piątek, 17 lutego 2017

O piciu i gównianym życiu

„Opowieści poronione” – Arkadiusz Buczek

W pewnym momencie chciałem napisać, że tytuł zbioru jest jak najbardziej adekwatny, ale… po co się wyzłośliwiać? Zwłaszcza, że opowiadanie "Braterstwo Miłosierdzia Bożego" wydaje się całkiem niezłe.

Mnie akurat Arkadiusz Buczek nie jest w stanie obrazić komunikatami typu: chuj was to obchodzi albo gówno wam do tego. Oczywiście można by się zastanawiać, po co w takim razie autor pisał cokolwiek dla kogoś, dla czytelników, ale to jego sprawa.

Zbiorek zawiera kilka opowiadań, których bohater głównie pije, pali papierosy i plącze się bez wyraźnego celu po zimnym, błotnistym, szarym mieście, rozmyślając i wymyślając… różności. Może nawet nie są złe, ale próba epatowania mnie (jako czytelnika) wulgaryzmami, Buczkowi zupełnie nie wyszła. Choć starał się bardzo. Mięsem rzucać z wdziękiem też trzeba umieć.

Czy traktują one (opowiadania) o bólu egzystencjalnym? No… może… Mnie się raczej wydaje, że to kokietowanie własną degrengoladą i miałkością życia. Egzystencjalne, choć taniutka to egzystencjalność, może być ewentualnie pytanie: mam gówniane życie, bo piję, czy piję, bo mam gówniane życie?

Tym niemniej do końca doczytałem, nawet bez wielkiego wysiłku – czytałem dziesiątki opowiadań znacznie gorszych, więc co mi tam! Zwłaszcza, że e-book za darmo.

wtorek, 14 lutego 2017

Chrześcijanie i chrześcijaństwo

„Dlaczego nie jestem chrześcijaninem” – Bertrand Russell


Bertrand Russell , brytyjski filozof, logik, matematyk, jeden z najwybitniejszych filozofów XX wieku, w swoim eseju odpowiada na pytanie, które, być może, ktoś mu postawił: Czemu, z jakiego powodu, nie jesteś chrześcijaninem?

Żeby na tak postawione pytanie odpowiedzieć, trzeba najpierw dość dokładnie sprecyzować, co to znaczy być chrześcijaninem. Podobnie zresztą byłoby w przypadku setek analogicznych pytań o pisarzy, malarzy, hydraulików, dentystów, fryzjerów, rzeźbiarzy itd. I od takiego właśnie doprecyzowania pojęcia „chrześcijanin” zaczyna się ta niewielka broszurka.

Warto zauważyć, że warunki, jakie musi spełniać człowiek, by móc się nazywać chrześcijaninem, zmieniają się, ewoluują z czasem. Kiedyś chrześcijanin musiał wierzyć w piekło – na taki właśnie przykład zwraca uwagę Russell – ale obecnie nie jest to już przez Kościół wymagane. Oczywiście przykłady można mnożyć.

Druga część utworu, w wielkim skrócie i uproszczeniu, poświęcona jest właśnie powodom, dla których Russell nie był chrześcijaninem.  W części z nich rozprawia się z mitem Chrystusa – najlepszego, najmądrzejszego, wszystkowiedzącego, wszystkomogącego, ale też dowodzi, punkt po punkcie, że religia opiera się na zastraszaniu wiernych, a tego humanista nie można uznać za dobre, wskazane, właściwe.

 Lektura oraz liczba przytoczonych argumentów wydaje mi się dość skromna. Nie uważam za możliwe, by ktoś na tej podstawie rozstał się ze swoimi przekonaniami, a konkretnie – przestał być chrześcijaninem. Tym niemniej poczytać na pewno warto, choćby po to, żeby przewentylować przekonania i poglądy.

sobota, 11 lutego 2017

Lem - nie taki znowu prosty

„Wszechświat Lema” – Jerzy Jarzębski

Zbiór kilkunastu prac wydanych po raz pierwszy bodajże w 2002 roku oraz – w wersji znacznie bardziej rozbudowanej – w 2013. Wcześniej prezentowane były, przynajmniej niektóre z nich, na przykład podczas konferencji naukowych albo w artykułach i pismach krytycznych.

Jarzębski, krytyk i historyk literatury, profesor nauk humanistycznych, podejmuje takie oto zagadnienia i tematy:

- Szpital Przemienienia – walka z chorobą kultury
- Science fiction a polityka – wersja Stanisława Lema
- Kosmogonia i konsolacja
- Intertekstualność a poznanie u Lema
- Literackie przygody uniwersalnego Rozumu (O eseistyce Stanisława Lema)
- Przypadek i wartości (O aksjologii Stanisława Lema)
- O myśleniu
- Przygody Rycerzy św. Kontaktu
- Chaos jako wyzwanie: późna eseistyka Lema
- Lektura świata. Stanisław Lem jako czytelnik
- Naturalne, sztuczne i dziura w kosmosie
- Modele ewolucji u Lema
- Lem i świat po 11 września

I nie, nie jest to tylko spis treści – rozdziałów w książce jest więcej, na przykład „Kalendarium życia i twórczości Stanisława Lema” albo „Indeks bohaterów książek Stanisława Lema”. Sam autor przyznaje, że jego dzieło, choć ambitne, nie jest kompletnym i wyczerpującym opracowaniem na temat Lema i jego twórczości.

W eseju „Przeciw interpretacji” Susan Sontag  stwierdziła, że interpretacja jest zemstą intelektu na sztuce. Ona mogła sobie na to pozwolić, ale takie słowa w moich ustach byłyby zapewne dowodem zawiści i złośliwości. Nie posądzam jednak Jarzębskiego o złośliwość – o Lemie pisze z wyraźnie pozytywnym nastawieniem (nie wiem, czy się przyjaźnili, ale na pewno się spotkali), chodzi mi raczej o specyficzne traktowanie dzieła literackiego, które w efekcie może prowadzić do – zapewne nawet niezamierzonego –  zniechęcenia i rozczarowania przeciętnego czytelnika.

Pochodzę z pokolenia po Lemie, że tak to nazwę – jego książkami zachwycali się raczej moi rodzice, wujowie, ciotki… Owszem, przeczytałem kilka jego książek, nawet z przyjemnością, ale równie wiele odrzuciłem jako nudne, wydumane, ciężkie, (przeintelektualizowane?). Do pierwszych zaliczam: „Bajki robotów”, „Cyberiadę”, „Dzienniki gwiazdowe”, „Katar”, „Niezwyciężonego”, „Powrót z gwiazd”, „Solaris”. Do drugich, na przykład, „Wysoki zamek” czy „Wielkość urojoną”.

Jarzębski twierdzi, że Lem podejmuje tematy konfrontacji natury ze sztucznością, że fascynuje go natura ludzkiego umysłu, że krytykuje współczesną sobie cywilizację, zajmuje się etycznymi aspektami psychiatrii, że intryguje go problematyka przypadku w życiu człowieka i całych cywilizacji… To zapewne wszystko prawda, ale… podczas lektury „Bajek robotów” albo „Kataru” (bardzo go lubię), w wieku lat…nastu, zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy i takich treści nie widziałem. Może to i dobrze, bo w przeciwnym wypadku wątpię, czy po jakąkolwiek książkę Lema bym sięgnął. 

Reasumując – to nie jest książka dla miłośników dzieł Lema, ale dla miłośników interpretacji i opracowań literackich. 

czwartek, 9 lutego 2017

Tak skomplikowana, że aż nużąca

„Bez pożegnania” – Harlan Coben

Albo mnie się historie Cobena zaczynają przejadać, albo jest jakaś granica pokomplikowania fabuły, poza którą zaciekawienie zmienia się w znużenie i irytację.

Will Klein miał dziewczynę. Julia z nim zerwała. Znacznie później Julia została zamordowana. Podejrzanym był brat Willa, Ken, ale nie ma w tej sprawie nic pewnego, bo po śmierci Julii Ken zniknął na jedenaście lat; rodzina wręcz wątpi, czy jeszcze żyje.
Will Klein znalazł sobie nową dziewczynę, Sheilę, ale… została ona zamordowana. Niedługo później siostra jednej z ofiar zostaje napadnięta i prawie zamordowana. Podejrzenia koncentrują się na Willu. Okazuje się, że zamordowana nie była Sheilą, a Ken miał córkę… itd. itp. Momentami miałem tego dosyć.

Skomplikowana wielce zagadka rozwiązana zostaje na ostatnich kilku kartkach powieści – szast-prast i wszystko jasne. Jest nawet morał: nie wszyscy źli są całkiem źli i nie wszyscy dobrzy są tacy nieskazitelni, jak się wydaje. No i dobrze. 

Prawdopodobnie, ale nie na pewno, gdyby to była pierwsza przeczytana przeze mnie książka Cobena, to bym się nie czepiał. Widać czas na zmianę… 

wtorek, 24 stycznia 2017

Mijają wieki i ustroje, a pytanie:

Kto tu jest dla kogo??? - pozostaje bez zmian.

- Czego… - ton głosu sprzedawcy (w wykonaniu Zenona Laskowika w jakimś starym kabarecie) był wyraźnie nieprzyjazny i pogardliwy - …pan sobie życzy? Tak oto, do spółki ze Smoleniem, jeśli mnie pamięć nie myli, nabijali się z arogancji, głupoty i sobiepaństwa sprzedawców, urzędników, policjantów i innych takich. Oczywiście, a przynajmniej tak mi się wydaje, był to obrazek mocno przerysowany, aż tacy bezczelni chyba oni wszyscy jednak nie byli, ale w kabarecie (albo filmie „Alternatywy 4”) było się z czego pośmiać.

Dziś wygląda to zupełnie inaczej – ja sam, ale też znajomi, przyjaciele, członkowie rodziny, często zaskakiwani jesteśmy uprzejmością i życzliwością urzędników; nawet jeśli udawaną trochę, to i co z tego? Jest lepiej, ale… czy pytanie, kto tu jest dla kogo, straciło sens?

Urząd Pocztowy Opole 3 przy ul. Książąt Opolskich 33, czyli po prostu na Rondzie. Moje obserwacje obejmują trzy sezony jesienno-zimowe, a ostatni to grudzień 2016 i styczeń 2017.
Bywały dni, że było naprawdę zimno. Temperatury spadały do minus dwudziestu stopni, a kilka-kilkanaście stopni mrozu, to był/jest standard.
Klienci poczty, wybierając się do tej placówki (albo gdziekolwiek w mieście), ubierali się stosownie do pogody, a więc raczej ciepło. W lokalu poczty odkrywali, że:
a) Z trzech okienek czynne jest tylko jedno (zwykle).
b) W pomieszczeniu jest wściekły upał (wściekły dla osób ubranych zimowo, to jest normalnie do pory roku), bo panie tam pracujące muszą być ubrane w koszulki z krótkimi rękawkami (zawsze). Długa kolejka, usiąść nie ma gdzie, temperatura, od której pot oczy zalewa, a przecież już niedługo znowu trzeba będzie wyjść na mróz.

Czy zależmy mi na tym, żeby pracownice poczty wypełniały swoje zadania ubrane w kożuchy, czapki-uszanki i walonki? Nie, oczywiście, że nie, ale czy jest coś złego w sweterkach albo kamizelkach? Tym bardziej, że to przecież nie te panie płacą za tropikalne grzanie, tylko ja. Oraz inni klienci poczty. W formie opłat pocztowych, które ustawicznie rosną. 

Ostatecznie kto tu jest dla kogo? Pięć pań z pocztowych okienek dla setek klientów poczty, czy może odwrotnie?

niedziela, 22 stycznia 2017

TO może się stać również i tobie!

„Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” – Oliver Sacks

„Książkę tę czyta się jak fascynujący tekst popularno-naukowy, a w istocie jest to tekst naukowy…” – stwierdził we wstępie Kazimierz Obuchowski, specjalizujący się w psychologii klinicznej i psychologii osobowości. Śmiem wątpić. Z czysto naukową, czyli nie popularną, książką na temat neuropsychologii, a tego przede wszystkim ona dotyczy, najprawdopodobniej nie dałbym sobie rady. Ale… mniejsza z tym. Dało się czytać, nawet bez wielkiego wysiłku i kopania w specjalistycznych słownikach.

„Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” to opis… wydawałoby się, że wręcz nieprawdopodobnych, ale jednak jak najbardziej realnych i konkretnych przypadków pacjentów Olivera Sacksa, brytyjskiego neurologa i psychiatry, z którymi zetknął się on w swojej wieloletniej praktyce. W sumie dwudziestu czterech pacjentów, jeśli dobrze policzyłem.

Analiza opisanych w książce przypadków medycznych podzielona została na cztery części: straty, nadmiary, uniesienia i powroty, świat prostych umysłów. W żadnym przypadku pacjentami Sacksa nie są/byli ludzie „głupi” – w powszechnym rozumieniu tego słowa, często wręcz przeciwnie: bystrzy, inteligentni, oczytani, obdarzeni wyjątkowymi talentami; tytułowy mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem (traktować to należy jak najbardziej dosłownie) był znakomitym muzykiem, na przykład.

 Oczywiście, lektura w istotny sposób poszerzyła moją wiedzę dotyczącą neurologii, psychologii, psychiatrii, ale pytania, wątpliwości, przemyślenia, które nawiedzały mnie w trakcie czytania, były zdecydowanie bardziej filozoficzne (egzystencjalne?) niż kliniczno-medyczne.

czwartek, 19 stycznia 2017

Powtórka z sensacyjnej rozrywki

Zachciało mi się sensacji i to w wydaniu Harlana Cobena. Sięgnąłem więc po „Bez śladu” – tę o zaginięciu koszykarza Grega Downinga i złożonych wielce implikacji tego. Po przeczytaniu kilkudziesięciu kartek coś mi zaczęło świtać. Uznałem jednak, że to – łatwy do rozpoznania i charakterystyczny – styl Harlana Cobena i czytałem dalej. W połowie książki wiedziałem już na pewno, że kiedyś już ją czytałem (gdy na scenę wkroczyła Maggie Łomot, pozbyłem się wątpliwości), ale zorientowałem się, że mimo to nie wiem, jak się to wszystko skończy, czyli – kto zabił. Ostatecznie „Bez śladu” przeczytałem do końca.

Dokładnie ten sam schemat powtórzył się z następną moją lekturą, to jest z perypetiami zawodowych graczy w golfa, klubu Merion, ale przede wszystkim pechowego Jacka Coldrena, czyli z „Błękitną krwią”. Tym razem jeszcze szybciej byłem już pewien, że tę opowieść znam, że ją czytałem, ale do samego końca nie byłem w stanie przypomnieć sobie zakończenia.

Rozrywkę miałem całkiem niezłą, nie narzekam, ostatecznie to ja decydowałem się kontynuować lekturę książki kiedyś już czytanej, ale… Coś mi tu jednak nie pasuje.

Mnóstwo razy w życiu czytałem po kilka razy te same książki. To jednak było działanie świadome i z premedytacją. Sięgając po kolejny tom Harlana Cobena nie miałem w planach powtórki. W tej sytuacji pojawia się pytanie, czy to mnie zaczyna szwankować pamięć, czy może współczesne pisarstwo już takie właśnie jest: lekkie, łatwe, przyjemne, a dokładniej to tak lekkie i łatwe, że zapewnia rozrywkę w trakcie lektury, ale bardzo szybko po jej zakończeniu wszystko rozwiewa się, jak dym? Z drugiej strony… przecież nadal świetnie pamiętam, kto zabił w „Morderstwie w Orient Expresie” albo w „Psie Baskerville'ów”.