piątek, 1 lipca 2022

Tajemniczy, sławny, przegrany

 „Żongler. Romain Gary” – Agata Tuszyńska

Raz już natknąłem się na biografię w taki właśnie dziwny sposób napisaną, a była to biografia Rafała Wojaczka napisana przez Bogusława Kierca (warto zerknąć, bo od razu będzie wiadomo, o co chodzi: http://autopamflet.blogspot.com/2007/12/b-kierc-i-wojaczek.html). Wygląda na to, że nie tylko Kierc pisał biografie tak… specyficznie. Więc może to jakaś nowa odmiana biografii, może – uchowaj Boże – jest takich więcej?

„Żongler” to właściwie dwie książki. Jedna mogłaby nosić tytuł „Ja, Agata Tuszyńska”. Druga „O Romanie Kacewie”. Skoro już zostały połączone w jedną całość, to szkoda, że tekstów każdej z nich nie wyróżniono kolorami – wiedziałbym, których fragmentów unikać.

„Życie przed sobą” poleciła mi ciotka. Miałem wtedy może ze dwadzieścia lat. Na zachętę ciotka dodała, że autor, Émile Ajar, pisał też pod pseudonimem Romain Gary, ale wydawcy i krytycy bardzo długo nie wiedzieli, że to ta sama osoba. Pod obiema pseudonimami zdobywał liczące się nagrody literackie. Wyobrażałem sobie, że zapewne miał wiele uciechy śledząc dyskusje profesjonalistów, którzy porównywali pisarstwo jednego i drugiego oraz dowodzili wyższości raz tego, raz tamtego. O tym, że tych nazwisk i osobowości było dużo więcej, dowiedziałem się znacznie później. Także i tego, że te metamorfozy nie były ze strony Kacewa/Gary/Ajara intelektualną zabawą, że miały charakter eskapiczny. A „Życie przed sobą” do dziś uważam za jedną z najlepszych książek, jakie czytałem. Jest ona po prostu genialna.

Tuszyńska o swojej pracy:
Trudnię się dziwacznym zajęciem. Zajęciem niekoniecznym. Zbieram linie papilarne ulic. Zdejmuję je ze schodzonych chodników teraźniejszości. Robię to bez użycia narzędzi. Gołymi rękami, z pomocą oczu i nosa. Przenikam w głąb, pod skórę czasu…[1].

Biografia Romana Kacewa (Romaina Gary, Émile’a Ajara) to koszmarne wyzwanie. Razem z matką tworzyli wiecznie nowe osobowości, zmieniali imiona, nazwiska, dane biograficzne w ogóle, wszystkie możliwe informacje o sobie. Udawali, konfabulowali, grali. Z paszportu Miny Kacew łatwiej można dowiedzieć się, kiedy kupiła buty (sic!), niż cokolwiek pewnego o niej samej. Tropiąc zagmatwane ślady pisarza i jego rodziny Tuszyńska wykonała kawał dobrej roboty. Jednak… Nie byłem w stanie gładko dryfować z nurtem potoku jaźni Agaty Tuszyńskiej. Co chwilę obijałem się o jakieś przeszkody, zdania, określenia, pojęcia, wyrazy, które nie pasowały mi do narracji i ją rozbijały.

Tymczasem po raz szósty się przeprowadzali, więc kufry, pakowanie, kulisy[2].

Kulisy? Jakie kulisy? Kulisy to zdaje się część teatru za sceną, niewidoczna dla widzów. Może chodziło o kulisów, którzy podczas przeprowadzki dźwigali toboły z rzeczami? W końcu uznałem, że to zapewne jakiś skrót myślowy autorki. Gdybym był w stanie podążać śladami jej myśli, to zapewne bez chwili wahania wiedziałbym, o co chodzi. Jednak coś takiego rzadko mi się udawało, a takich momentów jest w książce więcej.

Kameleonowate nie dostosowują swojej barwy do otoczenia, podłoża – barwa zwierzęcia zmienia się wraz ze zmianą stanu fizycznego i emocjonalnego, zmianą temperatury i natężenia światła, jest też formą komunikacji z innymi osobnikami. To informacje z końca mojej podstawówki. Jednak na swoich dziwnych przekonaniach na temat kameleonów Tuszyńska zbudowała poważną interpretację postaw i zachowań Romana Kacewa. Choć przecież wiedziała, choćby z Wikipedii (rozpoznałem tekst w książce, s. 201), jak to naprawdę jest w tymi kameleonami. A może jej przekonania wydawały jej się bardziej wartościowe i barwne niż fakty.

Intrygujące wydały mi się rozważania Tuszyńskiej na temat popularności biografii. Czemu po nie sięgamy (my – czytelnicy), dlaczego o jakiejś postaci chcemy wiedzieć dużo, jak najwięcej, najlepiej wszystko? Wprawdzie ja lubię biografie z powodów innych niż wymienia Tuszyńska, ale jej propozycje uważam za wyjątkowo ciekawe. Wartościowych kawałków jest w książce więcej.

Zaskoczyła mnie trochę ocena Miny Kacew. Tuszyńska pisze o niej zwykle z podziwem i aprobatą. Jaka ona odważna, jaka wyzwolona! Tak? Bo porzuciła dwóch mężów i synka? Bo zafiksowała się na karierze drugiego syna, któremu wdrukowała w psychikę, że za wszelką cenę musi być kimś? Roman miał być genialnym matematykiem, ale nic z tego nie wyszło, bo nie radził sobie nawet z prostymi rachunkami. Miał zostać światowej klasy skrzypkiem, ale i ten pomysł nie wypalił, bo nie dawał sobie rady z instrumentem. Miał być tancerzem baletowym i tu podobnie, nici. Kiedy okazało się, że jedyny talent jaki przejawia, to malowanie, matka… zabrała mu farby, bo wszyscy malarze to tylko pijacy i degeneraci. Kiedy już wszystko zawiodło, jedyne co mu zostało, to pisarstwo. Ciekawe jak się czuł dzieciak i dorastający chłopak z wiecznie rozczarowaną nim matką…

Istotnym plusem książki są zdjęcia, za nie jestem autorce naprawdę wdzięczny. Inaczej jest z listami Tuszyńskiej do Kacewa. Nie wiem, czy są one prawdziwe, czy tylko pisane „pod” biografię Ajara, to nie ma znaczenia, bo przecież nigdy nie wysłane (powstawały wiele lat po jego samobójczej śmierci w 1980 roku). Przede wszystkim zupełnie w tej książce zbędne. Może naprawdę koncentrowanie się non-stop na kimś innym, a nie na sobie, jest takie trudne? Z drugiej strony w „Butach Ikara” Mariana Buchowskiego (http://autopamflet.blogspot.com/2015/02/edward-stachura-mit-bez-mitu.html) i pewnie ze stu innych biografiach, jakie czytałem, nic takiego nie ma.

Pewnego typu manipulacje nie podobają mi się bardzo. To takie chwyty poniżej pasa. Na przykład spotkanie z Simenonem.

Gary odwiedził twórcę komisarza Maigret w Ameryce, spędzili wspólnie kilka dni. Nie wiem, czy udało im się omówić najważniejsze samcze kwestie, byli w towarzystwie żon. Nie wiem, na ile spotkanie przybrało formę pawiego pojedynku o to, czyje pióra potężniejsze[3].

Wbrew pozorom wielu czytelnikom wcale niełatwo będzie zauważyć to, co jest tutaj najważniejsze, czyli: NIE WIEM. Sztuczkę tę Tuszyńska stosuje w książce wiele razy. Po co pisać coś, czego się nie wie? To proste! Żeby insynuować! W biografii, rzetelnej biografii, oczekuję faktów, a nie złośliwych insynuacji. Gdybym tak napisał, że nie wiem, czy Tuszyńska w młodości uprawiała seks za pieniądze, to przecież wszystko byłoby w porządku i niczego zarzucić mi nie można, bo przecież wyraźnie napisałem, że nic o tym nie wiem, czyż nie tak? Otóż nie. Według moich standardów jednak nie. I właśnie dlatego o prowadzeniu się autorki jednak nic nie napiszę. Bo nie wiem.

Mam pewien kłopot z oceną „Żonglera”. Czy Agata Tuszyńska potrafi pisać, czy ma wykształcony warsztat twórczy? Owszem, jak najbardziej, to nie ulega wątpliwości. Na okładce książki ktoś wyznał, że kocha pisarstwo Agaty Tuszyńskiej i nawet mnie to nie dziwi, bo naprawdę sprawnie operuje słowem. Tyle tylko, że mnie się jej pisarstwo nie podoba. Gdyby nie Émile Ajar (i „Życie przed sobą”, i zdjęcia) rozstałbym się z tą książką po czterdziestu kartkach.









---
[1] Agata Tuszyńska, „Żongler. Romain Gary”, Wydawnictwo Literackie, 2022, s. 16.
[2] Tamże, s. 35.
[3] Tamże, s. 382.

wtorek, 28 czerwca 2022

Zagadka śląskiego uzdrowiska

„Empuzjon” – Olga Tokarczuk

Od połowy książki zastanawiałem się, jak ewentualnie oddać jej ideę, jej istotę. Bo nie o fabułę mi chodziło – ta jest dość oczywista i w pewnym sensie prosta. W końcu przypomniało mi się coś. Niedaleko mojej firmy był warzywniak, taka zwykła budka z owocami i warzywami. Sprzedawała tam wyjątkowa kobieta. Jakieś 27-33 lata, inteligentna, spokojna, mądra, życzliwa i bardzo ładna. Chodziłem tam często po kilka ogórków kiszonych, najlepszych w mieście, jednak głównie po to, żeby móc ją przez chwilę oglądać, zamienić z nią kilka słów. W związku z pracą przy ziemniakach, burakach, ogórkach i rzepie, ta niesamowicie atrakcyjna pani miała mocno zniszczone ręce. Na ręce zawsze zwracam uwagę, u obu płci.
Opisałem w kilku zdaniach fabułę, fakty, okoliczności, zdarzenia, miejsce, natomiast istotą rzeczy, jej ideą, tym, co naprawdę ważne, są moje wspomnienia i uczucia z nimi związane, bo trochę tu nostalgii, odrobina zachwytu, sympatia, współczucie i żal – do losu lub Boga – z powodu tych rąk.
Tak to właśnie jest z „Empuzjonem”. Osobisty, momentami intymny, zapis uczuć i emocji, związanych ze zwyczajnymi (no, nie zawsze) zdarzeniami.

Empuza (ew. Émpousa,) to w mitologii greckiej straszliwa zjawa. W wyobrażeniach ludowych przybierała rozmaite postaci; muła, byka, kobiety z jedną nogą spiżową, a drugą z krowiego gówna. Empuzjon byłby więc miejscem grasowania takiego demona.

Akcja powieści toczy się w początkach dwudziestego wieku, przed pierwszą wojną światową; Polski nie ma jeszcze na mapie (rozbiory). W uzdrowisku w Görbersdorf, (Sokołowsko na Dolnym Śląsku) od wielu już lat działa znane w Europie sanatorium doktora Brehmera dla chorych na gruźlicę, prowadzonym w powieści przez doktora Semperweißa. Zamożniejsi pacjenci mieszkają w domu uzdrowiskowym (kurhausie). Pozostali w Pensjonacie dla Panów albo nawet w wynajętych pokojach na wsi.

Mieczysław Wojnicz, student ze Lwowa, Polak, w pensjonacie Wilhelma Opitza poznaje kilku innych kuracjuszy. Z Breslau, Berlina, Wiednia. Przede wszystkim jest to towarzystwo niemieckojęzyczne – od Rosjan i innych Polaków Wojnicz raczej stroni. Panowie, zapewne z nudów, rozmawiają na wiele różnych tematów, nadużywając przy okazji lokalnego specjału, nalewki Schwärmerei (z dodatkiem specyficznych grzybków). Zajmuje ich szczególnie polityka, formy rządów, zalety i wady demokracji, demonologia, filozofia i inne. Także płeć piękna, kobiety, ale tymi – mizogini pełną gębą – raczej gardzą, podobnie jak nową nauką, psychoanalizą.
Opitz organizuje swoim gościom wycieczki po okolicy. Bywają one czasem połączone z degustacją obrzydliwych potraw znanych i przyrządzanych jedynie przez tubylców.

Na miejscowym cmentarzu Wojnicz odkrywa pewną prawidłowość – wielu mężczyzn w sile wieku umiera tu na początku każdego listopada. Te podejrzane zgony wydają się wypełniać lokalne legendy i przesądy z tajemniczymi i niebezpiecznymi Tuntschi w tle. Nie jest to jedyna tajemnica czy zagadka. Podejrzane samobójstwo Opitzowej, dziwny obraz, który Wojnicz dostał do Thila z Berlina (jedynego rówieśnika wśród kuracjuszy), przed jego śmiercią, przekonanie tego ostatniego, że w okolicach Görbersdorf zabija pejzaż tego miejsca, bo przecież jest absolutnie identyczny jak wykres jego temperatury.
W trakcie lektury pojawiają się też w „Empuzjonie” inne sekrety. Thilo był pederastą (z niemiecka schwule, sodomita) i zdecydowanie nie tylko on. Mieczysław Wojnicz zakrada się na poddasze do pokoiku Opitzowej i przebiera w jej rzeczy… Pod sam koniec robi się wręcz sensacyjnie, a nawet strasznie.

Ostatecznie w konfrontacji faktów, rzeczywistości, realnych zdarzeń i wydarzeń, z uczuciami, przeżyciami i doświadczeniami emocjonalnymi, wygrywają zdecydowanie te ostatnie, bo rzeczywistość jest w tej powieści jedynie tłem dla skomplikowanych kwestii „dusznych”.

Dawno nie zetknąłem się z tak bogatym spektrum środków stylistycznych i to na bardzo wysokim poziomie. Właściwie jedno tylko porównanie wydało mi się niezbyt wysokiego lotu (poły peleryny czarne, jak skrzydła kruka). Więc tym bardziej „Empuzjon” odróżnia się od warsztatu pisarskiego królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji.

O związkach „Empuzjonu” z „Czarodziejską górą” pisał nie będę – są oczywiste, a poza tym w wywiadach zwracała na nie uwagę sama Olga Tokarczuk. Oczywiście, można czytać „Empuzjon” bez znajomości Manna, jednak podejrzewam, że wtedy nie będzie to już ta sama powieść. Choć też ciekawa.

Swoją gawędę o tej książce postanowiłem oznaczyć jako spoiler, bo zwracam w niej uwagę na pewne elementy podstawowej fabuły. Nie one stanowią o wartości tej powieści, moim zdaniem, ale dla czytelników powierzchownych i bezrefleksyjnych i to może okazać się za dużo.


niedziela, 19 czerwca 2022

Niepociumani dementorzy itp.

 „Nie daj sobie spieprzyć życia” – Jarosław Gibas

Na początku autor definiuje pojęcia, którymi się posługuje, co często sprowadza się do polemiki z poglądami psychologów lub innych naukowców. Na przykład psychologowie uważają, że to zachowanie pewnych osób bywa toksyczne, ale nie one same. Jarosław Gibas ma inne zdanie na ten temat. Zaskoczyło mnie to nieco, bo wszystkie przykłady toksycznych osób w książce, dotyczą właśnie i tylko ich zachowania. Ktoś jest wulgarny, ktoś sabotuje zapał i pomysły zespołu, ktoś zadręcza innych narzekaniem i użalaniem się, ktoś przerzuca na innych odpowiedzialność, ktoś wiecznie odgrywa rolę ofiary itp.

W drugim rozdziale, w którym autor wyjaśnia i omawia toksyczność, znalazłem mocno rozbudowaną jej definicję; opisową raczej, a nie naukową, bo „osoba toksyczna” to nie jest pojęcie naukowe, a na końcu szokujące stwierdzenie:

I to najlepsza definicja osoby toksycznej w twoim otoczeniu. Nie jest w niej najistotniejsze to, jaka jest ta osoba, co mówi i robi, ale to w jaki sposób jej aktywność wpływa na przekraczanie granicy twojego samopoczucia, które po kontakcie z taką osobą jest ewidentnie gorsze niż było wcześniej [1].

Przeczytałem to cztery razy, żeby upewnić się, że dobrze rozumiem. I wtedy przyjrzałem się bliżej książce i autorowi.

Autor: Jarosław Gibas – pisarz, socjolog, dziennikarz, youtuber, nauczyciel. Ani w tej książce, ani na jego stronie (https://jaroslawgibas.com/o-mnie/ ), ani w Wikipedii, ani na stronach portali czytelniczych, nie znalazłem informacji o poziomie wykształcenia pana Gibasa. W przypadku pozycji socjologiczno-psychologicznych wolałbym jednak wiedzieć, czy autor jest profesorem zwyczajnym, licencjatem, czy entuzjastą-amatorem. Z jakiegoś powodu informacja ta nie została nigdzie ujawniona.

Zaskoczyła mnie też informacja na stronie… nie wiem, której (numeracja stron jest w tej książce pomieszana i np. strona 17 występuje przed stroną 5), możliwe, że jest to strona 4. Otóż Gibas jednoznacznie informuje, że nie ponosi żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek szkody, które mogłyby wyniknąć z wykorzystania jego porad w praktyce. Przyznaję, że w przypadku kogoś, kto sam siebie nazywa nauczycielem, mocno mnie to zaskoczyło. 

Powiedzmy, że… Zawaliłem jakieś zadanie w pracy, popełniłem błąd. Do tego wpadło mi do głowy, żeby się nie przyznać, jakbym miał nadzieję, że uda się wszystko jakoś zataić. Sprawa się wydała po tygodniu i zostałem zaproszony do gabinetu dyrektora. To jest świetny fachowiec, znakomity organizator, kulturalny i w ogóle, gość na poziomie. Spokojnym, smutnym głosem powiedział tylko, że bardzo się na mnie zawiódł, że jest mu przykro, że udawałem, że to nie ja, bo pomylić to się może każdy. Oświadczył, że nie wywali mnie, ani nawet nie da nagany, jednak mam się liczyć z tym, że zaufanie straciłem i odtąd będę sprawdzany, kontrolowany i obserwowany. I to było wszystko.
Po spotkaniu z dyrektorem czułem się parszywie. Samopoczucie zjechało mi do dna. A w następnych dniach i tygodniach, kiedy tylko widziałem go na hali, nawet z daleka, złe samopoczucie wracało.

Według Gibasa mój dyrektor jest osobą toksyczną. Zgodnie z cytowanymi zdaniami, nie ma znaczenia, co, jak i dlaczego powiedział, jak zareagował, bo liczy się tylko to, że moje samopoczucie było gorsze po spotkaniu z nim niż przed. Dodatkowym dowodem na to, że to człowiek jest toksyczny, a nie jego zachowanie, jest fakt, że później traciłem humor zawsze, kiedy widziałem szefa na hali, nawet jeśli się do mnie nie zbliżał i nic do mnie nie mówił.
Tak? Naprawdę tak to jest? Naprawdę mam toksycznego szefa?

Jest też oczywiście w książce mowa o toksyczności w internecie.

To wszystkie te treści, których publikacja (świadomie dla osoby ją eksponującej lub nie) w efekcie obniża naszą pozytywną energię, odbiera nam dobre samopoczucie, czy też powoduje, że po jej przeczytaniu czujemy się gorzej niż przed[2].

Zdecydowana większość wiadomości w mediach (a więc także w internecie) dotyczy skandali, afer, wypadków, katastrof, głodu, bezrobocia, pedofilii, kryzysów, wojen, zbrodni… Wygląda więc na to, że mamy do czynienia ze spiskiem ludzi toksycznych przeciw całemu światu, Tak to jest, naprawdę?

Minęła w Polsce moda na literaturę z nurtu „pozytywnego myślenia”, która dotarła do nas z USA z około dwudziestoletnim opóźnieniem. Czytelnicy, a przynajmniej większość, nie wierzą już w swoje prawo do bogactwa, z możliwość uzdrowienia swojego życia, w potęgę podświadomości i inne takie bajki (Hill, Peale, Carnegie, Murphy, Brian, Hay i inni). A tak, bo to są bajki dla dorosłych. Obiecują młodość, zdrowie, szczęście, bogactwo, miłość, które to wartości można osiągnąć jakimiś zaklęciami, jakimś abrakadabra lub hokus-pokus. Zapewniają, że można zdobyć wszystko bardzo małym lub żadnym wysiłkiem – trzeba tylko poznać sposób… kupując książkę.

„Nie daj sobie spieprzyć życia” jest podobną bajką i zbiorem obiecanek, lecz na wyższym już poziomie, a przynajmniej bardziej dostosowanych do zmieniającego się świata i ludzkiej mentalności. O ile poprzednie wspierały amerykański sen (American dream), to te nowe dostosowane są do konsumpcyjnych i roszczeniowych postaw nowego pokolenia, nieomalże powszechnych obecnie. Ich elementami jest przekonanie, że jak się coś nie udało, to nie jest konsekwencja mojego działania lub zaniechania, albo też nieudolności, nie, winien jest ktoś inny, a także, że dobre samopoczucie jest najwyższym celem, sensem i wartością w życiu. Dbanie o SWOJE dobre samopoczucie (Gibas nie obiecuje już naiwnie szczęścia i bogactwa) jest prawem i obowiązkiem każdego. Tak! Wystarczy przeczytać, zrozumieć i zastosować, a już żaden toksyczny typ nie spieprzy ci życia. To przecież takie proste!

Długo to trwało, ale wielu z nas nauczyło się wreszcie, że nie każda gazeta zagraniczna jest wiarygodna i na poziomie (np. „Bild-Zeitung” to coś jak nasz „Fakt”, a polskie media jeszcze nie tak dawno często się na niego powoływały). Może już czas przyjąć do wiadomości, że po wymyśleniu jakiejkolwiek teorii, zawsze znajdzie się gdzieś na świecie jakiś uniwersytet, który przeprowadził badania i ją udowodnił, więc czas zacząć odróżniać uniwersytety.
Jarosław Gibas powołuje się, między wieloma innymi, na uniwersytet w Doha, stolicy islamskiego państewka Katar.

Błędne założenia (te cytowane oraz inne), na których autor opiera swoje wywody, nie oznaczają, że są one, te wywody, bezwartościowe. W bajkach – niektórych, czasem – też można odkryć perełki lub pewne mądrości. Bo też nie jest prawdą, że z książki Jarosława Gibasa niczego wartościowego nie można się dowiedzieć. Można, można… choć po trzech miesiącach od zakończenia lektury zapewne niewiele z tego zostaje. Jeśli w ogóle cokolwiek.

Tytuł „Nie daj sobie spieprzyć życia” sugeruje, że książka zawiera porady i wskazówki, jak się uchronić przed toksycznymi ludźmi, czyli nie pozwolić im zepsuć jakości swojego życia. W rozdziale poświęconym typom toksycznym i ich odmianom, czasem, nie zawsze, znaleźć można wskazówkę, jak się przed nim bronić, ale porady i przykłady bywają naiwne i naciągane, czasem nie ma ich w ogóle, albo wreszcie Gibas oznajmia, że żadnej obrony nie ma. A! Przepraszam – nie Gibas - naukowcy. Jacyś. Skądś. Raczej.

Tutaj naukowcy są raczej zgodni – przed plotkami nie da się obronić, bo na ich rozpowszechnianie się nie mamy wpływu. A zatem nie istnieje żaden rodzaj zabezpieczenia…[3].

Strategie ochrony, a jest taki specjalny dział, zawierający siedem rozdziałów, wydał mi się mało przekonujący. Przynajmniej większość z prezentowanych technik. Pozycja kwiatu lotosu i specjalne ćwiczenia oddechowe (są nawet obrazki) jako sposób na oczyszczenie organizmu po kontakcie z osobnikiem toksycznym? No, może i tak. Ostatecznie odpowiedź na pytanie o rzetelność tytułu tej książki, pozostawiam innym.

Jarosław Gibas wśród typów toksycznych wymienia ludzi „niepociumanych”.

No cóż – mimo całej tajemniczości pochodzenia terminu niepociumany, wydaje się on całkiem nieźle funkcjonować w mowie potocznej[4].

Zapytałem o termin „niepociumany” członków rodziny, dalszych krewnych i powinowatych, przyjaciół, kolegów i znajomych… W sumie kilkadziesiąt osób w różnym wieku, różnej płci, z różnych stron Polski i nie tylko Polski. Nikt tego pojęcia rzekomo „nieźle funkcjonującego w mowie potocznej”, nie zna, nigdy nie słyszał. Mnie się kojarzy jedynie z serialem „Ślepnąc od świateł”, w którym krawiec, obcokrajowiec słabo znający język polski, używa czasownika „podziumamy” – czyli zrobimy coś, nie bardzo wiadomo co, żeby pasowało.

Na koniec uwaga! To że ja nie zgadzam się z połową przekonań autora i nie wydaje mi się on wiarygodny, nie znaczy automatycznie, że jego książka jest zupełnie zła. Warto odróżniać jakość pomysłów pana Gibasa od wartości książki. Bo jej realna wartość zależy od świadomości i samoświadomości czytelnika, od jego większego lub mniejszego kontaktu z realną rzeczywistością. Twórczość Paulo Coelho też jednym się podobała, podczas gdy inni byli zniesmaczeni naiwniutką szarlatanerią. W „Nie daj sobie spieprzyć życia” wykaz i opis typów toksycznych jest w porządku. Na pewno dobrym pomysłem jest też przyjrzenie się samemu sobie, pod kątem ewentualnej toksyczności.








---
[1] Jarosław Gibas, „Nie daj sobie spieprzyć życia”, Onepress, 2021, s. 20.
[2] Tamże, s. 51.
[3] Tamże, s. 72.
[4] Tamże, s. 103.

środa, 15 czerwca 2022

Handlarze śmiercią i zwłokami

 „Kolekcjoner” – Alex Kava

Z wód Zatoki Meksykańskiej ratownicy, a konkretnie Elizabeth Bailey, nowa w zgranej załodze helikoptera, podejmują rybacką lodówkę i znajdują w niej części ludzkiego ciała, i to nie jednego – starannie opakowany tors, stopę i trzy ręce.
W bazie sił powietrznych Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Pensacola, wśród niedawno operowanych żołnierzy, szerzy się nieznana, śmiertelna choroba.
Charlie Wurth, zastępca dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, wraz z agentką specjalną FBI, Maggie O'Dell, przylatują na Florydę wyjaśnić sprawę. Jednak lada moment prognozowane jest uderzenie koszmarnie niebezpiecznego huraganu Isaac.

Dobra, nie przegadana powieść sensacyjna, świetna rozrywka. Polecam.

środa, 8 czerwca 2022

Miłość jak zbyt gęsty zagajnik

 „Nikt tylko my” – Laure Van Rensburg

Nauczyciel literatury, Steven Harding, spotyka się od pół roku ze studentką, Ellie Masterson. Teraz wybierają się wspólnie na trzy dni do samotnego domu nad zatoką Chesapeake. To znakomite miejsce na zemstę, którą Ellie Masterson planowała od lat.
Nie, to nie jest spoiler z mojej strony, aż tyle można się dowiedzieć już z samego tekstu na okładce. W ten sposób i od razu czytanie pierwszych dwudziestu pięciu procent powieści straciło jakikolwiek sens. Nie jest to pierwszy raz w ostatnich latach, kiedy to wydawca w swoich działaniach marketingowych posuwa się ewidentnie za daleko.

Wózek inwalidzki leży jak zranione zwierzę, drzwi są otwarte niczym zdziwione usta, nóż, po prostu porzucony w śniegu, spoczywa w lodowym grobowcu, samotny kawałek placka tonie w kałuży syropu… To jest tak infantylne, że nawet czytanie jest krępujące. Typowy dla amatorów poważny nadmiar bombastycznych środków stylistycznych, porównań, przenośni. A przy okazji, w jakim kraju jada się smażony bekon polany syropem?
Są też w powieści momenty (nie, tym razem nie o takie „momenty” mi chodzi), w których okazuje się, że autorka ma poglądy bardzo zbliżone do moich. Na przykład na żenującą manierę niektórych dorosłych ludzi, zwłaszcza mężczyzn, którzy w oficjalnych kontaktach z innymi, obcymi dotąd osobami, używają zdrobnień.

Steven uśmiechnął się, dumny, że sam nigdy nie obniża wysokich standardów. Nie znosił przezwisk i zdrobnień, zwłaszcza u mężczyzn – były takie pospolite i umniejszające, człowiek stawał się jakby bardziej tandetną wersją samego siebie*.

Kolejne rozdziały zawierają relacje Stevena i Ellie, przedzielane czasem wstawkami… początkowo zupełnie nie wiadomo, kogo. Może to J. albo C., albo A., albo jeszcze jakaś inna dziewczyna, z którą Harding miał romans, a może wreszcie jakaś przyjaciółka lub krewna Ellie Masterson.

Pierwszych sto stron (prawie dokładnie) zajmują opisy rozwijającego się romansu, wspomnienia z pierwszych dni znajomości, relacje ze spacerów, seksu i innych zajęć pary kochanków, co zapewne bardzo spodoba się czytelniczkom. Jednak w związku z informacją na okładce nie ma to wszystko kompletnie żadnego znaczenia; czekałem tylko aż wreszcie Ellie zacznie się mścić. I po stu stronach zaczęło się. Ellie podała Stevenowi jakiś lek lub narkotyk, a następnie przywiązała do inwalidzkiego wózka. Tak, tego, który zakrwawiony znaleziony został przez policjantów i leżał jak zranione zwierzę. Ellie wyjaśnia Stevenowi, że wie o jego romansach i zdradach. To jednak dopiero (albo już) połowa książki. Można się domyślić, że jest tu jakieś drugie dno. I jest, ale tego zdradzać nie powinienem.

„Nikt tylko my” to umiarkowanie udane połączenie romansu z kryminałem. Kryminał, druga połowa powieści, byłby nawet niezły, gdyby go wyczyścić z dziwacznych i przesadnych porównań i innych zbędnych zupełnie upiększeń. Zagadka, czyli clou powieści, jest naprawdę intrygująca, a to oznacza, że po dopracowaniu warsztatu, Laure Van Rensburg może stać się dobrą pisarką.






--
* Laure Van Rensburg, „Nikt tylko my”, przekład Anna Rajca, Muza, 2022, s. 29.





#NiktTylkoMy, @wydawnictwomuza, @muza.shadows

sobota, 28 maja 2022

Szczęście jest trudną sztuką

 „Sztuka szczęścia. Poradnik życia” – Dalajlama, Howard Cutler

Jest to zapis wielu rozmów (bo i spotkań było dużo przez całe lata) amerykańskiego psychiatry, Howarda Cutlera, z XIV Dalajlamą (Tenzin Gyatso). Także fragmenty jego wykładów lub innych wystąpień publicznych.
Rozmawia psychiatra z duchowym przywódcą Tybetu, buddyjskim mnichem, Jego Świątobliwością Dalajlamą. Chciałem napisać, że starają się znaleźć lub wypracować jakiś konsensus. Jednak to raczej psychiatra szuka konsensusu, bo Dalajlama stwierdza po prostu, bardzo grzecznie i kulturalnie, że wy (naukowcy Zachodu, amerykańscy psychiatrzy, uczeni itp.) nie macie racji, nie potraficie znaleźć rozwiązania w wielu sytuacjach, bo przyjmujecie błędne założenia.

Obaj zgadzają się, że człowieka może spotkać jakieś traumatyczne albo inne znaczące wydarzenie, które zaważy na całym jego dalszym życiu i to nawet wtedy, kiedy sam zainteresowany zdarzenia tego już nie pamięta lub jego znaczenia sobie nie uświadamia. Błąd, błędne, bo ograniczające założenie psychiatrów – według Dalajlamy – polega na tym, że szukają tego wydarzenia tylko w tym życiu pacjenta, a przecież mogło się ono wydarzyć w którymś z innych jego żyć. Dalajlama stara się wyjaśnić to na przykładzie:

To trochę tak, jakbyś coś zgubił, a następnie założył, że to coś znajduje się w pokoju. W tym momencie ustalasz określone parametry, wykluczając możliwość, że ta rzecz jest gdzieś na zewnątrz lub w innym pokoju. Szukasz więc i szukasz, nie znajdujesz tego przedmiotu, ale wciąż zakładasz, że to coś ukrywa się gdzieś w tym pokoju![1].

Natychmiast zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście są to sytuacje podobne. Moim zdaniem – zupełnie nie. Choć przyznaję, że przykład Dalajlamy, przy pierwszym czytaniu i na pierwszy rzut oka, wygląda znakomicie, a nawet genialnie.
Dlaczego upieram się, że przedmiot jest w tym właśnie pokoju? Bo jestem przekonany, że w żadnym innym pomieszczeniu nie byłem. Oczywiście mogę się mylić, zrobiłem błędne założenie i ograniczyłem obszar poszukiwań, bo zupełnie zapomniałem, że byłem też w innym pokoju; jakoś całkowicie wyleciało mi to z głowy. Czy takie błędne założenie, że nie byłem w innym pokoju, choć byłem, ma podobną wagę, zbliżony ciężar gatunkowy, jak kompletna niewiara w reinkarnację?
Jak już wspomniałem te sytuacje nie są podobne. Kiedy byłyby podobne? Gdybym dopuścił możliwość, że przedmiot jest w drugim pokoju jednopokojowego mieszkania. Wtedy dopiero, i w obu przypadkach, chodziłoby o wiarę w coś (reinkarnacja, pokój), czego istnienia nie da się udowodnić zmysłami.

Niesamowita książka, bardzo wartościowa. Jej wyjątkowa wartość polega na tym, że jest polemiczna, zaprasza, a nawet prowokuje czytelnika do dyskusji. Jednak najpierw trzeba odkryć własne zdanie na dziesiątki tematów, zająć jakieś stanowisko w tej lub innej kwestii. Oto kilka przykładów.

Dalajlama twierdzi, że celem ludzkiej egzystencji jest poszukiwanie szczęścia. Z tym w pełni bym się zgodził, zaznaczając jednak, że cel życia i sens życia, to nie są dla mnie pojęcia tożsame.

Kolejne przekonanie: osiągnięcie prawdziwego i trwałego szczęścia nie jest łatwe, ale jest możliwe. Moja refleksja – czy „trwałego” oznacza non-stop, 24 godziny na dobę, bez względu na okoliczności?

I dalej. Każdy człowiek jest z gruntu dobry i łagodny. Z tym zgodzić się nie jestem w stanie. Takiemu przekonaniu przeczy znajomość historii i bieżących zdarzeń. Co jeszcze ciekawsze, takie przekonanie (według Cutlera) nie wynika u Dalajlamy z dogmatów religii, ale zbudowane jest na doświadczeniu i realnej ocenie świata i ludzi, ich postaw i zachowań.

Ostatnie. Według Dalajlamy współczucie ma ogromną wartość. Z tym też się nie do końca zgadzam, ale może to wynikać ze znaczenia słów. Moim zdaniem miłosierdzie, czyli współczucie wyrażone w działaniu, ma wielką wartość i znaczenie. Samo tylko współczucie znaczy w sumie niewiele. Na przykład tyle, co powiedzenie ofierze powodzi, że bardzo jej współczuję. Jeśli jednak to swoje współczucie dla niej wyrażę w działaniu, a tym właśnie jest miłosierdzie, pomogę w konkretny, realny sposób odbudować jej życie, to to już jest nieocenione.

Wydaje mi się, że nie sposób przeczytać całą tę książkę, bez takiego lub innego wejścia w relację z przekonaniami Dalajlamy i może trochę też Cutlera. Rozumiem przez to, że poznawanie ich poglądów bez własnego, osobistego zaangażowania, może się nie udać. Mnie właśnie się nie udało, a próbowałem czytać na zasadzie: no, dobrze, on ma tak, ale to tylko ciekawostka, która mnie nijak nie dotyczy i właściwie jest mi obojętna. Bez realnego zaangażowania emocjonalnego i intelektualnego „Sztuka szczęścia” zapewne byłaby dla mnie bezwartościowa.

Nie podobało mi się w tej książce tylko jedno, ale liczę się z tym, że to może ja jestem przesadnie wyczulony na „łasiczą mowę”. Chodzi o stwierdzenia: naukowcy udowodnili, że… badania wykazały, że… itp., jednak bez podania jakichkolwiek konkretów. Więc nie wiadomo, jacy naukowcy, skąd, gdzie, jakie badania, kiedy; nie są podane żadne źródła, na przykład link do wyników określonego eksperymentu lub badania, tytułu publikacji, nic takiego nie ma. Nie oznacza to, że te stwierdzenia na pewno są fałszywe, ale mnie coś takiego irytuje i – moim skromnym zdaniem – obniża wiarygodność przekazu. Może zbyt dobrze pamiętam: radzieccy uczeni dowiedli… albo chińscy mędrcy powiadają…

Pozycja bardzo dobra, zdecydowanie warta poznania, ale tylko przez tych, którzy mają otwartą głowę, czyli na pytanie „czy dopuszczasz możliwość, że jest inaczej, niż ci się wydaje?” odpowiadają twierdząco.





--
[1] Dalajlama, Howard Cutler, „Sztuka szczęścia. Poradnik życia”, przekład Joanna Drabiak, wyd. Rebis, s. 16.


piątek, 20 maja 2022

Miłość, zdrada, związki, śmierć

 „Ostatni dzień”  - Luanne Rice


Beth Lathrop została brutalnie zamordowana w swojej rezydencji w zamożnej części Black Hall. Była w zaawansowanej ciąży. Jej siostra, Kate Woodward, wezwała policję, bo z Beth nie można się było skontaktować od kilku dni. Zwłoki odkryli lokalni policjanci, Peggy McCabe i Jim Hawley. Śledztwo prowadzi detektyw Conor Reid. Beth była w domu sama, jej mąż, Pete Lathrop, jak co roku latem, wypłynął w rejs z grupą znajomych.
Wydarzenie jest, oczywiście, tragiczne, ale początkowo nic w nim nadzwyczajnego. Może do domu Lathropów dostał się włamywacz i Beth go nakryła? Może to gwałciciel? Takie sprawy zdarzają się każdego dnia.

Dwadzieścia trzy lata wcześniej obie siostry i ich matka zostały związane, zakneblowane i zamknięte w podziemiach galerii (rodzinny interes). Złodzieje ukradli cenne obrazy, pejzaże. Helen, matka Beth i Kate, udusiła się, córki przeżyły traumę, z której chyba nie wyzwoliły się całkowicie nigdy. Wtedy też sprawę prowadził detektyw Conor Reid i to on odnalazł dziewczynki. Także on doprowadził do aresztowania ich ojca i męża Helen, który zorganizował napad i tym samym przyczynił się do śmierci żony.
Garth Woodward, ojciec dziewczynek, zaplanował napad i wynajął bandytów, bo – jako hazardziście, egoiście i koszmarnemu egocentrykowi – stale brakowało mu pieniędzy – na dalszą grę i na kochanki. Najcenniejszym łupem był wtedy obraz „Blask księżyca”; policja go odzyskała, ale… Teraz, stojąc nad zwłokami Beth, detektyw zorientował się, że z jej domu zniknął ten sam obraz, wycięty z ram. To nie mógł być przypadek.

Conor Reid… „Kiedy wyciągnął siostry Woodward z piwnicy, obiecał sam sobie, że od tej pory będzie się nimi opiekował i nie spuści z nich oka. Wierzył w starą zasadę, która mówiła, że jeśli ocali się komuś życie, to już na zawsze bierze się za tę osobę odpowiedzialność. Starał się dotrzymać słowa, na ile, rzecz jasna, było to możliwe. Niestety, Beth leżała teraz martwa w swoim domu. Zawiódł na całej linii i czuł się z tym strasznie”[1].

Detektyw Reid uważa, a nawet jest przekonany, że napadu i zbrodni nie dokonał nikt obcy, przypadkowy. Od pierwszych chwil posądzał o to męża Beth, żałosnego palanta i dupka, podobnego do jej siedzącego w więzieniu ojca. Pete jednak ma alibi, pływał w tym czasie z kolegami luksusowym jachtem.
Pete Lathrop to wyjątkowo ciekawa postać. Prawie nikt go tak naprawdę nie lubi, a o zamordowanie żony posądza go nie tylko Conor Reid. I to jest nowatorskie rozwiązanie w powieści tego typu. Pomysł niewątpliwie ciekawy.

„Ostatni dzień” to powieść przede wszystkim dla kobiet. Jest ona sensacyjna w niewielkim stopniu, bo większość treści dotyczy jednak psychologii związków i mocno pokomplikowanych, trudnych relacji emocjonalnych bohaterów; na przykład nastolatki z ojcem. 
Wierzę, że istnieją mężczyźni, którzy bez szukania w Google wiedzą, co to są pysznogłówki i rozróżniają odcienie czerwieni, ale… 
 Fabuła powieści, ta sensacyjna, jest zdecydowanie warta uwagi, ciekawa, intrygująca, jednak książka ma prawie pięćset stron i mnóstwo elementów – moim zdaniem – zupełnie zbędnych. Kolor ładunku ciężarówki, którą jeden z bohaterów mijał na drodze, na przykład. Ale może takie detale tworzą jakiś nastrój, klimat, który przypadnie do gustu czytelniczkom. Zdecydowanie nie nazwałbym jej mrożącym krew w żyłach thrillerem. Co jednak nie znaczy, że jest zła.
Na koniec pewien drobiazg. Ekspres do kawy koniecznie marki Cuisinart, kawa to tylko French Roast i inne takie. To się chyba nazywa „lokowanie produktu”, prawda?









---
[1] Luanne Rice, „Ostatni dzień”, przekład Paweł Wolak, Muza, 2022, s. 29.








#OstatniDzień, @wydawnictwomuza, @muza.shadows


sobota, 14 maja 2022

Irlandczycy, Żydzi, tajni agenci

„Gwiazda i koniczynka” – Jean Grainger

Ariella, wyznania mojżeszowego, wyszła za mąż za katolika, Petera Bannona. Ze związku tego przyszły na świat dzieci: Liesl i Erich. Bannonowie żyli sobie spokojnie w Berlinie do czasu, gdy do władzy doszli naziści. Za pomoc udzieloną komuś rasowo niewłaściwemu Peter został aresztowany i – do czasu – nic nie wiadomo o jego losie.
W 1939 roku sytuacja Żydów w Niemczech zaczęła się robić dramatyczna i Ariella skorzystała z okazji i wysłała dzieci do Wielkiej Brytanii. Tą okazją była akcja tzw. Kindertransportów* (inna nazwa to Ruch Dzieci Uchodźców; objął on około 10 tysięcy dzieci), to jest wywożenia dzieci pochodzenia żydowskiego z Niemiec, Austrii, Polski, Wolnego Miasta Gdańska i Czechosłowacji do Anglii. Większość z nich nigdy więcej nie zobaczyła swoich rodziców. Często byli jedynymi osobami ze swoich rodzin, które przeżyły Holocaust. Dzieci trafiały do rodzin zastępczych i ośrodków opiekuńczych. Jednak Ariella miała szczęście, bo mogła powierzyć Liesl i Ericha dalekiej krewnej, nauczycielce, Elizabeth Klein.
Elizabeth Klein straciła męża, Żyda, w ostatnich dniach pierwszej wojny światowej, wkrótce później poroniła… Trudno się dziwić, że miała sporo obaw, czy da sobie radę z opieką nad dwójką dzieci, których wcześniej nigdy nie widziała. Jednak w praktyce nie to okazało się największym problemem.

Po jakimś bombardowaniu Liverpoolu, w którym zburzony został dom nauczycielki i szkoła, w której pracowała, wyjechała z dziećmi do Ballycreggan i zamieszkała w dawnym domu matki, którego na szczęście nie sprzedała po jej śmierci. Kochana mamusia, katoliczka, która wyrzekła się córki, bo ta związała się z Żydem, to inny, choć też (przez chwilę) ciekawy aspekt zagadnienia.

Irlandia uzyskała niepodległość stosunkowo niedawno (traktat angielsko-irlandzki z 1921 roku). Połączenie Republiki Irlandzkiej i Irlandii Południowej w 1922 roku i utworzenie Wolnego Państwa Irlandzkiego to była wielka polityka, która nie zawsze przekładała się na postawy, zachowania i przekonania poszczególnych osób.

Elizabeth Klein… „nigdy nie odnosiła wrażenia, że gdzieś w pełni przynależy. W Irlandii była katoliczką w protestanckiej na ogół społeczności, więc uchodziła za odszczepieńca, któremu nie wolno ufać. W Anglii z kolei postrzegano ją jako Irlandkę, a gdyby teraz miała wrócić do Balleycreggan, postrzegano by ją pewnie jako Angielkę. Na dodatek była wdową po Żydzie, ale nie Żydówką, więc i pod tym względem nigdzie nie pasowała”**.
Teraz miała jeszcze pod opieką dwójkę niemiecko-żydowskich dzieci, więc wszystko komplikowało się jeszcze bardziej, a życie na półwyspie Ards okazało się nie aż tak milusie.

W tym samym czasie do Balleycreggan przywiezione zostały także inne dzieci z akcji Kindertransport; z Wiednia i nie tylko. Nawet dwie siostry z Polski, Anika i Viola. Opiekował się nimi Daniel Lieber, a właściwie Liebermann i Talia Zimmermann, a wkrótce dołączyła do nich Ruth Alger z Dublina. Miała pomagać tylko kilka tygodni, ale… jakoś została. Talia zakochała się w Danielu, a przynajmniej tak twierdziła i manifestowała, Daniel coraz chętniej przebywał w towarzystwie Elizabeth Klein…

Spokojnie, wręcz sielankowo, mijają miesiące. Dzieci są grzeczne, kochane, wdzięczne i zdrowe, a kłopoty kolonii uchodźców sprowadzają się do zepsutego auta lub bojlera. Zmiana następuje w momencie, gdy policja odwiedza w szkole Elizabeth Klein. Na papierze gazetowym, którego używa ona z dziećmi do zajęć z rysunków, znaleziono plany budowy – wraz ze współrzędnymi ułatwiającymi lotnikom bombardowanie – wznoszonej w pobliżu Balleycreggan bazy wojskowej. Od tego momentu akcja nabiera tempa. I bardzo dobrze, bo chwilami była już za bardzo cukierkowo-naiwna.

Powieść Jean Grainger można opisać w jednym zdaniu: polityka (powierzchownie), problemy narodowościowe, rasowe, wyznaniowe, antysemityzm, pokomplikowane relacje emocjonalne bohaterów oraz ich skrywane tajemnice, wątek sensacyjno-szpiegowski i wreszcie codzienne kłopoty dzieci-uchodźców.

„Gwiazda i koniczynka” zawiera niewielki, ale jednak obecny, ładunek wiedzy historycznej, jednak z przewagą przeżyć i doznań emocjonalnych. Kawałek sensacji, jak już pisałem, bardzo się powieści przydał, ale – co paradoksalne – także odrobinę zaszkodził, bo w drugiej połowie książki zacząłem odnosić wrażenie, że autorka stara się chwycić za ogony siedemnaście srok na raz. Tym niemniej uważam, że jest to pozycja ciekawa, warta przeczytania, choć może nie wybitna. Styl albo warsztat pisarski autorki spodoba się zapewne znacznie bardziej kobietom niż mężczyznom. Mimo wątku szpiegowskiego, nie jest to powieść sensacyjna.

  

 

 

 

 ---

* https://de.wikipedia.org/wiki/Kindertransport#:~:text=Als%20Kindertransport%20

** Jean Grainger, „Gwiazda i koniczynka”, przekład Jan Kabat, Świat Książki, 2022, s. 51.

 

  

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.



wtorek, 3 maja 2022

Spory kawał historii Teksasu

 „Na południe od Brazos” –  Larry McMurtry

Autor „Czułych słówek”, Larry McMurtry, napisał powieść o oryginalnym tytule „Lonesome Dove”. Oznacza to nazwę miasteczka na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku, z kilkoma chatami, często bez podłogi, a jedynie z klepiskiem, i do tego żałosny bar Sucha Fasola.

Augustus McCrae i Woodrow Call, główni bohaterowie, choć z połowa pojawiających się w powieści postaci staje się w jakimś momencie wyjątkowo ważna, dawni Strażnicy Teksasu, prowadzą w pobliżu Lonesome Dove, Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Wojowniczych Indian i niebezpiecznych bandytów już prawie nie ma w okolicy, więc po dziesięciu latach handlu bydłem, Gus i Call zaczynają się potężnie nudzić; wyprawy do Meksyku po bydło też już nie są tak ekscytujące jak dawniej. Z dnia na dzień postanawiają porzucić spokojne życie, zebrać wielkie stado i przepędzić je do Montany. „Na południe od Brazos” jest historią tej wyprawy, choć nie tylko jej.

Ponad ośmiuset stronicowa książka ze wszech miar zasługuje na miano epopei narodowej, a konkretnie teksaskiej. W tym znaczeniu przypomina powieści „Grona gniewu”, „Stary gringo”, „Mały wielkie człowiek”, „Syn”, a nawet „Przeminęło z wiatrem”. Jest to więc western historyczny, psychologiczny, socjologiczny… nie jestem pewien, czy przygodowy. Opisywane wydarzenia, osoby, ich postawy życiowe, zachowania i przekonania, mogą się wydawać egzotyczne przygodowe współczesnemu czytelnikowi, ale dla bohaterów powieści stanowiły zwyczajną codzienność. Może za wyjątkiem porwania Loreny przez Sinego Kaczora. Także wątki uczuciowe, romansowe oraz kurewskie wydają się zupełnie zwyczajne.

Powiedziałbym, że to powieść bardzo dobra, choć jednak nie porywająca. Do plusów zaliczam specyficzne poczucie humoru autora. Do minusów błędy Larry’ego McMurtry lub korektora. Na przykład: w wyprawie bierze udział dwóch braci z wielodzietnej rodziny Raineyów., Ben i Jimmy. Ale kilkadziesiąt kartek dalej jeden z nich nagle staje się Charliem (s. 164 i 216). Albo to: syn wielkiej miłości Gusa, Klary, raz zmarł mając ledwie rok, ale innym razem dożył lat prawie dziesięciu (s. 576 i 685).