środa, 30 sierpnia 2017

Medgidia - wspomnienia i sny


„Medgidia, miasto u kresu” – Cristian Teodorescu

Miałem jednocześnie dwa skojarzenia. Pierwsze: Medgidia przypominała mi miasta, miasteczka i dzielnice żydowskie z powieści Singera; w obu tych przypadkach autor pomagał czytelnikowi poznać świat zaginiony, bezpowrotnie utracony, świat, którego już nie ma. Drugie: pudło ze starymi fotografiami; ktoś starszy wyciąga je jakby trochę przypadkowo, ale o każdym z nich ma coś ciekawego do opowiedzenia.

Nie radzę pomijać kilkustronicowego wstępu, dzięki któremu czytelnik polski, rzadko pasjonujący się skomplikowaną historią Rumunii, może poznać tło opisywanych zdarzeń, a często w ogóle zrozumieć, o czym mowa. W okresie międzywojennym, a szczególnie w latach trzydziestych, w Rumunii władza króla stawała się coraz bardziej iluzoryczna, za to rosły wpływy partii i ugrupowań faszystowskich. W 1939 roku, po agresji niemieckiej na Polskę, Rumunia wprawdzie ogłosiła neutralność, ale dość długo pozostawała jednak w strefie wpływów niemieckich, zwłaszcza gdy w 1940 roku w Rumunii do dyktatorskiej władzy doszedł, popierany początkowo przez Żelazną Gwardię (faszystowską organizację polityczną działającą w Rumunii w latach 1930-1941), faszystowski przywódca, generał Ion Antonescu.

Jednak „Medgidia…” nie jest opracowaniem historycznym, to zbiór krótkich opowiadań o wydarzeniach i ludziach, wielu ludziach, żyjących w rodzinnym miasteczku autora, w latach 30. i 40 dwudziestego wieku. Nie jest to też pamiętnik, zbyt wiele w tych opowiastkach jest literackiej fikcji – pewnie dlatego autor prosi na wstępie, żeby na wszelki wypadek, traktować jego książkę, jak dzieło całkowicie zmyślone.

„Koniec ramadanu. Turcy zabierają się do ucztowania. Zarzynają baranki na pilaw, uganiają się za domowym ptactwem, ukręcają mu głowy i pakują na rożen. W całym mieście pachną uberek, tureckie placki z mięsem. Kto miał przyjaciół wśród Turków – a któż ich nie miał? – szedł do nich poświętować”*.

Takie właśnie fragmenty przypominają mi sztetle z powieści Singera – czasy, w których Żydzi, Polacy, Ormianie, Ukraińcy, Niemcy i inni potrafili żyć obok siebie, robić interesy, normalnie egzystować.
Niestety, w Medgidii nie zawsze było tak sielankowo. Żelazna Gwardia, a następnie Rosjanie mocno dali się we znaki mieszkańcom, choć miasteczko właściwie nigdy nie znalazło się bezpośrednio na linii frontu.

„Cztery razy Rosjanie ogołocili sklep Sarkisa, a raz go zdewastowali. Innym kupcom z miasta też nie udało się wyjść obronną ręką. Rosjanie przyjeżdżali fala za falą i płacili rublami, których nikt nie chciał, ale kto ośmieliłby się im odmówić?”**.

Warta poznania, powiedziałbym, ze urokliwie-sentymentalna historia. Polecam.



--
*„Medgidia: Miasto u kresu”, Cristian Teodorescu, przekład Radosława Janowska-Lascr, wyd. „Amaltea”, 2015, s. 81.
** Tamże, s. 176.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Sven Hassel za kołem polarnym

„Widziałem, jak umierają” – Sven Hassel

 Autor, Duńczyk z niemieckim rodowodem, na własne życzenie przyjął obywatelstwo niemieckie i powołany został do wojska. W czasie wojny, za próbę dezercji, Hassel został przeniesiony do jednostki karnej Wehrmachtu.

Tym razem doborowa banda niemieckich psychopatów (Joseph Porta, Wolfgang Creutzfeld – Mały, Willie Beier – Stary, Alfred Kalb – Legionista i inni), członków nigdy nie istniejącego, 27. Pułku Pancernego, walczy gdzieś za kołem podbiegunowym z Rosjanami, Finami i reniferami, ale też dokonuje brawurowego sabotażu w… Moskwie. 

Jest to dziesiąta książka tegoż autora, więc już dawno się zorientował, że można sporo zarobić, tworząc takie niestworzone historie.

sobota, 12 sierpnia 2017

Dorota Terakowska ostatni raz

„Dobry adres to człowiek” – Dorota Terakowska

Czytałem „Ono” i „Poczwarkę”, i jakoś nie rzuciły mnie na kolana. Właściwie uznałem, że dosyć będzie przygód z książkami Doroty Terakowskiej, szkoda mi na nie czasu. Być może takie, naiwne dość, manipulowanie emocjami czytelników, komuś się naprawdę bardzo podoba, ale…

Książka „Dobry adres to człowiek” trafiła w moje ręce jakoś tak… przypadkowo. Nie miałem pojęcia, czym jest; spodziewałem się powieści. Idea zbioru krótkich tekstów (zebranych przez Wydawnictwo Literackie i wydanych po śmierci Terakowskiej felietonów, drukowanych w „Elle”, w latach 2003-2004) nawet mi się spodobała, ale kiedy okazało się, że jest ich tak niewiele, rozczarowałem się do końca.

Z nutką lekkiej pogardy dla czytelników Terakowska podejmowała w nich tematy bajek w nowym i starym stylu, testów na człowieczeństwo, facetów w telewizyjnych reklamach i kobiet doznających orgazmu na widok błyszczących kurków, wigilijnej tradycji, pożytkach z bycia innym niż wszyscy, wartości dziwacznych rad rodziców… 

Może kilkanaście lat temu, w czasopiśmie, miało to sens, ale… Wydaje mi się, że własny czas można spożytkować korzystniej.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Jak zdemoralizowano Margrave

„Poziom śmierci” – Lee Child

Pierwsza książka Lee Childa z cyklu przygód Jacka Reachera, byłego żandarma. Znacznie lepsza od „Podejrzanego”, moim niezwykle skromnym zdaniem. W „Poziomie śmierci” narracja odbywa się w pierwszej osobie; Jack Reacher sam opowiada o wydarzeniach w spokojnym miasteczku Margrave gdzieś w Georgii, z dala od autostrady, gdzie znalazł się właściwie przypadkowo, wędrując bez celu po kraju. Margrave jest idealnie czyste, zadbane, nowe albo świeżo odnowione, a wszystko dzięki niebywałej szczodrości Fundacji Kilknera. Wszystkim przedsiębiorcom w mieście, nawet czarnoskórym starym fryzjerom, z usług których tygodniami nikt nie korzysta, Kilner wypłaca niesamowicie wysoką dotację, tysiąc dolarów tygodniowo, żeby nie musieli przejmować się klientami albo ich brakiem.

Zaraz po przybyciu do Margrave Reacher został aresztowany pod zarzutem zabójstwa. O dziwo, okazuje się, że sam szef lokalnej policji stara się go wrobić i twierdzi, że widział go w pobliżu miejsca zbrodni. Reacher ma dobre alibi, ale jego wykazanie zajmuje trochę czasu, więc w związku ze zbliżającym się weekendem, zostaje zamknięty w pobliskim więzieniu, gdzie źli faceci z bractwa aryjskiego próbują go zabić.
Kiedy w poniedziałek Reacher wychodzi z pierdla, okazuje się, że zamordowanym był jego brat, ważny pracownik Departamentu Skarbu. W tej sytuacji Reacher postanawia zostać w miasteczku i rozwikłać sprawę, co – po setkach perypetii i niebezpieczeństw – oczywiście w końcu mu się udaje.

Jack Reacher jest bohaterem niesamowicie brutalnym i bezwzględnym. Zabija i okalecza ludzi bez żadnych skrupułów (wyłupione oko w więzieniu, strzały w plecy, zatłuczenie pałką itp.). Oczywiście rozprawia się w ten sposób z bardzo złymi facetami, ale…

W historii tej pojawia się też kobieta, funkcjonariuszka Roscoe, którą łączy z Reacherem gorący, choć bardzo krótki, romans. I tu zaczyna się ujawniać pewien schemat w sercowym życiu byłego żandarma, pojawiający się też w innych książkach Lee Childa – pan i pani mają się ku sobie, ale ona chce zostać na miejscu i robić karierę, na co są pewne szanse, a on pragnie bez celu wałęsać się po całych Stanach, a tak odmiennych potrzeb pogodzić się nie da.

Niezłe czytadło, choć odrobinę naiwne zakończenie.