niedziela, 25 kwietnia 2010

Wielcy w małych cytatach

„Ułamki filozofii” – Leszek Kołakowski

Kilkadziesiąt, najbardziej chyba znanych i najczęściej powtarzanych, cytatów z dzieł wielkich filozofów. Zwykle jedno, najwyżej kilka zdań. Przy każdym cytacie – komentarz. Autorami komentarzy są dwie osoby: Leszek Kołakowski, zmarły w ubiegłym roku w Oxfordzie polski filozof, eseista, publicysta, oraz jego córka Agnieszka Kołakowska. Komentarze – niestety, nie wiadomo, który jest autorstwa Leszka, a który Agnieszki – nie zawsze są tylko wyjaśnieniem, tłumaczeniem cytatu; bywa, że zawierają kolejne pytania i wątpliwości.

Niewątpliwie literatura lekka, łatwa i przyjemna, taka w sam raz na dobry początek i pierwsze spotkanie z filozofią, ale… momentami zastanawiałem się, czy jednak nie za lekka…


sobota, 24 kwietnia 2010

Filozofowanie o filozofii

Nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale, by gonić go…


Pielęgniarki puszczają się z lekarzami, lekarze to łapownicy, barmanki to prostytutki, policjanci to durnie, prawnicy to cwaniacy, politycy to skandaliści… Uogólnienia, schematy myślowe, generalizacje. Łatwiej, wygodniej się z nimi żyje. Zwłaszcza, jeśli mają wyraźnie zabarwienie negatywne, jak te powyżej. Pozytywne wymagałyby już pewnych działań, zaangażowania, może poniesienia jakiegoś trudu, a nawet ryzyka. Przy negatywnych, podstawowym działaniem jest odrzucenie. Odruchowe i automatyczne. I problem „z głowy”.
Co ciekawe, system przekonań, jakim się w życiu posługujemy, w niewielkim tylko stopniu jest wynikiem naszych własnych przeżyć i doświadczeń. W większości przypadków są to „prawdy” wdrukowane nam w psychikę (umysł) przez rodziców, opiekunów, wychowawców, nauczycieli, lektury, środowisko i inne. Dopóki za bardzo nie przeszkadzają nam w życiu, posługujemy się nimi nieomalże bezrefleksyjnie, radośnie i ochoczo, bo to jest po prostu wygodne. Jakakolwiek zmiana wymagałaby pewnej pracy, wysiłku, a komu się chce? Bez palącej potrzeby?

„Chłopski filozof”, „nie filozofuj!”, „filozofowanie!”, to wyrażenia, określenia i zwroty ewidentnie pejoratywne. Przynajmniej w języku polskim – innych nacji nie znam, więc na ich temat się nie wypowiadam. Czemu u nas filozofia nie jest jedną z wielu zwyczajnych dziedzin wiedzy, jak na przykład logika, albo socjologia? Niewątpliwie słychać w tym przypadku echa lęku przed czymś nowym, nieznanym, nierozumianym. Z lękiem trudno jest sobie poradzić, uporać. Zdecydowanie łatwiej jest go zamienić, przekształcić w gniew, złość, niechęć, szyderstwo.
Lęk, a w konsekwencji pogardę, dla niepojętej filozofii i ludzi wykształconych, którzy się nią zajmowali, niezwykle skutecznie wykorzystywała kilkadziesiąt lat temu władza zwana potocznie „komuną”. Ja tego już nie pamiętam, ale moja matka to i owszem, jak w państwie robotniczo-chłopskim „te – inteligent!” było dość obelżywym wyzwiskiem. Stara zasada „dziel i rządź” sprawdzała się w praktyce znakomicie.

Związane z filozofią przekonania i uczucia można byłoby przezwyciężyć, ale… to wymagałoby, choćby elementarnego, poznania tejże filozofii, a to był – i chyba jest nadal – dla wielu wyraźnie zbyt duży wysiłek. Łatwiej jest jednak odrzucić, wydrwić.

Mnie nie wpojono, charakterystycznej dla chłopów pańszczyźnianych (niestety nie tylko), instynktownej wrogości wobec wszystkiego, czego nie rozumiem. Tym niemniej całymi latami filozofią się nie interesowałem zupełnie. W tym miejscu miałem ochotę napisać, że latami filozofia nie była obecna w moim życiu, ale to nie byłoby prawdą. I sądzę, jestem przekonany, że nie jest to prawdą w przypadku każdego, przeciętnie rozgarniętego człowieka. Jeśli nie zajmuję się badaniami składu powietrza, nie czytam o nim i nie zaprząta ono moich myśli, to przecież nie znaczy, że nie istnieje, prawda? Jeżeli nie sięgałem po książki z dziedziny filozofii, to nie oznacza, że pewne pytania, wątpliwości, wnioski, przemyślenia, mnie nie dotyczyły, nie pojawiały się niejako same w myślach, podczas lektury, na spacerze, w kinie, w rozmowach… Trawestując znane powiedzenie mógłbym stwierdzić, że choć ja nie interesowałem się filozofią, to filozofia mną – jak najbardziej.

Czemu nie interesowałem się, a konkretnie, czemu nie czytałem żadnych książek filozoficznych? Nie chodziło o to, że nie miałem czasu; zresztą, takie stwierdzenie od dawna uważam jedynie za skrót myślowy, lub zwykły wykręt. W każdym razie wydaje mi się teraz, że z dwóch powodów: po pierwsze, na zapas wydawało mi się, że jestem na filozofię zwyczajnie i po prostu za głupi (czyżby jednak echa cudzych, a może powszechnych przekonań?), a po drugie dlatego, że nie wydawała mi się specjalnie do czegokolwiek potrzebna.

Powód pierwszy przestał stanowić przeszkodę nie do przebycia, gdy usłyszałem od kogoś, że książka, którą przeczytałem kilka tygodni wcześniej, to filozofia. Jestem pewien, że gdybym wiedział o tym przed jej wypożyczeniem, pewnie nawet bym po nią nie sięgnął. Od tamtego czasu nadal uważam, że wiele książek filozoficznych zdecydowanie przekracza moje możliwości, ale jednak nie wszystkie. W ten sposób filozofia nabrała bardziej ludzkiego wymiaru, w końcu powieści też nie wszystkie jestem w stanie czytać i przeczytać („W poszukiwaniu straconego czasu”!), ale nie wpędza mnie to przecież w jakieś koszmarne poczucie winy, a przede wszystkim, nie uniemożliwia czytania innych książek.

Zupełnie nie radzę sobie, między innymi, z Awicenną – swoją drogą nieco deprymujące jest to, że w wieku osiemnastu lat opanował prawie całą ówczesną wiedzę („Metafizykę” Arystotelesa znał na pamięć!) i uznał, że nie było to specjalnie trudne – ale Rousseau, Wolter, św. Augustyn, Frege, Hobbes, Zenon i wielu, wielu innych, są przecież jak najbardziej dla mnie, a jeśli nawet nie wszystkie ich dzieła, to przynajmniej niektóre, albo chociaż fragmenty. W każdym razie okazało się, że wystarczy wyłączyć wrodzony perfekcjonizm, który stale podpowiadał mi, że albo wszystko, albo nic, by droga do filozofii stanęła otworem.

Powód drugi – potrzeba – z tą było nieco gorzej. Bardzo szybko zorientowałem się, że czytając setki książek, ale także oglądając filmy, rozmawiając, czy słuchając rozmów mądrych ludzi, niewątpliwie przyjemność sprawia mi możliwość rozpoznawania i rozumienia zawartych w nich odniesień do innych dzieł, w tym przypadku filozoficznych. Po prostu satysfakcję sprawia mi świadomość, że…
- Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki – to Heraklit,
- Wiem, że nic nie wiem – Sokrates,
- Myślę, więc jestem – Kartezjusz,
- Umysł jest czystą kartą (tabula rasa) – Locke,
- Zło jest brakiem dobra – św. Augustyn,
- O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć – Wittgenstein,
… że mam pewne pojęcie o jaskini Platona, brzytwie Ockhama, słyszałem kilka paradoksów Zenona z Elei, i kilka podobnych haseł, ale to są szlagiery, filozoficzne hity, które znają wszyscy.

Pewnego razu zacząłem się zastanawiać, czy da się żyć… nie, czy ja mógłbym żyć, nie szukając, nie starając się znaleźć odpowiedzi na pytania o dobro i zło, o sens życia i świata, prawdę i nieprawdę, o miłość i wiarę, o Boga i człowieka, o naturę rzeczywistości, o ideały, o wartości i setki podobnych? Tak, mógłbym, to by się pewnie dało zrobić. Dokładnie tak samo, jak mógłbym przecież żyć bez Hucka Finna, Winnetou, Tolka Banana, Zorro, Tomka Wilmowskiego, Pana Samochodzika, Pulpecji, Sinuhe, Kmicica, Holmesa, Geralta, Hansa Kastorpa, Vita Corleone, Paula Atrydy, Hermiony, Wokulskiego, Stasia Tarkowskiego, panny Marple, Gandalfa, kapitana Alatriste… Tylko, że ja chromolę takie życie!

Jest jeszcze jeden powód, czysto praktyczny. Wraz z upływem czasu wzrok mi się jednak nie poprawia. Z czytania zrezygnować nie jestem w stanie. A to oznacza, że całkiem rozsądnym rozwiązaniem wydaje się skierowanie większej uwagi na lektury, które wymagają wyraźnie więcej przemyśleń, rozważań, zastanowienia, przy zdecydowanie mniejszej liczbie słów, które trzeba przy tym przeczytać.


środa, 21 kwietnia 2010

Tajemnica świętego graala

„Święty Graal Święta Krew” – Michael Baigent, Richard Leigh, Henry Lincoln


Początków Internetu można doszukiwać się już w 1969 roku (sieć ARPANET), ale tak naprawdę pierwsza strona internetowa powstała w 1990 roku, a dopiero w 1992 pierwsza graficzna przeglądarka o nazwie Mosaic. Do czego zmierzam? Książka „Święty Graal Święta Krew” ukazała się w 1982 roku, a więc w czasach, gdy żaden Internet jeszcze nie istniał. W praktyce oznacza to, że przeciętny czytelnik, niebędący naukowcem, badaczem, historykiem, językoznawcą, nie miał w zasadzie zupełnie żadnej możliwości zweryfikowania informacji w niej zawartych. I choć wielu ludzi tamte czasy jeszcze całkiem dobrze pamięta, to jednocześnie, w chwili obecnej, trudno jest sobie taką sytuację wyobrazić.

W tamtych dziwnych, przedinternetowych czasach można było usłyszeć na przykład: „Niemożliwe! – Jak to niemożliwe?! Przecież pisali o tym wczoraj w gazecie!”, bo nieomalże odruchowo i automatycznie zakładaliśmy wtedy pewną wiarygodność i miarodajność tekstu drukowanego. No, może za wyjątkiem „Trybuny Ludu”, ale to zupełnie inna historia.

„Święty Graal Święta Krew” ujawnia, w sposób wręcz szokujący, połączone w jedną całość rzekome tajemnice Zakonu Syjonu, templariuszy, dynastii Merowingów, świętego Graala, Jezusa, Marii Magdaleny i wielu innych. Trzydzieści lat temu książka ta mogła wielu czytelnikom wydawać się całkiem poważną i niewątpliwie odkrywczą pozycją popularnonaukową. Dziś wiadomo, że to historyczna hochsztaplerka. Sensacyjna – owszem, kontrowersyjna – jak najbardziej, ale niestety… nic więcej.

Kiedy już wiadomo było ponad wszelką wątpliwość, że w wiosce Rennes-le-Château, w południowej Francji, Bérenger Saunière nie odkrył tajemniczych dokumentów w wydrążonej kolumnie, bo też żadna wydrążona kolumna po prostu nie istniała, wielu czytelników chciało jeszcze wierzyć, że przynajmniej autorzy książki, choć dali się zwieść cwaniakowi, to jednak działali w dobrej wierze. W końcu nie mogli przewidzieć, że Pierre Plantard, na którego autorytet często się w swoim dziele powołują, w 1993 roku stanie przed sądem i pod przysięgą zezna, że cała historia jest zmyślona, a materiały na temat Zakonu Syjonu, które znajdowano w różnych bibliotekach, w tym w Bibliotece Narodowej w Paryżu, są mistyfikacją i podrzucał je on sam oraz jego wspólnicy. Jednak moim zdaniem tezy o dobrej woli autorów też obronić się nie da. Nawet bez sięgania do źródeł i żmudnych studiów czy badań, uważnego czytelnika powinny zainteresować i zaniepokoić zastosowane w książce manipulacyjne metody dowodzenia własnych racji i techniki przekonywania do nich naiwnego albo tylko nieuważnego czytelnika.

Jedna z najczęściej stosowanych polega na podsuwaniu czytelnikowi pewnej treści pod nos kilka razy. Za pierwszym razem jest to na przykład plotka, za drugim - rozważana ewentualność, za trzecim - poważna hipoteza, za czwartym - dowiedziony fakt. Wykorzystuje się tu sztuczkę polegającą na znajomości ludzkiego umysłu: to, co już znamy, z czym się kiedyś wcześniej zetknęliśmy (nawet nie zawsze pamiętając, w jakiej formie), mamy skłonność przyjmować z większym zaufaniem niż zupełną nowość. „Wiem, że dzwonią, ale nie wiem, w jakim kościele” czyni informację bardziej wiarygodną.

Technika ta zwykle wymaga, aby takie powtórzenia rozdzielone były większymi partiami tekstu (w telewizji są to najczęściej różne odcinki seryjnego programu). Czytelnik ma kojarzyć, że coś takiego już było, ale niezbyt dokładnie, bo nie chodzi przecież o to, żeby mu ułatwiać konfrontację i porównanie, wręcz przeciwnie. Tym niemniej arogancja Baigenta i kolegów jest tak wielka, że nie zawsze chce im się tej zasady trzymać i pewne elementy umieszczają w następujących po sobie zdaniach. A oto i konkretny przykład: „To zerwanie zostało ponoć upamiętnione ceremonią, nazywaną »ścięciem wiązu«. Ceremonia ta odbyła się w Gisors”. W zdaniu pierwszym mamy „ponoć”, ale w drugim już stwierdzenie faktu z podaniem konkretnej miejscowości.

Inne… „dowody” autorów „Świętego Graala” wyglądają na przykład tak: „Symbol ten może też mieć związek z całunem turyńskim, który w latach 1204-1307 był prawdopodobnie w posiadaniu zakonu”. W jednym zdaniu dwa przypuszczenia, bo to i „może też mieć” i „prawdopodobnie”. Zaabsorbowanemu sensacyjną fabułą czytelnikowi łatwo jest przeoczyć jedno z nich. Albo i oba.

Na szczęście istnieje szerokopasmowy Internet i miliardy stron World Wide Web. Dzięki nim można w kilkanaście minut znaleźć informacje i materiały demaskujące szalbierstwo. A osobom, które z Internetu nie korzystają, polecam książkę „Ludzie z cienia” Johna Reynoldsa. W dość przystępnej formie, bardziej popularnej niż naukowej, rozprawia się on z fantazjami na temat Zakonu Syjonu, odkrycia Bérengera Saunière’a i wieloma innymi, dotyczącymi światowych spisków i rozmaitych tajnych stowarzyszeń.



poniedziałek, 19 kwietnia 2010

022 Wewnętrzne szczęście

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 022.


„Trudno jest odnaleźć szczęście w sobie, ale tak naprawdę nie da się go znaleźć nigdzie indziej” – bardzo zgrabne powiedzenie, być może prawdziwe, nie wiem. Niewątpliwie sprawia dobre wrażenie. Niestety, nie zawiera żadnej wskazówki, instrukcji, jak tego szczęścia w sobie szukać; najlepiej jeszcze skutecznie. Tym niemniej, jeśli nawet tak właśnie sprawa się przedstawia i szczęście można znaleźć tylko w sobie, to natychmiast pojawia mi się wątpliwość, czy ja potrafię z takiej informacji skorzystać? Albo czy potrafiłbym czterdzieści lat temu? Tak czy inaczej, podobnej sugestii z dzieciństwa sobie nie przypominam. Podobnie, jak określenia „bilans emocjonalny” i związanej z nim porady, że na dłuższą metę powinien jednak być dodatni. Tym niemniej z tej prawdy, w sensie praktycznym, bardzo dobrze zdawałem sobie sprawę już w wieku lat siedmiu-ośmiu.

- Czemu jesteś taki smutny, czym ty się znowu martwisz? – matka kolejny raz pytała z dezaprobatą i jakby zniecierpliwieniem – stało się coś złego?
- Nie, nic – odpowiadałem, wtedy jeszcze szczerze i otwarcie – tylko… nie mam się z czego cieszyć.
- Jak to, nie masz z czego? – kompletny brak zrozumienia aż dudnił w jej głosie – jak to nie masz się z czego cieszyć? Przecież jesteś młody, zdrowy… czy to nie jest wystarczający powód?
- No… tak, jest – odpowiadałem z rezygnacją – ta wymiana zdań była bezcelowa, nie potrafiliśmy się zrozumieć.

To, że jestem młody i zdrowy powodem do radości nie było. Do pewnego stopnia dlatego, że było to coś oczywistego, naturalnego. Wtedy nie znałem przecież jeszcze innego stanu, jak bycie młodym i zdrowym. Jednak podstawowy problem polegał zdaje się na tym, że to było… wewnętrzne, a ja całe życie powodów do radości szukałem na zewnątrz, poza sobą. Szybko też nauczyłem się je wynajdywać. Nie, to nie musiały być jakieś wielkie rzeczy; wystarczało coś smacznego do jedzenia, ciekawy film w telewizji, dobra książka, w którą będę mógł się zagłębić wieczorem, po odrobieniu lekcji, przed snem.
Przy okazji łakoci, dobry obiad, owoc, zwykłe ciastko, zauważyłem też pewną prawidłowość – kiedy już je zjadłem, radość rozwiewała się jak dym, znikała bez śladu. Ciastka już nie było, a więc nie było też z czego się cieszyć.
Uczyłem się w ten sposób praktycznie starego powiedzenia, że „nie można jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko”, a także tego, że przyjemność jedzenia jest w sumie krótka i dość często dostarcza zdecydowanie mniej uciechy, niż samo oczekiwanie na nią.
Do tych celów, to jest poprawiania sobie bilansu emocjonalnego, lepsze były książki – dostarczały przyjemności zdecydowanie dłużej, niż trwa zjedzenie ciastka za dwa złote. Albo i kilku, ale na taką rozpustę nie było nas wtedy stać.
Czemu za dwa złote? To wspomnienie z drugiej połowy XX wieku. Wtedy wszystkie ciastka (na przykład pączki i inne tej wielkości) kosztowały w każdym sklepie, czy piekarni, dokładnie dwa złote. Dla porównania, zwykła bułka kosztowała pięćdziesiąt groszy, a chleb cztery, albo sześć złotych, zależnie od wielkości.

Kiedy po wielu latach braku jakichkolwiek kontaktów odwiedziłem ojca w jego miasteczku, podczas spaceru kupił w cukierni dziesięć pączków. Aż mi dech zaparło. To był widoczny objaw luksusu, a nawet hulaszczego trybu życia. Jeśli w moim domu kupowano ciastka za dwa złote to po jednym, no, ewentualnie po dwa dla każdego. Liczba ciastek musiała być zawsze dokładnie wyliczona, żeby wszyscy domownicy mieli po równo. A ojciec kupił dziesięć dla trzech osób! To się nie mieściło w głowie…

Jak już wspomniałem, książki starczały na dłużej. Zawsze skrzętnie dbałem o to, żeby mieć co czytać. Kiedy zbliżałem się do końca jakiejś książki, a nie miałem w zapasie żadnej nowej, czy pożyczonej z biblioteki, wybierałem z domowych zbiorów coś, co już czytałem, znałem. Zawsze musiałem mieć coś do czytania na zapas, na później. Jak narkoman kolejną dawkę, przygotowaną na następny raz.
W tamtych czasach książki były zdecydowanie tańsze niż obecnie, ale to nadal nie oznaczało, że mogliśmy kupować ich tyle, żeby zaspokoić nasze apetyty na lekturę. Nasze, bo mnóstwo czytała także matka, a później i brat.
Należałem wtedy zarówno do biblioteki szkolnej, jak i do miejskiej (oddział dla dzieci i młodzieży), a mimo to bywało, że przebiegałem nerwowo wzrokiem tytuły na domowych półkach, żeby zabezpieczyć sobie coś do czytania na później. Wtedy zresztą nauczyłem się, że wiele książek można czytać więcej niż jeden raz, że nie zawsze chodzi tylko o fabułę, o to, co będzie dalej. W przypadku wielu pozycji ważniejszy był klimat, nastrój, uczucia, jakie wzbudzała lektura.

Matka czytała zawsze na leżąco. Nigdy w życiu nie widziałem, żeby siedziała przy stole i czytała książkę. Przejąłem to po niej. Mnie też pewnie nikt nigdy nie widział czytającego w pozycji siedzącej. Jest dla mnie czymś oczywistym i zupełnie naturalnym, że do czytania należy się położyć.



piątek, 16 kwietnia 2010

Polski (także) proces karny

Płacą, wymagają i mają, czyli… polsko-europejski i amerykański proces karny


Polski proces karny, zwany też czasem zamiennie postępowaniem karnym (choć proces ma znaczenie jednak szersze niż postępowanie), to zespół norm prawnych (zasad, sposobów, metod) regulujących działalność zmierzającą do realizacji prawa karnego. Jego podstawowym celem jest najpierw ustalenie, czy w ogóle zaistniał czyn zabroniony i to mający postać przestępstwa, a następnie wykrycie jego sprawcy i pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej. W procesie tym prawa i obowiązki organów procesowych, a więc sądu, prokuratora, stron i innych uczestników postępowania, a także warunki i formy ich działania, są ściśle określone przez ustawy. Jednym z elementów procesu karnego jest rozprawa sądowa i o nią w tej chwili głównie mi chodzi.

Zadziwiający może wydawać się fakt, że zdecydowana większość Polaków zna i dużo lepiej rozumie, obowiązujące podczas karnej rozprawy sądowej, procedury amerykańskie od polskich i tym samym europejskich (nie licząc Wielkiej Brytanii, gdyż tam nadal prawo opiera się na precedensach). Wynika to oczywiście z obecności telewizji w naszym życiu, która w tysiącach filmów podtyka nam ten temat pod sam nos, w dziełach wybitnych („Dwunastu gniewnych ludzi”), średnich i zupełnie kiepskich.

Niezbędnym elementem filmowej wersji rozprawy sądowej w USA jest ława przysięgłych. Istnieje ona także w innych państwach, w których obowiązuje system prawa zwyczajowego (common law). Choć różnić się to może nieco w różnych stanach, ława przysięgłych najczęściej orzeka w procesach karnych o winie, natomiast sąd ewentualnie ustala wyrok.
W Polsce oraz większości krajów europejskich ławy przysięgłych nie ma. Jako czynnik społeczny biorą w rozprawie w Polsce udział ławnicy, jednak ich rola w wymiarze sprawiedliwości jest zupełnie inna niż ławy przysięgłych. Inna sprawa to to, że od 2007 roku i po poważnych zmianach w przepisach, jakie wtedy nastąpiły, rola ławników jest sukcesywnie ograniczana przez rezygnację z ich udziału w kolejnych rodzajach rozpraw, przede wszystkim karnych, rodzinnych, czy niektórych z zakresu prawa pracy. Z założenia (słusznego, albo i nie) prawem zajmować się mają prawnicy, profesjonaliści, a nie taki czy inny „czynnik społeczny”.

W amerykańskim kryminale adwokat i sędzia starają się przekonać do swoich racji ławę przysięgłych. Zwykle (zwykle!) wykorzystują do tego celu dowody procesowe. Ale, jak dobrze wiemy z filmów, nie tylko. Wystąpienia oskarżyciela i obrońcy, zwłaszcza tego ostatniego, mają często charakter nieomalże aktorskiego popisu i zawierają sporą dawkę psychomanipulacji. Ulubionym chwytem adwokata jest na przykład technika rzucania pod adresem ławy przysięgłych sugestywnych i sugerujących pytań retorycznych. Na europejskiej sali sądowej coś takiego mogłoby narazić obrońcę na podejrzenie ze strony sędziego, że stawił się przed sądem w stanie nietrzeźwym. U nas to nie jest miejsce na popisy oratorskie, przypuszczenia, aluzje, czy dramatyczne puenty. Rola adwokata w amerykańskim procesie jest, ze zrozumiałych względów, ogromna. Wygrywa często ta strona, która lepiej, skuteczniej potrafi manipulować uczuciami ławy przysięgłych.

W Europie na sali sądowej odbywa się prezentacja faktów i dowodów, co czasem na jedno wychodzi. Jest to zdecydowanie mniej ciekawe, niż amerykańskie filmy. Weryfikacja faktów odbywa się jeszcze przed rozprawą, na etapie zbierania dowodów. Prokurator nie skieruje do sądu sprawy, którą sędzia, adwokat, lub sam oskarżony będą mieli szansę i możliwość zakwestionować.
Stare powiedzenie mówi, że dżentelmeni nie dyskutują z faktami. Adwokaci zwykle też nie. Bo i po co?

Jak może wyglądać fakt? Jeśli oskarżonego widziały w Warszawie trzy osoby, niezależnie od siebie, nie spokrewnione z oskarżonym itd., jedna o 8:00 na Marszałkowskiej, druga o 9:00 na Wilczej i trzecia o 10:00 na Kruczej, to faktem jest, że oskarżony w tym dniu pomiędzy 8:00 a 10:00 był w stolicy. Co niby mógłby zrobić z takim faktem najlepszy i najdroższy adwokat?
Rola obrońcy w polskim i europejskim procesie karnym jest zdecydowanie niższa, niż w amerykańskim. Może dlatego dobrzy adwokaci nie rwą się do procesów karnych… Oczywiście w sprawach cywilnych (z powództwa cywilnego), albo korporacyjnych sprawa przedstawia się zupełnie inaczej.

W prawniczych thrillerach amerykańskich często podczas rozprawy obie strony co rusz wyciągają, jak magik z kapelusza, zaskakujące ławę przysięgłych i telewidzów fakty, jakieś dowody, czy świadków o znaczeniu kluczowym. Coś takiego robi zwykle ogromne wrażenie.
W naszym procesie prokurator musi udostępnić obronie absolutnie wszystko, z czym zamierza wystąpić na sali sądowej, w określonym przepisami czasie przed rozprawą. Jakakolwiek próba przemycenia na rozprawie czegoś, o czym wcześniej nie wiedzieli adwokat i jego klient, skutkuje natychmiastowym wnioskiem o odrzucenie dowodu, albo przynajmniej o odroczenie sprawy, do czasu, aż obrona zapozna się i będzie gotowa ustosunkować do nowej sytuacji.
Tu po prostu nie ma ławy przysięgłych, która mogłaby życzliwie ocenić magiczną sztuczkę prawnika.

Reasumując – o ile w USA rozprawa czasem może zmienić się w pasjonujące widowisko obserwowane przez media z zapartym tchem, u nas coś takiego raczej się nie zdarza. To po prostu żmudna urzędowa procedura, której elementy są z góry i od dawna określone przepisami; raczej solidne rzemiosło, niż wirtuozeria i szokujące popisy. Możliwości wprowadzenia jakiegoś rysu indywidualnego, ekstra sztuczki, mistrzowskiego posunięcia, ciętej riposty, czy czegoś podobnego, przez adwokata, lub prokuratora, że o sędzi nie wspomnę, są prawie żadne. W polskim procesie karnym przedstawienie może uskuteczniać właściwie tylko oskarżony, ale na doświadczonych prawnikach i tak nie zrobi to wrażenia.

Chyba jednak Amerykanie mają lepiej, tam każda większa sprawa może stać się pasjonującym show. U nas to tylko siermięga…



czwartek, 15 kwietnia 2010

Zombie, wampiry, wilkołaki

„Uśmiechnięty nieboszczyk” – Laurell K. Hamilton


Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Miasto St. Louis i okolice. Czasy mniej więcej współczesne. Alternatywna rzeczywistość, w której wilkołaki i wampiry mają swoje miejsce w społeczeństwie, określone prawa, zakazy, nakazy, reguły itd. W tym świecie Anita Blake zajmuje się ożywianiem zmarłych, czyli po prostu tworzeniem zombie. Uważa to zajęcie za fach tak zwyczajny, jak na przykład sprzedawanie polis ubezpieczeniowych. Albo prawie. Z przekonania angażuje się też w ruch społeczny, którego celem jest przyznanie zmarłym odpowiednich praw. W wyjątkowych przypadkach, gdy któryś z wampirów wyssie człowieka bez jego zgody, Anita Blake, tym razem jako egzekutorka, wykonuje na nim wyrok – unicestwia go przez kołkowanie.

Pewnego razu Anita Blake otrzymuje od lokalnego milionera propozycję ożywienia trzystuletniego trupa. Honorarium za tę pracę byłoby horrendalne, ale wykonanie jej wymagałoby złożenia ofiary ludzkiej, a to kłóci się z zasadami Anity Blake. Zlecenie ostatecznie przejmuje inny animator, ale sprawa wymyka mu się spod kontroli i w makabryczny sposób giną ludzie. Anita Blake musi zmierzyć się z najsilniejszą w USA kapłanką voodoo, pomóc policji wykryć sprawcę, zapobiec kolejnym mordom, uniknąć zemsty zawiedzionego milionera, odrzucić zaloty wampira…

„Uśmiechnięty nieboszczyk” to jedna z cyklu kilku książek o Anicie Blake. Da się je czytać nie po kolei, ale… tylko da się – zdecydowanie lepiej byłoby jednak zachować kolejność chronologiczną; odwołania do wydarzeń minionych są tu bowiem częste i istotne.

Udana mieszanka sensacji i horroru. Niezłe pióro; może nawet więcej niż niezłe. Ciekawy, nietuzinkowy pomysł na fabułę – świat, który ludzie dzielą z nieumarłymi. Tyle zalet. A wada? Przede wszystkim zbyt plastyczne, szczegółowe, odrażające wręcz opisy. Moim zdaniem granica dobrego smaku została w tym przypadku daleko przekroczona. Cała rodzina, w tym małe dziecko, została przez jakiegoś zombie rozszarpana i częściowo pożarta? No, trudno, ale pewne detale w opisie zwłok zdecydowanie mogła sobie autorka darować.

Laurell Hamilton okazuje się mieć całkiem niezłe poczucie humoru, ale połączenie go z drastycznymi opisami daje wrażenie absurdalnej, odrażającej groteski.

Znakomita lektura dla tych osób, które zawsze spotkać można na miejscu krwawych wypadków i katastrof - obserwujące miejsce zdarzenia łakomym wzrokiem z mieszaniną wstrętu i odrazy, ale jednocześnie jakiejś niezdrowej fascynacji.



środa, 14 kwietnia 2010

Stadion może nie starczyć

Stadion Narodowy imienia Lecha Kaczyńskiego?


Kiedyś pisałem o Polsce i Polakach: Emocjonalność zamiast pragmatyzmu i zdrowego rozsądku. Lata mijają, a tu nadal „czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”. Czy gdzie indziej nie było romantyzmu? Ależ był, jak najbardziej! Jako kierunek w sztuce. Jakoś nie przeszkadzał kupcom, rzemieślnikom, burżuazji i wreszcie przemysłowcom budować potęgę ekonomiczną państwa. A my, Polacy, z romantyczności uczyniliśmy cechę narodową, z której jesteśmy na dokładkę dumni, i posługujemy się nią radośnie w życiu politycznym, społecznym, gospodarczym. I teraz, po katastrofie samolotu prezydenckiego zastanawiam się, czy w tym względzie cokolwiek się u nas zmieniło?

Dla przypomnienia.
10 kwietnia 2010, przed dziewiątą rano, samolot prezydenta Polski (Tu-154M) rozbił się niedaleko Smoleńska podczas podchodzenia do lądowania. Prezydent Lech Kaczyński wraz z ekipą wybierał się na obchody siedemdziesiątej rocznicy zbrodni katyńskiej. Nie uratował się nikt.
Natychmiast pojawiły się pytania i najrozmaitsze wątpliwości. Na pewno samolot był rosyjskim „starym trupem”! Czyżby? Miał wylatane ok. 1/6 czasu przewidzianego dla tych maszyn. Prezydenci nie latają starymi gratami. Poza tym… „Tupolew” to ulubiony samolot przemytników. Ulubiony właśnie dlatego, że bardzo solidny i wytrzymały, można nim wylądować na kartoflisku, przy półmetrowym śniegu, a nawet z płonącym ładunkiem papierosów na pokładzie (autentyczne).

Samolot we mgle zahaczył o drzewo. W porządku, ale jeśli zahaczył o drzewo, to raczej nie mógł znajdować się wyżej, niż jakieś dwadzieścia metrów od ziemi (według symulacji, jaką widziałem gdzieś w Internecie było to zaledwie osiem metrów!). Podchodził do lądowania, a więc i szybkość miał już stosunkowo niewielką. Jak więc się to stało, że zginęli absolutnie wszyscy na pokładzie? I co ze świadkami, którym wydaje się, że najpierw była eksplozja (trafienie rakietą ziemia-powietrze?), a dopiero później samolot spadł? A może to spisek? Albo zemsta?
Takich i innych spekulacji jest mnóstwo i ciągle powstają nowe. Niektóre bardziej sensowne, a nawet uzasadnione, inne mniej, albo i wcale. Jednak nie o nie mi chodzi.

Kilkadziesiąt godzin po katastrofie pojawiła się inicjatywa by uczcić pamięć zmarłego prezydenta nadając jego imię stadionowi. Przyznam, że argumenty pomysłodawców i zwolenników tej koncepcji wprawiły mnie w osłupienie. Człowiek, którego wielu Polaków nazywało jeszcze kilka dni temu hochsztaplerem politycznym, oszołomem i ksenofobem stwarzającym realne zagrożenie dla pokoju w Europie i polskiej racji stanu, nagle okazał się świetnym politykiem i wybitnym mężem stanu. A to ci metamorfoza!
Wszyscy mamy chyba od dzieciństwa wdrukowane w psychikę zalecenie, że o zmarłych należy mówić tylko dobrze. Dzięki tej regule wieki historii niczego nie są nas w stanie nauczyć, bo tutaj każdy dureń staje się automatycznie narodową znakomitością, a jego dzieło okazuje się wybitne, wartościowe i niezwykle cenne – pod warunkiem, że umarł. Najlepiej tragicznie i z ręki wroga.
Ale i tym nie chcę się zajmować; pozostanę przy stwierdzeniu, że wybitnym politykiem to był moim zdaniem Dag Hammarskjöld, Woodrow Wilson, Szymon Perez, czy Willy Brandt, a Lech Kaczyński był politykiem niewątpliwie wyjątkowo… kontrowersyjnym. I niech tak zostanie. Na polityce się nie znam, ani nią interesuję, więc nie mnie go oceniać. Kwalifikacje polityczne i dyplomatyczne naszego zmarłego prezydenta osądzą z czasem inni politycy Europy i Świata oraz oczywiście historia.

Ja chcę skoncentrować się tylko i wyłącznie na wydarzeniach ostatnich.
W katastrofie samolotu zginęło prawie sto osób. Poza prezydentem i jego żoną, stracili życie politycy, dyplomaci, posłowie, senatorowie (Prezes NBP, Przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej, Prezes IPN, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, sekretarze stanu itp.) oraz… Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i dowódcy wszystkich rodzajów wojsk.
Jak to możliwe, że tylu ludzi tak strategicznie ważnych dla państwa znalazło się jednocześnie na pokładzie tego samego samolotu? Coś takiego jest ewenementem na skalę światową i nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Przecież służby ochrony (BOR i nie tylko) musiały protestować! Takich rzeczy się nie robi! Nigdy i nigdzie! Zbyt wielkie ryzyko.
Na tak szalony pomysł mogło u nas pewnie wpaść wielu, ale tylko jeden człowiek mógł taki zamiar zrealizować, wcielić w życie i lekceważąc elementarne zasady bezpieczeństwa nakazać tym wszystkim oficjelom, by wraz z nim na pokład samolotu wsiedli – prezydent.

Dlaczego Lech Kaczyński zabrał ze sobą do Rosji kilkadziesiąt najważniejszych osób w państwie? Tu mogę już tylko spekulować. Kilka dni wcześniej premier Donald Tusk spotkał się z premierem Władimirem Putinem (7 kwietnia). Spotkanie to, jeśli nawet nie było politycznym przełomem, było niewątpliwym sukcesem medialnym i to w ocenie komentatorów całego świata. Znając charakter Lecha Kaczyńskiego potrafię sobie wyobrazić jego nieodpartą potrzebę odniesienia sukcesu jeszcze większego, bardziej spektakularnego, „zakasowania” Tuska za każdą cenę (co w pewnym, tragicznym sensie mu się zresztą udało). To temu właśnie celowi służył szczególny dobór i liczba pasażerów feralnego samolotu; świta prezydenta złożona z dygnitarzy, polityków, przywódców i dowódców tak wielkiej rangi wywarłaby w Katyniu niewątpliwie porażające wrażenie. Mogłaby też wyglądać na manifestację poparcia dla jego polityki i stanowiska.

I jeszcze jedno. W samolocie rejsowym takich czy innych linii lotniczych najważniejszy jest pilot. On o wszystkim decyduje i za wszystko odpowiada. Ale to nie był zwykły samolot rejsowy. W samolocie prezydenckim decyzje wydaje prezydent. Podobno dyspozytor na lotnisku w Smoleńsku doradzał (w związku ze złymi warunkami pogodowymi) zmianę miejsca lądowania i skierowanie samolotu prezydenta na zastępcze lotnisko w Mińsku lub Moskwie. Czemu pilot tego nie zrobił? Może zwariował? Może był pijany? A może po prostu zakazał mu tego prezydent wiedząc, że lądowanie w Moskwie czy Mińsku wyklucza jego udział, wraz z całym tym orszakiem, w uroczystościach w Katyniu? A to był przecież priorytet, o to chodziło, to było najważniejsze.
Dla przypomnienia – już przynajmniej raz prezydent próbował zmusić pilota swojego samolotu do zmiany planu lotu i lądowania w Tbilisi zamiast w Gandżi w Azerbejdżanie, zdaje się w 2008 roku, już nie pamiętam. Pilot oparł się wtedy presji „szefa”, doleciał i wylądował tam, gdzie to było możliwe i bezpieczne. Kaczyński i jego ludzie bardzo się wtedy starali o ukaranie pilota za odmowę wykonania polecenia. Groziła mu za to kara od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia.

Czy odpowiedź na pytanie „kto zadecydował, żeby jednak próbować lądować w Smoleńsku?” pomoże znaleźć „czarna skrzynka”? Możliwe, ale mało prawdopodobne. „Czarna skrzynka”, która jak sama nazwa wskazuje jest koloru jaskrawo pomarańczowego, rejestruje parametry lotu oraz ewentualnie rozmowy prowadzone w kokpicie. Jednak w tym przypadku trudno sobie wyobrazić, że to pilot wezwał sobie prezydenta do kokpitu, by go spytać, gdzie lądować. Raczej to on właśnie udał się do przedziału pasażerskiego, do prezydenta, i tam przedstawił sytuację, propozycję dyspozytora lotów (wieży kontrolnej) i poprosił o decyzję: Mińsk, Moskwa, czy jednak Smoleńsk. Ale rozmowy w tym miejscu rejestrowane nie są. Z oczywistych względów.

A wracając do stadionu… Jestem przeciwny nadawaniu mu imienia Lecha Kaczyńskiego (podobnie, jak wydatkowaniu milionów z pieniędzy podatników na operację zmiany nazw tysięcy ulic i placów). Ale jakoś strasznie upierać się przy tym nie zamierzam. W Warszawie nie mieszkam, na stadiony nie chadzam, co mnie to w sumie obchodzi? Jednak zdecydowanie protestuję i nie zgadzam się na proponowanie stanowiska prezydenta Jarosławowi Kaczyńskiemu. Choć wielu Polaków bardzo współczuje jemu i jego rodzinie (i nic w tym dziwnego, jest za co) oraz wręcz nurza się w poczuciu żalu, straty i krzywdy, sądzę że tragiczna śmierć członków rodziny nie jest jeszcze, nawet w rozemocjonowanej Polsce, argumentem i kwalifikacją wystarczającą, by ofiarować komukolwiek (dla otarcia łez?) najwyższe stanowisko w państwie.


Zresztą… w lipcu też pewnie będzie okazja do ogłoszenia żałoby narodowej, we wrześniu straci życie ktoś wyjątkowy, tak się po prostu toczy świat…



piątek, 9 kwietnia 2010

1968 - za żelazną kurtyną

„Mój 1968: Po drugiej stronie muru” – Umberto Eco


Mikroskopijna książeczka, nie licząc wstępu i posłowia, zawiera jedynie dwa artykuły przeznaczone pierwotnie dla tygodnika „L’Espresso”. Pierwszy Eco podyktował z Wiednia (przystanek na drodze z Czechosłowacji do Polski, gdzie latem 1968 roku wybrał się na konferencję stowarzyszenia semiotycznego), drugi napisał już po powrocie z Warszawy.

W pierwszym („Taniec wśród czołgów”) Eco opisuje sierpień 1968 roku i wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego, w tym Polski, do stolicy Czechosłowacji – Pragi, kończące tak zwaną „praską wiosnę”. W drugim („Tajemnica Gomółki”) mowa jest o wydarzeniach marcowych 1968, a raczej o ich konsekwencjach, bo Eco znalazł się w Warszawie prawie pół roku później; określenie „wydarzenia” ma, i pewnie jakiś czas jeszcze będzie miało, w języku polskim znaczenie szczególne i wyjątkowe.

Problemem tych dwóch tekstów, w efekcie przekładającym się na niewielkie zainteresowanie książką, jest to, że przedstawiają one pewne wydarzenia historyczne w sposób niezgodny z mitem, czy legendą, którą sobie stworzyliśmy, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić, jaką nam wpojono.

Zajścia, które obserwował na ulicach Pragi w 1968 roku, nazywa Eco szwejkowszczyzną i groteską. Nie było to też antykomunistyczne powstanie, jak zdaje się uważać wielu młodych Polaków. Zresztą, oddaję głos autorowi:
„Tutaj nie toczy się polemika z komunizmem, lecz ze zbyt silnym sojusznikiem, który ich kolonizuje, kupuje za bezcen ich cukier, ich buty, ich statki /…/ i nie pozwala im wykorzystywać kopalni uranu. Ludzie, z którymi rozmawiałem, nie podawali w wątpliwość samego socjalizmu – uważali go za coś oczywistego i w jego ramach domagali się innych stosunków, podważali politykę autorytarną”.

W podobny sposób rozprawia się z oceną kryzysu politycznego, jaki miał miejsce w Polsce, w pierwszej połowie 1968 roku, gdzie protesty odbywały się pod hasłem: „socjalizm – tak, wypaczenia – nie”.



czwartek, 8 kwietnia 2010

I znowu o tym wiedźminie

„Opowieści o wiedźminie tom 1” – Andrzej Sapkowski


Nakładem wydawnictwa Agencja „Reporter” ukazał się w 1990 roku zbiorek opowiadań Andrzeja Sapkowskiego o wiedźminie pod tytułem „Wiedźmin”. Zawierał on pięć opowiadań:
• Droga, z której się nie wraca
• Kwestia ceny
• Ziarno prawdy
• Mniejsze zło
• Wiedźmin.

W roku 2002 wydawnictwo Libros z Grupy Wydawniczej Bertelsmann Media wypuściło na rynek „Opowieści o wiedźminie tom 1”, to jest zbiór składający się z następujących opowiadań:
• Droga, z której się nie wraca
• Głos rozsądku 1
• Wiedźmin
• Głos rozsądku 2
• Ziarno prawdy
• Głos rozsądku 3
• Mniejsze zło
• Głos rozsądku 4
• Kwestia ceny
• Głos rozsądku 5
• Kraniec świata
• Głos rozsądku 6
• Ostatnie życzenie
• Głos rozsądku 7

Jest w nim także fragment alternatywnego zakończenia wiedźmińskiej sagi, który w całości zawarty jest, a przynajmniej powinien być, w „Opowieści o wiedźminie tom 2”, wydanej także w 2002 roku.

O ile w pierwszym „Wiedźminie” (tym z 1990 roku) mamy do czynienia z czterema opowiadaniami związanymi jedynie luźno postacią głównego bohatera (pierwsze z nich dotyczy spotkania rodziców Geralta, a nie jego samego), o tyle „Opowieści o wiedźminie tom 1” są już próbą powiązania tych opowiadań w jakąś sensowną całość. Służą temu kolejne „Głosy rozsądku”, a próbę można nawet uznać za udaną, choć mam poważne wątpliwości, czy potrzebną.

Wiedźmin Geralt, mutant wyszkolony w sztuce eksterminacji rozmaitych potworów, przeżywa serię mrożących krew w żyłach przygód, teraz w nieco bardziej uporządkowany sposób. Ot i wszystko.



niedziela, 4 kwietnia 2010

Jak zrozumieć psychopatę?

„Impuls” – Jonathan Kellerman


Kellerman pisze znakomite powieści sensacyjne z psychologiem Alexem Delaware i policjantem Milo Sturgisem w rolach głównych. W „Impulsie” ich przeciwnikiem jest seryjny zabójca, dokonujący pozornie bezsensownych morderstw w Los Angeles. Wiadomo o nim, że lubi się przebierać, także za kobiety, i ma słabość do dużych, czarnych, luksusowych samochodów.

„Impuls” wydaje mi się nieco słabszy, niż wiele innych powieści Kellermana. Oczywiście nie jest też wykluczone, że to ja miałem nieco gorszy dzień, ale… Zbyt wiele postaci, zbyt wiele wątków, zbyt duży przedział czasowy, bo w sumie kilkanaście lat – wszystko to powodowało, że momentami gubiłem się w fabule, traciłem wątek, nie wiedziałem, skąd się wziął ktoś, kogo właśnie ścigają, śledzą, przesłuchują.