piątek, 30 lipca 2021

O Bogu i łasce bez kościołów

 „Dusza bez Boga” – Katherine Ozment


Kilka razy w życiu słyszałem księży katolickich twierdzących z porażającą arogancją, że nie ma duchowości bez religijności. To nie jest prawda, wystarczyłoby sprawdzić w Słowniku Języka Polskiego PWN, czym jest duchowość*, ale… przecież prawie żaden Polak nie odważy się kwestionować tego, co mówi ksiądz, choćby plótł największe bzdury.
Innym razem uczestniczyłem w rozmowie, w której znajomy stwierdził, że jest wierzący, ale nie praktykuje obrzędów, ceremonii, liturgii, a zwłaszcza dawania pieniędzy na tacę. Ksiądz katolicki odparł wtedy pogardliwie i szyderczo: żyję, ale nie oddycham. Znajomy praktykuje miłość bliźniego i wartości duchowe takie jak skromność, miłość, przyjaźń, rodzina, uczciwość, odpowiedzialność itd., ale to księdza jakoś nie interesowało.

Te i parę podobnych zdarzeń przypomniało mi się, gdy czytałem tekst na okładce, który rozbawiłby mnie do łez, gdybym od dawna nie zdawał sobie sprawy z ogromnych różnic między wspólnotami protestanckimi, a rzymskim katolicyzmem w polskiej wersji, zwanym coraz częściej niechrześcijańskim polskim katolicyzmem.

„Tradycja religijna daje nam mocne podstawy moralne i poczucie tożsamości, tworząc poczucie związku z przeszłością i silne więzi społeczne. Dzięki niej stajemy się też szczęśliwsi, zdrowsi, bardziej ofiarni”**.

Katherine Ozment, prezbiterianka i jej mąż Michalel, żyd, odsunęli się od swoich religii. Stało się to jakoś tak, niepostrzeżenie, a zwłaszcza nie było spowodowane żadnym złym wydarzeniem, na przykład zgwałceniem dziecka przez księdza lub rabina. Ich religijność zdechła sobie sama śmiercią naturalną.
Ich synek, obserwując procesję wyznawców greckiego prawosławia, spytał, kim są oni sami i chodziło mu o mamę, ojca, rodzinę Ozment, po prostu. Inteligentna, rozgarnięta mamusia odpowiada wtedy kilkuletniemu dziecku:

„Niczym nie jesteśmy”[1].

Rozbawienie zniknęło w ułamku sekundy. Ty durna babo – pomyślałem wściekły – skoro nie praktykujesz żadnej religii możesz uważać, że jesteś NICZYM, ale nie próbuj wciskać tego dzieciom! Z traumy i absurdalnego przekonania, że jak nie będą co kilka dni latały do kościoła, to okażą się NICZYM, mogą nie wyzwolić się do końca życia.

„Książka ta nie jest traktatem teologicznym, tekstem historycznym ani obroną ateizmu, agnostycyzmu czy świeckiego humanizmu. Nie jest podręcznikiem życia. Jest tak naprawdę listem do moich dzieci i przyszłych pokoleń Amerykanów, szukających swego miejsca w świecie”[2].

Katherine Ozment czyta wiele mądrych książek i innych opracowań, rozmawia z profesjonalistami i zwykłymi ludźmi, czasem wyciąga wnioski, a czasem tylko prezentuje wyniki swoich dociekań. Oczywista jest potrzeba ostrożności podczas lektury, bo wyniki przemyśleń i dywagacji kogoś, kto uważa, że ludzie niereligijni są NICZYM, mogą być zniekształcone przez takie lub podobne absurdalne założenia. Ja jednak postanowiłem zaryzykować i dobrze na tym wyszedłem. Okazało się, że autorka całkiem nieźle odróżnia duchowość od religijności (taki właśnie był jej ślub – duchowy, ale nie religijny), zdaje też sobie sprawę, że ludzie niezwiązani z żadną formą instytucjonalnej religii nie muszą być, i zwykle nie są, ateistami. Odrzucenie kościoła (takiego lub innego) nie oznacza odrzucenia Boga. To akurat może być trudne do zrozumienia przez tych polskich katolików, którzy nie znają Pisma Świętego i na przykład słów: Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką i nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko (Dz 17).
Poza tym… nie widziałem oryginału, więc nie wiem, czy na pewno jest w nim mowa o ludziach, którzy są NICZYM. Zwłaszcza, że skoro są niczym, to widocznie istotami ludzkimi też nie… A skąd wątpliwości co do kompetencji tłumacza? Oryginalny tytuł tej książki to „Grace without God”. Ups! Jednak na pewno takie sztuczki językowe spodobają się wyznawcom pewnej partii.

Od razu zdradzę, że niezwykła wartość tej książki, polega na skrajnie różnych emocjach, jakie wywołuje jej treść. Ważne są też różne porównania, przemyślenia, wspomnienia, doświadczenia czytelnika, jakie odświeża lektura. Autorka proponuje, namawia wreszcie zmusza czytelnika do zajęcia własnego stanowiska w dziesiątkach poruszanych tematów. Na przykład, czy małe dzieci mają „promiskulatywną tendencję teologiczną”?


Z lektury książki „Dusza bez Boga” można dowiedzieć się, czemu ludzie odchodzą od kościołów, a właściwie, jak się ten proces zaczął i dlaczego przyśpiesza. Trudniejsze do zrozumienia są argumenty wyliczające zalety funkcjonowania jednostki i/lub rodziny w kościele. Te korzyści bowiem dotyczą przede wszystkim rozmaitych odmian i odcieni protestantyzmu w Stanach Zjednoczonych (przypominam, że Amerykanka napisała tę książkę dla Amerykanów) i do polskiego katolicyzmu mają się nijak.

Na koniec rodzynek.
„Przytoczył znany cytat Johna Donne’a, że żaden człowiek nie jest samotną wyspą. Stanowimy część kontynentu, którym jest ludzkość”[3].

Latami byłem przekonany, że to tytuł książki Thomasa Mertona („Nikt nie jest samotną wyspą”) oraz cytat z „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya („Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą: każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu”), a tu proszę! Była okazja, by zweryfikować przekonania i czegoś się nauczyć. Nie jeden raz zresztą.

Wartościowa pozycja, dzięki której uporządkowałem sporo swoich przekonań, potwierdziłem jedne, odrzuciłem inne. Szkoda, że tak niewielu Polaków ją przeczyta…









---
* duchowy (https://sjp.pwn.pl/sjp/duchowy;2454552.html)
a. «odnoszący się do życia wewnętrznego człowieka»
b. «związany z dobrami kulturalnymi lub czyimś systemem wartości»
c. «niematerialny, metafizyczny»
** „Dusza bez Boga”, tekst z okładki (blurb).
1. Katherine Ozment, „Dusza bez Boga”, przekład Piotr Cholewa, Stapis, s. 10.
2. Tamże, s. 13.
3. Tamże, s. 49.











Książka otrzymana z serwisu Na Kanapie (https://nakanapie.pl/)

sobota, 17 lipca 2021

Psychoterapeuci i ich klienci

 „Pacjentka” – Alex Michaelides

Alicia Berenson miała trzydzieści trzy lata, gdy zabiła męża. Byli małżeństwem od kilku lat. Oboje byli artystami – Alicia malarką, Gabriel zaś uznanym fotografem mody. Cechował go charakterystyczny styl – fotografował na wpół zagłodzone półnagie kobiety pod dziwnym, niekorzystnym dla nich kątem. Śmierć sprawiła, że ceny jego zdjęć astronomicznie wzrosły*.

Fabuła powieści toczy się dwutorowo. Jednym z narratorów jest psychoterapeuta, zajmujący się Alicią, drugim ona sama, a konkretnie jej zapiski w pamiętniku. Ale uwaga – w relacjach tych autor oszukuje czytelnika, zdradzając pod koniec dopiero, pokrętną chronologię. Uniemożliwia to zupełnie odgadnięcie prawdy. Nie jest to może straszny mankament, ale… nieelegancko wyszło.

Nazywam się Theo Faber. Mam czterdzieści dwa lata. Zostałem psychoterapeutą, bo byłem popieprzony. Taka jest prawda – chociaż nie wyjawiłem tego w czasie rozmowy o pracę, gdy mnie o to zapytano*.

Kiedy czytam lub słyszę podobne treści, zawsze przypomina mi się lekcja z psychologii i stwierdzenie: najczęstszym i najgorszym rodzajem motywacji przy wyborze studiów na psychologii albo resocjalizacji jest potrzeba naprawienia samego siebie i/lub swojej rodziny. Ludzie tacy, po skończeniu studiów i mimo posiadanej wiedzy, nie potrafią pomóc sobie, rozwiązać własnych problemów, a i profesjonalistami są miernymi, bo nigdy nie są w stanie poświęcić całej swojej uwagi klientowi – nieustannie muszą bowiem pilnować samych siebie. Wydaje się, że tę prawdę zna też autor „Pacjentki”.

W tym momencie Alicia podniosła wzrok. Patrzyła na mnie – przeze mnie. Nie możesz mi pomóc, krzyczały jej oczy. Spójrz na siebie, ledwie pomagasz sobie. Udajesz, że tyle wiesz i jesteś taki mądry, ale to ty tu powinieneś siedzieć zamiast mnie. Świr. Oszust. Kłamca. Kłamca…*.

Osobiste problemy Theo Fabera są zresztą istotną częścią tej powieści. Widoczne to jest zwłaszcza wtedy, kiedy w jego związku pojawia się poważny kryzys. Co w takiej sytuacji robi dorosły mężczyzna? W środku nocy biegnie do swojej terapeutki, bo przecież ktoś musi się nim natychmiast zaopiekować. Znamienne jest też jego oszukiwanie samego siebie.

Faber rezygnuje z obiecującej kariery i podejmuje pracę w walącym się odrodku dla wariatów szczególnie niebezpiecznych. Zakład The Grove zapewne za kilka miesięcy zostanie zamknięty, ale Faber jest przekonany, że to on właśnie musi się zająć trudnym przypadkiem Alicii Berenson, bo tam została osadzona po próbach samobójczych oraz agresji skierowanej przeciw personelowi i innym pacjentkom.

Stosunkowo szybko staje się jasne, że nie jest to powieść psychologiczna o pokręconych psychologach (terapeutka Alicii zazdrości jej talentu – sic!), ale wciągający thriller, w którym prawda ukryta jest przed czytelnikiem do samego końca, ale za to raczony jest on wieloma mylnymi tropami.
Poza paroma mankamentami jest to dobra rozrywka na lato albo do pociągu.













---
* Alex Michaelides, „Pacjentka”, przekład Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik, 2019, Wydawnictwo W.A.B.

środa, 7 lipca 2021

Jak dobrze jest mieć sąsiada...

 „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” – Catriona Ward

Nie jest łatwo dogadać się z kimś chorym psychicznie, wejść w głębszą relację z osobą nienormalną. Nawet jeśli regularnie przyjmują leki, ludzie tacy często żyją w swoim świecie, który nie jest w pełni kompatybilny z tym realnym.

„Kiedy mam zły dzień, »teraz« i »kiedyś« mieszają się ze sobą. W różnych kątach domu słyszę głosy mamusi i tatusia. Czasem kłócą się o to, kto ma iść do sklepu. Czasem dochodzi mnie brzęknięcie widełek i terkot przesuwanej tarczy starego telefonu w przedpokoju, a potem mamusia rozmawia ze szkołą i tłumaczy, że znów jestem chory. Czasem budzi mnie, wołając na śniadanie. A potem zapada cisza i przypominam sobie, że odeszli. Tylko bogowie wiedzą dokąd.”[1].

Wyzwanie wydaje się jeszcze większe, kiedy okazuje się, że ktoś właśnie taki, zaburzony, a konkretnie Ted Bannerman, jest narratorem w powieści. Na szczęście nie jedynym.

„Tak czy inaczej moja dobra rada brzmi: jeśli nie podoba ci się to, co się dzieje, idź spać, a prawdopodobnie wszystko samo wróci do normy”[2].

Drugim narratorem jest kotka o imieniu Olivia. Trzecim Delilah Walters, starsza siostra Laury, która zaginęła w wieku lat sześciu, około dziesięć lat temu. Delilah nadal uparcie szuka siostry, a na początku tej opowieści dowiaduje się, że kiedyś policja podejrzewała o uprowadzenie Laury Teda Bannermana, ale przeszukanie jego domu nic nie dało, poza tym wydawało się, że miał alibi.

Ted Bannerman mieszka z Olivią i Lauren w ostatnim domu na końcu jednokierunkowej ulicy. Właściwie to w przedostatnim, ale ten naprawdę ostatni, latami stał pusty i Ted przyzwyczaił się do myśli, że mieszka na końcu drogi. W końcu jednak ostatni dom został wynajęty. Zamieszkała w nim… Delilah Walters. Tak rozpoczyna się wciągająca historia poszukiwań Laury Walters, powiązana z Tedem Bannermanem, jego niezwykle tajemniczą córką, Lauren, uzupełniona obserwacjami kotki Olivii, Człowieka Żuka i Delilah Walters. Wydaje się początkowo, że najważniejszą sprawą jest tożsamość Lauren, która raz jest w domu Teda, innym razem gdzieś jest odsyłana… Kiedy czasem wydawało mi się, że już wiem, o co tu chodzi, znam prawdę, nieodmiennie okazywało się, że nie miałem racji i napięcie rosło.

Wciągająca powieść sensacyjna na niezłym poziomie. Oraz, co ostatnio rzadko się zdarza, wydrukowana na porządnym papierze.



















--
1. Catriona Ward, „Ostatni dom na zapomnianej ulicy”, przekład Martyna Tomczak, wyd Czwarta Strona, 2021, s. 27.
2. Tamże, s. 39.

 

 Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Jak pozbyć się Lily Amberson?

 „Zamilknij na zawsze” – Keri Beevis

Trzydziestoletnia Lila Amberson nie miała ochoty na randkę w ciemno, ale koleżanka z pracy nie dawała jej spokoju, więc w końcu się zgodziła. Randka się nie udała, a w drodze powrotnej miał miejsce tragiczny wypadek samochodowy, z którego uszła z życiem tylko ona. Drugim autem jechała siedemnastoletnia Stephanie Whitman, przyrodnia siostra Jacka Foleya, znanego autora powieści sensacyjnych i dziedziczka sporej fortuny.
Lila, po wypisaniu ze szpitala, kuśtykając o kulach, wpada na bardzo zły pomysł, żeby wybrać się na pogrzeb Stephanie; nie jest tam mile widziana, ale dzięki temu nawiązuje bliższą znajomość z Jackiem.

Lila Amberson daje Foleyowi medalion, który dostała w szpitalu z resztą swoich rzeczy, bo uważa, że należał on do Staphanie i wydano jej go pomyłkowo. Okazuje się jednak, że sprawa medalionu z literą „S” nie jest taka prosta. Skąd więc się wziął, czyją własność stanowił?

Lila początkowo nie może przypomnieć sobie szczegółów randki i katastrofy, ale powoli pamięć jej wraca. A czytelnik zaczyna się domyślać, że to nie był zwyczajny wypadek. Tym bardziej, że Elliot, brat Lily, który opiekował się nią w szpitalu, twierdzi, że miała tam miejsce próba ataku na jego siostrę. Gdy kilka dni później zakapturzony mężczyzna próbuje wepchnąć ją pod autobus, jasne staje się, że komuś bardzo ona przeszkadza.

„– Zostałaś zaatakowana w szpitalu? – spytał Jack, wkurzony, że dopiero teraz się o tym dowiaduje.
Lila nie odpowiedziała, tylko ciągle patrzyła na brata.
– Przepraszam – powiedział Elliot – Wcześniej twierdziłem, że mogło mi się tylko wydawać, ale co, jeśli facet, który wepchnął cię pod autobus, już wcześniej dybał na twoje życie?”[1].

Niewiele brakowało, a w tym tragicznym wypadku straciłaby życie także Lila, ale z tonącego samochodu wyratował ją mężczyzna, który mieszkał w pobliżu miejsca zdarzenia.

„Kiedy po wybudzeniu się ze śpiączki dowiedziała się, że Richard Gruger uratował jej życie, bardzo chciała się z nim spotkać. Czuła, że ma wobec niego ogromny dług wdzięczności. Wmówiła też sobie, że na pewno nadają na tych samych falach i połączy ich jakaś głębsza więź. Nie spodziewała się, że ten facet będzie wzbudzał w niej strach”[2].

W ten oto sposób tragiczne, ale w sumie banalne wydarzenie – wypadki drogowe zdarzają się codziennie – staje się plątaniną zagadek, mrocznych tajemnic i narastającego niebezpieczeństwa, któremu stawić czoła muszą Lila Amberson i Jack Foley. Tak, razem, bo wątek romansowy w tej, całkiem niezłej, powieści sensacyjnej, też jest obecny.

„Zamilknij na zawsze” to literatura typowo rozrywkowa. Na pewno zapewni dobrą zabawę w plażowym koszu lub w podróży. Może momentami nieco naiwna i wyraźnie zbyt długa (Bo współczesna powieść musi być grupa, prawda? Nawet jeśli oznacza to dołączenie kompletnie zbędnych wątków, jak ten, z niedoszłym szwagrem Foleya), ale ogólnie – może być.










---
1. Keri Beevis, „Zamilknij na zawsze”, przekład Paweł Wolak,, Muza 2021, s. 87.
2. Tamże, s. 142.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Tyle samo prawd ile kłamstw...

 „Wakacje gwiazd w PRL” – Krystyna Gucewicz

Lektura wywołała we mnie mnóstwo ambiwalentnych odczuć. Z jednej strony bywał to wspomnień czar i sentymenty z czasów dzieciństwa, ale z drugiej solidna irytacja, bo to dowcipasy niezbyt wysokiego lotu, plotkarstwo godne pisma „Fakt” i zwyczajne fantazje, okraszone pogardliwą drwiną i złośliwościami. I tak, ze skrajności w skrajność, przez całą – oczywiście bardzo grubą – książkę. Bo problem z publikacjami tego typu jest taki, że ja niektóre z opisywanych w nich czasów i zdarzeń pamiętam… niestety.

Ta książka to kuferek przygód, wspomnień własnych i podarowanych przez wybitnych artystów – przyjaciół domu, znajomych, idoli. Patchwork, magiczna układanka, trochę jak w kalejdoskopie z różnokolorowych szkiełek. Taki był świat. A wszystko to zdarzyło się naprawdę[1].

Moim zdaniem w książce opisanych jest wiele realiów czasów PRL, zapewne większość, i nieco mniej fantasmagorii, urojeń i cudacznych przekonań autorki oraz innych osób, na ten temat. Czasem te przekłamania walą po oczach, ale zwykle jednak są zawoalowane. Przykład:

Dziś trudno uwierzyć, że do późnych lat 60. państwo nie przewidywało posiadania samochodów przez zwykłych obywateli
[2].

To prawda że nie mam pojęcia, co wtedy przewidywało państwo, ale ponad wszelką wątpliwość w późnych latach sześćdziesiątych w Polsce (i nie tylko) Polacy (niewielu) jeździli prywatnymi samochodami marki Warszawa (produkowana od 1951 roku), Syrena (produkowana od 1957 roku), Pobieda (w Polsce od 1951), P-70(1955). Z czasem zaczynały pojawiać się pierwsze Wartburgi (1955), Zaporożce (1960), Škody… Dygnitarze jeździli limuzynami marki Czajka niedostępnymi dla zwykłych obywateli.

…Kazik, kąśliwy obserwator naszych czasów, wyśpiewał słusznie, że kochamy dzieci, ale wolne się nam należy. Wcześniej, czytaj w Polsce Ludowej, nie do pomyślenia. Nie do pomyślenia też laptop, gry komputerowe, telefon komórkowy, nawet klocki lego, obecne tylko na obrazku aż do połowy lat 70. Takie wynalazki nie występowały w naturze[3].

Czy w Polsce Ludowej brak telefonów komórkowych i laptopów w latach czterdziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i aż do połowy siedemdziesiątych, to na pewno wina PRL? A jak wyglądają fakty? Pierwszym komercyjnie oferowanym laptopem był Grid Compass Computer. Zaprojektowany w roku 1979 był używany w programie NASA dotyczącym promów kosmicznych. We wrześniu 1975 opublikowano amerykańskie zgłoszenie patentowe firmy Motorola pod tytułem „Radio telephone system”. Pierwsza sieć telefonii komórkowej została uruchomiona w Japonii w 1979 (NTT).
Poza tym, co w PRL było niby nie do pomyślenia? Że kochamy dzieci? Owszem, było do pomyślenia, jak najbardziej. Że wolne się nam należy? W PRL, choć może się to wydawać nieprawdopodobne, nie pracowało się od świtu do nocy, siedem dni w tygodniu. Urlopy – to niesamowite! – też były.

Świetna anegdota dotycząca Grzegorza Fitelberga, po powrocie z emigracji dyrygenta Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach:

W hotelu podsuwają mu do wypełnienia kartę meldunkową, z czym w Europie wcześniej się nie spotkał[4].

No, to pewnie zależy w jakiej Europie, bo we Francji w latach pięćdziesiątych i później, wszystkie hotele o świcie odwiedzał policjant i odbierał karty meldunkowe gości z poprzedniej doby. W innych krajach – nie wiem.

„…Nie ze mną te numery Brunner – to oczywiście niezłomny Hans Kloss-Mikulski do Emila Karewicza w Stawce większej niż życie”[5]. 

To oczywiście oczywista bzdura. W serialu nigdy takie słowa nie padły. W odcinku 14, „Edyta”, jest za to: „Takie sztuczki nie ze mną, Brunner. Zapominasz, z kim mówisz”.

W „Wakacjach gwiazd PRL”, jak tytuł wskazuje, wszystko obraca się wokół wyjazdów i gwiazd, ale dzięki setkom dygresji (niektóre widać w cytatach), dotyka najróżniejszych aspektów życia w PRL. Wiele zdjęć (oczywiście czarno-białych, bo przecież „komuna” była szara…), fragmenty piosenek, stare kawały i zabawne anegdoty, wspomnienia z Rabki, Sopotu, Zakopanego. To byłaby wspaniała książka, gdyby tylko była w pełni wiarygodna. W sumie i tak jest nieźle, i czytelnicy, którzy są w stanie odróżnić fakty i rzeczywistość od rojeń, mogą mieć z lektury sporo uciechy. Nieco gorzej przedstawia się sprawa z czytelnikami młodszymi – mogliby uwierzyć, że wszystko to jest samą prawdą. Czy mogliby uwierzyć w taką na przykład oto opowieść? Kiedy kręcono w Poroninie film o Leninie, aktor, Rosjanin, grający Lenina, nie korzystał z toalety przez wiele dni (nie oddawał moczu, nie wypróżniał się), bo takiej postaci po prostu nie wypada. Może i śmieszne, ale fizjologicznie nie wydaje się możliwe. A „komunie” można postawić wiele jak najbardziej realnych zarzutów, nie trzeba w tym celu tworzyć fantazmatów, nawet zabawnych.

Zaobserwowałem też znaczne różnice między poczuciem humoru autorki książki i jej znajomych, prezentowanych przez nią gwiazdorów, a moim i mojego – jakże zwykłego – środowiska. Jastrzębia Góra. Markowski z Pendereckim spacerują. Markowski jest… przynapity (takie określenie poznałem dopiero dzięki Gucewicz). Do Markowskiego podchodzi mała dziewczynka, która na głowie ma chusteczkę w groszki, i grzecznie pyta o godzinę. Ten odpowiada:

„Za dwadzieścia pierwsza, ty pieprzony czerwony kapturku”[6].

Ponoć Krzysztof Penderecki tak się śmiał z tego fantastycznego kawału, że długo nie mógł się uspokoić. No cóż… Za moich czasów i w moim środowisku coś takiego nazwano by ordynarnym chamstwem, a nie znakomitym poczuciem humoru.


Z obserwacji niektórych członków własnej rodziny wiem, że czasem staruszkowie luki w pamięci wypełniają rojeniami, w które zresztą święcie wierzą. Tak to po prostu jest i nie ma się co obrażać. Dziwi mnie tylko, że takich… hm… rewelacji nie wyłapała redaktorka merytoryczna. A książka przez ręce takowej rzekomo przeszła.

Wspomniałem o fragmentach piosenek z tamtych lat (przy niektórych z nich łza kręciła mi się w oku, bo przecież ten szlagier to na koloniach, gdy poznałem właśnie…), więc przy okazji i mnie przypomniała się piosenka śpiewana kiedyś przez Izabelę Trojanowską:

Tyle samo prawd ile kłamstw
rządzi całym światem mym
Tyle samo prawd ile kłamstw
kieruje nim…


Książkę szczerze polecam czytelnikom starszym (wspomnienia z dzieciństwa, młodość), obdarzonym dobrą pamięcią i potrafiących czytać ze zrozumieniem, a przynajmniej uważnie. Bywa zabawnie i nostalgicznie, ale nie we wszystko trzeba wierzyć.











---
1. Krystyna Gucewicz, „Wakacje gwiazd PRL”, Muza, 2021, s. 7.
2. Tamże, s. 15.
3. Tamże, s. 46.
4. Tamże, s. 58.
5. Tamże, s. 267.
6. Tamże, s. 293.




@wydawnictwomuza, @muza.black

czwartek, 10 czerwca 2021

Meandry zabójczego umysłu

 „Morderczynie i psychopatki” – Nahlah Saimeh

Nahlah Saimeh, Niemka, córka Jordańczyka, rocznik 1966, marzyła o zawodzie chirurżki (tak jest w książce!), okazało się jednak, że do tego zawodu ma zbyt słabą sprawność manualną, więc postawiła na psychiatrię, a po pewnym czasie wyspecjalizowała się w psychiatrii sądowej. Doktorat w 1999. Od 2018 roku prowadzi samodzielną działalność jako psychiatra sądowy w Düsseldorfie.
Tego typu informacje są dla mnie ważne, kiedy zabieram się do lektury publikacji popularno-naukowej. Chodzi o wiarygodność, rzecz jasna, bo w ostatnich dwudziestu latach obserwuję, jak na specjalistyczne tematy wypowiadają się ex cathedra kompletni, choć pełni zapału, laicy. Trend ten wyraźnie się nasila – wszak pisać każdy może.

Moje zadanie jest ściśle zdefiniowane w ramach postępowania karnego oraz procesu wykonywania kary. Chodzi o udzielenie sądowi fachowych porad psychiatrycznych, o opracowanie analizy psychiatrycznej z zakresu medycyny sądowej, aby dzięki tej wiedzy sąd mógł samodzielnie i krytycznie pracować nad sprawą. Nie oceniam sprawczyń i sprawców, lecz usiłuję odkryć, czy cierpią oni na choroby psychiczne w ścisłym tego słowa znaczeniu…
*.

W tych niewielu momentach, gdy autorka formułuje bardziej ogólne tezy, dobrze byłoby szybko uświadomić sobie, że dotyczą one tylko Niemiec, a nie całego świata, ani nawet nie Europy, a także że prawdziwe są jedynie przy założeniach, jakie Saimeh przyjęła. Na przykład statystyka, która pokazuje, że ciężkich przestępstw z użyciem przemocy kobiety dokonują wiele razy rzadziej niż mężczyźni. Wydawałoby się, że to raczej dobrze świadczy o kobietach, zwłaszcza jeśli przeoczy się „z użyciem przemocy”. Przestępstw można popełnić nieskończenie wiele i wcale nie wszystkie one wiążą się z użyciem przemocy. A panie, ewidentnie znacznie częściej niż mężczyźni, zabijają noworodki i małe dzieci.

„Morderczynie i psychopatki” to osiem przypadków, z którymi zetknęła się w swej pracy Nahlah Saimeh. Czasem przestępczyni trafiała do niej podczas przygotowań do procesu, ale bywało i tak, że dopiero kilkanaście lat po wydaniu wyroku. Tak było w przypadku kobiety, która wraz z kochankiem wynajęła zabójcę jego żony. Psychiatrka sądowa (cóż, analogicznie do chirurżki, choć mnie to jednak kłuje w oczy) tym razem badała poziom ryzyka, jaki wiązał się z ewentualnym wcześniejszym zwolnieniem skazanej.

Książka jest czymś w rodzaju specyficznego pitawalu. Bardzo ciekawa i wciągająca, zwłaszcza że autorka zbeletryzowała opisywane przypadki tak, by mógł je czytać i rozumieć w zasadzie każdy przeciętnie rozgarnięty człowiek. Tak więc do lektury nie jest potrzebne przygotowanie prawnicze, czy psychiatryczne. A badanie meandrów kobiecej psychiki zawsze jest ciekawe, zwłaszcza w przypadku morderczyń.
Dobra robota, polecam.





---
* Nahlah Saimeh, „Morderczynie i psychopatki”, przekład Viktor Grotowicz, Muza, 2021, s. 12-13.

wtorek, 8 czerwca 2021

Zakłamany świat alkoholików

 „Informacja zwrotna” – Jakub Żulczyk

Informacja zwrotna to termin wywodzący się z zajęć psychoterapii grupowej, w tym akurat przypadku – odwykowej. Jest specyficzną formą komentarza, oceny, zachowania, czy wypowiedzi, innego uczestnika spotkania. Zasady udzielania informacji zwrotnych są ściśle określone. Nie wolno powiedzieć: łżesz jak pies i mnie wkurzasz, bo według zasad powinno to brzmieć: odnoszę wrażenie, że nie jesteś z nami w pełni szczery, a słuchając twojej wypowiedzi, czułem irytację, ewentualnie towarzyszyło mi uczucie złości. Ot, udziwniony, sztuczny język, stworzony przez psychoterapeutów, który w zamyśle (prawdopodobnie) powinien gwarantować uczestnikom psychoterapii grupowej poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego.
Wydaje się, że Marian Kania (czyżby alter ego Żulczyka?) uważa informacje zwrotne za ratunek i szansę dla świata, który porównuje do Big Brothera.

Z naszej perspektywy w każdej edycji Big Brothera występowali sami alkoholicy, potencjalni lub prawdziwi. Ale z naszej perspektywy całe dorosłe życie to Wielki Brat. Wszyscy są uzależnieni. Nikt nie jest szczery. Nikt nie potrafi udzielić nikomu informacji zwrotnej. Czytaj: nikt nie potrafi powiedzieć nikomu prawdy. Uczymy się mówienia prawdy dopiero teraz, mozolnie i w pocie czoła: gdy patrzymy drugiej osobie w oczy i informujemy ją, co dokładnie o niej myślimy i jak odbieramy to, co powiedziała[1].

Choć autor bardzo się starał, to jednak nie przekonał mnie, że świat byłby rajem, gdyby tylko ludzie porozumiewali się ze sobą, używając wyłącznie – wyuczonych na grupowej psychoterapii odwykowej – informacji zwrotnych. Ja tam profesjonalistą nie jestem, nie znam się i pewnie się mylę, ale wydaje mi się, że taka terapia grupowa powinna uczyć alkoholików normalnego życia, a nie wpajać im marzenia o tym, by cały świat stał się grupą terapeutyczną z jej udziwnionymi zasadami, czyli… dostosował się do nich. Ale to jest zapewne typowe dla uczestników i absolwentów różnych psychoterapii i mija po kilkunastu miesiącach lub kilku latach.

Pierwszoplanową postacią powieści i narratorem jednocześnie jest alkoholik, Marcin Kania, były muzyk, basista popularnego dawno temu zespołu rockowego. Marcin Kania poddał się psychoterapii odwykowej w ośrodku o nazwie „Jutro” (klienci to „Jutrzaki”), ale po pewnym czasie upił się tak bardzo, że niewiele pamięta, a dokładnie tyle tylko, że z pijackiego ciągu obudził się w mieszkaniu swojego syna (Piotr, lat 25), że na pościeli upchanej w pralce była krew i… to właściwie wszystko. Syn gdzieś zniknął, a Marcin Kania w złym stanie fizycznym i psychicznym przywlókł się do „Jutra”; próbuje zrozumieć i przypomnieć sobie, co się stało. Później, dzień za dniem, szuka syna. I przypomina sobie coraz więcej. Z feralnego dnia, ale też z przeszłości bardziej odległej. Przede wszystkim jednak kłamie. Nie dość, że okłamuje członków rodziny, kolegów i „Jutrzaków”, co może jeszcze dałoby się zrozumieć, ale głównie samego siebie.

Zaintrygowało mnie to, w jaki sposób Kania/Żulczyk postrzega, a w każdym razie opisuje, chorobę alkoholową, alkoholizm, a czyni to nieco przewrotnie, bo to uchlewanie się z jednej strony jest złe, ale z drugiej jakieś takie metafizyczno-oniryczne, przygodowe, pełne egzystencjalnego bólu istnienia, a więc do pewnego stopnia… pociągające. Może nawet uwznioślające. Te szalone, ale jakże urokliwe i romantyczne, nocne eskapady po mieście z wiernym stangretem (taksówkarzem), wykupywanie wszystkich kwiatów w kwiaciarni, by ofiarować je sprzedawczyni w nocnym sklepie…

A czysta wódka to coś niebywałego. Wódka to piękna srebrna struna, która biegnie przez całą rzeczywistość, napina ją, prostuje, sprawia, że wszystko się trzyma kupy; zaklęcie, które zawsze działa. To niesamowite, że ludzie wymyślili coś takiego[2].

Picie to wspaniała sprawa, najlepsza na świecie. Mówią, że picie przynosi wstyd. Gówno prawda. Picie przynosi mi dumę. Picie to moja moc. /…/ Pić to nagle stać się bogatym. Codziennie wygrywać w totolotka. Pić to być odważnym, to nosić miecz i mówić prawdę, mieć czapkę Stańczyka. Pić to wzbijać się w powietrze…[3].

Oczywiście kac, ból głowy (i nie tylko), wyschnięte gardło, to nic przyjemnego. Wyrzuty sumienia z powodu tego, co znowu się w życiu zawaliło, też na pewno nie są pociągające, ale przecież wystarczy zero siedem litra i nieomalże natychmiast człowiek przenosi się do swojego Fajnego Pokoju, w którym staje się najszczęśliwszym królem życia.

Mniej więcej w połowie książki dobra dotąd powieść społeczno-obyczajowa, znakomity dramat psychologiczny, zyskuje wątek pozornie kryminalny, który pasuje tu, jak pięść do nosa, ale w pewnym momencie staje się nieomalże pierwszoplanowy. Okazuje się, że Piotr Kania (informatyk, hacker) starał się pomagać lokatorom pokrzywdzonym w aferze reprywatyzacyjnej, a kręcili tym bardzo źli ludzie, niebezpieczni. Zastanawiałem się przez chwilę, czemu w 2020 roku autor wraca akurat do przekrętów z reprywatyzacją (czasy Gronkiewicz-Waltz), ale niczego nie wymyśliłem. Za to pewien jestem, że spodoba się to bardzo towarzyszom z pewnej partii. 
Zapewne autor uznał, że na dwie grube książki, bo przecież książka koniecznie musi być gruba, nie starczy mu inwencji, więc wykorzystał i scalił w jedno dwa pomysły.

Przeczytałem dwie książki Żulczyka, bo też „Ślepnąc od świateł” (serial jest znacznie ciekawszy, co rzadko się zdarza) i uważam, że jest jednym z lepszych polskich autorów współczesnych. Tyle tylko, że mnie ten jego styl, czy maniera, umiarkowanie się podoba. Meandry świadomości lub podświadomości, wynikające z braku snu albo z pijaństwa, to jakoś nie mój „klimat” i wydaje mi się, że bez tych… ozdobników byłoby znacznie lepiej. Zapewne nie mam racji. W każdym razie „Informacja zwrotna” okazała się wystarczająco dobra, żebym chciał się dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. Jednak za najlepszy uważam wątek trzeci, objętościowo najskromniejszy: złożona problematyka zaburzenia nazywanego DDA – Dorosłe Dzieci Alkoholików. Chodzi o to, że alkoholizm w rodzinie zmienia psychikę dzieci, z czasem dorosłych już ludzi, właściwie nieodwracalnie; może nawet bardziej niż stres pourazowy. W powieści dotknięci DDA, choć w różny sposób, są syn i córka Marcina Kani. W życiu… setki tysięcy Polaków.






---
1. Jakub Żulczyk, „Informacja zwrotna”, Świat Książki, 2021, s. 150.
2. Tamże, s. 36.
3. Tamże, s. 212.

środa, 2 czerwca 2021

Kochaj bliźniego aż do śmierci

 „Stulecie trucicieli” - Linda Stratmann

Trucicieli, jak się przekonamy w dalszej części tej książki, często uznawano za najgorszy rodzaj zbrodniarzy. Niejawność ich ataku i planowanie go z zimną krwią, a nie dokonanie pod wpływem chwili, wzbudzały szczególne przerażenie. Trucizna zagrażała ustalonemu porządkowi społecznemu. Dawała do ręki śmiertelną broń tym, którzy wobec prawa i obowiązujących zwyczajów nie powinni zostać dopuszczeni do sprawowania władzy. Pozwalała dzieciom zamordować rodziców, służącym – swoich pracodawców, a żonom – mężów. Sędziowie magistratu, lekarze i politycy, którzy byli pewni, że nigdy nie zostaną zasztyletowani w pijackiej bójce, wiedzieli, że mogą zostać otruci przez córkę, żonę lub kucharkę, więc czuli się zagrożeni i bezbronni[1].

Jest to książka o truciznach, trucicielach, o motywach ich działania, o ciekawych, co nie zawsze oznacza, że spektakularnych, przypadkach, o poważnych problemach prawnych, medycznych i chemicznych związanych z truciznami i otruciami w dziewiętnastym wieku oraz w początkach dwudziestego, o rozwoju medycyny sądowej i toksykologii.
„Stulecie trucicieli” w zasadzie obejmuje cały wiek dziewiętnasty, ale znaleźć w niej można przypadki, które miały miejsce w wieku XX, a nawet XXI. W 2015 roku Jesse William Korff skazany został za wyrabianie abryny (trująca glikoproteina) i jej internetową sprzedaż wraz z instrukcją, jak odmierzyć dawkę śmiertelną w zależności od wagi ofiary.

Powyższy cytat w pierwszej chwili sprawia wrażenie przesadnego, ale tylko dopóki czytelnik nie zda sobie sprawy, że „wtedy” bardzo różniło się od „teraz”. Obecnie, owszem, też jest możliwe stworzenie trucizny, ale wymagałoby to sporej wiedzy i najczęściej także dostępu do lekarskiego bloczka z receptami. Albo jakiegoś laboratorium chemicznego. W czasach opisywanych przez Lindę Stratmann arszenik, na przykład, był stosunkowo tani, bardzo łatwo dostępny – można go było kupić za kilka pensów w tutce papierowej, popularny i szeroko stosowany w gospodarstwach domowych i wiejskich do różnych celów. Praktycznie pozbawiony smaku i bezwonny, sprzedawany był w czystej postaci bez jakichkolwiek ograniczeń w aptekach, drogeriach i innych sklepach. Były to warunki i okoliczności, w których można się było bać. Do tego dochodziły problemy z udowodnieniem mordercy, że kogoś otruł; objawy zatrucia arszenikiem bardzo przypominały objawy cholery – wcale nie tak rzadkiej w połowie XIX wieku.
Rzecz jasna truciciele używali nie tylko arszeniku, ale w pierwszej połowie XIX wieku był on prawdopodobnie najbardziej popularny. Inne trucizny to opium i jego roztwór o nazwie laudanum, strychnina, kantarydyna, belladonna, cyjanek, morfina i inne.

Zaskoczyło mnie, że autorka tłumaczy się w pewnym momencie z potraktowania po macoszemu kwestii motywów trucicieli, bo podobno praca miała dotyczyć czegoś innego. Jednak przyznam, że gdyby sama o tym nie wspomniała, to ja bym takich niedostatków nie zauważył; na mój gust motywów jest wystarczająco wiele, a niektóre z nich znakomicie rozwiewają nasze naiwne, nieoparte na faktach przekonania i rojenia.

Dzieciobójstwo było najpowszechniejszym zarzutem wobec kobiet w XIX wieku. W latach 1801-1900 w Old Bailey odbyło się 199 rozpraw dzieciobójców i w prawie wszystkich przypadkach sprawcami okazywały się matki. Ofiary to najczęściej noworodki oraz kilkudniowe lub kilkutygodniowe niemowlęta[2].

Wygląda na to, że wiele mam kocha swoje dzieci, ale pieniążki bardziej. Wprawdzie do zwiększenia liczby śmiertelnych otruć dzieci znakomicie przyczyniły się Towarzystwa Pogrzebowe (składka – 1 pens tygodniowo, ale jak dziecko zmarło, to rodzice otrzymywali od Towarzystwa 2-5 funtów na wyprawienie pogrzebu), jednak fakt ten co najwyżej ułatwia zrozumienie postępowania matek, jednak go nie usprawiedliwia.

Linda Stratmann prezentuje w swojej książce (kapitalna okładka) wyjątkowo rzetelnie i chronologicznie postępujące zmiany we wszystkich dziedzinach wiedzy, nauki i praktyki, związanych z trucicielami i truciznami, jakie następowały przez cały wiek dziewiętnasty. Od właściwie zupełnej bezradności władz wobec trucicieli, do pewnego diagnozowania.

W „Stuleciu trucicieli” z konieczności znalazły się też opisy nieco drastyczne: techniki, sposoby i metody badań wydzielin i wydalin, opisy konsystencji i zapachu rozkładających się narządów itp., jednak zdecydowanie autorka robi to umiejętnie, bez dostarczania miłośnikom obrzydliwości ich ulubionej podniety i bez epatowania pozostałych. Trudne w czytaniu wydawały mi się opisy doświadczeń na zwierzętach, zapewne jednak były niezbędne w wiarygodnej publikacji popularno-naukowej.











---
1. Linda Stratmann, „Stulecie trucicieli”, przekład Katarzyna Skawran, Wydawnictwo RM, wydanie III, 2021, s. 20.
2. 2. Tamże, s. 95.









Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 30 maja 2021

Po co gadać z czarnuchami?!

 „Bardzo długie popołudnie” – Inga Vesper

Wczoraj pocałowałam męża po raz ostatni. On oczywiście jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy…[1].

Tak się cała ta historia zaczyna. Joyce postanawia… wyjechać? uciec? W każdym razie jakoś zniknąć.

Nie powinnam malować. Frank tego nie lubi. Chociaż Genevieve Crane twierdzi, że jestem niezwykle utalentowana. Matka, która sobie dogadza, gdy trzeba zaplanować posiłki, odkurzyć dywany i zadbać o świeże kwiaty w wazonach, daje zły przykład dzieciom[2].

Powinnam skoncentrować się na obowiązkach. Nigdy nie robię tego wystarczająco dobrze, choćbym nie wiem, jak bardzo się przykładała. Frank zawsze potrafi mi to udowodnić – pokazując palcem kurz na półce, lepką plamę soku na podłodze, kosz śmierdzący brudną pieluchą[3].

Ciekawy typek z tego Franka. Nie lubi też, kiedy żona podlewa kwiaty w czasie okresu, bo uważa, że wtedy jej trujące miazmaty szkodzą roślinom. Tak w ogóle, to on wielu rzeczy nie lubi, więc nic dziwnego, że Joyce zaplanowała, ze pewnego dnia pocałuje go po raz ostatni. Przypomniało mi to horror „Żony ze Stepford”. Tylko ta krew…

Czarnoskóra pomoc domowa, Ruby Wright (jest rok 1959, więc segregacja rasowa w USA trwa w najlepsze i wiele lat jeszcze potrwa), przyjeżdża, jak trzy razy w tygodniu, sprzątać w domu Joyce Haney (oraz innych domach w zamożnej dzielnicy Sunnylakes). Małe dzieci są same, w kuchni widoczne są ślady krwi. O miejscu pobytu Joyce nikt nic nie wie, zniknęła. Frank Haney wyjechał w sprawach zawodowych, czyli ma alibi. Detektyw, Michael Blanke, nowy w Santa Monica, prowadzi śledztwo, na razie w sprawie zaginięcia.

Brooklyński detektyw, Michael Blanke, któremu nie powiodło się w wielkim mieście, do Santa Monica (w latach pięćdziesiątych była to pipidówa) właściwie został zesłany. Jako człowiek z zewnątrz, działa według mocno odmiennych metod, a jego techniki, sposoby i metody śledcze mocno różnią się od tych, do których przywykła lokalna policja. Na przykład stara się rozmawiać z Ruby – dziwak, który nie wie, że z czarnuchami się nie rozmawia, im się tylko wydaje polecenia. A Ruby, okazuje się, wie bardzo dużo, choćby to, że pani Ingram ma romans i nawet wie z kim, wie albo może się dowiedzieć, co takiego widziała Barbara, córka Joyce i wiele innych takich.

Problem stanowią kobiety. Pani Ingram, pani Crane, panna Klintz. Fran ma rację, Mick po prostu nie potrafi się dogadać z mieszkańcami Sunnylakes. Niedobrze. Bo Joyce Haney kończy się czas – o ile już się nie skończył[4].

Książka składa się na zmianę z rozdziałów/relacji Michaela, Ruby i Joyce. „Bardzo długie popołudnie” to niezły kryminał społeczno-obyczajowy oraz – jak twierdzi sama autorka – książka o feminizmie. Jest to powieść, którą można polecić tym, którzy nie gustują w odrażających scenach gwałtów, bestialskich tortur, upokarzania kobiet, drobiazgowo szczegółowych opisów ran itp. Według dzisiejszych standardów jest kryminałem po prostu łagodnym i niewątpliwie inspirowanym ruchem Black Lives Matter. Czytelnik może się zastanawiać, jakie predyspozycje miała autorka, biała kobieta, urodzona w Niemczech, mieszkanka Londynu, by pisać o latach pięćdziesiątych w USA i segregacji rasowej, więc po prostu dobrze jest zdawać sobie sprawę, że to jednak nie jest dokument. Polecam.







---
1. Inga Vesper, „Bardzo długie popołudnie”, przekład Jacek Żuławnik, Wydawnictwo Słowne, 2021, s. 9.
2. Tamże, s. 67.
3. Tamże, s. 111.
4. Tamże, s. 136.