poniedziałek, 14 czerwca 2021

Tyle samo prawd ile kłamstw...

 „Wakacje gwiazd PRL” – Krystyna Gucewicz

Lektura wywołała we mnie mnóstwo ambiwalentnych odczuć. Z jednej strony bywał to wspomnień czar i sentymenty z czasów dzieciństwa, ale z drugiej solidna irytacja, bo to dowcipasy niezbyt wysokiego lotu, plotkarstwo godne pisma „Fakt” i zwyczajne fantazje, okraszone pogardliwą drwiną i złośliwościami. I tak, ze skrajności w skrajność, przez całą – oczywiście bardzo grubą – książkę. Bo problem z publikacjami tego typu jest taki, że ja niektóre z opisywanych w nich czasów i zdarzeń pamiętam… niestety.

Ta książka to kuferek przygód, wspomnień własnych i podarowanych przez wybitnych artystów – przyjaciół domu, znajomych, idoli. Patchwork, magiczna układanka, trochę jak w kalejdoskopie z różnokolorowych szkiełek. Taki był świat. A wszystko to zdarzyło się naprawdę[1].

Moim zdaniem w książce opisanych jest wiele realiów czasów PRL, zapewne większość, i nieco mniej fantasmagorii, urojeń i cudacznych przekonań autorki oraz innych osób, na ten temat. Czasem te przekłamania walą po oczach, ale zwykle jednak są zawoalowane. Przykład:

Dziś trudno uwierzyć, że do późnych lat 60. państwo nie przewidywało posiadania samochodów przez zwykłych obywateli
[2].

To prawda że nie mam pojęcia, co wtedy przewidywało państwo, ale ponad wszelką wątpliwość w późnych latach sześćdziesiątych w Polsce (i nie tylko) Polacy (niewielu) jeździli prywatnymi samochodami marki Warszawa (produkowana od 1951 roku), Syrena (produkowana od 1957 roku), Pobieda (w Polsce od 1951), P-70(1955). Z czasem zaczynały pojawiać się pierwsze Wartburgi (1955), Zaporożce (1960), Škody… Dygnitarze jeździli limuzynami marki Czajka niedostępnymi dla zwykłych obywateli.

…Kazik, kąśliwy obserwator naszych czasów, wyśpiewał słusznie, że kochamy dzieci, ale wolne się nam należy. Wcześniej, czytaj w Polsce Ludowej, nie do pomyślenia. Nie do pomyślenia też laptop, gry komputerowe, telefon komórkowy, nawet klocki lego, obecne tylko na obrazku aż do połowy lat 70. Takie wynalazki nie występowały w naturze[3].

Czy w Polsce Ludowej brak telefonów komórkowych i laptopów w latach czterdziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i aż do połowy siedemdziesiątych, to na pewno wina PRL? A jak wyglądają fakty? Pierwszym komercyjnie oferowanym laptopem był Grid Compass Computer. Zaprojektowany w roku 1979 był używany w programie NASA dotyczącym promów kosmicznych. We wrześniu 1975 opublikowano amerykańskie zgłoszenie patentowe firmy Motorola pod tytułem „Radio telephone system”. Pierwsza sieć telefonii komórkowej została uruchomiona w Japonii w 1979 (NTT).
Poza tym, co w PRL było niby nie do pomyślenia? Że kochamy dzieci? Owszem, było do pomyślenia, jak najbardziej. Że wolne się nam należy? W PRL, choć może się to wydawać nieprawdopodobne, nie pracowało się od świtu do nocy, siedem dni w tygodniu. Urlopy – to niesamowite! – też były.

Świetna anegdota dotycząca Grzegorza Fitelberga, po powrocie z emigracji dyrygenta Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach:

W hotelu podsuwają mu do wypełnienia kartę meldunkową, z czym w Europie wcześniej się nie spotkał[4].

No, to pewnie zależy w jakiej Europie, bo we Francji w latach pięćdziesiątych i później, wszystkie hotele o świcie odwiedzał policjant i odbierał karty meldunkowe gości z poprzedniej doby. W innych krajach – nie wiem.

W „Wakacjach gwiazd PRL”, jak tytuł wskazuje, wszystko obraca się wokół wyjazdów i gwiazd, ale dzięki setkom dygresji (niektóre widać w cytatach), dotyka najróżniejszych aspektów życia w PRL. Wiele zdjęć (oczywiście czarno-białych, bo przecież „komuna” była szara…), fragmenty piosenek, stare kawały i zabawne anegdoty, wspomnienia z Rabki, Sopotu, Zakopanego. To byłaby wspaniała książka, gdyby tylko była w pełni wiarygodna. W sumie i tak jest nieźle, i czytelnicy, którzy są w stanie odróżnić fakty i rzeczywistość od rojeń, mogą mieć z lektury sporo uciechy. Nieco gorzej przedstawia się sprawa z czytelnikami młodszymi – mogliby uwierzyć, że wszystko to jest samą prawdą. Czy mogliby uwierzyć w taką na przykład oto opowieść? Kiedy kręcono w Poroninie film o Leninie, aktor, Rosjanin, grający Lenina, nie korzystał z toalety przez wiele dni (nie oddawał moczu, nie wypróżniał się), bo takiej postaci po prostu nie wypada. Może i śmieszne, ale fizjologicznie nie wydaje się możliwe. A „komunie” można postawić wiele jak najbardziej realnych zarzutów, nie trzeba w tym celu tworzyć fantazmatów, nawet zabawnych.

Z obserwacji niektórych członków własnej rodziny wiem, że czasem staruszkowie luki w pamięci wypełniają rojeniami, w które zresztą święcie wierzą. Tak to po prostu jest i nie ma się co obrażać. Dziwi mnie tylko, że takich… hm… rewelacji nie wyłapała redaktorka merytoryczna. A książka przez ręce takowej rzekomo przeszła.

Wspomniałem o fragmentach piosenek z tamtych lat (przy niektórych z nich łza kręciła mi się w oku, bo przecież ten szlagier to na koloniach, gdy poznałem właśnie…), więc przy okazji i mnie przypomniała się piosenka śpiewana kiedyś przez Izabelę Trojanowską:

Tyle samo prawd ile kłamstw
rządzi całym światem mym
Tyle samo prawd ile kłamstw
kieruje nim…


Książkę szczerze polecam czytelnikom starszym (wspomnienia z dzieciństwa, młodość), obdarzonym dobrą pamięcią i potrafiących czytać ze zrozumieniem, a przynajmniej uważnie. Bywa zabawnie i nostalgicznie, ale nie we wszystko trzeba wierzyć.











---
1. Krystyna Gucewicz, „Wakacje gwiazd PRL”, Muza, 2021, s. 7.
2. Tamże, s. 15.
3. Tamże, s. 46.
4. Tamże, s. 58.


@wydawnictwomuza, @muza.black

czwartek, 10 czerwca 2021

Meandry zabójczego umysłu

 „Morderczynie i psychopatki” – Nahlah Saimeh

Nahlah Saimeh, Niemka, córka Jordańczyka, rocznik 1966, marzyła o zawodzie chirurżki (tak jest w książce!), okazało się jednak, że do tego zawodu ma zbyt słabą sprawność manualną, więc postawiła na psychiatrię, a po pewnym czasie wyspecjalizowała się w psychiatrii sądowej. Doktorat w 1999. Od 2018 roku prowadzi samodzielną działalność jako psychiatra sądowy w Düsseldorfie.
Tego typu informacje są dla mnie ważne, kiedy zabieram się do lektury publikacji popularno-naukowej. Chodzi o wiarygodność, rzecz jasna, bo w ostatnich dwudziestu latach obserwuję, jak na specjalistyczne tematy wypowiadają się ex cathedra kompletni, choć pełni zapału, laicy. Trend ten wyraźnie się nasila – wszak pisać każdy może.

Moje zadanie jest ściśle zdefiniowane w ramach postępowania karnego oraz procesu wykonywania kary. Chodzi o udzielenie sądowi fachowych porad psychiatrycznych, o opracowanie analizy psychiatrycznej z zakresu medycyny sądowej, aby dzięki tej wiedzy sąd mógł samodzielnie i krytycznie pracować nad sprawą. Nie oceniam sprawczyń i sprawców, lecz usiłuję odkryć, czy cierpią oni na choroby psychiczne w ścisłym tego słowa znaczeniu…
*.

W tych niewielu momentach, gdy autorka formułuje bardziej ogólne tezy, dobrze byłoby szybko uświadomić sobie, że dotyczą one tylko Niemiec, a nie całego świata, ani nawet nie Europy, a także że prawdziwe są jedynie przy założeniach, jakie Saimeh przyjęła. Na przykład statystyka, która pokazuje, że ciężkich przestępstw z użyciem przemocy kobiety dokonują wiele razy rzadziej niż mężczyźni. Wydawałoby się, że to raczej dobrze świadczy o kobietach, zwłaszcza jeśli przeoczy się „z użyciem przemocy”. Przestępstw można popełnić nieskończenie wiele i wcale nie wszystkie one wiążą się z użyciem przemocy. A panie, ewidentnie znacznie częściej niż mężczyźni, zabijają noworodki i małe dzieci.

„Morderczynie i psychopatki” to osiem przypadków, z którymi zetknęła się w swej pracy Nahlah Saimeh. Czasem przestępczyni trafiała do niej podczas przygotowań do procesu, ale bywało i tak, że dopiero kilkanaście lat po wydaniu wyroku. Tak było w przypadku kobiety, która wraz z kochankiem wynajęła zabójcę jego żony. Psychiatrka sądowa (cóż, analogicznie do chirurżki, choć mnie to jednak kłuje w oczy) tym razem badała poziom ryzyka, jaki wiązał się z ewentualnym wcześniejszym zwolnieniem skazanej.

Książka jest czymś w rodzaju specyficznego pitawalu. Bardzo ciekawa i wciągająca, zwłaszcza że autorka zbeletryzowała opisywane przypadki tak, by mógł je czytać i rozumieć w zasadzie każdy przeciętnie rozgarnięty człowiek. Tak więc do lektury nie jest potrzebne przygotowanie prawnicze, czy psychiatryczne. A badanie meandrów kobiecej psychiki zawsze jest ciekawe, zwłaszcza w przypadku morderczyń.
Dobra robota, polecam.





---
* Nahlah Saimeh, „Morderczynie i psychopatki”, przekład Viktor Grotowicz, Muza, 2021, s. 12-13.

wtorek, 8 czerwca 2021

Zakłamany świat alkoholików

 „Informacja zwrotna” – Jakub Żulczyk

Informacja zwrotna to termin wywodzący się z zajęć psychoterapii grupowej, w tym akurat przypadku – odwykowej. Jest specyficzną formą komentarza, oceny, zachowania, czy wypowiedzi, innego uczestnika spotkania. Zasady udzielania informacji zwrotnych są ściśle określone. Nie wolno powiedzieć: łżesz jak pies i mnie wkurzasz, bo według zasad powinno to brzmieć: odnoszę wrażenie, że nie jesteś z nami w pełni szczery, a słuchając twojej wypowiedzi, czułem irytację, ewentualnie towarzyszyło mi uczucie złości. Ot, udziwniony, sztuczny język, stworzony przez psychoterapeutów, który w zamyśle (prawdopodobnie) powinien gwarantować uczestnikom psychoterapii grupowej poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego.
Wydaje się, że Marian Kania (czyżby alter ego Żulczyka?) uważa informacje zwrotne za ratunek i szansę dla świata, który porównuje do Big Brothera.

Z naszej perspektywy w każdej edycji Big Brothera występowali sami alkoholicy, potencjalni lub prawdziwi. Ale z naszej perspektywy całe dorosłe życie to Wielki Brat. Wszyscy są uzależnieni. Nikt nie jest szczery. Nikt nie potrafi udzielić nikomu informacji zwrotnej. Czytaj: nikt nie potrafi powiedzieć nikomu prawdy. Uczymy się mówienia prawdy dopiero teraz, mozolnie i w pocie czoła: gdy patrzymy drugiej osobie w oczy i informujemy ją, co dokładnie o niej myślimy i jak odbieramy to, co powiedziała[1].

Choć autor bardzo się starał, to jednak nie przekonał mnie, że świat byłby rajem, gdyby tylko ludzie porozumiewali się ze sobą, używając wyłącznie – wyuczonych na grupowej psychoterapii odwykowej – informacji zwrotnych. Ja tam profesjonalistą nie jestem, nie znam się i pewnie się mylę, ale wydaje mi się, że taka terapia grupowa powinna uczyć alkoholików normalnego życia, a nie wpajać im marzenia o tym, by cały świat stał się grupą terapeutyczną z jej udziwnionymi zasadami, czyli… dostosował się do nich. Ale to jest zapewne typowe dla uczestników i absolwentów różnych psychoterapii i mija po kilkunastu miesiącach lub kilku latach.

Pierwszoplanową postacią powieści i narratorem jednocześnie jest alkoholik, Marcin Kania, były muzyk, basista popularnego dawno temu zespołu rockowego. Marcin Kania poddał się psychoterapii odwykowej w ośrodku o nazwie „Jutro” (klienci to „Jutrzaki”), ale po pewnym czasie upił się tak bardzo, że niewiele pamięta, a dokładnie tyle tylko, że z pijackiego ciągu obudził się w mieszkaniu swojego syna (Piotr, lat 25), że na pościeli upchanej w pralce była krew i… to właściwie wszystko. Syn gdzieś zniknął, a Marcin Kania w złym stanie fizycznym i psychicznym przywlókł się do „Jutra”; próbuje zrozumieć i przypomnieć sobie, co się stało. Później, dzień za dniem, szuka syna. I przypomina sobie coraz więcej. Z feralnego dnia, ale też z przeszłości bardziej odległej. Przede wszystkim jednak kłamie. Nie dość, że okłamuje członków rodziny, kolegów i „Jutrzaków”, co może jeszcze dałoby się zrozumieć, ale głównie samego siebie.

Zaintrygowało mnie to, w jaki sposób Kania/Żulczyk postrzega, a w każdym razie opisuje, chorobę alkoholową, alkoholizm, a czyni to nieco przewrotnie, bo to uchlewanie się z jednej strony jest złe, ale z drugiej jakieś takie metafizyczno-oniryczne, przygodowe, pełne egzystencjalnego bólu istnienia, a więc do pewnego stopnia… pociągające. Może nawet uwznioślające. Te szalone, ale jakże urokliwe i romantyczne, nocne eskapady po mieście z wiernym stangretem (taksówkarzem), wykupywanie wszystkich kwiatów w kwiaciarni, by ofiarować je sprzedawczyni w nocnym sklepie…

A czysta wódka to coś niebywałego. Wódka to piękna srebrna struna, która biegnie przez całą rzeczywistość, napina ją, prostuje, sprawia, że wszystko się trzyma kupy; zaklęcie, które zawsze działa. To niesamowite, że ludzie wymyślili coś takiego[2].

Picie to wspaniała sprawa, najlepsza na świecie. Mówią, że picie przynosi wstyd. Gówno prawda. Picie przynosi mi dumę. Picie to moja moc. /…/ Pić to nagle stać się bogatym. Codziennie wygrywać w totolotka. Pić to być odważnym, to nosić miecz i mówić prawdę, mieć czapkę Stańczyka. Pić to wzbijać się w powietrze…[3].

Oczywiście kac, ból głowy (i nie tylko), wyschnięte gardło, to nic przyjemnego. Wyrzuty sumienia z powodu tego, co znowu się w życiu zawaliło, też na pewno nie są pociągające, ale przecież wystarczy zero siedem litra i nieomalże natychmiast człowiek przenosi się do swojego Fajnego Pokoju, w którym staje się najszczęśliwszym królem życia.

Mniej więcej w połowie książki dobra dotąd powieść społeczno-obyczajowa, znakomity dramat psychologiczny, zyskuje wątek pozornie kryminalny, który pasuje tu, jak pięść do nosa, ale w pewnym momencie staje się nieomalże pierwszoplanowy. Okazuje się, że Piotr Kania (informatyk, hacker) starał się pomagać lokatorom pokrzywdzonym w aferze reprywatyzacyjnej, a kręcili tym bardzo źli ludzie, niebezpieczni. Zastanawiałem się przez chwilę, czemu w 2020 roku autor wraca akurat do przekrętów z reprywatyzacją (czasy Gronkiewicz-Waltz), ale niczego nie wymyśliłem. Za to pewien jestem, że spodoba się to bardzo towarzyszom z pewnej partii. 
Zapewne autor uznał, że na dwie grube książki, bo przecież książka koniecznie musi być gruba, nie starczy mu inwencji, więc wykorzystał i scalił w jedno dwa pomysły.

Przeczytałem dwie książki Żulczyka, bo też „Ślepnąc od świateł” (serial jest znacznie ciekawszy, co rzadko się zdarza) i uważam, że jest jednym z lepszych polskich autorów współczesnych. Tyle tylko, że mnie ten jego styl, czy maniera, umiarkowanie się podoba. Meandry świadomości lub podświadomości, wynikające z braku snu albo z pijaństwa, to jakoś nie mój „klimat” i wydaje mi się, że bez tych… ozdobników byłoby znacznie lepiej. Zapewne nie mam racji. W każdym razie „Informacja zwrotna” okazała się wystarczająco dobra, żebym chciał się dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. Jednak za najlepszy uważam wątek trzeci, objętościowo najskromniejszy: złożona problematyka zaburzenia nazywanego DDA – Dorosłe Dzieci Alkoholików. Chodzi o to, że alkoholizm w rodzinie zmienia psychikę dzieci, z czasem dorosłych już ludzi, właściwie nieodwracalnie; może nawet bardziej niż stres pourazowy. W powieści dotknięci DDA, choć w różny sposób, są syn i córka Marcina Kani. W życiu… setki tysięcy Polaków.






---
1. Jakub Żulczyk, „Informacja zwrotna”, Świat Książki, 2021, s. 150.
2. Tamże, s. 36.
3. Tamże, s. 212.

środa, 2 czerwca 2021

Kochaj bliźniego aż do śmierci

 „Stulecie trucicieli” - Linda Stratmann

Trucicieli, jak się przekonamy w dalszej części tej książki, często uznawano za najgorszy rodzaj zbrodniarzy. Niejawność ich ataku i planowanie go z zimną krwią, a nie dokonanie pod wpływem chwili, wzbudzały szczególne przerażenie. Trucizna zagrażała ustalonemu porządkowi społecznemu. Dawała do ręki śmiertelną broń tym, którzy wobec prawa i obowiązujących zwyczajów nie powinni zostać dopuszczeni do sprawowania władzy. Pozwalała dzieciom zamordować rodziców, służącym – swoich pracodawców, a żonom – mężów. Sędziowie magistratu, lekarze i politycy, którzy byli pewni, że nigdy nie zostaną zasztyletowani w pijackiej bójce, wiedzieli, że mogą zostać otruci przez córkę, żonę lub kucharkę, więc czuli się zagrożeni i bezbronni[1].

Jest to książka o truciznach, trucicielach, o motywach ich działania, o ciekawych, co nie zawsze oznacza, że spektakularnych, przypadkach, o poważnych problemach prawnych, medycznych i chemicznych związanych z truciznami i otruciami w dziewiętnastym wieku oraz w początkach dwudziestego, o rozwoju medycyny sądowej i toksykologii.
„Stulecie trucicieli” w zasadzie obejmuje cały wiek dziewiętnasty, ale znaleźć w niej można przypadki, które miały miejsce w wieku XX, a nawet XXI. W 2015 roku Jesse William Korff skazany został za wyrabianie abryny (trująca glikoproteina) i jej internetową sprzedaż wraz z instrukcją, jak odmierzyć dawkę śmiertelną w zależności od wagi ofiary.

Powyższy cytat w pierwszej chwili sprawia wrażenie przesadnego, ale tylko dopóki czytelnik nie zda sobie sprawy, że „wtedy” bardzo różniło się od „teraz”. Obecnie, owszem, też jest możliwe stworzenie trucizny, ale wymagałoby to sporej wiedzy i najczęściej także dostępu do lekarskiego bloczka z receptami. Albo jakiegoś laboratorium chemicznego. W czasach opisywanych przez Lindę Stratmann arszenik, na przykład, był stosunkowo tani, bardzo łatwo dostępny – można go było kupić za kilka pensów w tutce papierowej, popularny i szeroko stosowany w gospodarstwach domowych i wiejskich do różnych celów. Praktycznie pozbawiony smaku i bezwonny, sprzedawany był w czystej postaci bez jakichkolwiek ograniczeń w aptekach, drogeriach i innych sklepach. Były to warunki i okoliczności, w których można się było bać. Do tego dochodziły problemy z udowodnieniem mordercy, że kogoś otruł; objawy zatrucia arszenikiem bardzo przypominały objawy cholery – wcale nie tak rzadkiej w połowie XIX wieku.
Rzecz jasna truciciele używali nie tylko arszeniku, ale w pierwszej połowie XIX wieku był on prawdopodobnie najbardziej popularny. Inne trucizny to opium i jego roztwór o nazwie laudanum, strychnina, kantarydyna, belladonna, cyjanek, morfina i inne.

Zaskoczyło mnie, że autorka tłumaczy się w pewnym momencie z potraktowania po macoszemu kwestii motywów trucicieli, bo podobno praca miała dotyczyć czegoś innego. Jednak przyznam, że gdyby sama o tym nie wspomniała, to ja bym takich niedostatków nie zauważył; na mój gust motywów jest wystarczająco wiele, a niektóre z nich znakomicie rozwiewają nasze naiwne, nieoparte na faktach przekonania i rojenia.

Dzieciobójstwo było najpowszechniejszym zarzutem wobec kobiet w XIX wieku. W latach 1801-1900 w Old Bailey odbyło się 199 rozpraw dzieciobójców i w prawie wszystkich przypadkach sprawcami okazywały się matki. Ofiary to najczęściej noworodki oraz kilkudniowe lub kilkutygodniowe niemowlęta[2].

Wygląda na to, że wiele mam kocha swoje dzieci, ale pieniążki bardziej. Wprawdzie do zwiększenia liczby śmiertelnych otruć dzieci znakomicie przyczyniły się Towarzystwa Pogrzebowe (składka – 1 pens tygodniowo, ale jak dziecko zmarło, to rodzice otrzymywali od Towarzystwa 2-5 funtów na wyprawienie pogrzebu), jednak fakt ten co najwyżej ułatwia zrozumienie postępowania matek, jednak go nie usprawiedliwia.

Linda Stratmann prezentuje w swojej książce (kapitalna okładka) wyjątkowo rzetelnie i chronologicznie postępujące zmiany we wszystkich dziedzinach wiedzy, nauki i praktyki, związanych z trucicielami i truciznami, jakie następowały przez cały wiek dziewiętnasty. Od właściwie zupełnej bezradności władz wobec trucicieli, do pewnego diagnozowania.

W „Stuleciu trucicieli” z konieczności znalazły się też opisy nieco drastyczne: techniki, sposoby i metody badań wydzielin i wydalin, opisy konsystencji i zapachu rozkładających się narządów itp., jednak zdecydowanie autorka robi to umiejętnie, bez dostarczania miłośnikom obrzydliwości ich ulubionej podniety i bez epatowania pozostałych. Trudne w czytaniu wydawały mi się opisy doświadczeń na zwierzętach, zapewne jednak były niezbędne w wiarygodnej publikacji popularno-naukowej.











---
1. Linda Stratmann, „Stulecie trucicieli”, przekład Katarzyna Skawran, Wydawnictwo RM, wydanie III, 2021, s. 20.
2. 2. Tamże, s. 95.









Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 30 maja 2021

Po co gadać z czarnuchami?!

 „Bardzo długie popołudnie” – Inga Vesper

Wczoraj pocałowałam męża po raz ostatni. On oczywiście jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy…[1].

Tak się cała ta historia zaczyna. Joyce postanawia… wyjechać? uciec? W każdym razie jakoś zniknąć.

Nie powinnam malować. Frank tego nie lubi. Chociaż Genevieve Crane twierdzi, że jestem niezwykle utalentowana. Matka, która sobie dogadza, gdy trzeba zaplanować posiłki, odkurzyć dywany i zadbać o świeże kwiaty w wazonach, daje zły przykład dzieciom[2].

Powinnam skoncentrować się na obowiązkach. Nigdy nie robię tego wystarczająco dobrze, choćbym nie wiem, jak bardzo się przykładała. Frank zawsze potrafi mi to udowodnić – pokazując palcem kurz na półce, lepką plamę soku na podłodze, kosz śmierdzący brudną pieluchą[3].

Ciekawy typek z tego Franka. Nie lubi też, kiedy żona podlewa kwiaty w czasie okresu, bo uważa, że wtedy jej trujące miazmaty szkodzą roślinom. Tak w ogóle, to on wielu rzeczy nie lubi, więc nic dziwnego, że Joyce zaplanowała, ze pewnego dnia pocałuje go po raz ostatni. Przypomniało mi to horror „Żony ze Stepford”. Tylko ta krew…

Czarnoskóra pomoc domowa, Ruby Wright (jest rok 1959, więc segregacja rasowa w USA trwa w najlepsze i wiele lat jeszcze potrwa), przyjeżdża, jak trzy razy w tygodniu, sprzątać w domu Joyce Haney (oraz innych domach w zamożnej dzielnicy Sunnylakes). Małe dzieci są same, w kuchni widoczne są ślady krwi. O miejscu pobytu Joyce nikt nic nie wie, zniknęła. Frank Haney wyjechał w sprawach zawodowych, czyli ma alibi. Detektyw, Michael Blanke, nowy w Santa Monica, prowadzi śledztwo, na razie w sprawie zaginięcia.

Brooklyński detektyw, Michael Blanke, któremu nie powiodło się w wielkim mieście, do Santa Monica (w latach pięćdziesiątych była to pipidówa) właściwie został zesłany. Jako człowiek z zewnątrz, działa według mocno odmiennych metod, a jego techniki, sposoby i metody śledcze mocno różnią się od tych, do których przywykła lokalna policja. Na przykład stara się rozmawiać z Ruby – dziwak, który nie wie, że z czarnuchami się nie rozmawia, im się tylko wydaje polecenia. A Ruby, okazuje się, wie bardzo dużo, choćby to, że pani Ingram ma romans i nawet wie z kim, wie albo może się dowiedzieć, co takiego widziała Barbara, córka Joyce i wiele innych takich.

Problem stanowią kobiety. Pani Ingram, pani Crane, panna Klintz. Fran ma rację, Mick po prostu nie potrafi się dogadać z mieszkańcami Sunnylakes. Niedobrze. Bo Joyce Haney kończy się czas – o ile już się nie skończył[4].

Książka składa się na zmianę z rozdziałów/relacji Michaela, Ruby i Joyce. „Bardzo długie popołudnie” to niezły kryminał społeczno-obyczajowy oraz – jak twierdzi sama autorka – książka o feminizmie. Jest to powieść, którą można polecić tym, którzy nie gustują w odrażających scenach gwałtów, bestialskich tortur, upokarzania kobiet, drobiazgowo szczegółowych opisów ran itp. Według dzisiejszych standardów jest kryminałem po prostu łagodnym i niewątpliwie inspirowanym ruchem Black Lives Matter. Czytelnik może się zastanawiać, jakie predyspozycje miała autorka, biała kobieta, urodzona w Niemczech, mieszkanka Londynu, by pisać o latach pięćdziesiątych w USA i segregacji rasowej, więc po prostu dobrze jest zdawać sobie sprawę, że to jednak nie jest dokument. Polecam.







---
1. Inga Vesper, „Bardzo długie popołudnie”, przekład Jacek Żuławnik, Wydawnictwo Słowne, 2021, s. 9.
2. Tamże, s. 67.
3. Tamże, s. 111.
4. Tamże, s. 136.

środa, 26 maja 2021

Po prostu my, ludzie... niestety

 „Holokaust. Ostateczne rozwiązanie” – Hans Mommsen

„Równolegle do tego dominującego, dysymilacyjnego typu antysemityzmu istniał też – głównie w obszarze katolickim – żywy tradycyjny antyjudaizm, który wciąż uważał Żydów za morderców Chrystusa i aż do lat trzydziestych dwudziestego wieku wpływał przede wszystkim na kler katolicki”[1].
Tylko do lat trzydziestych? Może w Niemczech…

Hans Mommsen (1930-2015) – historyk specjalizujący się w funkcjonalistycznej interpretacji III Rzeszy oraz studiów nad niemiecką historią społeczną. Znany jednak przede wszystkim z głoszonego namiętnie przekonania, że Hitler był słabym dyktatorem, który zamiast działać zdecydowanie, chaotycznie reagował na różne naciski społeczne. Może miał rację, może gdyby Hitler był bardziej skutecznym dyktatorem, to Niemcy wygraliby wojnę, a po Żydach w Europie nie byłoby już śladu.

W swojej popularno-naukowej książce autor stara się przekonać czytelnika, że Zagłada, czyli „ostateczne rozwiązanie”, było wynikiem kumulującej się radykalizacji państwa niemieckiego, co miało stać w sprzeczności do długofalowego planu Adolfa Hitlera. Podczas lektury odniosłem wrażenie, że Hans Mommsen marginalizował albo w ogóle negował wyraźny związek między tym, co napisał Hitler w „Mein Kampf”, a Holokaustem.

Hans Mommsen uważał, że…
„Nie zmienia to faktu, że jako zasada organizacji politycznej antysemityzm okazał się mało skuteczny”[2].

Oraz, że…
„Wczesny rozwój ruchu narodowosocjalistycznego należy umieścić w kontekście kontrrewolucyjnych wydarzeń, które rozegrały się podczas tłumienia Bawarskiej Republiki Rad. Była ona – jak donosiła prawicowa prasa – żydowską tandetą, przy czym zwracano uwagę, że (…) cały szereg przywódców republiki rad to osoby żydowskiego pochodzenia” [3].

Antysemityzm był mało skuteczny, a gdyby Żydzi nie chcieli zakładać w Niemczech (na wzór ZSRR) komunistycznych republik rad i w ogóle wywierać wpływ na władzę, to może postawy antysemickie nie uległyby aż takiej radykalizacji. Czy to znaczy, że byli współwinni?

Zdecydowanie miał rację, twierdząc że…
„Ruch narodowosocjalistyczny nie czerpał swojej siły głównie z mobilizacji antysemityzmu. Jego sukces wyborczy opierał się przede wszystkim na wykorzystaniu społecznych napięć i politycznych rozczarowań w powojennych Niemczech”[4].

Ale do tej tezy nie przekonał mnie on sam, ale raczej realna wiedza, pochodząca z innych źródeł i dotycząca warunków życia (np. koszmarnej inflacji) w powojennych Niemczech.

Mommsen zadaje niezwykle ważne pytania, na przykład, jak to w ogóle było możliwe, żeby wobec stosunkowo niewielkiej popularności działań skierowanych przeciwko Żydom (większość Niemców – podobno – była obojętna), ekstremalny kurs i eliminacja ludności żydowskiej udało się zastosować tak łatwo. Tym bardziej, że od roku 1941 likwidacja Żydów... „pozostawała w sprzeczności z konkretnymi interesami materialnymi”[5].

W książce bardzo dokładnie, data po dacie, wydarzenie po wydarzeniu, fakt po fakcie, autor pokazuje, JAK do tego doszło. Ale JAK nie oznacza automatycznie odpowiedzi na pytanie: DLACZEGO? Skoro materialnie to się nawet nie opłaciło! Być może odpowiedzią jest pewna forma władzy, a dokładnie dyktatura populistyczna, która koniecznie musi wykreować jakiegoś wroga.

Dyktator klasyczny: Bójcie się mnie, jestem straszny; jak nie będziecie robili tego, co każę, to was zniszczę, wykończę. Dyktator populista: Bójcie się ich, oni są straszni, chcą was zniszczyć i wykończyć, ale ja/my was przed nimi uratujemy. Jak od razu widać, istnienie Żydów, kolorowych, „zaplutych karłów reakcji”, kułaków, LGBT, kontrrewolucjonistów, masonów, podkułaczników, szkodników itd. itp. jest absolutnie niezbędne. Mommsen mnóstwo razy odwołuje się do idei, partii, ugrupowań, ruchów volkistowskich (narodowych), bo przecież jak są źli, to muszą być i ci dobrzy, których trzeba bronić i chronić, czyli właśnie NARÓD (Volk).

„Całkowity bilans ludobójstwa jest głęboko przerażający i przekracza wszelkie wyobrażenie. Obliczenia wskazują liczbę od 5,3 do 6,1miliona ofiar. Skala ta rodzi pytanie, dlaczego masowe mordy tylko częściowo dostrzegane były przez niemiecką opinię publiczną i dlaczego wiedza o nich stosunkowo późno stała się znana na szczeblu międzynarodowym”[6].

A dlaczego tak niewiele wiadomo jest o ludobójstwie Ormian bestialsko wymordowanych przez Turków (ok. 1,5 miliona ofiar)? Czemu tak niewiele wiadomo o ludobójstwie Tutsi wymordowanych przez Hutu (1994 rok, ok. milion ofiar)? Czemu tak niewielkie zainteresowanie budzą zbrodnie chrześcijańskich misjonarzy w Kanadzie (w 2015 premier Kanady, Justin Trudeau, przeprosił za tortury, gwałty i masowe zabójstwa, ale… nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności)? Może to nie fenomen nazizmu, który trzeba badać i opisywać w nieskończoność, ale po prostu natura nas, ludzi?

Mommsen, autor wysoko cenionych opracowań dotyczących upadku Republiki Weimarskiej, w „Holokaust. Ostateczne rozwiązanie” przedstawił własną wersję, momentami nawet przekonująco uargumentowaną. Trzeba jednak koniecznie zdać sobie sprawę, że wybitni historycy, także niemieccy, specjalizujący się w temacie, prezentowali często przekonania… nie całkiem zbieżne z wizją Mommsena. Żeby jednak nie było nieporozumień muszę dodać, że uważam Hansa Mommsena za całkowicie wiarygodnego w obszarze faktów/zdarzeń. Tylko czasem, bo też nie zawsze, dziwne wydają mi się jego interpretacje, ale tych już weryfikować nie jestem w stanie – nie ten poziom wiedzy historycznej. A książka ciekawa, ale nie czyta się jej lekko – nie jest to literatura rozrywkowa (czterdzieści stron przypisów!).






---
1. Hans Mommsen, „Holokaust. Ostateczne rozwiązanie”, przekład Monika Kilis, Wydawnictwo RM, wyd. II, 2021, s.12.
2. Tamże, s. 16.
3. Tamże, s. 18.
4. Tamże, s. 27.
5. Tamże, s. 34.
6. Tamże, s. 170.





Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 23 maja 2021

Taka dobra dzielnica Londynu

 „Greenwich Park” – Katherine Faulkner

Na początku miałem drobne kłopoty z połapaniem się, kto, z kim i dlaczego. Poza tym opowieść zaczyna się od „Potem”, a dopiero później w kolejnych rozdziałach, numerowanych zapewne tygodniami ciąży, opowiadają kawałki pasjonującej historii trzy kobiety (choć nie tylko one). A kłopot wynikał z faktu, że każda z nich robi to w pierwszej osobie. Tak więc raz „byłam” dotyczy Katie Wheeler – dziennikarki z podrzędnej gazety, raz Helen Thorpe – żony Daniela, czasem wreszcie Sereny – żony Rory’ego Richarda Haverstocka. To oczywiście dopiero początek powiązań. Helen ma brata, Charliego, który jest didżejem, chyba ponownie zszedł się z Katie, miał problemy z policją i narkotykami. Daniel i Rory są architektami i prowadzą wspólną pracownię, którą kiedyś założył ojciec Helen. Serena jest przyjaciółką Helen ze studiów – zajmuje się fotografią. Serena i Helen są w ciąży.

Helen w szkole rodzenia poznaje Rachel, dziwną kobietę z obdrapanymi fioletowymi paznokciami (ten element powtarza się co najmniej kilkanaście razy), zbyt otwartą i bezpośrednią, jak na standardy wyższej klasy średniej z Greenwich Park, która pije i pali mimo ciąży, a poza tym… jest jakaś dziwna. Panie spotykają się zadziwiająco często, choć Helen nie zawsze ma ochotę na towarzystwo Rachel. Przyszło mi do głowy określenie „osaczanie”, ale chyba nie byłoby ono adekwatne.

– Nie wydaje ci się dziwne, że wciąż na nią wpadam?
Daniel wzrusza ramionami.
– To znaczy?
– Na przykład wtedy, kiedy umówiłam się z Katie na lunch. Już tam była, siedziała przy najlepszym stoliku i czytała w gazecie jej artykuł[1].

Już tam była… Innym razem Helen spotkała Rachel w kawiarni, do której weszła przypadkowo, spacerując bez celu po mieście. Londyn to dość duże miasteczko i prawdopodobieństwo odgadnięcia, do jakiego lokalu wstąpi Helen, uciekająca od uciążliwego remontu w domu, było w zasadzie żadne. Więc jeśli autorka chciała stworzyć wrażenie osaczania, to w kilku momentach nie trzyma się to kupy. Ale… to w końcu tylko debiut.

Demoniczna Rachel pojawia się coraz częściej, odwiedza studio fotograficzne Sereny, poznaje Katie, nawet na kilka tygodni zamieszkuje u Helen… od samego początku daje się odczuć, że z jej powodu stanie się coś bardzo złego i oczekiwanie na to wielkie „bum”, śledzenie podpowiadanych przez autorkę tropów i wątków, jest mocnym punktem tej intrygującej wielce historii. Właściwie dopiero w ostatnim rozdziale ukazuje się cała prawda, a wiele wątków okazuje się mylnymi tropami, które autorka rozsiała gęsto, by czytelnik zbyt szybko nie odkrył zbyt wiele.

W domu Helen nikt nie odpowiada na pukanie. Rolety są opuszczone, okiennice zamknięte. Dzwonię do niej, ale włącza się poczta głosowa. Może śpi i wyłączyła telefon? A jeśli zaczęła rodzić? Zastanawiam się, czy powinnam odejść i zadzwonić do niej później. Jednak coś mnie zatrzymuje. Na podjeździe stoi samochód. Daniel nigdy tak wcześnie nie wraca do domu. Coś tu nie gra. Czegoś nie rozumiem[2].

Całkiem przyzwoity debiut. Poza oczywistym wątkiem sensacyjnym książka pomaga spojrzeć na wiele kwestii kobiecym wzrokiem (a może tylko tak mi się wydaje), ale też poznać zdystansowaną i opanowaną postawę zamożnych Londyńczyków, mieszkańców dobrych dzielnic… Zachowanie Rachel z pierwszych rozdziałów książki, porównane do standardów polskich, nie wydaje się wcale jakieś bardzo dziwaczne – zbyt bezpośrednie i żywiołowe jest ono tylko w zderzeniu z indyferencją i opanowaniem Helen Thorpe.

Tekst na okładce zawiera zdecydowanie zbyt dużo – to już spoiler, moim skromnym zdaniem; za bardzo ukierunkowuje i nastawia czytelnika. Poza tym drobiazgiem książkę uważam za wartą uwagi, choć mogło być lepiej.







---
1. Katherine Faulkner, „Greenwich Park”, przekład Anna Rajca-Salata, Muza SA, 2021, s. 119.
2. Tamże, s. 344.









# wydawnictwomuza #muza.black

środa, 19 maja 2021

Pomysłowy MacGyver i obcy

 „Projekt Hail Mary” – Andy Weir

Nie czytałem ani nie oglądałem „Marsjanina” – zbyt nachalnie i agresywnie był reklamowany. Sięgnąłem po trzecią powieść tego autora (nie licząc wielu tekstów internetowych, którymi nie wzbudzał zainteresowania), żywiąc poważnie nadzieję, że jego pisarstwo znakomicie dojrzało i przestało być tylko koniunkturalne, napompowane reklamami.

Ze Słońca dociera coraz mniej energii. Pochłaniają ją tajemnicze stworzenia, obca forma życia, nazwana przez głównego bohatera astrofagami. Za trzydzieści lat czeka Ziemię epoka lodowcowa, a niedługo później, całkowita zagłada.

„– Do niedawna znajdowały się w pobliżu Słońca – powiedziała Stratt – A Słońce traci energię.
– Zgadzam się. I dlatego uważam, że jest to forma życia. Pochłania energię, magazynuje ją w jakiś niepojęty dla nas sposób, a potem wykorzystuje w charakterze napędu. Nie zachodzi tu żadne proste zjawisko fizyczne ani chemiczne. To jest coś złożonego i ukierunkowanego. Coś, co powstało w wyniku ewolucji”[1].

Ryland Grace, nauczyciel biologii, któremu nie wyszła kariera na uczelni (snuł cudaczne teorie, z którymi nie zgadzała się reszta naukowców), wyrusza na ratunkową wyprawę kosmiczną, by ocalić ludzkość. Na statku o ciekawej nazwie Hail Mary (Zdrowaś Mario?) jest jedynym żywym człowiekiem – okazuje się, że pozostali, Chińczyk (dowódca) i Rosjanka, od dawna nie żyją. Ryland Grace po obudzeniu, a może odzyskaniu przytomności, cierpi początkowo na zaburzenia pamięci; nie potrafi sobie nawet przypomnieć, jak ma na imię.

Fabuła powieści rozwija się dwutorowo: z jednej strony bieżące wydarzenia na statku Hail Mary, który znajduje się w jakimś nieznanym układzie gwiezdnym i leci nie bardzo wiadomo dokąd i po co (przynajmniej początkowo nie jest wiadomo), z drugiej są to powracające powoli wspomnienia Rylanda Grace'a, na przykład z badań nad astrofagami. Część tych wspomnień umożliwia mu realizację misji, na przykład znajomość budowy Hail Mary i umiejętność sterowania statkiem, jednak inne… nie służą niczemu, po prostu wypełniają, rozbudowują treść o elementy, które może i pomagają poznać bohatera, ale poza tym wydają się zupełnie zbędne.

Nietuzinkowo autor wykreował obce formy życia. Może nie jest to zupełnie nowatorskie podejście, ale chyba jednak zbyt często w powieściach s-f obcy przynajmniej trochę przypominają ludzi – mają trzy nogi i cztery ręce? OK. Ale właśnie mają nogi i ręce. A jeśli nieznana forma życia ma wielkość mikroba, nie posiada kończyn ani rozumu?

Wydaje mi się, że czytelnikom młodszym będzie się ta książka podobać bardziej niż starszym, którzy pamiętają Pomysłowego Dobromira, MacGyvera oraz przygody Tomka Wilmowskiego. Od razu przyszło mi to do głowy, kiedy przeczytałem, że bohater z ołówka, stopera i taśmy mierniczej buduje poważne instrumenty pomiarowe; do tego to zadęcie dydaktyczne (typowe dla Szklarskiego), tłumaczenie i wyjaśnianie czytelnikowi zasady działania tego lub owego, zjawisk, podstaw obliczeń itp. To nie musi być złe jako takie, po prostu wydaje mi się… nieco naiwne. A skoro rozprawiam się z minusami, to do naiwności zaliczyłbym też obowiązkową najwyraźniej poprawność polityczną – z misją ratunkową w kosmos leci Amerykanin, Rosjanka i Chińczyk.

„Żeby przeprowadzić następny eksperyment potrzebowałem małej białej diody i baterii do zegarka. (...) Zajrzałem do szuflady wypełnionej zapasowymi żarówkami do mikroskopów i innych sprzętów laboratoryjnych. Wziąłem jedną z nich i podłączyłem do zasilacza z regulatorem napięcia. Zasada działania żarówki polega na tym, że…”[2].

Na koniec – ta historia jest ewidentnie zbyt długa; książka, skrócona do połowy, bez dłużyzn, byłaby zdecydowanie lepsza, a jej akcja bardziej dynamiczna. Jednak muszę zwrócić uwagę, że minusy nie świadczą o braku plusów.

Ostatecznie jest to średniej klasy powieść z gatunku przygodowej fantastyki dla młodszych czytelników, którzy mogą się dzięki niej dowiedzieć, jak działa żarówka, jak się rozwiązuje równania z dwiema niewiadomymi i dziesiątki innych takich. Jednak momentami historia jest naprawdę wciągająca i naprawdę chciałem wiedzieć, co będzie dalej.





---
[1] Andy Weir, „Projekt Hail Mary”, przekład Radosław Madejski, Akurat, 2021, s. 61.
[2] Tamże, s. 90-91.
















niedziela, 16 maja 2021

Przyszłość przegrana wczoraj

 „Daleko, coraz bliżej” – Alex Schulman

Do moich rąk trafia ostatnio sporo różnych książek, z rozmaitych źródeł. Zapewne więcej, niż w czasach, kiedy to tylko kupowałem je w księgarniach stacjonarnych. Gdy nadchodzi czas ich czytania, często nie pamiętam już, co mną kierowało przy wyborze i skąd w ogóle ta akurat pozycja się u mnie wzięła. Dokładnie tak było z „Daleko, coraz bliżej”.
Czytałem strona za stroną, kartka za kartką, rozdział za rozdziałem i zastanawiałem się, o czym jest ta książka i jaki to gatunek literacki. Oczywiście wystarczyło poczytać opinie w internecie albo choćby tekst na okładce (blurb), ale to by było zbyt proste. Zorientowałem się po około 25 procentach przeczytanej objętości.

To nie tylko umiarkowanie ciekawa anegdota – to także ocena, wysoka ocena, warsztatu Alexa Schulmana: chciało mi się czytać mimo niewiedzy, o co tu w ogóle chodzi.

Dom i parę gospodarczych zabudowań nad jeziorem na półwyspie. Bardzo, bardzo, bardzo daleko od szosy. Matka, ojciec, trzech synów (Benjamin, Nils, Pierre) i żadnych innych ludzi w zasięgu wzroku. Rodzina spędzała tu wakacje.

„Są tam dom i jezioro. Dom sterczy samotnie na cyplu, na tle nigdy do końca nieciemniejącej czerwcowej nocy. To prosty drewniany budynek o zaburzonych proporcjach, sięgający nieco wyżej, niż powinien”[1].

W części pierwszej historia relacjonowana jest dwutorowo, bo z jednej strony są to opowieści o letnich przygodach dzieciaków, a z drugiej, to spotkanie nad jeziorem dorosłych już braci, którzy umówili się tam i zebrali, by nad wodą rozsypać prochy matki. Tego ona sobie ponoć życzyła.
Same wydarzenia są zwyczajne, typowe, banalne, ale… w miarę czytania zyskiwałem pewność, że z tą rodziną coś jest nie tak. Ich relacje są momentami solidnie zaburzone, wręcz nienormalne. Przykład. Chłopcy znajdują w lesie stację transformatorową. Benjamin zostaje poważnie porażony prądem, traci przytomność, Molly, którą trzymał na rękach, nie żyje. Kiedy chłopak dochodzi do siebie zauważa, że jego bracia zniknęli – okazało się, że Nils wrócił do domu i bez słowa położył się spać. Naśladował w ten sposób częste zachowanie matki, która w momentach kryzysowych oznajmiała, że musi się położyć i znikała w swojej sypialni.

Benjamin, Nils i Pierre – bohater rodzinny, niewidzialne dziecko (zwane też dzieckiem we mgle), maskotka, kozioł ofiarny – role, jakie przybierają dzieci w rodzinach dysfunkcyjnych. I nie zawsze musi to być dysfunkcja rażąco patologiczna typu narkomanii, czy alkoholizmu.

„…widząc, jak Pierre układa kupkę z ogryzków frytek, dostrzega w nim coś niepokojącego, bo przecież ten, kto brzydzi się wziąć do ust coś, czego sam przed chwilą dotknął, w jakimś sensie nie chce mieć do czynienia z sobą samym”[2].

W drugiej części książki, dramatu psychologicznego, pokazane są dalsze losy dorastających i dorosłych braci (Nils wyjeżdża z domu, a właściwie z niego ucieka, natychmiast po maturze), ale i one przerywane są wspomnieniami z dzieciństwa, które głównie dotyczą problematycznych postaw i zachowań rodziców. Wniosek jest oczywisty, choć bardzo smutny, dzieciństwo w rodzinie dysfunkcyjnej odciska swoje piętno na zawsze, do końca życia.

Pewnego razu nauczyciel języka polskiego w klasie maturalnej zadał nam pytanie: kiedy powinno się zacząć wychowywać dziecko? Okazało się, że prawidłowa odpowiedź brzmi: dwadzieścia lat przed jego urodzeniem. Po lekturze książki Alexa Schulmana zaczynam wierzyć, że ten stary belfer miał rację.







--
1. Alex Schulman, „Daleko, coraz bliżej”, przekład Ewa Wojciechowska, Muza, 2021, s. 9.
2. Tamże, s. 175.