wtorek, 17 września 2019

Gra w zbieraczy i owczarki


„Hak” – Jeffery Deaver

Omijałem tę książkę szerokim łukiem przez wiele lat. Po okładce i tytule wyrobiłem sobie przekonanie, że zapewne chodzi o masowego mordercę, używającego jakiegoś haka. W końcu musiałem zdecydować, czy zaczynam ją czytać, czy powinienem się jej wreszcie pozbyć. Więc ostatecznie przeczytałem. Z przyjemnością.

Od zawsze wiem, że raczej nie mógłbym pisać profesjonalnych recenzji – jeśli ktoś tym się zajmujący zobowiązany jest do obiektywnej oceny dzieła – bo od zawsze zdaję sobie sprawę, że na moją opinię o książce wpływ ma też dobór poprzednich lektur. Jeżeli przemęczyłem kilka miernych raczej pozycji, to następna, niezła, wydawać mi się może wspaniała, fantastyczna, cudowna. I odwrotnie.

Co mi się bardzo spodobało w „Haku” (nie chodzi o narzędzie brutalnej zbrodni, ale o przenośnię: „mieć na kogoś haka”) – pomysł z owczarkami i zbieraczami. Z tym jeszcze nigdzie się nie spotkałem, więc powiał wiaterek świeżości.
W setkach książek można zetknąć się z ochroniarzami, ludźmi, którzy specjalizują się w ochronie życia świadków koronnych. Taki świadek, zazwyczaj również przestępca, tylko nawrócony, staje się często celem, dawni wspólnicy chcą go zabić, by zamknąć mu usta. Ochraniać trzeba też zwyczajnych świadków, żeby nie dopuścić do ich odstrzelenia, z tego samego powodu zresztą – żeby zapobiec złożeniu zeznań.

W „Haku” pojawia się nowa postać: zbieracz. Tu akurat rolę tę pełni sadysta, psychopata i morderca, Henry Loving. Zadaniem zbieracza jest zdobycie informacji. Oczywiście, gdy już wyciągnie z ofiary to, co chce wiedzieć, zabija ją, ale nie to było głównym zadaniem. Żeby zrealizować zlecenie zbieracz musi znaleźć sposób, by dotrzeć do ofiary, bo zmusić ją do mówienia można prostymi torturami. Jednak najpierw trzeba do niej dotrzeć, znaleźć ją, a to oznacza konieczność zmuszenia do współpracy wielu postronnych ludzi oraz członków rodziny ofiary. Łatwo to wykonać, gdy się ma na nich haka. Znajdzie się groźbę, której ta właśnie osoba na pewno ulegnie. Na przykład: jeśli matka nie powie tego, co zbieracz chce wiedzieć, ten będzie bestialsko torturował jej dziecko.

Corte, pracownik wysoce zakonspirowanej agencji rządowej, zapalony miłośnik i kolekcjoner gier planszowych, jest owczarkiem, ochroniarzem. Kilka lat wcześniej, realizując jakieś zlecenie, Henry Loving torturował i wreszcie zabił jego mentora (szefa). Teraz Corte ma ochronić rodzinę Kesslerów, do której (długo nie wiadomo, do kogo z nich konkretnie) stara się dotrzeć zbieracz, Henry Loving. Zadanie jakich wiele, ale i sprawa osobista.

Odrobinę irytująca wydała mi się końcówka historii – zbyt pokomplikowana, irytująco nic się tam nie udawało, szło nie tak jak trzeba. Jednak ostatecznie – polecam.

wtorek, 10 września 2019

Trudne szczęśliwe życie dupka


„Zwyczajny facet” – Małgorzata Kalicińska 

Dostałem wolne we wrześniu. Tak napisałem w deklaracji urlopowej - September, żeby się załapać bez problemu, bo większość facetów z naszej stoczni, tych młodszych, wybiera się na wypoczynek latem, szczególnie ci, co mają dzieci. Ja nie mam małych dzieci, właściwie rodziny też. Od jakiegoś czasu jestem już sam. Ciężko to sobie uświadamiać, ale jakby nie było, paradoksalnie sam tego chciałem. Od kilku lat pracuję za granicą, w Finlandii, w stoczni, w Turku. Tak wyszło. Stocznie w Polsce to ropiejący wrzód na naszych sercach. Kurczę! Porty, stocznie to okno na świat! Mamy tyle linii brzegowej morza, a stoczni nie umieliśmy utrzymać, powyzdychały jedna za drugą na wstyd i sromotę. Szlag by to trafił! Tylu nas wyleciało na bruk... Stąd moja emigracja zarobkowa, praca w Finlandii ciężka, ale satysfakcjonująca, bo w zawodzie. I teraz radość, że w końcu na urlop jadę do Polski. Wreszcie wakacje! Ech! Zapomnieć o wszystkim! 

Taki sobie… romans nie bardzo wiadomo, dla kogo. Chyba jednak zbyt zwyczajny, czyli po prostu nijaki. Wiele razy w trakcie lektury zadawałem pytanie „no i co w związku z tym?”, ale oczywiście wiadomo, że nic. 

Po rozwodzie z żoną, sprawczynią domowej przemocy, podłą i wredną zołzą, jakiś taki nijaki Wiesiek (50-letni inżynier, pantoflarz, ojciec Tomka i Kasi) znajduje sobie pracę w Finlandii. Nieźle płatną, w wyuczonym zawodzie. Wydaje się jednak, że tęskni za tym swoim popapranym małżeństwem, a może związkiem w ogóle, bo na urlop przyjeżdża do Polski, do pensjonatu na Mazurach, w którym jeszcze z żoną bywali szczęśliwi. Ups! Tam wreszcie spotyka kobietę właściwą, notabene też po przejściach. Amen. 

Tu nie chodzi o to, że fabuła jest kompletnie nierealna, bo nie jest – coś takiego mogłoby się wydarzyć. Tyle tylko, że w taki sposób o mężczyźnie nie napisałby żaden mężczyzna. To po prostu zbyt kobieca wizja – jak dla mnie. W znalezienie wielkiej miłości w średnim wieku też wierzę… tylko książka po prostu nudna.

Autorka napisała o niej tak: 
Napisałam »Zwyczajnego faceta«, bo tacy istnieją. Nie rzucają się w oczy, są cisi, nie narzekają, cierpliwie znosząc swój los. Dyskretni, a może wstydliwi? Temat przemocy psychicznej dotyczy głównie kobiet, ale i one bywają niebezpieczne, głośne, trudne, »awanturne«. Głupota, podłość i inne cechy ludzkie nie posiadają określonej płci. Według mnie (jestem emancypantką) są dobrzy i źli ludzie, a nie anielskie kobiety i wredni faceci. Chyba zauważyłam problem i opisałam go - po prostu. 
Tak powstają książki. Życzę dobrej lektury! 

No i dobrze. Komuś się pewnie spodoba. Zwłaszcza zaskakujące zakończenie. 
Nie mam nic przeciwko romansom, ale przeciwko romansom nudnym i nijakim – i owszem. 

Wspólna podróż trzecią klasą


„Notatki komiwojażera” – Szolem Alejchem


Szolem Alejchem, właśc. Salomon Rabinowicz, znany jest przede wszystkim jako autor „Dziejów Tewji Mleczarza” („Skrzypek na dachu”), ale napisał też kilkadziesiąt innych tomów. Za najlepsze uważam jego zbiory opowiadań, w tym „Notatki komiwojażera”.

Jestem komiwojażerem. Podróżuję jedenaście miesięcy w ciągu roku. Jadę zazwyczaj pociągiem, najczęściej trzecią klasą, i prawie zawsze odwiedzam żydowskie miasta i miasteczka. Bo po cóż bym jeździł tam, gdzie nie ma Żydów? Mój Boże! Ileż to dziwolągów spotyka się po drodze! Szkoda tylko, że nie jestem pisarzem. Chociaż, prawdę mówiąc, dlaczego nie mam prawa zwać się pisarzem? Kim jest pisarz? Każdy człowiek może zostać pisarzem. Tym bardziej pisarzem żydowskim. Język żydowski - też mi sztuka! Bierze się pióro do ręki i pisze. Ale, moim zdaniem, nie każdy powinien brać się do pisania. Trzeba się trzymać swojego zawodu. Fach jest fachem. Tak myślę. Jednakże człowiek próżnujący może znaleźć rozrywkę w pisaniu. Jako komiwojażerowi zdarzają mi się w drodze całe dnie, gdy nic nie robię. Siedzę i myślę. Ot, choćby tłuc łbem o ścianę! Przyszedł mi więc dobry pomysł do głowy. Kupiłem kajet i ołówek. Wszystko, co tylko po drodze słyszę lub widzę, notuję w moim kajecie. W ten sposób, jak widzicie, zapisałem sporo stronic. Starczy pewno do czytania na cały rok! W końcu jąłem się namyślać, co z tym fantem począć? Wyrzucić? Szkoda. Dlaczegoż nie wydać tego w książce lub nie wydrukować w gazecie? [„Do Czytelników”]

Nieznany z nazwiska komiwojażer, przedstawiciel handlowy jakiejś firmy, zbierający dla niej zamówienia, Żyd, podróżuje pociągiem po carskim imperium przez jedenaście miesięcy w roku, koniecznie trzecią klasą, i wysłuchuje opowieści innych podróżnych, snutych przez nich dla zabicia czasu. Nie wszystkie te historie kończą się jakąś puentą, czasem podróżny musi wysiąść, zanim skończy swoją relację. I to też jest elementem specyficznego humoru żydowskiego, filozofii narodu wybranego, ich niepowszedniego, czasem nawet egzotycznego postrzegania świata, życia, przeznaczenia…

Zbiór zawiera opowiadania: „Konkurenci, Najszczęśliwszy człowiek w Kodniach, Stacja Baranowicze, Przyjęty, Człowiek z Buenos-Aires, Powrót z cmentarza, "Próżniak", Cud w Hoszano Rabo, Wesele bez grajka, Cyces, Sześćdziesiąt sześć, Gimnazjum, Pobór,  Dziesiąty, Trzecia Klasa.

Nie będzie to żadna opowieść, ale pogawędka - kilka słów pożegnalnych od dobrego przyjaciela. Rozstając się z wami, drodzy Czytelnicy, chcę w dowód wdzięczności za waszą cierpliwość udzielić wam rady, która pochodzi od człowieka praktycznego, od komiwojażera. Posłuchajcie i zapamiętajcie sobie moje słowa. Gdy odbywacie dłuższą podróż koleją i chcecie uniknąć nudy, nie jedźcie nigdy ani pierwszą, ani drugą klasą. Wystrzegajcie się zwłaszcza pierwszej klasy. Nie brak tam wprawdzie komfortu, jest miękko i wygodnie. Ale chodzi mi o ludzi, o pasażerów. Cóż to za przyjemność dla Żyda podróżować samemu i przez cały czas nie odezwać się do nikogo ani słowem? Można od tego, uchowaj Boże, stracić mowę. Jeśli nawet spotkasz tam pasażera, to będzie nim albo niemrawy dziedzic z nadętymi jak trębacz policzkami, lub napuszona dama, zgryźliwa jak zła teściowa, albo też milczący cudzoziemiec w kraciastych spodniach. Siedzi przylepiony do okna i nie ruszy się z miejsca, choćby w wagonie wybuchł pożar. Smutne myśli przychodzą do głowy, gdy jedziesz w towarzystwie takich osób. Zaczynasz rozmyślać o śmierci - a po cóż ci to, do kaduka! Sądzicie zapewne, że w drugiej klasie jest lepiej? Bynajmniej. Siedzicie w towarzystwie wielu osób. Zdawałoby się, tacy sami ludzie jak wy. Każdy chciałby coś powiedzieć, zasięgnąć bliższych informacji, dowiedzieć się, skąd jesteście, dokąd jedziecie i jak was zwać. Ale oni siedzą jak te mumie, jeden spogląda na drugiego, nabrali wody do ust i milczą.
[…]
Natomiast jadąc trzecią klasą - czujecie się jak u siebie w domu. A gdy w wagonie znajdują się sami tylko synowie Izraela, czujecie się już zupełnie jak w domu. Nie jest tam, co prawda, tak wygodnie, o miejsce trzeba nieraz walczyć. Panuje zgiełk, harmider. Człowiek nie wie, co się z nim dzieje i kim jest jego sąsiad. Ale znajomość zawiera się od razu. Po chwili wszystkim wiadomo, kim jesteście, dokąd jedziecie i jakie zawieracie transakcje. A wy wiecie o innych to samo. Noc spędzacie na miłej pogawędce. Jeśli milczycie, to mówią inni - i nie dają wam spać. I po cóż zresztą spać w wagonie? Czy nie lepiej rozmawiać? Gdy się mówi, można się zawsze czegoś dowiedzieć. [„Trzecia klasa”]

Dobra lektura. Jakaś taka… spokojna, kojąca. Polecam.

środa, 4 września 2019

Życie codzienne, burdelowe...


„Czarodziejki.com” – Ewa Egejska

Relacja z burdelu, czyli – jak się to poprawnie obecnie nazywa – agencji towarzyskiej. Opowieści i życiorysy trzech pań wiadomego autoramentu, setki scenek rodzajowych z ich życia i profesji oraz funkcjonowania takich przybytków.

Aż przypomniała mi się taka Eliza. Strasznie się zakochiwała i w niej się zakochiwali. Trafiła do burdelu z miłości, żeby zarobić na adwokata dla chłopaka, który trafił za zabicie ojca do pierdla. Ponoć się pobili w domu i jakoś go nieszczęśliwie tak popchnął. .. Ale chciała go z więzienia wyciągnąć i wyciągnęła...
Wiesz, opowiem ci o niej. W burdelu zaczynała każdy dzień z uśmiechem na twarzy i z uśmiechem na twarzy kończyła, chociaż by z nóg padała. Była pupilkiem szefa, zawsze stawiał ją za wzór innym dziewczynom: Eliza jest profesjonalistką, wie jak gościa podejść, ma mnóstwo stałych klientów. Ewcia, to nawet jakiś klient zmobilizował ją, żeby zrobiła maturę! Potem zaczęła studiować psychologię. Na pokój wychodziła z uśmiechem na twarzy i dawała im wszystko to, czego oczekiwali. Sprawiała wrażenie, że jest jej z nimi strasznie dobrze, że uwielbia z nimi gadać, rozumie ich - no po prostu panna do rany przyłóż! Jedyną wadą i problemem Elizy był alkohol. Strasznie denerwowała się, jak ktoś nazywał ją alkoholiczką... Otwierała wtedy kolejne piwo i mówiła, że nikt nie będzie jej mówił ile ma pić: jedno, trzy, czy pięć piw dziennie!
[…]
W tej chwili Eliza jest z nim mężatką, mają dzieci, ale ona nadal ma kochanka - swojego starego klienta o ksywce Lizak, który strasznie się w niej zakochał. W burdelu spędzał z nią zawsze mnóstwo godzin, przychodził czasem aż na 10 dziennie, żeby tylko żaden inny facet jej nie ruszył. Przynosił mnóstwo prezentów. Zaproponował sporą kasę, żeby spotykała się tylko z nim, no i w tej chwili jest jej cichym sponsorem, po prostu ona jest jego utrzymanką, bo męża nie może być pewna, a dzieci to wielki wydatek. No i Eliza żyje sobie z nimi obydwoma - mężem i eksklientem - bardzo szczęśliwa!

Czemu „czarodziejki”? Bo podobno prostytutki sprzedają klientom raczej marzenia niż własne ciało, czy seks, oferują coś więcej niż tylko fizjologiczne zaspokojenie napięcia seksualnego.
Część książki, relacje pań, sprawiała na mnie wrażenie podręcznika, poradnika, czy wreszcie przewodnika po zachowaniach seksualnych – w tym „złotego deszczu” albo koprofilii oraz różnych fetyszyzmów. Przyszło mi do głowy także inne porównanie: spis oferowanych przez agencje towarzyskie usług – jakbyś się wybierał, a nie wiesz, czy coś jest w ofercie i za ile, to z tej książki możesz się dowiedzieć. Poza tym, zawiera też ona poradnik napisany podobno przez jednego ze stałych klientów: „Jak się zachować i radzić sobie w agencji”.

Mimo zachęcającej przedmowy profesor Marii Szyszkowskiej czyta się to wszystko bez większego zapału, a o jakimkolwiek podekscytowaniu w ogóle mowy nie ma. Powiedziałbym, że jest to – paradoksalnie – lektura jakaś taka… bezpłciowa. Trudno dobrnąć do końca. Jeśli autorce (lub autorkom) wydawało się, że czytelnika czymś zaszokują, to ze mną się nie udało.
Na pewno nie jest to pozycja dla małych dzieci, ale zastrzeżenie na okładce, że tylko dla dorosłych, to już przesada albo chwyt marketingowy. Dobry 30-40 lat temu, ale czy dziś robi to na kimś jeszcze jakieś wrażenie…

Ostatecznie jest to chyba raczej temat na niezły artykuł, ale zdecydowanie zbyt rozdęty na książkę i 320 stron.

poniedziałek, 2 września 2019

Nie wszyscy byli bohaterami


„Pamiętnik z powstania warszawskiego” – Miron Białoszewski

Zdaje się, że za wcześnie się urodziłem, więc w nieodpowiednim czasie zetknąłem się z nieodpowiednimi ludźmi, na przykład takimi, którzy, jako cywile, spędzili w Warszawie czas powstania. Ale ten sposób nieco się też uodporniłem na zmieniającą się co pewien czas, propagandową „prawdę” o powstaniu.
Dziś chyba jedynie słuszna wersja mówi o tym, że decyzja naczelnego dowództwa, wiedzącego od dawna, od Jałty, że powstańcy nie dostaną żadnej znaczącej pomocy (informował o tym wyraźnie Jan Nowak-Jeziorański), uznawana jest za morderczą głupotę i lekceważenie ludzkiego życia, ale już młodzi ludzie walczący na ulicach, to bohaterowie, idealiści, patrioci. Zapewne w dużej mierze tak, ale…

Ci wspaniali herosi bardzo często kazali budować barykady cywilom, i nie tylko młodym mężczyznom. O tym, że bili opornych i wyzywali nawet od zdrajców, w tym ludzi w średnim wieku i kobiety, wiem z opowiadań uczestnika tych zdarzeń. Podobno takich „zdrajców”, którzy pod ostrzałem nie chcieli budować barykad, nawet gdzieś tam rozstrzeliwano, ale chcę wierzyć, że to tylko pogłoski, przesada.

Na drugi dzień pod wieczór ze Staszkiem każą nam przenosić płyty z chodnika. Na drugą stronę ulicy. Staszek złapał płytę i przeniósł. Podziwiałem. Nagle pociski. Jeden trafia w…

Jest „Pamiętnik” dość surową relacją z czasów powstania (to jest od 1 sierpnia do 9 października 1944), sporządzoną przez kogoś, kto powstańcem nie był i najwyraźniej być nie zamierzał. Białoszewski większość tych dni spędził w schronach i piwnicach. A tam, wiadomo, brak intymności, problemy z higieną osobistą, bo brak wody, ciasnota, głód. Wydaje mi się, że zbyt pięknie wyszła mu relacja o pomocy, dobroci, solidarności w tych trudnych warunkach – gdybym nie znał dobrze Polaków uwierzyłbym w nią bez zastrzeżeń – ale… może akurat tak mu się trafiło albo tak zapamiętał.

Autor opisuje hm… dystrybucję pożydowskiego mienia, wspomina z dużą przykrością zniszczone bezpowrotnie setki bezcennych zabytków, ale… prace nad „Pamiętnikiem” Miron Białoszewski rozpoczął w 1967, wiedział już zapewne, że powstanie pociągnęło za sobą dziesięć razy więcej ofiar wśród cywili niż wśród żołnierzy powstania (16 tys. zabitych żołnierzy i 150-200 tys. cywilów, zwykłych mieszkańców miasta), ale tego faktu jakoś nie wyeksponował – może wtedy nie mógł?
Przy okazji można znaleźć odpowiedź na pytanie, czy wątpliwość, jaka powstaje podczas lektury „Pięć lat kacetu” – czemu starzy więźniowie nazywali powstańców bandytami?

Na koniec zastanawiałem się, czy „Pamiętnik z powstania warszawskiego” jakkolwiek zapisałby się w historii naszej literatury, gdyby nie groteskowa interpunkcja autora, i wychodzi mi, że chyba jednak nie, bo wydarzeniem literackim – moim zdaniem –  raczej nie jest. Może sprawdziłby się jako audiobook?

niedziela, 1 września 2019

Kogo czyni z nas mniejsze zło?


„Ostatni szczegół” – Harlan Coben

Myron Bolitar (sztandarowy bohater powieści Harlana Cobena), były koszykarz, szef agencji RepSport MB, kolejny raz rozstaje się z Jessicą Cilver, pisarką, i ucieka z Teresą, prezenterką telewizyjną, na karaibską wyspę, leczyć rany i zranioną dumę. Wydarzenie to, mocno nieprzewidywalne przez nikogo, znakomicie pokomplikowało niecny spisek.

Bolitar wraca do pracy i cywilizacji, bo okazuje się, że jego wspólniczka (wcześniej sekretarka/asystentka), Esperanza Diaz, została zatrzymana przez policję. Podejrzewają ją o zastrzelenie klienta RepSport MB znanego bejsbolisty, Clu Haida.
Myron Bolitar postanawia wyciągnąć z tarapatów Esperanzę, co okazuje się wyjątkowo trudnym zadaniem, choćby ze względu na jej milczenie, ale też mnożące się przeszkody i tajemnice sprzed wielu lat.

Element moralnych dylematów obecny jest w wielu powieściach Harlana Cobena, ale w tej szczególnie. Najpierw Win (socjopata, przyjaciel Myrona) udowadnia mu, że zdecydowana większość jego zapędów, by być porządnym, praworządnym, uczciwym, przyzwoitym człowiekiem, przynosi szkody i to nie tylko jemu samemu, ale i wielu innym ludziom. Jednak największy problem pojawia się na samym końcu – Miron Bolitar musi dokonać paskudnego wyboru typu „mniejsze zło”, pójść na kompromis, który w sumie nie satysfakcjonuje nikogo, a jego samego najmniej.

Warto przeczytać, bo właśnie poza całkiem niezłą fabułą sensacyjną, są w powieści także elementy moralitetu i to nieźle sprzedane. Kończysz książkę i zastanawiasz się, co ty byś wybrał w podobnej sytuacji.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Jak zachowywać równowagę


„Sztuka zachowywania umiaru” – Anselm Grün

Kiedy przekraczamy miarę, tracimy wyczucie tego, co jest dla nas odpowiednie. Ulatuje z nas powietrze, tracimy energię, czujemy się niejako opróżnieni, wyczerpani. Kto mierzy rzeczy właściwą miarą i zachowuje umiar, nie wyczerpuje się tak łatwo. Kto nie zna umiaru, mierzy siły na zamiary i porywa się na zbyt wielkie rzeczy, nie powinien się zatem dziwić, jeśli w pewnej chwili poczuje się wypalony*.

Można  powiedzieć, że temat równowagi między skąpstwem a rozrzutnością (to jeden z rozdziałów) jest wręcz banalny, ale już zagadnienia dotyczące mocy rytuałów, świętego oburzenia, dyscypliny i porządku, oraz wiele, wiele innych, zapowiadają się intrygująco, a nawet… prowokująco.

Czy można osądzać (źle mówić i myśleć) księdza pedofila, gwałciciela dzieci, jeśli nie zna się go osobiście? Według autora – nie. Anselm Grün twierdzi, że konsekwentnie i zdecydowanie odmawia oceniania ludzi, których sam nie zna, bez względu na to, co zrobili. Od razu przyszło mi do głowy wredne pytanie, czy podobną miarę stosuje do komunistów i ilu ich naprawdę osobiście poznał. Chciałem tu dołożyć też hitlerowców, ale ze względu na narodowość i wiek autora…

Nie ze wszystkimi przekonaniami Anselma Grüna się zgadzam, ale to na szczęście nie jest obowiązkowe. Poza tym uważam, że w zdecydowanej większości przypadków ma jednak rację. Znalazłem też w książce stwierdzenia, co do których mam wątpliwości, które zostawiam do przemyślenia, na kiedyś, na później. Na przykład w rozdziale „Równowaga między pogardą dla siebie a pychą” opisuje małżeństwo, które decyduje się zrezygnować z bardzo drogich wakacji – wiele razy na takie jeździli, ale wreszcie uznali, że to kosztuje zbyt dużo. To oczywiście zdolność zachowania umiaru, ale do tego autor twierdzi: A przecież tak naprawdę nasze poczucie wartości wzrosłoby, gdybyśmy przyznali się do własnych granic**. No więc się zastanawiam, czy przyznanie, że na coś mnie nie stać, że coś jest dla mnie za drogie, naprawdę podnosi moje poczucie własnej wartości?

Jako, że jestem kwakrem, uważam za bardzo ważne, kluczowe, zagadnienia dotyczące zrównoważonej relacji ze stworzeniem albo niewygodne pytanie, ile jest rzeczy, których nie potrzebuję. Przydatne okazały się rozważania na temat zdolności odróżniania spraw ważnych od mniej ważnych oraz poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co naprawdę jest ważne.

Dobrego traktowania stworzenia nie można się domagać za pomocą argumentów czysto racjonalnych. Gdyby tak było, nasze postępowanie zależałoby zbytnio od naszej woli. Aby naprawdę zmienić nasze zewnętrzne zachowanie, potrzebujemy odpowiedniego nastawienia i pokornej postawy***.

Dobra książka – jako lektura inspirująca do poszukiwania własnych odpowiedzi, swojego stanowiska, indywidualnej drogi, postaw, zachowań.





--
* Anselm Grün, „Sztuka zachowywania umiaru”, przekład Kamil Markiewicz, 2016, wyd. Święty Wojciech, s. 5.
** Tamże, s. 24.
*** Tamże, s. 110.

środa, 7 sierpnia 2019

Nim pojawiliśmy się w historii


„Dagome Iudex” –  Zbigniew Nienacki

Jak wiadomo z lekcji historii, przed Mieszkiem Pierwszym rządził jego ojciec, Siemomysł, a przed nim dziadek Mieszka Pierwszego, Lestek. A jeszcze wcześniej? Wcześniej, w VII-VIII wieku działy się (albo też dziać mogły) wydarzenia, opisane przez Zbigniewa Nienackiego w trylogii, na którą składają się tomy: „Ja, Dago”, „Ja, Dago Piastun” i wreszcie, wydany po baaardzo długiej przerwie i w mniejszym nakładzie, „Ja, Dago Władca”.

We wsi Zemlinów zbliża się czas postrzyżyn chłopca – podczas tej ceremonii nadane mu też będzie imię, bo dotąd jest bezimienny. Podczas przepychanek z kolegami i braćmi, bezimienny rzuca o ziemię chłopcem starszym i większym – Zemlinowie są przerażeni, początkowo chcą go zabić, ale ostatecznie postanawiają sprzedać w niewolę. Karłowaci i tchórzliwi Zemlinowie boją się chłopca i podejrzewają, że jest on ostatnim żyjącym potomkiem olbrzymów, starożytnych Spalów, a konkretnie synem olbrzyma Bozy, który utonął na bagnach. Ostatecznie przyszły Dagobert, w skrócie Dago, wychowuje się na dworze siostry Bozy, olbrzymki Zely, gdzie uczy się pierwotnej mowy ciała i wielu innych umiejętności.

Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.
Napisano w „Księdze Grzmotów i Błyskawic”, a jej rozdział dotyczący sztuki rządzenia ludźmi, Dago wyuczył się na pamięć, przebywając na dworze Rhomajów. Nawiązał tam wiele przydatnych znajomości, został ochrzczony, wyuczył się języków, zrozumiał na czym polega władza i jak się ją sprawuje.

Gnany typową dla olbrzymów chorobą zwaną Żądzą Czynów, wyruszył Dago na białym ogierze o imieniu Vindos, by wprowadzić do historii ludy, żyjące od Morza Sarmackiego aż po Góry Karpatos. Spotkał i uwolnił Herima, później Zyfikę, stanął na czele niewielkiej drużyny Lestków… Dzięki zdradom, podstępom, intrygom, morderstwom, utrwalał i poszerzał obszar swojego panowania, które sprytnie nazywał piastowaniem – albowiem Lestkowie i sąsiednie plemiona nie znosiły nad sobą żadnej władzy, żadnych książąt, królów, komesów. Prawnukiem Dago był… Mieszko, zwany później Pierwszym.

wtorek, 16 lipca 2019

Udawaj, że kochasz bliźniego


„Drewniany różaniec. Oblubienice” –  Natalia Rolleczek

Czytałem tę książkę wiele razy. Jak zresztą większość książek zgromadzonych w moim domu rodzinnym. Podczas lektury zwykle przypominały mi się koszmarne opowieści wujka, który posyłany był do przedszkola prowadzonego przez zakonnice. Przedszkole to mieściło się ze sto metrów od naszego domu i często obok niego przechodziliśmy. Jeśli nie było z nami dorosłych (wujek był starszy o kilka lat zaledwie), przyśpieszaliśmy kroku albo szli drugą stroną ulicy – żeby te straszne kobiety nas tam nie wciągnęły. Pewnie dlatego, kiedy wybuchła afera z siostrą Bernadettą, jakoś nie zdziwiło mnie to, że siostry Scholastyka, Bernadetta, Monika, Patrycja, pozwalały dzieci gwałcić, a same biły je menażką do utraty przytomności („Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” – Justyna Kopińska). Sierociniec pokazany w „Drewnianym różańcu”, prowadzony przez felicjanki w Zakopanem w latach trzydziestych ubiegłego wieku, to w porównaniu do zakładu boromeuszek, po prostu głupstwo, drobiazg; miejsce może niezbyt miłe, niekomfortowe, ale jeszcze znośne.

Natalia Rolleczek zmarła niedawno, kilka miesięcy po setnych urodzinach, a ja znów sięgnąłem po „Drewniany różaniec”. Nie pamiętam, czy mam pierwsze wydanie, czy jedno z pierwszych, ale to najnowsze (edycja Ha!artu) oglądałem u znajomych i od razu rzuciły mi się w oczy zmiany w tekście (zakonnice przedstawione są nie aż tak źle) oraz fakt, że książka jest znacznie krótsza niż pierwsze wydania.

Fabuła. Lata trzydzieste, do sierocińca w Zakopanem, prowadzonego przez siostry felicjanki, trafia, początkowo niby tylko na rok, nastoletnia Natalia – ojczym nie może znaleźć pracy, siostra zmarła na gruźlicę, w domu bieda aż piszczy…
Dziewczyna z trudem dostosowuje się do zastanych warunków, obserwuje i opisuje zakonno-zakładową rzeczywistość. Obłuda, zakłamanie, hipokryzja, kłamstwa, kradzieże, oszustwa, bicie (drewnianym różańcem), praca ponad siły, głód, choroby… Całkowite i kompletne zaprzeczenie ideałów chrześcijańskich. Księdzu siostry serwują wystawne śniadania, podczas, gdy sieroty głodują. Siostry zakonne może i są równe przed Bogiem, ale w klasztorze dzielą się na „lepsze”, chórowe, czyli te, które do zakonu wniosły spory posag, oraz „gorsze”,tzw. konwerski, taki drugi sort, kobiety od brudnej roboty.

A ja wypłakując na stryszku swój żal na kolanach siostry Zenony pytałam podnosząc głowę:
    Dlaczego pan Bóg, jeśli jest, jeśli naprawdę istnieje — dlaczego nie dopomógł Frankowi? Dlaczego?
Na to przyszła szczególna odpowiedź, która mnie zdumiała jak bluźnierstwo w ustach świętego:
    Bo Zakon jest mocniejszy od pana Boga. Pan Bóg zrobił­by dla ludzi niejedno. Ale Zakon nie zrobi.
I westchnąwszy, siostra Zenona pogłaskała mnie po włosach.

Obraz oburzający i odrażający. Ale jest w książce także parę zdań, dzięki którym można zorientować się, że życie w międzywojennej Polsce nie było jednak tak idealne, jak to obecnie próbuje przedstawiać propaganda. Moje wydanie zawiera także rozdziały, części „Koło Młodych Polek”, „Oblubienice”, a zwłaszcza „Litość”, pierwszą, poświęconą pamięci Łucji, starszej siostry Natalii.