środa, 24 kwietnia 2024

Jakoś trzeba sobie radzić!

Kiedy byłem małym chłopcem zakompleksieni chłoporobotnicy (oraz inne osoby o podobnym poziomie intelektualnym) uważali, że nie wypada w towarzystwie, to jest poza wiejską karczmą i własnym gumnem, wypowiadać się byle jak, prosto i zwyczajnie, więc kopiowali wzorce z gazet i telewizji. Efektem tego było „spożyłem ½ litra alkoholu” (zamiast „wypiłem pół litra”), „udałem się” (zamiast „poszedłem”), „wyraziłem życzenie, by sąsiad…” (zamiast „kazałem ciulowi, żeby…”) itp. Te czasy już dawno minęły, ale nie minęła potrzeba podwyższania wartości swoich wypowiedzi, bo może moja normalna mowa zdemaskuje mnie jako matołka.

Czy wzorcami nadal są gazety i telewizja? I tak, i nie. Bo nie czasopisma i telewizja jako takie, ale reklamy w owych mediach wszechobecne. W innych mediach też.
Podstawowym zadaniem reklamy jest najpierw przyciąganie uwagi, a następnie zachęcanie, namówienie, przekonanie. Mnie zaczęło interesować to pierwsze, czyli konkretnie techniki, sposoby i metody przyciągania uwagi. Na przykład, bardzo dawno temu, podczas jakiejś kampanii prezydenckiej, pojawiły się bannery z hasłem „Pedros na prezydenta”. Dopiero po kilku dniach doklejano dalszy ciąg informacji, z którego wynikało, że Pedros to tylko marka kawy. W radiu natomiast zdarzały się sztuczki z wymową, na przykład „orbit gunterfresz”. I znowu dopiero po kilku dniach, wymowa „Winterfresh” była zmieniana na właściwą, ale błędna wersja przyciągnęła już uwagę tysięcy ludzi. Tych reklam nie było za bardzo jak kopiować i używać w codziennym języku. Ale były i takie, które się przyjęły nieomalże powszechnie. Ćwikła z chrzanem. Oliwa z oliwek. Warto.

Jeśli ktoś słyszy/widzi coś takiego po kilkadziesiąt razy dziennie, to w końcu zaczyna bezrefleksyjnie powtarzać. Jego dzieci uczą się od niego, dzieci ich dzieci… w końcu prawie powszechnie w codziennym języku używamy prymitywnych chwytów reklamowych, zamiast normalnego języka.

1. Co to jest „ćwikła”? Ano, jest to sałatka warzywna z ugotowanych utartych buraków z chrzanem oraz innymi dodatkami. Czym w takim razie jest „ćwikła z chrzanem”? Czyżby sałatką z chrzanem z chrzanem? Sałatka z podwójną dawką chrzanu, czy jak? Taki napis („ćwikła z chrzanem”) mógłby też świadczyć, że na półki sklepowe trafia jakaś wybrakowana, albo wręcz przeciwnie: dietetyczna, supernowoczesna – ćwikła bez chrzanu!

2. Na butelkach napisano „olive oil” = olej oliwkowy. Tak jak rzepakowy, słonecznikowy, sezamowy, czy jakikolwiek. Najpierw najprawdopodobniej był błąd i Polacy uznali, że „olive” (oliwkowy, z oliwek) to samoistna nazwa. Błyskawicznie skorzystał z tego przemysł reklamowy i bębni we wszystkich mediach o „oliwie z oliwek”. Jeśli nawet jakoś pogodzić się z tą „oliwą”, bo jest to obecnie nazwa własna oleju oliwkowego; oliwa to jest olej z oliwek, olej oliwkowy. W przemyśle spożywczym nie istnieje żadna inna, więc dodawanie do oliwy określenia „z oliwek” ma tyleż sensu, co „jabłko z jabłoni”. Czy ktokolwiek mówi/pisze o tym, że zjadł jabłko z jabłoni, kupił jabłka z jabłoni, kompot ugotował z jabłek z jabłoni? Bełkot i tyle. Tak samo jak ta „oliwa z oliwek”. Ale faktem jest, że produkt reklamowany jako „oliwa z oliwek” sprzedaje się znacznie lepiej niż ten, sygnowany po prostu jako „oliwa”.

3. Ziutek chce mieć dyplom. Dobrze by było, gdyby zorientował się, po co mu ten papier. Może szef się upiera, żeby na tym stanowisku pracował ktoś z licencjatem? Wszystko jedno jakim, ale żeby jakiś był. A może Ziutek ma ambicje, chce zdobyć realną wiedzę i umiejętności, ale także dyplom, który będzie szanowany przez liczących się pracodawców na poziomie. W przypadku pierwszym najlepiej sprawdzi się jakaś nowa uczelnia w Bździnie Wielkiej, w której wystarczy regularnie płacić, żeby nie wywalili. W drugim przypadku warto, żeby Ziutek zainteresował się studiami dziennymi na Uniwersytecie Jagiellońskim.     Tak może wyglądać właściwe i sensowne użycie słowa „warto”.

Brak wyjaśnienia, w mowie lub piśmie, dlaczego warto to, a nie coś innego, świadczy o nadmiarze reklam w życiu. To w nich spopularyzowano owo „warto” do absurdu, ale – jak wyraźnie widać – spodobało się. Zwłaszcza w wersji „jesteś tego warta”. Oczywiście w reklamach nie docieka się nigdy, dlaczego to ja jestem warta, a Ziuta jednak nie. Takie ogólniki pomagają każdej/każdemu brać to do siebie, osobiście. „Warto kupić serek X” – a, przepraszam, dlaczego warto ten, a nie inne? Ale przecież ludzie żyjący bezrefleksyjnie nie zadają takich pytań.

Czytam książki od wielu lat. Pamiętam tysiące takich, w których warta, jeśli w ogóle się pojawiła, dotyczyła co najwyżej służby wartowniczej, straży. Obecnie, w książkach królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji, „warto dodać”, „warto zauważyć” i podobne, pojawiają się przeciętnie co pięć-dziesięć kartek. I to bez żadnej potrzeby, ot tak, żeby znaków było więcej. A może co młodszym królowym wydaje się, że skoro w reklamach pojawia się nagminnie, to jest to coś dobrego, właściwego? I na pewno lepiej dodać niż nie dodać?
Może już za dwie dekady nauczyciele w podstawówkach będą obniżali oceny za brak w wypracowaniu słowa „warto”?

Przy tej okazji przypomniałem sobie: „Myślenie ma kolosalną przyszłość”, ale niestety, to był  tytuł programu kabaretowego STS (data premiery 20 listopada 1955, Warszawa), więc lepiej nie traktować tego przesłania poważnie. Zwłaszcza w kraju, w którym inteligencję zlikwidowali Rosjanie i Niemcy. Skutecznie.

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Zmieniają się tylko dekoracje

 „Wszystkie nasze ciemne sprawy” – Jerzy Urban

Jerzy Urban – jeden z najlepszych felietonistów polskich XX wieku. Do oceny książki postawy moralno-politycznej autora i jego kariery mieszać nie zamierzam. Pamiętam, że matka, czytająca namiętnie „Kulisy”, była jego tekstami (pisanymi bodajże pod pseudonimem Kibic) zazwyczaj zachwycona. Podobał jej się głównie zmysł obserwacji autora, kapitalne słownictwo i jego poczucie humoru. Potwierdzam. Takie właśnie są albo raczej były te teksty.

„Wszystkie nasze ciemne sprawy” to zbiór kilkudziesięciu felietonów pisanych zapewne w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku i tychże czasów dotyczące. Jeśli nie wszystkie, to na pewno większość składa się z trzech elementów: wątku kryminalnego, często absurdalnego, opisu ówczesnego życia w PRL, to jest ludzi, spraw, zdarzeń, okoliczności, warunków oraz ironiczno-cynicznej puenty. Dodam, żeby nie było rozczarowań, że ten wątek kryminalny, to taki PRL-owski, siermiężny, przenno-buraczany, nie ma się czym ekscytować; manko w osiedlowym sklepie, defraudacja w urzędzie, podszywanie się pod kogoś z wyższym wykształceniem, udawanie męża Wrzesińskiej i takie tam.

Kiedy czytałem historię Amerykanina, prostego pracownika stacji benzynowej, który uwierzył, że za 120 dolarów zostanie dziedzicem polskiego tronu, przypomniały mi się współczesne afery, na przykład z saudyjskim księciem lub arabskim szejkiem, i uderzyło podobieństwo wtedy i dzisiaj. A konkretnie, jak niewiele się zmieniliśmy. W takich momentach robi się nieco mniej śmiesznie.

czwartek, 4 kwietnia 2024

Nie radzimy sobie bez wojen

 „Wojna. Krótka historia” – Jeremy Black

Jeremy Black (urodzony 30 października 1955) to brytyjski historyk, pisarz i były profesor historii na Uniwersytecie w Exeter; kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego (MBE). W zależności od źródła można się dowiedzieć, że napisał 70 albo 180 książek.
W przypadku powieści historycznych oraz książek popularno-naukowych nauczyłem się sprawdzać, kim jest autor i czy rzeczywiście ma w danym temacie coś sensownego do powiedzenia. Zbyt wiele razy niby to historyczne powieści polskich autorek okazywały się raczej fantastyką. Tak to już jest, że mądrzy ludzie mają przekonania zbudowane na wiedzy i doświadczeniu, ale wielu autorów polskich ma przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia.

„Wojna. Krótka historia” – czterdzieści niezbyt długich rozdziałów. Od prahistorii do dnia dzisiejszego, a nawet nieco o przewidywalnej przyszłości. Jednak zacząć musiał autor od uzgodnienia z czytelnikiem, czym jest wojna, bo nie każdy konflikt między ludźmi, w którym pojawiły się ofiary śmiertelne albo poważne zranienia, jest wojną.

Black opisuje nawet taką historię. Znaleziono czaszkę neandertalczyka czy innego człowieka pierwotnego z czaszką rozwaloną krzemiennym młotem lub toporem, leżącym w pobliżu zwłok. Czy był ofiarą działań wojennych? A może to sąsiad rozwalił mu łeb, bo chciał zagarnąć jego stado kobiet? Albo człowiek ten stał się ofiarą partyzanckich starć między wojownikami sąsiadujących plemion? A co z opcją rytualnej ofiary jakiegoś kultu? Możliwości jest wiele, bo to oczywiście nie wszystkie, więc trzeba bardzo ostrożnie z diagnozowaniem wojen. To akurat są sprawy banalne, ale ta najbardziej porażająca to fakt, że ludzie od zawsze do jutra, posiadali i posiadają taką cechę, jaką jest… wojowniczość., którą trzeba odróżniać od osobistej agresywności. I co z tego, że nie wszyscy tak mają? Wystarczy siedemdziesiąt procent męskiej populacji, by zawsze, gdzieś tam, w jakimś zakątku świata, trwała jakaś wojna. Wojny są wynikiem wojowniczości, a nie winą Hitlera czy Putina.

Pierwsze pojazdy kołowe pojawiły się około roku 3500 p.n.e. w Azji Południowo-Zachodniej. Ich rozwój doprowadził do powstania rydwanów, w których zastosowano dające kontrolę nad końmi wodze połączone z wędzidłami. Później pełne koła zastąpiono szprychowymi, co zmniejszało masę tych pojazdów. Rydwany służyły za wyróżnik żołnierzy i pomoc przy organizowaniu przestrzeni na polu walki, w boju były zaś używane jako platforma dla łuczników oraz innych wojowników i stanowiły wyzwanie zarówno dla kawalerii, jak i piechoty [1].

I tak stulecie po stuleciu – wojny i inne konflikty, w Egipcie, Asyrii, Persji, w Chinach, w Grecji, w Indiach, w Rzymie; podboje Mongołów, starcia w Japonii, konflikty zbrojne w Afryce, Australii i Oceanii, wojny napoleońskie, wojny w obozie Zachodu (głównie I i II wojna światowa, ale nie tylko), konflikty w procesie dekolonizacji, i tak do dziś. Odrębne rozdziały dotyczą strategii, techniki i taktyki wojennej, zamków, twierdz i fortyfikacji, roli floty i bitew morskich (zwłaszcza w epoce żaglowców), wojen imperialnych, współczesnych konfliktów między mocarstwami.

Współczesne społeczeństwa szczególnie żywo reagują na przekaz wizualny i gotowe »lekcje«. Można w nich zawrzeć opowieści o heroicznych czynach, lecz także zademonstrować możliwości poszczególnych rodzajów uzbrojenia, przy czym nietrudno tutaj o materiał graficzny [2].

„Wojna. Krótka historia” to pozycja rzetelna, solidna, wydaje się wiarygodna, ale szkoda tylko, że nie została napisana w sposób bardziej ciekawy, intrygujący, poruszający, co zapewne dałoby się zrobić – w końcu jest to pozycja popularno-naukowa, a nie tylko naukowa.
Rzeczą zrozumiałą jest, że gdy w jednym tomie (ok. 300 stron) autor próbuje opisać wszystkie wojny i konflikty ludzkości, to dokładnie się tego zrobić nie będzie dało nijak. Natomiast wybory – to opiszę, a tamto pominę – zawsze są subiektywne i może nawet tendencyjne. Ewidentnie zabrakło mi na przykład odrębnego rozdziału na temat wojen religijnych, bo jeden, dotyczący krucjat, to zdecydowanie za mało. Tym niemniej polecam czytelnikom zainteresowanym powierzchowną historią wojen i konfliktów.





--
[1] Jeremy Black, „Wojna. Krótka historia”, przekład Ignacy Kurowski, wyd. RM, 2024, s. 21.
[2] Tamże, s. 294.







Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.


poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Od kefiru do odbudowy stolicy

 „Sigalin. Towarzysz odbudowy” – Andrzej Skalimowski

Jeśli danym jest urbaniście oglądać realizację planów, w których opracowaniu uczestniczy – poznaje smak tworzenia. Jeśli danym mu jest ponadto w tej realizacji brać bezpośredni udział – staje się to dla niego sensem życia. Poznałem smak tworzenia. Posiadłem sens życia, uważam, że to uśmiech losu.

Uczyłem się kiedyś historii architektury, więc nazwiska: Knothe, Jankowski, Sigalin, Stępiński, nie były mi całkiem obce. Wiedziałem, o kim napisał książkę Andrzej Skalimowski, historyk specjalizujący się w historii architektury, pracujący w Instytucie Historii Nauki PAN, ale interesowało mnie, jak to zrobił.

Opowieść o Sigalinie, najsłynniejszym architekcie Warszawy, zaczyna się od jego babki (a może nawet odrobinę wcześniej). Klaudia Sigalina zajmowała się produkcją i sprzedażą zdrowotnych kefirów. W książce znaleźć można zdjęcie eleganckiego stoiska z kefirami Sigalinów w Ogrodzie Saskim, a taka lokalizacja świadczyła o sporym powodzeniu rodzinnego biznesu. W każdym razie wystarczyło, by solidnie wykształcić sześcioro dzieci.

W młodości Józef Sigalin zainteresował się ruchem lewicowym, był nawet przez pewien czas członkiem Komunistycznej Partii Polski. Jego dwaj bracia zginęli w Rosji Radzieckiej, a matka i siostra w obozie w Treblince.
Podczas wojny przebywał w ZSRR; próbował wstąpić do armii Andersa, ale ze względu na żydowskie pochodzenie i romans z KPP, nie przyjęli go. W takim razie podjął służbę w Armii Czerwonej, a następnie w Dywizji Kościuszkowskiej. Był członkiem Związku Patriotów Polskich, pracował dla PKWN w Biurze Planowania i Odbudowy, które też organizował. Po zakończeniu wojny dokończył studia architektoniczne; obronił dyplom u prof. Jana Zachwatowicza.

Józef Sigalin projektował i/lub nadzorował budowę Trasy W-Z, MDM (Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej), Trasy Łazienkowskiej. Mostu Poniatowskiego, odbudowę Starówki, trasy Starzyńskiego, Wybrzeża Szczecińskiego i Helskiego oraz mnóstwa innych obiektów i rozwiązań architektoniczno-urbanistycznych, przez około czterdzieści lat. Przez pewien czas plotkowano, że był budowniczym Pałacu Kultury i Nauki, ale to akurat nie jest prawdą. Owszem, był pełnomocnikiem ds. budowy Pałacu Kultury i Nauki, ale tylko formalnie, bo w rzeczywistości budowę nadzorował inny architekt, Janczewski.

Główny architekt Warszawy mógł zrobić karierę polityczną. Miał układy, znajomości, znakomity dla takich celów życiorys, zdolności i predyspozycje, ale nie chciał. Pragnął być architektem, a nie aparatczykiem.

Książka zawiera wiele reprodukcji zdjęć, także z rodzinnego albumu Sigalinów, niepublikowane dotąd dokumenty oraz relacje osób trzecich. Jest to biografia bardzo rzetelna, jeśli Skalimowski nie wie czegoś na pewno, nie dysponuje dowodami, to raczej nie spekuluje. Czegoś mi tu jednak zabrakło – jest to biografia ideowca, członka partii (KPP, PPR, PZPR) i architekta, ale w niewielkim tylko stopniu zwykłego człowieka z jego marzeniami, planami, uczuciami, wątpliwościami. I nie, nie jest to lektura porywająca, a chyba mogła taka być.