środa, 18 października 2017

Mini wykłady o maxi sprawach

Kołakowski – „Mini wykłady o maxi sprawach” (seria druga)
  
O zabobonach.

Nad drzwiami swojego domu Niels Bohr powiesił podkowę, bo to jakoby przynosi szczęście. Jeden z gości zapytał zdziwiony:
- Czyżby pan, taki wielki uczony, wierzył, że podkowa przynosi szczęście?
- Nie – odpowiedział Bohr – Ale powiedziano mi, że podkowa przynosi szczęście także tym, którzy w to nie wierzą.

Poza tą, uroczą zresztą, anegdotą nic porywającego w eseju o zabobonach nie znalazłem. Ot, oczywiste sprawy. Zabobony rodzą się i umierają, istnieją w określonym czasie i miejscu. Można je rozpatrywać z wielu punktów widzenia i odniesienia. I to tyle. 
Trochę się, przyznaję, zawiodłem. 

niedziela, 15 października 2017

Wałęsa i inni w oczach Janusza

„Przyszłem. Czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy” – Janusz Głowacki

Podtytuł („…jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”) pozornie wyczerpująco informuje, o czym jest ta książka, ale uwaga! Jeśli coś jest tak proste i oczywiste, to na pewno nie jest tak proste i oczywiste, ponad wszelką wątpliwość chodzi o coś więcej – zwłaszcza u Głowackiego – może nawet o coś zupełnie innego…

„Przyszłem”, jak wiele książek Janusza Głowackiego, to książka o Polakach. Najpierw, z rozpędu, napisałem, że o Polsce i Polakach, ale to nieprawda – Polska jest w porządku, zwyczajny kraj, jakich wiele: morze, lasy, jeziora, góry… To Polacy są problemem, nie Polska. A więc książka o Polakach. Trochę cyniczna, nieco złośliwa, prześmiewcza i szydercza – o nas samych, niestety. O autorze też – był przecież Polakiem. Momentami trochę jakby mało polskim, bo potrafił się śmiać z samego siebie, a to, między Bugiem a Odrą nie jest zdolnością występującą zbyt często, ale niewątpliwie wybitnym Polakiem.

„I jako człowiek wyrachowany kombinuję, że może w sprawie tej książki też by mi się udało Boga na swoją stronę przeciągnąć. W końcu co mu zależy, wrabiamy go w każde świństwo, które sami robimy. A przecież Bóg niewinny jest. Dał nam wolną wolę i tyle. Ach Boże, żeby nie ci księża, to bym nie miał nic przeciw Kościołowi”[1].

„Atak Al-Kaidy zjednoczył Amerykanów. A u nas? No, wiadomo. Smoleńsk podzielił to, co jeszcze było do podzielenia. Zaczyna się wielki spektakl, więc najpierw pochówek na Wawelu, z królami i Piłsudskim. Za dużo? Nie, za mało, trzeba krwi, więc narada dworu i decyzja. Samolot strącili takim czy innym sposobem Putin i KGB” [2].

„Ja nie jestem scenarzystą zawodowym. Czasem coś do kina napiszę i tyle. Scenarzystów prawdziwych zżera ambicja. Wkurwia ich, że się ich lekceważy, że się o nich nie pamięta. A przecież bez dobrego scenariusza nic dobrego by nie nakręcono. To jest akurat bzdura, ze złego scenariusza może być dobry film i odwrotnie. Scenarzyści biegają i narzekają, że reżyser ich nie rozumie, nie docenia, psuje ich genialne pomysły. Że nikogo nie obchodzą nazwiska tych, co pisali dla Buñuela, Felliniego, Spielberga albo Wajdy. Ale zapewniam Państwa, że tak myślą tylko ludzie mali, chciwi sławy, wyrachowani, próżni, zawistni, bez talentu. I bardzo mi przykro, że ja też tak myślę” [3].

Ta wyliczanka polskich wad narodowych przypomniała mi zdarzenie sprzed wielu lat. Odbywałem wtedy obowiązkową, zasadniczą służbę wojskową. Nie podobało mi się to w najmniejszym nawet stopniu, z wielu różnych powodów, których wyliczać mi się teraz po prostu nie chce, więc wykombinowałem sposób na to, by być w tym wojsku i nie być jednocześnie, albo przynajmniej być jak najmniej. W tym celu wyłudzałem zwolnienia lekarskie. Bezczelnie, z tupetem symulowałem takie lub inne choroby, domagałem się recept oraz zwolnień ze służby – kiedyś wypisywano je na drukach L4 – starsi Polacy pamiętają. Ostatecznie udało mi się w ten sposób nie służyć ponad sto dni. Pamiętam lekarza, który na mój widok teatralnie wzdychał, ale… mniejsza z tym.

Zaskoczyła mnie wtedy postawa kolegów z jednostki (tak się to nazywało – „koledzy”, choć z koleżeństwem nie miało zwykle nic wspólnego), mimo, że z powodu mojej absencji chorobowej nikt z nich nie miał więcej pracy, ani jakichkolwiek dodatkowych obowiązków, z czasem odnosili się do mnie coraz bardziej niechętnie, a w końcu wrogo. Nie potrafiłem tego pojąć, ale tylko do czasu lektury „Boso, ale w ostrogach”. Stanisław Grzesiuk opisuje w tej książce coś bardzo podobnego: migał się od ćwiczeń wojskowych, chodził na lewiznę, urywał się z zajęć, więc „koledzy z wojska” próbowali go za to pobić. Ale dlaczego??? Odpowiedzią jest, wańkowiczowskie chyba, powiedzenie: „w narodzie polskim jest morze bezinteresownej zawiści”.

Zawiść; on ma, a ja nie mam. Chciałbym to mieć, ale zdobyć się boję, jednak przecież do strachu się nie przyznam, nawet, a może zwłaszcza, przed samym sobą. Zawiść nigdy nie jest globalna ani abstrakcyjna, przedmiotem zawiści jest najczęściej konkretna osoba. Człowiek zawistny jest zawsze nieszczęśliwy, bo nie potrafi cieszyć tym, co ma, jeśli tylko – w jego mniemaniu – ktoś inny ma więcej, lepiej lub na coś tam potrafi się zdobyć. Jeżeli nawet zawistnikowi uda się jakoś osiągnąć to, co jest przedmiotem jego zawiści, nie ucieszy się, lecz natychmiast znajdzie sobie kogoś innego, by owo uczucie, ale także cel życiowy, broń Boże, mu nie wygasły.
Zawiść właściwie zawsze związana jest z oszukiwaniem samego siebie – zawistnicy za każdym razem występują w imię jakiegoś nadrzędnego interesu, wspólnego dobra, czy czegoś takiego, bo przecież do uczuć tak niskich jak zawiść nigdy by się nie przyznali. Jako Polak, mieszkający w Polsce, z zawiścią stykam się właściwie na co dzień.


„Przyszłem” – książka zdecydowanie warta przeczytania, bez względu na to, co kto myśli o Wajdzie, Wałęsie, Kościele, polityce, czy naszej polskiej zawiści, choćby ze względu na mistrzowskie operowanie słowem.




--
1. Janusz Głowacki, „Przyszłem”, Świat książki, 2013, s. 6.
2. Tamże, s. 59. 
3. Tamże, s. 156.

środa, 27 września 2017

Jak zdobyć i utrzymać wolność

„Wolny człowiek. 12 Kroków nie z tej ziemi” – Marek Dziewiecki, Rafał Porzeziński, Jacek Racięcki

Książka jest zbiorem esejów: „Wolny człowiek” Rafała Porzezińskiego, „Wolność zagrożona” Marka Dziewieckiego, „12 kroków” Rafała Porzezińskiego i Jacka Racięckiego oraz „Wolni, by kochać” Dziewieckiego.

O szeroko rozumianej wolności i zagrożeniach, jakim jest ona poddawana, ale i o możliwości odzyskania utraconej wolności dzięki zastosowaniu 12 kroków dla chrześcijan, wypowiadają się: Marek Dziewiecki, ksiądz katolicki i psycholog, Rafał Porzeziński, trener terapii uzależnień i Dyrektor Programu Pierwszego Polskiego Radia oraz Jacek Racięcki, terapeuta uzależnień.

Choć może się to wydać dziwne, to też jest sposób na odzyskiwanie wolności:
 …opisuje genialnie prostą metodę, którą w kolejnej swojej książce „Krok za Krokiem” nazywa „ostrzeniem gwoździa”. Psychologowie o tej metodzie mówią „podnoszenie dna”, ale tu nie chodzi o drugiego, tylko o nas samych. Jak popsuć sobie komfort korzystania z wad? Jeśli kradniesz zwracaj z nawiązką. Jeśli kłamiesz, po każdym kłamstwie wyznaj to okłamanemu. Jeśli się obżerasz, nie zadręczaj innych jękami, gdy boli cię brzuch. Dlaczego „ostrzenie gwoździa”? To proste. Możesz wysiedzieć całe godziny na krześle, z którego wystaje tępy gwóźdź, ale na ostrym nie posiedzisz*.

Dzięki szerokiej interlinii treści jest wprawdzie nieco mniej, niż sugerowałaby to grubość książki, ale za to wygodnie się czyta.



--
 * Marek Dziewiecki, Rafał Porzeziński, Jacek Racięcki, „Wolny człowiek. 12 Kroków nie z tej ziemi”, wyd. Rajmedia, str. 124.

niedziela, 24 września 2017

Program Wspólnoty św. Jakuba

„Droga zwycięzców. 12 kroków nie z tej ziemi” – ks. Marek Dziewiecki

Podobno wspólnot dwunastostopniowych funkcjonuje już na świecie ponad dwieście, ale pewności nie mam, gdzieś to wyczytałem, sam nie liczyłem. W każdym razie wszystkie one powstały na bazie pierwszego takiego programu, opublikowanego w 1939 roku (w książce „Anonimowi Alkoholicy”), Programu Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików. Oczywiście każda z tych wspólnot dostosowywała program do swoich specyficznych potrzeb.

„Droga zwycięzców” jest przewodnikiem po programie dwunastu kroków, ale… trudno mi było zorientować się, jakiej wspólnoty, gdyż autor za każdym razem podaje treść kroku w dwóch wersjach: Anonimowych Alkoholików i Wspólnoty św. Jakuba. Co zapewne zrozumiałe, natychmiast zacząłem szukać tej wspólnoty w Internecie, bo dotąd nic mi o takowej wiadome nie było; nie wiedziałem, kogo ona zrzesza, gdzie i kiedy odbywają się spotkania jej członków itd., jednak moje poszukiwania (mimo tysięcy wyników zwracanych przez Google) na razie nie zostały uwieńczone powodzeniem – pewnie nie szukałem zbyt dokładnie.

Dziewiecki uważa, że uzależnieni jesteśmy wszyscy, jeśli nie od substancji (alkoholizm, narkomania), jeśli nie od zachowań (hazard, seks, praca), to od siebie samych. W jakimś sensie zapewne ma rację.

Nie znalazłem w książce odwołań do sztandarowej pozycji Wspólnoty AA, to jest książki „Anonimowi Alkoholicy”, od której zresztą wspólnota ta podobno wzięła nazwę. Cytuje za to autor „Małego Księcia”, Katechizm Kościoła katolickiego oraz Biblię. Nie wspomina nic o sponsorowaniu, czyli specyficznej formie pomocy, jaką w realizacji kolejnych Kroków otrzymują członkowie Wspólnoty AA. Możliwe zatem, że we Wspólnocie św. Jakuba nie jest ona znana. Opisuje za to, czasem z drobiazgową wręcz dokładnością, jak konkretny krok należy rozumieć i go zrealizować. Na przykład w kroku ósmym, dotyczącym listy osób skrzywdzonych, na pierwszym miejscu należy umieścić Boga.

Intrygujące wydały mi się przekonania autora na temat Wspólnoty Anonimowych Alkoholików: „mitingi w ramach grup samopomocy dotyczą zwykle pierwszych trzech kroków programu. W ostatnim ćwierćwieczu uczestniczyłem w blisko stu otwartych mitingach grup AA oraz grup pokrewnych w Polsce i w kilku innych krajach europejskich. Nigdy jeszcze nie spotkałem się z sytuacją, że miting dotyczył na przykład dziesiątego lub jedenastego kroku”*.  Cóż… powiem tylko, że z innych źródeł mam informacje skrajnie odmienne. 

Pozycja ciekawa, zwłaszcza dla członków Wspólnoty św. Jakuba; dla nich może wręcz obowiązkowa.



-- 
* ks. Marek Dziewiecki, „Droga zwycięzców. 12 kroków nie z tej ziemi”, wyd. Raj Media, 2016, strona 209.

wtorek, 19 września 2017

Nasi wyznania mojżeszowego

„Koszerny kozak” – Stefan Wiechecki

Stefan Wiechecki, prozaik, satyryk, publicysta i dziennikarz, popularny swego czasu Wiech, wydał przed wojną sześć zbiorów felietonów, ten jest ostatnim z nich. Wiech, jako sprawozdawca sądowy, pisał dla Kuriera Czerwonego sprawozdania ze śródmiejskich sądów grodzkich i starościńskich. Pisał językiem stylizowanym na gwarę warszawską, szczególnie z okolic Targówka i Szmulowizny.

„Koszerny kozak” to humorystyczne relacje z procesów wytaczanych, w drobnych zwykle sprawach, Polakom wyznania mojżeszowego albo przez nich. Sąsiedzką awanturę, drobną kradzież, niespłacony weksel, nieporozumienie w tramwaju, Wiech opisywał w sposób zajmujący i zabawny.

„Panie sędzio szanowny, to było nie tak. Ja rzeczywiście jestem winien pana Rypsa 200 złotych. No to co jest? Kto dzisiaj nie jest winien? A jak jestem winien, to muszę płacić? Dlaczego? Bo się pana Rypsa tak spodoba? Pieniądze na ulicy zbieram, żeby go długi oddawać? On dziecko jest, on nie wie, że dzisiaj nikt nie płaci? Wyjątek pójdę być?! To ten stary łobuz mnie nasyła bojówkie”*.




--
* Stefan Wiechecki, „Koszerny kozak”, wyd. Wema, Warszawa 1990, s. 101.

niedziela, 10 września 2017

Piękny, dawno zagubiony język

„Moje słuszne poglądy na wszystko” – Leszek Kołakowski

Zbiór esejów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych na bardzo wiele tematów, jest tu bowiem o chrześcijaństwie, o komunizmie, o utopii, o apokalipsie, o prawdzie, o sprawiedliwości, o diable, o polityce, o odpowiedzialności, o zbiorowej tożsamości… 

Z poglądami Kołakowskiego można się zgadzać bądź nie, ale język sam w sobie jest urzekający.

piątek, 8 września 2017

Ameryka wstydliwie ukrywana

„Ostatni sędzia” – John Grisham

Udane, moim zdaniem, połączenie prawniczego thrillera, choć to określenie wydaje mi się mocno przesadzone, i wielowątkowej powieści obyczajowej, jednak to tej ostatniej jest w książce najwięcej – uprzedzam.

Rzecz dzieje się w niewielkim Clanton w stanie Missisipi, a więc na południu USA, w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Młody lekkoduch, Willie Traynor, któremu nie udało się skończyć studiów, podejmuje w Clanton pracę w bankrutującej lokalnej gazecie. Za pożyczone od babki pieniądze Traynor przejmuje gazetę, która wkrótce okazuje się żyłą złota dzięki na bieżąco publikowanym relacjom, dotyczącym brutalnego zabójstwo Rhody Kassellaw, brutalnie zamordowanej przez członka przestępczego klanu Padgittów.

Jednym z sędziów przysięgłych w procesie Danny’ego Padgitta jest czarnoskóra Callie Ruffin – wprawdzie segregacja rasowa zniesiona została kilka lat wcześniej, ale w praktyce wyglądało to bardzo różnie, zwłaszcza w południowych stanach. 

Historia nie kończy się wraz ze skazaniem Danny’ego Padgitta na podwójne dożywocie, co w praktyce okazało się dziewięcioma latami więzienia. Może właśnie dopiero w tym momencie rozkręca się na całego.

środa, 30 sierpnia 2017

Medgidia - wspomnienia i sny


„Medgidia, miasto u kresu” – Cristian Teodorescu

Miałem jednocześnie dwa skojarzenia. Pierwsze: Medgidia przypominała mi miasta, miasteczka i dzielnice żydowskie z powieści Singera; w obu tych przypadkach autor pomagał czytelnikowi poznać świat zaginiony, bezpowrotnie utracony, świat, którego już nie ma. Drugie: pudło ze starymi fotografiami; ktoś starszy wyciąga je jakby trochę przypadkowo, ale o każdym z nich ma coś ciekawego do opowiedzenia.

Nie radzę pomijać kilkustronicowego wstępu, dzięki któremu czytelnik polski, rzadko pasjonujący się skomplikowaną historią Rumunii, może poznać tło opisywanych zdarzeń, a często w ogóle zrozumieć, o czym mowa. W okresie międzywojennym, a szczególnie w latach trzydziestych, w Rumunii władza króla stawała się coraz bardziej iluzoryczna, za to rosły wpływy partii i ugrupowań faszystowskich. W 1939 roku, po agresji niemieckiej na Polskę, Rumunia wprawdzie ogłosiła neutralność, ale dość długo pozostawała jednak w strefie wpływów niemieckich, zwłaszcza gdy w 1940 roku w Rumunii do dyktatorskiej władzy doszedł, popierany początkowo przez Żelazną Gwardię (faszystowską organizację polityczną działającą w Rumunii w latach 1930-1941), faszystowski przywódca, generał Ion Antonescu.

Jednak „Medgidia…” nie jest opracowaniem historycznym, to zbiór krótkich opowiadań o wydarzeniach i ludziach, wielu ludziach, żyjących w rodzinnym miasteczku autora, w latach 30. i 40 dwudziestego wieku. Nie jest to też pamiętnik, zbyt wiele w tych opowiastkach jest literackiej fikcji – pewnie dlatego autor prosi na wstępie, żeby na wszelki wypadek, traktować jego książkę, jak dzieło całkowicie zmyślone.

„Koniec ramadanu. Turcy zabierają się do ucztowania. Zarzynają baranki na pilaw, uganiają się za domowym ptactwem, ukręcają mu głowy i pakują na rożen. W całym mieście pachną uberek, tureckie placki z mięsem. Kto miał przyjaciół wśród Turków – a któż ich nie miał? – szedł do nich poświętować”*.

Takie właśnie fragmenty przypominają mi sztetle z powieści Singera – czasy, w których Żydzi, Polacy, Ormianie, Ukraińcy, Niemcy i inni potrafili żyć obok siebie, robić interesy, normalnie egzystować.
Niestety, w Medgidii nie zawsze było tak sielankowo. Żelazna Gwardia, a następnie Rosjanie mocno dali się we znaki mieszkańcom, choć miasteczko właściwie nigdy nie znalazło się bezpośrednio na linii frontu.

„Cztery razy Rosjanie ogołocili sklep Sarkisa, a raz go zdewastowali. Innym kupcom z miasta też nie udało się wyjść obronną ręką. Rosjanie przyjeżdżali fala za falą i płacili rublami, których nikt nie chciał, ale kto ośmieliłby się im odmówić?”**.

Warta poznania, powiedziałbym, ze urokliwie-sentymentalna historia. Polecam.



--
*„Medgidia: Miasto u kresu”, Cristian Teodorescu, przekład Radosława Janowska-Lascr, wyd. „Amaltea”, 2015, s. 81.
** Tamże, s. 176.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Sven Hassel za kołem polarnym

„Widziałem, jak umierają” – Sven Hassel

 Autor, Duńczyk z niemieckim rodowodem, na własne życzenie przyjął obywatelstwo niemieckie i powołany został do wojska. W czasie wojny, za próbę dezercji, Hassel został przeniesiony do jednostki karnej Wehrmachtu.

Tym razem doborowa banda niemieckich psychopatów (Joseph Porta, Wolfgang Creutzfeld – Mały, Willie Beier – Stary, Alfred Kalb – Legionista i inni), członków nigdy nie istniejącego, 27. Pułku Pancernego, walczy gdzieś za kołem podbiegunowym z Rosjanami, Finami i reniferami, ale też dokonuje brawurowego sabotażu w… Moskwie. 

Jest to dziesiąta książka tegoż autora, więc już dawno się zorientował, że można sporo zarobić, tworząc takie niestworzone historie.

sobota, 12 sierpnia 2017

Dorota Terakowska ostatni raz

„Dobry adres to człowiek” – Dorota Terakowska

Czytałem „Ono” i „Poczwarkę”, i jakoś nie rzuciły mnie na kolana. Właściwie uznałem, że dosyć będzie przygód z książkami Doroty Terakowskiej, szkoda mi na nie czasu. Być może takie, naiwne dość, manipulowanie emocjami czytelników, komuś się naprawdę bardzo podoba, ale…

Książka „Dobry adres to człowiek” trafiła w moje ręce jakoś tak… przypadkowo. Nie miałem pojęcia, czym jest; spodziewałem się powieści. Idea zbioru krótkich tekstów (zebranych przez Wydawnictwo Literackie i wydanych po śmierci Terakowskiej felietonów, drukowanych w „Elle”, w latach 2003-2004) nawet mi się spodobała, ale kiedy okazało się, że jest ich tak niewiele, rozczarowałem się do końca.

Z nutką lekkiej pogardy dla czytelników Terakowska podejmowała w nich tematy bajek w nowym i starym stylu, testów na człowieczeństwo, facetów w telewizyjnych reklamach i kobiet doznających orgazmu na widok błyszczących kurków, wigilijnej tradycji, pożytkach z bycia innym niż wszyscy, wartości dziwacznych rad rodziców… 

Może kilkanaście lat temu, w czasopiśmie, miało to sens, ale… Wydaje mi się, że własny czas można spożytkować korzystniej.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Jak zdemoralizowano Margrave

„Poziom śmierci” – Lee Child

Pierwsza książka Lee Childa z cyklu przygód Jacka Reachera, byłego żandarma. Znacznie lepsza od „Podejrzanego”, moim niezwykle skromnym zdaniem. W „Poziomie śmierci” narracja odbywa się w pierwszej osobie; Jack Reacher sam opowiada o wydarzeniach w spokojnym miasteczku Margrave gdzieś w Georgii, z dala od autostrady, gdzie znalazł się właściwie przypadkowo, wędrując bez celu po kraju. Margrave jest idealnie czyste, zadbane, nowe albo świeżo odnowione, a wszystko dzięki niebywałej szczodrości Fundacji Kilknera. Wszystkim przedsiębiorcom w mieście, nawet czarnoskórym starym fryzjerom, z usług których tygodniami nikt nie korzysta, Kilner wypłaca niesamowicie wysoką dotację, tysiąc dolarów tygodniowo, żeby nie musieli przejmować się klientami albo ich brakiem.

Zaraz po przybyciu do Margrave Reacher został aresztowany pod zarzutem zabójstwa. O dziwo, okazuje się, że sam szef lokalnej policji stara się go wrobić i twierdzi, że widział go w pobliżu miejsca zbrodni. Reacher ma dobre alibi, ale jego wykazanie zajmuje trochę czasu, więc w związku ze zbliżającym się weekendem, zostaje zamknięty w pobliskim więzieniu, gdzie źli faceci z bractwa aryjskiego próbują go zabić.
Kiedy w poniedziałek Reacher wychodzi z pierdla, okazuje się, że zamordowanym był jego brat, ważny pracownik Departamentu Skarbu. W tej sytuacji Reacher postanawia zostać w miasteczku i rozwikłać sprawę, co – po setkach perypetii i niebezpieczeństw – oczywiście w końcu mu się udaje.

Jack Reacher jest bohaterem niesamowicie brutalnym i bezwzględnym. Zabija i okalecza ludzi bez żadnych skrupułów (wyłupione oko w więzieniu, strzały w plecy, zatłuczenie pałką itp.). Oczywiście rozprawia się w ten sposób z bardzo złymi facetami, ale…

W historii tej pojawia się też kobieta, funkcjonariuszka Roscoe, którą łączy z Reacherem gorący, choć bardzo krótki, romans. I tu zaczyna się ujawniać pewien schemat w sercowym życiu byłego żandarma, pojawiający się też w innych książkach Lee Childa – pan i pani mają się ku sobie, ale ona chce zostać na miejscu i robić karierę, na co są pewne szanse, a on pragnie bez celu wałęsać się po całych Stanach, a tak odmiennych potrzeb pogodzić się nie da.

Niezłe czytadło, choć odrobinę naiwne zakończenie.

sobota, 15 lipca 2017

Reacher i zagadka zielonej farby

„Podejrzany” – Lee Child

Kolejny tomik przygód, jeśli tak można to nazwać, sztandarowego bohatera Lee Childa, Jacka Reachera, byłego żandarma. Tym razem Reacher ma dziewczynę, w której jest zakochany po uszy, Jodie, córkę swojego dawnego przełożonego, ma też dom, zapisany mu w spadku przez ojca Jodie. O ile wielka miłość z dawnych czasów jest jeszcze w porządku, to posiadanie nieruchomości mocno Reacherowi przeszkadza, nie czuje się z tym dobrze.

Reacher przypadkowo natyka się na próbę wymuszenia haraczu, przez szeregowych członków organizacji przestępczej Petrosjana. Cwaniaków wysyła do szpitala, kradnąc im wcześniej pieniądze, i w ten sposób (bo to samotny mściciel, którego prawo nie obowiązuje, kierujący się jedynie własnymi standardami moralnymi i przekonaniami) zaczyna pasować do profilu masowego zabójcy kobiet skrzywdzonych przez żołnierzy.

Reacher zachowuje się, jak półinteligent – dawny żandarm, znający normy prawne na wyrywki, jakoś nie rozumie, że jego dziewczyna, specjalizująca się w prawie bankowym i biznesowym, nie jest odpowiednia do bronienia klienta w sprawie kryminalnej; upiera się też, że adwokat mu w zasadzie niepotrzebny, bo… jest niewinny.

Wkrótce okazuje się, że FBI stara się wrobić Reachera po to, by później, oczyściwszy go nieco z zarzutów, zyskać sobie jego wdzięczność (sic!), a tym samym chęć udzielenia im pomocy. Kiedy ta naiwna psychomanipulacja nie wychodzi, FBI zaczyna szantażować Reachera, grożąc przekazaniem danych jego dziewczyny organizacji Petrosjana. W tych warunkach Jack zgadza się pomóc FBI w śledztwie.

Równolegle z rozwojem fabuły poznawać można myśli, plany, rozważania sprawcy. W związku ze specyficzną formą tej narracji szybko można zorientować się, kim jest ów ktoś i na czym polega największa tajemnica.

Fabuła naiwna i bardzo mocno przekombinowana. Opisana w książce hipnoza powoduje, że ręce (i oczy) opadają z beznadziei. Postępowanie pracowników FBI, którzy na końcu znowu próbują w coś Reachera wrobić, jest zupełnie nieprawdopodobne. Podobnie wygląda kwestia związku z Jodie.
  
Choć autora bardzo lubię, to tej jego książki nie polecam.

środa, 21 czerwca 2017

Jak to robią genialni pisarze

„Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z The Paris Review” – Michel Houellebecq, Julian Barnes, Jonathan Franzen, Javier Marías, Julio Cortázar, Gabriel García Márquez, Jorge Luis Borges, Vladimir Nabokov, William Faulkner, Ernest Hemingway, Don DeLillo, Saul Bellow, Max Frisch...


„The Paris Review” – jeden z najbardziej znanych i poważanych anglojęzycznych periodyków literackich świata. Założony w 1953 roku w Paryżu, w 1973 przeniósł redakcję do Nowego Jorku. Publikował prace autorstwa Jacka Kerouaca , Philipa Larkina, Philipa Rotha, Terry Southern, Adrienne Rich, Italo Calvino, Samuela Becketta, Nadine Gordimer i wielu innych znanych, cenionych i nagradzanych pisarzy. Od roku 2010 jego redaktorem naczelnym jest Lorin Stein. Pod jego redakcją, „The Paris Review” zdobył dwie nagrody National Magazine Awards.

Zbiór zawiera wywiady z pisarzami dokonane na przestrzeni ponad półwiecza (np. Hemingway – 1958 rok), nie chodzi tu o najnowszych, ale o największych, najbardziej znanych twórców literatury. Rozmawiali z nimi różni redaktorzy, w różnych miejscach świata, w różnych okolicznościach. Niektóre pytania się powtarzały: o warsztat pisarki, o źródła pomysłów, o plany twórcze na bliższą i dalszą przyszłość.

Zauważyłem pewne podobieństwo, coś wspólnego; genialni pisarze są do siebie – w pewnym sensie – podobni. Owszem, w najnowszych wywiadach pojawia się słowo „komputer”, nieobecne w rozmowach wcześniejszych, ale to przecież nie ma żadnego znaczenia. To jedynie technika, a nie specyficzny sposób widzenia i rozumienia życia, świata, ludzi…

Na koniec trzy przykłady, fragmenty wywiadów:

„Trzymanie książki w ręku i przeczytanie kilku dobrych opinii było pocieszające. Ale potem, taki już jestem – i zakładam, że to cecha wielu innych pisarzy – pomyślałem: »A co, jeśli mam w sobie tylko jedną książkę?«. Z tego powodu druga powieść jest zawsze trudniejsza, choć w moim przypadku przynajmniej pojawiła się szybciej. Cały czas łapię się na takich myślach: »Może i napisałem siedem, osiem albo dziewięć powieści, ale czy uda mi się znów to zrobić?«. Niemniej jestem przekonany, że podwyższony poziom lęku jest u pisarza normalnym stanem”*.

„Być może piszę, ponieważ to sposób myślenia lepszy niż jakikolwiek inny. To bardzo aktywny sposób myślenia. Myślisz jaśniej, kiedy musisz coś ująć w słowa. Nawet ci, którzy nie są zawodowymi pisarzami, oczyszczają umysł, pisząc list czy pamiętnik. Niektórzy mawiali, że pisanie to wyjątkowy sposób, by wiedzieć, ale to wyjątkowy sposób, by rozumieć.”**.

„Czym, pana zdaniem, pisarz różni się od innych ludzi?
Cóż, przede wszystkim ma potrzebę porządkowania faktów i nadawania życiu sensu. Wraz z tym pojawia się miłość do słów dla nich samych i pragnienie, by nimi manipulować”***.

Książka niewątpliwie warta polecenia, choć... niewielu czytelnikom.



--
* E-book „Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z The Paris Review”. Z wywiadu z Julianem Barnesem, autorem „Papugi Flauberta”.
** Jak wyżej. Z wywiadu z Javierem Marías Franco − hiszpańskim pisarzem.
*** Jak wyżej. Z wywiadu Aldousem Huxleyem.

czwartek, 25 maja 2017

Czarne karty historii Teksasu

„Syn” – Philipp Meyer


Eli McCullough, zwany przez wszystkich Pułkownikiem, syn Armstronga, spłodził Petera (oraz inne dzieci), Peter spłodził Charlesa (oraz inne dzieci), Charles spłodził Jeanne Anne (oraz inne dzieci), J. C. była matką Susan (oraz innych dzieci), a Susan została matką Della i Asha. Prawda jakie to proste?
Gdyby nie czytelnie rozrysowane drzewo genealogiczne, zrozumienie skomplikowanych i pasjonujących losów i koligacji rodziny McCullough nastręczałoby spore problemy, przynajmniej na początku i tym bardziej, że historię rodziny, i własną, opowiadają różni jej członkowie, żyjący w różnych czasach; historia McCulloughów nie jest przedstawiona w „Synu” liniowo (chronologicznie) i relacjonują ją na przemian przedstawiciele trzech pokoleń: Eli, Pete oraz Jeanne Anne.

Kiedy Armstrong McCullough wybrał się pomagać sąsiadowi, znanemu w okolicy jako Syfilis Poe, jego farma została napadnięta. Żona i córka zginęły na miejscu (oczywiście wcześniej zgwałcone), natomiast synowie, Martin i Eli, zostali przez Komanczów uprowadzeni. Martina Indianie zabili kilka dni później – miłośnik poezji, marzący o studiach na Wschodzie, brzydzący się jedzeniem surowej wątroby podlanej żółcią albo sfermentowanego mleka z brzucha cielaka bizona, nie miał właściwie wśród nich szans na przeżycie. Twardy i gotowy na wszystko Eli (późniejszy Pułkownik McCullough) przetrwał i wychowany został na wojownika Komanczów o imieniu Tiehteti.

Eli McCullough spędził wśród Komanczów kilka lat, a po powrocie na łono białej cywilizacji, postawił fundamenty rodowej fortuny rodu. Słyszałem kiedyś, powtarzane ponoć często w Meksyku, powiedzenie: Biedny Meksyk – tak daleko od Boga i tak blisko Stanów Zjednoczonych. Częścią procesu budowania potęgi McCulloughów była na przykład brutalna eksterminacja… nie, nie Indian – Meksykanów. Starych, bogatych meksykańskich rodów, których wielkie majątki można było później przejąć za bezcen. W taki właśnie sposób McCulloughowie wymordowali Garciów, z dziećmi włącznie.

Mijały lata. Zmieniał się Teksas, zmieniali się McCulloughowie…

„Czasy, w których bogaci świecili przykładem. Kiedy stosowali wobec siebie wyższe standardy, ich życie było przykładem dla innych. Kiedy nie afiszowano się bogactwem przed kamerami, nie stawało w świetle reflektorów, o ile czegoś się nie osiągnęło. Teraz zapomniano o tym obowiązku. Bogaci są tak spragnieni uwagi jak każda pomywaczka”*.

Biali i bogaci mieszkańcy Teksasu płci męskiej zawsze jednak byli (wydaje się, że są nadal) seksistowskimi rasistami.

„Bycie mężczyzną oznacza brak jakichkolwiek zasad. Można mówić jedno w kościele, a co innego w barze i uznawać i jedno, i drugie za prawdę. Można być dobrym mężem i ojcem, i chrześcijaninem, i bzykać sekretarki, kelnerki, i każdą prostytutkę, która wpadnie nam w oko”**.

Przy okazji zastanawiałem się, czy rzeczywiście Polacy w XXI wieku, w tym względzie, różnią się czymś od Teksańczyków.

Reasumując: bardzo dobra powieść, której bohaterem jest… Teksas. I oczywiście jego mieszkańcy, ale to jakby w tle. Kawał fascynującej historii, mocno odmiennej od wersji przedstawianej w westernach z drugiej połowy XX wieku, zdecydowanie wart uwagi.





--
* Philipp Meyer, „Syn”, wyd. Czwarta Strona, 2016, przekład Jędrzej Polak, s. 68.
** Philipp Meyer, „Syn”, wyd. Czwarta Strona, 2016, przekład Jędrzej Polak, s. 527.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

L'esprit de l'escalier w praktyce

To będzie historyjka z cyklu: czy ty nie masz innych problemów? Odpowiadam:  problemy różne mam albo raczej miewam, a wydarzenie, które zaraz opiszę i wypływające zeń wnioski, problemem chyba jednak nie są (czy aby na pewno?). Może nawet będzie zabawnie, ale tego nie gwarantuję.

Droga powrotna. Dworzec. Peron. Podjechał pociąg. Kieruję się w stronę wejścia do wagonu. Kolega zwraca mi uwagę, że ten wagon ma inny numer, niż zapisano na moim bilecie. Odpowiadam, że to nie ma znaczenia, że liczy się numer miejsca, a na wagonie widnieje napis: miejsca od… do… i w tym przedziale liczb się mieszczę. Wsiadam. Zajmuję miejsce – właściwe pod względem numeru – po chwili inny pasażer zwraca uwagę, że siedzę na jego fotelu, i być może nawet mam miejsce o takim numerze, ale w innym wagonie. Nie dyskutuję, głupstwo przecież (i uwaga kolegi), przesiadam się, sprawa załatwiona.

Jadę dość długo, tym bardziej, że pociąg ma pół godziny opóźnienia. Może dzięki temu tylko odkrywam, co do cholery się stało. Bo ja, od lat, nie zwykłem ignorować sugestii innych ludzi i upierać się przy swoim.

Dlaczego nie posłuchałem kolegi? To akurat wydaje się proste – bo kilka dni wcześniej, wyruszając w drogę do Warszawy, identycznym pociągiem, odmienną informację otrzymałem od osoby, która wydawała mi się bardziej kompetentna, to jest od konduktora, czy też innego członka załogi pociągu.
Stałem wtedy na peronie, przyglądałem się uważnie wagonom, i nie widziałem żadnych numerów. Poprosiłem o pomoc człowieka odzianego służbowo, a ten podpowiedział mi, żebym kierował się numerem miejsca siedzącego i pokazał mi je namalowane na burcie wagonu. To wsiadłem i usiadłem. Do końca podróży nikt mi żadnej uwagi nie zwracał, kontroli biletów zresztą nie było (nawet trochę żałowałem, bo chciałem się pochwalić biletem w smartfonie, czyli techniką znaną mi dotąd tylko z teorii). To tylko ja, przez moment, chciałem przyczepić się, że monitory w wagonie nie działają, a nie po to płacę dużo pieniędzy, żeby być pozbawionym w drodze rozrywki i informacji.

Jadę więc, z tym opóźnieniem, nie zwracam większej uwagi na piersiastą blondynę obok, studiującą przez całą drogę opasły podręcznik na temat podatków, bo kombinuję, co jest z tymi numerami i kolejarzami. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy (i za to się nie lubię), to podejrzenie, że w mojej niewielkiej miejscowości nierozgarnięci pracownicy kolei pojęcia nie mają o nowoczesnych pociągach firmy PKP InterCity. Bo najprościej zwalić na kogoś, prawda?

Jestem jednak dopiero w połowie drogi, więc spekuluję dalej i pewne elementy, detale, zaczynają mi się łączyć w jakąś całość. Numery miejsc są namalowane, a przynajmniej trwale umieszczone na burcie wagonu, ale numery samych wagonów wyświetlane są na elektronicznym panelu, na drzwiach wagonu. Dlaczego ich nie widziałem jadąc do stolicy? Monitory w przedziale nie działały, może to ten sam system nawalił? Poczułem się odrobinę lepiej. Nie widziałem numerów wagonów, bo się nie wyświetlały. To teraz ostatnie pytanie, ostatnia wątpliwość – czemu pracownik kolei zwracał moją uwagę na numery miejsc, ale nie skierował mnie do właściwego wagonu? Odrzucam już wersję o jego niekompetencji i zadaję sobie pytanie inaczej sformułowane: w jakich okolicznościach mogło się tak stać? I wreszcie dokonuję epokowego odkrycia – kolejarz pokazywał mi numery miejsc, a nie wagonów, bo ja, zupełnie przypadkowo, stałem zapewne przed tym właściwym, przed swoim! I na tym polegał mój błąd. Nie do końca, nie w pełni rozpoznałem rzeczywistość, ale wyciągnąłem wnioski. Tym razem błędne.

Rozejrzałem się z zadowoleniem dookoła, ale jakoś nikt nie zwracał uwagi na mój triumf. Rozwiązałem trudną zagadkę i już miałem siedzącą obok panią zagadnąć o złożone problemy dotyczące odwróconego VAT-u, ale… pociąg właśnie wjechał na dworzec w moim mieście.
  

L'esprit de l'escalier – z francuskiego: inteligencja schodowa albo dosłownie duch schodów. Trafna cięta odpowiedź, riposta, błyskotliwa myśl, rozwiązanie, przychodzi mi na myśl poniewczasie, po zakończeniu spotkania, dopiero na schodach.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Przesadzone przygody Svena

„Krwawa droga do śmierci” – Sven Hassel

Głównymi bohaterami powieści wojennych Svena Hassela są przede wszystkim: oberst Hinka, Porta, Mały, Stary, Legionista, Heide, Barcelona, Sven (autor-narrator), żołnierze niemieckiej karnej kompanii. Oparte na osobistych przeżyciach autora, Duńczyka, który wykorzystał pochodzenie matki, by dostać się do niemieckiego wojska – najpierw wojska pancerne, później karna kompania – i wraz z nim walczył na wszystkich chyba frontach drugiej wojny światowej.

„Krwawa droga do śmierci” wydana prawie ćwierć wieku po pierwszej książce Hassela („Legion potępieńców”), nie dorównuje już pierwszym pozycjom. Mocno przesadzona, pisana jakby na siłę, przypomina „Przygody kanoniera Dolasa” – tu także bohaterowie miotają się po całej Europie, od okupowanej Grecji przez Bałkany do sowieckiej Rosji i frontu wschodniego. 

Okrucieństwo, brutalność, flaki i mózg, śmierć, zobojętnienie, cynizm, czarny humor.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Komunikacja bez zrozumienia

„Czytanie ze zrozumieniem. Uwarunkowania rodzinne” – Monika Jurewicz

Dawno, dawno temu, dzięki stwierdzeniu typu „nienawidzę łysych okularników” zorientowałem się, że nie wszyscy ludzie łysi i w okularach rozumieją ten przekaz tak samo. Dla jednych jest to agresywna, werbalna napaść i niegrzeczność, dla drugich informacja o stanie emocjonalnym autora komunikatu i jego przekonaniach. Dzięki temu właśnie wydarzeniu zacząłem interesować się tematami komunikacji, porozumienia, ze szczególnym uwzględnieniem zagadnień dotyczących zrozumienia przekazu pisanego.
Z jakiegoś powodu zwykło się zakładać, że problem z czytaniem ze zrozumieniem mają małe dzieci, że dorosłych to nie dotyczy, ale… moim zdaniem jest to założenie błędne. Niedawny, drobny, nie zamierzony nawet eksperyment pokazał mi, że prezentacja własnych przekonań, nawet przez osoby czytające więcej niż wynosi średnia krajowa, może zostać uznana za: a) osobistą napaść, b) brak wychowania, c) jedno i drugie. Ale mniejsza z tym. Ostatecznie zdecydowana większość tekstów oraz opracowań źródłowych na temat czytania ze zrozumieniem dotyczy właśnie dzieci młodszych.

Monika Jurewicz, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Edukacji i Kultury Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, w swoich publikacjach podejmuje, między innymi, temat uwarunkowań edukacji szkolnej dziecka, ale też funkcjonowania nauczycieli w dobie intensywnych zmian polskiej rzeczywistości zarówno społecznej, jak i pedagogicznej, na przykład: „Ekonomiczne uwarunkowania kompetencji czytania ze zrozumieniem”, „Płeć a poziom czytania ze zrozumieniem”, „Poziom czytania ze zrozumieniem - uwarunkowania środowiskowe”, „Wykształcenie rodziców a poziom kompetencji czytania ze zrozumieniem” oraz „Czytanie ze zrozumieniem. Uwarunkowania rodzinne”, o której mowa tym razem.
Choć napisy w miejscach publicznych coraz częściej zastępowane są piktogramami, czytanie (ze zrozumieniem) nadal wydaje się niezbędną potrzebą w Polsce i na świecie.

Fakt, że umiejętność czytania ze zrozumieniem jest niezbędnym elementem procesu uczenia się, nie ulega chyba wątpliwości, a zatem czy poziom opanowania czytania ze zrozumieniem przez uczniów szkół podstawowych w Polsce można uznać za wystarczający? Jaki wpływ na umiejętność czytania ze zrozumieniem mają uwarunkowania rodzinne? Na takie właśnie pytania Monika Jurewicz stara się znaleźć odpowiedzi. Rozprawia się też z teorią, jakoby taką lub inną reformą szkolnictwa/nauczania można było zniwelować wpływ rodziny oraz warunków środowiskowych na kompetencje uczniów w zakresie czytania ze zrozumieniem. I nie tylko czytania, bo pojęcie analfabetyzmu funkcjonalnego odnosi się również do braku umiejętności poprawnego pisania, prawidłowego dokonywania prostych obliczeń, czasem także do umiejętności obsługi współczesnych technologii.

„Czytanie ze zrozumieniem. Uwarunkowania rodzinne” to pozycja raczej naukowa niż popularno-naukowa, znacząca zarówno dla teorii, jak i praktyki pedagogicznej, ale też warta poznania przez rodziców, zwłaszcza tych, którzy w dobrej wierze zapewne założyli, że współczesna szkoła rozwiąże wszystkie te i podobne problemy ich dzieci. Innymi słowy: w jaki sposób (i czy w ogóle) rodzice, rodzina może pomóc dziecku w opanowaniu podstawowych umiejętności szkolnych.

sobota, 1 kwietnia 2017

Dziś takich pisarzy już nie ma

„Azyl” – William Faulkner

Pierwsze co przyszło mi do głowy, to pytanie, czy w taki sposób pisze ktoś jeszcze oraz drugie, czy współcześni czytelnicy są w stanie czytać takie powieści…

„Azyl” to powieść napisana w 1931 roku, której akcja dzieje się w wyimaginowanej krainie Yoknapatawpha. Jest ona częścią cyklu „Wina i odkupienie”.

Faulkner, kolejny raz w swojej prozie, prezentuje upadek starych tradycji Południa Stanów. Świat (Ameryka) dynamicznie się zmienia, ale nie wszyscy dobrze sobie radzą z rozwojem cywilizacji, czego wynikiem jest wyraźna degeneracja duchowa, jako wynik porzucenia starych zasad i niezdolność do wypracowania albo chociaż przyjęcia nowych. Jest to świat, w którym przegrani i beznadziejni są wszyscy, kat, ofiara, świadkowie… 

Powieść odbierana była zapewne, jako drastyczna i bezwzględna, ale obecnie, w czasach pornografii obecnej w każdym kiosku, trzeba nieco wysiłku, by prawdziwe przesłanie Faulknera odkryć.

środa, 29 marca 2017

Żandarm w upalnym Teksasie

„Płonące Echo” – Lee Child

„Płonące Echo” zamieszczone w zbiorze Reader's Digest, to skrócona wersja powieści o polskim tytule „Echo w płomieniach”. Tytułowe Echo to miejscowość w Teksasie, może nawet hrabstwo, gdzie głównie dzieje się akcja. 

Jack Reacher, były żandarm, włócząc się bez celu po kraju (chyba, że za cel uznać ratowanie z opresji pięknych kobiet), na prażonej upałem drodze gdzieś tam w Teksasie zatrzymuje samochód i prosi o podwiezienie… dokądkolwiek. Tak poznaje piękną Carmen Greer, Meksykankę, żonę brutalnego typa o dziwacznym imieniu Slup, współwłaściciela bogatej posiadłości. Kobieta jeździ po okolicy drogim autem i zabiera autostopowiczów w nadziei, że jeden z nich zgodzi się zabić jej męża w zamian za seks, bo ma tylko jednego dolara i kartę pozwalającą tankować samochód. Slup, sprawca domowej przemocy, właśnie wychodzi z więzienia, do którego wpakowała go żona, więc Carmen szuka pomocy, bojąc się o życie swoje i córki. 

Reacher godzi się (bez seksu) pojechać z nią do domu, w którym mieszka ona z teściową i szwagrem, rozejrzeć się w sytuacji, może nawet pełnić funkcję ochroniarza, ale zabijać Slupa nie zamierza. Ten jednak ginie, o morderstwo oskarżona zostaje Carmen. Reacher ma w tej sprawie wątpliwości, może nawet narastające lawinowo, gdy kobieta z niepojętych powodów rezygnuje z pomocy prawniczki, którą jej załatwił, a później nawet przyznaje się do winy. 

Dalej akcja rozwija się już normalnie dla Childa, to znaczy trupy, kidnaping, spektakularne dedukcje Reachera, bójki, które zawsze wygrywa itp.

Opowiadanie z Reader's Digest, jest jeszcze całkiem niezłe, ale pełna wersja zawiera dłużyzny i momentami można mieć tej historii po dziurki w nosie. 

piątek, 17 marca 2017

Mały wielki człowiek i Gówno

„Gówno” – Feliks Kres


Wielki jak stodoła, naznaczony wieloma bliznami, niesamowicie silny najemny żołnierz, weteran wielu bitew, zwany Małym (ponoć był najmniejszy w swoim oddziale), postanawia spędzić urlop w rodzinnych stronach z ojcem i macochą. Podczas włóczęgi po mieście jest świadkiem niezwykle brutalnego zachowania kobiety, którą wszyscy nazywają Gównem, podobno, opętanej przez mroczne moce, córki króla piratów. Mały daje się wciągnąć w intrygę, która ma na celu pojmanie albo zgładzenie Gówna, ale wikła się w ten sposób w jeszcze bardziej skomplikowaną aferę i teraz sam musi walczyć o życie swoje i rodziny, bo Gówno jest naprawdę groźna i mściwa. 

Opowiadanie wydaje się częścią jakiejś większej całości albo dotyczyć, nawiązywać do jakiejś innej historii, bo choć jego początek jest całkiem niezły, to koniec, poza tym, że zabawny, także nieco dziwny, jakby urwany w nieodpowiednim momencie.

Całkiem niezła zabawa na jakieś 30-40 minut.

niedziela, 12 marca 2017

Podwójne życie J. Lewinkopfa

„Czarny ptasior” – Joanna Siedlecka

Książki tej zupełnie nie ma sensu oceniać w oderwaniu (od innej książki, od postaw i zachowań autora itd.), osobno, oddzielnie, jako samodzielne dzieło. Jest elementem spraw i zdarzeń szeroko przekraczających opisane w niej wydarzenia. Gdyby czytelnik nie wiedział nic o Kosińskim i jego twórczości, o Holokauście, o wojnie światowej, to „Czarny ptasior” byłby bardzo skróconą biografią Jerzego Kosińskiego (albo Józefa Lewinkopfa), obejmującą tylko kilka z jego dziecięcych lat.

„Malowany ptak” ukazał się w Polsce w 1989 roku, czyli wtedy, kiedy już byłem w stanie powieść tę przeczytać i w czasach, w których wywoływała ona spore kontrowersje. Czy Kosiński sam sugerował, że to opis jego wojenno-dziecięcych przeżyć, czy może wymyślił to ktoś inny, a Kosiński nie protestował (zbyt mocno), nie wiem, nie pamiętam. W każdym razie wielu czytelników było wtedy przekonanych, że są to fakty z życia pisarza, a to wywoływało dwie skrajne reakcje: albo złość za fałszowanie historii i oczernianie Polaków, albo satysfakcję, bo fakty wprawdzie nieprzyjemne, ale może to początek opowiadania historii takiej, jaką ona była, bez propagandowego zadęcia. „Malowany ptak” był pierwszym chyba  w naszej literaturze oskarżeniem Polaków o okrucieństwo wobec Żydów, o wydawanie ich Niemcom, wykorzystywanie, wymuszanie haraczy itp.
Później było jeszcze gorzej…  Eliot Weinberger twierdził i udowadniał, że Kosiński nie mógł być autorem, napisanego po angielsku, „Malowanego ptaka, bo za słabo znał język. Do autorstwa „Malowanego ptaka” przyznawał się podobno amerykański tłumacz i poeta George Reave. I inne takie, dzięki którym książka sprzedawała się znakomicie.

„Czarny ptasior” wydany został w 1993 roku, a to oznacza, że Siedlecka zdążyła dotrzeć do wielu osób, które miały kontakt z rodziną Lewinkopfów/Kosińskich i pomagały jej w przetrwaniu okupacji. Relacje ze spotkań z nimi albo ich dziećmi, jeśli rodzice już nie żyli, są pierwszoplanowe, najważniejsze. Są też dwa wątki… może nie poboczne, na pewno też ważne, ale jakby spoza głównego nurtu: spekulacje na temat domniemanej współpracy ojca Kosińskiego z Niemcami oraz jego powiązania z komunistami oraz relacja ze spotkania Jerzego Kosińskiego, wiele lat po wojnie, z kilkoma chłopami z Dąbrowy Rzeczyckiej i okolic, czyli z ludźmi, u których Kosińscy przeżyli wojnę. 

Dziś – także dzięki Joannie Siedleckiej – nie ulega już wątpliwości, że „Malowany ptak” nie jest powieścią autobiograficzną, ale nie jest wykluczone, że jakieś wątki autobiograficzne zawiera.

piątek, 3 marca 2017

Krakowski steampunk i smoki

„Ostatni dzień pary” – antologia;   Kańtoch,  Piskorski,  Piórkowski, Głuszek i inni

Książka trafiła do mnie w wersji elektronicznej, a plik nosił nazwę „ostatni dzień pary bez ilustracji”. Moje domysły na temat zawartości, wydają mi się w tej chwili zabawne – myślałem o parze… ludzi, osób, a „bez ilustracji” uważałem za intrygujący element tytułu.

Okazało się, że jest to antologia opowiadań fantastycznych wysłanych na konkurs zorganizowany w Krakowie przy okazji Krakonu (konwent). Zawiera opowiadania:

- Anna Kańtoch: Królewskie dzieci
- Krzysztof Piskorski: Małpiarnia
- Grzegorz Piórkowski: Kukła
- Adam Podlewski: Pierwszy człowiek w eterze
- Karolina Cisowska: Ostatni dzień pary
- Bartosz Szczygielski: Dni naszej hańby
- Jacek Wróbel: Człowieszyna
- Marcin Podlewski: Doktor Dietl ratuje świat
- Gerard Nibybyłowski: Którego nie ma
- Anna Głuszek: Szkiełko i oko
- Małgorzata Wieczorek: Zona Kraków
- Maria Dunkel: Wojna adaptacyjna
- Paulina Kuchta: Radioaktywny blues
- Aleksander Daukszewicz: Owieczki
- Karolina Cisowska: Panna Anna i chłopiec z drewna
- Filip Laskowski: Kolebka
- Ida Żmiejewska: FIN DE SIÈCLE
- Kornel Mikołajczyk: Apokanibalipsa
- Daniel Nogal: Golem z Festung Krakau
- Przemysław Zańko: Steampark Jurajski

Wszystkie one łączy wspólny motyw: Kraków i wiek pary (steam), często też apokalipsa (akcja dzieje się po jakimś kataklizmie) oraz smok; zdarzają się także wersje historii alternatywnej.

Jedne opowiadania lepsze, inne nieco gorsze, ale… właściwie dziwnie mi się czytało fantastykę, której akcja dzieje się po prostu w Krakowie. Zapewne dysonans byłby jeszcze większy, gdyby fabuła dotyczyła historii Sosnowca… Po prostu takie rzeczy powinny się rozgrywać gdzieś indziej, nie w Polsce, bo to jakoś tak… mało poważnie wychodzi.

sobota, 25 lutego 2017

Co agnostycy sądzą na temat...?

„Kto to jest Agnostyk?” – Bertrand Russell

Niewielki objętościowo esej, w którym brytyjski, filozof, logik, matematyk, laureat Nagrody Nobla, odpowiada na tytułowe pytanie.

Agnostycyzm to pogląd filozoficzny, według którego nie jest możliwe całkowite poznanie rzeczywistości, Russell natomiast, w „Kto to jest Agnostyk?”, przyjął i założył, że chrześcijanie twierdzą, że wiemy, że Bóg jest, ateiści, że wiemy, że Boga nie ma, a agnostycy przyjmują, że nie ma dostatecznych podstaw, aby potwierdzić istnienie Boga lub też mu zaprzeczyć. 

Jednak agnostycy (agnostycyzm), co było do przewidzenia, nie ograniczają się tylko do wątpliwości, co do istnienia albo nieistnienia Boga. Bertrand Russell starał się wyjaśnić takie kwestie, jak na przykład: w jaki sposób agnostycy rozumieją sens życia, ewentualność istnienia życia po życiu, możliwość pogodzenia nauki i religii, komunizm, małżeństwo i inne. 

czwartek, 23 lutego 2017

Wojna i polityka to gówno!

„Dziewczyny wyklęte” – Szymon Nowak

Zbeletryzowane historie młodych zwykle kobiet z podziemia – często najpierw antyniemieckiego, a później antykomunistycznego. Inka (znana skądinąd Danuta Siedzikówna), Marcysia, Perełka, Wanda, Jaga, Krystyna, Czesia, Irena, Danka, Dziuńka, Krysia i wiele innych. Łączniczki, sanitariuszki albo po prostu dziewczyny żołnierzy, partyzantów, chłopców z podziemia.

W przypadku tej właśnie książki najważniejsze wydaje się określenie „zbeletryzowane”. Oznacza to dodanie dialogów, opisów stanów emocjonalnych, myśli, marzeń, planów… W efekcie tego zabiegu wyszło dzieło, które niewątpliwie łatwiej się czyta, niż poważną pracę historyczną, ale jednocześnie romansowo-patetyczne, cukierkowate, bombastyczne, a poza tym rażąco czarno-białe. Kobiety u Nowaka to nieomalże święte – mądre, cnotliwe, odważne, oddane, wierne, kochające, niezłomne, piękne itd. Żołnierze Armii Czerwonej to Kałmucy, jakby żywcem przeniesieni z sanacyjnego plakatu przedstawiającego typowego bolszewika – z zakrwawionym nożem w zębach, na wpół zwierzęcym pyskiem wykrzywionym wściekłością, rozrywającego dziecko.

Do tego zero-jedynkowego obrazu nie przylega tylko kilkuzdaniowa relacja: oddział partyzancki raz czy drugi wpadł w zasadzkę, ogólnie spotkało go kilka dotkliwych niepowodzeń. Członkowie, a może dowódcy uznali, że to pewnie wina dziewczyny, która niedawno do oddziału dołączyła, pewnie jest kapusiem, więc… bez jakichkolwiek dowodów, bez przesłuchania, po prostu ją zabili.

 Chyba jednak wolałbym, żeby to dzieło było bardziej faktograficzne, a mniej emocjonalno-propagandowe. 

piątek, 17 lutego 2017

O piciu i gównianym życiu

„Opowieści poronione” – Arkadiusz Buczek

W pewnym momencie chciałem napisać, że tytuł zbioru jest jak najbardziej adekwatny, ale… po co się wyzłośliwiać? Zwłaszcza, że opowiadanie "Braterstwo Miłosierdzia Bożego" wydaje się całkiem niezłe.

Mnie akurat Arkadiusz Buczek nie jest w stanie obrazić komunikatami typu: chuj was to obchodzi albo gówno wam do tego. Oczywiście można by się zastanawiać, po co w takim razie autor pisał cokolwiek dla kogoś, dla czytelników, ale to jego sprawa.

Zbiorek zawiera kilka opowiadań, których bohater głównie pije, pali papierosy i plącze się bez wyraźnego celu po zimnym, błotnistym, szarym mieście, rozmyślając i wymyślając… różności. Może nawet nie są złe, ale próba epatowania mnie (jako czytelnika) wulgaryzmami, Buczkowi zupełnie nie wyszła. Choć starał się bardzo. Mięsem rzucać z wdziękiem też trzeba umieć.

Czy traktują one (opowiadania) o bólu egzystencjalnym? No… może… Mnie się raczej wydaje, że to kokietowanie własną degrengoladą i miałkością życia. Egzystencjalne, choć taniutka to egzystencjalność, może być ewentualnie pytanie: mam gówniane życie, bo piję, czy piję, bo mam gówniane życie?

Tym niemniej do końca doczytałem, nawet bez wielkiego wysiłku – czytałem dziesiątki opowiadań znacznie gorszych, więc co mi tam! Zwłaszcza, że e-book za darmo.

wtorek, 14 lutego 2017

Chrześcijanie i chrześcijaństwo

„Dlaczego nie jestem chrześcijaninem” – Bertrand Russell


Bertrand Russell , brytyjski filozof, logik, matematyk, jeden z najwybitniejszych filozofów XX wieku, w swoim eseju odpowiada na pytanie, które, być może, ktoś mu postawił: Czemu, z jakiego powodu, nie jesteś chrześcijaninem?

Żeby na tak postawione pytanie odpowiedzieć, trzeba najpierw dość dokładnie sprecyzować, co to znaczy być chrześcijaninem. Podobnie zresztą byłoby w przypadku setek analogicznych pytań o pisarzy, malarzy, hydraulików, dentystów, fryzjerów, rzeźbiarzy itd. I od takiego właśnie doprecyzowania pojęcia „chrześcijanin” zaczyna się ta niewielka broszurka.

Warto zauważyć, że warunki, jakie musi spełniać człowiek, by móc się nazywać chrześcijaninem, zmieniają się, ewoluują z czasem. Kiedyś chrześcijanin musiał wierzyć w piekło – na taki właśnie przykład zwraca uwagę Russell – ale obecnie nie jest to już przez Kościół wymagane. Oczywiście przykłady można mnożyć.

Druga część utworu, w wielkim skrócie i uproszczeniu, poświęcona jest właśnie powodom, dla których Russell nie był chrześcijaninem.  W części z nich rozprawia się z mitem Chrystusa – najlepszego, najmądrzejszego, wszystkowiedzącego, wszystkomogącego, ale też dowodzi, punkt po punkcie, że religia opiera się na zastraszaniu wiernych, a tego humanista nie można uznać za dobre, wskazane, właściwe.

 Lektura oraz liczba przytoczonych argumentów wydaje mi się dość skromna. Nie uważam za możliwe, by ktoś na tej podstawie rozstał się ze swoimi przekonaniami, a konkretnie – przestał być chrześcijaninem. Tym niemniej poczytać na pewno warto, choćby po to, żeby przewentylować przekonania i poglądy.

sobota, 11 lutego 2017

Lem - nie taki znowu prosty

„Wszechświat Lema” – Jerzy Jarzębski

Zbiór kilkunastu prac wydanych po raz pierwszy bodajże w 2002 roku oraz – w wersji znacznie bardziej rozbudowanej – w 2013. Wcześniej prezentowane były, przynajmniej niektóre z nich, na przykład podczas konferencji naukowych albo w artykułach i pismach krytycznych.

Jarzębski, krytyk i historyk literatury, profesor nauk humanistycznych, podejmuje takie oto zagadnienia i tematy:

- Szpital Przemienienia – walka z chorobą kultury
- Science fiction a polityka – wersja Stanisława Lema
- Kosmogonia i konsolacja
- Intertekstualność a poznanie u Lema
- Literackie przygody uniwersalnego Rozumu (O eseistyce Stanisława Lema)
- Przypadek i wartości (O aksjologii Stanisława Lema)
- O myśleniu
- Przygody Rycerzy św. Kontaktu
- Chaos jako wyzwanie: późna eseistyka Lema
- Lektura świata. Stanisław Lem jako czytelnik
- Naturalne, sztuczne i dziura w kosmosie
- Modele ewolucji u Lema
- Lem i świat po 11 września

I nie, nie jest to tylko spis treści – rozdziałów w książce jest więcej, na przykład „Kalendarium życia i twórczości Stanisława Lema” albo „Indeks bohaterów książek Stanisława Lema”. Sam autor przyznaje, że jego dzieło, choć ambitne, nie jest kompletnym i wyczerpującym opracowaniem na temat Lema i jego twórczości.

W eseju „Przeciw interpretacji” Susan Sontag  stwierdziła, że interpretacja jest zemstą intelektu na sztuce. Ona mogła sobie na to pozwolić, ale takie słowa w moich ustach byłyby zapewne dowodem zawiści i złośliwości. Nie posądzam jednak Jarzębskiego o złośliwość – o Lemie pisze z wyraźnie pozytywnym nastawieniem (nie wiem, czy się przyjaźnili, ale na pewno się spotkali), chodzi mi raczej o specyficzne traktowanie dzieła literackiego, które w efekcie może prowadzić do – zapewne nawet niezamierzonego –  zniechęcenia i rozczarowania przeciętnego czytelnika.

Pochodzę z pokolenia po Lemie, że tak to nazwę – jego książkami zachwycali się raczej moi rodzice, wujowie, ciotki… Owszem, przeczytałem kilka jego książek, nawet z przyjemnością, ale równie wiele odrzuciłem jako nudne, wydumane, ciężkie, (przeintelektualizowane?). Do pierwszych zaliczam: „Bajki robotów”, „Cyberiadę”, „Dzienniki gwiazdowe”, „Katar”, „Niezwyciężonego”, „Powrót z gwiazd”, „Solaris”. Do drugich, na przykład, „Wysoki zamek” czy „Wielkość urojoną”.

Jarzębski twierdzi, że Lem podejmuje tematy konfrontacji natury ze sztucznością, że fascynuje go natura ludzkiego umysłu, że krytykuje współczesną sobie cywilizację, zajmuje się etycznymi aspektami psychiatrii, że intryguje go problematyka przypadku w życiu człowieka i całych cywilizacji… To zapewne wszystko prawda, ale… podczas lektury „Bajek robotów” albo „Kataru” (bardzo go lubię), w wieku lat…nastu, zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy i takich treści nie widziałem. Może to i dobrze, bo w przeciwnym wypadku wątpię, czy po jakąkolwiek książkę Lema bym sięgnął. 

Reasumując – to nie jest książka dla miłośników dzieł Lema, ale dla miłośników interpretacji i opracowań literackich.