wtorek, 21 lipca 2015

Świat mroczny, porzucony...


Dziennik (1953-1956) – Witold Gombrowicz

Złośliwiec i megaloman, którego „Dziennik przypomina mi „Wykłady o literaturze” Vladimira Nabokova, o których pisałem kiedyś między innymi: Kiedy okazało się, że schemat ten powtarza się w większym albo mniejszym stopniu (często nawet pojawiają się konstrukcje jakby rodem z gry: jest świetny, ale…, wyszło mu znakomicie, ale…), doszedłem do wniosku – zaplanowanego zapewne przez autora i jedynie słusznego – że pisarzem genialnym, którego dzieła nie zawierają żadnego „ale”, jest i był tylko i wyłącznie Vladimir Vladimirovič Nabokov.

Czy Witold Gombrowicz był wybitny, utalentowany i wspaniały? Ależ oczywiście! Takie etykietki mu przyklejono, więc tak jest i nie chodzi mi absolutnie o to, by opinie te i przekonania negować.

Gombrowicz w pierwszym tomie „Dziennika” krytykuje (czasem wręcz drwi i wyśmiewa) komunistów, katolików, Polaków w Polsce, Polaków na emigracji, krytyków, pisarzy, malarzy, poetów, czytelników… Jednych może to zachwycać, innych bawić, jeszcze kogoś złościć. A ja? Ja po prostu nie chcę w tym uczestniczyć – w tym wiecznym niezadowoleniu i nieustającym, podszytym pogardą rozdrażnieniu, to już nie mój świat, świat, do którego nie mam ochoty wracać; za ciemny dla mnie, po prostu, za mroczny. Choć Gombrowicz znakomity. Bo nie chodzi o to, że mi się Gombrowicz z „Dziennika” nie podoba… właśnie nie o to...

Nie znam się, nie rozumiem – ktoś powie – ależ tak! Nie zmusiłem się do lektury innych jego dzieł – jak najbardziej. Jestem dyletant i ignorant – pewnie, że tak! Z całym swym ograniczeniem pójdę może kiedyś na spektakl jakiegoś Gombrowicza i z prymitywnym brakiem zrozumienia podziwiał będę dekoracje, grę aktorów, scenografię… ale na jego świat nie mam najmniejszej ochoty.

piątek, 17 lipca 2015

Urok życia to tylko urok gry


„Bardzo poszukiwany człowiek” – John  Le Carré


W Hamburgu, w domu mieszkającego z matką, muzułmańskiego boksera Melika Oktaya, pojawia się i prosi o pomoc Issa Karpow, syn pułkownika Armii Czerwonej i zgwałconej przez niego Czeczenki, notabene zamordowanej przez własną rodzinę za „zhańbienie rodu”. Issa jest chory i wycieńczony; był więziony i torturowany zarówno przez Rosjan, jak i Turków; możliwe, że jest albo był czeczeńskim terrorystą – w każdym razie o to jest podejrzewany. Do Hamburga dostał się nielegalnie, przerzucony przez Szwecję.

Leila i Melik Oktay kontaktują Issę z Annabel Richter, idealistycznie nastawioną prawniczką pracującą w charytatywnej agencji o nazwie Azyl Północ, zajmującej się prawami nielegalnych imigrantów, a przez nią z irlandzkim albo angielskim bankierem działającym w Niemczech, Tommym Brue, którego żona, Mitzi, zdradza jawnie z Bernardem, niewątpliwie znacznie sprawniejszym seksualnie od starszego bankiera – to jednak wątek poboczny.

Intryga zagęszcza się, gdy wychodzi na jaw, że ojców Issy i Tommy’ego łączyły brudne interesy oraz wielka forsa. Chodziło o tak zwane konta lipicańskie, co jest oczywistą aluzją do prania brudnych pieniędzy, wybielania ich (lipicany to rasa koni, która wzięła nazwę od stadniny w Lipicy w Słowenii, założonej ok. 1580 roku, gdzie została wyhodowana; konie te rodzą się skarogniade lub kare, dopiero między szóstym a dziesiątym rokiem życia ich maść zmienia się na siwą).

Jako że akcja powieści dzieje się współcześnie, a więc stosunkowo niedługo po atakach terrorystycznych na WTC w Nowym Jorku, na metra w Madrycie i Londynie i innych, za którymi stoją – rzecz jasna! – muzułmańscy fanatycy, Issą interesuje się zarówno wywiad brytyjski, jak i niemiecki, a wreszcie także amerykański. Szybko jednak okazuje się, że chyba nie do końca chodzi im o Karpowa, że jest on tylko pretekstem, by panowie szpiedzy i agenci (z różnych krajów i przeróżnych, rywalizujących ze sobą agencji) mogli uprawiać swoje pasjonujące gierki.

John Le Carré niewątpliwie postarał się być na bieżąco z tematem islamskiego terroryzmu, ale… mentalność i rozmowy szpiegów jakoś dziwnie przypominają czasy zimnej wojny, żelaznej kurtyny, czyli lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte ubiegłego stulecia.

niedziela, 28 czerwca 2015

Zapomniana celowo historia


„Miasto cieni” – Michael Russell

Kryminał historyczny z elementami powieści społecznej czy obyczajowej, którego akcja rozgrywa się w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, głównie w Dublinie i Gdańsku.  Na problematyczną miłość też znalazło się w niej miejsce i to całkiem sporo.

To miała być zwykła policyjna interwencja i zatrzymanie lekarza aborcjonisty Kellera, która ostatecznie przerodziła się w prywatne śledztwo prowadzone przez protestanckiego policjanta, detektywa sierżanta Stefana Gillespie i Żydówkę Hannah Rosen w sprawie zaginięcia jej przyjaciółki Susan Field. Ślad Susan urywa się u drzwi Kellera; Susan była w ciąży z księdzem, zamierzała poddać się zabiegowi…

Pewnym, niewielkim, problemem były dla mnie nazwy (urzędów i instytucji) oraz nazwiska irlandzkie, a także nieznajomość skomplikowanej sytuacji wewnętrznej – politycznej i religijnej – Irlandii w okresie międzywojennym. Autor zdawał sobie chyba sprawę, że niewielu czytelników pasjonuje się historią Irlandii (wojna o niepodległość, wojna domowa), a bez znajomości tejże historia może być trudna do zrozumienia, i dlatego wzbogacił książkę „Opowieścią o dwóch traktatach” – jest to dodatek, może niezupełnie związany z fabułą, ale pomagający zrozumieć zawiłe relacje między bohaterami, urzędami i instytucjami.

Dawno też nie czytałem książki, która tak bezkompromisowo prezentuje pychę, żądzę władzy, arogancję, samowolę księży i zakonnic katolickich.

„Miasto cieni” uświadomiło mi też, że wpływy Adolfa Hitlera to nie tylko Niemcy i, ewentualnie, Austria; „przyjaciele” faszyzmu byli liczącą się siłą również w katolickiej Irlandii.

środa, 20 maja 2015

Reacher, Wietnam, V. Hobie

„Wróg bez twarzy” – Lee Child

Jackowi Reacherowi, byłemu majorowi żandarmerii, kończą się pieniądze. To pewna nowość – w poprzednich tomach wędrował po kraju bez celu i jakby bez ograniczeń finansowych, bo tak chyba należy rozumieć kupowanie nowych ubrań, gdy stare nieco tylko się przybrudziły; Reacher nie będzie przecież prał!

W każdym razie kasa się kończy i Jack zarabia na utrzymanie kopiąc baseny. To przemiłe zajęcie przerywa mu prywatny detektyw, działający na zlecenie córki dawnego dowódcy Reachera.


Detektyw szybko i definitywnie znika ze sceny, a Jack odnajduje Jodie, córkę generała Garbera i ślady niezwykłej sprawy, z którą zetknął się on przed śmiercią. A tak, generał Garber też stracił życie, choć – wyjątkowo – w naturalny sposób.

Ostatecznie okazuje się, że korzenie sprawy, to jest mrocznej tajemnicy Victora Hobiego, tkwią w Wietnamie, w dżungli, w której spadł bojowy helikopter. Reacher i Jodie Jacob (z domu Garber) mogą zdemaskować prawdziwą tożsamość Hobiego, z czym ten niedobry człowiek jakoś nie chce się pogodzić. 


Sympatyczne czytadło, mimo że Reacher i Jodie do samego końca zmagają się z zagadką łatwą do rozszyfrowania już od połowy książki.

Medytacje księdza R. Rohra

„Tak, ale... Medytacje codzienne” – Richard Rohr


Przyznaję, że mam szczególny, wręcz osobisty stosunek do słów „tak, ale…” – i nie tylko ze względu na grę opisaną przez twórcę analizy transakcyjnej, Erica Berne'a w książce „W co grają ludzie”. W związku z tym po „Tak, ale…” Rohra sięgnąłem ze sporym zaciekawieniem, może nawet łapczywie. Bardzo szybko zorientowałem się, że także Richard Rohr gra z czytelnikiem w „tak, ale…”, jednak sam o tym – w pewnym sensie i do pewnego stopnia – uprzedza od samego początku.

Czy krótkie (zwykle jest to jedna-dwie strony) teksty składające się na „Tak, ale…” Rohra skłaniają do medytacji? Wiele – tak. Ale są też i inne, rodzące lawinowo narastające wątpliwości, emocje, stanowiące zaproszenie do rozważań, do zajęcia stanowiska, odwołania się do własnych przekonań albo wiedzy zawartej w innych książkach, do myślenia po prostu, bo niekoniecznie do medytowania.


Przykład:
„Jezus konsekwentnie ignorował, a nawet negował oparte na wykluczeniu, wymierzaniu kary oraz triumfalizmie starotestamentowe teksty, natomiast wskazywał na te, które głosiły akceptację, miłosierdzie i uczciwość.

(…)
Jezus czytał swoje własne natchnione księgi w sposób uduchowiony i wysoce selektywny, zupełnie ignorując, a nawet odrzucając niektóre ich części na korzyść inkluzywnych, pomocnych przesłań i przypowieści”[1].


Zastanawiam się, skąd Richard Rohr wytrzasnął takie przekonanie? Czy fakt, że w Biblii zdań wypowiedzianych bezpośrednio przez Jezusa i poruszanych przez Niego tematów jest rzeczywiście niewiele, upoważnia teologa do twierdzenia, iż widocznie przez trzydzieści trzy lata życia nie poruszył On żadnego innego tematu i nie powiedział nic do nikogo na żaden inny temat, jest uprawnione? Ale mniejsza z tym, to głupstwo, tak po prostu ojciec Rohr wierzy i jego to sprawa. Ostatecznie rzecz w tym, że czytanie Biblii dosłownie jest – według niego – sporym błędem, i więcej nawet, pewnych fragmentów Pisma Świętego w ogóle nie potrzeba czytać, bo (patrz wyżej) rzekomo Jezus tak robił.


„Święte księgi biblijne pełne są absolutnych przełomów, objawień oraz rozmaitych przejawów wysokiej próby spotkań, nawróceń, transformacji, a także Ducha Świętego. Biblia zawiera również teksty karcące, małostkowe, o charakterze plemiennym czy też wreszcie po prostu idiotyczne”[2].



„Idiotyczne”? Ups! Mocne! W tym momencie w naturalny sposób przypomniało mi się zdanie z „Czarnego obelisku” Ericha Marii Remarque'a, które brzmiało mniej więcej tak: I tylko w jednym różnicie się od Boga – Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej.


Ale niech będzie, powiedzmy, że Rohr już prawie przekonał mnie, iż Biblię czytać należy selektywnie, wtedy jednak trafiłem na…

„Jeśli katolicy powinni się nawrócić, protestanci muszą zacząć odprawiać pokutę. Przez swoje zawołanie »sola Scriptura« (»tylko Pismem«) postawili się na łasce swoich własnych kultur, swojej ograniczonej edukacji, swoich uprzedzeń oraz selektywnego czytania niektórych tekstów, przy jednoczesnym pominięciu innych”[3].


Cóż z tego wynika? Ano to, że Biblię należy czytać selektywnie, ale tylko my, katolicy, jesteśmy właściwymi… selekcjonerami. Jeśli ktoś próbuje robić to samo co my, robi to źle z samego założenia, bo tak! – a coś takiego to jest już klesza retoryka, arogancja i pycha.

„Mój serdeczny przyjaciel dr Gerald May dokonał lata temu rozróżnienia, z którego przyszło mi często korzystać. Stwierdził, iż duchowość nie ma nas zachęcać do samowoli, lecz do dobrej woli. Duchowość tworzy ludzi dobrej woli, którzy gotowi są zrezygnować z potrzeby bycia pierwszymi, posiadania racji, bycia zbawionymi, górowania nad innymi czy też definiowania siebie samych jako lepszych od innych ludzi”[4].

Tyle tylko, że z absolutnym przekonaniem o własnych racjach Rohr wypowiada się na każdy możliwy temat, bo i o macierzyństwie pisze, i o polityce, i o historii, i o kobiecości… a to w naturalny sposób rodzi pytanie, czy on sam zalicza siebie do ludzi dobrej woli, których tworzy duchowość.



To, co zaprezentowałem, nie jest jednak (wbrew pozorom) oceną książki Rohra, ale próbą pokazania, do jakich refleksji, rozważań i przemyśleń skłaniać może „Tak, ale…”. Bo równie wiele, a właściwie pewnie nawet więcej, znajdowałem tu perełek budujących, wspierających. Ot, choćby…

„Miłość jest przede wszystkim decyzją”[5].


To stwierdzenie podoba mi się bardzo, bo jest także moim prywatnym odkryciem. Do dziś pamiętam, jak podczas warsztatów z duchowości zrozumiałem, że miłość to wybory i decyzje, a nie uczucia i egzaltacje. Rohr stwierdził, że decyzje, ja dodałem i nadal dodaję do tego także wybory – nie będzie miłością decyzja podejmowana w sytuacji braku jakiegokolwiek wyboru. O, właśnie! Do takich rozważań „Tak, ale…” też skłania.

I ostatni już cytat:


„Chrześcijaństwo jest stylem życia – prostym, wyzbytym przemocy, otwartym na współpracę i pełnym miłości sposobem na bycie w świecie. A jednak my zrobiliśmy z niego oficjalną religię (z wszystkimi tego konsekwencjami), unikając samej zmiany stylu życia. Można zatem, żyjąc w dowolnym momencie dziejów chrześcijaństwa, być wojowniczo nastawionym, zachłannym, rasistowskim, egoistycznym i próżnym człowiekiem, a mimo to nadal z wiarą wyznawać Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela, a także przyjmować sakramenty, wywiązując się ze zobowiązań formalnych. Na taką głupotę świat nie ma już więcej czasu. Zbyt wiele cierpienia jest na ziemi”[6].



Ciekawe… Gdyby to cierpienie dotyczyło bezpośrednio księży, może z tą głupotą dałoby się coś zrobić, ale w obecnej sytuacji i warunkach… no, cóż… Bo na głupotę świat miał już tysiące lat, więc pewnie trochę jeszcze wytrzyma, niestety...

Rozmyślania/rozważania księdza Richarda Rohra podzielone zostały na kilka nurtów tematycznych, rozdziałów (pomijając wstępy, wprowadzenia, metodologię): „Fundament”, „Ramy”, „Ekumenizm”, „Transformacja”, „Proces”, „Cel” – jednak ten podział nie wydawał mi się jakoś specjalnie odczuwalny podczas lektury krótkich rozważań.  Podczas szybkiej lektury, dodam, bo teraz nadszedł czas na nieśpieszne smakowanie tekstów zawartych w „Tak, ale…” po dwa-trzy dziennie i… nie więcej.





--
[1] Richard Rohr, „Tak, ale... Medytacje codzienne”, przeł. Łukasz Malczak, Wydawnictwo M, 2014, s. 9.
[2] Tamże, s. 21.
[3] Tamże, s. 23.
[4] Tamże, s. 24.
[5] Tamże, s. 27.
[6] Tamże, s. 57.

sobota, 28 marca 2015

Reacher ratuje wolny świat


„Umrzeć próbując ratować” – Lee Child

Po historyjki Lee Childa z byłym żandarmem, Jackiem Reacherem, w roli głównej, sięgam by odpocząć od książek religijnych, psychologicznych i filozoficznych – nie jestem czytelnikiem tak wyrobionym i co jakiś czas potrzebuję zwyczajnie odpocząć, rozerwać się. W tym przypadku mam wątpliwości, czy przekarmiłem się Jackiem Reacherem, czy może ten tomik jest naprawdę beznadziejny…

Jacka Reacher, były wojskowy, lat 37, wolny, najwyraźniej niezależny finansowo, pewnego razu znajduje się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie – próbując pomóc kobiecie poruszającej się o kuli i wychodzącej z pralni, zostaje porwany wraz z nią. Następnie przez kilkadziesiąt kartek jest wraz z nią wożony furgonetką po całej Ameryce albo prawie, bo jazda trwa ponad pięćdziesiąt godzin.

Porwana kobieta okazuje się agentką FBI, córką generała, szefa połączonych sztabów, chrześnicą prezydenta. A porywacze starają się, jak to zwykle bywa z porywaczami, stworzyć nową, wolną Amerykę, opartą na konstytucji i Biblii, wolną od kolorowych…

Wyjątkowo naiwna i nieprawdopodobna historyjka, a dotrwałem do końca tylko dlatego, że Thomas Merton, którego mam teraz czytać, jeszcze nie dotarł.

Książka występuje też pod tytułem "Uprowadzony".

środa, 4 marca 2015

Rzeczy ukryte nowo odkryte


„Rzeczy ukryte” – Richard Rohr

Richard Rohr, franciszkanin, założyciel i dyrektor Centrum Działania i Kontemplacji w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk (USA), napisał tę książkę na podstawie cyklu wykładów, które wygłosił w 1998 roku. Jednym zdaniem można ją określić jako próbę odnalezienia duchowej relacji, intymnego związku między doświadczeniem człowieka a Biblią, Pismem Świętym Starego i Nowego Testamentu.

Autor „Rzeczy ukrytych” uprzedza już na samym początku:

„Muszę ostrzec czytelnika, że jeśli rzeczywiście chce zmierzyć się z tekstem, to choć przeżyje ekscytującą przygodę, musi też jednak liczyć się z rewizją dotychczasowych wyobrażeń zarówno o Piśmie Świętym, jak i o samym sobie”[1].

Przygód się nie bałem, nawet ekscytujących, weryfikacji przekonań też nie, a mimo to do lektury najnowszego dzieła Rohra przystępowałem z mieszanymi uczuciami. À propos mieszanych uczuć – podobno pojawiają się tylko w jednej sytuacji życiowej, mianowicie wtedy, kiedy narżnie się w gacie, bo to z jednej strony ulga, a z drugiej wstyd.

Żeby wyjaśnić moje miesz… moje ambiwalentne uczucia, jakie żywiłem do tej książki, posłużę się dowcipem, który usłyszałem niedawno od prowadzącego rekolekcje jezuity.

Komandosi trenują skoki spadochronowe. Jednego z nich wiatr zniósł naprawdę bardzo daleko, w okolicę zupełnie nieznaną, a do tego zaczepił się i zawisnął na drzewie. Zgubił swój komandoski nóż, linki poplątały się na amen – ani się odciąć, ani odpiąć. Na wołanie o pomoc pod drzewem zjawił się, przechodzący niedaleko, mężczyzna. Komandos pyta go: „gdzie jestem?” Na to mężczyzna, po chwili namysłu, odpowiada: „wisisz na drzewie”. W tym momencie komandos zgaduje – „jesteś księdzem, prawda?”. Mężczyzna, wielce zaskoczony, w końcu ubrany jest w cywilne ciuchy, nawet bez koloratki – „tak, jestem księdzem, ale jak ty to odkryłeś?”. Na to komandos: „bo twoja odpowiedź, jak zwykle u księży, jest absolutnie prawdziwa i absolutnie bezużyteczna”.

Bardzo chętnie porozmawiałbym albo poczytał o mniej zrozumiałych, czasem nawet szokujących fragmentach Biblii, ale jeśli ktoś miałby mi tłumaczyć zagadnienia banalne, omijając za to skrzętnie te autentycznie problematyczne, to… naprawdę, szkoda mojego czasu. Typowym przykładem mogłoby być omawianie historii Hioba bez zwracania uwagi na losy jego pierwszej rodziny, historia plag egipskich z pominięciem tego, co Bóg robił z sercem faraona, historia trzydziestu srebrników i wielu podobnych. Jednak Richarda Rohra lubię, cenię, mam do niego zaufanie, więc… przeczytałem.

Zauważyłem pewną prawidłowość – książka zwykle wydaje mi się bardziej wiarygodna, gdy odnajduję w niej treści, które już wcześniej poznałem, odkryłem, doświadczyłem. Tak było i tym razem.

Od dawna przekonany jestem, że Bóg jest całkowicie suwerenny, więc człowiek nie może Go do niczego zobowiązać, na przykład dobrym zachowaniem. Wynika to zresztą z Pisma Świętego, wystarczy choćby przypomnieć sobie przypowieść o synu marnotrawnym. Oznacza to, że człowiek nie jest w stanie zrobić niczego więcej, niczego lepiej, żeby Bóg kochał go bardziej, ani niczego nagannego, złego, żeby kochał go mniej. Jeśli na tym najpiękniejszym ze światów istnieje w ogóle miłość bezwarunkowa, to taką właśnie miłością Bóg kocha człowieka. Mimo to w tysiącach polskich domów usłyszeć można skierowane do dzieci komunikaty typu: jeśli tego nie zrobisz (albo jeśli czegoś robić nie przestaniesz), to Jezusek nie będzie cię kochał. Bzdura kompletna! I krzywda.

W każdym razie z satysfakcją przyjąłem, że i Richard Rohr najwyraźniej jest przekonany, iż Boga nie możemy zmusić do przyjęcia określonej postawy albo działań poprzez takie lub inne nasze zachowanie, postawę.

Następna identyfikacja dotyczyła szeroko pojmowanej tematyki duchowości. Zagadnienia te interesują mnie od dawna i od dawna przekonany jestem, że duchowość jest codzienna, powszednia i praktyczna; z uniesieniami religijnymi, ekstatycznymi wizjami, olśnieniami, zachwytami i innymi „odlotami” niekoniecznie ma cokolwiek wspólnego. I w tym przypadku okazało się, że Richard Rohr prezentuje w swojej książce przekonania podobne.

„Stworzyliśmy straszliwy dualizm, dzieląc świat na to, co duchowe, i to, co (jak twierdzimy) nieduchowe. Jezus przyszedł właśnie po to, by ujawnić kłamstwo tego dualizmu. Zasada Wcielenia głosi, że materia nigdy nie była oddzielona od ducha”[2].

W „Rzeczach ukrytych” autor podejmuje wątki krwi, chleba, wody, jedności, wyjaśnia szczególną wartość monoteizmu, specyfikę opętania, zagrożenia fundamentalizmu… Niezwykle ciekawe są, nierozwiązane do dziś, a może rozwiązywane nieustannie, aporie chrześcijaństwa (na przykład ciało kontra duch, przywództwo kontra wspólnota).

Znalazłem w „Rzeczach ukrytych” także inną nieco kategorię stwierdzeń, jak choćby to:

„Sądzilibyśmy zapewne, że wszyscy chcą Boga. Zazwyczaj jednak pada odpowiedź: Panie, nie jestem godzien. Wolę religię i moralność, dzięki którym odnoszę wrażenie, że własnym wysiłkiem zdołam wygrać kosmiczne zawody”[3].

Wpadło mi wtedy do głowy pytanie: jeżeli ojciec franciszkanin zastanawia się i rozważa, czy ważniejszy jest kontakt, więź, bliskość z Bogiem, czy może Kościół, moralność i religia, to co sądzą o tym:
a) wierni, którzy uważają się za religijnych,
b) przełożeni tegoż ojca franciszkanina?

Ja w każdym razie gratuluję mu odwagi i bezkompromisowości w głoszeniu przekonań, zwłaszcza tych mniej popularnych.

Adam i Ewa (Rohr wspomina o nich) mieli dwóch synów: Kaina i Abla. Kain zabił Abla, więc pozostały trzy osoby – dwóch mężczyzn i jedna kobieta – które ostatecznie zaludniły ziemię. Przez moment miałem nadzieję, że w „Rzeczach ukrytych” znajdę jednoznaczną odpowiedź na pytanie: czy w takim razie wszyscy jesteśmy dziećmi kazirodztwa? Tu jej jednak nie było. Może w innej książce, innego autora, innym razem…

„Rzeczy ukryte” – zdecydowanie polecam, zwłaszcza tym, którzy naprawdę szukają Boga i poważnie zainteresowani są duchowością chrześcijańską. Cytaty z Pisma Świętego, tłumaczone samodzielnie przez Rohra, bardzo ciekawie swoją drogą i inspirujące, proponuję sprawdzać też w oficjalnej, aktualnej wersji Biblii.



--
[1] Richard Rohr, „Rzeczy ukryte”, przekł. Marek Chojnacki, wyd. WAM, 2015, s. 27.
[2] Tamże, s. 31-32.
[3] Tamże, s. 51.