piątek, 10 sierpnia 2018

Codzienność polskiej wiochy


„Po trochu” – Weronika Gogola

Pisać, wcielając się w rolę bohatera/narratora/dziecka, nie jest łatwo, jak to okazuje się dzięki konfrontacji „Po trochu” z takimi powieściami jak choćby: „Zabić drozda”, „Ocean na końcu drogi”, „Przygody Hucka”, „Życie przed sobą”, „Duchy Jeremiego”. To po prostu nie ta klasa, nie ten poziom. Ale… może kiedyś będzie lepiej – to debiut, więc jest szansa.

W „Po trochu” narratorką jest kilkuletnia dziewczynka, opisująca w dwunastu częściach-godzinach (nawiązując tym samym do pieśni żałobnej z przedsłowia) swoje życie na wsi, w Olszynach; życie codzienne, zwyczajne, a tak ekscytujące dla odkrywającego je małego dziecka. Dziewczynka bez ładu i składu opowiada po trochu o bardzo różnych rzeczach (o sikaniu i umieraniu, o kotach i kozach, o chłopach i babach, o króliczych bobkach i pysznych ziemniakach z solą, o pożarach, sąsiadach, dzwonach, kulkach z gówna…), a wszystkie one są dla niej jednakowo ważne, porywające. Przynajmniej przez chwilę.

Relacja zaczyna się, gdy mała Weronika ma 4-6 lat, w każdym razie do szkoły jeszcze nie chodzi. Jeśli dzięki jej opowieściom miałoby się odkrywać, że czas płynie, że mijają lata, to to autorce nie wyszło. Ale może Gogola wcale takiego zamiaru nie miała. W każdym razie w okolicach rozdziału ósmego nagle okazuje się, że bohaterka ma już cycki, chodzi od dawna do szkoły, marzy o chłopaku i seksie. Kolejny istotny skok w czasie odbywa się w rozdziale jedenastym, kiedy to Weronika usilnie stara się stracić dziewictwo z jakimś Samurajem (bliższych danych brak), ale nie bardzo to wychodzi.
I koniec.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Życie codzienne Ogata Shingo


„Głos góry” – Yasunari Kawabata

Nie. Nigdy więcej nie. I guzik mnie obchodzi, że to noblista*. Powieść jest tak nudna i mętna, że aż się dziwię, że dotrwałem do końca. Zapewne tylko dlatego, że krótka.

Akcja, o ile można mówić o jakiejkolwiek akcji, dzieje się w 1948 roku w rodzinie Ogata. Głównym bohaterem jest sześćdziesięciojednoletni Ogata Shingo. Oprócz niego w dramacie udział bierze jego żona (o rok starsza od męża i niezbyt ładna), syn Suichi z żoną Kikuko i córka Fusako. Suichi zdradza żonę, Fusako właśnie odchodzi od męża.

Prawdopodobnie głównymi motywami są: efekt przemijania, starzenia się (Shingo słyszy głos góry, co ma zwiastować rychłą śmierć – jak u nas pohukiwanie puszczyka),  swoista rywalizacja, coś w rodzaju psychologicznej gry, między ojcem i dorosłym synem oraz problematyczne uczucia Shingo wobec synowej, a to w skomplikowanym wielce połączeniu ze wspomnieniami atrakcyjnej szwagierki, w której się durzył w młodości.

Shingo wraca do domu. Kupuje trzy ślimaki. Dlaczego akurat trzy, skoro w domu mieszkają cztery osoby, to zagadka psychologiczna, której rozwikływanie zajmuje kilka stron. Później Shingo obserwuje kwiat słonecznika. Duży i bardzo ładny. Ładniejszy niż słonecznik z trzema kwiatami na jednej łodydze. Shingo rozważa, czy powinien zrobić krok w bok, by nie blokować przejścia dziewczynce. Itd. Itp.

Nie chodzi o to, że powieść jest zła, broń Boże!, ona jest po prostu… japońska – z kulturą, obyczajami, mentalnością Europejczyków nie ma kompletnie nic wspólnego. Wydaje mi się, że podobny efekt można by uzyskać wyświetlając Papuasom polski film „Miś” – nie można mieć przecież do nich pretensji, że nie wszystko zrozumieją, jeśli w ogóle cokolwiek zrozumieją, i że nie śmieją się we właściwych momentach, jeśli w ogóle znajdą tam cokolwiek zabawnego, co wcale nie jest takie pewne.



--
* Kawabata Yasunari (w Japonii podaje się najpierw nazwisko) urodził się 1899 w Osace. W 1968 roku otrzymał Nagrodę Nobla (pokonał naszego Gombrowicza). Zginął śmiercią samobójczą w 1972 roku. „Głos góry” uważany jest za szczyt jego osiągnięć literackich.

piątek, 3 sierpnia 2018

Koniec amerykańskiego snu


„Elegia dla bidoków” – James David Vance


Kiedy zaczynałem czytać „Elegię dla bidoków”, nie wiedziałem, że reklamowana jest jako odpowiedź na pytanie: Jak to się stało, że Donald Trump wygrał wybory prezydenckie? Na szczęście, bo bym po nią nie sięgnął. Guzik mnie obchodzi, dlaczego Trump został prezydentem. Bardziej interesuje mnie, co z tego wyniknie. Ostatecznie jednak uważam, że książka odpowiedzi na pytanie o Trumpa nie udziela, ale może ja za mało rozgarnięty jestem.

Przypominają mi się takie oto powiedzenia: „historię piszą zwycięzcy” oraz „zwycięzcy zawsze mają rację”. Vance jest tu zwycięzcą niewątpliwie – wyrwał się z marazmu i beznadziei „pasa rdzy” (rejon Appalachów, Kentucky, Ohio, i środowiska irlandzko-szkockie), jako pierwszy w rodzinie zdobył dyplom wyższej uczelni i to renomowanej, a nie jakiegoś uniwersytetu stanowego, zrobił karierę, jest właścicielem domu. Czy sukces ten osiągnął sam, własnym staraniem? Nie, bez wspierających, pomagających, mobilizujących członków rodziny (głównie dziadków), nigdy by mu się to nie udało.

„Co dwa tygodnie dostawałem skromną wypłatą i na pasku z rozliczeniem widziałem potrącane zaliczki na podatek stanowy i federalny. Przynajmniej równie często nasz sąsiad narkoman fundował sobie steki T-bone - ja byłem zbyt biedny, żeby kupić sobie taki, ale Wuj Sam zmuszał mnie do sponsorowania takich zakupów innym. Tak o tym myślałem jako siedemnastolatek i choć dziś jest we mnie znaczenie mniej gniewu niż w tamtych latach, to wtedy po raz pierwszy dostrzegłem, że polityka prowadzona przez demokratów, zwanych przez Mamaw »partią ludzi pracy«, nie do końca ich właśnie dobro ma na celu”*.

„Elegia dla bidoków” to powieść autobiograficzna (pisząc ją autor miał 33 lata) jednego z hillbillies, rednecks (bidoków, wsioków, wiochmenów, wieśniaków), jednego z bardzo niewielu, któremu udało się wyjść na ludzi. Obejmuje też kawał historii rodziny Vance, to jest Mamaw i Papaw (dziadków, pradziadków). Jest to też próba dokonania jakiejś socjologicznej analizy białych Amerykanów z klasy robotniczej, która ulega coraz większej degrengoladzie. Alkoholizm, narkomania, bieda (trochę inaczej rozumiana niż w Polsce), lenistwo, przemoc, drobna przestępczość, brak ambicji, celu i sensu w życiu. Powieść o demoralizacji, jaką wywołuje coraz szerzej zakrojony system opieki socjalnej.

Może się mylę, ale wydaje mi się, że znacznie lepiej byłoby dla książki, gdyby J. D. Vance ograniczył się w niej do ciepłej, niepozbawionej specyficznego humoru opowieści o sobie i rodzinie (relacja z osobistych przemian religijnych, wątek siostry, wiecznie zmieniającej partnerów matki), i nie pakował do niej wyników jakichś badań naukowych.





--
„Elegia dla bidoków”, James David Vance , s. 173.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Złe, małe i zielone z kosmosu


„Grawitacja” – Tess Gerritsen

Geolog, badający uskok tektoniczny Rowu Galapagos, utknął w swoim batyskafie na ogromnej głębokości i… STOP-KLATKA. Ciąg dalszy dzieje się dwa lata później, głównie w środowisku kosmonautów z NASA i dość często na pokładzie międzynarodowej stacji kosmicznej. Do tematu dramatu w batyskafie autorka wraca pod sam koniec powieści, kiedy już wyjaśnia się „kto zabił”.

Głównych bohaterów jest dwoje: pracująca dla NASA lekarka, doktor Emma Watson, trenująca właśnie do swojej pierwszej wyprawy w kosmos, oraz jej mąż, też lekarz Jack McCallum, rozgoryczony i zawiedziony, bo okazało się, że z powodu kamieni nerkowych on w kosmos nie poleci. Emma i Jack kochają się tak bardzo, że właśnie się rozwodzą.

We wnętrzach międzynarodowej stacji kosmicznej wykonywanych jest mnóstwo rozmaitych eksperymentów, niektóre na zlecenie prywatnych korporacji, jeśli są w stanie słono zapłacić NASA, jeszcze inne stanowią tajne projekty wojska. Jeden z eksperymentów wymknął się spod kontroli i kosmonauci kolejno zapadają na nieznaną na ziemi chorobę, powodującą makabryczną śmierć (uwaga na kliniczne opisy, są naprawdę… paskudne).

Naukowcy NASA, wojskowi, cywilni i wszelkiej innej maści starają się odkryć, co się naprawdę dzieje i wykombinować jakieś rozwiązanie, ratunek dla umierających w kosmosie ludzi; pojawia się nawet przez moment podejrzenie o bioterroryzm, ale prawda okazuje się oczywiście zupełnie inna.

Trzymającą w napięciu książkę, przynajmniej w dwóch trzecich, bo dalej można się już bez wielkiego wysiłku zacząć domyślać, jak poszczególne wątki będą się ze sobą splatać, polecono mi jako thriller medyczny, cokolwiek miałoby to znaczyć. Moim zdaniem jest to s-f z wątkiem sensacyjnym. Przyznaję, że to mnie nieco zaskoczyło – po wcześniejszych lekturach książek tej autorki spodziewałem się czegoś innego. Ale… było nieźle, warto przeczytać.