środa, 9 października 2019

Koty łagodzą ludzkie obyczaje


„O czym myślą koty” – Thomas  McNamee

Książka ta nosi polski podtytuł: „Kocie sekrety oczami naukowców”, przyznaję, że zupełnie nie wiem, po co i dlaczego, skoro oryginalnie jest to: „The Inner Life of Cats. The Science and Secrets of Our Mysterious Feline Companions”. Ostatecznie może nawet i dobrze, że tych naukowości nie ma w książce zbyt wiele; nie jestem specjalistą, a to, co jednak w niej naukowego jest, podane zostało w całkowicie przystępnej formie. W końcu nie o biologiczne, na poziomie akademickich wykładów, informacje mi chodziło.

Thomas McNamee, absolwent Uniwersytetu Yale, stypendysta Guggenheima, poeta i eseista, autor książek non-fiction („The Grizzly Bear”,  „Nature First: Keeping Our Wild Places and Wild Creatures Wild”, „The Return of the Wolf to Yellowstone”), pasjonujący się wielkimi drapieżnikami, znajduje małą, może około 3-miesięczną kotkę, którą postanawia się zaopiekować i nadaje jej imię Augusta.

„O czym myślą koty” to relacja z życia z Augustą na ranczu w Montanie, ale też w śródmieściu wielkiego miasta. Autor stara się zrozumieć potrzeby Augusty, jej nastroje, zachowanie, sposób komunikacji itd. Przy okazji dodaje te właśnie naukowe, często mało u nas znane, ale bardzo ciekawe, informacje, pomagające w zrozumieniu psychiki i zachowań kotów.

Dlaczego koty są ponoć dobrymi towarzyszami dla osób chorujących na depresję lub z obniżonym nastrojem, czy z każdym człowiekiem w domu próbują porozumiewać się tak samo, znaczenie wydawanych przez nie dźwięków, podobieństwa w działaniu mózgu kota i człowieka, o zagrożeniach jakie stanowią i wiele, wiele innych zagadnień poruszonych zostało w „O czym myślą koty”, jednak nie jest to pozycja naukowa. Raczej osobista relacja z fragmentami popularno-naukowymi.

środa, 2 października 2019

Nie robić sobie jaj z pogrzebu!


„Księga zmarłych filozofów” – Simon Critchley

Chyba jednak spodziewałem się i oczekiwałem większej dawki filozofii. Simon Critchley, profesor filozofii w New School for Social Research, zapełnił swoją książkę postaciami 190 filozofów w układzie chronologicznym, od starożytności po czasy współczesne. Są to króciutkie (czasem nawet jedno zdanie) historyjki, gdzie tylko to możliwe, utrzymane w tonie kpiąco złośliwym, na temat ich poglądów na śmierć i samej śmierci. Wydaje mi się jednak, że w tłumaczeniu humor i błyskotliwa elokwencja autora, nieco się zagubiła.

[Anne Conway, wicehrabina Conway] Wykluczona z uniwersytetów  z powodu płci, przekształciła swój dom w Ragley Hall w Warwickshire w ośrodek dyskusji intelektualnej i rozwijała bliskie przyjacielskie stosunki z najważniejszym z platoników z Cambridge, Henrym Moorem. Conway przeszła na kwakryzm i zmarła w stosunkowo młodym wieku, cierpiąc na niesamowite bóle głowy. Na jej grobie widnieje napis składający się z dwóch słów: „Quaker Lady”*.

Voltaire wierzący w naturalną religię był deistą. Szczególnie sympatyzował z kwakrami, których wierzenia i zwyczaje uważał za zgodne z chrześcijaństwem Ewangelii i, co ciekawe, Konfucjusza uważał za najmądrzejszego ze śmiertelników. Według jego sekretarza, Wagniere’a, Voltaire zniósłszy ogromne cierpienie, wyzionął ducha w idealnym spokoju**.

Tak więc, choć niby z przymrużeniem oka (śmierć z powodu nadużycia bobu lub wymazania się gównem), to jednak lektura „Księgi zmarłych filozofów” w wyraźny sposób obniżyła mi nastrój. Tak jednak nie musi być z innymi czytelnikami. Polecam.




--
* Simon Critchley, „Księga zmarłych filozofów”, przekład Janusz Margański, wyd. Farbiarnia, 2011, s. 157.
** Tamże, s. 177.

niedziela, 29 września 2019

Współuzależnienie bez chlania

Postanowiliśmy zrobić spotkanie klasowe po czterdziestu latach od ukończenia szkoły podstawowej. Dzięki rozmaitym mediom społecznościowym udało się skontaktować z większością byłych uczniów. Wszyscy entuzjastycznie wyrazili chęć spotkania się po latach – także ci, którzy mieszkają od dawna poza granicami kraju lub w odległych rejonach Polski. Zresztą, ze względu na nich zdecydowaliśmy, że impreza trwać będzie trzy dni, a nie tylko jeden wieczór.
Bez większych tarć uzgodniliśmy zasady i warunki, to jest standard hotelu, wyżywienie (wielu z nas okazało się wegetarianami), alkohole, orkiestrę i inne atrakcje, w tym ognisko, ale przede wszystkim maksymalną opłatę, jaką uczestnicy gotowi byli ponieść.
Powołaliśmy kilkuosobowy zespół organizacyjny (w trzydziestkę trudno byłoby się dogadać), który z entuzjazmem zabrał się do roboty. Znalazło się miejsce, a po trudnych negocjacjach zgodziliśmy się na warunki, zawarliśmy z właścicielem hotelu umowę.
Wtedy zaczęły się kłopoty…


Współuzależnienie 
Według PARPA (to jest Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) osoby współuzależnione: przejawiają silną koncentrację myśli i uczuć na zachowaniach i emocjach osoby nadmiernie pijącej, przejmują kontrolę nad osobą bliską i przyjmują odpowiedzialność za postawy, zachowania i emocje pijaka, usprawiedliwiają go i przejmują za niego obowiązki itd. Do pewnego momentu nazywano to koalkoholizmem, ale określenie to przestało być stosowane, gdy okazało się, że takie zaburzenie przejawiają również te osoby, które z alkoholem i alkoholizmem w rodzinie nic wspólnego nie miały.


Problemy zaczęły się, kiedy jeden z kolegów, Ziutek, zaczął domagać się, żeby na naszym spotkaniu klasowym były też yerba mate i szisze (nargile). Kiedy odpowiedziano mu, że lista potrzeb jest już zamknięta i uzgodniona z hotelem, zaczął grozić, że nie przyjedzie. Któraś z koleżanek, w dobrej wierze zaproponowała, że przywiezie mu ten sprzęt, bo akurat ma go w domu, ale Ziutek odparł, że go to nie interesuje, że jego zachciankę mają zrealizować organizatorzy, bo inaczej on się poczuje odrzucony, odepchnięty i w ogóle – źle. Dodał też kilka argumentów na temat walorów zdrowotnych yerba mate, jakby one miały z tą sprawą cokolwiek wspólnego.

Najbardziej ryzykownym z tysięcy, a może nawet milionów przedsięwzięć podejmowanych w życiu jest dorastanie. Polega ono na zrobieniu kroku z dzieciństwa w dorosłość. Prawdę mówiąc, przypomina raczej karkołomny skok niż krok, i wielu ludzi nie może się nań zdecydować przez całe życie. Na pozór sprawiają wrażenie dorosłych, a jednak pod względem psychologicznym większość „pełnoletnich” aż do śmierci pozostaje dziećmi… [M. Scott Peck „Drogą mniej uczęszczaną”].

Z ciekawością obserwowałem reakcje dawnych przyjaciół ze szkolnej ławy. A były one bardzo różne. Większość osób, dorosłych i dojrzałych (także mentalnie), emocjonalnie stabilnych, na tupanie nóżkami i fochy pięćdziesięcioletniego rozwydrzonego bachora, próbującego wymusić szantażem emocjonalnym na innych coś, co mu się nie należy, reagowała obojętnie, z dystansem – nie chcesz, to nie przyjeżdżaj – i tyle. Dla takich ludzi ważne było tylko jedno: czy Ziutek domaga się czegoś, co mu się słusznie należy, a jeśli nie, to… spadaj palancie.

Ziutek zapewne zdawał sobie sprawę, że takie fochy postrzegane są przez Mężczyzn z pogardą i odrazą, ale wieloletnie doświadczenie nauczyło go też czegoś innego: jeśli w grupie znajdzie się kilka-kilkanaście kobiet, to prawie na pewno jedna lub więcej należy do gatunku uzależniającego swoje samopoczucie, od humorów/nastroju emocjonalnego szantażysty, przemocowca, i one wywalczą dla niego wszystko to, co mu się zachce albo i więcej. I tak też było, Ziutek zamilkł, ale do boju ruszyły dwie panie, które za niego, w jego imieniu, zaczęły wymuszać spełnienie jego potrzeb i zachcianek – nie należących mu się, co przypominam, bo gdyby domagał się czegoś, co grupa wcześniej wspólnie ustaliła i to przed negocjacjami z hotelem, to byłaby zupełnie inna sprawa.
Grupa się podzieliła i postaw, zdań i stanowisk było do obserwacji znacznie więcej: ktoś odciął się od całej sprawy, ktoś inny starał się przekonać całą grupę, że wszyscy zawinili i przez wszystkich Ziutek się naburmuszył, ktoś tam, z zaciśniętymi zębami i wściekły, załatwi Ziutkowi tę jego sprawę, ale to będzie jego/jej ostatni kontakt z grupą, ostatni zjazd klasowy  itd. itp.


Przez długie lata obserwowania takich i podobnych wydarzeń, w bardzo różnych środowiskach, zauważyłem, że panie o tak specyficznej psychice, zawsze jak lwice bronią niedojrzałych mężczyzn, często stosujących szantaż i przemoc emocjonalną, ale nigdy nie wstawiają się za innymi kobietami.
Najczęściej głównym wygranym jest w tych sytuacjach jakiś tam Ziutek, bo broniące go panie, po pewnym czasie czują się wykorzystane, potraktowane instrumentalnie, i to bez względu na to, jak gorąco dziękował im Ziutek – jeśli w ogóle dziękował, bo czasem nie uważa, żeby miał, za co. Tym bardziej, gdy uświadomią sobie, że w sumie nikt ich o nic nie prosił.

Wiele kobiet ma o mężczyznach złe zdanie. Twierdzą, że to duże dzieci, chłopcy, którzy nigdy nie dorastają. Zapewne często mają rację, ale ja dopytałbym może jeszcze, jak wiele kobiet uniemożliwia mężczyznom wkroczenie w dojrzałość, chroniąc ich latami (jak mamusia/teściowa) przez konsekwencjami ich własnych postaw i zachowań. 

wtorek, 17 września 2019

Gra w zbieraczy i owczarki


„Hak” – Jeffery Deaver

Omijałem tę książkę szerokim łukiem przez wiele lat. Po okładce i tytule wyrobiłem sobie przekonanie, że zapewne chodzi o masowego mordercę, używającego jakiegoś haka. W końcu musiałem zdecydować, czy zaczynam ją czytać, czy powinienem się jej wreszcie pozbyć. Więc ostatecznie przeczytałem. Z przyjemnością.

Od zawsze wiem, że raczej nie mógłbym pisać profesjonalnych recenzji – jeśli ktoś tym się zajmujący zobowiązany jest do obiektywnej oceny dzieła – bo od zawsze zdaję sobie sprawę, że na moją opinię o książce wpływ ma też dobór poprzednich lektur. Jeżeli przemęczyłem kilka miernych raczej pozycji, to następna, niezła, wydawać mi się może wspaniała, fantastyczna, cudowna. I odwrotnie.

Co mi się bardzo spodobało w „Haku” (nie chodzi o narzędzie brutalnej zbrodni, ale o przenośnię: „mieć na kogoś haka”) – pomysł z owczarkami i zbieraczami. Z tym jeszcze nigdzie się nie spotkałem, więc powiał wiaterek świeżości.
W setkach książek można zetknąć się z ochroniarzami, ludźmi, którzy specjalizują się w ochronie życia świadków koronnych. Taki świadek, zazwyczaj również przestępca, tylko nawrócony, staje się często celem, dawni wspólnicy chcą go zabić, by zamknąć mu usta. Ochraniać trzeba też zwyczajnych świadków, żeby nie dopuścić do ich odstrzelenia, z tego samego powodu zresztą – żeby zapobiec złożeniu zeznań.

W „Haku” pojawia się nowa postać: zbieracz. Tu akurat rolę tę pełni sadysta, psychopata i morderca, Henry Loving. Zadaniem zbieracza jest zdobycie informacji. Oczywiście, gdy już wyciągnie z ofiary to, co chce wiedzieć, zabija ją, ale nie to było głównym zadaniem. Żeby zrealizować zlecenie zbieracz musi znaleźć sposób, by dotrzeć do ofiary, bo zmusić ją do mówienia można prostymi torturami. Jednak najpierw trzeba do niej dotrzeć, znaleźć ją, a to oznacza konieczność zmuszenia do współpracy wielu postronnych ludzi oraz członków rodziny ofiary. Łatwo to wykonać, gdy się ma na nich haka. Znajdzie się groźbę, której ta właśnie osoba na pewno ulegnie. Na przykład: jeśli matka nie powie tego, co zbieracz chce wiedzieć, ten będzie bestialsko torturował jej dziecko.

Corte, pracownik wysoce zakonspirowanej agencji rządowej, zapalony miłośnik i kolekcjoner gier planszowych, jest owczarkiem, ochroniarzem. Kilka lat wcześniej, realizując jakieś zlecenie, Henry Loving torturował i wreszcie zabił jego mentora (szefa). Teraz Corte ma ochronić rodzinę Kesslerów, do której (długo nie wiadomo, do kogo z nich konkretnie) stara się dotrzeć zbieracz, Henry Loving. Zadanie jakich wiele, ale i sprawa osobista.

Odrobinę irytująca wydała mi się końcówka historii – zbyt pokomplikowana, irytująco nic się tam nie udawało, szło nie tak jak trzeba. Jednak ostatecznie – polecam.

wtorek, 10 września 2019

Trudne szczęśliwe życie dupka


„Zwyczajny facet” – Małgorzata Kalicińska 

Dostałem wolne we wrześniu. Tak napisałem w deklaracji urlopowej - September, żeby się załapać bez problemu, bo większość facetów z naszej stoczni, tych młodszych, wybiera się na wypoczynek latem, szczególnie ci, co mają dzieci. Ja nie mam małych dzieci, właściwie rodziny też. Od jakiegoś czasu jestem już sam. Ciężko to sobie uświadamiać, ale jakby nie było, paradoksalnie sam tego chciałem. Od kilku lat pracuję za granicą, w Finlandii, w stoczni, w Turku. Tak wyszło. Stocznie w Polsce to ropiejący wrzód na naszych sercach. Kurczę! Porty, stocznie to okno na świat! Mamy tyle linii brzegowej morza, a stoczni nie umieliśmy utrzymać, powyzdychały jedna za drugą na wstyd i sromotę. Szlag by to trafił! Tylu nas wyleciało na bruk... Stąd moja emigracja zarobkowa, praca w Finlandii ciężka, ale satysfakcjonująca, bo w zawodzie. I teraz radość, że w końcu na urlop jadę do Polski. Wreszcie wakacje! Ech! Zapomnieć o wszystkim! 

Taki sobie… romans nie bardzo wiadomo, dla kogo. Chyba jednak zbyt zwyczajny, czyli po prostu nijaki. Wiele razy w trakcie lektury zadawałem pytanie „no i co w związku z tym?”, ale oczywiście wiadomo, że nic. 

Po rozwodzie z żoną, sprawczynią domowej przemocy, podłą i wredną zołzą, jakiś taki nijaki Wiesiek (50-letni inżynier, pantoflarz, ojciec Tomka i Kasi) znajduje sobie pracę w Finlandii. Nieźle płatną, w wyuczonym zawodzie. Wydaje się jednak, że tęskni za tym swoim popapranym małżeństwem, a może związkiem w ogóle, bo na urlop przyjeżdża do Polski, do pensjonatu na Mazurach, w którym jeszcze z żoną bywali szczęśliwi. Ups! Tam wreszcie spotyka kobietę właściwą, notabene też po przejściach. Amen. 

Tu nie chodzi o to, że fabuła jest kompletnie nierealna, bo nie jest – coś takiego mogłoby się wydarzyć. Tyle tylko, że w taki sposób o mężczyźnie nie napisałby żaden mężczyzna. To po prostu zbyt kobieca wizja – jak dla mnie. W znalezienie wielkiej miłości w średnim wieku też wierzę… tylko książka po prostu nudna.

Autorka napisała o niej tak: 
Napisałam »Zwyczajnego faceta«, bo tacy istnieją. Nie rzucają się w oczy, są cisi, nie narzekają, cierpliwie znosząc swój los. Dyskretni, a może wstydliwi? Temat przemocy psychicznej dotyczy głównie kobiet, ale i one bywają niebezpieczne, głośne, trudne, »awanturne«. Głupota, podłość i inne cechy ludzkie nie posiadają określonej płci. Według mnie (jestem emancypantką) są dobrzy i źli ludzie, a nie anielskie kobiety i wredni faceci. Chyba zauważyłam problem i opisałam go - po prostu. 
Tak powstają książki. Życzę dobrej lektury! 

No i dobrze. Komuś się pewnie spodoba. Zwłaszcza zaskakujące zakończenie. 
Nie mam nic przeciwko romansom, ale przeciwko romansom nudnym i nijakim – i owszem. 

Wspólna podróż trzecią klasą


„Notatki komiwojażera” – Szolem Alejchem


Szolem Alejchem, właśc. Salomon Rabinowicz, znany jest przede wszystkim jako autor „Dziejów Tewji Mleczarza” („Skrzypek na dachu”), ale napisał też kilkadziesiąt innych tomów. Za najlepsze uważam jego zbiory opowiadań, w tym „Notatki komiwojażera”.

Jestem komiwojażerem. Podróżuję jedenaście miesięcy w ciągu roku. Jadę zazwyczaj pociągiem, najczęściej trzecią klasą, i prawie zawsze odwiedzam żydowskie miasta i miasteczka. Bo po cóż bym jeździł tam, gdzie nie ma Żydów? Mój Boże! Ileż to dziwolągów spotyka się po drodze! Szkoda tylko, że nie jestem pisarzem. Chociaż, prawdę mówiąc, dlaczego nie mam prawa zwać się pisarzem? Kim jest pisarz? Każdy człowiek może zostać pisarzem. Tym bardziej pisarzem żydowskim. Język żydowski - też mi sztuka! Bierze się pióro do ręki i pisze. Ale, moim zdaniem, nie każdy powinien brać się do pisania. Trzeba się trzymać swojego zawodu. Fach jest fachem. Tak myślę. Jednakże człowiek próżnujący może znaleźć rozrywkę w pisaniu. Jako komiwojażerowi zdarzają mi się w drodze całe dnie, gdy nic nie robię. Siedzę i myślę. Ot, choćby tłuc łbem o ścianę! Przyszedł mi więc dobry pomysł do głowy. Kupiłem kajet i ołówek. Wszystko, co tylko po drodze słyszę lub widzę, notuję w moim kajecie. W ten sposób, jak widzicie, zapisałem sporo stronic. Starczy pewno do czytania na cały rok! W końcu jąłem się namyślać, co z tym fantem począć? Wyrzucić? Szkoda. Dlaczegoż nie wydać tego w książce lub nie wydrukować w gazecie? [„Do Czytelników”]

Nieznany z nazwiska komiwojażer, przedstawiciel handlowy jakiejś firmy, zbierający dla niej zamówienia, Żyd, podróżuje pociągiem po carskim imperium przez jedenaście miesięcy w roku, koniecznie trzecią klasą, i wysłuchuje opowieści innych podróżnych, snutych przez nich dla zabicia czasu. Nie wszystkie te historie kończą się jakąś puentą, czasem podróżny musi wysiąść, zanim skończy swoją relację. I to też jest elementem specyficznego humoru żydowskiego, filozofii narodu wybranego, ich niepowszedniego, czasem nawet egzotycznego postrzegania świata, życia, przeznaczenia…

Zbiór zawiera opowiadania: „Konkurenci, Najszczęśliwszy człowiek w Kodniach, Stacja Baranowicze, Przyjęty, Człowiek z Buenos-Aires, Powrót z cmentarza, "Próżniak", Cud w Hoszano Rabo, Wesele bez grajka, Cyces, Sześćdziesiąt sześć, Gimnazjum, Pobór,  Dziesiąty, Trzecia Klasa.

Nie będzie to żadna opowieść, ale pogawędka - kilka słów pożegnalnych od dobrego przyjaciela. Rozstając się z wami, drodzy Czytelnicy, chcę w dowód wdzięczności za waszą cierpliwość udzielić wam rady, która pochodzi od człowieka praktycznego, od komiwojażera. Posłuchajcie i zapamiętajcie sobie moje słowa. Gdy odbywacie dłuższą podróż koleją i chcecie uniknąć nudy, nie jedźcie nigdy ani pierwszą, ani drugą klasą. Wystrzegajcie się zwłaszcza pierwszej klasy. Nie brak tam wprawdzie komfortu, jest miękko i wygodnie. Ale chodzi mi o ludzi, o pasażerów. Cóż to za przyjemność dla Żyda podróżować samemu i przez cały czas nie odezwać się do nikogo ani słowem? Można od tego, uchowaj Boże, stracić mowę. Jeśli nawet spotkasz tam pasażera, to będzie nim albo niemrawy dziedzic z nadętymi jak trębacz policzkami, lub napuszona dama, zgryźliwa jak zła teściowa, albo też milczący cudzoziemiec w kraciastych spodniach. Siedzi przylepiony do okna i nie ruszy się z miejsca, choćby w wagonie wybuchł pożar. Smutne myśli przychodzą do głowy, gdy jedziesz w towarzystwie takich osób. Zaczynasz rozmyślać o śmierci - a po cóż ci to, do kaduka! Sądzicie zapewne, że w drugiej klasie jest lepiej? Bynajmniej. Siedzicie w towarzystwie wielu osób. Zdawałoby się, tacy sami ludzie jak wy. Każdy chciałby coś powiedzieć, zasięgnąć bliższych informacji, dowiedzieć się, skąd jesteście, dokąd jedziecie i jak was zwać. Ale oni siedzą jak te mumie, jeden spogląda na drugiego, nabrali wody do ust i milczą.
[…]
Natomiast jadąc trzecią klasą - czujecie się jak u siebie w domu. A gdy w wagonie znajdują się sami tylko synowie Izraela, czujecie się już zupełnie jak w domu. Nie jest tam, co prawda, tak wygodnie, o miejsce trzeba nieraz walczyć. Panuje zgiełk, harmider. Człowiek nie wie, co się z nim dzieje i kim jest jego sąsiad. Ale znajomość zawiera się od razu. Po chwili wszystkim wiadomo, kim jesteście, dokąd jedziecie i jakie zawieracie transakcje. A wy wiecie o innych to samo. Noc spędzacie na miłej pogawędce. Jeśli milczycie, to mówią inni - i nie dają wam spać. I po cóż zresztą spać w wagonie? Czy nie lepiej rozmawiać? Gdy się mówi, można się zawsze czegoś dowiedzieć. [„Trzecia klasa”]

Dobra lektura. Jakaś taka… spokojna, kojąca. Polecam.

środa, 4 września 2019

Życie codzienne, burdelowe...


„Czarodziejki.com” – Ewa Egejska

Relacja z burdelu, czyli – jak się to poprawnie obecnie nazywa – agencji towarzyskiej. Opowieści i życiorysy trzech pań wiadomego autoramentu, setki scenek rodzajowych z ich życia i profesji oraz funkcjonowania takich przybytków.

Aż przypomniała mi się taka Eliza. Strasznie się zakochiwała i w niej się zakochiwali. Trafiła do burdelu z miłości, żeby zarobić na adwokata dla chłopaka, który trafił za zabicie ojca do pierdla. Ponoć się pobili w domu i jakoś go nieszczęśliwie tak popchnął. .. Ale chciała go z więzienia wyciągnąć i wyciągnęła...
Wiesz, opowiem ci o niej. W burdelu zaczynała każdy dzień z uśmiechem na twarzy i z uśmiechem na twarzy kończyła, chociaż by z nóg padała. Była pupilkiem szefa, zawsze stawiał ją za wzór innym dziewczynom: Eliza jest profesjonalistką, wie jak gościa podejść, ma mnóstwo stałych klientów. Ewcia, to nawet jakiś klient zmobilizował ją, żeby zrobiła maturę! Potem zaczęła studiować psychologię. Na pokój wychodziła z uśmiechem na twarzy i dawała im wszystko to, czego oczekiwali. Sprawiała wrażenie, że jest jej z nimi strasznie dobrze, że uwielbia z nimi gadać, rozumie ich - no po prostu panna do rany przyłóż! Jedyną wadą i problemem Elizy był alkohol. Strasznie denerwowała się, jak ktoś nazywał ją alkoholiczką... Otwierała wtedy kolejne piwo i mówiła, że nikt nie będzie jej mówił ile ma pić: jedno, trzy, czy pięć piw dziennie!
[…]
W tej chwili Eliza jest z nim mężatką, mają dzieci, ale ona nadal ma kochanka - swojego starego klienta o ksywce Lizak, który strasznie się w niej zakochał. W burdelu spędzał z nią zawsze mnóstwo godzin, przychodził czasem aż na 10 dziennie, żeby tylko żaden inny facet jej nie ruszył. Przynosił mnóstwo prezentów. Zaproponował sporą kasę, żeby spotykała się tylko z nim, no i w tej chwili jest jej cichym sponsorem, po prostu ona jest jego utrzymanką, bo męża nie może być pewna, a dzieci to wielki wydatek. No i Eliza żyje sobie z nimi obydwoma - mężem i eksklientem - bardzo szczęśliwa!

Czemu „czarodziejki”? Bo podobno prostytutki sprzedają klientom raczej marzenia niż własne ciało, czy seks, oferują coś więcej niż tylko fizjologiczne zaspokojenie napięcia seksualnego.
Część książki, relacje pań, sprawiała na mnie wrażenie podręcznika, poradnika, czy wreszcie przewodnika po zachowaniach seksualnych – w tym „złotego deszczu” albo koprofilii oraz różnych fetyszyzmów. Przyszło mi do głowy także inne porównanie: spis oferowanych przez agencje towarzyskie usług – jakbyś się wybierał, a nie wiesz, czy coś jest w ofercie i za ile, to z tej książki możesz się dowiedzieć. Poza tym, zawiera też ona poradnik napisany podobno przez jednego ze stałych klientów: „Jak się zachować i radzić sobie w agencji”.

Mimo zachęcającej przedmowy profesor Marii Szyszkowskiej czyta się to wszystko bez większego zapału, a o jakimkolwiek podekscytowaniu w ogóle mowy nie ma. Powiedziałbym, że jest to – paradoksalnie – lektura jakaś taka… bezpłciowa. Trudno dobrnąć do końca. Jeśli autorce (lub autorkom) wydawało się, że czytelnika czymś zaszokują, to ze mną się nie udało.
Na pewno nie jest to pozycja dla małych dzieci, ale zastrzeżenie na okładce, że tylko dla dorosłych, to już przesada albo chwyt marketingowy. Dobry 30-40 lat temu, ale czy dziś robi to na kimś jeszcze jakieś wrażenie…

Ostatecznie jest to chyba raczej temat na niezły artykuł, ale zdecydowanie zbyt rozdęty na książkę i 320 stron.

poniedziałek, 2 września 2019

Nie wszyscy byli bohaterami


„Pamiętnik z powstania warszawskiego” – Miron Białoszewski

Zdaje się, że za wcześnie się urodziłem, więc w nieodpowiednim czasie zetknąłem się z nieodpowiednimi ludźmi, na przykład takimi, którzy, jako cywile, spędzili w Warszawie czas powstania. Ale ten sposób nieco się też uodporniłem na zmieniającą się co pewien czas, propagandową „prawdę” o powstaniu.
Dziś chyba jedynie słuszna wersja mówi o tym, że decyzja naczelnego dowództwa, wiedzącego od dawna, od Jałty, że powstańcy nie dostaną żadnej znaczącej pomocy (informował o tym wyraźnie Jan Nowak-Jeziorański), uznawana jest za morderczą głupotę i lekceważenie ludzkiego życia, ale już młodzi ludzie walczący na ulicach, to bohaterowie, idealiści, patrioci. Zapewne w dużej mierze tak, ale…

Ci wspaniali herosi bardzo często kazali budować barykady cywilom, i nie tylko młodym mężczyznom. O tym, że bili opornych i wyzywali nawet od zdrajców, w tym ludzi w średnim wieku i kobiety, wiem z opowiadań uczestnika tych zdarzeń. Podobno takich „zdrajców”, którzy pod ostrzałem nie chcieli budować barykad, nawet gdzieś tam rozstrzeliwano, ale chcę wierzyć, że to tylko pogłoski, przesada.

Na drugi dzień pod wieczór ze Staszkiem każą nam przenosić płyty z chodnika. Na drugą stronę ulicy. Staszek złapał płytę i przeniósł. Podziwiałem. Nagle pociski. Jeden trafia w…

Jest „Pamiętnik” dość surową relacją z czasów powstania (to jest od 1 sierpnia do 9 października 1944), sporządzoną przez kogoś, kto powstańcem nie był i najwyraźniej być nie zamierzał. Białoszewski większość tych dni spędził w schronach i piwnicach. A tam, wiadomo, brak intymności, problemy z higieną osobistą, bo brak wody, ciasnota, głód. Wydaje mi się, że zbyt pięknie wyszła mu relacja o pomocy, dobroci, solidarności w tych trudnych warunkach – gdybym nie znał dobrze Polaków uwierzyłbym w nią bez zastrzeżeń – ale… może akurat tak mu się trafiło albo tak zapamiętał.

Autor opisuje hm… dystrybucję pożydowskiego mienia, wspomina z dużą przykrością zniszczone bezpowrotnie setki bezcennych zabytków, ale… prace nad „Pamiętnikiem” Miron Białoszewski rozpoczął w 1967, wiedział już zapewne, że powstanie pociągnęło za sobą dziesięć razy więcej ofiar wśród cywili niż wśród żołnierzy powstania (16 tys. zabitych żołnierzy i 150-200 tys. cywilów, zwykłych mieszkańców miasta), ale tego faktu jakoś nie wyeksponował – może wtedy nie mógł?
Przy okazji można znaleźć odpowiedź na pytanie, czy wątpliwość, jaka powstaje podczas lektury „Pięć lat kacetu” – czemu starzy więźniowie nazywali powstańców bandytami?

Na koniec zastanawiałem się, czy „Pamiętnik z powstania warszawskiego” jakkolwiek zapisałby się w historii naszej literatury, gdyby nie groteskowa interpunkcja autora, i wychodzi mi, że chyba jednak nie, bo wydarzeniem literackim – moim zdaniem –  raczej nie jest. Może sprawdziłby się jako audiobook?

niedziela, 1 września 2019

Kogo czyni z nas mniejsze zło?


„Ostatni szczegół” – Harlan Coben

Myron Bolitar (sztandarowy bohater powieści Harlana Cobena), były koszykarz, szef agencji RepSport MB, kolejny raz rozstaje się z Jessicą Cilver, pisarką, i ucieka z Teresą, prezenterką telewizyjną, na karaibską wyspę, leczyć rany i zranioną dumę. Wydarzenie to, mocno nieprzewidywalne przez nikogo, znakomicie pokomplikowało niecny spisek.

Bolitar wraca do pracy i cywilizacji, bo okazuje się, że jego wspólniczka (wcześniej sekretarka/asystentka), Esperanza Diaz, została zatrzymana przez policję. Podejrzewają ją o zastrzelenie klienta RepSport MB znanego bejsbolisty, Clu Haida.
Myron Bolitar postanawia wyciągnąć z tarapatów Esperanzę, co okazuje się wyjątkowo trudnym zadaniem, choćby ze względu na jej milczenie, ale też mnożące się przeszkody i tajemnice sprzed wielu lat.

Element moralnych dylematów obecny jest w wielu powieściach Harlana Cobena, ale w tej szczególnie. Najpierw Win (socjopata, przyjaciel Myrona) udowadnia mu, że zdecydowana większość jego zapędów, by być porządnym, praworządnym, uczciwym, przyzwoitym człowiekiem, przynosi szkody i to nie tylko jemu samemu, ale i wielu innym ludziom. Jednak największy problem pojawia się na samym końcu – Miron Bolitar musi dokonać paskudnego wyboru typu „mniejsze zło”, pójść na kompromis, który w sumie nie satysfakcjonuje nikogo, a jego samego najmniej.

Warto przeczytać, bo właśnie poza całkiem niezłą fabułą sensacyjną, są w powieści także elementy moralitetu i to nieźle sprzedane. Kończysz książkę i zastanawiasz się, co ty byś wybrał w podobnej sytuacji.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Jak zachowywać równowagę


„Sztuka zachowywania umiaru” – Anselm Grün

Kiedy przekraczamy miarę, tracimy wyczucie tego, co jest dla nas odpowiednie. Ulatuje z nas powietrze, tracimy energię, czujemy się niejako opróżnieni, wyczerpani. Kto mierzy rzeczy właściwą miarą i zachowuje umiar, nie wyczerpuje się tak łatwo. Kto nie zna umiaru, mierzy siły na zamiary i porywa się na zbyt wielkie rzeczy, nie powinien się zatem dziwić, jeśli w pewnej chwili poczuje się wypalony*.

Można  powiedzieć, że temat równowagi między skąpstwem a rozrzutnością (to jeden z rozdziałów) jest wręcz banalny, ale już zagadnienia dotyczące mocy rytuałów, świętego oburzenia, dyscypliny i porządku, oraz wiele, wiele innych, zapowiadają się intrygująco, a nawet… prowokująco.

Czy można osądzać (źle mówić i myśleć) księdza pedofila, gwałciciela dzieci, jeśli nie zna się go osobiście? Według autora – nie. Anselm Grün twierdzi, że konsekwentnie i zdecydowanie odmawia oceniania ludzi, których sam nie zna, bez względu na to, co zrobili. Od razu przyszło mi do głowy wredne pytanie, czy podobną miarę stosuje do komunistów i ilu ich naprawdę osobiście poznał. Chciałem tu dołożyć też hitlerowców, ale ze względu na narodowość i wiek autora…

Nie ze wszystkimi przekonaniami Anselma Grüna się zgadzam, ale to na szczęście nie jest obowiązkowe. Poza tym uważam, że w zdecydowanej większości przypadków ma jednak rację. Znalazłem też w książce stwierdzenia, co do których mam wątpliwości, które zostawiam do przemyślenia, na kiedyś, na później. Na przykład w rozdziale „Równowaga między pogardą dla siebie a pychą” opisuje małżeństwo, które decyduje się zrezygnować z bardzo drogich wakacji – wiele razy na takie jeździli, ale wreszcie uznali, że to kosztuje zbyt dużo. To oczywiście zdolność zachowania umiaru, ale do tego autor twierdzi: A przecież tak naprawdę nasze poczucie wartości wzrosłoby, gdybyśmy przyznali się do własnych granic**. No więc się zastanawiam, czy przyznanie, że na coś mnie nie stać, że coś jest dla mnie za drogie, naprawdę podnosi moje poczucie własnej wartości?

Jako, że jestem kwakrem, uważam za bardzo ważne, kluczowe, zagadnienia dotyczące zrównoważonej relacji ze stworzeniem albo niewygodne pytanie, ile jest rzeczy, których nie potrzebuję. Przydatne okazały się rozważania na temat zdolności odróżniania spraw ważnych od mniej ważnych oraz poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co naprawdę jest ważne.

Dobrego traktowania stworzenia nie można się domagać za pomocą argumentów czysto racjonalnych. Gdyby tak było, nasze postępowanie zależałoby zbytnio od naszej woli. Aby naprawdę zmienić nasze zewnętrzne zachowanie, potrzebujemy odpowiedniego nastawienia i pokornej postawy***.

Dobra książka – jako lektura inspirująca do poszukiwania własnych odpowiedzi, swojego stanowiska, indywidualnej drogi, postaw, zachowań.





--
* Anselm Grün, „Sztuka zachowywania umiaru”, przekład Kamil Markiewicz, 2016, wyd. Święty Wojciech, s. 5.
** Tamże, s. 24.
*** Tamże, s. 110.

środa, 7 sierpnia 2019

Nim pojawiliśmy się w historii


„Dagome Iudex” –  Zbigniew Nienacki

Jak wiadomo z lekcji historii, przed Mieszkiem Pierwszym rządził jego ojciec, Siemomysł, a przed nim dziadek Mieszka Pierwszego, Lestek. A jeszcze wcześniej? Wcześniej, w VII-VIII wieku działy się (albo też dziać mogły) wydarzenia, opisane przez Zbigniewa Nienackiego w trylogii, na którą składają się tomy: „Ja, Dago”, „Ja, Dago Piastun” i wreszcie, wydany po baaardzo długiej przerwie i w mniejszym nakładzie, „Ja, Dago Władca”.

We wsi Zemlinów zbliża się czas postrzyżyn chłopca – podczas tej ceremonii nadane mu też będzie imię, bo dotąd jest bezimienny. Podczas przepychanek z kolegami i braćmi, bezimienny rzuca o ziemię chłopcem starszym i większym – Zemlinowie są przerażeni, początkowo chcą go zabić, ale ostatecznie postanawiają sprzedać w niewolę. Karłowaci i tchórzliwi Zemlinowie boją się chłopca i podejrzewają, że jest on ostatnim żyjącym potomkiem olbrzymów, starożytnych Spalów, a konkretnie synem olbrzyma Bozy, który utonął na bagnach. Ostatecznie przyszły Dagobert, w skrócie Dago, wychowuje się na dworze siostry Bozy, olbrzymki Zely, gdzie uczy się pierwotnej mowy ciała i wielu innych umiejętności.

Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.
Napisano w „Księdze Grzmotów i Błyskawic”, a jej rozdział dotyczący sztuki rządzenia ludźmi, Dago wyuczył się na pamięć, przebywając na dworze Rhomajów. Nawiązał tam wiele przydatnych znajomości, został ochrzczony, wyuczył się języków, zrozumiał na czym polega władza i jak się ją sprawuje.

Gnany typową dla olbrzymów chorobą zwaną Żądzą Czynów, wyruszył Dago na białym ogierze o imieniu Vindos, by wprowadzić do historii ludy, żyjące od Morza Sarmackiego aż po Góry Karpatos. Spotkał i uwolnił Herima, później Zyfikę, stanął na czele niewielkiej drużyny Lestków… Dzięki zdradom, podstępom, intrygom, morderstwom, utrwalał i poszerzał obszar swojego panowania, które sprytnie nazywał piastowaniem – albowiem Lestkowie i sąsiednie plemiona nie znosiły nad sobą żadnej władzy, żadnych książąt, królów, komesów. Prawnukiem Dago był… Mieszko, zwany później Pierwszym.

wtorek, 16 lipca 2019

Udawaj, że kochasz bliźniego


„Drewniany różaniec. Oblubienice” –  Natalia Rolleczek

Czytałem tę książkę wiele razy. Jak zresztą większość książek zgromadzonych w moim domu rodzinnym. Podczas lektury zwykle przypominały mi się koszmarne opowieści wujka, który posyłany był do przedszkola prowadzonego przez zakonnice. Przedszkole to mieściło się ze sto metrów od naszego domu i często obok niego przechodziliśmy. Jeśli nie było z nami dorosłych (wujek był starszy o kilka lat zaledwie), przyśpieszaliśmy kroku albo szli drugą stroną ulicy – żeby te straszne kobiety nas tam nie wciągnęły. Pewnie dlatego, kiedy wybuchła afera z siostrą Bernadettą, jakoś nie zdziwiło mnie to, że siostry Scholastyka, Bernadetta, Monika, Patrycja, pozwalały dzieci gwałcić, a same biły je menażką do utraty przytomności („Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” – Justyna Kopińska). Sierociniec pokazany w „Drewnianym różańcu”, prowadzony przez felicjanki w Zakopanem w latach trzydziestych ubiegłego wieku, to w porównaniu do zakładu boromeuszek, po prostu głupstwo, drobiazg; miejsce może niezbyt miłe, niekomfortowe, ale jeszcze znośne.

Natalia Rolleczek zmarła niedawno, kilka miesięcy po setnych urodzinach, a ja znów sięgnąłem po „Drewniany różaniec”. Nie pamiętam, czy mam pierwsze wydanie, czy jedno z pierwszych, ale to najnowsze (edycja Ha!artu) oglądałem u znajomych i od razu rzuciły mi się w oczy zmiany w tekście (zakonnice przedstawione są nie aż tak źle) oraz fakt, że książka jest znacznie krótsza niż pierwsze wydania.

Fabuła. Lata trzydzieste, do sierocińca w Zakopanem, prowadzonego przez siostry felicjanki, trafia, początkowo niby tylko na rok, nastoletnia Natalia – ojczym nie może znaleźć pracy, siostra zmarła na gruźlicę, w domu bieda aż piszczy…
Dziewczyna z trudem dostosowuje się do zastanych warunków, obserwuje i opisuje zakonno-zakładową rzeczywistość. Obłuda, zakłamanie, hipokryzja, kłamstwa, kradzieże, oszustwa, bicie (drewnianym różańcem), praca ponad siły, głód, choroby… Całkowite i kompletne zaprzeczenie ideałów chrześcijańskich. Księdzu siostry serwują wystawne śniadania, podczas, gdy sieroty głodują. Siostry zakonne może i są równe przed Bogiem, ale w klasztorze dzielą się na „lepsze”, chórowe, czyli te, które do zakonu wniosły spory posag, oraz „gorsze”,tzw. konwerski, taki drugi sort, kobiety od brudnej roboty.

A ja wypłakując na stryszku swój żal na kolanach siostry Zenony pytałam podnosząc głowę:
    Dlaczego pan Bóg, jeśli jest, jeśli naprawdę istnieje — dlaczego nie dopomógł Frankowi? Dlaczego?
Na to przyszła szczególna odpowiedź, która mnie zdumiała jak bluźnierstwo w ustach świętego:
    Bo Zakon jest mocniejszy od pana Boga. Pan Bóg zrobił­by dla ludzi niejedno. Ale Zakon nie zrobi.
I westchnąwszy, siostra Zenona pogłaskała mnie po włosach.

Obraz oburzający i odrażający. Ale jest w książce także parę zdań, dzięki którym można zorientować się, że życie w międzywojennej Polsce nie było jednak tak idealne, jak to obecnie próbuje przedstawiać propaganda. Moje wydanie zawiera także rozdziały, części „Koło Młodych Polek”, „Oblubienice”, a zwłaszcza „Litość”, pierwszą, poświęconą pamięci Łucji, starszej siostry Natalii.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Źli, dobrzy chłopcy z Zachodu


„Szeryf z miasta bezprawia. Wyatt Earp i inne legendy Dzikiego Zachodu” – Przemysław Słowiński

Skoro sięgnąłem po tę książkę najwyraźniej zostało mi z młodzieńczych lat nieco sentymentu do opowieści o kowbojach i przygodach na Dzikim Zachodzie. Jednak teraz szukam raczej faktów, a nie naiwniutkich historyjek w stylu „Winnetou”, czy „Bonanzy”.  Przez chwilę wydawało się, że dobrze trafiłem, ale kiedy na scenie pojawił się William Barclay Masterson i okazało się, że autor książki nie wiedział, że naprawdę nazywał się on Bartholemew William Barclay „Bat” Masterson, nie wiedział, czemu ukrywał imię Bartholemew i co znaczy w tym przypadku „Bat”, mój zapał nieco ostygł. Ostatecznie książka jest fabularyzowaną opowieścią pana Słowińskiego, w której można znaleźć informacje o pogodzie w określonym miejscu (ponad sto lat temu!), o umaszczeniu psa, który grzebał w śmieciach, a nawet o tym, co kto myślał w jakiejś chwili. Jest też trochę faktów, ale mniej więcej tyle, ile znaleźć można w popularnych  filmach: „Tombstone”, „Wyatt Earp”, „Sędzia z Teksasu” albo podobnych.  Szkoda, miałem nadzieję, że to dzieło okaże się bardziej… dokumentalne.

czwartek, 11 lipca 2019

Choroba ciała, duszy, umysłu...


„Wspólna droga do wolności” – Robert Krzywicki MIC

Autorem książki jest Ks. Robert Krzywicki MIC, dyrektor Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym przy Sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej Bolesnej Królowej Polski. Licheńskie Centrum Pomocy każdego roku przyjmuje ponad cztery tysiące uzależnionych, zaś na coroczne  spotkania trzeźwościowe przyjeżdża nawet kilkadziesiąt tysięcy osób.

Niewielka objętościowo książeczka (128 stron zaledwie) zawiera podstawowe informacje na temat choroby alkoholowej, współuzależnienia (koalkoholizmu), ale przede wszystkim form i sposobów walki z nałogiem oraz dysfunkcją całej rodziny. Autor zwraca uwagę przede wszystkim na to, co w takiej sytuacji może zrobić ksiądz i jaka jest – albo być powinna – rola Kościoła katolickiego wobec problemu alkoholizmu.
Przyznam, że ujęło mnie zdroworozsądkowe podejście do tematu księdza Krzywickiego, a zwłaszcza nieupieranie się, że religia, a konkretnie wyznanie rzymskokatolickie, jest dobre na wszystko i rozwiązuje wszelkie problemy.

Czasem uzależnienie od alkoholu ma miejsce jeszcze przed ślubem, bo na przykład ktoś pochodzi z takiej rodziny albo nawet jest obciążony genetycznie balastem choroby alkoholowej. Choć widzę, że mój narzeczony nadużywa alkoholu, decyduję się na ślub, wierząc, że on to zmieni. Sam sakrament niczego ani nikogo nie zmieni. Jeżeli nie podejmiemy konkretnych kroków, izolacja jedynie się pogłębi. Powiedzmy zatem, że mamy problem*.

Nie zgadzam się z autorem, który twierdzi, że depresja może wywoływać alkoholizm**, mam odmienne przekonanie na temat procesu rzekomo nieskończonego trzeźwienia (cokolwiek to znaczy) alkoholików***, ale zaintrygowało mnie to obciążenie genetyczne. Jeśli przez genetykę rozumieć naukę zajmującą się badaniem dziedziczności, to według całej współczesnej wiedzy, alkoholizm zdecydowanie nie jest chorobą dziedziczną.  Dzieci, co oczywiste, kopiują wzorce zachowań rodziców oraz modele funkcjonowania rodziny, ale to nie jest genetyka.
Sporo miejsca w książce zajmuje Licheńskie Centrum Pomocy Rodzinie, które każdego roku przyjmuje i realnie wspiera na wiele różnych sposobów tysiące uzależnionych, nie tylko alkoholików, i ich rodzin, zwłaszcza na corocznych lipcowych spotkaniach trzeźwościowych, odbywających się w ostatni weekend lipca.  Najbliższe: http://www.pomoc.lichen.pl/index.php?kategorie=41 

Książka zawiera także popularny artykuł doktora Woronowicza „Co zrobić, żeby on nie pił”, krążący od lat w internecie „List alkoholika do swojej rodziny”, czy wreszcie „Test Baltimorski”, który ma pomóc czytelnikowi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy już jest alkoholikiem. Test jest tak restrykcyjny, że właściwie alkoholikami okazuje się, zgodnie z nim, większość dorosłych mężczyzn w Polsce. "Test Baltimorski" nie jest podstawą do profesjonalnego diagnozowania alkoholizmu. Tym niemniej może stanowić pewną wskazówkę, sugestię, podpowiedź.




---
* Robert Krzywicki MIC, „Wspólna droga do wolności”, wyd. WAM, 2017, s. 18.
** Tamże, s. 22.
*** Tamże, s. 53.

wtorek, 2 lipca 2019

Dokąd zmierzamy z tą religią?

„Początek” – Dan Brown

Powieść sensacyjna taka sobie, przeciętna dosyć; zapewne znacznie lepsza od setek innych, ale na pewno nie jest to szczytowe osiągnięcie Dana Browna. Momentami wydawała mi się po prostu naiwna i nużąca. Choć fabuła, idea, pomysł, rodzi sporo pytań, wątpliwości i przemyśleń.

Skąd przyszliśmy? Dokąd zmierzamy? – podobno najważniejsze pytania ludzkości, ale… Tak się zastanawiam i staram się sobie przypomnieć, czy ja kiedykolwiek poświęciłem temu zagadnieniu więcej niż kilkanaście sekund? Nie wydaje mi się. Zdaję sobie sprawę i zawsze zdawałem, że w chwili obecnej, zadowalającej odpowiedzi na nie nie ma, więc nie zawracam sobie głowy bombastycznymi kwestiami. Miliony ludzi prawdopodobnie mają podobnie. Bardziej interesuje mnie, i nie tylko mnie, czy mi pieniędzy wystarczy do pierwszego, niż „dokąd zmierza ludzkość?”.

Edmond Kirsch, miliarder, naukowiec, wizjoner, zaciekły, wojujący ateista, podobno odkrył odpowiedź na te fundamentalne pytania, a nawet znalazł dowody, które mają zadać ostateczny cios religiom – wszystkim religiom. Swoje odkrycie Kirsch ma ogłosić podczas spektakularnej prezentacji w Muzeum Guggenheima w Bilbao, którą śledzi on-line wiele milionów ludzi. Jednym z nich jest specjalnie i osobiście zaproszony Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, dawniej profesor Kirscha.

Przygotowania do ujawnienia szokującej prawdy przeciągają się tak bardzo, że szybko można zorientować się, że coś pójdzie nie tak i odpowiedzi nie zostaną zaprezentowane. Tak też się dzieje. Edmond Kirsch zostaje zamordowany, a Langdon musi uciekać wraz z atrakcyjną dyrektorką Muzeum Guggenheima, Ambrą Vidal, notabene narzeczoną następcy hiszpańskiego tronu, gdyż oboje zostają oskarżeni o udział w spisku.

Langdon, Vidal oraz Winston, SI (sztuczna inteligencja stworzona przez Edmonda Kirscha) starają się odnaleźć odkrycie Kirscha, opublikować je oraz zdemaskować mroczne siły, które zaplanowały zamach. Bo, kto jest wykonawcą, zabójcą, kto pociągnął za spust, wiadomo od początku. Spisek zdaje się dotyczyć Kościoła katolickiego, dworu królewskiego, sekty palmarian… Prawda, jak to zwykle u Browna, jest zaskakująca, ale to dopiero pod koniec.

Możliwe, że jest to pierwsza powieść sensacyjna/kryminalna, a w każdym razie nie s-f, w której sztuczna inteligencja odgrywa tak wielką rolę. Winston jest pełnoprawną „osobą” dramatu.

Ostatnia konkluzja zupełnie już niezwiązana z wątkiem kryminalnym – chyba ten świat miałby się lepiej bez chrześcijaństwa, a religii rzymsko-katolickiej w szczególności.

środa, 19 czerwca 2019

Piękny świat pełen absurdów


„Liga walki ze śmiercią” – Kingsley Amis

Zabawne wydaje mi się, że po powieść sięgnąłem, leżąc w szpitalu, który dawno, dawno temu nazywał się Brandenburskim Szpitalem dla Psychicznie Chorych.

Niewielkie miasteczko. Lata – zapewne – sześćdziesiąte. Jednostka wojskowa złożona z Brytyjczyków, Hindusów i Pakistańczyków przygotowuje supertajną operację „Apollo”. W związku z tym do jednostki skierowany zostaje kompletnie nieudolny kapitan wywiadu Leonard.

Tylko przez pójście z kimś do łóżka, można osiągnąć ów moment konwersacyjnej intymności, stanowiący niezbędne preludium do namówienia tego kogoś na pójście do łóżka.

Leonard to nie jedyna dziwaczna osobistość na kartach powieści i… w okolicy. W pobliskim domu wariatów działa doktor Best, przekonany, że większość jego pacjentów, na przykład alkoholik, kapitan Max Hunter albo Catherine Casement, skrywają skłonności homoseksualne, lady Hazell sypiająca z prawie wszystkimi oficerami i to kilkoma w ciągu jednej nocy, wielebny Ayscue, Moti Naidu… Churchill kopuluje z Lisą Hazell, ale zakochuje się w Catherine, Hunter wraca do picia w związku z chorobą kochanka, Leonard tworzy coraz to nowe pułapki na szpiega. Do momentu, w którym w miasteczku działać zaczyna Liga Walki ze Śmiercią, byłaby to zwyczajna powieść społeczna o zabarwieniu prześmiewczo-cynicznym, ale to zdarzenie przekształca ją w groteskę, podobną momentami do „Paragrafu 22”.

sobota, 8 czerwca 2019

Przyszłość nieoptymistyczna

„Do nielicznego grona szczęśliwych” – Marcin Król

Marcin Król, filozof polityki i historyk idei (filozofia pyta o prawdę, historia idei pyta o ciągłość i zmianę, i ich konsekwencje), prezentuje w książce esej, ewentualnie zbór esejów, o problemach współczesnej, i nie tylko, demokracji, o zagrożeniach dla kultury, o zaletach i wadach rewolucji wszelakich, o polityce… Książka adresowana jest do grona czytelników szczególnych – Chodziło mi o tych, zapewne niezbyt licznych w skali świata zachodniego, którzy nie chcą ulec marazmowi, do którego nas skłania stan rzeczy. Stan nie tej lub owej rzeczy, lecz wszystkich rzeczy… – przeczytałem we Wstępie. Nie jest to lektura łatwa, lekka, może nawet nie zawsze jest przyjemna, ale wartościowa jest ponad wszelką wątpliwość.

Niektórzy tak bardzo byli rozczarowani zakończeniem rewolucji, że po upadku komunizmu wyjeżdżali z Polski, która przestała żyć w czasie wyjętym z ciągłości*.

Skąd ja to znam! – chciałoby się zawołać. A czy ktoś nie zna osób ze swojego otoczenia, jakichś krewnych lub znajomych, którzy działali w opozycji, a następnie szybciutko wynieśli się na Zachód, żeby tylko za blisko z owocami swojej wygranej się nie zetknąć?

Wizja przyszłości w ujęciu Króla daleko wykracza poza banalne stwierdzenia typu: albo będzie dobrze, albo będzie źle, to rozważania zupełnie odmienne, na innym poziomie np.:

Może dojść do rewolucji, może dojść do wojny, ale może też się tak zdarzyć – prawdopodobieństwo wysokie – że stan obecny, stan lenistwa i gnicia politycznego, będzie trwał, i ewolucyjnie, po wielu latach, przekształci się w nową pozytywność**.

Świat, Europa, Polska, dojrzewa do zmiany – wydaje się dowodzić Marcin Król, ale…

Niezbędna jest zmiana polityczna, ale nikt nie wie, co to naprawdę ma oznaczać. Coraz częściej, nauczeni doświadczeniem minionych rewolucji, przez zmianę rozumiemy nie reformę, na przykład służby zdrowia, lecz zmianę całkowitą. Nie administracyjną korektę, lecz rewolucję…***.

Ludzkość brnie w ślepą uliczkę i zaszła na tej drodze tak daleko, że wycofanie się nie jest już możliwe. Nie da się zawrócić i dokonać drobnych zmian tego lub owego detalu, na to jest po prostu zbyt późno. Wielkimi dokonaniami/posunięciami (wojna, rewolucja itp.) musimy z tej ślepej uliczki wyrąbać przejście na drugą stronę, eksplozjami utorować drogę ku nowemu.
Kiedy komuna oddawała w Polsce władzę, opozycja wyliczyła, że Polska zadłużona jest na 44 miliardy dolarów. W roku 2018 zadłużenie Polski przekroczyło… bilion. Czy w tej sytuacji wymiana partii rządzącej lub całego ugrupowania cokolwiek zmieni?

Myślę głownie obrazami, tak więc oczami wyobraźni widzę wielką górę, ogromną, aż po horyzont, i wlot do tunelu ozdobiony symbolami narodowymi. Daliśmy się zaprosić do marszu w kierunku nowego, lepszego jutra… no, jedni dali się zaprosić inni uznali się za przewodników w tej podróży, mniejsza z tym, tylko nikt nas nie uprzedził, że tunel nie jest skończony. Zbliżamy się do zwężenia, ściana coraz bliżej, żadnego światełka nie widać…

W eseju „Do nielicznego grona szczęśliwych” Marcin Król proponuje też czytelnikowi rozważania związane z szeroko pojmowaną jakością (ilość nie przechodzi w jakość, demokracja w świecie jakości, porażka jakości w ujęciu historycznym itp.) i nie jest to, niestety, lektura nastrajająca hurraoptymistycznie.




--
* Marcin Król, „Do nielicznego grona szczęśliwych”, Iskry, 2018, s. 12.
** Tamże, s. 22.
*** Tamże, s. 25.

czwartek, 6 czerwca 2019

Czart - zły, dobry motocyklista


„Aleja potępienia” Roger Zelazny

Długie opowiadanie z 1969 roku, które po polsku w „Fantastyce” ukazało się, jeśli dobrze pamiętam, w maju 1983. Inne czasy, inne okoliczności; zimna wojna trwała wtedy w najlepsze, a wizja atomowej zagłady wydawała się wysoce prawdopodobna. Dziś opowiadanie to rodzi… mieszane uczucia.

Czart Tanner (Hell Tanner) morderca i gwałciciel, członek motocyklowego gangu, świetny kierowca prowadzący po mistrzowsku każdy pojazd, jeden z niewielu, którzy przeżyli Wielki Atak, to jest bliżej niesprecyzowaną wojnę atomową, po której z Ameryki zostało niewiele – pojedyncze skupiska ludzkie, a między nimi pustkowia, ruiny, promieniotwórcze kratery, szalejące siły natury, zmutowane zwierzęta i rośliny, bandyci na motorach itp.

Państwo Kalifornijskie obiecuje Czartowi Tannerowi pełne ułaskawienie, jeśli dowiezie do Bostonu surowicę – w mieście panuje epidemia, bez tego leku wszyscy umrą. Wyruszają trzy specjalne, opancerzone wozy, ale wkrótce Tanner zostaje sam. Dokonuje się w nim pewna przemiana, o ile wcześniej palcem by nie kiwnął, żeby uratować Boston, to teraz zaczyna mu zależeć na wykonaniu zadania. Droga, którą musi przebyć, w poprzek kontynentu, to ok. 3000 mil, nazywanych Aleją Potępienia.

sobota, 1 czerwca 2019

Winny na wieki wieków, amen


„Niewinny” – Harlan Coben

Nie przepadam za opowieściami, w których jakiś zwyczajny, prosty człowiek zderza się z machiną prawa, państwa, korporacji, uwikłany zostaje w sytuację, której nie rozumie, z której nie jest w stanie się wykaraskać. Za bardzo przypomina to rzeczywistość, a ja nie po to czytam powieści sensacyjne i s-f, żeby zanurzać się w rzeczywistości, może nawet wprost przeciwnie. Mam jednak świadomość, że powieści sensacyjne tym różnią się od życia, że zawsze dobrze się kończą (dobro triumfuje, źli ludzie giną albo wędrują do pierdla), więc jakoś przez „Niewinnego” brnąłem.

Świat nie jest ani okrutny, ani radosny. Jest po prostu chaosem pędzących na oślep cząsteczek, mieszaniną reagujących ze sobą substancji chemicznych. Nie ma w nim prawdziwego ładu. Nie ma uświęconego potępienia zła i zwycięstwa słusznej sprawy. Chaos, dziecino. To wszystko chaos.

Matt Hunter, zwyczajny chłopak, w bójce, broniąc kolegi, przypadkowo zabił swojego przeciwnika. Przesiedział za to cztery lata, a drugie tyle potrzebował, żeby na nowo jakoś ułożyć sobie życie. W firmie prawniczej pracuje jako doradca (będąc przestępcą nie może być adwokatem), ale jego pozycja rośnie, można powiedzieć, że robi karierę. Matt żeni się z Olivią, a kiedy okazuje się, że żona jest w ciąży, małżonkowie kupują sobie najnowszy, niesamowity wynalazek: wideotelefony – można przez nie rozmawiać, można nagrać filmik o długości nawet do 15 sekund, można wysłać zdjęcie. Fantastyczne urządzenie.
Kiedy Olivia wyjeżdża na delegację Matt dostaje krótki filmik, wysłany z jej telefonu, w którym pojawia się ona z jakimś obcym facetem. Dzień później Matt orientuje się, że jest śledzony, a wkrótce potem śledzący go mężczyzna zostaje zamordowany. Sytuacja komplikuje się niesamowicie, oczywiście Matt uważany jest za sprawcę, czemu trudno się dziwić, zwłaszcza kiedy wychodzi na jaw, że zamordowany był partnerem Olivii z filmu, a ona sama… jest kimś zupełnie innym niż mu się wydawało.

Niezła lektura, choć przez tę początkową beznadzieję Matta Huntera, odrobinę nużąca momentami.

czwartek, 23 maja 2019

Moralne dylematy Myrona B.

„Najczarniejszy strach” – Harlan Coben

Siódmy tom przypadków Myrona Bolitara, byłego koszykarza, obecnie właściciela agencji RepSport MB.

Po rozstaniu z pisarką, Jessicą Culver, Myron nawiązuje romans z Terese Collins, prezenterką telewizyjną; ucieka z nią na kilka tygodni na egzotyczne wyspy. W tym czasie porzuceni klienci znaleźli sobie innych agentów, więc po powrocie czekało go zadanie odbudowy firmy oraz własnego życia.

W takim momencie dawna przyjaciółka Myrona informuje go, że jest ojcem jej syna. Chłopak, Jeremy, ma kilkanaście lat i stwierdzono u niego specyficzną śmiertelną odmianę białaczki, którą mógłby całkowicie wyleczyć przeszczep szpiku od odpowiedniego dawcy. Bez niego chłopiec wkrótce umrze. Emily żąda, by Myron znalazł właściwego dawcę. I tu zaczynają się komplikacje. 

Znienacka dzwoni telefon.
- Czego się boisz najbardziej? - szepcze głos - zamknij oczy i wyobraź sobie najczarniejszy strach. Widzisz? Czujesz? Najgorszą udrękę dostępną wyobraźni?
- Tak - mówię po dłuższym milczeniu.
- Dobrze. A teraz wyobraź sobie coś gorszego, coś znaczni,  znacznie gorszego...

 W banku danych, gromadzącym informacje o potencjalnych dawcach, figuruje właściwy człowiek, ale… jego samego Myron nie jest w stanie znaleźć. Niejaki Taylor żyje, ale jednocześnie jakby zupełnie nie istniał.
Do Myrona wydzwania obłąkaniec i powtarza mu, żeby siał ziarno – okazuje się, że stosunkowo niedawno działał seryjny morderca, którego tak właśnie (Siej Ziarno) nazwało FBI, ze względu na charakterystyczną technikę zastraszania rodzin osób, które porwał i zamordował. W tle pojawia się bardzo tajemnicza rodzina dysponująca nieprawdopodobną fortuną, ukrywająca skrzętnie mroczne tajemnice sprzed lat.

W sumie całkiem niezła rozrywka na kilka godzin. Pod warunkiem, że książek Cobena nie czyta się jedną po drugiej – w przypadku takiego porównania wypada ona nieco słabiej.

czwartek, 16 maja 2019

Przedziwny zbieg okoliczności


Wczoraj, późnym wieczorem, zacząłem czytać nową książkę. Już na początku znalazłem coś, co mnie zaszokowało. Zwłaszcza, że to książka sensacyjna, o akcji polskiej Agencji Wywiadu, której celem ma być odbicie z rąk talibów porwanego polskiego biznesmena. To zdecydowanie nie jest poradnik dla młodych zakochanych. Ale jednak, w tym właśnie momencie, w niewłaściwej książce, na takie oto stwierdzenie się natknąłem, choć pewnie lepiej byłoby powiedzieć, że się z nim zderzyłem:

Wszystko wskazywało na to, że związek układa się po jej myśli. Jednak z upływem czasu okazało się, że Robert właściwie niewiele odbiega od schematu i jest podobny do swoich zapomnianych już poprzedników. Najgorsze jednak było w nim to, że miał w sobie za dużo miłości. Tego Monika nie lubiła. Uważała, że potrzebuje tyle miłości, ile sama daje, więc każde zachwianie tej proporcji uznawała za obciążenie dla związku. Na domiar złego Robert ciągle zadawał pytania, wykazując, jak uważała, emocjonalną nadgorliwość. Monika nie lubiła odpowiadać, bo czuła się wtedy śledzona. Jakby ktoś na siłę próbował wejść do jej duszy, odebrać część intymności*.

Część kobiet, może nawet większość, jest (jak to pisze moja przyjaciółka na znakomitym blogu)...przynajmniej w jakiejś części babą z krwi i kości. Labilną, empatyczną do szpiku kości, naiwną i przeświadczoną o własnej nieomylności  (kto niby ma wiedzieć lepiej niż ja?!) idiotką. I nie piszę tego dlatego, że w moim życiu wydarzyło się właśnie jakieś nieszczęście. (Jeszcze.) Po prostu zauważyłam, jakie mam tendencje, a to nie wróży dobrze. Wpierw upieram się przy swoim, a później...**. 
Tyle, że nie wszystkie kobiety są takie właśnie, a to powoduje określone konsekwencje dla dzieci płci męskiej.

Na wychowanie dzieci, także chłopców, znaczny wpływ mają matki. W naturalny sposób starają się ich wychować na dobrych mężów (dla innych kobiet) i dobrych ojców, o czym oczywiście pojęcia nie mają, ale to już inna sprawa. Nawet jeśli kobieta należy do tej mniejszości i ma psychikę podobną do Moniki z cytatu, to i tak, na wszelki wypadek, będzie się starała wychować syna dla kobiety o osobowości i psychice typowej, bo założy, że to tylko z nią samą coś jest nie tak, a cała reszta kobiet jest inna.

Dorosły facet często nie ma pojęcia, czemu mu się związek sypie, skoro – zgodnie z instrukcjami mamy – przynosi kwiatki, stale powtarza, że ją kocha, dopytuje o wszystko, żeby okazać zainteresowanie itp.
Niektórzy mężczyźni wtedy dopiero zaczynają rozstawać się ze swoimi (raczej mamy) przekonaniami. Inni do weryfikacji przekonań nie będą zdolni nigdy. Bo… matka jest tylko jedna, bo matka mnie kocha, bo matka chce dla mnie jak najlepiej, kto ma znać dobrze inne kobiety, jak nie matka.
Dorastanie jest trudne. I często boli.

Najbardziej ryzykownym z tysięcy, a może nawet milionów przedsięwzięć podejmowanych w życiu jest dorastanie. Polega ono na zrobieniu kroku z dzieciństwa w dorosłość. Prawdę mówiąc, przypomina raczej karkołomny skok niż krok, i wielu ludzi nie może się nań zdecydować przez całe życie. Na pozór sprawiają wrażenie dorosłych, a jednak pod względem psychologicznym większość „pełnoletnich” aż do śmierci pozostaje dziećmi, które nigdy naprawdę nie wyzwoliły się spod władzy rodziców***.






--
* Vincent Severski, „Zamęt”, Czarna owca, 2018, s. 10-11.
*** M. Scott Peck „Drogą mniej uczęszczaną”, wyd. Medium, 1998, strona 111.