środa, 20 maja 2015

Reacher, Wietnam, V. Hobie

„Wróg bez twarzy” – Lee Child

Jackowi Reacherowi, byłemu majorowi żandarmerii, kończą się pieniądze. To pewna nowość – w poprzednich tomach wędrował po kraju bez celu i jakby bez ograniczeń finansowych, bo tak chyba należy rozumieć kupowanie nowych ubrań, gdy stare nieco tylko się przybrudziły; Reacher nie będzie przecież prał!

W każdym razie kasa się kończy i Jack zarabia na utrzymanie kopiąc baseny. To przemiłe zajęcie przerywa mu prywatny detektyw, działający na zlecenie córki dawnego dowódcy Reachera.


Detektyw szybko i definitywnie znika ze sceny, a Jack odnajduje Jodie, córkę generała Garbera i ślady niezwykłej sprawy, z którą zetknął się on przed śmiercią. A tak, generał Garber też stracił życie, choć – wyjątkowo – w naturalny sposób.

Ostatecznie okazuje się, że korzenie sprawy, to jest mrocznej tajemnicy Victora Hobiego, tkwią w Wietnamie, w dżungli, w której spadł bojowy helikopter. Reacher i Jodie Jacob (z domu Garber) mogą zdemaskować prawdziwą tożsamość Hobiego, z czym ten niedobry człowiek jakoś nie chce się pogodzić. 


Sympatyczne czytadło, mimo że Reacher i Jodie do samego końca zmagają się z zagadką łatwą do rozszyfrowania już od połowy książki.

Medytacje księdza R. Rohra

„Tak, ale... Medytacje codzienne” – Richard Rohr


Przyznaję, że mam szczególny, wręcz osobisty stosunek do słów „tak, ale…” – i nie tylko ze względu na grę opisaną przez twórcę analizy transakcyjnej, Erica Berne'a w książce „W co grają ludzie”. W związku z tym po „Tak, ale…” Rohra sięgnąłem ze sporym zaciekawieniem, może nawet łapczywie. Bardzo szybko zorientowałem się, że także Richard Rohr gra z czytelnikiem w „tak, ale…”, jednak sam o tym – w pewnym sensie i do pewnego stopnia – uprzedza od samego początku.

Czy krótkie (zwykle jest to jedna-dwie strony) teksty składające się na „Tak, ale…” Rohra skłaniają do medytacji? Wiele – tak. Ale są też i inne, rodzące lawinowo narastające wątpliwości, emocje, stanowiące zaproszenie do rozważań, do zajęcia stanowiska, odwołania się do własnych przekonań albo wiedzy zawartej w innych książkach, do myślenia po prostu, bo niekoniecznie do medytowania.


Przykład:
„Jezus konsekwentnie ignorował, a nawet negował oparte na wykluczeniu, wymierzaniu kary oraz triumfalizmie starotestamentowe teksty, natomiast wskazywał na te, które głosiły akceptację, miłosierdzie i uczciwość.

(…)
Jezus czytał swoje własne natchnione księgi w sposób uduchowiony i wysoce selektywny, zupełnie ignorując, a nawet odrzucając niektóre ich części na korzyść inkluzywnych, pomocnych przesłań i przypowieści”[1].


Zastanawiam się, skąd Richard Rohr wytrzasnął takie przekonanie? Czy fakt, że w Biblii zdań wypowiedzianych bezpośrednio przez Jezusa i poruszanych przez Niego tematów jest rzeczywiście niewiele, upoważnia teologa do twierdzenia, iż widocznie przez trzydzieści trzy lata życia nie poruszył On żadnego innego tematu i nie powiedział nic do nikogo na żaden inny temat, jest uprawnione? Ale mniejsza z tym, to głupstwo, tak po prostu ojciec Rohr wierzy i jego to sprawa. Ostatecznie rzecz w tym, że czytanie Biblii dosłownie jest – według niego – sporym błędem, i więcej nawet, pewnych fragmentów Pisma Świętego w ogóle nie potrzeba czytać, bo (patrz wyżej) rzekomo Jezus tak robił.


„Święte księgi biblijne pełne są absolutnych przełomów, objawień oraz rozmaitych przejawów wysokiej próby spotkań, nawróceń, transformacji, a także Ducha Świętego. Biblia zawiera również teksty karcące, małostkowe, o charakterze plemiennym czy też wreszcie po prostu idiotyczne”[2].



„Idiotyczne”? Ups! Mocne! W tym momencie w naturalny sposób przypomniało mi się zdanie z „Czarnego obelisku” Ericha Marii Remarque'a, które brzmiało mniej więcej tak: I tylko w jednym różnicie się od Boga – Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej.


Ale niech będzie, powiedzmy, że Rohr już prawie przekonał mnie, iż Biblię czytać należy selektywnie, wtedy jednak trafiłem na…

„Jeśli katolicy powinni się nawrócić, protestanci muszą zacząć odprawiać pokutę. Przez swoje zawołanie »sola Scriptura« (»tylko Pismem«) postawili się na łasce swoich własnych kultur, swojej ograniczonej edukacji, swoich uprzedzeń oraz selektywnego czytania niektórych tekstów, przy jednoczesnym pominięciu innych”[3].


Cóż z tego wynika? Ano to, że Biblię należy czytać selektywnie, ale tylko my, katolicy, jesteśmy właściwymi… selekcjonerami. Jeśli ktoś próbuje robić to samo co my, robi to źle z samego założenia, bo tak! – a coś takiego to jest już klesza retoryka, arogancja i pycha.

„Mój serdeczny przyjaciel dr Gerald May dokonał lata temu rozróżnienia, z którego przyszło mi często korzystać. Stwierdził, iż duchowość nie ma nas zachęcać do samowoli, lecz do dobrej woli. Duchowość tworzy ludzi dobrej woli, którzy gotowi są zrezygnować z potrzeby bycia pierwszymi, posiadania racji, bycia zbawionymi, górowania nad innymi czy też definiowania siebie samych jako lepszych od innych ludzi”[4].

Tyle tylko, że z absolutnym przekonaniem o własnych racjach Rohr wypowiada się na każdy możliwy temat, bo i o macierzyństwie pisze, i o polityce, i o historii, i o kobiecości… a to w naturalny sposób rodzi pytanie, czy on sam zalicza siebie do ludzi dobrej woli, których tworzy duchowość.



To, co zaprezentowałem, nie jest jednak (wbrew pozorom) oceną książki Rohra, ale próbą pokazania, do jakich refleksji, rozważań i przemyśleń skłaniać może „Tak, ale…”. Bo równie wiele, a właściwie pewnie nawet więcej, znajdowałem tu perełek budujących, wspierających. Ot, choćby…

„Miłość jest przede wszystkim decyzją”[5].


To stwierdzenie podoba mi się bardzo, bo jest także moim prywatnym odkryciem. Do dziś pamiętam, jak podczas warsztatów z duchowości zrozumiałem, że miłość to wybory i decyzje, a nie uczucia i egzaltacje. Rohr stwierdził, że decyzje, ja dodałem i nadal dodaję do tego także wybory – nie będzie miłością decyzja podejmowana w sytuacji braku jakiegokolwiek wyboru. O, właśnie! Do takich rozważań „Tak, ale…” też skłania.

I ostatni już cytat:


„Chrześcijaństwo jest stylem życia – prostym, wyzbytym przemocy, otwartym na współpracę i pełnym miłości sposobem na bycie w świecie. A jednak my zrobiliśmy z niego oficjalną religię (z wszystkimi tego konsekwencjami), unikając samej zmiany stylu życia. Można zatem, żyjąc w dowolnym momencie dziejów chrześcijaństwa, być wojowniczo nastawionym, zachłannym, rasistowskim, egoistycznym i próżnym człowiekiem, a mimo to nadal z wiarą wyznawać Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela, a także przyjmować sakramenty, wywiązując się ze zobowiązań formalnych. Na taką głupotę świat nie ma już więcej czasu. Zbyt wiele cierpienia jest na ziemi”[6].



Ciekawe… Gdyby to cierpienie dotyczyło bezpośrednio księży, może z tą głupotą dałoby się coś zrobić, ale w obecnej sytuacji i warunkach… no, cóż… Bo na głupotę świat miał już tysiące lat, więc pewnie trochę jeszcze wytrzyma, niestety...

Rozmyślania/rozważania księdza Richarda Rohra podzielone zostały na kilka nurtów tematycznych, rozdziałów (pomijając wstępy, wprowadzenia, metodologię): „Fundament”, „Ramy”, „Ekumenizm”, „Transformacja”, „Proces”, „Cel” – jednak ten podział nie wydawał mi się jakoś specjalnie odczuwalny podczas lektury krótkich rozważań.  Podczas szybkiej lektury, dodam, bo teraz nadszedł czas na nieśpieszne smakowanie tekstów zawartych w „Tak, ale…” po dwa-trzy dziennie i… nie więcej.





--
[1] Richard Rohr, „Tak, ale... Medytacje codzienne”, przeł. Łukasz Malczak, Wydawnictwo M, 2014, s. 9.
[2] Tamże, s. 21.
[3] Tamże, s. 23.
[4] Tamże, s. 24.
[5] Tamże, s. 27.
[6] Tamże, s. 57.

sobota, 28 marca 2015

Reacher ratuje wolny świat


„Umrzeć próbując ratować” – Lee Child

Po historyjki Lee Childa z byłym żandarmem, Jackiem Reacherem, w roli głównej, sięgam by odpocząć od książek religijnych, psychologicznych i filozoficznych – nie jestem czytelnikiem tak wyrobionym i co jakiś czas potrzebuję zwyczajnie odpocząć, rozerwać się. W tym przypadku mam wątpliwości, czy przekarmiłem się Jackiem Reacherem, czy może ten tomik jest naprawdę beznadziejny…

Jacka Reacher, były wojskowy, lat 37, wolny, najwyraźniej niezależny finansowo, pewnego razu znajduje się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie – próbując pomóc kobiecie poruszającej się o kuli i wychodzącej z pralni, zostaje porwany wraz z nią. Następnie przez kilkadziesiąt kartek jest wraz z nią wożony furgonetką po całej Ameryce albo prawie, bo jazda trwa ponad pięćdziesiąt godzin.

Porwana kobieta okazuje się agentką FBI, córką generała, szefa połączonych sztabów, chrześnicą prezydenta. A porywacze starają się, jak to zwykle bywa z porywaczami, stworzyć nową, wolną Amerykę, opartą na konstytucji i Biblii, wolną od kolorowych…

Wyjątkowo naiwna i nieprawdopodobna historyjka, a dotrwałem do końca tylko dlatego, że Thomas Merton, którego mam teraz czytać, jeszcze nie dotarł.

Książka występuje też pod tytułem "Uprowadzony".

środa, 4 marca 2015

Rzeczy ukryte nowo odkryte


„Rzeczy ukryte” – Richard Rohr

Richard Rohr, franciszkanin, założyciel i dyrektor Centrum Działania i Kontemplacji w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk (USA), napisał tę książkę na podstawie cyklu wykładów, które wygłosił w 1998 roku. Jednym zdaniem można ją określić jako próbę odnalezienia duchowej relacji, intymnego związku między doświadczeniem człowieka a Biblią, Pismem Świętym Starego i Nowego Testamentu.

Autor „Rzeczy ukrytych” uprzedza już na samym początku:

„Muszę ostrzec czytelnika, że jeśli rzeczywiście chce zmierzyć się z tekstem, to choć przeżyje ekscytującą przygodę, musi też jednak liczyć się z rewizją dotychczasowych wyobrażeń zarówno o Piśmie Świętym, jak i o samym sobie”[1].

Przygód się nie bałem, nawet ekscytujących, weryfikacji przekonań też nie, a mimo to do lektury najnowszego dzieła Rohra przystępowałem z mieszanymi uczuciami. À propos mieszanych uczuć – podobno pojawiają się tylko w jednej sytuacji życiowej, mianowicie wtedy, kiedy narżnie się w gacie, bo to z jednej strony ulga, a z drugiej wstyd.

Żeby wyjaśnić moje miesz… moje ambiwalentne uczucia, jakie żywiłem do tej książki, posłużę się dowcipem, który usłyszałem niedawno od prowadzącego rekolekcje jezuity.

Komandosi trenują skoki spadochronowe. Jednego z nich wiatr zniósł naprawdę bardzo daleko, w okolicę zupełnie nieznaną, a do tego zaczepił się i zawisnął na drzewie. Zgubił swój komandoski nóż, linki poplątały się na amen – ani się odciąć, ani odpiąć. Na wołanie o pomoc pod drzewem zjawił się, przechodzący niedaleko, mężczyzna. Komandos pyta go: „gdzie jestem?” Na to mężczyzna, po chwili namysłu, odpowiada: „wisisz na drzewie”. W tym momencie komandos zgaduje – „jesteś księdzem, prawda?”. Mężczyzna, wielce zaskoczony, w końcu ubrany jest w cywilne ciuchy, nawet bez koloratki – „tak, jestem księdzem, ale jak ty to odkryłeś?”. Na to komandos: „bo twoja odpowiedź, jak zwykle u księży, jest absolutnie prawdziwa i absolutnie bezużyteczna”.

Bardzo chętnie porozmawiałbym albo poczytał o mniej zrozumiałych, czasem nawet szokujących fragmentach Biblii, ale jeśli ktoś miałby mi tłumaczyć zagadnienia banalne, omijając za to skrzętnie te autentycznie problematyczne, to… naprawdę, szkoda mojego czasu. Typowym przykładem mogłoby być omawianie historii Hioba bez zwracania uwagi na losy jego pierwszej rodziny, historia plag egipskich z pominięciem tego, co Bóg robił z sercem faraona, historia trzydziestu srebrników i wielu podobnych. Jednak Richarda Rohra lubię, cenię, mam do niego zaufanie, więc… przeczytałem.

Zauważyłem pewną prawidłowość – książka zwykle wydaje mi się bardziej wiarygodna, gdy odnajduję w niej treści, które już wcześniej poznałem, odkryłem, doświadczyłem. Tak było i tym razem.

Od dawna przekonany jestem, że Bóg jest całkowicie suwerenny, więc człowiek nie może Go do niczego zobowiązać, na przykład dobrym zachowaniem. Wynika to zresztą z Pisma Świętego, wystarczy choćby przypomnieć sobie przypowieść o synu marnotrawnym. Oznacza to, że człowiek nie jest w stanie zrobić niczego więcej, niczego lepiej, żeby Bóg kochał go bardziej, ani niczego nagannego, złego, żeby kochał go mniej. Jeśli na tym najpiękniejszym ze światów istnieje w ogóle miłość bezwarunkowa, to taką właśnie miłością Bóg kocha człowieka. Mimo to w tysiącach polskich domów usłyszeć można skierowane do dzieci komunikaty typu: jeśli tego nie zrobisz (albo jeśli czegoś robić nie przestaniesz), to Jezusek nie będzie cię kochał. Bzdura kompletna! I krzywda.

W każdym razie z satysfakcją przyjąłem, że i Richard Rohr najwyraźniej jest przekonany, iż Boga nie możemy zmusić do przyjęcia określonej postawy albo działań poprzez takie lub inne nasze zachowanie, postawę.

Następna identyfikacja dotyczyła szeroko pojmowanej tematyki duchowości. Zagadnienia te interesują mnie od dawna i od dawna przekonany jestem, że duchowość jest codzienna, powszednia i praktyczna; z uniesieniami religijnymi, ekstatycznymi wizjami, olśnieniami, zachwytami i innymi „odlotami” niekoniecznie ma cokolwiek wspólnego. I w tym przypadku okazało się, że Richard Rohr prezentuje w swojej książce przekonania podobne.

„Stworzyliśmy straszliwy dualizm, dzieląc świat na to, co duchowe, i to, co (jak twierdzimy) nieduchowe. Jezus przyszedł właśnie po to, by ujawnić kłamstwo tego dualizmu. Zasada Wcielenia głosi, że materia nigdy nie była oddzielona od ducha”[2].

W „Rzeczach ukrytych” autor podejmuje wątki krwi, chleba, wody, jedności, wyjaśnia szczególną wartość monoteizmu, specyfikę opętania, zagrożenia fundamentalizmu… Niezwykle ciekawe są, nierozwiązane do dziś, a może rozwiązywane nieustannie, aporie chrześcijaństwa (na przykład ciało kontra duch, przywództwo kontra wspólnota).

Znalazłem w „Rzeczach ukrytych” także inną nieco kategorię stwierdzeń, jak choćby to:

„Sądzilibyśmy zapewne, że wszyscy chcą Boga. Zazwyczaj jednak pada odpowiedź: Panie, nie jestem godzien. Wolę religię i moralność, dzięki którym odnoszę wrażenie, że własnym wysiłkiem zdołam wygrać kosmiczne zawody”[3].

Wpadło mi wtedy do głowy pytanie: jeżeli ojciec franciszkanin zastanawia się i rozważa, czy ważniejszy jest kontakt, więź, bliskość z Bogiem, czy może Kościół, moralność i religia, to co sądzą o tym:
a) wierni, którzy uważają się za religijnych,
b) przełożeni tegoż ojca franciszkanina?

Ja w każdym razie gratuluję mu odwagi i bezkompromisowości w głoszeniu przekonań, zwłaszcza tych mniej popularnych.

Adam i Ewa (Rohr wspomina o nich) mieli dwóch synów: Kaina i Abla. Kain zabił Abla, więc pozostały trzy osoby – dwóch mężczyzn i jedna kobieta – które ostatecznie zaludniły ziemię. Przez moment miałem nadzieję, że w „Rzeczach ukrytych” znajdę jednoznaczną odpowiedź na pytanie: czy w takim razie wszyscy jesteśmy dziećmi kazirodztwa? Tu jej jednak nie było. Może w innej książce, innego autora, innym razem…

„Rzeczy ukryte” – zdecydowanie polecam, zwłaszcza tym, którzy naprawdę szukają Boga i poważnie zainteresowani są duchowością chrześcijańską. Cytaty z Pisma Świętego, tłumaczone samodzielnie przez Rohra, bardzo ciekawie swoją drogą i inspirujące, proponuję sprawdzać też w oficjalnej, aktualnej wersji Biblii.



--
[1] Richard Rohr, „Rzeczy ukryte”, przekł. Marek Chojnacki, wyd. WAM, 2015, s. 27.
[2] Tamże, s. 31-32.
[3] Tamże, s. 51.

piątek, 27 lutego 2015

Jako rzecze sam Jack Reacher

„Sprawa osobista” – Lee Child

Jack Reacher, były żandarm włóczący się po kraju (chodzi o Stany Zjednoczone Ameryki Północnej) w zasadzie bez planu… chciałem napisać też, że bez celu, ale to nie byłaby prawda, bo Jack cel ma, zawsze zresztą ten sam: zbawianie świata, pomoc maluczkim, przywracanie sprawiedliwości, a więc Reacher podejrzanie łatwo znaleziony zostaje przez generała O’Daya, a dokładnie – przez jego zastępcę, wobec którego ma on nieprzeterminowany najwyraźniej dług wdzięczności.

Szychy z wywiadu proponują bohaterowi znalezienie tajemniczego snajpera, który strzelał w kierunku prezydenta Francji; podejrzewają, że tym cudownym strzelcem może być John Kott, którego Reacher już raz wsadził do pudła.

Zbliżają się różne spotkania na szczycie, w jednym miejscu zgromadzi się kilku przywódców wielkich mocarstw, służby wywiadowcze ich krajów zrobią wszystko, żeby ochronić swoich liderów przed zamachem.

Reacher, znowu w towarzystwie młodej, atrakcyjnej kobiety, wysłany zostaje do Francji, a następnie Wielkiej Brytanii. Rozprawia się tam z jakimś serbskim gangiem, ale to tylko tak, przy okazji.
Ostatecznie zagadka zostaje rozwiązana jednak w USA.

Nie przepadam za książkami Childa, w których narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, a „Sprawa osobista” wydaje mi się wyjątkowo naciągana i… odrobinę naiwna.

środa, 18 lutego 2015

Edward Stachura - mit bez mitu

„Buty Ikara” – Marian Buchowski

Książka Mariana Buchowskiego zaczyna się rewelacyjne, a później jest już tylko coraz lepiej.

Pierwszych kilkanaście kartek i pierwsze skojarzenie – pamiętam, jak w latach stachurowych gruchnęła wieść, że Polska ma czterdzieści miliardów dolarów długu, a więc złość na „komunę” (w cudzysłowie, bo komunizmu w Polsce nie było nigdy, nie było go nawet w ZSRR, to skąd niby u nas?), ale i zmartwienie, bo jak my go spłacimy? Dziś polski dług przekracza… bilion? trylion? kwadrylion? Oj tam, oj tam… Kto by się tym przejmował, wszyscy są zadłużeni, a obecnej władzy monstrualnego zadłużenia nikt już nie wyrzuca.

Zaprawdę powiadam wam: lepiej byłoby dla Edwarda Stachury, gdyby okazał się ubeckim agentem – to przynajmniej tłumaczyłoby jakoś, czemu nie pluł w swoich dziełach na „komunę”. Bo, cholera, nie pluł. Więc albo ten Stachura jakiś pokręcony, albo „komuna” mniej straszna, niż ją malują. I skończą pewnie książki Stachury na jakimś indeksie dzieł zakazanych/zapomnianych. Tu warto jednak dodać, że rzeczywiście nie pluł, lecz i nie wychwalał. Choć może się to młodym Polakom wydawać dziwne, Stachura żył w PRL, ale jakby obok PRL. I jestem pewien, że nie tylko on jeden – w końcu o kawałek tych lat zahaczyłem i ja.

Co może zrobić polityk łaknący ponad wszystko uznania, podziwu, wdzięczności, tytułu opatrznościowego męża stanu? Ano, może rzeczywiście zrobić coś spektakularnie dobrego dla narodu – to jednak droga trudna, czasochłonna, wymagająca wysiłku, nie zawsze skuteczna. Na szczęście jest też technika prostsza, nieomalże gwarantująca powodzenie, sztuczka zwana przyciemnianiem tła – chodzi o to, by przeszłość pokazać w tak strasznie ciemnych barwach, że dzień dzisiejszy wydaje się na tym tle jasny, a polityk za niego odpowiedzialny jawi się jako postać wręcz świetlista.

Czasem, czytając wspomnienia z czasów „komuny”, w której i ja żyłem, zastanawiam się, jakim cudem ktokolwiek przeżył ten sowiecki obóz koncentracyjny, ten komunistyczny reżim, ten czerwony terror, te kozackie sotnie cwałujące po ulicach od rana do nocy, to bezrobocie i głód… chociaż nie, przepraszam, z głodu Polacy uciekają na Zachód teraz, wtedy uciekali z przyczyn politycznych. W każdym razie taki właśnie koszmarny obraz „komuny” psuje Stachura.

Byli i tacy, którzy – może nawet bez jednoznacznie złej woli – posługując się… hm…  koloryzowaniem (ależ jestem delikatny!), starali się obraz Stachury nieco… poprawić, sugerując na przykład, że wiersz „List do Pozostałych” nie mógł (z jakichś powodów) ukazać się inaczej niż tylko w drugim, nieoficjalnym obiegu. Bzdura kompletna – w pierwszym obiegu ukazał się wcześniej. Na szczęście na odpowiedzialność i dokładność Buchowskiego można liczyć – z takimi czy podobnymi mitami rozprawia się sprawnie i bez kompromisów.

„Buty Ikara” są dziełem dualistycznym… co najmniej, bo to wiarygodny dokument (ponad osiemset przypisów dowodzi rzetelności biografii Stachury), ale też cudownie napisana opowieść o czasach i ludziach, pasjonująca opowieść, którą z przyjemnością czytać mogą również osoby zupełnie Edwardem Stachurą niezainteresowane. I jeśli czegoś mi tu zabrakło, to jedynie zdjęć – kilkadziesiąt zamieszczonych w książce fotografii wzbudziło tylko niedosyt. Tym bardziej że zdarzenia, ale i relacje różnych osób, które się ze Stachurą zetknęły, Marian Buchowski oddaje tak… plastyczne, tak wciągająco i pociągająco, że chciałoby się je nie tylko zobaczyć, ale wręcz dotknąć.

„Kiedy zaczęła przygrywać orkiestra, w moją stronę skierował się nieznajomy mężczyzna z tej większej Sali. Prawdopodobnie nie poszłabym z nim do tańca, gdyż szedł zdecydowanie i sprawiał wrażenie, jakby był w lokalu na chwilę. Nie zdjął nawet lekkiego płaszczyka, jaki miał na sobie. Jednak w miarę jak się zbliżał i zatrzymał, aby zaprosić mnie do tańca, wszystko we mnie mówiło, że już z nim kiedyś tańczyłam, że to ktoś dla mnie wyjątkowy”*.

Biografia Stachury, jak każda naprawdę dobrze opracowana, zaczyna się od prezentacji przodków oraz wczesnego dzieciństwa przyszłego poety, które spędził on na osiedlu fabrycznym Reveil należącym administracyjnie do Charvieu w kantonie Pont-de-Chéruy. Dalsze dzieciństwo, już po sprowadzeniu się rodziny do Polski w 1948 roku, trudne relacje z ojcem – przemocowcem i autokratą (ich konflikt trwał nieomalże do końca życia ojca i poważnie wpłynął na kształtowanie się osobowości poety), szkoła, a właściwie szkoły, bo i problemów wychowawczych przysparzał młody Edward Jerzy Stachura naprawdę wiele, pierwsze i kolejne wiersze, inne utwory, tłumaczenia, małżeństwo, problemy finansowe, stypendia, egzotyczne wyjazdy zagraniczne… rok po roku, zdarzenie po zdarzeniu. Biografia nie kończy się na śmierci jej bohatera – Buchowski relacjonuje, nieomalże do dziś, rozmaite przedsięwzięcia związane z twórczością Stachury i nim samym.

„Być może z czubków uniwersyteckich katedr już widać, że Stachura się ciągle oddala, jest coraz mniejszy, znika. Tu, na dole, nie jest to takie oczywiste. Choć nikt Stachury nie lansuje”**.

 

 

--
* Marian Buchowski, „Buty Ikara”, wyd. Iskry, 2014, s. 299.
** Tamże, s. 602.

sobota, 14 lutego 2015

Duchowość dzikich mężczyzn

„Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” – Richard Rohr

 
Podczas rekolekcji ignacjańskich usłyszałem, że Bóg jest nieobliczalny. Bardzo mi się to spodobało, bo wreszcie ktoś mówił do mnie o prawdziwym Bogu, takim, jakim On jest, a nie o naszych infantylnych wyobrażeniach o Nim, wyobrażeniach, w których Bóg gra rolę życzliwego dziadunia o dobrotliwym, łagodnym uśmiechu Karola Wojtyły albo policjanta i surowego sędziego – w zależności od tego, jak nas wychowano. Interesował mnie Bóg, a nie dziecinne rojenia o Nim osób, których rozwój religijny zakończył się w okolicach gimnazjum albo i wcześniej. Richard Rohr w swojej książce stwierdził, że Bóg jest dziki. I to też szybko zrozumiałem.

„Bardzo lubię przypominać ludziom, że słowo »miły« nie występuje w Biblii. Wygląda na to, że Bóg nie jest miły, a jedynie dziki” [1].

Bóg jest dziki, nieobliczalny, a to oznacza, że…

„Nie możemy w żaden sposób kontrolować Boga, nawet poprzez nasze dobre zachowanie, co wydaje się naszym pierwszym, naturalnym odruchem” [2].

Ale do rzeczy. Czy jest to książka o męskiej duchowości? Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że gdyby nie podtytuł, to sam chyba bym na to nie wpadł. Na pewno jest to książka o mężczyznach, o zmianie ich mentalności na przestrzeni wieków, o postawach życiowych, które przyjmowali dawniej i przyjmują dziś, o męskiej seksualności (kontemplacja penisa – mocne! – zwłaszcza w wydaniu franciszkanina), o alienacji ojców i synów, o archetypach męskiej duszy, o pozornej bezinteresowności, o rekolekcjach…

„Rekolekcje to dobra rzecz. Dobrze jest zostawić za sobą wszystkie sprawy i w ciszy poszukać Boga, siebie samych i prawdziwego oblicza rzeczy. Potrzebujemy czasu, w którym zostawimy nasze codzienne zabieganie i problemy i będziemy mogli po prostu być, rozmyślać i kontemplować. Jeżeli nigdy nie wybierzemy się na rekolekcje, możemy nigdy nie dotrzeć do sedna siebie samych” [3].

Ze względu na krytykę zachowawczych, konserwatywnych albo wręcz utrudniających rozwój postaw Kościoła katolickiego, autor, a dokładnie jego dzieła, zapewne podzielą losy pism hinduskiego jezuity, de Mello, którego publikacje w 1998 roku zostały ostro skrytykowane przez Kongregację Nauki Wiary Kościoła katolickiego (to nowa nazwa Świętej Inkwizycji) jako niedopuszczalne odejście od doktryny katolickiej, jednak dla mnie „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” to wskazówki, podpowiedzi, sugestie dotyczące męskiej drogi do Boga – na odmienność dróg kobiet i mężczyzn autor zwraca uwagę szczególnie.

Pytanie zasadnicze: czy „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” to literatura tylko dla mężczyzn? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Choć, jak twierdzi Rohr, drogi mężczyzn  kobiet są różne, to jednak warto chyba, by panie lepiej poznały i zrozumiały swoich partnerów (oczywiście o ile na jakości związku im zależy); choć nie w pełni, ale do pewnego stopnia może się to jednak udać.

 

 

 

---
1. Richard Rohr, „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego”, przekład Grzegorz Baster, Wydawnictwo WAM, 2014, s. 14.
2. Tamże, s. 12.
3. Tamże, s. 126.