piątek, 22 marca 2019

Dawno, dawno temu, na Rusi...


„Dziewczyna z wieży” – Katherine Arden

Nie czytałem tomu pierwszego cyklu i w związku z tym obawiałem się, czy nie będę miał kłopotów ze zrozumieniem fabuły powieści, ale w trakcie lektury okazało się, że w akcję wchodzi się gładko, bez problemów i wątpliwości, mogę więc zapewnić, że nieznajomość wydarzeń wcześniejszych, nie stanowi jakiejś istotnej przeszkody. Choć na pewno by się przydała. W każdym razie jakoś domyśliłem się, skąd się wzięły np. gadające konie i jaką rolę wcześniej odegrał Morozko (Dziadek Mróz, Father Frost, Морозко, tu akurat demon mrozu).

Do momentu powstania fantasy pisarze powieści historycznych mieli pod górkę, bo zawsze znalazłby się jakiś zły człowiek, który wytknąłby im ewentualne błędy – a to, stroje w tym czasie były nie takie, a to broń w tamtych rejonach była nieco inna, a to potrawy…, a to zwyczaje…, a to… Bez solidnej kwerendy, bardzo solidnej, nie można było się obejść.
Później okazało się, że jeśli na realiach historycznych autor aż tak bardzo się nie zna i zajmować się nimi nie zamierza, to wystarczy dorzucić trochę magii, jakiegoś ducha lub demona, czy innego Dziadka Mroza i już znawcy tematu mogli autorowi skoczyć – to nie była już powieść historyczna, ale… fantasy. Albo fantastyczna baśń. Dokładnie tak to było w przypadku cyklu „Opowieści rodu Otori” (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/50183/siec-niebios/opinia/17514262#opinia17514262). Coś podobnego zauważyłem, czytając „Dziewczynę z wieży” – niby to średniowieczna Ruś, niby początki Księstwa Moskiewskiego, ale niezupełnie, bo detale nie bardzo się zgadzają; na przynajmniej jeden z tych niepasujących do określonego czasu elementów (terem, s. 26), zwracała w książce uwagę tłumaczka. Ale ostatecznie to tylko moje luźne skojarzenie. Nie takie motywy musiały kierować Katherine Arden. A poza tym… Czy taki manewr (w razie czego), to jest wprowadzenie elementów fantastycznych do powieści historycznej, jest czymś złym, nagannym? Nie, nie jest – może on jednak zarówno powieści pomóc, jak i zaszkodzić, wszystko zależy od kunsztu autora i tłumacza. W przypadku „Dziewczyny z wieży” wyraźnie pomógł. Bez elementów magiczno-baśniowych byłaby to skromniutka historyjka o niewielkiej wartości i… nie do końca wiadomo, o czym.
 
Główna bohaterka ma na imię Wasia i jest to niewątpliwie zabieg celowy – to szczególne  imię rosyjskie, którego zdrobnienie może dotyczyć zarówno kobiety (Wiesielina, Wasylisa) jak i mężczyzny (Wasilij) – w powieści musi ona często udawać chłopaka. A wiadomo, że kłamać jest nieładnie. Natomiast zadźgać darowanym sztyletem od tyłu bandytę, pilnującego porwanych dziewczynek, to już można bez wyrzutów sumienia.
Wasia ucieka z rodzinnej wsi po śmierci ojca – ktoś taki nie mógł być tolerowany przez rosnące w siłę i butę chrześcijaństwo – w Leśnej Ziemi zaczęto uważać ją za czarownicę; w najlepszym przypadku trafiłaby do klasztoru, zamknięta tam siłą na resztę życia. Na jej szczęście wioskowi uznali, że zginęła i nie szukali zbyt długo.
Wasilisa Pietrowna jest odważna, tego nie można jej odmówić i zdeterminowana, ale wynika to raczej z braku doświadczenia i realnej wiedzy o otaczającym świecie niż z rozsądnego męstwa. Nic w tym dziwnego – jest dzieckiem, dorastającą dziewczyną w tym okresie życia, w którym zmienia się w kobietę. Jej zwiedzanie świata skończyłoby się zgonem po dwóch tygodniach, gdyby nie pomoc Morozki, który wyraźnie coś do niej czuje. I nie on jeden... niestety.

W tym samym czasie okoliczne wsie nękane są przez tajemniczych bandytów – nie pozostawiają po sobie śladów, porywają małe dziewczynki. Wydarzeń tych jest coraz więcej. Do Moskwy przybywa tajemniczy Kasjan Lutowicz, niezależny dotąd bojar, prosić o pomoc w walce z bandytami. Książę Moskiewski, żeby nie zwariować z nudów i nie rozmyślać o wielkiej polityce, wyrusza z drużyną, pokarać bandziorów. Towarzyszy im brat Wasi, mnich-wojownik, przekonany dotąd, że siostra nie żyje.

Rodzeństwo oraz reszta zbrojnych wybiera się ratować Moskwę przed zagrożeniem, z którego nikt wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Pewne specjalne talenty Wasi okażą się do tego celu nieocenione, bo też i nie ze zwykłymi w tych czasach zagrożeniami przyjdzie im się mierzyć.
Polityka i wojna to jedno, ale sprawy osobiste, a zwłaszcza rodzinne Wasi, komplikują się coraz bardziej, do czego z pełnym zaangażowaniem przyczynia się ksiądz Konstanty Nikonowicz.

Człowiek boży nie powinien się mścić, lecz… To nie zemsta, myślał Konstanty. Walka ze złem to w oczach Boga dobro. Zresztą, jeśli słowa Kasjana okażą się prawdą, Konstanty może rzeczywiście zostanie biskupem*.

Powieść zbudowana jest na nastrojach, emocjach, wrażeniach, odczuciach. Tylko uważny czytelnik (raczej czytelnik właśnie, a nie czytelniczka) zauważy brak konkretów, takich elementów, które osadzają opowieść w określonym czasie i miejscu. Takich, dzięki którym można sobie wyobrażać, a nie tylko odczuwać. Przykład. Więcej niż połowa akcji dzieje się w lesie, na drogach, na zewnątrz w każdym razie, a las, jak to las, każdy zna. Czasem jednak przenosimy się do wnętrza – chaty, domu bojara, komnaty książęcej, sauny, więc teraz pytanie: jak te pomieszczenia są umeblowane, co stanowi ich wyposażenie (poza piecem)? Podobnie jest zresztą z opisami osób, postaci nie pierwszoplanowych – ogólny zarys, bardzo skromny, obejmujący najbardziej dominującą cechę. To powiedziałbym jest powieści minusem. Plusem za to to, że czyta się ją bardzo szybko, z zaciekawieniem, co też wydarzy się za chwilę, na następnej stronie.

Polecam tym wszystkim, którzy lubią bajki dla dorosłych i dorastających, ale uwaga – w tym przypadku „dla dorosłych” nie oznacza scen lub treści erotycznych.



 
--
* Katherine Arden, „Dziewczyna z wieży”, wyd. Muza, 2019, przekład Katarzyna Bieńkowska, s. 443.

wtorek, 19 marca 2019

Uroczy romans dla płci obojga


„Swatanie dla początkujących” – Maddie Dawson

Blado-glutowata okładka z obrazkami jak z bajek dla młodszych dzieci. Tytuł z kolei sugeruje poradnik (do pewnego stopnia słusznie). Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy niektórzy wydawcy nie wierzą już w istnienie i działanie księgarń, w których potencjalny czytelnik sięga po książkę, bo zaintryguje go tytuł lub/i okładka. Oczywiście ostatecznie sprzedać da się wszystko, chodzi tylko o to, ile wysiłku i pieniędzy trzeba będzie przeznaczyć na reklamę. Jeśli jednak tych dodatkowych środków nie ma zbyt wiele, to zdarzyć się może, że umknie uwadze większości potencjalnych nabywców pozycja naprawdę całkiem niezła – jak „Swatanie dla początkujących”, właśnie.
Oczywiście problematyczne nieco okładki to nie tylko domena polskich wydawców, bo „A Piece of Normal” tejże autorki (z pstrokatymi babeczkami) też chyba nie jest do końca przemyślanym pomysłem.

W tym momencie ktoś powinien zawołać, że to rzecz gustu, a o gustach się nie dyskutuje – zawsze ktoś taki się znajdzie. Jest to oczywiście kompletna bzdura, co widać właściwie na co dzień podczas pokazów mody, na wystawach obrazów, w trakcie dyskusji o wzornictwie przemysłowym, urodzie pań, muzyce itd. itp., ale mnóstwo ludzi tak bardzo boi się krytyki i oceny, tak bardzo jest niepewnych własnego gustu, że będą do upadłego wmawiać innym, ale przede wszystkim sobie, że o gustach nie powinno się dyskutować.

Na pobożenarodzeniowej herbatce u siostrzenicy, Wendy Spinnaker, głupiej, zadufanej w sobie pindy, po latach trzymania się z dala od takich, pełnych obłudy  i sztuczności imprez rodzinnych, zjawia się  stara, umierająca na raka ciotka Blix. Ma świadomość, że następnego takiego spędu rodzinno-towarzyskiego już nie dożyje, więc niech im będzie, starym bufonom, że to takie spotkanie pożegnalne, choć o tym, że choruje, nie zamierza mówić nikomu.  Blix jest mocno zniesmaczona i znudzona przyjęciem do momentu, w którym pojawia się Noah – syn siostrzenicy – ze swoją  narzeczoną, Marnie MacGraw, przywiezioną z Florydy. Blix Holliday w ułamku sekundy pojmuje, że z Marnie coś ją łączy i że – w jakimś sensie – obie zjawiły się tutaj właśnie po to, żeby się spotkać.
Blix, podczas rozmowy z Marnie, odkrywa u dziewczyny, raczej młodej kobiety, podobny dar – obie „widzą” pary dla siebie przeznaczone i mają wrodzony talent do kojarzenia ich, do swatania. Blix rozpoznaje też ludzi, którzy do siebie nie pasują…

„Zamykam oczy i nagle czuję się wypompowana, zmęczona. Dociera do mnie coś, o czym wcześniej nie wiedziałam, prawda bardziej natarczywa, niż wszystko, co czułam do tej pory. Marnie MacGraw i Noah się nie pobiorą”*.

Pobrali się. Choć Noah Spinnaker przed samym ślubem mocno starał się przekonać Marnie, że to nie ma sensu, że im się nie uda, dziewczyna sterroryzowała go, zalała potokiem argumentów i przekonała. Małżeństwo rozleciało się po dwóch tygodniach.

Tu pozwolę sobie na pewien wtręt. Miałem pewne podejrzenia, więc popytałem znajome czytelniczki i okazało się, że kobiety tego fragmentu zupełnie nie widzą albo bagatelizują tak bardzo, że prawie jakby nie widziały. Którego? Ano, tego wyżej. Noah nie chciał się żenić, rozmyślił się, zorientował, że się do tego nie nadaje, że sobie nie poradzi, że to się nie uda. Miał zupełną rację! Małżeństwo się rozpadło. Dlaczego? Bo Noah nie dorósł do poważnego związku, nie nadawał się do niego, nie poradził sobie. Ups!
Jednym z argumentów, które przedstawiła mu Marnie był ten, że jeśli im się nie uda, to się rozwiodą. Więc się rozwiedli. Kto zawinił? Oczywiście nie Marnie, która parła do ślubu mimo jego sprzeciwów i wątpliwości, nie – winnym jest Noah, palant i dupek, bo sprawdziły się jego obawy, bo to on miał rację. Załóżmy jednak teoretycznie, że Noah nie ugiął się presji Marnie i do ślubu nie doszło. Z czyjej winy? Ależ tak, oczywiście znowu z winy Noaha! Stara zasada okazuje się prawdziwa i tu: w związku albo mężczyzna nie ma racji, albo kobieta ma rację – trzeciej opcji nie ma.

Podobnie jak stara Blix jestem zwolennikiem teorii, „…że jeżeli wprowadzasz prawo do swoich prywatnych relacji, to popełniasz błąd” (chodzi oczywiście o małżeństwo). Wydaje mi się ona najciekawszą i najlepszą postacią tej książki – ma nawet kandydata na partnera dla Marnie, ale to już sprawa dalsza. Szkoda, że tak szybko umiera, urządzając sobie zresztą świetną stypę przedtem. Przed swoim niecodziennym odejściem ciotka Blix zapisuje Marnie MacGraw  dom w Brooklynie oraz – w pewnym sensie – dziwną kolekcję przyjaciół i znajomych, szukających szczęścia, miłości, związku, spełnienia.

Marnie ma prawie trzydzieści lat, jej związek właśnie szlag trafił. Praca – była niezłą przedszkolanką – też poszła się kichać. Życiowa katastrofa? Okazuje się, że to dobry, korzystny (nie mylić z przyjemnym) moment, by rozstać się z naiwnymi rojeniami i zacząć nowe życie. Całkowicie odmienne. Początkowo Marnie zupełnie nie pali się do kontynuowania dzieła starej Blix, realizowania rozlicznych Projektów Istot Ludzkich (Projekt Jessica, Projekt Patrick, Projekt…), zajmować się swataniem, kojarzeniem par. Zaczyna jednak to robić i… Tu opowieść ta rozpoczyna się jakby po raz drugi.

Ostatecznie ocena dla kobiet: ciepła, optymistyczna, pogodna, romantyczna opowieść o uczuciach. Dla mężczyzn: nieco naiwna, momentami mało zrozumiała, ale wartościowa w sumie pozycja edukacyjna, bo pomoże im zrozumieć, z czym będą się musieli mierzyć na co dzień, wiążąc się z jakąś panią. Nie, wcale nie żartuję, myślę, że ta książka ma sporą wartość poradnikową dla młodych mężczyzn. Przydałoby im się poznać, oswoić się (bo zrozumieć się nie da i chyba nawet nie ma takiej potrzeby) ze sposobem myślenia i funkcjonowania kobiet, jeszcze zanim wejdą z nimi w stały związek, zanim się ożenią.

Miło się czytało i szkoda tylko, że w życiu zdarzają się poważniejsze, trudniejsze sprawy, niż tylko znalezienie odpowiedniego partnera/partnerki…

„Dopóki nie będziecie świadkami takiej chwili, nie dowiecie się ile miejsca macie w sercu. Ile przestrzeni jest na tym świecie, która należy tylko do was. Wtedy nabierzecie przekonania, że miłość zwycięży. Po prostu zwycięży”**.

Ale z drugiej strony… może naprawdę nie ma nic ważniejszego od miłości?


 ;-)

--
* Maddie Dawson, „Swatanie dla początkujących”, Wydawnictwo NieZwykłe, 2019, s. 23.
** Tamże, s. 389.

czwartek, 14 marca 2019

Janusza już więcej nie będzie...


„Bezsenność w czasie karnawału” – Janusz Głowacki

Starość się Panu Bogu nie udała. Z powodów różnych bardzo, ale tu zwracam uwagę na jeden: wraz z upływem czasu coraz częściej pojawiające się stwierdzenie „już nie”. Umierają jakby częściej ulubieni i podziwiani autorzy, reżyserzy, aktorzy, fotografowie, więc nie będzie więcej ich filmów, książek, zdjęć… już nie. Tym niemniej wolny jestem, jak sądzę, od taniego sentymentalizmu dzieł (słów) ostatnich. Książka nie staje się lepsza przez to tylko, że okazała się ostatnia. Odporność na takie właśnie rozczulanie się pokazałem chyba wystarczająco dosadnie w krytycznej opinii „Ostatniego wykładu” Randy’ego Pauscha i Jeffreya Zaslowa. Stwierdzenie „już nie” (jakże ja go nienawidzę!) oznacza tyle i tylko tyle: Janusz Głowacki nie żyje, nic więcej już nie napisze – a szkoda. Szkoda, bo z grona współczesnych pisarzy polskich warsztat miał najlepszy. Później długo nic i Mika Dunin oraz Jerzy Seipp. W przypadku Głowackiego nie interesowały mnie, albo w stopniu niewielkim, jego przekonania, wierzenia i poglądy. Nie wchodziłem z nim w polemikę, nie szukałem podobieństw. Podobnie było z jego życiem, wydarzeniami, sytuacjami. Ważne było to i tylko to, jak o nich pisał. A pisał fantastycznie, znakomicie!

O tym, że książka „Bezsenność w czasie karnawału” zbudowana jest na wzór i podobieństwo „Z głowy”, wydaje się oczywiste, choć niekoniecznie sam autor taki ostateczny kształt jej nadał. Nie ma to dla mnie znaczenia – liczą się bowiem teksty i ich wymowa, klimat, nastrój. Kolejność i zakończenie wydają mi się mniej ważne.

Ja te notatki robiłem w różnych miejscach. W Warszawie też. Ale i w Nowym Jorku, Miami, Los Angeles, Moskwie, Stambule, Kijowie, Charkowie. W knajpach, hotelach, na lotniskach, kiedy w nocy zmieniałem samolot, a także w burdelach w Tajpej…*.

Podczas lektury pierwszych kilkudziesięciu stron „Bezsenności”  coś dobijało się do mojej pamięci, coś chodziło mi po głowie. I w końcu znalazłem:

Bo czymże jest pisarstwo i co to znaczy być pisarzem? Po latach wydaje mi się, że chodzi po prostu o obecność w rzeczywistości i własnym życiu, obecność całym sercem, umysłem i duszą, i nieustanne poszukiwanie w nich wciąż nowych sposobów, technik i metod na zrozumienie, doświadczenie, pokazanie tego, co – tylko pozornie – wydaje się oczywiste, zwyczajne, może nawet powszednie i banalne. Chodzi również o to, aby być uważnym, bo w rzeczywistości, także w życiu, nic chyba nie jest oczywiste, niewiele – zwyczajne, a jeszcze mniej – powszednie czy banalne.
[…]
Musiał jeszcze minąć jakiś czas, zanim przyjaciel, któremu pokazałem swój kolejny tekst, po przeczytaniu go zawołał zdumiony: »Tobie zdarzają się rzeczy kuriozalne!«. Mogłem się tylko uśmiechnąć. Wiem, że opisane zdarzenie było zupełnie zwyczajnym elementem codzienności, ale teraz i ja najwyraźniej potrafiłem tworzyć wizje rzeczywistości z materii słów**.

O ile jednak autorowi „Przebudzenia” zdarzało się czasem, rzadko dosyć, to Głowacki robił to automatycznie i odruchowo. Ptaki na parapecie biją się o okruchy? I co w tym ciekawego? Niby nic, ale Janusz Głowacki z każdego wydarzenia, okoliczności, sytuacji, obserwacji, potrafił zrobić COŚ i cynicznie, złośliwie, kpiąco, to skomentować, opisać.

„Bezsenność w czasie karnawału” to tytuł jednego z tekstów w książce, a jest ich w niej bardzo wiele, na tematy przeróżne (współczesna Polska, wspomnienia amerykańskie, kariera itd.). Nocne błądzenie po mieście w czasie karnawału, wspomnienia i bieżące przeżycia, obserwacje, przemyślenia, wnioski, obrachunki osobiste starego człowieka, wydają się motywem przewodnim całości.

…zastanawiam się, czy jak człowiek długo pożył i się napatrzył, to się ma jeszcze prawo uważać za przyzwoitego czy już niekoniecznie. Przecież nawet świnia by się wyrzygała***.

Z Głowackim nie trzeba się zgadzać – to dzieło sztuki i albo się podoba, albo nie. Jaki sens miałoby upieranie się, że nie zgadzam się z Picassem, Szymanowskim, Rodinem?

Na zakończenie, w „Epilogu”, o ojcu opowiada Zuza Głowacka (naprawdę – Zuza, tak jest w książce, nie Zuzanna, ale właśnie Zuza), starając się jakby ocieplić obraz Głowackiego, opowiadając o jego szczególnym stosunku do zwierząt i lękach. Zdradza tam także, jak sam Janusz Głowacki planował zakończenie „Bezsenności w czasie karnawału”, co jednak, jak wiadomo, nie było mu dane.


--
* Janusz Głowacki, „Bezsenność w czasie karnawału”, Wyd. W.A.B., 2018, s. 35.
** „Przebudzenie. Droga do świadomego życia”, Druga Strona, 2014, s. 13-15.
*** Janusz Głowacki, „Bezsenność w czasie karnawału”, Wyd. W.A.B., 2018, s. 7.

poniedziałek, 11 marca 2019

Sensacja jakich całe mnóstwo


„Jedyna szansa” –  Harlan Coben

Historia zaczyna się, gdy chirurg plastyczny, Marc Seidman (ale nie taki od poprawiania cycków i zarabiający krocie, tylko specjalista od chirurgii rekonstrukcyjnej, zwłaszcza dzieci z biednych krajów albo po wypadkach), zostaje w swoim domu postrzelony; ciężko ranny, ledwie przeżył. Kiedy odzyskuje przytomność na oddziale intensywnej terapii, dowiaduje się, że jego żona, Monica, nie żyje, a półroczna córeczka, Tara, została porwana.

Kiedy porywacze zgłaszają żądania (dwa miliony dolarów), kierują je nie do Seidmana, wiedzą najwyraźniej, że nie jest zamożny, ale do jego bogatego teścia. Doktor, jako praworządny obywatel, zgłasza sprawę policji, a ta okazuje się oczywiście nieudolna, pieniądze przepadają, Tary nie odzyskano.

Półtora roku później porywacze ponawiają żądania. Akcja nabiera tempa.

Przeciętna powieść sensacyjna z klasycznymi elementami: durni gliniarze podejrzewają Seidmana, jakby zapominając, że ledwie przeżył (sanitariusze w karetce byli przekonani, że wiozą trupa) zamach i napad. Pojawia się dawna wielka miłość, w policji albo FBI mają kreta (donosiciela, wtyczkę) itp.
Czyta się ją płynnie, ale nie ma w powieści właściwie nic porywającego, nic, co można byłoby zapamiętać przez choćby kilkanaście miesięcy. Ostatecznie można po nią sięgnąć, ale nie trzeba.

środa, 6 marca 2019

Uważaj! Oni wiedzą wszystko!


Wczoraj wieczorem postanowiłem sprawdzić, jak działa składanie wniosku o nowy Dowód Osobisty przez internet. Wlazłem na odpowiednią stronę, wypełniłem wszystkie rubryczki, dołączyłem skan zdjęcia... Dziś rano zadzwoniła do mnie miła pani z urzędu i powiadomiło, że muszę donieść lub przesłać nowe zdjęcie, bo to sprzed prawie trzech lat nie może być przyjęte. OK., w porządku, zrobię nowe i zaniosę albo wyślę, ale... skąd urząd wie, że zdjęcie (elektroniczne), które im wczoraj wysłałem jest sprzed 2,8 roku?
I to by było na tyle, jeśli chodzi o anonimowość i ochronę... czegokolwiek.

Był też ciąg dalszy. Następnego dnia poszedłem do fotografa, zrobiłem zdjęcie (potrzebne było jedno, ale nie można mniej niż cztery i... 30,00 PLN), zaniosłem do urzędu, a tam - okazje się - nie wiedzą, co z tym fantem zrobić i jak. Pani, z którą rozmawiałem wczoraj, dzisiaj nie ma. Reszta urzędników radziła, żebym to zdjęcie też wysłał przez internet, więc musiałem im wyjaśnić, że mój wniosek o wydanie nowego dowodu został zablokowany z powodu braku zdjęcia, a to oznacza, że nie mogę dodać zdjęcia do zablokowanego wniosku.  Polska! Po prostu...

Kiedy wracałem, mijałem Zakład Pogrzebowy, a na nim reklamę Dnia Kobiet. Pomyślałem, że delikatność w narodzie rośnie, skoro nie napisali, że dzień zmarłych kobiet...

Mijałem też Zdrową Krowę (lokal ze stekami), która zajęła miejsce po zlikwidowanej aptece. Widać bardziej jest potrzebna.

Dzień po tym, jak dostarczyłem nowe, aktualne zdjęcie, zadzwoniła do mnie milutka pani z urzędu, podziękowała za zdjęcie i podyktowała numer wniosku, żebym na ich stronie mógł sam sobie sprawdzić, czy mój nowy dowód jest już gotowy. Więc dziś sprawdziłem. Informacja systemu: "Twój wniosek został odrzucony. Skontaktuj się z urzędem, w którym składałeś/łaś wniosek. Powód odrzucenia wniosku: ZŁE ZDJĘCIE".

Poddaję się, mam dosyć.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Feynman - zbieranina różności


„A co ciebie obchodzi, co myślą inni?” – Richard P. Feynman

Czyli dalsze przypadki ciekawego człowieka, kontynuacja książki „Pan raczy żartować, panie Feynman! Przypadki ciekawego człowieka”. Zbiorek jakby nieco… chaotyczny, a wspomnienia autora nie są ułożone chronologicznie.

Historia paru podróży, kilka listów, znakomite przemówienie fizyka „Wartość nauki”, obszerna relacja z prac komisji prezydenckiej, zajmującej się wyjaśnieniem katastrofy promu kosmicznego Challenger (pół książki; prawie jak powieść sensacyjna), ciekawostki związane ze spotkaniem belgijskiej pary królewskiej, starcie z feministkami, małżeństwo z Arlene, nocleg w japońskiej gospodzie, i – niestety – wizyta w Polsce z okazji konferencji naukowej (Jabłonna, 1963).

Tak pisał Feynman z warszawskiego Grand Hotelu do Gweneth, trzeciej żony: 
Konferencja nic mi nie daje. Niczego się nie uczę. Ponieważ nie robią żadnych doświadczeń, dziedzina ta jest martwa, więc zajmuje się nią niewielu spośród najlepszych. Skutek jest taki, że jest tu mnóstwo tumanów (126), co nie wpływa korzystnie na moje ciśnienie: wygaduje się tu takie brednie i z powagą omawia tak idiotyczne tematy, że poza oficjalnymi sesjami wdaję się w sprzeczki (powiedzmy, w czasie lunchu), ilekroć ktoś zada mi jakieś pytanie albo zaczyna opowiadać o swojej „pracy”. Ta „praca” jest zwykle: 1. kompletnie niezrozumiała, 2. niejasna i ogólnikowa, 3. poprawna na jasny i oczywisty temat, ale poparta niesłychanie długą i skomplikowaną analizą i przedstawiana jako ważne odkrycie, 4. opartym na głupocie autora twierdzeniem, że jakiś oczywisty i poprawnie zinterpretowany fakt, od lat przyjęty za pewnik, jest w rzeczywistości błędny (ci są najgorsi; żaden argument nie przekona idioty), 5. próbą dokonania czegoś niekoniecznie niemożliwego, lecz z pewnością bezużytecznego, która, jak okazuje się na koniec, rzeczywiście jest nieudana (pojawia się deser i zostaje skonsumowany), lub 6. jest całkowicie błędna. Obecnie mamy do czynienia ze wzmożoną „działalnością na polu”, ale „działalność” polega przede wszystkim na udowodnieniu, że poprzednia „działalność” kogoś innego zaprowadziła w ślepy zaułek, nie wniosła pożytecznego wkładu w naukę lub przeciwnie - okazała się obiecująca. Zupełnie jak masa robaków, które pełzając po sobie nawzajem, próbują się wydostać z butelki. Nie chodzi o to, że temat jest mało przystępny; chodzi o to, że wszyscy rzeczywiście dobrzy zajmują się czymś innym.

O Warszawie też nie miał najlepszego zdania (z tegoż listu): 
... podczas wojny Warszawa została doszczętnie zniszczona, i w związku z tym, z paroma wyjątkami (które łatwo poznać po dziurach od kul), wszystkie budynki wybudowano po wojnie. Jest to naprawdę znaczne osiągnięcie – nowych budowli jest bardzo dużo: Warszawa jest dużym, w całości odbudowanym miastem. Geniusz tutejszych budowniczych polega na tym, że potrafią wznosić stare budynki. Są tu budynki z odpadającymi elewacjami (ściany pokryte zaprawą i plamami starych cegieł), zardzewiałe kraty okienne, rdzawe zacieki na murach itd. Na dodatek architektura jest stara – zdobienia jak z 1927 roku, ale cięższe – nie ma nic ciekawego do oglądania (oprócz jednego budynku).

Słyszałem lub czytałem kiedyś, że tak zła ocena wynikała z poirytowania Feynmana tym, że w Grand Hotelu nie mógł porozumieć się po angielsku. Do Polaków taki argument może nawet dobrze trafiać, ale żadnemu cywilizowanemu naukowcowi nie wpadłoby do głowy krytykować poziomu międzynarodowej konferencji naukowej, bo… w hotelowym barze nie mówią w jego języku albo zabrakło lodu. W malutkiej japońskiej gospodzie w Iseokitsu, też nie za bardzo udało mu się porozumieć po angielsku (prędzej po japońsku), i toalety w stylu zachodnim nie było, a jednak opinia Feinmana o tym miejscu i kraju jest bardzo ciepła.

Książka niezła, ale to jednak już nie ta klasa, co „Pan raczy żartować” – po prostu zlepek różnych relacji z różnych zdarzeń. Sprawia wrażenie poskładanego trochę jakby na siłę.

czwartek, 21 lutego 2019

Fizyk, laureat Nobla na wesoło


„Pan raczy żartować, panie Feynman! Przypadki ciekawego człowieka” – Richard Feynman

Określenie „przypadki” w podtytule uważam za znakomicie dobrane, bo niezwykle trafnie określa opowieść o sobie Feynmana, genialnego fizyka, laureata nagrody Nobla.  Czytało mi się tę książkę świetnie, ale dłuższą chwilę zastanawiałem się, dlaczego aż tak dobrze. Ale najpierw wspomnienie.

Dawno, dawno temu uczestniczyłem w rozmowach rekrutacyjnych. Pewna firma potrzebowała kilku pracowników. Wymagania wobec kandydatów, których zgłosiło się ze trzydziestu, nie były trudne, zawierały się w dziesięciu punktach i to tak sformułowanych, że nie były wykluczające, na przykład: znajomość języka obcego będzie dodatkowym atutem albo umiejętność obsługi komputera zwiększa szanse. Zaskoczyło mnie to, że ponad połowa kandydatów zaczynała rozmowę od wyliczenia tych punktów, których nie spełniają.
Uważam, że tragedią Polaków z mojego pokolenia (być może nadal tak jest, ale o tym nie wiem) było rodzicielskie napominanie: Nie chwal się! Nieładnie jest się chwalić! Wielu nie wyzwoliło się nigdy z tego ograniczenia wdrukowanego im w psychikę w dzieciństwie. Byli, i są nadal, osobami wręcz niezdolnymi do powiedzenia o sobie czegoś dobrego, do wymienienia kilku choćby określonych swoich zalet. Niektórym, jak mnie, przełamanie tej psychicznej blokady zajęło dużo czasu i kosztowało wiele wysiłku. Także zrozumienie, że fałszywa skromność nie jest zaletą, nie było takie proste.

„Pan raczy żartować, panie Feynman!” nie jest autobiografią, choć z pozoru i ze względu na chronologiczny układ treści, tak się może wydawać. Byłem zachwycony, bo Richard Feynman pisał o sobie dobrze, nawet bardzo, bez najmniejszego skrępowania, krygowania się i kompleksów. Zresztą, ponad wszelką wątpliwość miał z czego być dumny. Pisał też o swoich pomyłkach i błędach, które stawały się okazją, by nauczyć się czegoś więcej, zrozumieć bardziej.

Jest ta jego książka także okazją na spojrzenie na Amerykę i mentalność Amerykanów w latach trzydziestych, czterdziestych i dalej. Jak bardzo wszystko się zmieniło pokazuje choćby historia pierwszej randki Feymana, randki, do której nie doszło. Na pierwszym roku studiów Richard Feynman umówił się z kelnerką, a może barmanką, już nie pamiętam. Kiedy dowiedzieli się o tym koledzy z bractwa studenckiego (z konfraterni), wydelegowali do dziewczyny grupę, która zawiadomiła ją, że zaszła pewna pomyłka, nieporozumienie, a Feymana pouczyli, że nie powinien się zadawać z byle kim.

Bardzo dobra książka, napisana z dystansem do siebie i zdarzeń, z poczuciem humoru, pełna anegdot i rozmaitych ciekawostek. Jej kontynuacją albo uzupełnieniem jest, ułożona już zupełnie niechronologicznie, „A co ciebie obchodzi, co myślą inni?”.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Niels Oxen i Margrethe Franck


„Zanim zawisły psy” – Jens Henrik Jensen

Jestem księgarzem, a to oznacza, że o dystrybucji książek mam pewne pojęcie oraz zwracam często uwagę na detale nieważne dla innych osób. Więc kiedy okazało się, że „Zanim zawisły psy” to pierwsza część trylogii i że mogę ją mieć za darmo (nie tylko ja zresztą), wyciągnąłem z tego faktu dwa wnioski. Książka nie sprzedaje się tak dobrze, jak oczekiwał wydawca i trzeba jakoś podgrzać zainteresowanie czytelników, zanim zacznie się wprowadzać na rynek dalsze tomy. A po drugie, to akurat już banalne, jeśli mowa o trylogii, to wiadomo, że tom pierwszy skończy się dobrze. Głównego bohatera dzieła wielotomowego nie uśmierca się raczej w tomie pierwszym. 

Odnoszę wrażenie, że w „Zanim zawisły psy” autor próbował złapać za ogony zbyt wiele srok, bo trochę tu mrocznego kryminału, w całkiem dobrym stylu zresztą, trochę historii i geografii Danii, za dużo political-fiction i wreszcie elementy thrillera. Nie mam fiksacji na temat kryminałów autorów skandynawskich, więc w takich dziełach męczę się tylko z nazwami i nazwiskami, których ani zapamiętać, ani wymówić nie umiem. Tu trochę mi zajęło uczenie się, że na przykład Bergsøe to nazwisko prominentnego adwokata utopionego przez nurka w jeziorze, a nie nazwa jakiejś miejscowości.

Fabuła. Były komandos, Niels Oxen, żołnierz niesamowicie sprawny, odważny, wiele razy odznaczony, z objawami stresu pourazowego, jakiego nabawił się w misjach na Balkanach, wegetuje w Kopenhadze, bo tak chyba nazwać trzeba utrzymywanie siebie oraz białego psa, Mr. White’a, jedynego przyjaciela, ze zbierania butelek i jedzenia przeterminowanych artykułów spożywczych, przeznaczonych do utylizacji. W pewnej chwili wpada na pomysł, żeby zaszyć się w jakiejś głuszy, w lasach północnej Jutlandii, żyć z tego, co natura daje i zupełnie odizolować się od ludzi. To oznacza, że znajdzie się w niewłaściwym czasie w bardzo niewłaściwym miejscu.

Tajemniczy morderca zabija ważnych ludzi, ale wcześniej, jakby sygnalizując to, co ma się zdarzyć, wiesza ich psy. Niels Oxen pasuje na sprawcę jak ulał, więc musi odszukać prawdziwego zabójcę, żeby oczyścić się z podejrzeń. Komandos dokonuje tego razem z agentką Margrethe Franck, która… Resztę trzeba będzie doczytać samodzielnie.

W sumie niezła książka, choć kłopotliwe są te duńskie nazwy, a fabuła zbudowana na motywie: bohater musi znaleźć sprawcę, bo sam jest podejrzany, wydaje się już za bardzo wyeksploatowana. Rozrywka na średnim poziomie, taka… ani dobra, ani zła. Przeciętna po prostu.

środa, 13 lutego 2019

Kobiety są cacy, mężczyźni nie


„Vox” – Christine Dalcher

Kiedy religia i władza łączą siły, otwierają się wrota piekieł i budzą się demony…

Nie lubię feministek. Mizoginów i seksistów też nie. Zapewne dlatego, że lubię i szanuję kobiety. Uważam, że to feministki właśnie kreują obraz kobiet, jako istot niezdolnych do posługiwania się zdrowym rozsądkiem i logiką, niestabilnych emocjonalnie, słabszych i głupszych od mężczyzn. Przecież właśnie dlatego domagają się specjalnego traktowania, wyjątkowych praw, przywilejów… Ktoś, kto uważa się za równego innym, nie żąda specjalnych parytetów – proste.
A zaledwie kilka dni temu internet huczał po wypowiedzi/pytaniu fińskiej feministki (Saara Särmä): Czy biały, heteroseksualny mężczyzna jest jeszcze człowiekiem?
W każdym razie z tych powodów z pewnym uprzedzeniem podchodziłem do debiutu pani Dalcher.  Kobiety tak sterroryzowane, że mogą wypowiadać tylko sto słów na dobę? No, bez przesady! Jednak – jak to już wspominałem – powieść (każda powieść) składa się z dwóch elementów: pomysłu (fabuły) oraz warsztatu pisarskiego autorki/autora. Więc szukając tego drugiego, zacząłem jednak czytać.

Urny wyborcze nie są dla kobiet, do których należy inna sfera życia, niesamowicie ważna i odpowiedzialna. Kobieta jest mianowaną przez Boga strażniczką ogniska domowego. Powinna uświadomić sobie w pełni, że jej rola żony i matki, rodzinnego anioła, jest najświętszym, najbardziej czcigodnym zaszczytem, jakiego mogą dostąpić śmiertelnicy i powinna się wyzbyć jakichkolwiek wyższych aspiracji, nie ma bowiem nic równie wzniosłego, co mogłaby osiągnąć osoba śmiertelna*.

Nie, rzecz nie dzieje się i nie dotyczy jakiegoś zapyziałego kraju islamskiego, ale USA. I nie chodzi o przejęcie władzy przez muzułmanów – takich zmian dokonali chrześcijanie, głównie katolicy i protestanci. Zmiany w prawie, przepisach, mentalności, zwyczajach, nie były nagłe i nie pojawiły się w wyniku jakiegoś przewrotu – to był proces trwający wiele lat. I odbył się demokratycznie… mniej więcej. Bo nic tak nie umacnia zła, jak bezczynność dobrych ludzi.

Kiedy inne kobiety, jej koleżanki, znajome, walczyły z nadciągającym ciemnogrodem, doktor Jean McClellan, neurolingwistka, zajęta była romansem oraz swoimi badaniami oraz karierą naukową – co też jest niezłym prztyczkiem w nos wymierzonym ludziom biernym politycznie, takim, co to… na wybory nie pójdę, bo to i tak nic nie zmieni. Główna bohaterka, Jean McClellan, dowiaduje się poniewczasie, że może jednak miało to sens. Tylko, że teraz, nie ma już ona praw wyborczych. Nie ma paszportu, nie wolno jej mieć i czytać książek, na poczcie nie sprzedadzą jej znaczka, a w sklepie papierniczym długopisu. Specjalne służby pilnują, żeby kobiety nie posługiwały się językiem migowym albo jakimś podobnym systemem porozumiewania się. Jeśli w ciągu doby kobieta lub dziewczynka wypowie więcej niż sto słów, specjalna bransoleta na nadgarstku razi ją prądem.

Seks przedmałżeński i pozamałżeński został oficjalnie uznany za przestępstwo**.

Homoseksualiści wtrąceni zostali do więzień, cudzołożnice harują na farmach Dakoty Północnej.  Amerykańska Liga Cnoty kontroluje prawie wszystko. Prawie, bo nie potrafi wyleczyć afazji Wernickego***… ani jej wywołać. Jeszcze nie.

Współczesny świat charakteryzuje swoisty dualizm. Z jednej strony niesłychany rozwój techniki i technologii, będący wynikiem panowania człowieka nad materią, a z drugiej coraz bardziej niepokojące zjawiska społeczne – depresje, samobójstwa, uzależnienia, przestępczość… nie ma chyba miesiąca, żeby w jakiejś szkole w USA nie ginęli uczniowie, dzieci, od strzałów z broni automatycznej.
Chodzi teraz o to, by nie rezygnując z pierwszego, przemodelować drugie. Stąd pomysł, by cofnąć USA o jakieś 70-80 lat, to jest do czasów, w których prawdziwie amerykańskie i chrześcijańskie wartości miały jeszcze znaczenie. A zaraz potem skorygować jeszcze trochę bardziej i jeszcze, i jeszcze – wynik tego… zabiegu jest widoczny w pierwszych rozdziałach książki.

Kiedy brat prezydenta uległ wypadkowi (czy aby na pewno wypadkowi?), dr McClellan zostaje zaproszona do powrotu do pracy i laboratorium, i kontynuowania przerwanych kiedyś badań. Oczywiście mężczyzna, który kierował instytutem po odejściu kobiet, był zupełnie nieudolny, jak to samiec. McClellan właściwie nie ma wielkiego wyboru, tym bardziej, że przedstawiciele władzy zdejmują jej, liczącą słowa, bransoletę, a to jednak jest sporo warte. Tak więc główna bohaterka wraca do swojej pasji i życia nieco bardziej zbliżonego do normalności (ale tylko trochę zbliżonego), wytargowała też od prezydenta wolność dla córki, ale powoli zaczyna domyślać się, że powrót do zdrowia Bobby’ego Myersa, brata prezydenta, chyba nie wszystkim jest na rękę. Nie jest też wykluczone, że kwestia jego zdrowia i on sam jest pionkiem w grze… o wszystko.

Nieco zaskoczył mnie pomysł wykorzystania w kampanii reklamowej hasztagu #MeToo. Chyba specjaliści od marketingu coś przeoczyli. Z rok temu była to jeszcze wartościowa akcja, otwierająca drogę do poważnej debaty społecznej. Obecnie jednak coraz częściej wywołuje oburzenie, zniecierpliwienie i niesmak. Zwłaszcza po tym, gdy jedna z czołowych postaci ruchu MeToo, włoska aktorka Asia Argento, zapłaciła w ramach ugody przedsądowej kilkaset tysięcy dolarów mężczyźnie, który oskarżał ją o molestowanie seksualne. O podobne zachowania została oskarżona też znana feministka, Avital Ronell, wykładająca na Uniwersytecie w Nowym Jorku. Dziś MeToo coraz częściej jest sposobem na zwrócenie na siebie uwagi przez celebrytów, a także wyłudzanie odszkodowań. W końcu ktoś też zdał sobie sprawę, że w cywilizowanych krajach publiczne oskarżanie kogokolwiek (nie skazanego prawomocnym wyrokiem sądu) o popełnienie przestępstwa, narusza prawo, a do łamania prawa nie powinno się nawoływać ani nakłaniać. Kiedy jeszcze pojawiły się odmiany tej akcji, na przykład #ChurchToo (stop molestowaniu w Kościele!), zrobiło się jakby polityczno-histerycznie. A szkoda, bo wartościowa akcja stała się… dwuznaczna.

Rozbawiło mnie stwierdzenie, że przeciętny człowiek wypowiada codziennie 16 tysięcy słów, bo to jest jakieś 25-30% średniej grubości książki. Jestem pewien, że częściej wypowiadam poniżej stu słów dziennie niż ponad 16 tysięcy. Oczywiście zależy to od okoliczności, stylu życia i innych takich. Przede wszystkim jest jednak kwestią wolnego wyboru, a nie przymusu.

Świetny pomysł miała autorka, żeby powieść podzielić na mnóstwo krótkich rozdziałów. Dzięki temu czyta się ją gładko, bez znużenia, dynamicznie. I choć nadal kwestię stu słów uważam za przesadną, przerysowaną, to książka jako taka warta jest przeczytania ponad wszelką wątpliwość.

W pełni zgadzam się z Christine Dalcher co do tego, że partnerzy kobiet dzielą się na mężczyzn i owce. Te, które trafiły na owcę, mają pecha. Te, którym trafił się mężczyzna… natychmiast i wszelkimi sposobami próbują zmienić go w owcę. Jeśli/kiedy im się to uda, zaczynają nim gardzić i szukają jakiegoś emocjonalnie niedostępnego przemocowca, bo przecież wiadomo, że łobuz kocha najbardziej.


Ciekawostka: ten tekst zawiera około tysiąc wyrazów.




---
* Christine Dalcher, „Vox”, przekład Radosław Madejski, Muza, 2019, s. 73 (tekst przed korektą).
** Tamże, s. 159.
*** Odkryty przez Carla Wernickego obszar kory mózgowej ulokowany w polu Brodmanna. Uszkodzenie tegoż (afazja) powoduje zaburzenia mowy, a nawet niemotę.


wtorek, 5 lutego 2019

Królewna i żebrak - po polsku


„Tam gdzie jesteś” – Tomasz Betcher

Normalnie po książkę z taką okładką nawet bym nie sięgnął (na obrazku superprzystojny facet w markowych ciuchach, z artystycznie ułożonymi włosami i równo przystrzyżoną brodą – typowy polski bezdomny – namiętnie całujący elegancką kobietę w wieku około 26-28 lat), ale tym razem stało się jednak inaczej – romans napisany przez mężczyznę, z akcją w Polsce, wydał mi się pomysłem na tyle intrygującym, że postanowiłem dać szansę powieści.

Jantar to wiocha w województwie pomorskim, na pograniczu Mierzei Wiślanej i Żuław Wiślanych, z przystanią morską dla rybaków. Anna posiada w Jantarze skromny domek letniskowy, który odziedziczyła po ojcu, profesorze. Miało to być urokliwe miejsce na rodzinne wyjazdy, ale… nie wyszło. Męża, emocjonalnego przemocowca, dupka i palanta właśnie się pozbywa (pozew złożony), teraz przyszedł czas na uporządkowanie reszty spraw, w tym sprzedaż niepotrzebnego już nikomu domku w Jantarze.
Kiedy Anna przyjeżdża do Jantaru, zrobić zdjęcia przed wystawieniem nieruchomości na sprzedaż, zastaje w swoim domu bezdomnego, włamywacza, i typowy w takich przypadkach bałagan: puszki, butelki, pety. Anna terroryzuje intruza wrzaskiem i Adam, bezdomny, odchodzi. Wtedy ona, zamiast zadzwonić po policję, zbiera drobiazgi, których włamywacz zapomniał albo wystraszony nie zdążył zabrać, latarkę, scyzoryk itp. i… w ulewnym deszczu jedzie go szukać. Oczywiście szybko znajduje i zaprasza na obiad.

W restauracji okazuje się, że Adam potrafi w potrawie odróżnić pstrąga dzikiego od hodowlanego i świetnie wie, jaki rodzaj fasoli używa się do crema de frijol, więc Anna proponuje mu robotę – ma opiekować się domkiem, wykonywać drobne naprawy, posprzątać chlew, który po sobie zostawił, a w zamian będzie tam mógł mieszkać do wiosny. Adam w pierwszej chwili się zgadza, ale po kilku dniach dochodzi do wniosku, że to chyba nienajlepszy pomysł, zostawia niesprzątnięty nadal domek, zabiera swój wózek bezdomnego i odchodzi. Żeby już po kilku godzinach wrócić.

Adam zbiera chrust, suszy grzyby, porządkuje dom, czyta książki; Anna wpada do niego dość często z niezbyt jasnych powodów. Może rozmowy z tym dziwnym człowiekiem stanowią odskocznię od jej życia z prawie byłym mężem, w jego willi i jego firmie.
Akcja nabiera tempa, gdy do Jantaru przyjeżdża Eryk Turski sprawdzić, po co jego żona, jeszcze żona, co trochę tam jeździ. I znajduje Adama.

–  Co się gapisz? Alberta ci zamknęli, brudasie? Od samego spojrzenia na ciebie można dostać HIV-a albo żółtaczkę.
/…/
–  Masz jeszcze szansę wszystko naprawić. Zacznij być wreszcie przykładną żoną i matką. I wycofaj ten cholerny pozew. – Eryk chwycił Annę za ramię, ściskając boleśnie*.

Wobec takiego dictum Adam rzuca się na Eryka, panowie biją się, Adam grozi Erykowi ostrym, niebezpiecznym narzędziem.

Trochę później Adam ratuje Annę przed huraganem Sybilla, później przed bandytami, nasłanymi przez Eryka… i tak, krok za krokiem relacje się zacieśniają. Kiedy jeszcze źle rozpoczęte, ale z czasem coraz przyjaźniejsze kontakty układają się między Adamem, a synem Anny, Filipem, można już (w połowie książki) być pewnym, jak się to wszystko skończy.

Zastanawiam się nad oceną tej książki. Na pewno nie jest to powieść uniwersalna. Dla wielu, choć może nie wszystkich, mężczyzn oraz dla czytelników, którzy sięgają tylko po pozycje ambitne, jest to książka bezwartościowa, bo naiwna, naciągana… –  prawdopodobnie kobieta napisałaby to lepiej, bardziej przekonująco. Dla pań przyzwyczajonych do czytania „arlekinów”, których poziom tychże zupełnie satysfakcjonuje, może być powieść Betchera miłą rozrywką. W wersji dla dorosłych jest to po prostu bajka o królewnie i żebraku, który – po spełnieniu pewnych warunków – zmieniał się w królewicza.




---
* Tomasz Betcher, „Tam gdzie jesteś”, 2019, s. 101.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Ludzie - przekleństwo planety


„Trylogia kosmiczna” – Clive Staples Lewis

Trylogia składa się z części: „Z milczącej planety”, „Perelandra” i „Ta straszna siła”. Głównym bohaterem we wszystkich trzech tomach jest brytyjski lingwista, Elwin Ransom.

Według dzisiejszych standardów, a zwłaszcza wiedzy technicznej i rozwoju powieści s-f, „Trylogia kosmiczna” nie jest fantastyką, ale moralitetem filozoficznym. Kosmos jest tu tylko tłem, punktem odniesienia. Jeśli tego nie zrozumie się bardzo szybko, najlepiej jeszcze przed zakupem książki, można się solidnie rozczarować i zawieść.

Trylogię tę Levis pisał w latach 1938-1945 – to informacja podstawowa i bardzo ważna. Dzięki niej można zrozumieć, naiwne pozornie, wyprawy kosmiczne na… Marsa i Wenus. Atmosfera nadająca się do oddychania, dzikorosnące, ale jak najbardziej jadalne rośliny, rozumne, zdolne do komunikacji gatunki – już wiadomo, czemu bohaterem musiał być lingwista.

Podczas wakacyjnych, pieszych wędrówek Ransom zostaje porwany przez przypadkowo napotkanych dwóch mężczyzn, w tym wyjątkowo złego Westona – niegdyś szkolnego kolegę. Zabierają go oni swoim statkiem kosmicznym na Malakandrę (Mars), gdzie – jak się domyśla – miałby zostać złożony w ofierze. Ransom ucieka, a następnie sprzymierza się z tubylcami, by uratować Malakandrę przed parą bezwzględnych zwyrodnialców.

Perelandra (Wenus) zamieszkana jest przez fantastyczne zwierzęta oraz parę zielonych ludzi – oczywiste i czytelne nawiązanie do Księgi Rodzaju, Adama i Ewy. Fabuła obraca się wokół kuszenia Ewy przez złego Westona. Ransom znowu staje się wybawicielem. Akcji jest w tym tomie jeszcze mniej niż w poprzednim. Wiele za to opisów bajkowo pięknej (rajskiej, rzec można) przyrody oraz rozważań na temat dobra i zła.

W „Tej strasznej sile” (Ziemia) dochodzi do ostatecznego zderzenia dobra ze złem – oczywiście chodzi o Armagedon, to jest ostateczną bitwę między siłami dobra i zła, w której hordy szatana potykają się z anielskimi hufcami pod wodzą… Siły zła stanowią, opętani przez Szatana, naukowcy, zwolennicy totalitaryzmu. Ransomowi pomagają duchy opiekuńcze oraz druid Merlin. W przypadku tego ostatniego tomu trylogii przydaje się znajomość biografii Levisa, a zwłaszcza jego nawrócenia.

Reasumując – „Trylogia kosmiczna” nie jest o kosmosie, ale o ludziach, o nas, o naszych wadach, bezmyślności, pokrętnej motywacji. Kosmos nie przetrwał w „Trylogii” próby czasu, ale prawda o nas samych – jak najbardziej. Niestety…

piątek, 1 lutego 2019

Vitoria: obłęd, miłość i śmierć


„Cisza białego miasta” – Eva García Sáenz de Urturi

Urodzona w 1972 roku w Vitorii (Hiszpania, Kraj Basków) Eva García Sáenz de Urturi jest obecnie jedną z bardziej popularnych pisarek hiszpańskich, a baskijskich, to już na pewno. Pierwszą jej powieścią, „La saga de los longevos” („Saga o długim życiu”?), wydawcy zainteresowali nie byli, więc w 2012 opublikowała  ją samodzielnie, na Amazon. Z nieco lepszym przyjęciem spotkała się kontynuacja sagi „Los hijos de Adán” („Dzieci Adama”?) oraz „Pasaje a Tahití”. Wydany w 2016 roku pierwszy tom trylogii „Cisza białego miasta” („El silencio de la ciudad blanca”) był już i nadal jest bestsellerem. Mam nadzieję, że z czasem także wcześniejsze jej pozycje pojawią się w Polsce, po polsku – moim zdaniem warto.

Głównym bohaterem thrillera jest inteligentny inspektor Unai Lopez de Ayala (pseudo Kraken) z Wydziału Kryminalnego w Vitorii, stolicy wspólnoty autonomicznej Kraju Basków, mieście poświęconym Białej Panience, Virgen Blanca. W dochodzeniach pomaga mu Estibaliz Ruiz de Guana, jedna z lepszych i najwytrwalszych śledczych. On jest dobry w profilowaniu, ona specjalizuje się w wiktymologii. Oboje mają problemy z dyscypliną, regulaminami i samowolą.

Dwadzieścia lat wcześniej seria makabrycznych podwójnych morderstw wstrząsnęła vitorczykami i nie tylko. Szokujące był także to, że sprawcą okazał się Tasio Ortiz de Zárate, błyskotliwy, czarujący, medialny archeolog, gospodarz znakomitego programu telewizyjnego, znany pisarz. Zdemaskował go i wystawił nakaz aresztowania najlepszy policjant w okolicy – brat bliźniak mordercy, Ignacio. Kiedy autorka opisuje, że bliźniacy byli nie do odróżnienia, mieli nawet identyczny manicure, można zacząć podejrzewać… Podobnie zbyt ważną podpowiedzią wydawała mi się – do czasu – sama okładka, ale po przemyśleniu sprawy dochodzę do wniosku, że przecież nigdzie nie jest powiedziane, że w tego typu powieściach osoba zabójcy musi być nie do odgadnięcia do ostatniej strony. A niby dlaczego, bo co? Bo Aghata Ch. taki wylansowała kanon? No, to Eva García Sáenz zrobiła inaczej i… wyszło to powieści na dobre. Przynajmniej czytelnik nie czuje się jak idiota i wraz z rozwijającą się akcją może realnie uczestniczyć w odkrywaniu prawdy.

W dolmenie Chatka Czarownicy w pobliżu miasteczka Elvillar znaleziono martwe ciała dwojga noworodków. Niedługo później w ruinach celtyberyjskiego grodu La Hoya w gminie Laguardia odkryto zwłoki pięciolatków. Pocieszających się nawzajem dotykiem dłoni, ze wzrokiem wpatrzonym w niebo[1].

Zbrodnie zakończyły się na piętnastolatkach, bo seryjny morderca, Tasio Ortiz de Zárate, trafił za kraty. Vitoria odetchnęła. Minęło dwadzieścia lat; Tasio za kilka dni ma wyjść z więzienia na swoją pierwszą przepustkę, ale policja znajduje w Starej Katedrze zwłoki dwojga osób, parę dwudziestolatków delikatnie dotykających swoich policzków. Kto?! Kto ich zabił?! Skoro Tasio siedzi w pierdlu? I jak zabił?

W dniu lokalnego święta, Día del Blusa, do Starej Katedry, w której znaleziono nagie zwłoki młodych ludzi, wezwani zostają Ayala i Estibaliz, i właśnie w tym momencie rozpoczyna się na poważnie ta niesamowita historia.

Dla czytelnika, który nie zna hiszpańskiego albo gaelickiego, imiona, nazwiska, skróty, zdrobnienia, nazwy itp. mogą stanowić pewne wyzwanie. Ot, na przykład, Cuchi to znana na starym mieście ulica cechu nożowników – Cuchilleria. To trochę tak, jakby w polskiej powieści występował Marek Kowalski, ale czasem ktoś nazywał go „mareckim” albo „kowalem” – Polacy się domyślą (ale tylko ci bardziej rozgarnięci), Hiszpanie już niekoniecznie. Sprawy nie ułatwia też dwutorowa narracja: pierwszoosobowa Unai (teraźniejszość) i trzecioosobowa (przeszłość). Przeskoki między nimi bywają niespodziewane.

W powieści, jakiejkolwiek powieści, liczą się dwa elementy: fabuła i warsztat pisarski. Pomysł z morderstwami, które trwają mimo, że ich sprawca, seryjny zabójca, siedzi w więzieniu albo zginął, nie jest specjalnie nowy, ale też nie jest zły – wszystko zależy od tego, jak potoczy się akcja. A w tej książce dzieje się coś nieustannie. Kraken, podczas porannego biegania, spotyka atrakcyjną młodą kobietę. Kilka godzin później Alba Díaz de Salvetierra okazuje się być nowym podkomisarzem, któremu inspektor będzie składał sprawozdania. Zanim to w pełni do niego dotarło i zanim się pierwszy raz posprzeczali, wyszło na jaw, że hakerzy włamali się do systemu informatycznego policji, a minutę później inspektor Ayala otrzymuje propozycję współpracy od osadzonego Tasia, który na dokładkę zna (skąd?!) szkolną ksywkę inspektora i upiera się, że jest niewinny. I tak rozdział za rozdziałem.

Fascynowała mnie dziwna symetria wydarzeń. Podwójne ofiary, w wieku kończącym się na zero albo pięć… Zabójca i policjant o identycznym wyglądzie… To, że morderstwa ustały, kiedy Tasio trafił do więzienia, i że zostały wznowione, kiedy miał z niego wyjść[2]

Bardzo dobra powieść, w której – poza wątkiem sensacyjnym – równie ważną rolę gra miłość, czas, psychologia, mentalność Basków oraz wyraźnie widoczny i odczuwalny sentyment autorki do starej Vitorii. „Ciszę białego miasta” świetnie się czyta, zwłaszcza jeśli ma się pod ręką, przywieziony z jakichś wakacji, plan centralnych, starych dzielnic tego wielowiekowego miasta.







[1] Eva García Sáenz de Urturi, „Cisza białego miasta”, przekład Joanna Ostrowska, wys. Muza, 2019, s. 21.
[2] Tamże, s. 31.


środa, 30 stycznia 2019

Z kasynem nie wygrywa nikt


„Ana” – Roberto Santiago

Alejandro Tramel, lekkoduch, uwodziciel i hazardzista, grał w kasynie siedemdziesiąt kilka godzin, zadłużył się w sumie na ponad osiemset tysięcy euro, na koniec rozwalił łeb ciężkim narzędziem dyrektorowi kasyna (Bernardo Menéndez Pons)  w monitorowanym gabinecie. Zatrzymany przez Gwardię Cywilną wykonał jeden przysługujący mu telefon do siostry, Any Tramel, niegdyś znakomitej prawniczki, obecnie zatrudnionej w upadającej kancelarii swojej przyjaciółki ze studiów, zajmującej się odwołaniami od mandatów drogowych oraz innymi, równie ważnymi, sprawami.

Ana Tramel występuje w imieniu bratowej, żony Alejandro (Polki) i jej dwuletniego synka, przeciwko potężnej korporacji gier liczbowych. Pomagają jej (do czasu): stażysta-hazardzista, stary dobry detektyw i początkująca prawniczka. Powieść zawiera też inne wątki, ale zarysowane raczej słabo, powierzchownie – temat prawniczo-hazardowy jest absolutnie wiodący.

Czy tak działa świat sądów i kasyn? Trudno mi to ocenić, to inny kraj, inne realia, a autor pisał wcześniej książeczki dla dzieci, ale… może być i tak, że znakomicie się przygotował i opowieść jest w pełni wiarygodna.
Thriller prawniczy niezłej klasy, choć reklamowanie go, jako opowieści o alkoholiczce, seksoholiczce i lekomance, uważam za przesadne i niepotrzebne. Ana najwyraźniej jest w stanie pozbierać się do kupy, kiedy trzeba, a to wyklucza prawdziwe uzależnienie. 

Prawie tysiąc stron, ponad dziewięćdziesiąt rozdziałów, ale nie nudziłem się, a przynajmniej niezbyt często. Książkę oceniam dość wysoko, ale jednak nie należy ona do tych arcydzieł, do których czasem wracam. To historia, zdecydowanie, na jeden raz tylko.

wtorek, 22 stycznia 2019

I ty możesz zostać szpiegiem


„Nasz człowiek w Hawanie” – Graham Greene

Od czasu do czasu, zwłaszcza po lekturze kilku kolejnych książek polskich autorów, odczuwam potrzebę kontaktu z pisarzem i pisarstwem. Greene jest znakomitym przykładem, jak z romansu albo powieści szpiegowskiej można zrobić kawał naprawdę dobrej literatury.

Kuba, koniec lat pięćdziesiątych (przed rewolucją Fidela Castro). Brytyjczyk w średnim wieku, samotnie wychowujący nastoletnią córkę (ultrakatolicka szkoła), zajmuje się zawodowo sprzedażą odkurzaczy. Jedno i drugie, to jest wychowywanie i dystrybucja, idzie mu raczej kiepsko.

Człowiek, który potrzebuje pieniędzy i ma wyraźne problemy z poczuciem własnej wartości, jest niezłym celem dla służb specjalnych, i tak główny bohater zwerbowany zostaje przez niezbyt kompetentnego agenta MI6 (wywiadu brytyjskiego).

Na polu budowania siatki szpiegowskiej, śledzenia i szpiegowania, sprzedawca odkurzaczy też sobie nie radzi, co zresztą było do przewidzenia. Chcąc zadowolić mocodawców i zasłużyć na premie (zarobić pieniądze), uruchamia wyobraźnię. Nie istnieje tak naprawdę żadna siatka tajnych agentów, a szkice tajemniczych budowli ukrytych w lesie, przedstawiają części odkurzaczy powiększone do gigantycznych rozmiarów. Problemy zaczynają się jednak wtedy, kiedy raporty znakomitego agenta z Hawany zaczynają zdobywać uznanie „centrali”.

Powieść jest oczywiście parodią i kpiną, ale dobry pisarz zrobił z nich arcydzieło.

Zbyt długie pożegnanie z Sarą


„Koniec romansu” – Graham Greene

Od czasu do czasu, zwłaszcza po lekturze kilku kolejnych książek polskich autorów, odczuwam potrzebę kontaktu z pisarzem i pisarstwem. Greene jest tu znakomitym przykładem, jak z romansu albo powieści szpiegowskiej można zrobić kawał dobrej literatury.

Od starych, mądrych ciotek i babć słyszałem, że przeciwieństwa się przyciągają. Tylko żadna z nich nie dodawała, że owo przyciąganie, znakomicie sprawdzające się w czasie romansu i zakochania, bardzo kiepsko się spisuje w prawdziwym, poważnym związku. Z łóżka trzeba kiedyś wyjść i jeśli wtedy on i ona właściwie nic albo niewiele mają sobie do powiedzenia (ileż można ględzić o samej miłości!), to tygodnie lub miesiące związku są policzone.

Rzecz cała dzieje się w Londynie w czasie drugiej wojny i wkrótce po jej zakończeniu. Znany pisarz, choć nie przesadnie znany, Maurice Bendrix nawiązuje romans z Sarą. Ich związek nieustannie zmienia się i ewoluuje, podobnie jak coraz to inne uczucia Bendrixa wobec męża Sary, nudnego urzędnika, któremu raz zazdrości, raz współczuje, często nienawidzi…

Gdy kochanka zerwała znajomość, Bendrix wynajął prywatnego detektywa, by ją śledził. Groteskowe wydawać się może to, że na pomysł ze śledzeniem pierwszy wpadł mąż Sary, i z konceptu tego zwierzył się Bendrixowi, a nawet rozważał jego udział w całym przedsięwzięciu.
Agencja detektywistyczna do śledzenia Sary wyznacza detektywa Parkisa, dziwaczną figurę, czasem śmieszną, czasem żałosną. Parkis tropi Sarę wraz z synkiem, żeby się chłopak przyuczał za młodu do zawodu.

Sporo miejsca w powieści zajmują kwestie religijne, dotyczące nawrócenia, pojednania się z Bogiem. Jest to zapewne kawałek autobiograficzny Grahama Greena, który nawrócił się na katolicyzm, by poślubić Vivien Dayrell-Browning. Ten związek też nie przetrwał próby czasu, ale to już inna historia.

Zauważyłem podczas lektury coś szczególnego – nawet jeśli czytelnik nie ma za sobą romansu z mężatką, to zapewne  - jeśli jest dorosły – jakieś związki jednak tak, a historia Bendrixa, Sary, ich krótkiej miłości i długiego rozstania, przywołuje wspomnienia i prowokuje pytania: gdybym wtedy tak…, gdyby ona wówczas…, gdyby…

wtorek, 15 stycznia 2019

Zbyt fantastyczna fantastyka


„Ptak śmierci” – Harlan Ellison

Skromny zbiór opowiadań. Podobno tych najlepszych i nagrodzonych. Zawiera: „Ukorz się pajacu, rzecze Tiktaktor”, „Nie mam ust, a muszę krzyczeć”, „Ptak śmierci”, „Bestia, która wykrzyczała miłość w sercu świata”, „Jeffty ma pięć lat”, „Dryfując między wysepkami Langerhansa”, „Paladyn zgubionej godziny” i „Rola marzeń sennych”.

W przypadkach zbiorów opowiadań, nowel, esejów itp. zwykle bywa tak, że jedne podobają się mniej, inne bardziej. U Ellisona jest inaczej, bo jego opowiadania albo mi się podobają, albo ich nie rozumiem. Niestety, nieco więcej tych drugich, ale… niewiele więcej. Znakomite są: „Jeffty ma pięć lat” i „Nie mam ust, a muszę krzyczeć”, ale po recenzjach innych czytelników widzę, że każdemu spodobało się coś innego i z innych powodów.

Koncertowo spie… okładka – gdyby nie polecenie kolegi, zapewne bym po nią nie sięgnął. Jednak poza tym, i tylko moim skromnym zdaniem, jest to zapewne niezła pozycja dla miłośników mocno fantastycznej fantastyki.

To wszystko.