środa, 26 lipca 2023

Wyjaśnienie tajemnicy #4MK

 „Szóste dziecko” – J. D. Barker

Ciąg dalszy „Piątej ofiary”, która była kontynuacją „Czwartej małpy”. „Piąta ofiara” kończy się… a właściwie nie kończy się nijak, bo akcja urywa się w najciekawszym momencie i padają słowa „ciąg dalszy nastąpi”. Takie zabiegi uważam za bardzo nieeleganckie, bo to wymuszanie na czytelniku kolejnego zakupu. Wszystkie te trzy tomy, to jedna powieść, sztucznie podzielona na trzy części, żeby można sprzedać trzy książki, a nie tylko jedną. W sumie to jedyny mój poważny zarzut, bo poza tym fabuła trylogii jest znakomita i czytelnik naprawdę chce wiedzieć, jak się potoczą losy bohaterów i jak się to wszystko skończy. Warunek jest tylko jeden – trzeba mieć wszystkie trzy, czytać je we właściwej kolejności i z niewielkimi, a jeszcze lepiej żadnymi, przerwami między kolejnymi tomami.

W poprzednim tomie dowódca grupy śledczych, zajmującej się sprawą #4MK, detektyw Sam Porter, zostaje odsunięty od sprawy, a nawet zawieszony. Pojawia się bowiem coraz więcej poszlak – jedne prawdziwe inne pewnie spreparowane – wskazujących na jego powiązania z Ansonem Bishopem, to jest Zabójcą Czwartej Małpy.
Porter, rzecz jasna, nie daje za wygraną i prowadzi sprawę bez wiedzy i zgody swoich przełożonych, jakby poza systemem. A kiedy agenci FBI znajdują zdjęcia, na których widać Portera i Bishopa razem, przypomniana zostaje sprawa wypadku, w którym Sam Porter doznał częściowej amnezji, stracił spore fragmenty odległych wspomnień. Dzięki kolejnym pamiętnikom, a jest ich w tym tomie wyjątkowo wiele, czytelnik zaczyna się domyślać, że Zabójca Czwartej Małpy i Sam Porter, spędzili razem dłuższy czas w czymś w rodzaju domu poprawczego. Koszmarnego domu poprawczego dla krnąbrnych dzieci.

W ostatnim tomie trylogii „Sam Porter” albo trylogii #4MK (widziałem już, że w taki właśnie sposób zaczęto oferować ją czytelnikom) komplikuje się dokładnie wszystko i to momentami tak bardzo, że musiałem wracać do wcześniejszych rozdziałów. Kończenie rozdziału, przerywanie w najważniejszym momencie, to w trylogii Barkera raczej reguła niż wyjątek. Pojawiają się też nowe wątki, zupełnie nowe: znęcanie się dzieci, i nad dziećmi, w poprawczaku, korupcja na wysokich stanowiskach, perfidne i przebiegłe zarażenie policjantów, Claire Norton i Edwina Klozowskieego, wirusem SARS, a w efekcie zagrożenie epidemiologiczne dla całego Chicago, a nawet Ameryki.


Zakończenie odrobinę mnie rozczarowało, ale to pewnie kwestia moich nadmiernych oczekiwań. W każdym razie było jakby mało przekonujące. Jak gdyby autorowi skończyły się pomysły na dalsze komplikacje. Ostatecznie „Sam Porter” albo, jak kto woli, #4MK, to bardzo dobra powieść sensacyjna w trzech tomach.

wtorek, 18 lipca 2023

Seryjni mordercy się mnożą

 „Piąta ofiara” – J. D. Barker

„Piąta ofiara” to powrót do „Czwartej małpy”. To nie jest tom innych przygód – o ile tak można nazwać pracę Sama Portera, głównego bohatera, czyli 52-letniego policjanta z chicagowskiego wydziału zabójstw – to kontynuacja poprzedniej książki, ciąg dalszy tej samej fabuły, choć także i innych wątków. „Piąta ofiara” mogłaby być kolejnym rozdziałem „Czwartej małpy” i, jestem pewien, że nikt z czytelników by się niczego niewłaściwego w takim zabiegu nie doszukał. To tak, jakby autor napisał powieść, a następnie została ona podzielona na kilka części, osobno wydane i sprzedawane jako samodzielne całości. Wprawdzie autor starał się w wielkim skrócie i uproszczeniu opowiedzieć czytelnikowi, o co chodziło w „Czwartej małpie”, ale nie jestem pewien, czy pomaga to w stopniu wystarczającym i czy w takim razie jest sens zaczynać lekturę trylogii J. D. Barkera od… od środka. Bo jest jeszcze „Szóste dziecko”.

Bishop, seryjny zabójca, zwany #4MK albo Zabójcą Czwartej Małpy, uciekł, bo Porterowi nie udało się go zatrzymać (ratował dziewczynę, ale… nie wszyscy tak to oceniają – tym bardziej, że Zabójca Czwartej Małpy wyświadczył wkrótce detektywowi specyficzną, bardzo osobistą przysługę). Następnie nie było o nim, o zabójcy, słychać przez kilka miesięcy.

Stosunkowo ostra zima w Chicago. W parkowym jeziorku, pod lodem, przypadkowo zostają znalezione zwłoki nastolatki, Elli Reynolds, zaginionej i intensywnie poszukiwanej od trzech tygodni. Anatomopatolog stwierdza, że przyczyną śmierci było utopienie, ale… w słonej wodzie. Chicago od oceanu dzieli ponad tysiąc kilometrów, więc jak to możliwe? Zwłoki były ubrane w ciuchy, należące do zupełnie innej dziewczyny, Lili Davies, która zniknęła niecałe dwie doby wcześniej. Media spekulują, że Zabójca Czwartej Małpy wrócił, ale są co do tej koncepcji realne wątpliwości, bo #4MK obcinał swoim ofiarom uszy, wyłupiał oczy i ucinał języki. Zwłokom Elli Reynolds niczego… hm… nie brakowało. W tym przypadku kompletnie niezrozumiana wydawała się być cała ta inscenizacja: przebranie, słona woda, sztuczki z zamarzającym przeręblem, do którego godzinami trzeba było dolewać wodę itd.

W „Czwartej małpie” i w „Piątej ofierze” autor ułatwia nieco sprawę czytelnikowi, bo co pewien czas zamieszcza swego rodzaju podsumowania. Wykonuje je zwykle szef grupy, Porter, a zawierają, w punktach, to, co wie już policja, a więc fakty, ale też listę zadań do wykonania wraz z informacją, kto za nie odpowiada, kto ma tę pracę wykonać. Przy jednym z takich wykazów zastanowiła mnie znaczna liczba zadań, jakie Porter zlecił Klozowskiemu (zwanemu Klozem), jedynemu w gronie śledczych policjantowi, który ma pojęcie o komputerach i Internecie, i jakoś sobie z nimi radzi. Na przykład tylko on może próbować powiększyć zdjęcie cyfrowe, z czym radzą sobie obecnie średnio rozgarnięte siedmiolatki. Wniosek: czasy się zmieniają, bez znajomości technologii informatycznych niedługo nawet policjantem nie będzie się dało zostać, a przynajmniej nie skutecznym detektywem.

W „Czwartej Małpie” bardzo ważną rolę odgrywał „Pamiętnik” zabójcy. W „Piątej ofierze” jest to relacja „Mężczyzny w czarnej wełnianej czapce”. W obu przypadkach było to i jest  spojrzenie na całą sprawę od strony psychopaty, seryjnego mordercy.

Bardzo dobra powieść sensacyjna i świetna rozrywka – pod warunkiem, że stosunkowo niedawno czytało się tom pierwszy.

środa, 12 lipca 2023

Zemsta seryjnego mordercy

 „Czwarta Małpa” – J. D. Barker

Calli Tremell – dwadzieścia lat, zabita w Chicago 15 marca 2009 roku. Pierwsza znana zespołowi dochodzeniowemu ofiara seryjnego mordercy zwanego Zabójcą Czwartej Małpy. Później, przez lata, ofiar przybywało.

Schemat działania #4MK (jedna z nazw nadanych zabójcy przez media) okazał się stały, powtarzalny, łatwy do rozszyfrowania, ale nic z tego nie wynikało. Zabójca Czwartej Małpy porywał kogoś bliskiego człowieka, który zrobił w życiu coś wyjątkowo złego. Ofierze obcinał ucho, wyłupiał oczy, obcinał język i wszystko to wysyłał, w kolejnych przesyłkach pocztowych, osobie, która według niego miała w ten sposób zostać ukarana. Białe pudełeczka przewiązane czarnymi sznurkami; adresy wypisane ręcznie; odcisków palców brak. Ostatecznie oczywiście ofiarę zabijał.

Pierwsze ciało, Calli Tremell, przypadkowy biegacz znalazł w Almond Park. Siedziała, a raczej jej zwłoki, na ławce z przyklejoną do ręki karteczką „Nie czynię nic złego”. Przy drugiej ofierze, Elli Borton, było podobnie. I przy trzeciej…

W japońskiej kulturze zestaw figuralny z małpami pojawia się w wersji z trzema lub z czterema zwierzętami. Małpy zakrywają oczy, usta i uszy: “nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego”. Przesłanie bywa interpretowane bardzo różnie. Może oznaczać ciche przyzwolenie na zło, ale bywa też sugestią, żeby nie szukać i nie wytykać błędnych czynów i słów innych ludzi, a jeśli chcesz wyplenić zło, to zacznij od siebie. Czasem w skład zestawu wchodzi jeszcze czwarta małpa, Shizaru: „nie czynię zła”.

Pod autobus wpada, a właściwie rzuca się mężczyzna w fedorze (taki rodzaj kapelusza z szerokim rondem, zasłaniającym twarz), w bardzo drogich butach o dwa numery za dużych i w tanim ubraniu niezbyt dobrej jakości. Policja znajduje przy nim kwit z pralni, kilka drobnych monet, pamiętnik i białe pudełeczko przewiązane czarnym sznurkiem, a w nim ucho młodej dziewczyny. Śledczym wydaje się, i w tych warunkach to oczywiste, że to Zabójca Czwartej Małpy. Kiedy anatomopatolog orzekł, że ofiara umierała na raka, prowadzącym sprawę policjantom, wszystko pasowało, teraz chcieli już tylko odnaleźć uwięzioną gdzieś dziewczynę.

Zerknąłem na liczbę stron przeczytanych (to, co opisałem to tylko początek, wstęp do fabuły, wydarzenia z kilku godzin) i tych jeszcze do przeczytania, i już wiedziałem, że coś tu nie gra, że policjantom tylko wydaje się, że sprawa jest rozwiązana.

Narratorami w powieści są różne osoby. Policjanci, ofiara oraz sam morderca – poprzez zapiski w swoim pamiętniku; zapiski zaczynające się chronologicznie w czasach jego dzieciństwa. Połowa książki, albo prawie, to właśnie one. I to odróżnia „Czwartą Małpę” od innych powieści sensacyjnych, w których zastosowano ten sam chwyt – wyznania sprawcy. Styl pamiętnika wskazuje na to, że całość pisana była przez osobę dorosłą, a nie dziecko, a więc jest to kolejny element gry, jaką psychopatyczny zabójca toczy ze społeczeństwem w ogóle, a organami ścigania w szczególności. Pamiętnik #4MK został specjalnie przygotowany dla policji – tego byłem pewien od początku.

Co uważam za typowe i powtarzalne? Sam Porter, główny bohater w drużynie tych dobrych, czyli 52-letni policjant z wydziału zabójstw, zmaga się z własnymi demonami: niedawno, podczas napadu na sklep, straciła życie jego żona. Porter jest rozwalony psychicznie i właściwie zawieszony, do czasu wydania opinii psychologa o przydatności do dalszej pracy. Ale to „jego” sprawa; szukał #4MK od wielu lat, więc przełożeni zgodzili się na jego udział w śledztwie, choć z pewnymi ograniczeniami. A co do policjantów, to… relacje między nimi mogły zostać lepiej dopracowane.

Ogólnie: bardzo dobra powieść sensacyjna ze zwrotami akcji i zaskoczeniami nieomalże do samego końca. Lektura lekka, mimo dramatyzmu zdarzeń, bez dłużyzn. Zła wiadomość jest taka, że ostatecznego rozwiązania nie znajdziemy w tym tomie.

niedziela, 2 lipca 2023

Problemy, wiecznie problemy!

 „Zostaw broń, weź cannoli. Kulisy powstania filmu "Ojciec Chrzestny" – Mark Seal

Kinomani mało wyrobieni chodzą na filmowe gatunki (np. western, kryminał), kinomani ze średniej półki chodzą na aktorów (taki zna wszystkie filmy z Danielem Day‑Lewisem), natomiast kinomani wyrafinowani chodzą na reżyserów (np. Nikitę Michałkowa). Czy ktokolwiek chodzi na producentów? Na kierowników produkcji? Na bankierów, którzy finansowali ten lub tamten film? No… bez jaj.

„Zostaw broń, weź cannoli” Marka Seala kojarzy mi się z dwiema książkami, które czytałem całkiem niedawno. W „Nasze małe okrucieństwa” Liz Nugent jednym z bohaterów jest najlepszy w Irlandii, a więc i bardzo bogaty, producent filmowy. W jakimś momencie stwierdza on, że zawsze chciał być producentem, bo to oznacza władzę i pieniądze, a reżyser, to tylko chłopiec na posyłki. Zastanowiło mnie to. Z kolei z „Logiki” Grahama Priesta dowiedziałem się i nawet zrozumiałem, że popełniłem logiczny błąd, bo założyłem, że skoro film „Ojciec chrzestny” i książka „Ojciec chrzestny”, są znakomite, nieprawdopodobnie fantastyczne, to i książka o nich będzie równie pasjonująca. Tak nie jest. Najprawdopodobniej jest rzetelna. Może nawet za bardzo, ale pasjonująca? Co najwyżej tylko momentami.

Wiesz, wiedziałeś przed lekturą tej książki, kogo nazywano Szalonym Austriakiem z Wall Street? Wiedziałeś, że przed „Dzieckiem Rosemary” wytwórnia Paramount Pictures była o krok od plajty, a uratował ją Charles Bluhdorn? O tym, że Francis Ford Coppola reżyserował „Ojca chrzestnego”, wie wielu. O tym, że był to wtedy mało znany reżyser – jeśli się nawet nie wie, to można się domyślić, bo przecież każdy kiedyś zaczyna. A na temat Iry Zuckermana, który był asystentem Francisa Forda Coppoli i spisał niezwykłą relację z codziennej pracy nad filmem, ktoś coś słyszał? Wiecie kim był Robert Evans (nazwiska przynajmniej kilku jego żon wymienicie?), i że miał angielskiego kamerdynera, Alana Selkę? To może znasz Sidneya Korshaka, mafijnego prawnika, który niegdyś reprezentował współpracowników Ala Capone w Chicago, a następnie stał się jedną z głównych postaci w Hollywood i wkrótce miał objąć funkcję consigliere Roberta Evansa, wicedyrektora wytwórni Paramount odpowiedzialnego za produkcję?
Coś takiego właśnie nazywam przesadną rzetelnością. Czytelnik ma pewność, że dowiaduje się prawdy, ale ta prawda momentami bywa po prostu nużąca. Może te setki nazwisk coś mówią Amerykanom, ale ja o nich nie słyszałem, a złożone relacje między nimi często wydawały się niezrozumiałe.

Książka równie dobrze mogłaby nosić tytuł „Problemy, stale jakieś problemy i nic tylko problemy”. Dziewięćdziesiąt osiem procent tej opowieści, to rozbudowane opisy pokonywania takich lub innych problemów. Kiedy przeczytałem, że rolę Sala Tessio obsadzono stosunkowo szybki i sprawnie, wróciłem do początku akapitu przekonany, że coś przeoczyłem, bo jak to tak, bez problemów, wątpliwości, użerania się, pokonywania rozlicznych przeszkód, przełamywania oporów?

Tyle miałbym zarzutów, bo cała reszta „Zostaw broń, weź cannoli” wydawała mi się, jako miłośnikowi „Ojca chrzestnego”, jak najbardziej wciągająca. Weźmy taką sytuację – trwają poszukiwania odtwórcy roli Michaela Corleone. Ala Pacino chce reżyser i… tylko on. Nie chce tej roli sam Pacino, nie mówiąc już o producentach i całej reszcie ludzi, których zdanie w takim temacie się liczy. Nie i koniec. Padają propozycje innych aktorów, na przykład Roberta Redforda. Taka sytuacja jest okazją i inspiracją do rozważań czytelnika, do uruchomienia wyobraźni. Jak wyglądałby film, gdyby główną rolę zagrał inny aktor? I dotyczy to wielu różnych filmów. Czym byłby „Lot nad kukułczym gniazdem” bez Jacka Nicholsona? Na przykład z Kirkiem Douglasem? Albo Stevem McQueenem?
Czy zawsze rola jest idealnie trafiona? Leonardo DiCaprio to świetny aktor. Znakomicie zagrał w „Titanicu” i w „Django”, ale „Gangi Nowego Jorku” wymagały – moim zdaniem – kogoś zupełnie innego.

Słyszałem już, że Mario Puzo uznał, że gdyby wiedział, że „Ojciec chrzestny” odniesie taki sukces, to napisałby tę powieść lepiej, bo – potwierdza to Mark Seal – pisał szybko, nieco na odczepnego, byle tylko dostawać kolejne raty niezbyt wysokiego honorarium, a dla nałogowego hazardzisty pieniądze były wtedy najważniejsze. Własne ambicje Puzo miał znacznie wyższe niż kolejny kryminał ze scenami seksu. Zirytował mnie tym potężnie. Całe szczęście, że napisał tak, jak napisał. Czytałem wszystkie (albo prawie) jego powieści. I te sprzed „Ojca chrzestnego” i te po. Żadna z tych, które napisał po swojemu, ambitnie, jak chciał i sobie wymarzył, nawet nie umywa się do jego jedynego arcydzieła.

Reasumując – książka przedobrzona (co mi po sześciu żonach jakiegoś Evansa???), przeładowana faktami, jakby autor nie odróżniał tych ważnych od zupełnie nieistotnych. Może być ciekawa, momentami, ale tylko dla takich jak ja, wielbicieli „Ojca chrzestnego”.