środa, 21 czerwca 2017

Jak to robią genialni pisarze

„Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z The Paris Review” – Michel Houellebecq, Julian Barnes, Jonathan Franzen, Javier Marías, Julio Cortázar, Gabriel García Márquez, Jorge Luis Borges, Vladimir Nabokov, William Faulkner, Ernest Hemingway, Don DeLillo, Saul Bellow, Max Frisch...


„The Paris Review” – jeden z najbardziej znanych i poważanych anglojęzycznych periodyków literackich świata. Założony w 1953 roku w Paryżu, w 1973 przeniósł redakcję do Nowego Jorku. Publikował prace autorstwa Jacka Kerouaca , Philipa Larkina, Philipa Rotha, Terry Southern, Adrienne Rich, Italo Calvino, Samuela Becketta, Nadine Gordimer i wielu innych znanych, cenionych i nagradzanych pisarzy. Od roku 2010 jego redaktorem naczelnym jest Lorin Stein. Pod jego redakcją, „The Paris Review” zdobył dwie nagrody National Magazine Awards.

Zbiór zawiera wywiady z pisarzami dokonane na przestrzeni ponad półwiecza (np. Hemingway – 1958 rok), nie chodzi tu o najnowszych, ale o największych, najbardziej znanych twórców literatury. Rozmawiali z nimi różni redaktorzy, w różnych miejscach świata, w różnych okolicznościach. Niektóre pytania się powtarzały: o warsztat pisarki, o źródła pomysłów, o plany twórcze na bliższą i dalszą przyszłość.

Zauważyłem pewne podobieństwo, coś wspólnego; genialni pisarze są do siebie – w pewnym sensie – podobni. Owszem, w najnowszych wywiadach pojawia się słowo „komputer”, nieobecne w rozmowach wcześniejszych, ale to przecież nie ma żadnego znaczenia. To jedynie technika, a nie specyficzny sposób widzenia i rozumienia życia, świata, ludzi…

Na koniec trzy przykłady, fragmenty wywiadów:

„Trzymanie książki w ręku i przeczytanie kilku dobrych opinii było pocieszające. Ale potem, taki już jestem – i zakładam, że to cecha wielu innych pisarzy – pomyślałem: »A co, jeśli mam w sobie tylko jedną książkę?«. Z tego powodu druga powieść jest zawsze trudniejsza, choć w moim przypadku przynajmniej pojawiła się szybciej. Cały czas łapię się na takich myślach: »Może i napisałem siedem, osiem albo dziewięć powieści, ale czy uda mi się znów to zrobić?«. Niemniej jestem przekonany, że podwyższony poziom lęku jest u pisarza normalnym stanem”*.

„Być może piszę, ponieważ to sposób myślenia lepszy niż jakikolwiek inny. To bardzo aktywny sposób myślenia. Myślisz jaśniej, kiedy musisz coś ująć w słowa. Nawet ci, którzy nie są zawodowymi pisarzami, oczyszczają umysł, pisząc list czy pamiętnik. Niektórzy mawiali, że pisanie to wyjątkowy sposób, by wiedzieć, ale to wyjątkowy sposób, by rozumieć.”**.

„Czym, pana zdaniem, pisarz różni się od innych ludzi?
Cóż, przede wszystkim ma potrzebę porządkowania faktów i nadawania życiu sensu. Wraz z tym pojawia się miłość do słów dla nich samych i pragnienie, by nimi manipulować”***.

Książka niewątpliwie warta polecenia, choć... niewielu czytelnikom.



--
* E-book „Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z The Paris Review”. Z wywiadu z Julianem Barnesem, autorem „Papugi Flauberta”.
** Jak wyżej. Z wywiadu z Javierem Marías Franco − hiszpańskim pisarzem.
*** Jak wyżej. Z wywiadu Aldousem Huxleyem.

czwartek, 25 maja 2017

Czarne karty historii Teksasu

„Syn” – Philipp Meyer


Eli McCullough, zwany przez wszystkich Pułkownikiem, syn Armstronga, spłodził Petera (oraz inne dzieci), Peter spłodził Charlesa (oraz inne dzieci), Charles spłodził Jeanne Anne (oraz inne dzieci), J. C. była matką Susan (oraz innych dzieci), a Susan została matką Della i Asha. Prawda jakie to proste?
Gdyby nie czytelnie rozrysowane drzewo genealogiczne, zrozumienie skomplikowanych i pasjonujących losów i koligacji rodziny McCullough nastręczałoby spore problemy, przynajmniej na początku i tym bardziej, że historię rodziny, i własną, opowiadają różni jej członkowie, żyjący w różnych czasach; historia McCulloughów nie jest przedstawiona w „Synu” liniowo (chronologicznie) i relacjonują ją na przemian przedstawiciele trzech pokoleń: Eli, Pete oraz Jeanne Anne.

Kiedy Armstrong McCullough wybrał się pomagać sąsiadowi, znanemu w okolicy jako Syfilis Poe, jego farma została napadnięta. Żona i córka zginęły na miejscu (oczywiście wcześniej zgwałcone), natomiast synowie, Martin i Eli, zostali przez Komanczów uprowadzeni. Martina Indianie zabili kilka dni później – miłośnik poezji, marzący o studiach na Wschodzie, brzydzący się jedzeniem surowej wątroby podlanej żółcią albo sfermentowanego mleka z brzucha cielaka bizona, nie miał właściwie wśród nich szans na przeżycie. Twardy i gotowy na wszystko Eli (późniejszy Pułkownik McCullough) przetrwał i wychowany został na wojownika Komanczów o imieniu Tiehteti.

Eli McCullough spędził wśród Komanczów kilka lat, a po powrocie na łono białej cywilizacji, postawił fundamenty rodowej fortuny rodu. Słyszałem kiedyś, powtarzane ponoć często w Meksyku, powiedzenie: Biedny Meksyk – tak daleko od Boga i tak blisko Stanów Zjednoczonych. Częścią procesu budowania potęgi McCulloughów była na przykład brutalna eksterminacja… nie, nie Indian – Meksykanów. Starych, bogatych meksykańskich rodów, których wielkie majątki można było później przejąć za bezcen. W taki właśnie sposób McCulloughowie wymordowali Garciów, z dziećmi włącznie.

Mijały lata. Zmieniał się Teksas, zmieniali się McCulloughowie…

„Czasy, w których bogaci świecili przykładem. Kiedy stosowali wobec siebie wyższe standardy, ich życie było przykładem dla innych. Kiedy nie afiszowano się bogactwem przed kamerami, nie stawało w świetle reflektorów, o ile czegoś się nie osiągnęło. Teraz zapomniano o tym obowiązku. Bogaci są tak spragnieni uwagi jak każda pomywaczka”*.

Biali i bogaci mieszkańcy Teksasu płci męskiej zawsze jednak byli (wydaje się, że są nadal) seksistowskimi rasistami.

„Bycie mężczyzną oznacza brak jakichkolwiek zasad. Można mówić jedno w kościele, a co innego w barze i uznawać i jedno, i drugie za prawdę. Można być dobrym mężem i ojcem, i chrześcijaninem, i bzykać sekretarki, kelnerki, i każdą prostytutkę, która wpadnie nam w oko”**.

Przy okazji zastanawiałem się, czy rzeczywiście Polacy w XXI wieku, w tym względzie, różnią się czymś od Teksańczyków.

Reasumując: bardzo dobra powieść, której bohaterem jest… Teksas. I oczywiście jego mieszkańcy, ale to jakby w tle. Kawał fascynującej historii, mocno odmiennej od wersji przedstawianej w westernach z drugiej połowy XX wieku, zdecydowanie wart uwagi.





--
* Philipp Meyer, „Syn”, wyd. Czwarta Strona, 2016, przekład Jędrzej Polak, s. 68.
** Philipp Meyer, „Syn”, wyd. Czwarta Strona, 2016, przekład Jędrzej Polak, s. 527.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

L'esprit de l'escalier w praktyce

To będzie historyjka z cyklu: czy ty nie masz innych problemów? Odpowiadam:  problemy różne mam albo raczej miewam, a wydarzenie, które zaraz opiszę i wypływające zeń wnioski, problemem chyba jednak nie są (czy aby na pewno?). Może nawet będzie zabawnie, ale tego nie gwarantuję.

Droga powrotna. Dworzec. Peron. Podjechał pociąg. Kieruję się w stronę wejścia do wagonu. Kolega zwraca mi uwagę, że ten wagon ma inny numer, niż zapisano na moim bilecie. Odpowiadam, że to nie ma znaczenia, że liczy się numer miejsca, a na wagonie widnieje napis: miejsca od… do… i w tym przedziale liczb się mieszczę. Wsiadam. Zajmuję miejsce – właściwe pod względem numeru – po chwili inny pasażer zwraca uwagę, że siedzę na jego fotelu, i być może nawet mam miejsce o takim numerze, ale w innym wagonie. Nie dyskutuję, głupstwo przecież (i uwaga kolegi), przesiadam się, sprawa załatwiona.

Jadę dość długo, tym bardziej, że pociąg ma pół godziny opóźnienia. Może dzięki temu tylko odkrywam, co do cholery się stało. Bo ja, od lat, nie zwykłem ignorować sugestii innych ludzi i upierać się przy swoim.

Dlaczego nie posłuchałem kolegi? To akurat wydaje się proste – bo kilka dni wcześniej, wyruszając w drogę do Warszawy, identycznym pociągiem, odmienną informację otrzymałem od osoby, która wydawała mi się bardziej kompetentna, to jest od konduktora, czy też innego członka załogi pociągu.
Stałem wtedy na peronie, przyglądałem się uważnie wagonom, i nie widziałem żadnych numerów. Poprosiłem o pomoc człowieka odzianego służbowo, a ten podpowiedział mi, żebym kierował się numerem miejsca siedzącego i pokazał mi je namalowane na burcie wagonu. To wsiadłem i usiadłem. Do końca podróży nikt mi żadnej uwagi nie zwracał, kontroli biletów zresztą nie było (nawet trochę żałowałem, bo chciałem się pochwalić biletem w smartfonie, czyli techniką znaną mi dotąd tylko z teorii). To tylko ja, przez moment, chciałem przyczepić się, że monitory w wagonie nie działają, a nie po to płacę dużo pieniędzy, żeby być pozbawionym w drodze rozrywki i informacji.

Jadę więc, z tym opóźnieniem, nie zwracam większej uwagi na piersiastą blondynę obok, studiującą przez całą drogę opasły podręcznik na temat podatków, bo kombinuję, co jest z tymi numerami i kolejarzami. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy (i za to się nie lubię), to podejrzenie, że w mojej niewielkiej miejscowości nierozgarnięci pracownicy kolei pojęcia nie mają o nowoczesnych pociągach firmy PKP InterCity. Bo najprościej zwalić na kogoś, prawda?

Jestem jednak dopiero w połowie drogi, więc spekuluję dalej i pewne elementy, detale, zaczynają mi się łączyć w jakąś całość. Numery miejsc są namalowane, a przynajmniej trwale umieszczone na burcie wagonu, ale numery samych wagonów wyświetlane są na elektronicznym panelu, na drzwiach wagonu. Dlaczego ich nie widziałem jadąc do stolicy? Monitory w przedziale nie działały, może to ten sam system nawalił? Poczułem się odrobinę lepiej. Nie widziałem numerów wagonów, bo się nie wyświetlały. To teraz ostatnie pytanie, ostatnia wątpliwość – czemu pracownik kolei zwracał moją uwagę na numery miejsc, ale nie skierował mnie do właściwego wagonu? Odrzucam już wersję o jego niekompetencji i zadaję sobie pytanie inaczej sformułowane: w jakich okolicznościach mogło się tak stać? I wreszcie dokonuję epokowego odkrycia – kolejarz pokazywał mi numery miejsc, a nie wagonów, bo ja, zupełnie przypadkowo, stałem zapewne przed tym właściwym, przed swoim! I na tym polegał mój błąd. Nie do końca, nie w pełni rozpoznałem rzeczywistość, ale wyciągnąłem wnioski. Tym razem błędne.

Rozejrzałem się z zadowoleniem dookoła, ale jakoś nikt nie zwracał uwagi na mój triumf. Rozwiązałem trudną zagadkę i już miałem siedzącą obok panią zagadnąć o złożone problemy dotyczące odwróconego VAT-u, ale… pociąg właśnie wjechał na dworzec w moim mieście.
  

L'esprit de l'escalier – z francuskiego: inteligencja schodowa albo dosłownie duch schodów. Trafna cięta odpowiedź, riposta, błyskotliwa myśl, rozwiązanie, przychodzi mi na myśl poniewczasie, po zakończeniu spotkania, dopiero na schodach.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Przesadzone przygody Svena

„Krwawa droga do śmierci” – Sven Hassel

Głównymi bohaterami powieści wojennych Svena Hassela są przede wszystkim: oberst Hinka, Porta, Mały, Stary, Legionista, Heide, Barcelona, Sven (autor-narrator), żołnierze niemieckiej karnej kompanii. Oparte na osobistych przeżyciach autora, Duńczyka, który wykorzystał pochodzenie matki, by dostać się do niemieckiego wojska – najpierw wojska pancerne, później karna kompania – i wraz z nim walczył na wszystkich chyba frontach drugiej wojny światowej.

„Krwawa droga do śmierci” wydana prawie ćwierć wieku po pierwszej książce Hassela („Legion potępieńców”), nie dorównuje już pierwszym pozycjom. Mocno przesadzona, pisana jakby na siłę, przypomina „Przygody kanoniera Dolasa” – tu także bohaterowie miotają się po całej Europie, od okupowanej Grecji przez Bałkany do sowieckiej Rosji i frontu wschodniego. 

Okrucieństwo, brutalność, flaki i mózg, śmierć, zobojętnienie, cynizm, czarny humor.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Komunikacja bez zrozumienia

„Czytanie ze zrozumieniem. Uwarunkowania rodzinne” – Monika Jurewicz

Dawno, dawno temu, dzięki stwierdzeniu typu „nienawidzę łysych okularników” zorientowałem się, że nie wszyscy ludzie łysi i w okularach rozumieją ten przekaz tak samo. Dla jednych jest to agresywna, werbalna napaść i niegrzeczność, dla drugich informacja o stanie emocjonalnym autora komunikatu i jego przekonaniach. Dzięki temu właśnie wydarzeniu zacząłem interesować się tematami komunikacji, porozumienia, ze szczególnym uwzględnieniem zagadnień dotyczących zrozumienia przekazu pisanego.
Z jakiegoś powodu zwykło się zakładać, że problem z czytaniem ze zrozumieniem mają małe dzieci, że dorosłych to nie dotyczy, ale… moim zdaniem jest to założenie błędne. Niedawny, drobny, nie zamierzony nawet eksperyment pokazał mi, że prezentacja własnych przekonań, nawet przez osoby czytające więcej niż wynosi średnia krajowa, może zostać uznana za: a) osobistą napaść, b) brak wychowania, c) jedno i drugie. Ale mniejsza z tym. Ostatecznie zdecydowana większość tekstów oraz opracowań źródłowych na temat czytania ze zrozumieniem dotyczy właśnie dzieci młodszych.

Monika Jurewicz, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Edukacji i Kultury Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, w swoich publikacjach podejmuje, między innymi, temat uwarunkowań edukacji szkolnej dziecka, ale też funkcjonowania nauczycieli w dobie intensywnych zmian polskiej rzeczywistości zarówno społecznej, jak i pedagogicznej, na przykład: „Ekonomiczne uwarunkowania kompetencji czytania ze zrozumieniem”, „Płeć a poziom czytania ze zrozumieniem”, „Poziom czytania ze zrozumieniem - uwarunkowania środowiskowe”, „Wykształcenie rodziców a poziom kompetencji czytania ze zrozumieniem” oraz „Czytanie ze zrozumieniem. Uwarunkowania rodzinne”, o której mowa tym razem.
Choć napisy w miejscach publicznych coraz częściej zastępowane są piktogramami, czytanie (ze zrozumieniem) nadal wydaje się niezbędną potrzebą w Polsce i na świecie.

Fakt, że umiejętność czytania ze zrozumieniem jest niezbędnym elementem procesu uczenia się, nie ulega chyba wątpliwości, a zatem czy poziom opanowania czytania ze zrozumieniem przez uczniów szkół podstawowych w Polsce można uznać za wystarczający? Jaki wpływ na umiejętność czytania ze zrozumieniem mają uwarunkowania rodzinne? Na takie właśnie pytania Monika Jurewicz stara się znaleźć odpowiedzi. Rozprawia się też z teorią, jakoby taką lub inną reformą szkolnictwa/nauczania można było zniwelować wpływ rodziny oraz warunków środowiskowych na kompetencje uczniów w zakresie czytania ze zrozumieniem. I nie tylko czytania, bo pojęcie analfabetyzmu funkcjonalnego odnosi się również do braku umiejętności poprawnego pisania, prawidłowego dokonywania prostych obliczeń, czasem także do umiejętności obsługi współczesnych technologii.

„Czytanie ze zrozumieniem. Uwarunkowania rodzinne” to pozycja raczej naukowa niż popularno-naukowa, znacząca zarówno dla teorii, jak i praktyki pedagogicznej, ale też warta poznania przez rodziców, zwłaszcza tych, którzy w dobrej wierze zapewne założyli, że współczesna szkoła rozwiąże wszystkie te i podobne problemy ich dzieci. Innymi słowy: w jaki sposób (i czy w ogóle) rodzice, rodzina może pomóc dziecku w opanowaniu podstawowych umiejętności szkolnych.

sobota, 1 kwietnia 2017

Dziś takich pisarzy już nie ma

„Azyl” – William Faulkner

Pierwsze co przyszło mi do głowy, to pytanie, czy w taki sposób pisze ktoś jeszcze oraz drugie, czy współcześni czytelnicy są w stanie czytać takie powieści…

„Azyl” to powieść napisana w 1931 roku, której akcja dzieje się w wyimaginowanej krainie Yoknapatawpha. Jest ona częścią cyklu „Wina i odkupienie”.

Faulkner, kolejny raz w swojej prozie, prezentuje upadek starych tradycji Południa Stanów. Świat (Ameryka) dynamicznie się zmienia, ale nie wszyscy dobrze sobie radzą z rozwojem cywilizacji, czego wynikiem jest wyraźna degeneracja duchowa, jako wynik porzucenia starych zasad i niezdolność do wypracowania albo chociaż przyjęcia nowych. Jest to świat, w którym przegrani i beznadziejni są wszyscy, kat, ofiara, świadkowie… 

Powieść odbierana była zapewne, jako drastyczna i bezwzględna, ale obecnie, w czasach pornografii obecnej w każdym kiosku, trzeba nieco wysiłku, by prawdziwe przesłanie Faulknera odkryć.

środa, 29 marca 2017

Żandarm w upalnym Teksasie

„Płonące Echo” – Lee Child

„Płonące Echo” zamieszczone w zbiorze Reader's Digest, to skrócona wersja powieści o polskim tytule „Echo w płomieniach”. Tytułowe Echo to miejscowość w Teksasie, może nawet hrabstwo, gdzie głównie dzieje się akcja. 

Jack Reacher, były żandarm, włócząc się bez celu po kraju (chyba, że za cel uznać ratowanie z opresji pięknych kobiet), na prażonej upałem drodze gdzieś tam w Teksasie zatrzymuje samochód i prosi o podwiezienie… dokądkolwiek. Tak poznaje piękną Carmen Greer, Meksykankę, żonę brutalnego typa o dziwacznym imieniu Slup, współwłaściciela bogatej posiadłości. Kobieta jeździ po okolicy drogim autem i zabiera autostopowiczów w nadziei, że jeden z nich zgodzi się zabić jej męża w zamian za seks, bo ma tylko jednego dolara i kartę pozwalającą tankować samochód. Slup, sprawca domowej przemocy, właśnie wychodzi z więzienia, do którego wpakowała go żona, więc Carmen szuka pomocy, bojąc się o życie swoje i córki. 

Reacher godzi się (bez seksu) pojechać z nią do domu, w którym mieszka ona z teściową i szwagrem, rozejrzeć się w sytuacji, może nawet pełnić funkcję ochroniarza, ale zabijać Slupa nie zamierza. Ten jednak ginie, o morderstwo oskarżona zostaje Carmen. Reacher ma w tej sprawie wątpliwości, może nawet narastające lawinowo, gdy kobieta z niepojętych powodów rezygnuje z pomocy prawniczki, którą jej załatwił, a później nawet przyznaje się do winy. 

Dalej akcja rozwija się już normalnie dla Childa, to znaczy trupy, kidnaping, spektakularne dedukcje Reachera, bójki, które zawsze wygrywa itp.

Opowiadanie z Reader's Digest, jest jeszcze całkiem niezłe, ale pełna wersja zawiera dłużyzny i momentami można mieć tej historii po dziurki w nosie. 

piątek, 17 marca 2017

Mały wielki człowiek i Gówno

„Gówno” – Feliks Kres


Wielki jak stodoła, naznaczony wieloma bliznami, niesamowicie silny najemny żołnierz, weteran wielu bitew, zwany Małym (ponoć był najmniejszy w swoim oddziale), postanawia spędzić urlop w rodzinnych stronach z ojcem i macochą. Podczas włóczęgi po mieście jest świadkiem niezwykle brutalnego zachowania kobiety, którą wszyscy nazywają Gównem, podobno, opętanej przez mroczne moce, córki króla piratów. Mały daje się wciągnąć w intrygę, która ma na celu pojmanie albo zgładzenie Gówna, ale wikła się w ten sposób w jeszcze bardziej skomplikowaną aferę i teraz sam musi walczyć o życie swoje i rodziny, bo Gówno jest naprawdę groźna i mściwa. 

Opowiadanie wydaje się częścią jakiejś większej całości albo dotyczyć, nawiązywać do jakiejś innej historii, bo choć jego początek jest całkiem niezły, to koniec, poza tym, że zabawny, także nieco dziwny, jakby urwany w nieodpowiednim momencie.

Całkiem niezła zabawa na jakieś 30-40 minut.

niedziela, 12 marca 2017

Podwójne życie J. Lewinkopfa

„Czarny ptasior” – Joanna Siedlecka

Książki tej zupełnie nie ma sensu oceniać w oderwaniu (od innej książki, od postaw i zachowań autora itd.), osobno, oddzielnie, jako samodzielne dzieło. Jest elementem spraw i zdarzeń szeroko przekraczających opisane w niej wydarzenia. Gdyby czytelnik nie wiedział nic o Kosińskim i jego twórczości, o Holokauście, o wojnie światowej, to „Czarny ptasior” byłby bardzo skróconą biografią Jerzego Kosińskiego (albo Józefa Lewinkopfa), obejmującą tylko kilka z jego dziecięcych lat.

„Malowany ptak” ukazał się w Polsce w 1989 roku, czyli wtedy, kiedy już byłem w stanie powieść tę przeczytać i w czasach, w których wywoływała ona spore kontrowersje. Czy Kosiński sam sugerował, że to opis jego wojenno-dziecięcych przeżyć, czy może wymyślił to ktoś inny, a Kosiński nie protestował (zbyt mocno), nie wiem, nie pamiętam. W każdym razie wielu czytelników było wtedy przekonanych, że są to fakty z życia pisarza, a to wywoływało dwie skrajne reakcje: albo złość za fałszowanie historii i oczernianie Polaków, albo satysfakcję, bo fakty wprawdzie nieprzyjemne, ale może to początek opowiadania historii takiej, jaką ona była, bez propagandowego zadęcia. „Malowany ptak” był pierwszym chyba  w naszej literaturze oskarżeniem Polaków o okrucieństwo wobec Żydów, o wydawanie ich Niemcom, wykorzystywanie, wymuszanie haraczy itp.
Później było jeszcze gorzej…  Eliot Weinberger twierdził i udowadniał, że Kosiński nie mógł być autorem, napisanego po angielsku, „Malowanego ptaka, bo za słabo znał język. Do autorstwa „Malowanego ptaka” przyznawał się podobno amerykański tłumacz i poeta George Reave. I inne takie, dzięki którym książka sprzedawała się znakomicie.

„Czarny ptasior” wydany został w 1993 roku, a to oznacza, że Siedlecka zdążyła dotrzeć do wielu osób, które miały kontakt z rodziną Lewinkopfów/Kosińskich i pomagały jej w przetrwaniu okupacji. Relacje ze spotkań z nimi albo ich dziećmi, jeśli rodzice już nie żyli, są pierwszoplanowe, najważniejsze. Są też dwa wątki… może nie poboczne, na pewno też ważne, ale jakby spoza głównego nurtu: spekulacje na temat domniemanej współpracy ojca Kosińskiego z Niemcami oraz jego powiązania z komunistami oraz relacja ze spotkania Jerzego Kosińskiego, wiele lat po wojnie, z kilkoma chłopami z Dąbrowy Rzeczyckiej i okolic, czyli z ludźmi, u których Kosińscy przeżyli wojnę. 

Dziś – także dzięki Joannie Siedleckiej – nie ulega już wątpliwości, że „Malowany ptak” nie jest powieścią autobiograficzną, ale nie jest wykluczone, że jakieś wątki autobiograficzne zawiera.

piątek, 3 marca 2017

Krakowski steampunk i smoki

„Ostatni dzień pary” – antologia;   Kańtoch,  Piskorski,  Piórkowski, Głuszek i inni

Książka trafiła do mnie w wersji elektronicznej, a plik nosił nazwę „ostatni dzień pary bez ilustracji”. Moje domysły na temat zawartości, wydają mi się w tej chwili zabawne – myślałem o parze… ludzi, osób, a „bez ilustracji” uważałem za intrygujący element tytułu.

Okazało się, że jest to antologia opowiadań fantastycznych wysłanych na konkurs zorganizowany w Krakowie przy okazji Krakonu (konwent). Zawiera opowiadania:

- Anna Kańtoch: Królewskie dzieci
- Krzysztof Piskorski: Małpiarnia
- Grzegorz Piórkowski: Kukła
- Adam Podlewski: Pierwszy człowiek w eterze
- Karolina Cisowska: Ostatni dzień pary
- Bartosz Szczygielski: Dni naszej hańby
- Jacek Wróbel: Człowieszyna
- Marcin Podlewski: Doktor Dietl ratuje świat
- Gerard Nibybyłowski: Którego nie ma
- Anna Głuszek: Szkiełko i oko
- Małgorzata Wieczorek: Zona Kraków
- Maria Dunkel: Wojna adaptacyjna
- Paulina Kuchta: Radioaktywny blues
- Aleksander Daukszewicz: Owieczki
- Karolina Cisowska: Panna Anna i chłopiec z drewna
- Filip Laskowski: Kolebka
- Ida Żmiejewska: FIN DE SIÈCLE
- Kornel Mikołajczyk: Apokanibalipsa
- Daniel Nogal: Golem z Festung Krakau
- Przemysław Zańko: Steampark Jurajski

Wszystkie one łączy wspólny motyw: Kraków i wiek pary (steam), często też apokalipsa (akcja dzieje się po jakimś kataklizmie) oraz smok; zdarzają się także wersje historii alternatywnej.

Jedne opowiadania lepsze, inne nieco gorsze, ale… właściwie dziwnie mi się czytało fantastykę, której akcja dzieje się po prostu w Krakowie. Zapewne dysonans byłby jeszcze większy, gdyby fabuła dotyczyła historii Sosnowca… Po prostu takie rzeczy powinny się rozgrywać gdzieś indziej, nie w Polsce, bo to jakoś tak… mało poważnie wychodzi.

sobota, 25 lutego 2017

Co agnostycy sądzą na temat...?

„Kto to jest Agnostyk?” – Bertrand Russell

Niewielki objętościowo esej, w którym brytyjski, filozof, logik, matematyk, laureat Nagrody Nobla, odpowiada na tytułowe pytanie.

Agnostycyzm to pogląd filozoficzny, według którego nie jest możliwe całkowite poznanie rzeczywistości, Russell natomiast, w „Kto to jest Agnostyk?”, przyjął i założył, że chrześcijanie twierdzą, że wiemy, że Bóg jest, ateiści, że wiemy, że Boga nie ma, a agnostycy przyjmują, że nie ma dostatecznych podstaw, aby potwierdzić istnienie Boga lub też mu zaprzeczyć. 

Jednak agnostycy (agnostycyzm), co było do przewidzenia, nie ograniczają się tylko do wątpliwości, co do istnienia albo nieistnienia Boga. Bertrand Russell starał się wyjaśnić takie kwestie, jak na przykład: w jaki sposób agnostycy rozumieją sens życia, ewentualność istnienia życia po życiu, możliwość pogodzenia nauki i religii, komunizm, małżeństwo i inne. 

czwartek, 23 lutego 2017

Wojna i polityka to gówno!

„Dziewczyny wyklęte” – Szymon Nowak

Zbeletryzowane historie młodych zwykle kobiet z podziemia – często najpierw antyniemieckiego, a później antykomunistycznego. Inka (znana skądinąd Danuta Siedzikówna), Marcysia, Perełka, Wanda, Jaga, Krystyna, Czesia, Irena, Danka, Dziuńka, Krysia i wiele innych. Łączniczki, sanitariuszki albo po prostu dziewczyny żołnierzy, partyzantów, chłopców z podziemia.

W przypadku tej właśnie książki najważniejsze wydaje się określenie „zbeletryzowane”. Oznacza to dodanie dialogów, opisów stanów emocjonalnych, myśli, marzeń, planów… W efekcie tego zabiegu wyszło dzieło, które niewątpliwie łatwiej się czyta, niż poważną pracę historyczną, ale jednocześnie romansowo-patetyczne, cukierkowate, bombastyczne, a poza tym rażąco czarno-białe. Kobiety u Nowaka to nieomalże święte – mądre, cnotliwe, odważne, oddane, wierne, kochające, niezłomne, piękne itd. Żołnierze Armii Czerwonej to Kałmucy, jakby żywcem przeniesieni z sanacyjnego plakatu przedstawiającego typowego bolszewika – z zakrwawionym nożem w zębach, na wpół zwierzęcym pyskiem wykrzywionym wściekłością, rozrywającego dziecko.

Do tego zero-jedynkowego obrazu nie przylega tylko kilkuzdaniowa relacja: oddział partyzancki raz czy drugi wpadł w zasadzkę, ogólnie spotkało go kilka dotkliwych niepowodzeń. Członkowie, a może dowódcy uznali, że to pewnie wina dziewczyny, która niedawno do oddziału dołączyła, pewnie jest kapusiem, więc… bez jakichkolwiek dowodów, bez przesłuchania, po prostu ją zabili.

 Chyba jednak wolałbym, żeby to dzieło było bardziej faktograficzne, a mniej emocjonalno-propagandowe. 

piątek, 17 lutego 2017

O piciu i gównianym życiu

„Opowieści poronione” – Arkadiusz Buczek

W pewnym momencie chciałem napisać, że tytuł zbioru jest jak najbardziej adekwatny, ale… po co się wyzłośliwiać? Zwłaszcza, że opowiadanie "Braterstwo Miłosierdzia Bożego" wydaje się całkiem niezłe.

Mnie akurat Arkadiusz Buczek nie jest w stanie obrazić komunikatami typu: chuj was to obchodzi albo gówno wam do tego. Oczywiście można by się zastanawiać, po co w takim razie autor pisał cokolwiek dla kogoś, dla czytelników, ale to jego sprawa.

Zbiorek zawiera kilka opowiadań, których bohater głównie pije, pali papierosy i plącze się bez wyraźnego celu po zimnym, błotnistym, szarym mieście, rozmyślając i wymyślając… różności. Może nawet nie są złe, ale próba epatowania mnie (jako czytelnika) wulgaryzmami, Buczkowi zupełnie nie wyszła. Choć starał się bardzo. Mięsem rzucać z wdziękiem też trzeba umieć.

Czy traktują one (opowiadania) o bólu egzystencjalnym? No… może… Mnie się raczej wydaje, że to kokietowanie własną degrengoladą i miałkością życia. Egzystencjalne, choć taniutka to egzystencjalność, może być ewentualnie pytanie: mam gówniane życie, bo piję, czy piję, bo mam gówniane życie?

Tym niemniej do końca doczytałem, nawet bez wielkiego wysiłku – czytałem dziesiątki opowiadań znacznie gorszych, więc co mi tam! Zwłaszcza, że e-book za darmo.

wtorek, 14 lutego 2017

Chrześcijanie i chrześcijaństwo

„Dlaczego nie jestem chrześcijaninem” – Bertrand Russell


Bertrand Russell , brytyjski filozof, logik, matematyk, jeden z najwybitniejszych filozofów XX wieku, w swoim eseju odpowiada na pytanie, które, być może, ktoś mu postawił: Czemu, z jakiego powodu, nie jesteś chrześcijaninem?

Żeby na tak postawione pytanie odpowiedzieć, trzeba najpierw dość dokładnie sprecyzować, co to znaczy być chrześcijaninem. Podobnie zresztą byłoby w przypadku setek analogicznych pytań o pisarzy, malarzy, hydraulików, dentystów, fryzjerów, rzeźbiarzy itd. I od takiego właśnie doprecyzowania pojęcia „chrześcijanin” zaczyna się ta niewielka broszurka.

Warto zauważyć, że warunki, jakie musi spełniać człowiek, by móc się nazywać chrześcijaninem, zmieniają się, ewoluują z czasem. Kiedyś chrześcijanin musiał wierzyć w piekło – na taki właśnie przykład zwraca uwagę Russell – ale obecnie nie jest to już przez Kościół wymagane. Oczywiście przykłady można mnożyć.

Druga część utworu, w wielkim skrócie i uproszczeniu, poświęcona jest właśnie powodom, dla których Russell nie był chrześcijaninem.  W części z nich rozprawia się z mitem Chrystusa – najlepszego, najmądrzejszego, wszystkowiedzącego, wszystkomogącego, ale też dowodzi, punkt po punkcie, że religia opiera się na zastraszaniu wiernych, a tego humanista nie można uznać za dobre, wskazane, właściwe.

 Lektura oraz liczba przytoczonych argumentów wydaje mi się dość skromna. Nie uważam za możliwe, by ktoś na tej podstawie rozstał się ze swoimi przekonaniami, a konkretnie – przestał być chrześcijaninem. Tym niemniej poczytać na pewno warto, choćby po to, żeby przewentylować przekonania i poglądy.

sobota, 11 lutego 2017

Lem - nie taki znowu prosty

„Wszechświat Lema” – Jerzy Jarzębski

Zbiór kilkunastu prac wydanych po raz pierwszy bodajże w 2002 roku oraz – w wersji znacznie bardziej rozbudowanej – w 2013. Wcześniej prezentowane były, przynajmniej niektóre z nich, na przykład podczas konferencji naukowych albo w artykułach i pismach krytycznych.

Jarzębski, krytyk i historyk literatury, profesor nauk humanistycznych, podejmuje takie oto zagadnienia i tematy:

- Szpital Przemienienia – walka z chorobą kultury
- Science fiction a polityka – wersja Stanisława Lema
- Kosmogonia i konsolacja
- Intertekstualność a poznanie u Lema
- Literackie przygody uniwersalnego Rozumu (O eseistyce Stanisława Lema)
- Przypadek i wartości (O aksjologii Stanisława Lema)
- O myśleniu
- Przygody Rycerzy św. Kontaktu
- Chaos jako wyzwanie: późna eseistyka Lema
- Lektura świata. Stanisław Lem jako czytelnik
- Naturalne, sztuczne i dziura w kosmosie
- Modele ewolucji u Lema
- Lem i świat po 11 września

I nie, nie jest to tylko spis treści – rozdziałów w książce jest więcej, na przykład „Kalendarium życia i twórczości Stanisława Lema” albo „Indeks bohaterów książek Stanisława Lema”. Sam autor przyznaje, że jego dzieło, choć ambitne, nie jest kompletnym i wyczerpującym opracowaniem na temat Lema i jego twórczości.

W eseju „Przeciw interpretacji” Susan Sontag  stwierdziła, że interpretacja jest zemstą intelektu na sztuce. Ona mogła sobie na to pozwolić, ale takie słowa w moich ustach byłyby zapewne dowodem zawiści i złośliwości. Nie posądzam jednak Jarzębskiego o złośliwość – o Lemie pisze z wyraźnie pozytywnym nastawieniem (nie wiem, czy się przyjaźnili, ale na pewno się spotkali), chodzi mi raczej o specyficzne traktowanie dzieła literackiego, które w efekcie może prowadzić do – zapewne nawet niezamierzonego –  zniechęcenia i rozczarowania przeciętnego czytelnika.

Pochodzę z pokolenia po Lemie, że tak to nazwę – jego książkami zachwycali się raczej moi rodzice, wujowie, ciotki… Owszem, przeczytałem kilka jego książek, nawet z przyjemnością, ale równie wiele odrzuciłem jako nudne, wydumane, ciężkie, (przeintelektualizowane?). Do pierwszych zaliczam: „Bajki robotów”, „Cyberiadę”, „Dzienniki gwiazdowe”, „Katar”, „Niezwyciężonego”, „Powrót z gwiazd”, „Solaris”. Do drugich, na przykład, „Wysoki zamek” czy „Wielkość urojoną”.

Jarzębski twierdzi, że Lem podejmuje tematy konfrontacji natury ze sztucznością, że fascynuje go natura ludzkiego umysłu, że krytykuje współczesną sobie cywilizację, zajmuje się etycznymi aspektami psychiatrii, że intryguje go problematyka przypadku w życiu człowieka i całych cywilizacji… To zapewne wszystko prawda, ale… podczas lektury „Bajek robotów” albo „Kataru” (bardzo go lubię), w wieku lat…nastu, zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy i takich treści nie widziałem. Może to i dobrze, bo w przeciwnym wypadku wątpię, czy po jakąkolwiek książkę Lema bym sięgnął. 

Reasumując – to nie jest książka dla miłośników dzieł Lema, ale dla miłośników interpretacji i opracowań literackich. 

czwartek, 9 lutego 2017

Tak skomplikowana, że aż nużąca

„Bez pożegnania” – Harlan Coben

Albo mnie się historie Cobena zaczynają przejadać, albo jest jakaś granica pokomplikowania fabuły, poza którą zaciekawienie zmienia się w znużenie i irytację.

Will Klein miał dziewczynę. Julia z nim zerwała. Znacznie później Julia została zamordowana. Podejrzanym był brat Willa, Ken, ale nie ma w tej sprawie nic pewnego, bo po śmierci Julii Ken zniknął na jedenaście lat; rodzina wręcz wątpi, czy jeszcze żyje.
Will Klein znalazł sobie nową dziewczynę, Sheilę, ale… została ona zamordowana. Niedługo później siostra jednej z ofiar zostaje napadnięta i prawie zamordowana. Podejrzenia koncentrują się na Willu. Okazuje się, że zamordowana nie była Sheilą, a Ken miał córkę… itd. itp. Momentami miałem tego dosyć.

Skomplikowana wielce zagadka rozwiązana zostaje na ostatnich kilku kartkach powieści – szast-prast i wszystko jasne. Jest nawet morał: nie wszyscy źli są całkiem źli i nie wszyscy dobrzy są tacy nieskazitelni, jak się wydaje. No i dobrze. 

Prawdopodobnie, ale nie na pewno, gdyby to była pierwsza przeczytana przeze mnie książka Cobena, to bym się nie czepiał. Widać czas na zmianę… 

wtorek, 24 stycznia 2017

Mijają wieki i ustroje, a pytanie:

Kto tu jest dla kogo??? - pozostaje bez zmian.

- Czego… - ton głosu sprzedawcy (w wykonaniu Zenona Laskowika w jakimś starym kabarecie) był wyraźnie nieprzyjazny i pogardliwy - …pan sobie życzy? Tak oto, do spółki ze Smoleniem, jeśli mnie pamięć nie myli, nabijali się z arogancji, głupoty i sobiepaństwa sprzedawców, urzędników, policjantów i innych takich. Oczywiście, a przynajmniej tak mi się wydaje, był to obrazek mocno przerysowany, aż tacy bezczelni chyba oni wszyscy jednak nie byli, ale w kabarecie (albo filmie „Alternatywy 4”) było się z czego pośmiać.

Dziś wygląda to zupełnie inaczej – ja sam, ale też znajomi, przyjaciele, członkowie rodziny, często zaskakiwani jesteśmy uprzejmością i życzliwością urzędników; nawet jeśli udawaną trochę, to i co z tego? Jest lepiej, ale… czy pytanie, kto tu jest dla kogo, straciło sens?

Urząd Pocztowy Opole 3 przy ul. Książąt Opolskich 33, czyli po prostu na Rondzie. Moje obserwacje obejmują trzy sezony jesienno-zimowe, a ostatni to grudzień 2016 i styczeń 2017.
Bywały dni, że było naprawdę zimno. Temperatury spadały do minus dwudziestu stopni, a kilka-kilkanaście stopni mrozu, to był/jest standard.
Klienci poczty, wybierając się do tej placówki (albo gdziekolwiek w mieście), ubierali się stosownie do pogody, a więc raczej ciepło. W lokalu poczty odkrywali, że:
a) Z trzech okienek czynne jest tylko jedno (zwykle).
b) W pomieszczeniu jest wściekły upał (wściekły dla osób ubranych zimowo, to jest normalnie do pory roku), bo panie tam pracujące muszą być ubrane w koszulki z krótkimi rękawkami (zawsze). Długa kolejka, usiąść nie ma gdzie, temperatura, od której pot oczy zalewa, a przecież już niedługo znowu trzeba będzie wyjść na mróz.

Czy zależmy mi na tym, żeby pracownice poczty wypełniały swoje zadania ubrane w kożuchy, czapki-uszanki i walonki? Nie, oczywiście, że nie, ale czy jest coś złego w sweterkach albo kamizelkach? Tym bardziej, że to przecież nie te panie płacą za tropikalne grzanie, tylko ja. Oraz inni klienci poczty. W formie opłat pocztowych, które ustawicznie rosną. 

Ostatecznie kto tu jest dla kogo? Pięć pań z pocztowych okienek dla setek klientów poczty, czy może odwrotnie?

niedziela, 22 stycznia 2017

TO może się stać również i tobie!

„Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” – Oliver Sacks

„Książkę tę czyta się jak fascynujący tekst popularno-naukowy, a w istocie jest to tekst naukowy…” – stwierdził we wstępie Kazimierz Obuchowski, specjalizujący się w psychologii klinicznej i psychologii osobowości. Śmiem wątpić. Z czysto naukową, czyli nie popularną, książką na temat neuropsychologii, a tego przede wszystkim ona dotyczy, najprawdopodobniej nie dałbym sobie rady. Ale… mniejsza z tym. Dało się czytać, nawet bez wielkiego wysiłku i kopania w specjalistycznych słownikach.

„Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” to opis… wydawałoby się, że wręcz nieprawdopodobnych, ale jednak jak najbardziej realnych i konkretnych przypadków pacjentów Olivera Sacksa, brytyjskiego neurologa i psychiatry, z którymi zetknął się on w swojej wieloletniej praktyce. W sumie dwudziestu czterech pacjentów, jeśli dobrze policzyłem.

Analiza opisanych w książce przypadków medycznych podzielona została na cztery części: straty, nadmiary, uniesienia i powroty, świat prostych umysłów. W żadnym przypadku pacjentami Sacksa nie są/byli ludzie „głupi” – w powszechnym rozumieniu tego słowa, często wręcz przeciwnie: bystrzy, inteligentni, oczytani, obdarzeni wyjątkowymi talentami; tytułowy mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem (traktować to należy jak najbardziej dosłownie) był znakomitym muzykiem, na przykład.

 Oczywiście, lektura w istotny sposób poszerzyła moją wiedzę dotyczącą neurologii, psychologii, psychiatrii, ale pytania, wątpliwości, przemyślenia, które nawiedzały mnie w trakcie czytania, były zdecydowanie bardziej filozoficzne (egzystencjalne?) niż kliniczno-medyczne.

czwartek, 19 stycznia 2017

Powtórka z sensacyjnej rozrywki

Zachciało mi się sensacji i to w wydaniu Harlana Cobena. Sięgnąłem więc po „Bez śladu” – tę o zaginięciu koszykarza Grega Downinga i złożonych wielce implikacji tego. Po przeczytaniu kilkudziesięciu kartek coś mi zaczęło świtać. Uznałem jednak, że to – łatwy do rozpoznania i charakterystyczny – styl Harlana Cobena i czytałem dalej. W połowie książki wiedziałem już na pewno, że kiedyś już ją czytałem (gdy na scenę wkroczyła Maggie Łomot, pozbyłem się wątpliwości), ale zorientowałem się, że mimo to nie wiem, jak się to wszystko skończy, czyli – kto zabił. Ostatecznie „Bez śladu” przeczytałem do końca.

Dokładnie ten sam schemat powtórzył się z następną moją lekturą, to jest z perypetiami zawodowych graczy w golfa, klubu Merion, ale przede wszystkim pechowego Jacka Coldrena, czyli z „Błękitną krwią”. Tym razem jeszcze szybciej byłem już pewien, że tę opowieść znam, że ją czytałem, ale do samego końca nie byłem w stanie przypomnieć sobie zakończenia.

Rozrywkę miałem całkiem niezłą, nie narzekam, ostatecznie to ja decydowałem się kontynuować lekturę książki kiedyś już czytanej, ale… Coś mi tu jednak nie pasuje.

Mnóstwo razy w życiu czytałem po kilka razy te same książki. To jednak było działanie świadome i z premedytacją. Sięgając po kolejny tom Harlana Cobena nie miałem w planach powtórki. W tej sytuacji pojawia się pytanie, czy to mnie zaczyna szwankować pamięć, czy może współczesne pisarstwo już takie właśnie jest: lekkie, łatwe, przyjemne, a dokładniej to tak lekkie i łatwe, że zapewnia rozrywkę w trakcie lektury, ale bardzo szybko po jej zakończeniu wszystko rozwiewa się, jak dym? Z drugiej strony… przecież nadal świetnie pamiętam, kto zabił w „Morderstwie w Orient Expresie” albo w „Psie Baskerville'ów”.