w sposób nie budzący najmniejszej wątpliwości. Na przykład „Heil Hitler”, „towarzyszu”, „zapluty karzeł reakcji”. W Polsce od pewnego czasu funkcjonuje kolejne takie… kuriozum. Podczas gdy normalni ludzie wiedzą, że scena polityczna dowolnego kraju/państwa, to zwykle i w wielkim uproszczeniu prawica, centrum, lewica, chadecja (chrześcijańska demokracja), to w Polsce funkcjonuje od pewnego czasu cudaczne, wielce udziwnione pojęcie „lewactwo”. Używający go ludzie już zapewne nie zdają sobie sprawy, że mówią do krewnych, znajomych, przyjaciół nie normalną polszczyzną, ale propagandową partyjną nowomową. Gdyby jeszcze mówili o prawactwie i centractwie…

Kiedy w książeczce niejakiego Salwowskiego (nie wiedziałem wcześniej, kto to jest, nie znałem jeszcze jego poglądów na bicie dzieci, kar za namiętne pocałunki i innych w tym stylu), na jednej z pierwszych stron napotkałem „lewactwo”, wiedziałem już, czego się spodziewać. Czytałem dalej tylko dlatego, żeby sprawdzić, jak daleko się posunie tym razem. A posunął się naprawdę bardzo daleko.

Książeczka (raczej paszkwil) pana Salwowskiego, to 128 stron cytatów biblijnych, fragmentów książek Coelho, Katechizmu Kościoła katolickiego, jakichś encyklik papieskich itp. Jedne są związane z książkami Coelho mniej, inne wcale, ale sprawiają właściwe wrażenie. Bo chodzi o to, żeby dowieść, że autor „Pielgrzyma” jest diabłem.

„Czy to możliwe, aby za tym dobrotliwie wyglądającym, nieustannie uśmiechniętym, wydającym duże pieniądze na działalność charytatywną, starszym panem, stał sam szatan?” [2].

Zaiste, rację miał Sławomir Mrożek, twierdząc, że większość jest głupia, a im większa większość, tym głupsza.

A Paulo Coelho? Zapewne to tylko efekt dobrego marketingu, bo przecież ani to prorok, ani mistrz duchowy – zręczny pisarz motywacyjny, po prostu.





--
1. Mirosław Salwowski, "Paulo Coelho - duchowy mistrz czy fałszywy prorok?", Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, 2004, s. 22.
2. Tamże, s. 25.



Przy okazji... Chrześcijańskie porady, jak karać niemowlęta i małe dzieci:


niedziela, 19 stycznia 2020

Szeryf Morelli poznaje Maggie


„Dotyk zła” – Alex Kava

Pierwszy tom serii, której główną bohaterką jest specjalna agentka FBI Maggie O’Dell, specjalizująca się w tworzeniu profili psychologicznych seryjnych morderców. Często jej partnerem jest szeryf Nick Morelli, z którym łączy ją coś więcej niż zawodowa współpraca – w „Dotyku zła” spotykają się po raz pierwszy.

Kiedy czytałem tę książkę prawie dwadzieścia lat temu – byłem zachwycony. Obecnie widzę jej mankamenty. Powiedziałbym, że dość szybko się powieść starzeje.

W miasteczku Platte City w Nebrasce osądzony został i stracony Ronald Jeffreys – zabójca trzech chłopców. Do samego końca Jeffreys przyznawał się do zamordowania jednego, ale nie trzech.
Kilka miesięcy później w okolicy znaleziono ciało chłopca zamordowanego w stylu Jeffreys’a. Nieco później jeszcze jednego.

Sprawę prowadzi niezbyt rozgarnięty, zajęty raczej romansami i sportem, szeryf Nick Morelli. Objął to stanowisko po ojcu – legendarnym gliniarzu, który złapał Jeffreysa. Nick Morelii sprawia wrażenie raczej umiarkowanie rozgarniętego, więc ze zdziwieniem przyjąłem do wiadomości, że wcześniej był wykładowcą, profesorem prawa. Trzydziestosześcioletniemu szeryfowi pomaga agentka specjalna FBI Maggie O'Dell. Natomiast przeszkadza mu i komplikuje życie zawodowe rodzona siostra, dziennikarka. Oczywiście w pewnym momencie to jej syn zostaje porwany przez tajemniczego (tylko do połowy książki) zbrodniarza.

Momentami, niezbyt często, pojawiają się w powieści niekonsekwencje i często, zbyt często, jest ona przewidywalna. Ale… może przeczytałem zbyt wiele powieści sensacyjnych.

środa, 8 stycznia 2020

System szkolnictwa imperium



„Stalky i spółka” – Rudyard Kipling


Jedna z ważniejszych książek mojego dorastania. Byłem nią zachwycony, czytałem wiele razy. Wtedy (miałem kilkanaście lat) nie wiedziałem, że Kipling sportretował w powieści samego siebie, jako Beetle’a, nie wiedziałem, że jest to jedna z niewielu książek przedstawiająca brytyjski system szkół z internatem tamtych czasów w sposób raczej pozytywny. Bestialskie znęcanie się nad młodszymi, torturowanie ich, kary cielesne (bicie uczniów przez nauczycieli), u Kiplinga wyglądają… nie tak całkiem źle. Podobnie jak zabijanie dla zabawy królików i kotów. 

Pamiętam też, że dziwił mnie sposób traktowania sierżanta szkolnego (Fox, Foxy – coś jakby nasz woźny, ale raczej ważniejszy, bo prowadzi z uczniami zajęcia z musztry) przez chłopców – oni wyzywają go od grubasów, on zwraca się do nich per „paniczu”. Oczywiście z czasem wszystkie elementy stawały się coraz bardziej zrozumiałe, ale… książkę lubiłem już odrobinę mniej.

Wróciłem do niej niedawno, bo jakiś już czas temu przeszła do domeny publicznej i można ją łatwo dostać, za darmo.

piątek, 3 stycznia 2020

Dajcie Polakom władzę, a sami


„Antykomunizm, czyli upadek Polski” – Andrzej Romanowski

Publicystyka z lat 1998–2019 prof. dr hab. Andrzeja Romanowskiego, pracującego na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i w Instytucie Historii PAN.

Podczas lektury przypomniała mi się anegdota sprzed wielu lat. W modnej kawiarni w Paryżu spotykają się rosyjscy uchodźcy, jeden jest rewolucjonistą z 1905 roku, drugi z 1917/1918. Ten drugi, próbując się fraternizować, zagaduje, że w sumie są podobni, że przecież walczyli o to samo. Na to pierwszy z nich odpowiada chłodno, że niezupełnie, bo… my walczyliśmy o to, żeby nie było biednych, a wy o to, żeby nie było bogatych.

Złość, zawiść, żądza zemsty i odpłacenia „onym” za własną mierność, urazy, głupotę, bzdurne przekonania, zabobony itp., są potężną siłą. Kłopot polega na tym, że jest to siła destrukcyjna, a nie kreacyjna. Można dzięki niej zdobyć władzę (jak zresztą widać), ale nie można zbudować prawdziwie demokratycznego systemu politycznego i stabilnej gospodarki.

„Trzecia Rzeczpospolita była najlepszym państwem w polskich dziejach. Ale była nie do utrzymania – podkopywana przez antykomunizm i katolicyzm, została skazana w kolebce. Ta sekwencja wydarzeń dopiero dziś układa się w logiczną całość. Bo dopiero dziś możemy zobaczyć, co naprawdę się stało w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego. Jakże łatwo, jak niemal niezauważalnie, wtedy, nocą 2/3 grudnia 2015 roku, Trzecia Rzeczpospolita przestała istnieć” [1].

„1791, 1918, 1989. Oprócz faktu zdobycia niepodległości wszystkie te daty łączy wybór orientacji. Za każdym przecież razem Polska odchodziła od Rosji: od protektoratu Katarzyny II, od niewoli carskiej czy bolszewickiej, od ZSRR i Paktu Warszawskiego. Jednak takie odejście przynosiło zwykle w odwecie najazd rosyjski – tak działo się w latach: 1792, 1830, 1920, 1939…” [2].

„Stanisław Stomma, antykomunista do szpiku kości, wielokrotnie podkreślał, że Stalin mógł tak zbudowaną Polskę oddać tylko w ręce ludzi, »którym ufał«, że gdyby do władzy doszedł czy to gen. Anders, czy Stanisław Mikołajczyk, Polacy by ziem poniemieckich nie dostali. Polska bez komunistów stałaby się więc – i to w najlepszym razie – nowym »Księstwem Warszawskim«. W najlepszym razie – bo alternatywą było wcielenie Polski do ZSRR (agitowała za tym np. Zofia Dzierżyńska) albo bezterminowa sowiecka okupacja wojskowa (o takiej możliwości pisała po latach Krystyna Kersten)” [3].

„Prawdziwy Polak ma oparcie w polskim Kościele. I cóż za paradoks! Kościół, głoszący ewangelię miłości, wspiera od lat w Polsce ewangelię nienawiści” [4].

„Paradoks polega też na tym, że apogeum wrogości dotknęło »komunistów« akurat wtedy, gdy oddali władzę. Czyli gdy odwołali swój dogmat, że władzy raz zdobytej nie oddadzą nigdy. I znów: jakkolwiek byliby w tym oddaniu władzy interesowni i cyniczni, przecież się na to zdecydowali. Zrobili krok w skali światowego komunizmu bezprecedensowy – i to nie będąc jeszcze świadomi ani bliskiego zburzenia muru berlińskiego, ani czechosłowackiej aksamitnej rewolucji, ani losu Nicolae Ceauşescu. Demontaż komunizmu w Europie Środkowej zaczął się od Polski. Mało która z polskich decyzji zaważyła tak na losach Europy, jak ta z roku 1989, podjęta przez »komunistę«, gen. Wojciecha Jaruzelskiego” [5].

To tylko przykłady i to nawet nie najbardziej kontrowersyjne. Irytujące było coś innego – często, zbyt często, Romanowski miał i ma rację. Nawet wtedy, kiedy o spodziewanych wydarzeniach lub ich efektach pisał przed kilkunastu laty. To po prostu zwykle stwierdzenie faktów, realna ocena rzeczywistości, a to rzadko jest przyjemne. Ostatecznie jednak oceny przekonań autora każdy musi dokonać sam. Ja tylko uważam, że warto.


--
1. Andrzej Romanowski, „Antykomunizm, czyli upadek Polski”, Wydawnictwo Universitas, 2019, s.  5.
2. Tamże, s. 12.
3. Tamże s. 333-34.
4. Tamże, s. 384.
5. Tamże, s. 334.