środa, 6 listopada 2019

Niewinni o brudnych rękach


„W pisarskim czyśćcu” – Krzysztof Masłoń

Pierwsze skojarzenie, które wpadło mi do głowy już podczas lektury, to tytuł starego filmu z roku 1974, „Niewinni o brudnych rękach”.

Piekło, czyściec, raj. Z tych trzech… hm… lokalizacji, to czyściec właśnie przypomina mi powiedzenie „tak, ale…”. Czyli jest dobrze, ale nie do końca. Niby w porządku, ale to się jeszcze okaże. To proste – gdyby było jednoznacznie dobrze lub zdecydowanie źle, nie byłoby mowy o czyśćcu, ale właśnie o piekle lub raju (niebie).
Wydaje się to oczywiste i dlatego zaskoczyło mnie kilka recenzji tej książki, bo wynikało z nich wyraźnie, że ich autorzy tego właśnie elementu kompletnie nie zrozumieli. A to przypomina mi (nie wiedzieć, czemu) słowa Waltera Lippmanna (amerykańskiego pisarza, dziennikarza i komentatora politycznego): Gdzie wszyscy myślą tak samo, nikt nie myśli zbyt wiele.

Czy „W pisarskim czyśćcu” to książka tendencyjna? Ależ oczywiście! To właśnie oznacza i sygnalizuje jej tytuł. O twórczości literackiej lub o twórcy mówimy, że jest tendencyjny, jeśli podporządkowany jest określonej idei (to  już z definicji tendencyjności ze słownika PWN). Autor, zgodnie z zamierzeniem i z premedytacją, skoncentrował się na tych tylko elementach życia pisarzy, które zawiodły ich do czyśćca. To nie są, i nie miały być, pełne biografie, czy rzetelna ocena całego dorobku pisarskiego. To odpowiedź na trudne pytanie: za co trafiłeś do czyśćca?

Najczęściej chodzi o romans (albo i całkiem poważny związek) z komunizmem, ale nie zawsze, bo mógł to być alkoholizm, problematyczna postawa wobec Żydów, czy choćby tylko (tylko?!) próby zaistnienia za wszelką cenę, wyrażająca się w działaniach, które tej akurat osobie, zupełnie nie pasują, wątpliwe postawy moralne, szokujące zachowania i przekonania i inne.

Krzysztof Masłoń, dziennikarz, publicysta, krytyk literacki, przyjrzał się w swojej książce takim oto postaciom polskiej sceny pisarskiej, jak: Konwicki, Szymborska, Herbert, Barańczak, Stachura, Osiecka, Bursa, Tyrmand, Iredyński, Kuśniewicz, Brandys, Woroszylski, Bratny, Grochowiak, Żukrowski, Stryjkowski, Bąk, Różewicz, Trzebiński, Gajcy, Borowski, Bujnicki, Przyboś, Dąbrowska, Grydzewski, Hemar, Kruczkowski, Wasilewska, Słonimski, Krasiński, Rymkiewicz, Nowakowski.

Czy po lekturze „W pisarskim czyśćcu” przestały mi się podobać: „Zły”, „I ty zostaniesz Indianinem”, „Pożegnanie z Marią”, „Kolumbowie” itd.? Ależ skądże! Za to dzięki Masłoniowi, mam okazję odkleić się od swoich dziecinnych wyobrażeń o pisarzach, od bardzo częstej w Polsce maniery, obowiązku wręcz, oceniania twórcy poprzez różowe okulary jego dokonań. Cóż… czas wreszcie dorosnąć.
Notabene, taki właśnie nakaz obowiązuje aktualnie w przypadku tzw. „żołnierzy wyklętych” – działali w słusznej sprawie, więc… wszystko inne się nie liczy, nawet nie jest prawdą.

Wydaje mi się, że niektóre z tych tekstów, kilka lat temu, czytałem w „Rzeczpospolitej” i może jeszcze gdzieś.

piątek, 1 listopada 2019

Obrzędy i rytuały, to samo zło


„Rytuały wody” – Eva García Sáenz de Urturi

Urodzona w 1972 roku w Vitorii (Hiszpania, Kraj Basków) Eva García Sáenz de Urturi jest obecnie jedną z bardziej popularnych pisarek hiszpańskich, a baskijskich, to już na pewno. Wydany w 2016 roku pierwszy tom trylogii, „Cisza białego miasta” („El silencio de la ciudad blanca”), bardzo szybko stał się bestsellerem. „Rytuały wody” to następna książka z cyklu i kontynuacja przeżyć, doświadczeń, problemów, przeciwności kilkorga znanych już z tomu pierwszego bohaterów. Z premedytacją nie używam określenia „przygoda”, bo to zdecydowanie nie ten kaliber, przygody to miał Zorro, Wilhelm Tell, Tomek Sawyer, „Rytuały wody” to prędzej tragedia, wstrząs, koszmarne przeżycia, trauma.
Oczywiście, „Rytuały wody” da się czytać osobno, bez znajomości „Ciszy”, ale… lepiej jednak kolejno.

Głównym bohaterem thrillera jest inteligentny inspektor Unai López de Ayala (pseudo Kraken) z Wydziału Kryminalnego w Vitorii, stolicy wspólnoty autonomicznej Kraju Basków, mieście poświęconym Białej Panience, Virgen Blanca. W dochodzeniach pomaga mu Estibaliz Ruiz de Guana, jedna z lepszych i najwytrwalszych śledczych. On jest dobry w profilowaniu, ona specjalizuje się w wiktymologii. Oboje mają problemy z dyscypliną, regulaminami i samowolą.

Dla tych, którzy nie znają mojej wcześniejszej historii, streszczę ją w kilku słowach: nazywam się Unai López de Ayala, pracuję jako specjalista od profilowania kryminalnego w wydziale śledczym jednego z komisariatów w Vitorii. Mam ksywkę Kraken. Cierpię na afazję Broki. Seryjny morderca z poprzedniego śledztwa, które prowadziłem, jak umiałem, prawie mnie załatwił, strzelił mi w głowę. Wciąż nie mogę mówić, od czasu do czasu, kiedy nie mam innego wyjścia, wydaję z siebie coś w rodzaju krakania. Porozumiewam się skutecznie za pomocą edytora w telefonie*.

Unai López de Ayala nie może mówić i jakoś stracił zapał do pracy z logopedą, jego szefowa i kochanka, Alba Diaz de Salwatierra, okazuje się być w ciąży, ale nie wie, czy dziecko jest Unaia, czy może jej męża, Nancho, zabójcy dwudziestu jeden osób (to on strzelił w głowę inspektorowi); Estibaliz prosi Krakena, który oficjalnie jest na zwolnieniu lekarskim, o pomoc w nowej sprawie – w Àlavie, w pobliżu tunelu San Adriàn (rejon górzysty), znaleziono zwłoki ciężarnej kobiety, Any Belén Liaňo, autorki komiksów (wydawanych pod pseudonimem Annabel Lee), ale przede wszystkim pierwszej sympatii inspektora. Kobieta została utopiona w historycznym celtyckim kotle, zgodnie z pradawnym obyczajem Rytuału Wody. I wtedy, powoli, historia zaczyna się rozkręcać i… komplikować.

Akcja powieści dzieje się dwutorowo – mniej więcej obecnie (to znaczy zimą 2016/17) i w przeszłości, a dokładnie w 1992 roku latem, gdy młody Unai pomagał w czasie wakacji w rekonstrukcji celtyckiej wioski. Nad przebiegiem prac czuwał wtedy superprzystojny archeolog, Saúl Tovar – osoba-zagadka, człowiek-problem, wlokący za sobą i w sercu własną smugę cienia. Zresztą, solidnie rozbudowane i zwykle pokomplikowane postaci, to specjalność tej autorki. Jej bohaterowie, także ci z drugiego planu, nigdy nie wydają się płascy, nijacy, jednowymiarowi. Bardzo to sobie cenię. Zresztą… podam przykład.
Alba nie wie, czy jest w ciąży z mężem, morderczym psychopatą, czy z inspektorem. A więc najpierw musi zdecydować, czy w ogóle chce mieć to dziecko – wiadomo przecież będzie, że jest ono dzieckiem mordercy… albo owocem zdrady małżeńskiej. Alba decyduje się urodzić dziecko i nie przeprowadzać badań genetycznych, woli nie wiedzieć na pewno i ostatecznie, czyje ono jest. Informuje o swoim postanowieniu Unaia i teraz on musi zmierzyć się z niesamowicie trudnym dylematem: uznać dziecko i wychowywać, nie mając pewności, czy jest jego ojcem, czy może jest to dziecko psychopaty – a co, jeśli to psychiczne zaburzenie, dewiację, dziecko odziedziczy?
To tylko skrót, kilka zdań, ale w powieści bohaterowie zmagają się z takimi rozterkami wcale nie skrótowo i marginalnie. Ich dalsze życie zależeć będzie od takich decyzji, a te nie są łatwe ani proste.

„Rytuały wody”, chyba nawet bardziej niż „Cisza białego miasta”, to zdecydowanie nie jest powieść do czytania w podróży, do czytania po kawałku w metrze lub autobusie, do poznawania w niewielkich dawkach przez dłuższy czas i na zmianę z jakąś inną lekturą. Wymaga skupienia i uwagi, bo stopień pokomplikowania wątków, a jest ich naprawdę wiele, wydaje się większy, niż wynosi średnia dla tego typu książek. Zbyt długa przerwa w czytaniu może spowodować, że przestaniemy orientować się, co z czego wynika i skąd się wzięło - wtedy łatwo o zniechęcenie i rozczarowanie, a szkoda by było.

Czytelnik polski zetknąć się może z dwoma trudnościami. Pierwsza to cena książki: pozycja gruba, bardzo porządnie wydana, więc i nie tania, niestety. Druga to lokalizacja i to, co się z nią wiąże, a więc nazwy geograficzne, nazwiska bohaterów, alfabet. Chyba, że ktoś zna język hiszpański, gaelicki albo rioplatense. Czytając tom pierwszy, szperałem w różnych materiałach, starałem się poznać, choćby pobieżnie i na własny użytek, wymowę, dowiedziałem się na przykład, że te podwójne albo i bardziej rozbudowane nazwiska nie są oznaką statusu społecznego (szlachectwa), że w Kraju Basków są czymś bardzo popularnym, powszechnym… No, cóż… nie jest to angielski lub niemiecki, z którymi to językami jesteśmy jakoś tam oswojeni. Jeśli jednak się chce i do tego warto – a warto – to nie takie przeszkody da się pokonać.


Bardzo dawno mi się już to nie zdarzyło, ale… czekałem na tę książkę. Chodziło o klimat, nastrój; coś podobnego do uczucia związanego z nadzieją na rychły powrót do lubianego miejsca, na spotkanie z sympatycznymi ludźmi. Ot, taki urodził mi się sentyment do Vitorii.


--
* Eva García Sáenz de Urturi, „Rytuały wody”, przekład Katarzyna Okrasko, Muza, 2019, s. 10.

Zwyczajni niezwyczajni ludzie


„Jak oni pracują 2” – Agata Napiórska

Tytuł bardzo precyzyjnie określa zawartość zbioru,  to jest zestawu krótkich wywiadów, rozmów autorki (dziennikarki i tłumaczki), z prawie czterdziestoma twórcami sztuki. Napiórska pytała, jak oni pracują i notowała/nagrywała odpowiedzi. Nie jest to więc zestaw biografii ani – tym bardziej i na szczęście – skandali, czy pikantnych detali z życia sławnych ludzi; sławnych mniej lub bardziej. Motywem przewodnim jest praca: techniki, sposoby, metody, organizacja, miejsca, wynagrodzenia, nastawienie do różnych etapów tworzenia, harmonogramy, podejście do kwestii ostatecznych, końcowych terminów, umów, zawodowe plany na przyszłość, ocena własnej twórczości i jej znaczenia itp.

Kiedy o książce usłyszałem po raz pierwszy, jakoś tak z automatu założyłem, że chodzi w niej głównie o pisarzy, ale gdy miałem ją już w ręce, po nazwiskach umieszczonych na okładce zorientowałem się, że rozmowy autorka prowadziła z różnymi artystami, także twórcami komiksów, fotografami, rzeźbiarzami, malarzami, tkaczami… oczywiście obu płci. Właściwie kobiet jest tu nawet więcej. Do tego kilka par.

Informacji innych, niż związane bezpośrednio z pracą, z tworzeniem, jest w tej książce niewiele i może dlatego wydają się szczególnie zajmujące.

Większość życia spędzam sama. To mój naturalny stan. Ludzie na dłuższą metę mnie męczą, chociaż zawsze interesują. Mogę się z kimś spotykać, gdy jestem na to przygotowana, wtedy dobrze się dogaduję z ludźmi i sprawia mi to przyjemność, ale przez większą część życia nie jestem towarzyska*.

Początkowo byłem nieco zawstydzony, skrępowany tym, że wielu (większości) nazwisk nie znam, nigdy o tych ludziach nie słyszałem, ale nie będę przecież udawał, że pasjonuję się tkactwem artystycznym, projektowaniem wystaw sklepowych albo rzeźbiarstwem. W końcu po to czytałem tę książkę, żeby właśnie poznać, dowiedzieć się, poszerzyć horyzonty, a ostatecznie i dość często, rozstać się lub rozstawać z przekonaniami, na rzecz faktów i realiów.

Umiejętność zadawania pytań zróżnicowanych, niesztampowych, niepowtarzających się, jest na pewną jedną z ważniejszych zdolności autorki i wyraźnie wpłynęła na jakość zbioru. Od tej zasady są jednak dwa wyjątki, a kiedy już zacznie się je zauważać, stają się irytujące. Wszyscy (lub prawie wszyscy) rozmówcy, według Napiórskiej, mają albo mogą mieć problem z dotrzymywaniem ostatecznych terminów – nazywanych w książce, nie wiedzieć czemu i po co, deadlajnami… albo jakoś tak, podobnie, i to bez tłumaczenia tego cudactwa na język polski oraz z prokrastynacją. Przyznaję, że ta prokrastynacja od razu przypomniała mi stary żart dotyczący migreny: Hrabia Gucio Potocki to miał migrenę, ale ciebie po prostu łeb napier… Od pewnego czasu Polacy nie bywają już zwyczajnie i po prostu leniwi, ale cierpią na poważne zaburzenie psychiczne zwane prokrastynacją. Ale… mniejsza z tym. Pośmiałem się, powkurzałem i… jest dobrze.

Jeśli interesują Cię inni ludzie, podglądanie ich i słuchanie (bez wścibstwa i prymitywnej pogoni za sensacyjkami), jeśli masz głowę otwartą na inny świat, na inne przekonania i doświadczenia, to z przekonaniem polecam.



--
*Agata Napiórska, „Jak oni pracują 2”, wyd. WAB, s.26.

Chciwość i błędy rachunkowe


„Chciwość” – Marc Elsberg                                         

…przestanie się wypłacać pensje i emerytury, emeryci zaczną szukać jedzenia w śmietnikach albo odbierać sobie życie, banki poupadają, konta bankowe zostaną zablokowane i wprowadzi się  ściśle kontrolowany przepływ kapitału, tak aby można było podejmować jedynie małe kwoty, podczas gdy szalejąca inflacja pożre skromne oszczędności. Stopa bezrobocia poszybuje w górę. Zawali się system opieki zdrowotnej, bliscy pacjentów będą musieli przynosić im do szpitala lekarstwa i żywność*.

Autor podejmuje tu niewygodny temat współczesnego paradoksu: średni poziom życia (w dobie konsumpcjonizmu) nieustannie rośnie, ale niesprawiedliwy podział dóbr rodzi coraz powszechniej występujący niedostatek. Nasilają się protesty, ludzie wychodzą na ulice, kryzys ekonomiczny i społeczny przeradza się w polityczny i międzynarodowy.
Herbert Thompson, znany noblista, był przekonany, że znalazł rozwiązanie na bolączki współczesnego świata, miał je objawić podczas szczytu w Berlinie, ale jednak chyba nie każdemu zależało na jego cudownym rozwiązaniu. Thompson zginął wraz z asystentem, Willem Cantorem, w sprowokowanym zdalnie wypadku samochodowym. Problem tajemniczych  sprawców polega jednak na tym, że ten… „wypadek” miał świadka. Młody człowiek, Jan Wutte, który zupełnie przypadkowo przejeżdżał właśnie obok rowerem, z ciężko rannym Cantorem próbował nawet rozmawiać. Widział też ludzi, którzy podpalili rozbitą limuzynę.

Jan Wutte opowiedział policjantom o wszystkim, czego był świadkiem i… tu zaczynają się kłopoty, bo gliniarze zaczynają go podejrzewać – z tym, że nie bardzo wiadomo, o co. Czyżby o spowodowanie wypadku, o podpalenie auta? Po co miałby im o tym mówić, gdyby był sprawcą?
Pod nosem ślepych i głuchych policjantów Jan spokojnie odchodzi, a następnie odjeżdża swoim rowerem. Sprawdza w swoim smartfonie mało zrozumiałe kawałki słów, jakie starał się mu przekazać umierający Will Cantor. Z wybełkotanych, mało zrozumiałych strzępów słów domyśla się, że chodzi o Golden Bar, który, oczywiście, mieści się bardzo blisko oraz o nazwisko człowieka, którego Jan Wutte jakimś cudem w barze spotyka, to jest tajemniczego Brytyjczyka, Fitzroy’a Peela. Peel był umówiony z Cantorem i właśnie na niego czekał w Golden Barze…

Tymczasem Jana tropi zespół likwidatorów pod dowództwem wielce tajemniczego El. Gonią go też policjanci. El i jego ludzie, korzystając z barowej burdy (Peel grał z kilkoma osobami w orła i reszkę i został posądzony o kantowanie), próbują wyeliminować Jana, ale temu, razem z Peelem zresztą, udaje się uciec. I tak sobie uciekają, uciekają, uciekają, przed policją i zabójcami; poznają nowe osoby przy tej okazji, osoby, które mogą pomóc w rozszyfrowaniu tajemniczych powodów zamachu na Cantora albo Thompsona, a może ich obu.

Socjologia, ekonomia, heurystyka, teoria gier, komparatystyka, statystyka, kumulatywna dynamika przypadku, historia doktryn ekonomicznych, rachunek prawdopodobieństwa oraz parę innych w tym stylu, zlepione zostały w jedną całość z powieścią sensacyjną. Choć autor pomysł miał niewątpliwie frapujący, to ostateczny efekt wydaje się… nieco dyskusyjny.

Kiedy autor książki stara się coś wyjaśnić czytelnikowi, pomóc mu zrozumieć, korzysta ze znanej z reklam sztuczki z zadawaniem pytań – Naprawdę działa na grzybicę pochwy? Jak to możliwe?! Gdzie można kupić ten cudowny środek? – i już jest okazja do wykładu. Rolę pytającego, gamonia, który nic nie rozumie z naukowego, specjalistycznego języka, a matematyką wręcz się brzydzi,  któremu wiecznie coś trzeba wyjaśniać, gra Jan Wutte.

– Ale ja nic nie rozumiem – wtrącił Jan swoim niemiecko brzmiącym angielskim.
Jeanne prawie całkiem o nim zapomniała.
–Chodzi o modele podejmowania decyzji – zaczął wyjaśniać Peel – mówiliśmy dzisiaj o korzyściach oczekiwanych. W matematycznym podejściu ekonomiści niejako sumują wszystkie możliwe wyniki danej decyzji i wyliczają średnią, a w bardziej zaawansowanych teoriach nie są to tylko średnie wyników, ale prawdopodobieństw czy wręcz pochodnych prawdopodobieństw. To dość skomplikowane**.

Wątek kryminalny, sensacyjny, jest oczywiście fikcją… Natomiast realnie stosowane są występujące w książce powszechnie przyjęte pojęcia społeczno-polityczne i ekonomiczne, jak zasada subsydiarności, ekwilibrium, korzyść spodziewana, przewaga komparatywna, teoria decyzji, teoria gier etc.*** - twierdzi autor w Posłowiu. Więc mamy, zapewne pierwszy raz w Polsce, powieść sensacyjną dla pasjonatów ekonomii, organizacji i zarządzania. Są to zagadnienia, na których znam się mniej więcej tak, jak Jan Wutte i dlatego zupełnie nie czuję się powołany do oceny tej książki, bo uważam, że dla kogoś rozumiejącego ten specjalistyczny język i zagadnienia, może być ona fascynująca, ale dla ekonomicznych ignorantów będzie przeciętnym kryminałem, którego spora część jest kompletnie niezrozumiała.



--
*Marc Elsberg, „Chciwość”, przekład Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, WAB, 2019, s. 247.
** Tamże, s. 305.
*** Tamże, s. 462.

środa, 9 października 2019

Koty łagodzą ludzkie obyczaje


„O czym myślą koty” – Thomas  McNamee

Książka ta nosi polski podtytuł: „Kocie sekrety oczami naukowców”, przyznaję, że zupełnie nie wiem, po co i dlaczego, skoro oryginalnie jest to: „The Inner Life of Cats. The Science and Secrets of Our Mysterious Feline Companions”. Ostatecznie może nawet i dobrze, że tych naukowości nie ma w książce zbyt wiele; nie jestem specjalistą, a to, co jednak w niej naukowego jest, podane zostało w całkowicie przystępnej formie. W końcu nie o biologiczne, na poziomie akademickich wykładów, informacje mi chodziło.

Thomas McNamee, absolwent Uniwersytetu Yale, stypendysta Guggenheima, poeta i eseista, autor książek non-fiction („The Grizzly Bear”,  „Nature First: Keeping Our Wild Places and Wild Creatures Wild”, „The Return of the Wolf to Yellowstone”), pasjonujący się wielkimi drapieżnikami, znajduje małą, może około 3-miesięczną kotkę, którą postanawia się zaopiekować i nadaje jej imię Augusta.

„O czym myślą koty” to relacja z życia z Augustą na ranczu w Montanie, ale też w śródmieściu wielkiego miasta. Autor stara się zrozumieć potrzeby Augusty, jej nastroje, zachowanie, sposób komunikacji itd. Przy okazji dodaje te właśnie naukowe, często mało u nas znane, ale bardzo ciekawe, informacje, pomagające w zrozumieniu psychiki i zachowań kotów.

Dlaczego koty są ponoć dobrymi towarzyszami dla osób chorujących na depresję lub z obniżonym nastrojem, czy z każdym człowiekiem w domu próbują porozumiewać się tak samo, znaczenie wydawanych przez nie dźwięków, podobieństwa w działaniu mózgu kota i człowieka, o zagrożeniach jakie stanowią i wiele, wiele innych zagadnień poruszonych zostało w „O czym myślą koty”, jednak nie jest to pozycja naukowa. Raczej osobista relacja z fragmentami popularno-naukowymi.

środa, 2 października 2019

Nie robić sobie jaj z pogrzebu!


„Księga zmarłych filozofów” – Simon Critchley

Chyba jednak spodziewałem się i oczekiwałem większej dawki filozofii. Simon Critchley, profesor filozofii w New School for Social Research, zapełnił swoją książkę postaciami 190 filozofów w układzie chronologicznym, od starożytności po czasy współczesne. Są to króciutkie (czasem nawet jedno zdanie) historyjki, gdzie tylko to możliwe, utrzymane w tonie kpiąco złośliwym, na temat ich poglądów na śmierć i samej śmierci. Wydaje mi się jednak, że w tłumaczeniu humor i błyskotliwa elokwencja autora, nieco się zagubiła.

[Anne Conway, wicehrabina Conway] Wykluczona z uniwersytetów  z powodu płci, przekształciła swój dom w Ragley Hall w Warwickshire w ośrodek dyskusji intelektualnej i rozwijała bliskie przyjacielskie stosunki z najważniejszym z platoników z Cambridge, Henrym Moorem. Conway przeszła na kwakryzm i zmarła w stosunkowo młodym wieku, cierpiąc na niesamowite bóle głowy. Na jej grobie widnieje napis składający się z dwóch słów: „Quaker Lady”*.

Voltaire wierzący w naturalną religię był deistą. Szczególnie sympatyzował z kwakrami, których wierzenia i zwyczaje uważał za zgodne z chrześcijaństwem Ewangelii i, co ciekawe, Konfucjusza uważał za najmądrzejszego ze śmiertelników. Według jego sekretarza, Wagniere’a, Voltaire zniósłszy ogromne cierpienie, wyzionął ducha w idealnym spokoju**.

Tak więc, choć niby z przymrużeniem oka (śmierć z powodu nadużycia bobu lub wymazania się gównem), to jednak lektura „Księgi zmarłych filozofów” w wyraźny sposób obniżyła mi nastrój. Tak jednak nie musi być z innymi czytelnikami. Polecam.




--
* Simon Critchley, „Księga zmarłych filozofów”, przekład Janusz Margański, wyd. Farbiarnia, 2011, s. 157.
** Tamże, s. 177.

niedziela, 29 września 2019

Współuzależnienie bez chlania

Postanowiliśmy zrobić spotkanie klasowe po czterdziestu latach od ukończenia szkoły podstawowej. Dzięki rozmaitym mediom społecznościowym udało się skontaktować z większością byłych uczniów. Wszyscy entuzjastycznie wyrazili chęć spotkania się po latach – także ci, którzy mieszkają od dawna poza granicami kraju lub w odległych rejonach Polski. Zresztą, ze względu na nich zdecydowaliśmy, że impreza trwać będzie trzy dni, a nie tylko jeden wieczór.
Bez większych tarć uzgodniliśmy zasady i warunki, to jest standard hotelu, wyżywienie (wielu z nas okazało się wegetarianami), alkohole, orkiestrę i inne atrakcje, w tym ognisko, ale przede wszystkim maksymalną opłatę, jaką uczestnicy gotowi byli ponieść.
Powołaliśmy kilkuosobowy zespół organizacyjny (w trzydziestkę trudno byłoby się dogadać), który z entuzjazmem zabrał się do roboty. Znalazło się miejsce, a po trudnych negocjacjach zgodziliśmy się na warunki, zawarliśmy z właścicielem hotelu umowę.
Wtedy zaczęły się kłopoty…


Współuzależnienie 
Według PARPA (to jest Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) osoby współuzależnione: przejawiają silną koncentrację myśli i uczuć na zachowaniach i emocjach osoby nadmiernie pijącej, przejmują kontrolę nad osobą bliską i przyjmują odpowiedzialność za postawy, zachowania i emocje pijaka, usprawiedliwiają go i przejmują za niego obowiązki itd. Do pewnego momentu nazywano to koalkoholizmem, ale określenie to przestało być stosowane, gdy okazało się, że takie zaburzenie przejawiają również te osoby, które z alkoholem i alkoholizmem w rodzinie nic wspólnego nie miały.


Problemy zaczęły się, kiedy jeden z kolegów, Ziutek, zaczął domagać się, żeby na naszym spotkaniu klasowym były też yerba mate i szisze (nargile). Kiedy odpowiedziano mu, że lista potrzeb jest już zamknięta i uzgodniona z hotelem, zaczął grozić, że nie przyjedzie. Któraś z koleżanek, w dobrej wierze zaproponowała, że przywiezie mu ten sprzęt, bo akurat ma go w domu, ale Ziutek odparł, że go to nie interesuje, że jego zachciankę mają zrealizować organizatorzy, bo inaczej on się poczuje odrzucony, odepchnięty i w ogóle – źle. Dodał też kilka argumentów na temat walorów zdrowotnych yerba mate, jakby one miały z tą sprawą cokolwiek wspólnego.

Najbardziej ryzykownym z tysięcy, a może nawet milionów przedsięwzięć podejmowanych w życiu jest dorastanie. Polega ono na zrobieniu kroku z dzieciństwa w dorosłość. Prawdę mówiąc, przypomina raczej karkołomny skok niż krok, i wielu ludzi nie może się nań zdecydować przez całe życie. Na pozór sprawiają wrażenie dorosłych, a jednak pod względem psychologicznym większość „pełnoletnich” aż do śmierci pozostaje dziećmi… [M. Scott Peck „Drogą mniej uczęszczaną”].

Z ciekawością obserwowałem reakcje dawnych przyjaciół ze szkolnej ławy. A były one bardzo różne. Większość osób, dorosłych i dojrzałych (także mentalnie), emocjonalnie stabilnych, na tupanie nóżkami i fochy pięćdziesięcioletniego rozwydrzonego bachora, próbującego wymusić szantażem emocjonalnym na innych coś, co mu się nie należy, reagowała obojętnie, z dystansem – nie chcesz, to nie przyjeżdżaj – i tyle. Dla takich ludzi ważne było tylko jedno: czy Ziutek domaga się czegoś, co mu się słusznie należy, a jeśli nie, to… spadaj palancie.

Ziutek zapewne zdawał sobie sprawę, że takie fochy postrzegane są przez Mężczyzn z pogardą i odrazą, ale wieloletnie doświadczenie nauczyło go też czegoś innego: jeśli w grupie znajdzie się kilka-kilkanaście kobiet, to prawie na pewno jedna lub więcej należy do gatunku uzależniającego swoje samopoczucie, od humorów/nastroju emocjonalnego szantażysty, przemocowca, i one wywalczą dla niego wszystko to, co mu się zachce albo i więcej. I tak też było, Ziutek zamilkł, ale do boju ruszyły dwie panie, które za niego, w jego imieniu, zaczęły wymuszać spełnienie jego potrzeb i zachcianek – nie należących mu się, co przypominam, bo gdyby domagał się czegoś, co grupa wcześniej wspólnie ustaliła i to przed negocjacjami z hotelem, to byłaby zupełnie inna sprawa.
Grupa się podzieliła i postaw, zdań i stanowisk było do obserwacji znacznie więcej: ktoś odciął się od całej sprawy, ktoś inny starał się przekonać całą grupę, że wszyscy zawinili i przez wszystkich Ziutek się naburmuszył, ktoś tam, z zaciśniętymi zębami i wściekły, załatwi Ziutkowi tę jego sprawę, ale to będzie jego/jej ostatni kontakt z grupą, ostatni zjazd klasowy  itd. itp.


Przez długie lata obserwowania takich i podobnych wydarzeń, w bardzo różnych środowiskach, zauważyłem, że panie o tak specyficznej psychice, zawsze jak lwice bronią niedojrzałych mężczyzn, często stosujących szantaż i przemoc emocjonalną, ale nigdy nie wstawiają się za innymi kobietami.
Najczęściej głównym wygranym jest w tych sytuacjach jakiś tam Ziutek, bo broniące go panie, po pewnym czasie czują się wykorzystane, potraktowane instrumentalnie, i to bez względu na to, jak gorąco dziękował im Ziutek – jeśli w ogóle dziękował, bo czasem nie uważa, żeby miał, za co. Tym bardziej, gdy uświadomią sobie, że w sumie nikt ich o nic nie prosił.

Wiele kobiet ma o mężczyznach złe zdanie. Twierdzą, że to duże dzieci, chłopcy, którzy nigdy nie dorastają. Zapewne często mają rację, ale ja dopytałbym może jeszcze, jak wiele kobiet uniemożliwia mężczyznom wkroczenie w dojrzałość, chroniąc ich latami (jak mamusia/teściowa) przez konsekwencjami ich własnych postaw i zachowań. 

wtorek, 17 września 2019

Gra w zbieraczy i owczarki


„Hak” – Jeffery Deaver

Omijałem tę książkę szerokim łukiem przez wiele lat. Po okładce i tytule wyrobiłem sobie przekonanie, że zapewne chodzi o masowego mordercę, używającego jakiegoś haka. W końcu musiałem zdecydować, czy zaczynam ją czytać, czy powinienem się jej wreszcie pozbyć. Więc ostatecznie przeczytałem. Z przyjemnością.

Od zawsze wiem, że raczej nie mógłbym pisać profesjonalnych recenzji – jeśli ktoś tym się zajmujący zobowiązany jest do obiektywnej oceny dzieła – bo od zawsze zdaję sobie sprawę, że na moją opinię o książce wpływ ma też dobór poprzednich lektur. Jeżeli przemęczyłem kilka miernych raczej pozycji, to następna, niezła, wydawać mi się może wspaniała, fantastyczna, cudowna. I odwrotnie.

Co mi się bardzo spodobało w „Haku” (nie chodzi o narzędzie brutalnej zbrodni, ale o przenośnię: „mieć na kogoś haka”) – pomysł z owczarkami i zbieraczami. Z tym jeszcze nigdzie się nie spotkałem, więc powiał wiaterek świeżości.
W setkach książek można zetknąć się z ochroniarzami, ludźmi, którzy specjalizują się w ochronie życia świadków koronnych. Taki świadek, zazwyczaj również przestępca, tylko nawrócony, staje się często celem, dawni wspólnicy chcą go zabić, by zamknąć mu usta. Ochraniać trzeba też zwyczajnych świadków, żeby nie dopuścić do ich odstrzelenia, z tego samego powodu zresztą – żeby zapobiec złożeniu zeznań.

W „Haku” pojawia się nowa postać: zbieracz. Tu akurat rolę tę pełni sadysta, psychopata i morderca, Henry Loving. Zadaniem zbieracza jest zdobycie informacji. Oczywiście, gdy już wyciągnie z ofiary to, co chce wiedzieć, zabija ją, ale nie to było głównym zadaniem. Żeby zrealizować zlecenie zbieracz musi znaleźć sposób, by dotrzeć do ofiary, bo zmusić ją do mówienia można prostymi torturami. Jednak najpierw trzeba do niej dotrzeć, znaleźć ją, a to oznacza konieczność zmuszenia do współpracy wielu postronnych ludzi oraz członków rodziny ofiary. Łatwo to wykonać, gdy się ma na nich haka. Znajdzie się groźbę, której ta właśnie osoba na pewno ulegnie. Na przykład: jeśli matka nie powie tego, co zbieracz chce wiedzieć, ten będzie bestialsko torturował jej dziecko.

Corte, pracownik wysoce zakonspirowanej agencji rządowej, zapalony miłośnik i kolekcjoner gier planszowych, jest owczarkiem, ochroniarzem. Kilka lat wcześniej, realizując jakieś zlecenie, Henry Loving torturował i wreszcie zabił jego mentora (szefa). Teraz Corte ma ochronić rodzinę Kesslerów, do której (długo nie wiadomo, do kogo z nich konkretnie) stara się dotrzeć zbieracz, Henry Loving. Zadanie jakich wiele, ale i sprawa osobista.

Odrobinę irytująca wydała mi się końcówka historii – zbyt pokomplikowana, irytująco nic się tam nie udawało, szło nie tak jak trzeba. Jednak ostatecznie – polecam.

wtorek, 10 września 2019

Trudne szczęśliwe życie dupka


„Zwyczajny facet” – Małgorzata Kalicińska 

Dostałem wolne we wrześniu. Tak napisałem w deklaracji urlopowej - September, żeby się załapać bez problemu, bo większość facetów z naszej stoczni, tych młodszych, wybiera się na wypoczynek latem, szczególnie ci, co mają dzieci. Ja nie mam małych dzieci, właściwie rodziny też. Od jakiegoś czasu jestem już sam. Ciężko to sobie uświadamiać, ale jakby nie było, paradoksalnie sam tego chciałem. Od kilku lat pracuję za granicą, w Finlandii, w stoczni, w Turku. Tak wyszło. Stocznie w Polsce to ropiejący wrzód na naszych sercach. Kurczę! Porty, stocznie to okno na świat! Mamy tyle linii brzegowej morza, a stoczni nie umieliśmy utrzymać, powyzdychały jedna za drugą na wstyd i sromotę. Szlag by to trafił! Tylu nas wyleciało na bruk... Stąd moja emigracja zarobkowa, praca w Finlandii ciężka, ale satysfakcjonująca, bo w zawodzie. I teraz radość, że w końcu na urlop jadę do Polski. Wreszcie wakacje! Ech! Zapomnieć o wszystkim! 

Taki sobie… romans nie bardzo wiadomo, dla kogo. Chyba jednak zbyt zwyczajny, czyli po prostu nijaki. Wiele razy w trakcie lektury zadawałem pytanie „no i co w związku z tym?”, ale oczywiście wiadomo, że nic. 

Po rozwodzie z żoną, sprawczynią domowej przemocy, podłą i wredną zołzą, jakiś taki nijaki Wiesiek (50-letni inżynier, pantoflarz, ojciec Tomka i Kasi) znajduje sobie pracę w Finlandii. Nieźle płatną, w wyuczonym zawodzie. Wydaje się jednak, że tęskni za tym swoim popapranym małżeństwem, a może związkiem w ogóle, bo na urlop przyjeżdża do Polski, do pensjonatu na Mazurach, w którym jeszcze z żoną bywali szczęśliwi. Ups! Tam wreszcie spotyka kobietę właściwą, notabene też po przejściach. Amen. 

Tu nie chodzi o to, że fabuła jest kompletnie nierealna, bo nie jest – coś takiego mogłoby się wydarzyć. Tyle tylko, że w taki sposób o mężczyźnie nie napisałby żaden mężczyzna. To po prostu zbyt kobieca wizja – jak dla mnie. W znalezienie wielkiej miłości w średnim wieku też wierzę… tylko książka po prostu nudna.

Autorka napisała o niej tak: 
Napisałam »Zwyczajnego faceta«, bo tacy istnieją. Nie rzucają się w oczy, są cisi, nie narzekają, cierpliwie znosząc swój los. Dyskretni, a może wstydliwi? Temat przemocy psychicznej dotyczy głównie kobiet, ale i one bywają niebezpieczne, głośne, trudne, »awanturne«. Głupota, podłość i inne cechy ludzkie nie posiadają określonej płci. Według mnie (jestem emancypantką) są dobrzy i źli ludzie, a nie anielskie kobiety i wredni faceci. Chyba zauważyłam problem i opisałam go - po prostu. 
Tak powstają książki. Życzę dobrej lektury! 

No i dobrze. Komuś się pewnie spodoba. Zwłaszcza zaskakujące zakończenie. 
Nie mam nic przeciwko romansom, ale przeciwko romansom nudnym i nijakim – i owszem.