czwartek, 23 maja 2019

Moralne dylematy Myrona B.

„Najczarniejszy strach” – Harlan Coben

Siódmy tom przypadków Myrona Bolitara, byłego koszykarza, obecnie właściciela agencji RepSport MB.

Po rozstaniu z pisarką, Jessicą Cilver, Myron nawiązuje romans z Terese Collins, prezenterką telewizyjną; ucieka z nią na kilka tygodni na egzotyczne wyspy. W tym czasie porzuceni klienci znaleźli sobie innych agentów, więc po powrocie czekało go zadanie odbudowy firmy oraz własnego życia.

W takim momencie dawna przyjaciółka Myrona informuje go, że jest ojcem jej syna. Chłopak, Jeremy, ma kilkanaście lat i stwierdzono u niego specyficzną śmiertelną odmianę białaczki, którą mógłby całkowicie wyleczyć przeszczep szpiku od odpowiedniego dawcy. Bez niego chłopiec wkrótce umrze. Emily żąda, by Myron znalazł właściwego dawcę. I tu zaczynają się komplikacje. 

Znienacka dzwoni telefon.
- Czego się boisz najbardziej? - szepcze głos - zamknij oczy i wyobraź sobie najczarniejszy strach. Widzisz? Czujesz? Najgorszą udrękę dostępną wyobraźni?
- Tak - mówię po dłuższym milczeniu.
- Dobrze. A teraz wyobraź sobie coś gorszego, coś znaczni,  znacznie gorszego...

 W banku danych, gromadzącym informacje o potencjalnych dawcach, figuruje właściwy człowiek, ale… jego samego Myron nie jest w stanie znaleźć. Niejaki Taylor żyje, ale jednocześnie jakby zupełnie nie istniał.
Do Myrona wydzwania obłąkaniec i powtarza mu, żeby siał ziarno – okazuje się, że stosunkowo niedawno działał seryjny morderca, którego tak właśnie (Siej Ziarno) nazwało FBI, ze względu na charakterystyczną technikę zastraszania rodzin osób, które porwał i zamordował. W tle pojawia się bardzo tajemnicza rodzina dysponująca nieprawdopodobną fortuną, ukrywająca skrzętnie mroczne tajemnice sprzed lat.

W sumie całkiem niezła rozrywka na kilka godzin. Pod warunkiem, że książek Cobena nie czyta się jedną po drugiej – w przypadku takiego porównania wypada ona nieco słabiej.

czwartek, 16 maja 2019

Przedziwny zbieg okoliczności


Wczoraj, późnym wieczorem, zacząłem czytać nową książkę. Już na początku znalazłem coś, co mnie zaszokowało. Zwłaszcza, że to książka sensacyjna, o akcji polskiej Agencji Wywiadu, której celem ma być odbicie z rąk talibów porwanego polskiego biznesmena. To zdecydowanie nie jest poradnik dla młodych zakochanych. Ale jednak, w tym właśnie momencie, w niewłaściwej książce, na takie oto stwierdzenie się natknąłem, choć pewnie lepiej byłoby powiedzieć, że się z nim zderzyłem:

Wszystko wskazywało na to, że związek układa się po jej myśli. Jednak z upływem czasu okazało się, że Robert właściwie niewiele odbiega od schematu i jest podobny do swoich zapomnianych już poprzedników. Najgorsze jednak było w nim to, że miał w sobie za dużo miłości. Tego Monika nie lubiła. Uważała, że potrzebuje tyle miłości, ile sama daje, więc każde zachwianie tej proporcji uznawała za obciążenie dla związku. Na domiar złego Robert ciągle zadawał pytania, wykazując, jak uważała, emocjonalną nadgorliwość. Monika nie lubiła odpowiadać, bo czuła się wtedy śledzona. Jakby ktoś na siłę próbował wejść do jej duszy, odebrać część intymności*.

Część kobiet, może nawet większość, jest (jak to pisze moja przyjaciółka na znakomitym blogu)...przynajmniej w jakiejś części babą z krwi i kości. Labilną, empatyczną do szpiku kości, naiwną i przeświadczoną o własnej nieomylności  (kto niby ma wiedzieć lepiej niż ja?!) idiotką. I nie piszę tego dlatego, że w moim życiu wydarzyło się właśnie jakieś nieszczęście. (Jeszcze.) Po prostu zauważyłam, jakie mam tendencje, a to nie wróży dobrze. Wpierw upieram się przy swoim, a później...**. 
Tyle, że nie wszystkie kobiety są takie właśnie, a to powoduje określone konsekwencje dla dzieci płci męskiej.

Na wychowanie dzieci, także chłopców, znaczny wpływ mają matki. W naturalny sposób starają się ich wychować na dobrych mężów (dla innych kobiet) i dobrych ojców, o czym oczywiście pojęcia nie mają, ale to już inna sprawa. Nawet jeśli kobieta należy do tej mniejszości i ma psychikę podobną do Moniki z cytatu, to i tak, na wszelki wypadek, będzie się starała wychować syna dla kobiety o osobowości i psychice typowej, bo założy, że to tylko z nią samą coś jest nie tak, a cała reszta kobiet jest inna.

Dorosły facet często nie ma pojęcia, czemu mu się związek sypie, skoro – zgodnie z instrukcjami mamy – przynosi kwiatki, stale powtarza, że ją kocha, dopytuje o wszystko, żeby okazać zainteresowanie itp.
Niektórzy mężczyźni wtedy dopiero zaczynają rozstawać się ze swoimi (raczej mamy) przekonaniami. Inni do weryfikacji przekonań nie będą zdolni nigdy. Bo… matka jest tylko jedna, bo matka mnie kocha, bo matka chce dla mnie jak najlepiej, kto ma znać dobrze inne kobiety, jak nie matka.
Dorastanie jest trudne. I często boli.

Najbardziej ryzykownym z tysięcy, a może nawet milionów przedsięwzięć podejmowanych w życiu jest dorastanie. Polega ono na zrobieniu kroku z dzieciństwa w dorosłość. Prawdę mówiąc, przypomina raczej karkołomny skok niż krok, i wielu ludzi nie może się nań zdecydować przez całe życie. Na pozór sprawiają wrażenie dorosłych, a jednak pod względem psychologicznym większość „pełnoletnich” aż do śmierci pozostaje dziećmi, które nigdy naprawdę nie wyzwoliły się spod władzy rodziców***.






--
* Vincent Severski, „Zamęt”, Czarna owca, 2018, s. 10-11.
*** M. Scott Peck „Drogą mniej uczęszczaną”, wyd. Medium, 1998, strona 111.

wtorek, 14 maja 2019

Tym panom już podziękujemy


„Sodoma – Hipokryzja i władza w Watykanie” – Frédéric Martel

Od czasu do czasu spędzam weekend w domu pielgrzyma, zwanym też domem rekolekcyjnym. Jest tam jadalnia, wspólna dla księży i gości. Ale nie jemy razem, księża karmieni są najpierw, a my w tym czasie czekamy pod drzwiami aż skończą. Jadamy w tym samym pomieszczeniu, ale nie razem. Nie można też siadać przy stole, przy którym jedli księża, co nie jest żadnym problemem, miejsc jest dosyć, ale w widoczny sposób rzuca się w oczy, że ich stół zastawiony jest ewidentnie lepszymi potrawami, z większą różnorodnością; bogato w porównaniu do stołów gości. Gości, którzy płacą. Wydaje mi się, że nawet wierni katolicy nie widzą w tym nic dziwnego lub niewłaściwego.

Profesja zakonna w Kościele katolickim zobowiązanie członka danej wspólnoty do przestrzegania trzech tzw. rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. W to ostatnie, do pewnego stopnia, można uwierzyć.

„Sodoma” to dzieło socjologa i pisarza francuskiego, Frédérica Martela, będące wynikiem czteroletniego śledztwa dziennikarskiego, prowadzonego w trzydziestu krajach. Martel nie wszystko robił sam, pomagało mu wielu ludzi. Zakres jego (ich) badań obejmuje pontyfikaty czterech ostatnich papieży: Pawła VI , Jana Pawła II, Benedykta XVI oraz Franciszka. Grubaśnie tomisko zawiera głównie rozmowy z ludźmi Kościoła. Wyjaśnia, a przynajmniej próbuje, jak to jest możliwe, żeby być homoseksualistą będąc jednocześnie wściekłym homofobem.

Wiele wiedziałem, jeszcze więcej się domyślałem, ale i tak Martel zaskoczył mnie kompletnie wiele razy, na przykład prezentując system doboru kandydatów na seminarzystów pod kątem ich homoseksualnych skłonności. Do wykorzystania… później.

„Oto druga reguła Sodomy: im bliżej sancta sanctorum, tym więcej homoseksualizmu; im wyżej w katolickiej hierarchii, tym więcej homoseksualistów. W kolegium kardynalskim i w Watykanie preferencyjny dobór przyniósł owoce – homoseksualizm stał się zasadą, heteroseksualizm wyjątkiem”*.

Jednak wbrew pozorom nie jest „Sodoma” paszkwilem na Kościół katolicki – to raczej paradokument, stwierdzenie pewnych faktów, których zresztą autor stara się nie oceniać. Może nawet tłumaczy, wyjaśnia, pomaga zrozumieć. Na przykład to: co ma zrobić chłopak, który zaczyna się orientować, że ma – nieakceptowane przez niego samego, rodzinę i otoczenie – skłonności homoseksualne? Schronić się w Kościele! Tam nikt nie będzie mu wyrzucał, że nie lata za dziewczynami i nie stara się założyć rodziny, tam będzie mógł resztę życia spędzić wśród mężczyzn, często też ubranych w sukienkę. Przecież to takie proste…

„Gdy nasza rozmowa doszła do tego etapu, zapytałem Francesco Leporego, jak dużą jego zdaniem grupę stanowią w Watykanie wszelkiego rodzaju homoseksualne osoby.
Myślę, że to bardzo wysoki procent. Powiedziałbym, około osiemdziesięciu – zapewnił”**.

Homoseksualizm jest jednym z najcięższych grzechów w Kościele katolickim. Grzechy może wiernym odpuścić uprawniona osoba, tu na ziemi, w wyniku sakramentu pokuty, ale to nie znaczy, że grzesznik uniknie kary w życiu przyszłym. Grzech jest odwróceniem się od Boga i buntem w stosunku do Jego woli, ale grzech ciężki, oznacza zupełne zerwanie przyjaźni z Bogiem. Jak więc możliwe jest, żeby tylu ludzi skazywało się na tak straszne konsekwencje, na wieczne potępienie, de facto? Odpowiedź jest stosunkowo prosta i oczywista, choć zapewne może się wydać mocno niepokojąca: nie boją się kary, bo nie wierzą, że takowa nastąpi, nie wierzą w Boga.

Wspomniałem już, że Frédéric Martel bardzo stara się unikać jakichkolwiek ocen moralnych (to dla mnie ważne) i zwykle mu się udaje. Jeśli coś takiego pojawia się w „Sodomie”, to raczej tylko w wypowiedziach jego rozmówców.



--
* „Sodoma”, Frédéric Martel, Agora, 2019, s. 28.
** Tamże, s. 38.

piątek, 10 maja 2019

Prawdziwych facetów nie ma!


„Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy” – John Eldredge

„Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak uzdrowić ślepego, i myślicie, że chodzenie za Chrystusem i obserwowanie, jak On to robił, wyjaśni sprawę, to wasze poszukiwanie może skończyć się silnym rozczarowaniem. On nigdy nie robił tego dwa razy tak samo”*.

Jeśli chcecie z tej książki dowiedzieć się, jak stać się prawdziwym mężczyzną, to raczej nie uda wam się to, bo prawdziwym mężczyzną facet staje się w działaniu, a nie dzięki czytaniu najmądrzejszych nawet tekstów i książek. Nie znaczy to jednak, że „Dzikie serce” to pozycja bezwartościowa, bynajmniej! Może nawet lepsza niż kilka innych poradników tego typu. Jeśli jednak, po zakończeniu lektury i odłożeniu książki na półkę, nie nastąpi określone działanie, to… klapa. Zaryzykuję stwierdzenie, że wielu czytelników porzuci lekturę przed zakończeniem, w momencie, w którym zorientują się, że nie skorzystają z sugestii zawartych w książce, nie zastosują ich nijak w praktyce.

John Eldredge, amerykański pisarz ewangelikalny. założyciel i dyrektor Ransomed Heart Ministries w Colorado Springs (https://www.ransomedheart.com), wziął na warsztat męską duszę i w pierwszej kolejności odkrył, że prawdziwych mężczyzn już właściwie nie ma. Mężczyźni żyją według pożądanych wzorców społecznych, religijnych, kobiecych (może to nawet na pierwszym miejscu), ale w ostatecznym rozrachunku nie wychodzi to na dobre ani im samym, ani ich kobietom. Bo zupełnie nie jest to zgodne z prawdziwymi potrzebami męskiej duszy.
W historii biblijnej Eldredge zauważył znamienny fakt: Ewę Bóg stworzył w granicach pięknego rajskiego ogrodu, ale mężczyznę stworzył wcześniej, gdy rajski ogród jeszcze nie istniał, w dzikiej przestrzeni. I to znajduje odzwierciedlenie w naszych duszach (umysłach, psychikach) właściwie do dziś. Serce mężczyzny pozostaje nieoswojone.

Podobne rozważania znalazłem u Richarda Rohra w jego ciekawych refleksjach na temat męskiej duchowości zawartych w książce „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego”.



--
* John Eldredge, „Dzikie serce”,    przekład Justyna Grzegorczyk, W drodze, wyd. II, s. 129.

środa, 8 maja 2019

Szaleństwa modemowej Głębi

„Labirynt odbić” – Siergiej Łukjanienko

Dopiero przy drugim czytaniu, po kilkuletniej przerwie, odkryłem, czemu ta książka tak mi się podobała – w pewnym sensie była podobna do „Neuromancera” Williama Gibsona. Jednak z perspektywy czasu zauważam, że Łukjanienko popełnił pewien błąd: chcąc uwiarygodnić swoją opowieść zawarł w niej zbyt wiele detali typowych dla tamtych czasów. Dziś komputer z procesorem z rodziny 386 albo wdzwaniany przez telefon (modem) dostęp do internetu, to prehistoria.

Głównym bohaterem jest młody Rosjanin Lonia (Leonid), nazywający też siebie w przestrzeni wirtualnej, Strzelcem. Stary „doomer” – weteran gry „Doom” z lat dziewięćdziesiątych, strzelanki pierwszoosobowej, uznawanej za pioniera gier FPS.

Dibienko odkrył, wynalazł, napisał Deep-program, który początkowo miał pomagać w medytacji, ale okazało się, że pozwala on zanurzyć się w świecie wirtualnym wszystkimi zmysłami. W Głębi, bo tak nazwano tą przestrzeń, alternatywną rzeczywistość, można grać, pracować, bawić się, żyć. Większość ludzi nie jest w stanie wyjść z Głębi mocą własnej decyzji i dlatego komputery zaopatrywane są w specjalny program, timer, który wymusza przerwanie połączenia z siecią, po określonym czasie. Są jednak wyjątki – nurkowie, elita Głębi, ludzie, którym timery nie są potrzebne, bo potrafią wyjść z komputerowej rzeczywistości, kiedy tylko zechcą.

Lonia dostaje zlecenie od tajemniczego Człowieka Bez Twarzy – z gry o nazwie Labirynt Śmierci ma wyciągnąć gracza, który utknął na 33 poziomie i samodzielnie nie może się wydostać, nie wiadomo właściwie, dlaczego. A przynajmniej tak się początkowo wydaje. Próby wyprowadzenia Nieudacznika z Labiryntu są okazją do prezentacji przekonań autora na różne tematy, w tym na kwestie poważne, egzystencjalne.

Niezła powieść, warta przeczytania, ale pod warunkiem, że będzie się z przymrużeniem oka czytać o rozwiązaniach technicznych, które są z zupełnie innej epoki, czyli sprzed około 20-30 lat.

Z czasem ukazała się druga część przygód Loni – „Fałszywe lustra”.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Znów coś przemija z wiatrem...

„Złote Wybrzeże” – Nelson DeMille

Johna Grishama wszyscy znali jako autora znakomitych thrillerów prawniczych. Aż tu nagle pojawił się „Malowany dom” (później „Czuwanie” znane też jako „Chłopcy Eddiego”) i wielu czytelników było potężnie rozczarowanych. Czyja to wina, kto spie… sprawę? Autor? Tłumacz? Wydawca? Tak, oczywiście, że ten ostatni. Z premedytacją nie zawiadomił jasno i wyraźnie potencjalnych nabywców, że ta akurat pozycja Grishama, to powieść społeczna, obyczajowa. Oczywiście nie było i nie ma takiego obowiązku, nie wymaga takich działań żadne prawo, ale… nieładnie. 
Nelsona DeMille wielu czytelników znało jako autora powieści sensacyjnych, thrillerów. A tu nagle polski wydawca bez ostrzeżenia wypuścił na rynek „Złote Wybrzeże”, książkę, która thrillerem zdecydowanie nie jest. Może raczej powieścią psychologiczną i socjologiczną z elementami romansu dla mężczyzn.

Złote Wybrzeże na Long Island obejmuje północną linię brzegową hrabstwa Nassau i łańcuch niskich wzgórz, wznoszących się obszarze do około dziesięciu mil od lądu. Kiedyś (początki dwudziestego wieku) skupisko władzy, bogactwa oraz – rozumianej na wzór amerykański – arystokracji. Stare rody i fortuny tak wielkie, że właściciele okazałych willi z basenami w Beverly Hills, są w porównaniu z nimi żebrakami. Na Złotym Wybrzeżu domy nie mają numerów – poczcie muszą wystarczyć nazwy rezydencji.

Głównym bohaterem i narratorem jest John Sutter, odnoszący sukcesy prawnik z Wall Street (i nie tylko). Jego przodkowie zamieszkiwali na Long Island od siedemnastego wieku, co tutaj ma kolosalne znaczenie. Jon jest dość zamożny, ale nie bogaty. Mieszka z żoną (lady Stanhope) i dorastającymi dziećmi w skromnym, piętnastopokojowym domku gościnnym położonym na ziemiach należących do teściów. Pałac, Stanhope Hall, czeka na nabywcę.

Około czterdziestoletni John Sutter trochę zaczyna się w życiu nudzić (wcześniejszy kryzys wieku średniego?), ma pewne problemy w związku, czegoś zdaje się szukać, nie bardzo jednak wiedząc, czego. Wtedy rezydencję w sąsiedztwie, pałac Alhambra, kupuje bezwzględny szef mafii, Frank Bellarosa. Jego obecność działa jak katalizator… spraw, zdarzeń, narastających kłopotów.  Mafioso najpierw, niewinnie, poprosił Suttera, by ten reprezentował go w pewnej legalnej transakcji, ale wreszcie sięgnął po duszę prawnika… i jeszcze więcej.

Dobra książka. Mam do niej sentyment. Czytałem pierwszy raz mnóstwo lat temu, ale czasem wracam do co ciekawszych fragmentów. Lubię Johna Suttera, a zwłaszcza jego specyficzne poczucie humoru i wnioski, jakie wyciąga z obserwacji otaczającego świata. Jest w książce także wątek kryminalny, ale jakby przy okazji, dodatkowo – do końca upierał się będę, że ta powieść nie jest thrillerem. Porównanie do powieści Fitzgeralda „Wielki Gatsby” wydaje mi się sensowne, choć niezbyt dokładne.

środa, 10 kwietnia 2019

Polski Brudny Harry na tropie


„Ekspozycja” – Remigiusz Mróz

Dawno, dawno temu dowiedziałem się, że Amerykanie dziwią się Polakom, że ci rozróżniają fotografię i fotografikę, zamiast po prostu dzielić fotografię na dobrą i złą. Po latach, kiedy naczytałem się współczesnych powieści polskich, wątpliwości wróciły – czy powieści dzielą się po prostu na dobre i złe, czy może jednak jest to odrobinę bardziej skomplikowane i, na przykład, ich twórcy dzielą się na artystów i rzemieślników, na pisarzy i autorów? Oczywiście każdy pisarz jest autorem, ale chyba nie każdy autor jest pisarzem…
Moje rozważania i wątpliwości dotyczą głównie autorów polskich, ale nie dlatego, że uważam ich za znacząco gorszych od całej reszty, ale ze względu na wkład w ostateczny kształt dzieła, tłumacza – w przypadku powieści niepolskojęzycznych. Starsi miłośnicy fantastyki pamiętają zapewne, jak bardzo spieprzyć sprawę może autor przekładu.
Temat ten powrócił do mojej świadomości, wypłynął jakby na jej powierzchnię, gdy czytałem Sumlińskiego – bardzo możliwe, że człowiek ten ma rację, ale pisze bardzo źle, a poza tym… http://kompromitacje.blogspot.com/2016/01/sumlinski-plagiator-patologiczny.html. Ostatecznie i ponad wszelką wątpliwość, Wojciech Sumliński jest autorem, ale – moim niezwykle skromnym zdaniem i tak, jak ja to rozumiem – pisarzem nie jest w najmniejszym nawet stopniu.
Głowacki, Tokarczuk, Dukaj, Myśliwski, Libera – to pisarze. Czy Grochola albo Mróz są pisarzami, czy tylko autorami?

Na krzyżu na szczycie Giewontu ktoś powiesił nagie zwłoki docenta Chilmoniuka, z Uniwersytetu Rzeszowskiego, specjalisty od zwojów znad Morza Martwego (Qumran) i numizmatów z tamtych czasów. W jego gardle komisarz Wiktor Forst znalazł kopię starożytnej monety.
Z tajemniczych powodów (tajemniczych do czasu) Forst zostaje zawieszony, co nie przeszkadza mu prowadzić śledztwa w stylu, wypisz-wymaluj, Brudnego Harry’ego. Namawia do współpracy Olgę Szrebską, dziennikarkę łaknącą zawodowych sukcesów.
Huraganowa akcja non-stop, trupów z monetami w ustach przybywa, okazuje się, że takich zbrodni było mnóstwo, także w odległej przeszłości, dzielna para w tajnej misji przedziera się przez Białoruś do Rosji…

Myślę, ze Remigiusz Mróz miał całkiem dobry pomysł, ale zrealizował go… hm… tak sobie.  Powieść wydaje się nie do końca przemyślana, ale przede wszystkim... niedopracowana. Podam może jeden przykład. Białorusini obiecali udostępnić Forstowi i Szrebskiej swoje akta i zrobili to. Okazało się, że akta białoruskich służb specjalnych są po białorusku. Forst uznał to za niewątpliwy dowód wielkiego spisku. Ups!

Niezła rozrywka, jeśli nie czepiać się detali i traktować ją z przymrużeniem oka. Można przeczytać, ale niekoniecznie trzeba.

A wracając na moment do rozważań z początku tej gawędy, zastanawiam się, kiedy zaszła zmiana, kiedy autorzy i wydawcy odkryli, że można znacząco obniżyć jakość, nie tracąc przy tym za bardzo na liczbie sprzedawanych egzemplarzy? Bo wielu czytelnikom i tak się podoba, i tak są zadowoleni…

piątek, 5 kwietnia 2019

Dzieci zbrodniarzy wojennych


„Dzieci Hitlera” – Gerald Posner

Wisława Szymborska w wierszu „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” napisała: Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. W pełni się zgadzam. Jeśli nawet czasem podczas lektury zastanawiałem się przez chwilę, jak ja bym postąpił, zachował się w określonej sytuacji, to do tych swoich pomysłów nie przywiązywałem się za bardzo, bo wiem już od dawna, że tak naprawdę nie wiem, co by było, gdyby… Zdarzały mi się w życiu sytuacje i okoliczności, w których przyjąłem postawę zupełnie odmienną od tej, którą byłem sobie w stanie wyobrazić.

Książka zawiera jedenaście rozmów, wywiadów, z dorosłymi dziećmi nazistowskich prominentów, m.in. z synami Hansa Franka, synem Josefa Mengele, synami Karla Saura (zastępcy Speera), córką Hjalmara Schachta (jednego z bardzo niewielu uniewinnionych w Norymberdze, geniusza finansowego), synem admirała Karla Dönitza, synem Clausa von Stauffenberga, synem Rudolfa Hessa (nie mylić z Rudolfem Hössem, komendantem obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau), córką Ernsta Mochara (mniej w Polsce znany), córką Hermanna Göringa oraz córką Maxa Drexela.

Wszystkie relacje/rozdziały zbudowane są według identycznego schematu: sylwetka ojca ze szczególnym uwzględnieniem zbrodni wojennych, a następnie opowieść dziecka (dorosłego, często starszego człowieka) o ojcu, o swoich z nim relacjach, o ocenie życia i postawy ojca oraz o własnym życiu i problemach w związku z powiązaniem z rodzicem nazistą.

Dzieci zbrodniarzy prezentują postawy skrajnie odmienne. Syn Rudolfa Hessa uważa ojca za człowieka pokoju niesprawiedliwie osądzonego przez zwycięzców. Jeden z synów Hansa Franka usprawiedliwia, a nawet podziwia ojca, a drugi ostro go potępia. Syn Josefa Mengele, po próżnych staraniach porozumienia z ojcem (raczej po próbach zmuszenia go, by uznał swoją winę) ostatecznie go odrzuca.
Specyficzna jest relacja syna Clausa Stauffenbegra – jest wręcz dumny ze swojego ojca, który podjął próbę zgładzenia Hitlera i zapłacił za to życiem. Ale to jest sytuacja wyjątkowa. Ciekawa jest opowieść córki Ernsta Mochara o dwudziestu ponad latach kłótni z ojcem, który może nie był zbrodniarzem, ale fanatycznym nazistą został do końca życia, sprzeczał się z faktami, negował rzeczywistość. Ojciec Dagmar Drexel (rzeźnik z Ukrainy, dowódca grup specjalnych mordujących cywili) też twierdził, że właściwie nie zrobił nic złego.

Gerald Posner rozmawiał z tymi ludźmi, którzy zgodzili się na ujawnienie imion i nazwisk. Ograniczył się też wyraźnie do dzieci prominentnych nazistów (z wyjątkiem Mochara). Dlatego relacji jest tak niewiele.

Być może z równą ciekawością, może i większą, przeczytałbym wyznania synów i córek esesmanek z obozów koncentracyjnych, niemieckich zbrodniarek, jednak autor z jakiegoś powodu postanowił ograniczyć się do mężczyzn.

czwartek, 28 marca 2019

O niemieckim Dolnym Śląsku


„Nad Śnieżnymi Kotłami” – Krzysztof Koziołek

Do Schreiberhau przeniesiony został – i nie był to awans, niestety – asystent kryminalny Anton Habicht. Jego żonie nawet się tam podoba, ale Habicht jakoś nie może dogadać się z szefem miejscowej żandarmerii, Sombrowskim, złośliwym autokratą. 

W pewną niedzielę, w sierpniu 1939 roku, Habicht wysłany zostaje do schroniska, zwanego szumnie hotelem górskim, „Nad Śnieżnymi Kotłami”, żeby wyjaśnić sprawę zaginionej broszki mecenasowej Fraitagowej. Zadanie okazuje się banalne, ale zanim asystent wyruszył w drogę powrotną, z okna schroniska wypadła żona urzędnika ze Schreiberhau, Elfriede Goretzki, i to tak nieszczęśliwie, że skręciła sobie kark. Początkowo wydawało się, że to nieszczęśliwy wypadek (obserwowała szybowce), ale dokonując kilku rutynowych działań i ustaleń, Habicht doszedł do wniosku, że kobieta została zamordowana.

Anton Habicht prowadzi śledztwo, lecz początkowo problemów, wątpliwości i tajemnic tylko lawinowo przybywa. Pojawiają się kolejne zwłoki, na jaw wychodzą spiski, wielkie łapówki oraz inne mroczne tajemnice miejscowego establishmentu.

Autor upchnął w przeciętnej raczej powieści kryminalnej całe mnóstwo rozmaitych ciekawostek regionalnych (historycznych, kulinarnych, kulturalnych, sportowych, przemysłowych itd.), które świadczyć mogą o jego fascynacji okolicą, ale dla fabuły nie mają większego znaczenia. Sukcesu Krajewskiego, który pierwszy chyba lokował akcję swoich powieści w okresie międzywojennym i w pewnym mieście, które było niemieckie do końca wojny światowej, Koziołek raczej nie powtórzy. Chyba, że swoją twórczością zainteresuje Niemców, dawnych mieszkańców lub potomków mieszkańców Schreibenhau (Szklarska Poręba), Krummhübel (Karpacz), Seidorf (Sosnówka) itd. Wtedy te niezliczone dodatki, na przykład o tym, jak bardzo zasłużyły się dla regionu niemieckie towarzystwa górskie i turystyczne, staną się naprawdę istotne.

Anton Habicht jakoś nie wzbudził mojej sympatii – arogancki, napastliwy, wyraźnie dumny ze swojej rangi i stanowiska, i podkreślający je na każdym kroku. Nawet wtedy, kiedy – jako człowiek w tych okolicach nowy – czymś się wyraźnie wygłupił.

-Berta! – Mężczyzna za kontuarem odwrócił głowę w kierunku kuchni – Co masz aktualnie na ogniu?
Z niewielkiego okienka dobiegł wrzask, którego sens trudno było zidentyfikować.
- Najszybciej będą dla pana golusieńkie dziewczyny – Stojący za ladą uśmiechnął się w wymuszony sposób.
Policjantowi mowę odjęło. Z tyłu dał się słyszeć czyjś śmiech, ktoś inny pozwolił sobie na kąśliwą uwagę.
- Słucham? – rzekł po dłuższej chwili – Co mi pan tu znowu imputuje? Czy ja wyglądam na bawidamka?
- Pan mnie źle zrozumiał…
- Tak? Ja ci zaraz pokarzę, co to znaczy, nie rozumieć! – Asystent kryminalny zaczął podkasywać rękawy.
- Gdzie z tymi łapami? – Mężczyzna wreszcie się ożywił – Zamawiaj pan albo won za drzwi!
- Co? – Miarka się przebrała. Habicht wyjął z kieszeni odznakę i trzasnął nią w ladę. – Takim tonem do policjanta na służbie.
- Najmocniej szanownego pana przepraszam. – Mężczyzna się przygarbił. – Chodzi o fasolę…*.

Te „golusieńkie dziewczyny” to była popularna, regionalna potrawa z fasoli, a policjant z powodu swojej niewiedzy straszył ludzi, groził, walił legitymacją służbową… Choć z drugiej strony nie jest wykluczone, że takie postawy i zachowania były bardziej zgodne z realiami, z rzeczywistością.

Bardzo mi się spodobała okładka książki. Przyjemnie na nią popatrzeć, przyjemnie wziąć do ręki. To akurat kawał dobrej roboty! Nawet jeśli się wie, jak powstała i skąd pochodzi: 




--
* Krzysztof Koziołek, „Nad Śnieżnymi Kotłami”, Muza, 2019, s. 61-62.

piątek, 22 marca 2019

Dawno, dawno temu, na Rusi...


„Dziewczyna z wieży” – Katherine Arden

Nie czytałem tomu pierwszego cyklu i w związku z tym obawiałem się, czy nie będę miał kłopotów ze zrozumieniem fabuły powieści, ale w trakcie lektury okazało się, że w akcję wchodzi się gładko, bez problemów i wątpliwości, mogę więc zapewnić, że nieznajomość wydarzeń wcześniejszych, nie stanowi jakiejś istotnej przeszkody. Choć na pewno by się przydała. W każdym razie jakoś domyśliłem się, skąd się wzięły np. gadające konie i jaką rolę wcześniej odegrał Morozko (Dziadek Mróz, Father Frost, Морозко, tu akurat demon mrozu).

Do momentu powstania fantasy pisarze powieści historycznych mieli pod górkę, bo zawsze znalazłby się jakiś zły człowiek, który wytknąłby im ewentualne błędy – a to, stroje w tym czasie były nie takie, a to broń w tamtych rejonach była nieco inna, a to potrawy…, a to zwyczaje…, a to… Bez solidnej kwerendy, bardzo solidnej, nie można było się obejść.
Później okazało się, że jeśli na realiach historycznych autor aż tak bardzo się nie zna i zajmować się nimi nie zamierza, to wystarczy dorzucić trochę magii, jakiegoś ducha lub demona, czy innego Dziadka Mroza i już znawcy tematu mogli autorowi skoczyć – to nie była już powieść historyczna, ale… fantasy. Albo fantastyczna baśń. Dokładnie tak to było w przypadku cyklu „Opowieści rodu Otori” (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/50183/siec-niebios/opinia/17514262#opinia17514262). Coś podobnego zauważyłem, czytając „Dziewczynę z wieży” – niby to średniowieczna Ruś, niby początki Księstwa Moskiewskiego, ale niezupełnie, bo detale nie bardzo się zgadzają; na przynajmniej jeden z tych niepasujących do określonego czasu elementów (terem, s. 26), zwracała w książce uwagę tłumaczka. Ale ostatecznie to tylko moje luźne skojarzenie. Nie takie motywy musiały kierować Katherine Arden. A poza tym… Czy taki manewr (w razie czego), to jest wprowadzenie elementów fantastycznych do powieści historycznej, jest czymś złym, nagannym? Nie, nie jest – może on jednak zarówno powieści pomóc, jak i zaszkodzić, wszystko zależy od kunsztu autora i tłumacza. W przypadku „Dziewczyny z wieży” wyraźnie pomógł. Bez elementów magiczno-baśniowych byłaby to skromniutka historyjka o niewielkiej wartości i… nie do końca wiadomo, o czym.
 
Główna bohaterka ma na imię Wasia i jest to niewątpliwie zabieg celowy – to szczególne  imię rosyjskie, którego zdrobnienie może dotyczyć zarówno kobiety (Wiesielina, Wasylisa) jak i mężczyzny (Wasilij) – w powieści musi ona często udawać chłopaka. A wiadomo, że kłamać jest nieładnie. Natomiast zadźgać darowanym sztyletem od tyłu bandytę, pilnującego porwanych dziewczynek, to już można bez wyrzutów sumienia.
Wasia ucieka z rodzinnej wsi po śmierci ojca – ktoś taki nie mógł być tolerowany przez rosnące w siłę i butę chrześcijaństwo – w Leśnej Ziemi zaczęto uważać ją za czarownicę; w najlepszym przypadku trafiłaby do klasztoru, zamknięta tam siłą na resztę życia. Na jej szczęście wioskowi uznali, że zginęła i nie szukali zbyt długo.
Wasilisa Pietrowna jest odważna, tego nie można jej odmówić i zdeterminowana, ale wynika to raczej z braku doświadczenia i realnej wiedzy o otaczającym świecie niż z rozsądnego męstwa. Nic w tym dziwnego – jest dzieckiem, dorastającą dziewczyną w tym okresie życia, w którym zmienia się w kobietę. Jej zwiedzanie świata skończyłoby się zgonem po dwóch tygodniach, gdyby nie pomoc Morozki, który wyraźnie coś do niej czuje. I nie on jeden... niestety.

W tym samym czasie okoliczne wsie nękane są przez tajemniczych bandytów – nie pozostawiają po sobie śladów, porywają małe dziewczynki. Wydarzeń tych jest coraz więcej. Do Moskwy przybywa tajemniczy Kasjan Lutowicz, niezależny dotąd bojar, prosić o pomoc w walce z bandytami. Książę Moskiewski, żeby nie zwariować z nudów i nie rozmyślać o wielkiej polityce, wyrusza z drużyną, pokarać bandziorów. Towarzyszy im brat Wasi, mnich-wojownik, przekonany dotąd, że siostra nie żyje.

Rodzeństwo oraz reszta zbrojnych wybiera się ratować Moskwę przed zagrożeniem, z którego nikt wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Pewne specjalne talenty Wasi okażą się do tego celu nieocenione, bo też i nie ze zwykłymi w tych czasach zagrożeniami przyjdzie im się mierzyć.
Polityka i wojna to jedno, ale sprawy osobiste, a zwłaszcza rodzinne Wasi, komplikują się coraz bardziej, do czego z pełnym zaangażowaniem przyczynia się ksiądz Konstanty Nikonowicz.

Człowiek boży nie powinien się mścić, lecz… To nie zemsta, myślał Konstanty. Walka ze złem to w oczach Boga dobro. Zresztą, jeśli słowa Kasjana okażą się prawdą, Konstanty może rzeczywiście zostanie biskupem*.

Powieść zbudowana jest na nastrojach, emocjach, wrażeniach, odczuciach. Tylko uważny czytelnik (raczej czytelnik właśnie, a nie czytelniczka) zauważy brak konkretów, takich elementów, które osadzają opowieść w określonym czasie i miejscu. Takich, dzięki którym można sobie wyobrażać, a nie tylko odczuwać. Przykład. Więcej niż połowa akcji dzieje się w lesie, na drogach, na zewnątrz w każdym razie, a las, jak to las, każdy zna. Czasem jednak przenosimy się do wnętrza – chaty, domu bojara, komnaty książęcej, sauny, więc teraz pytanie: jak te pomieszczenia są umeblowane, co stanowi ich wyposażenie (poza piecem)? Podobnie jest zresztą z opisami osób, postaci nie pierwszoplanowych – ogólny zarys, bardzo skromny, obejmujący najbardziej dominującą cechę. To powiedziałbym jest powieści minusem. Plusem za to to, że czyta się ją bardzo szybko, z zaciekawieniem, co też wydarzy się za chwilę, na następnej stronie.

Polecam tym wszystkim, którzy lubią bajki dla dorosłych i dorastających, ale uwaga – w tym przypadku „dla dorosłych” nie oznacza scen lub treści erotycznych.



 
--
* Katherine Arden, „Dziewczyna z wieży”, wyd. Muza, 2019, przekład Katarzyna Bieńkowska, s. 443.

wtorek, 19 marca 2019

Uroczy romans dla płci obojga


„Swatanie dla początkujących” – Maddie Dawson

Blado-glutowata okładka z obrazkami jak z bajek dla młodszych dzieci. Tytuł z kolei sugeruje poradnik (do pewnego stopnia słusznie). Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy niektórzy wydawcy nie wierzą już w istnienie i działanie księgarń, w których potencjalny czytelnik sięga po książkę, bo zaintryguje go tytuł lub/i okładka. Oczywiście ostatecznie sprzedać da się wszystko, chodzi tylko o to, ile wysiłku i pieniędzy trzeba będzie przeznaczyć na reklamę. Jeśli jednak tych dodatkowych środków nie ma zbyt wiele, to zdarzyć się może, że umknie uwadze większości potencjalnych nabywców pozycja naprawdę całkiem niezła – jak „Swatanie dla początkujących”, właśnie.
Oczywiście problematyczne nieco okładki to nie tylko domena polskich wydawców, bo „A Piece of Normal” tejże autorki (z pstrokatymi babeczkami) też chyba nie jest do końca przemyślanym pomysłem.

W tym momencie ktoś powinien zawołać, że to rzecz gustu, a o gustach się nie dyskutuje – zawsze ktoś taki się znajdzie. Jest to oczywiście kompletna bzdura, co widać właściwie na co dzień podczas pokazów mody, na wystawach obrazów, w trakcie dyskusji o wzornictwie przemysłowym, urodzie pań, muzyce itd. itp., ale mnóstwo ludzi tak bardzo boi się krytyki i oceny, tak bardzo jest niepewnych własnego gustu, że będą do upadłego wmawiać innym, ale przede wszystkim sobie, że o gustach nie powinno się dyskutować.

Na pobożenarodzeniowej herbatce u siostrzenicy, Wendy Spinnaker, głupiej, zadufanej w sobie pindy, po latach trzymania się z dala od takich, pełnych obłudy  i sztuczności imprez rodzinnych, zjawia się  stara, umierająca na raka ciotka Blix. Ma świadomość, że następnego takiego spędu rodzinno-towarzyskiego już nie dożyje, więc niech im będzie, starym bufonom, że to takie spotkanie pożegnalne, choć o tym, że choruje, nie zamierza mówić nikomu.  Blix jest mocno zniesmaczona i znudzona przyjęciem do momentu, w którym pojawia się Noah – syn siostrzenicy – ze swoją  narzeczoną, Marnie MacGraw, przywiezioną z Florydy. Blix Holliday w ułamku sekundy pojmuje, że z Marnie coś ją łączy i że – w jakimś sensie – obie zjawiły się tutaj właśnie po to, żeby się spotkać.
Blix, podczas rozmowy z Marnie, odkrywa u dziewczyny, raczej młodej kobiety, podobny dar – obie „widzą” pary dla siebie przeznaczone i mają wrodzony talent do kojarzenia ich, do swatania. Blix rozpoznaje też ludzi, którzy do siebie nie pasują…

„Zamykam oczy i nagle czuję się wypompowana, zmęczona. Dociera do mnie coś, o czym wcześniej nie wiedziałam, prawda bardziej natarczywa, niż wszystko, co czułam do tej pory. Marnie MacGraw i Noah się nie pobiorą”*.

Pobrali się. Choć Noah Spinnaker przed samym ślubem mocno starał się przekonać Marnie, że to nie ma sensu, że im się nie uda, dziewczyna sterroryzowała go, zalała potokiem argumentów i przekonała. Małżeństwo rozleciało się po dwóch tygodniach.

Tu pozwolę sobie na pewien wtręt. Miałem pewne podejrzenia, więc popytałem znajome czytelniczki i okazało się, że kobiety tego fragmentu zupełnie nie widzą albo bagatelizują tak bardzo, że prawie jakby nie widziały. Którego? Ano, tego wyżej. Noah nie chciał się żenić, rozmyślił się, zorientował, że się do tego nie nadaje, że sobie nie poradzi, że to się nie uda. Miał zupełną rację! Małżeństwo się rozpadło. Dlaczego? Bo Noah nie dorósł do poważnego związku, nie nadawał się do niego, nie poradził sobie. Ups!
Jednym z argumentów, które przedstawiła mu Marnie był ten, że jeśli im się nie uda, to się rozwiodą. Więc się rozwiedli. Kto zawinił? Oczywiście nie Marnie, która parła do ślubu mimo jego sprzeciwów i wątpliwości, nie – winnym jest Noah, palant i dupek, bo sprawdziły się jego obawy, bo to on miał rację. Załóżmy jednak teoretycznie, że Noah nie ugiął się presji Marnie i do ślubu nie doszło. Z czyjej winy? Ależ tak, oczywiście znowu z winy Noaha! Stara zasada okazuje się prawdziwa i tu: w związku albo mężczyzna nie ma racji, albo kobieta ma rację – trzeciej opcji nie ma.

Podobnie jak stara Blix jestem zwolennikiem teorii, „…że jeżeli wprowadzasz prawo do swoich prywatnych relacji, to popełniasz błąd” (chodzi oczywiście o małżeństwo). Wydaje mi się ona najciekawszą i najlepszą postacią tej książki – ma nawet kandydata na partnera dla Marnie, ale to już sprawa dalsza. Szkoda, że tak szybko umiera, urządzając sobie zresztą świetną stypę przedtem. Przed swoim niecodziennym odejściem ciotka Blix zapisuje Marnie MacGraw  dom w Brooklynie oraz – w pewnym sensie – dziwną kolekcję przyjaciół i znajomych, szukających szczęścia, miłości, związku, spełnienia.

Marnie ma prawie trzydzieści lat, jej związek właśnie szlag trafił. Praca – była niezłą przedszkolanką – też poszła się kichać. Życiowa katastrofa? Okazuje się, że to dobry, korzystny (nie mylić z przyjemnym) moment, by rozstać się z naiwnymi rojeniami i zacząć nowe życie. Całkowicie odmienne. Początkowo Marnie zupełnie nie pali się do kontynuowania dzieła starej Blix, realizowania rozlicznych Projektów Istot Ludzkich (Projekt Jessica, Projekt Patrick, Projekt…), zajmować się swataniem, kojarzeniem par. Zaczyna jednak to robić i… Tu opowieść ta rozpoczyna się jakby po raz drugi.

Ostatecznie ocena dla kobiet: ciepła, optymistyczna, pogodna, romantyczna opowieść o uczuciach. Dla mężczyzn: nieco naiwna, momentami mało zrozumiała, ale wartościowa w sumie pozycja edukacyjna, bo pomoże im zrozumieć, z czym będą się musieli mierzyć na co dzień, wiążąc się z jakąś panią. Nie, wcale nie żartuję, myślę, że ta książka ma sporą wartość poradnikową dla młodych mężczyzn. Przydałoby im się poznać, oswoić się (bo zrozumieć się nie da i chyba nawet nie ma takiej potrzeby) ze sposobem myślenia i funkcjonowania kobiet, jeszcze zanim wejdą z nimi w stały związek, zanim się ożenią.

Miło się czytało i szkoda tylko, że w życiu zdarzają się poważniejsze, trudniejsze sprawy, niż tylko znalezienie odpowiedniego partnera/partnerki…

„Dopóki nie będziecie świadkami takiej chwili, nie dowiecie się ile miejsca macie w sercu. Ile przestrzeni jest na tym świecie, która należy tylko do was. Wtedy nabierzecie przekonania, że miłość zwycięży. Po prostu zwycięży”**.

Ale z drugiej strony… może naprawdę nie ma nic ważniejszego od miłości?


 ;-)

--
* Maddie Dawson, „Swatanie dla początkujących”, Wydawnictwo NieZwykłe, 2019, s. 23.
** Tamże, s. 389.

czwartek, 14 marca 2019

Janusza już więcej nie będzie...


„Bezsenność w czasie karnawału” – Janusz Głowacki

Starość się Panu Bogu nie udała. Z powodów różnych bardzo, ale tu zwracam uwagę na jeden: wraz z upływem czasu coraz częściej pojawiające się stwierdzenie „już nie”. Umierają jakby częściej ulubieni i podziwiani autorzy, reżyserzy, aktorzy, fotografowie, więc nie będzie więcej ich filmów, książek, zdjęć… już nie. Tym niemniej wolny jestem, jak sądzę, od taniego sentymentalizmu dzieł (słów) ostatnich. Książka nie staje się lepsza przez to tylko, że okazała się ostatnia. Odporność na takie właśnie rozczulanie się pokazałem chyba wystarczająco dosadnie w krytycznej opinii „Ostatniego wykładu” Randy’ego Pauscha i Jeffreya Zaslowa. Stwierdzenie „już nie” (jakże ja go nienawidzę!) oznacza tyle i tylko tyle: Janusz Głowacki nie żyje, nic więcej już nie napisze – a szkoda. Szkoda, bo z grona współczesnych pisarzy polskich warsztat miał najlepszy. Później długo nic i Mika Dunin oraz Jerzy Seipp. W przypadku Głowackiego nie interesowały mnie, albo w stopniu niewielkim, jego przekonania, wierzenia i poglądy. Nie wchodziłem z nim w polemikę, nie szukałem podobieństw. Podobnie było z jego życiem, wydarzeniami, sytuacjami. Ważne było to i tylko to, jak o nich pisał. A pisał fantastycznie, znakomicie!

O tym, że książka „Bezsenność w czasie karnawału” zbudowana jest na wzór i podobieństwo „Z głowy”, wydaje się oczywiste, choć niekoniecznie sam autor taki ostateczny kształt jej nadał. Nie ma to dla mnie znaczenia – liczą się bowiem teksty i ich wymowa, klimat, nastrój. Kolejność i zakończenie wydają mi się mniej ważne.

Ja te notatki robiłem w różnych miejscach. W Warszawie też. Ale i w Nowym Jorku, Miami, Los Angeles, Moskwie, Stambule, Kijowie, Charkowie. W knajpach, hotelach, na lotniskach, kiedy w nocy zmieniałem samolot, a także w burdelach w Tajpej…*.

Podczas lektury pierwszych kilkudziesięciu stron „Bezsenności”  coś dobijało się do mojej pamięci, coś chodziło mi po głowie. I w końcu znalazłem:

Bo czymże jest pisarstwo i co to znaczy być pisarzem? Po latach wydaje mi się, że chodzi po prostu o obecność w rzeczywistości i własnym życiu, obecność całym sercem, umysłem i duszą, i nieustanne poszukiwanie w nich wciąż nowych sposobów, technik i metod na zrozumienie, doświadczenie, pokazanie tego, co – tylko pozornie – wydaje się oczywiste, zwyczajne, może nawet powszednie i banalne. Chodzi również o to, aby być uważnym, bo w rzeczywistości, także w życiu, nic chyba nie jest oczywiste, niewiele – zwyczajne, a jeszcze mniej – powszednie czy banalne.
[…]
Musiał jeszcze minąć jakiś czas, zanim przyjaciel, któremu pokazałem swój kolejny tekst, po przeczytaniu go zawołał zdumiony: »Tobie zdarzają się rzeczy kuriozalne!«. Mogłem się tylko uśmiechnąć. Wiem, że opisane zdarzenie było zupełnie zwyczajnym elementem codzienności, ale teraz i ja najwyraźniej potrafiłem tworzyć wizje rzeczywistości z materii słów**.

O ile jednak autorowi „Przebudzenia” zdarzało się czasem, rzadko dosyć, to Głowacki robił to automatycznie i odruchowo. Ptaki na parapecie biją się o okruchy? I co w tym ciekawego? Niby nic, ale Janusz Głowacki z każdego wydarzenia, okoliczności, sytuacji, obserwacji, potrafił zrobić COŚ i cynicznie, złośliwie, kpiąco, to skomentować, opisać.

„Bezsenność w czasie karnawału” to tytuł jednego z tekstów w książce, a jest ich w niej bardzo wiele, na tematy przeróżne (współczesna Polska, wspomnienia amerykańskie, kariera itd.). Nocne błądzenie po mieście w czasie karnawału, wspomnienia i bieżące przeżycia, obserwacje, przemyślenia, wnioski, obrachunki osobiste starego człowieka, wydają się motywem przewodnim całości.

…zastanawiam się, czy jak człowiek długo pożył i się napatrzył, to się ma jeszcze prawo uważać za przyzwoitego czy już niekoniecznie. Przecież nawet świnia by się wyrzygała***.

Z Głowackim nie trzeba się zgadzać – to dzieło sztuki i albo się podoba, albo nie. Jaki sens miałoby upieranie się, że nie zgadzam się z Picassem, Szymanowskim, Rodinem?

Na zakończenie, w „Epilogu”, o ojcu opowiada Zuza Głowacka (naprawdę – Zuza, tak jest w książce, nie Zuzanna, ale właśnie Zuza), starając się jakby ocieplić obraz Głowackiego, opowiadając o jego szczególnym stosunku do zwierząt i lękach. Zdradza tam także, jak sam Janusz Głowacki planował zakończenie „Bezsenności w czasie karnawału”, co jednak, jak wiadomo, nie było mu dane.


--
* Janusz Głowacki, „Bezsenność w czasie karnawału”, Wyd. W.A.B., 2018, s. 35.
** „Przebudzenie. Droga do świadomego życia”, Druga Strona, 2014, s. 13-15.
*** Janusz Głowacki, „Bezsenność w czasie karnawału”, Wyd. W.A.B., 2018, s. 7.

poniedziałek, 11 marca 2019

Sensacja jakich całe mnóstwo


„Jedyna szansa” –  Harlan Coben

Historia zaczyna się, gdy chirurg plastyczny, Marc Seidman (ale nie taki od poprawiania cycków i zarabiający krocie, tylko specjalista od chirurgii rekonstrukcyjnej, zwłaszcza dzieci z biednych krajów albo po wypadkach), zostaje w swoim domu postrzelony; ciężko ranny, ledwie przeżył. Kiedy odzyskuje przytomność na oddziale intensywnej terapii, dowiaduje się, że jego żona, Monica, nie żyje, a półroczna córeczka, Tara, została porwana.

Kiedy porywacze zgłaszają żądania (dwa miliony dolarów), kierują je nie do Seidmana, wiedzą najwyraźniej, że nie jest zamożny, ale do jego bogatego teścia. Doktor, jako praworządny obywatel, zgłasza sprawę policji, a ta okazuje się oczywiście nieudolna, pieniądze przepadają, Tary nie odzyskano.

Półtora roku później porywacze ponawiają żądania. Akcja nabiera tempa.

Przeciętna powieść sensacyjna z klasycznymi elementami: durni gliniarze podejrzewają Seidmana, jakby zapominając, że ledwie przeżył (sanitariusze w karetce byli przekonani, że wiozą trupa) zamach i napad. Pojawia się dawna wielka miłość, w policji albo FBI mają kreta (donosiciela, wtyczkę) itp.
Czyta się ją płynnie, ale nie ma w powieści właściwie nic porywającego, nic, co można byłoby zapamiętać przez choćby kilkanaście miesięcy. Ostatecznie można po nią sięgnąć, ale nie trzeba.

środa, 6 marca 2019

Uważaj! Oni wiedzą wszystko!


Wczoraj wieczorem postanowiłem sprawdzić, jak działa składanie wniosku o nowy Dowód Osobisty przez internet. Wlazłem na odpowiednią stronę, wypełniłem wszystkie rubryczki, dołączyłem skan zdjęcia... Dziś rano zadzwoniła do mnie miła pani z urzędu i powiadomiło, że muszę donieść lub przesłać nowe zdjęcie, bo to sprzed prawie trzech lat nie może być przyjęte. OK., w porządku, zrobię nowe i zaniosę albo wyślę, ale... skąd urząd wie, że zdjęcie (elektroniczne), które im wczoraj wysłałem jest sprzed 2,8 roku?
I to by było na tyle, jeśli chodzi o anonimowość i ochronę... czegokolwiek.

Był też ciąg dalszy. Następnego dnia poszedłem do fotografa, zrobiłem zdjęcie (potrzebne było jedno, ale nie można mniej niż cztery i... 30,00 PLN), zaniosłem do urzędu, a tam - okazje się - nie wiedzą, co z tym fantem zrobić i jak. Pani, z którą rozmawiałem wczoraj, dzisiaj nie ma. Reszta urzędników radziła, żebym to zdjęcie też wysłał przez internet, więc musiałem im wyjaśnić, że mój wniosek o wydanie nowego dowodu został zablokowany z powodu braku zdjęcia, a to oznacza, że nie mogę dodać zdjęcia do zablokowanego wniosku.  Polska! Po prostu...

Kiedy wracałem, mijałem Zakład Pogrzebowy, a na nim reklamę Dnia Kobiet. Pomyślałem, że delikatność w narodzie rośnie, skoro nie napisali, że dzień zmarłych kobiet...

Mijałem też Zdrową Krowę (lokal ze stekami), która zajęła miejsce po zlikwidowanej aptece. Widać bardziej jest potrzebna.

Dzień po tym, jak dostarczyłem nowe, aktualne zdjęcie, zadzwoniła do mnie milutka pani z urzędu, podziękowała za zdjęcie i podyktowała numer wniosku, żebym na ich stronie mógł sam sobie sprawdzić, czy mój nowy dowód jest już gotowy. Więc dziś sprawdziłem. Informacja systemu: "Twój wniosek został odrzucony. Skontaktuj się z urzędem, w którym składałeś/łaś wniosek. Powód odrzucenia wniosku: ZŁE ZDJĘCIE".

Poddaję się, mam dosyć.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Feynman - zbieranina różności


„A co ciebie obchodzi, co myślą inni?” – Richard P. Feynman

Czyli dalsze przypadki ciekawego człowieka, kontynuacja książki „Pan raczy żartować, panie Feynman! Przypadki ciekawego człowieka”. Zbiorek jakby nieco… chaotyczny, a wspomnienia autora nie są ułożone chronologicznie.

Historia paru podróży, kilka listów, znakomite przemówienie fizyka „Wartość nauki”, obszerna relacja z prac komisji prezydenckiej, zajmującej się wyjaśnieniem katastrofy promu kosmicznego Challenger (pół książki; prawie jak powieść sensacyjna), ciekawostki związane ze spotkaniem belgijskiej pary królewskiej, starcie z feministkami, małżeństwo z Arlene, nocleg w japońskiej gospodzie, i – niestety – wizyta w Polsce z okazji konferencji naukowej (Jabłonna, 1963).

Tak pisał Feynman z warszawskiego Grand Hotelu do Gweneth, trzeciej żony: 
Konferencja nic mi nie daje. Niczego się nie uczę. Ponieważ nie robią żadnych doświadczeń, dziedzina ta jest martwa, więc zajmuje się nią niewielu spośród najlepszych. Skutek jest taki, że jest tu mnóstwo tumanów (126), co nie wpływa korzystnie na moje ciśnienie: wygaduje się tu takie brednie i z powagą omawia tak idiotyczne tematy, że poza oficjalnymi sesjami wdaję się w sprzeczki (powiedzmy, w czasie lunchu), ilekroć ktoś zada mi jakieś pytanie albo zaczyna opowiadać o swojej „pracy”. Ta „praca” jest zwykle: 1. kompletnie niezrozumiała, 2. niejasna i ogólnikowa, 3. poprawna na jasny i oczywisty temat, ale poparta niesłychanie długą i skomplikowaną analizą i przedstawiana jako ważne odkrycie, 4. opartym na głupocie autora twierdzeniem, że jakiś oczywisty i poprawnie zinterpretowany fakt, od lat przyjęty za pewnik, jest w rzeczywistości błędny (ci są najgorsi; żaden argument nie przekona idioty), 5. próbą dokonania czegoś niekoniecznie niemożliwego, lecz z pewnością bezużytecznego, która, jak okazuje się na koniec, rzeczywiście jest nieudana (pojawia się deser i zostaje skonsumowany), lub 6. jest całkowicie błędna. Obecnie mamy do czynienia ze wzmożoną „działalnością na polu”, ale „działalność” polega przede wszystkim na udowodnieniu, że poprzednia „działalność” kogoś innego zaprowadziła w ślepy zaułek, nie wniosła pożytecznego wkładu w naukę lub przeciwnie - okazała się obiecująca. Zupełnie jak masa robaków, które pełzając po sobie nawzajem, próbują się wydostać z butelki. Nie chodzi o to, że temat jest mało przystępny; chodzi o to, że wszyscy rzeczywiście dobrzy zajmują się czymś innym.

O Warszawie też nie miał najlepszego zdania (z tegoż listu): 
... podczas wojny Warszawa została doszczętnie zniszczona, i w związku z tym, z paroma wyjątkami (które łatwo poznać po dziurach od kul), wszystkie budynki wybudowano po wojnie. Jest to naprawdę znaczne osiągnięcie – nowych budowli jest bardzo dużo: Warszawa jest dużym, w całości odbudowanym miastem. Geniusz tutejszych budowniczych polega na tym, że potrafią wznosić stare budynki. Są tu budynki z odpadającymi elewacjami (ściany pokryte zaprawą i plamami starych cegieł), zardzewiałe kraty okienne, rdzawe zacieki na murach itd. Na dodatek architektura jest stara – zdobienia jak z 1927 roku, ale cięższe – nie ma nic ciekawego do oglądania (oprócz jednego budynku).

Słyszałem lub czytałem kiedyś, że tak zła ocena wynikała z poirytowania Feynmana tym, że w Grand Hotelu nie mógł porozumieć się po angielsku. Do Polaków taki argument może nawet dobrze trafiać, ale żadnemu cywilizowanemu naukowcowi nie wpadłoby do głowy krytykować poziomu międzynarodowej konferencji naukowej, bo… w hotelowym barze nie mówią w jego języku albo zabrakło lodu. W malutkiej japońskiej gospodzie w Iseokitsu, też nie za bardzo udało mu się porozumieć po angielsku (prędzej po japońsku), i toalety w stylu zachodnim nie było, a jednak opinia Feinmana o tym miejscu i kraju jest bardzo ciepła.

Książka niezła, ale to jednak już nie ta klasa, co „Pan raczy żartować” – po prostu zlepek różnych relacji z różnych zdarzeń. Sprawia wrażenie poskładanego trochę jakby na siłę.

czwartek, 21 lutego 2019

Fizyk, laureat Nobla na wesoło


„Pan raczy żartować, panie Feynman! Przypadki ciekawego człowieka” – Richard Feynman

Określenie „przypadki” w podtytule uważam za znakomicie dobrane, bo niezwykle trafnie określa opowieść o sobie Feynmana, genialnego fizyka, laureata nagrody Nobla.  Czytało mi się tę książkę świetnie, ale dłuższą chwilę zastanawiałem się, dlaczego aż tak dobrze. Ale najpierw wspomnienie.

Dawno, dawno temu uczestniczyłem w rozmowach rekrutacyjnych. Pewna firma potrzebowała kilku pracowników. Wymagania wobec kandydatów, których zgłosiło się ze trzydziestu, nie były trudne, zawierały się w dziesięciu punktach i to tak sformułowanych, że nie były wykluczające, na przykład: znajomość języka obcego będzie dodatkowym atutem albo umiejętność obsługi komputera zwiększa szanse. Zaskoczyło mnie to, że ponad połowa kandydatów zaczynała rozmowę od wyliczenia tych punktów, których nie spełniają.
Uważam, że tragedią Polaków z mojego pokolenia (być może nadal tak jest, ale o tym nie wiem) było rodzicielskie napominanie: Nie chwal się! Nieładnie jest się chwalić! Wielu nie wyzwoliło się nigdy z tego ograniczenia wdrukowanego im w psychikę w dzieciństwie. Byli, i są nadal, osobami wręcz niezdolnymi do powiedzenia o sobie czegoś dobrego, do wymienienia kilku choćby określonych swoich zalet. Niektórym, jak mnie, przełamanie tej psychicznej blokady zajęło dużo czasu i kosztowało wiele wysiłku. Także zrozumienie, że fałszywa skromność nie jest zaletą, nie było takie proste.

„Pan raczy żartować, panie Feynman!” nie jest autobiografią, choć z pozoru i ze względu na chronologiczny układ treści, tak się może wydawać. Byłem zachwycony, bo Richard Feynman pisał o sobie dobrze, nawet bardzo, bez najmniejszego skrępowania, krygowania się i kompleksów. Zresztą, ponad wszelką wątpliwość miał z czego być dumny. Pisał też o swoich pomyłkach i błędach, które stawały się okazją, by nauczyć się czegoś więcej, zrozumieć bardziej.

Jest ta jego książka także okazją na spojrzenie na Amerykę i mentalność Amerykanów w latach trzydziestych, czterdziestych i dalej. Jak bardzo wszystko się zmieniło pokazuje choćby historia pierwszej randki Feymana, randki, do której nie doszło. Na pierwszym roku studiów Richard Feynman umówił się z kelnerką, a może barmanką, już nie pamiętam. Kiedy dowiedzieli się o tym koledzy z bractwa studenckiego (z konfraterni), wydelegowali do dziewczyny grupę, która zawiadomiła ją, że zaszła pewna pomyłka, nieporozumienie, a Feymana pouczyli, że nie powinien się zadawać z byle kim.

Bardzo dobra książka, napisana z dystansem do siebie i zdarzeń, z poczuciem humoru, pełna anegdot i rozmaitych ciekawostek. Jej kontynuacją albo uzupełnieniem jest, ułożona już zupełnie niechronologicznie, „A co ciebie obchodzi, co myślą inni?”.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Niels Oxen i Margrethe Franck


„Zanim zawisły psy” – Jens Henrik Jensen

Jestem księgarzem, a to oznacza, że o dystrybucji książek mam pewne pojęcie oraz zwracam często uwagę na detale nieważne dla innych osób. Więc kiedy okazało się, że „Zanim zawisły psy” to pierwsza część trylogii i że mogę ją mieć za darmo (nie tylko ja zresztą), wyciągnąłem z tego faktu dwa wnioski. Książka nie sprzedaje się tak dobrze, jak oczekiwał wydawca i trzeba jakoś podgrzać zainteresowanie czytelników, zanim zacznie się wprowadzać na rynek dalsze tomy. A po drugie, to akurat już banalne, jeśli mowa o trylogii, to wiadomo, że tom pierwszy skończy się dobrze. Głównego bohatera dzieła wielotomowego nie uśmierca się raczej w tomie pierwszym. 

Odnoszę wrażenie, że w „Zanim zawisły psy” autor próbował złapać za ogony zbyt wiele srok, bo trochę tu mrocznego kryminału, w całkiem dobrym stylu zresztą, trochę historii i geografii Danii, za dużo political-fiction i wreszcie elementy thrillera. Nie mam fiksacji na temat kryminałów autorów skandynawskich, więc w takich dziełach męczę się tylko z nazwami i nazwiskami, których ani zapamiętać, ani wymówić nie umiem. Tu trochę mi zajęło uczenie się, że na przykład Bergsøe to nazwisko prominentnego adwokata utopionego przez nurka w jeziorze, a nie nazwa jakiejś miejscowości.

Fabuła. Były komandos, Niels Oxen, żołnierz niesamowicie sprawny, odważny, wiele razy odznaczony, z objawami stresu pourazowego, jakiego nabawił się w misjach na Balkanach, wegetuje w Kopenhadze, bo tak chyba nazwać trzeba utrzymywanie siebie oraz białego psa, Mr. White’a, jedynego przyjaciela, ze zbierania butelek i jedzenia przeterminowanych artykułów spożywczych, przeznaczonych do utylizacji. W pewnej chwili wpada na pomysł, żeby zaszyć się w jakiejś głuszy, w lasach północnej Jutlandii, żyć z tego, co natura daje i zupełnie odizolować się od ludzi. To oznacza, że znajdzie się w niewłaściwym czasie w bardzo niewłaściwym miejscu.

Tajemniczy morderca zabija ważnych ludzi, ale wcześniej, jakby sygnalizując to, co ma się zdarzyć, wiesza ich psy. Niels Oxen pasuje na sprawcę jak ulał, więc musi odszukać prawdziwego zabójcę, żeby oczyścić się z podejrzeń. Komandos dokonuje tego razem z agentką Margrethe Franck, która… Resztę trzeba będzie doczytać samodzielnie.

W sumie niezła książka, choć kłopotliwe są te duńskie nazwy, a fabuła zbudowana na motywie: bohater musi znaleźć sprawcę, bo sam jest podejrzany, wydaje się już za bardzo wyeksploatowana. Rozrywka na średnim poziomie, taka… ani dobra, ani zła. Przeciętna po prostu.

środa, 13 lutego 2019

Kobiety są cacy, mężczyźni nie


„Vox” – Christine Dalcher

Kiedy religia i władza łączą siły, otwierają się wrota piekieł i budzą się demony…

Nie lubię feministek. Mizoginów i seksistów też nie. Zapewne dlatego, że lubię i szanuję kobiety. Uważam, że to feministki właśnie kreują obraz kobiet, jako istot niezdolnych do posługiwania się zdrowym rozsądkiem i logiką, niestabilnych emocjonalnie, słabszych i głupszych od mężczyzn. Przecież właśnie dlatego domagają się specjalnego traktowania, wyjątkowych praw, przywilejów… Ktoś, kto uważa się za równego innym, nie żąda specjalnych parytetów – proste.
A zaledwie kilka dni temu internet huczał po wypowiedzi/pytaniu fińskiej feministki (Saara Särmä): Czy biały, heteroseksualny mężczyzna jest jeszcze człowiekiem?
W każdym razie z tych powodów z pewnym uprzedzeniem podchodziłem do debiutu pani Dalcher.  Kobiety tak sterroryzowane, że mogą wypowiadać tylko sto słów na dobę? No, bez przesady! Jednak – jak to już wspominałem – powieść (każda powieść) składa się z dwóch elementów: pomysłu (fabuły) oraz warsztatu pisarskiego autorki/autora. Więc szukając tego drugiego, zacząłem jednak czytać.

Urny wyborcze nie są dla kobiet, do których należy inna sfera życia, niesamowicie ważna i odpowiedzialna. Kobieta jest mianowaną przez Boga strażniczką ogniska domowego. Powinna uświadomić sobie w pełni, że jej rola żony i matki, rodzinnego anioła, jest najświętszym, najbardziej czcigodnym zaszczytem, jakiego mogą dostąpić śmiertelnicy i powinna się wyzbyć jakichkolwiek wyższych aspiracji, nie ma bowiem nic równie wzniosłego, co mogłaby osiągnąć osoba śmiertelna*.

Nie, rzecz nie dzieje się i nie dotyczy jakiegoś zapyziałego kraju islamskiego, ale USA. I nie chodzi o przejęcie władzy przez muzułmanów – takich zmian dokonali chrześcijanie, głównie katolicy i protestanci. Zmiany w prawie, przepisach, mentalności, zwyczajach, nie były nagłe i nie pojawiły się w wyniku jakiegoś przewrotu – to był proces trwający wiele lat. I odbył się demokratycznie… mniej więcej. Bo nic tak nie umacnia zła, jak bezczynność dobrych ludzi.

Kiedy inne kobiety, jej koleżanki, znajome, walczyły z nadciągającym ciemnogrodem, doktor Jean McClellan, neurolingwistka, zajęta była romansem oraz swoimi badaniami oraz karierą naukową – co też jest niezłym prztyczkiem w nos wymierzonym ludziom biernym politycznie, takim, co to… na wybory nie pójdę, bo to i tak nic nie zmieni. Główna bohaterka, Jean McClellan, dowiaduje się poniewczasie, że może jednak miało to sens. Tylko, że teraz, nie ma już ona praw wyborczych. Nie ma paszportu, nie wolno jej mieć i czytać książek, na poczcie nie sprzedadzą jej znaczka, a w sklepie papierniczym długopisu. Specjalne służby pilnują, żeby kobiety nie posługiwały się językiem migowym albo jakimś podobnym systemem porozumiewania się. Jeśli w ciągu doby kobieta lub dziewczynka wypowie więcej niż sto słów, specjalna bransoleta na nadgarstku razi ją prądem.

Seks przedmałżeński i pozamałżeński został oficjalnie uznany za przestępstwo**.

Homoseksualiści wtrąceni zostali do więzień, cudzołożnice harują na farmach Dakoty Północnej.  Amerykańska Liga Cnoty kontroluje prawie wszystko. Prawie, bo nie potrafi wyleczyć afazji Wernickego***… ani jej wywołać. Jeszcze nie.

Współczesny świat charakteryzuje swoisty dualizm. Z jednej strony niesłychany rozwój techniki i technologii, będący wynikiem panowania człowieka nad materią, a z drugiej coraz bardziej niepokojące zjawiska społeczne – depresje, samobójstwa, uzależnienia, przestępczość… nie ma chyba miesiąca, żeby w jakiejś szkole w USA nie ginęli uczniowie, dzieci, od strzałów z broni automatycznej.
Chodzi teraz o to, by nie rezygnując z pierwszego, przemodelować drugie. Stąd pomysł, by cofnąć USA o jakieś 70-80 lat, to jest do czasów, w których prawdziwie amerykańskie i chrześcijańskie wartości miały jeszcze znaczenie. A zaraz potem skorygować jeszcze trochę bardziej i jeszcze, i jeszcze – wynik tego… zabiegu jest widoczny w pierwszych rozdziałach książki.

Kiedy brat prezydenta uległ wypadkowi (czy aby na pewno wypadkowi?), dr McClellan zostaje zaproszona do powrotu do pracy i laboratorium, i kontynuowania przerwanych kiedyś badań. Oczywiście mężczyzna, który kierował instytutem po odejściu kobiet, był zupełnie nieudolny, jak to samiec. McClellan właściwie nie ma wielkiego wyboru, tym bardziej, że przedstawiciele władzy zdejmują jej, liczącą słowa, bransoletę, a to jednak jest sporo warte. Tak więc główna bohaterka wraca do swojej pasji i życia nieco bardziej zbliżonego do normalności (ale tylko trochę zbliżonego), wytargowała też od prezydenta wolność dla córki, ale powoli zaczyna domyślać się, że powrót do zdrowia Bobby’ego Myersa, brata prezydenta, chyba nie wszystkim jest na rękę. Nie jest też wykluczone, że kwestia jego zdrowia i on sam jest pionkiem w grze… o wszystko.

Nieco zaskoczył mnie pomysł wykorzystania w kampanii reklamowej hasztagu #MeToo. Chyba specjaliści od marketingu coś przeoczyli. Z rok temu była to jeszcze wartościowa akcja, otwierająca drogę do poważnej debaty społecznej. Obecnie jednak coraz częściej wywołuje oburzenie, zniecierpliwienie i niesmak. Zwłaszcza po tym, gdy jedna z czołowych postaci ruchu MeToo, włoska aktorka Asia Argento, zapłaciła w ramach ugody przedsądowej kilkaset tysięcy dolarów mężczyźnie, który oskarżał ją o molestowanie seksualne. O podobne zachowania została oskarżona też znana feministka, Avital Ronell, wykładająca na Uniwersytecie w Nowym Jorku. Dziś MeToo coraz częściej jest sposobem na zwrócenie na siebie uwagi przez celebrytów, a także wyłudzanie odszkodowań. W końcu ktoś też zdał sobie sprawę, że w cywilizowanych krajach publiczne oskarżanie kogokolwiek (nie skazanego prawomocnym wyrokiem sądu) o popełnienie przestępstwa, narusza prawo, a do łamania prawa nie powinno się nawoływać ani nakłaniać. Kiedy jeszcze pojawiły się odmiany tej akcji, na przykład #ChurchToo (stop molestowaniu w Kościele!), zrobiło się jakby polityczno-histerycznie. A szkoda, bo wartościowa akcja stała się… dwuznaczna.

Rozbawiło mnie stwierdzenie, że przeciętny człowiek wypowiada codziennie 16 tysięcy słów, bo to jest jakieś 25-30% średniej grubości książki. Jestem pewien, że częściej wypowiadam poniżej stu słów dziennie niż ponad 16 tysięcy. Oczywiście zależy to od okoliczności, stylu życia i innych takich. Przede wszystkim jest jednak kwestią wolnego wyboru, a nie przymusu.

Świetny pomysł miała autorka, żeby powieść podzielić na mnóstwo krótkich rozdziałów. Dzięki temu czyta się ją gładko, bez znużenia, dynamicznie. I choć nadal kwestię stu słów uważam za przesadną, przerysowaną, to książka jako taka warta jest przeczytania ponad wszelką wątpliwość.

W pełni zgadzam się z Christine Dalcher co do tego, że partnerzy kobiet dzielą się na mężczyzn i owce. Te, które trafiły na owcę, mają pecha. Te, którym trafił się mężczyzna… natychmiast i wszelkimi sposobami próbują zmienić go w owcę. Jeśli/kiedy im się to uda, zaczynają nim gardzić i szukają jakiegoś emocjonalnie niedostępnego przemocowca, bo przecież wiadomo, że łobuz kocha najbardziej.


Ciekawostka: ten tekst zawiera około tysiąc wyrazów.




---
* Christine Dalcher, „Vox”, przekład Radosław Madejski, Muza, 2019, s. 73 (tekst przed korektą).
** Tamże, s. 159.
*** Odkryty przez Carla Wernickego obszar kory mózgowej ulokowany w polu Brodmanna. Uszkodzenie tegoż (afazja) powoduje zaburzenia mowy, a nawet niemotę.