niedziela, 18 kwietnia 2021

Zło jest tak bardzo zwyczajne

 „Farmaceuta z Auschwitz” – Patricia Posner


Gdzieś czytałem, że dawno, dawno temu w USA, gdy nie można było na okładkach magazynów umieszczać zdjęć porno, ani stosować innej, jawnej reklamy pornografii, powstało pojęcie „zbliżenia bobrów”. Więc na nijakiej okładce pisma dla panów była informacja, że w numerze można zobaczyć zbliżenia bobrów i już wiadomo było, o co chodzi. Po pewnym czasie pomysł szlag trafił, bo wydawcy magazynów przyrodniczych zaczęli go wykorzystywać i – zgodnie w prawdą – reklamowali swoje czasopisma tym samym hasłem. Tyle tylko, że zamieszczali zdjęcia właściwych bobrów i ich żeremi.

Podobną rolę obecnie pełni niemiecka nazwa polskiej miejscowości Oświęcim (niem. Auschwitz), miasta w województwie małopolskim. Było miastem królewskim Korony Królestwa Polskiego. Miejscowość ma ponad 800-letnią historię i należy do najstarszych piastowskich grodów kasztelańskich w Polsce. We wrześniu 1939 r. zostało zajęte przez Wehrmacht. Oświęcim został wcielony do III Rzeszy jako Auschwitz dekretem Hitlera z 8 października 1939 r. W czasie II wojny światowej znajdował się tutaj największy niemiecki obóz koncentracyjny. „Oświęcim” na nikim nie robi większego wrażenia, ale „Auschwitz” jest zapowiedzią okropności, obrzydliwości, strasznych rzeczy, plugastwa itp., czyli tego wszystkiego, co wielu polskich czytelników (zapewne nie tylko) lubi najbardziej. Inni nazywają ten proceder żerowaniem, epatowaniem. Jeszcze inni uważają, że to normalny mechanizm rynkowy: jest popyt, więc trzeba go zaspokoić. Ja tylko, jako księgarz, rejestruję fakt.

„Bokser z Auschwitz” - Marta Bogacka,
„Bibliotekarka z Auschwitz” - Antonio Iturbe,
„Tatuażysta z Auschwitz” - Heather Morris,
„Kapo z Auschwitz” - Charles Liblau,
„Sonata z Auschwitz” - Luize Valente,
„Kołysanka z Auschwitz” - Mario Escobar,
„Położna z Auschwitz” - Magdalena Knedler,
„Dziecko z Auschwitz” - Lily Graham,
„Tajemnica z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Dziewczęta z Auschwitz” - Sylwia Winnik,
„Skrzypce z Auschwitz” - Maria Angels, Anglada Maria Angels,
„Bajki z Auschwitz” - Jadwiga Pinderska-Lech, Jarek Mensfelt,
„Pozdrowienia z Auschwitz” - Paweł Szypulski,
„Wesele w Auschwitz” - Erich Hackl,
„Orkiestra z Auschwitz” - Marcin Lwowski,
„Byłam lekarką w Auschwitz” - Gisella Perl,
„Sędzia w Auschwitz” - Kevin Prenger,
„Romeo i Julia z KL Auschwitz” - Ireneusz Wawrzaszek,
„Anioł życia z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Co zostaje z Auschwitz” - Giorgio Agamben,
„Cafe Auschwitz” - Dirk Brauns,
„Przystanek Auschwitz” - Anna Kowalczyk, Lidia Grzegórska,
„Auschwitz. Rezydencja śmierci” - Adam Bujak,
„Życie ptaków w Auschwitz” - Arno Surminski,
„Ostatnia ,,więźniarka'' Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Lekarz z Auschwitz” - Szymon Nowak,
„Fotograf z Auschwitz” - Anna Dobrowolska,
„Auschwitz. Piekło dusz” - Damian Tomecki,
„Ucieczka z Auschwitz” - Alfréd Israel Wetzler,
„W krematoriach Auschwitz” - Filip Müller,
„Z Auschwitz do nieba” - Ryszard Szwoch,
„Usługiwałem esesmanom w Auschwitz” - Józef Seweryn,
„Chłopiec, który przeżył Auschwitz” - Tomasz Wandzel,
„Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown.

To tylko bardzo, bardzo, bardzo niewielki przegląd niektórych produkcji wydawniczych na temat obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu… eee… przepraszam, w Auschwitz. W przypadku tłumaczeń tytuł oryginalny wydaje się nie mieć wielkiego znaczenia, bo w polskiej wersji MUSI być Auschwitz. Na przykład „Finding Rebecca” (Szukając Rebeki?) w Polsce wydano jako… Ależ tak! Oczywiście! – „Anioł z Auschwitz”.

Ktoś wysunął argument, że przecież rzeczywiście, w czasach kilkuletniej niemieckiej okupacji, Oświęcim nazywał się Auschwitz. To prawda. Tak samo, jak prawdą jest i to, że Warszawa nazywała się Warschau. Tyle, że jakoś powstanie było jednak w Warszawie, a nie w Warschau, getto było w Warszawie, a nie w Warschau. Getto było też w Krakowie, a nie w Krakau… Nazwy setek miast Niemcy zmienili po swojemu, więc argument kupy się nie trzyma.

Ale uwaga! Nie wszystkie te książki są bezwartościowe. Niezła jest historia Pileckiego (tu niewymieniona), wartościowe są wspomnienia lekarki, Giseli Perl, i wreszcie wyjątkowo dobry jest „Farmaceuta z Auschwitz” Patricii Posner. Naprawdę mocno polecam. Choć niekoniecznie miłośnikom obrzydliwości, choć i te w książce można znaleźć.

Któregoś dnia Prokop był z Capesiusem na poddaszu apteki. „Capesius podszedł do walizek – mówił Prokop. – Były wypełnione zębami, z których zwisały jeszcze kawałki szczęk, dziąseł i kości. Wszystko zaczęło gnić. Śmierdziało okropnie. Widok był makabryczny”. Prokop powiedział szefowi, że jego zdaniem ten koszmarny zbiór powinien być przechowywany w gabinecie dentystycznym. Capesius zignorował go, pochylił się nad walizkami i „grzebał rękami w ich cuchnącej zawartości. Wyjął protezę i trzymał ją przed sobą, jakby chciał oszacować jej wartość*.

Pierwszoplanową postacią jest w książce Posner Victor Capesius, Węgier narodowości niemieckiej – jeśli dobrze zrozumiałem – w każdym razie autorka nazywa go rdzennym Niemcem. Przed Hitlerem i wojną pracował w aptece w Siedmiogrodzie oraz był przedstawicielem olbrzymiego niemieckiego koncernu chemicznego, IG Farben (w skład tego konglomeratu wchodziła też firma Bayer – ta od aspiryny). Kiedy czasy, warunki i okoliczności się zmieniły, Capesius z przyzwoitego, lubianego, towarzyskiego człowieka, stał się zbrodniarzem wojennym. Został pułkownikiem SS i generalnym farmaceutą w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Dokonywał na rampie selekcji, kierując tysiące ludzi do komór gazowych, magazynował i zarządzał zapasami Cyklonu B, wymyślił sposób na obniżenie kosztów poprzez używanie mniejszej liczby puszek z Cyklonem do wymordowania tej samej liczby ofiar. A że konały one w strasznych męczarniach kilkadziesiąt minut dłużej, to i co z tego… Grzebał w gnijących i cuchnących ludzkich szczątkach w poszukiwaniu złota dentystycznego i innych kosztowności – po wojnie kupił za nie aptekę.

Niemieccy prokuratorzy z czasem nabrali przekonania, że spotkanie, do jakiego doszło w Göppingen po wojnie między Capesiusem a doktorami Frankiem i Schatzem, dwoma dentystami z Auschwitz, odbyło się dlatego, że wszystkim trzem udało się odzyskać złoto, które ukradli z obozu, i podzielili się łupem. Capesius cały czas planował przeznaczyć to złoto na rozpoczęcie nowego życia po wojnie. Teraz zrealizował ów plan. W 1950 roku w Göppingen uzyskał pozwolenie na prowadzenie działalności aptecznej wydane przez władze kraju związkowego Badenia-Wirtembergia i za ponad 150 tysięcy marek nabył lokal, w którym wcześniej funkcjonował sklep mięsny. Wkrótce potem przystąpił do urządzania w nim nowoczesnej apteki3. Otwarcie Markt-Apotheke (Apteki przy Rynku) nastąpiło 5 października tego samego roku.

Jednak poza historią zbrodniarza Capesiusa książka zawiera znacznie więcej. Na przykład odpowiedź na pytanie, jak to się dzieje, że zwyczajni ludzie stają się mordercami, jak i dlaczego doszło do tego, że Capesius, skazany na dziewięć lat więzienia, wyszedł po nieco ponad dwóch, a kiedy pokazał się publicznie po wyjściu na wolność, Niemcy witali go w operze owacją na stojąco. Dalej, jak to było możliwe, że setki (może tysiące) niemieckich zbrodniarzy albo w ogóle nie poniosło kary, albo – po symbolicznie krótkiej odsiadce – obejmowali na nowo te same lub podobne ważne stanowiska w firmach, administracji państwowej, sądach, urzędach…

Hanning, przyznawszy, że jako szeregowy pracownik fabryki zagłady ułatwił popełnienie wielu morderstw, był pierwszym esesmanem, który przeprosił i wziął na siebie winę za to, co wydarzyło się w Auschwitz. Właśnie tak szczerego rozumowania zawsze unikał Victor Capesius, któremu nie ciążyły wyrzuty sumienia. Zamiast tego Capesius wolał do śmierci zapewniać o swojej niewinności. Tym samym zapisał się w historii nie tylko jako skazany morderca i złodziej okradający zwłoki, ale też jako człowiek, który nie miał na tyle silnego kręgosłupa moralnego, by przyznać, że w jakimkolwiek stopniu ponosi odpowiedzialność za to, co robił w Auschwitz. Capesius był w dużej mierze zwykłym człowiekiem, jakim chciał być postrzegany przez opinię publiczną. Był jednak, tak samo jak wielu innych nazistów jego pokroju, zdolny do popełnienia wyjątkowych zbrodni. Ostatecznie obrał drogę tchórza, decydując się na to, by żyć i umrzeć, wypierając się wszystkiego. Przez to na zawsze okrył się hańbą.

Po lekturze pozostaje wiele pytań i wątpliwości. Czy ta niby hańba Capesiusa do czegokolwiek przydała się jego ofiarom, czy stanowiła jakieś zadośćuczynienie?
Dlaczego w ciągu dwudziestu pięciu lat po wojnie w Polsce napisano kilka zaledwie książek o niemieckich obozach koncentracyjnych, a w ostatnich latach pojawiło się ich mnóstwo? Może chodziło o to, żeby odeszli już wszyscy, którzy przeżyli taki obóz i mogliby zakwestionować informacje zawarte w niektórych z tych publikacji?

„Farmaceuta z Auschwitz” to relacja bardzo rzetelnie udokumentowana, z setkami przypisów oraz archiwalnymi zdjęciami.
Patricia Posner wraz z mężem Geraldem Posnerem, jest autorką wielu książek z gatunku literatury faktu. Najnowsza, „God’s Bankers” (Bankierzy Boga), najprawdopodobniej w Polsce nie zostanie wydana.











--
* Wszystkie cytaty z Patricia Posner, „Farmaceuta z Auschwitz”, przekład Michał Szymonik ,Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2019; e-book (brak numeracji stron).

wtorek, 6 kwietnia 2021

W konflikcie ze światem i sobą

 „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” – Aleksandra Zbroja

A lekarze wiedzą, iż dziecię poczęte z ojca, który się obżarł i opił, głupie jest i niedługo żyje – Adam Mickiewicz, »Księgi pielgrzymstwa polskiego«*.

Autorka tej opowieści o patologii rodzinnej stara się odkryć, kim był, jaki był i dlaczego, jej ojciec, alkoholik, tytułowy Mireczek. Relacja zaczyna się od śmierci Mirosława Zbroi i sukcesywnie sięga coraz bardziej w przeszłość, aż do czasów przed jego urodzeniem.

Opowieść o Mireczku zdarzyła się naprawdę, choć jej poszczególne części o prawdę jedynie się ocierają. Czemu on, czemu poddał się piciu i co z tego spłynęło na mnie? – nadal nie wiem. Postawiłam kilka hipotez. Żadnej z nich nie jestem pewna, jednocześnie jestem pewna ich wszystkich. Te domysły, zebrane razem, być może tworzą jakąś odpowiedź, choć nie o odpowiedź tu chodzi, ale o poszukiwanie. Goniłam za ojcem po opowieściach ludzi, którzy go znali, oraz takich, którzy choć nigdy go nie spotkali, noszą w sobie część Mireczka: wojskowych, osób dotkniętych kryzysem choroby alkoholowej i bezdomnością, ale też lekarzy, psychologów, historyków, specjalistów. Nieznajomi często więcej byli mi w stanie o Mireczku powiedzieć niż ci, którzy byli z nim blisko, bliżej niż ja. To niesamowite, jak ślad drugiego człowiek ściera się z ludzkiej pamięci.

„Mireczek” to literacka wizja zaburzenia o nazwie DDA: Dorosłe Dziecko Alkoholika. Bardzo, bardzo literacka, powiedziałbym, pełna ciekawych, często nowatorskich środków stylistycznych. Przez to nie każdemu będzie się podobać.
W powyższym cytacie autorka twierdzi, że nie szukała odpowiedzi, że chodziło o sam proces szukania. Jako czytelnik zapytałbym od razu: szukania, czego? Alkoholizm, jako choroba psychiczna (F10.2), nie jest do zrozumienia nijak. Paraplegia lub schizofrenia też nie. Człowiek zdrowy, normalny nijak nie jest w stanie myśleć i reagować, jak ktoś psychicznie chory. Nie ma też sensu szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego ten właśnie człowiek został alkoholikiem? Obecnie nauka nie zna (jeszcze) odpowiedzi na nie. Gdyby autorka jednak poddałaby się psychoterapii DDA (podobno psychiatra przekonał ją, że nie trzeba), wiedziałaby to wszystko. Zdawałaby sobie też sprawę, że spektakularne nadużywanie alkoholu przez alkoholika jest jedynie objawem choroby alkoholowej, a nie jest jej istotą. Czego zapewne nie dowiedziałaby się od terapeutów, profesjonalistów? Że diagnozowanie choroby alkoholowej w Polsce nadal odbywa się na podstawie analizy modelu picia klienta, więc specjaliści nie bardzo radzą sobie z rozróżnianiem alkoholików od zwykłych pijaków.

Czy to polski normal, patrzeć, jak rodzic się upija, tłucze łapskiem w ścianę, szarpie, krzyczy, wyzywa, traci przytomność na klatce schodowej, chodniku, w rowie, zasypia nad kiblem, zarzyguje sobie twarz, włosy, ręce, rano wali mocne z puszki po 3,49 za pół litra, mówi, że to wszystko przez ciebie, bo byłaś niegrzeczną dziewczynką, po czym wytacza się z domu, a ty się modlisz, żeby nikt z 3C nie skojarzył, że to twój tata? [...] Ilu jeszcze Polaków i Polek ma swojego Mireczka, Anioła Stróża, który trzyma pieczę nad ich życiem? Próbuję znaleźć w internecie. Jedni piszą, że 40 procent dorosłych doświadczyło rodzicielskiego picia, inni, że 15 procent, czyli i tak setki tysięcy. W tydzień po śmierci ojca uwierzyłabym nawet w tych 40 procent, parę milionów potomków Mireczka.

Autorka, córka Mirosława Zbroi, szuka jednak czegoś więcej – za zasłoną dymną albo groteskowo wykrzywioną maską alkoholizmu szuka człowieka. Nikt nie jest tylko alkoholikiem, jak nie jest tylko cukrzykiem, czy gruźlikiem. Jednak choroba alkoholowa izoluje cierpiącego na nią człowieka znacznie bardziej niż jakakolwiek inna. I działa to w obie strony. Nikt nie pragnie kontaktu z zarzyganym menelem, a i alkoholik, pełen złości, poczucia winy, wstydu, wyrzutów sumienia i strachu, nie jest zdolny do budowania więzi. Wydaje się też, że ich nie potrzebuje, że wystarczy etanol, ale… to nie jest prawda. Podobno alkoholizm jest – też – chorobą samotności.

Mireczek, poza tym, że był alkoholikiem, był też w końcu jakimś człowiekiem. Pewnie miał kolegów szkolnych, może grał w piłkę, gdzieś mieszkał, gdzieś czasem pracował, coś go interesowało, coś potrafił, z czymś (nie tylko z alkoholem) sobie nie radził. Może lubił zbierać grzyby, może był świetnym blacharzem, może był w Afganistanie, może… I o tym, przede wszystkim, jest ta książka. O życiu, które rozpłynęło się w wódce, jak łzy w deszczu.












---
* Wszystkie cytaty pochodzą z: Aleksandra Zbroja, „Mireczek”, Agora SA, 2021, e-book, konwersja publikacji do wersji elektronicznej – Publio.

Relikwia okupiona krwią ofiar

 „Włócznia” – Robert F. Barkowski


Gdzież te wspaniałe czasy, kiedy na lekcjach historii w szkole podstawowej wszystko było tak cudownie proste: tu nasi (Polacy, Polanie, Słowianie), a tam Niemcy (Krzyżacy, Germanie, gestapowcy)…

„Rozpoczął Gromosław, sięgając opowieścią w czasy, gdy Polska wspólnie z Niemcami najeżdżała Połabie”[1].

Proszę, proszę… czyli razem z Niemcami najeżdżaliśmy też inne ludy… Historia Polski okazuje się znacznie bardziej skomplikowana, niż się to obecnie (zwłaszcza obecnie) wydaje.

X-XI wiek, środek Europy. Najwyraźniej w tamtych czasach był on bardziej przesunięty ku zachodowi, niż obecnie. Ruska dzicz w każdym razie do Europy się nie zaliczała. Trwa właściwie nieustanna wojna. Walczą ze sobą plemiona, księstwa, królestwa, marchie i monarchie. Sojusze nigdy nie trwają długo i często kończą się zdradą po coraz bardziej skomplikowanych knowaniach możnych tamtych czasów. W tym „książąt kościoła”.

W powieściach historycznych, podobnie jak i w wojennych, trudno byłoby za głównego bohatera przyjąć cały naród, księstwo, państwo, czy armię. Sprawdzonym rozwiązaniem jest niewielka grupa pierwszoplanowych postaci, a dopiero na bazie ich spektakularnych przeżyć, doświadczeń, czy przygód prezentowana jest, niejako w tle, wielka historia. Niezłym przykładem takiej polityki może być trylogia Nienackiego „Dagome Iudex” czy „Kroniki szalbierskie” Łysiaka. W powieści Roberta Barkowskiego taką rolę grają czterej przyjaciele: Bernard, Czambor, Gromosław i Randulf, do których z czasem dołącza tajemniczy „człek”.

Rok 1015. Po spektakularnym zwycięstwie w Lesie Dziadoszan – większym sukcesem była dotąd tylko bitwa pod Cedynią – niewielki polski oddział z czterema głównymi bohaterami, zostaje wysłany do wzmocnienia obrony Kopanika, grodu na Połabiu, na który napadli zdradzieccy Lutycy, zwani wcześniej Wieletami. Lutyków odparto, zły (choć może nie całkiem) Stodor został pojmany, a poturbowani przyjaciele zdrowieją w Kopaniku. W Stodoranii wybucha wojna domowa. Gromosław spotyka piękną Matyldę, Stodor jakimś cudem ucieka…

Tytułowa włócznia, to relikwia, a dokładniej kopia relikwii, znanej jako Włócznia św. Maurycego, Święta i Niosąca Krzyż Lanca Cesarska – zawierać ma ona rzekomo jeden z gwoździ, którym do krzyża przybito Jezusa.
W maju 1016 roku, gdy Bolesław, zwany później Chrobrym, szykował się do kolejnej wojny, włócznia została wykradziona ze środka jego obozu. Ponad wszelką wątpliwość było to dzieło zdradzieckich Lutyków. Bolesław powierza Gromosławowi trudne i niebezpieczne zadanie odzyskania relikwii. Jeśli wypełni zadanie, dostanie Matyldę.

Przygód Bernarda, Czambora, Gromosława i Randulfa, o ile zabijanie i okaleczanie innych ludzi można nazwać przygodami, byłoby zbyt mało, jak na książkę, która MUSI być gruba. W powieści zawarto wiele historii rodów, koligacji, układów politycznych, detali konstrukcyjnych grodów i podgrodzi itp. Więc, jak to często bywa w powieściach przygodowo-historycznych, pojawia się problem z równowagą między rzetelną historią a rozrywkową przygodą. Jednak pojęcie równowagi w tym przypadku nie oznacza, że powinno być po równo, a poza tym równowaga jest tu wysoce subiektywna i zależy od oczekiwań czytelnika oraz jego przygotowania historycznego. Moim zdaniem „Włócznia” jest pozycją wartościową, historycznie rzetelną, ale… po prostu nudną. Eksperyment uważam za średnio udany, a autor chyba jednak powinien pozostać przy literaturze popularnonaukowej.

Na koniec drobna uwaga. Jakość pracy pani korektorki tej powieści pozostawia sporo do życzenia. O ile w ogóle wykonała ona jakąkolwiek pracę:
„Rozglądali się zdezorientowani wokół siebie, schlapani krwią, brocząc pośród poległych i poranionych”[2].
„Szukając panicznie wokół jakiejkolwiek broni, próbował jednocześnie powstać”[3].
„…odpieraniem najazdów chąśników, czy też regularne siły duńskiego króla Haralda. Harald, syna Swena Widłobrodego i piastowskiej Świętosławy, siostry Bolesława, pełnił w Danii rządy królewskie pod nieobecność Kanuta, który od roku walczy w Anglii”[4].



---
[1] Robert F. Barkowski, „Włócznia”, Novae Res, 2021, s. 52.
[2] Tamże, s. 76.
[3] Tamże, s. 81.
[4] Tamże, s. 141.

 

 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

poniedziałek, 29 marca 2021

Historia zakłamanej przyjaźni

 „Fatalne kłamstwo” – Valerie Keogh

Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8,32) – jeśli to nawet czasem bywa prawdą, w co często wątpię, to trzeba też przyjąć do wiadomości, że to „wyzwolenie” nie oznacza automatycznie szczęścia. Bywa, że wręcz przeciwnie.

Rok 2020. Trzy przyjaciółki rozbierają się do naga, stają na krawędzi stromego klifu, zamierzając wspólnie popełnić samobójstwo. A przynajmniej tak ma to wyglądać. To pierwszy, ale nie jedyny raz w książce, kiedy okazuje się, że coś nie jest jednak tym, czym się z początku wydawało.

Rok 1997. Beth Anderson, Joanne Mardsen i Megan Reece rozpoczynają studia na londyńskim uniwersytecie. Spotykają się przypadkowo i szybko zaprzyjaźniają.

Trzy dziewczyny, jedna szczera i obcesowa, druga niepewna i podejrzliwa, trzecia skupiona i zdeterminowana. Prawdopodobnie nigdy by się nie zaprzyjaźniły, gdyby nie przypadkowe spotkanie w księgarni i niezręczna sytuacja w kafejce[1].

Kiedy przyjaciółki skończyły studia, po wyprowadzce z akademika, ale jeszcze zanim każda wyruszyła w swoją stronę, realizować własne plany i marzenia, postanowiły spędzić razem trochę czasu poza Londynem. Joanne wymyśliła, że pojadą do pustego bungalowu znajomych jej rodziców, w dziurze zabitej dechami o nazwie Capel-le-Ferne.
Po przybyciu na miejsce najpierw sobie popiły, a następnie wybrały się imprezować dalej do jedynego w tej pipidówce pubu. A tam… niestety… Megan zostaje zgwałcona przez lokalnego wiochmena, Matta Petersa. Megan zabrania przyjaciółkom wezwać policję; wymusza na nich obietnicę, że o tym zdarzeniu nie powiedzą nigdy nikomu.

Mija dwadzieścia lat, przyjaciółki są już „ustawione” życiowo. Na jakiejś imprezie pijana Beth zdradza tajemnicę Megan jej partnerce, Trudy. Megan, nie chcąc budować wielkiej miłości i najważniejszego związku w życiu na kłamstwie, wyznaje Trudy, że przed laty, tak naprawdę nie chodziło o gwałt, że oszukała swoje najlepsze przyjaciółki, perfidnie okłamała Joanne i Beth. Trudy kategorycznie żąda i jest to warunek ich wspólnego życia i ślubu, by Megan wyznała też prawdę Beth Anderson i Joanne Mardsen.

W tym momencie powieść właściwie dopiero się zaczyna na poważnie. To, co opisałem wcześniej, to pierwszych kilkadziesiąt stron, jakby tylko wprowadzenie w temat. Chodzi w powieści trochę o to, co tak naprawdę stało się w Capel-le-Ferne (i czego tylko z pozoru łatwo można się domyślić), ale przede wszystkim jednak o poważne, rozłożone w czasie konsekwencje kłamstw, które zaważyły na życiu młodych kobiet. Moim zdaniem jest to bardziej powieść psychologiczna i społeczno-obyczajowa niż sensacyjna. I całkiem niezła powieść, dodam, nie tylko dla kobiet. Są w książce elementy, na które mogą nie zwrócić uwagi czytelniczki, ale pomogłyby oswoić się czytelnikom z kobiecą psychiką.

Kobieta wraca do domu. Pomimo solennych zapewnień, obietnic i umowy, znowu jest spóźniona o trzy godziny. Zdarza się to sto pięćdziesiąty siódmy raz (albo coś koło tego) w trakcie sześcioletniego związku. W domu kobieta widzi, że jej partner przygotował romantyczną kolację. Wszystkie jej ulubione dania, kwiaty, świece itd. Zauważa też, że kurczak jest zbyt wypieczony. Nie, to nie jest żart – kurczak jest zbyt wypieczony!
Być może pomoże to zrozumieć wielu mężczyznom, że ich żony/partnerki nie są wcale jakieś wyjątkowo wredne, kiedy produkują komunikaty: znakomicie to zrobiłeś, ale… dobrze ci wyszło, ale… kapitalnie to rozwiązałeś, ale… było dobrze, ale… zupa była świetna, ale… Wiele kobiet – jak widać – tak właśnie funkcjonuje w związkach, taką przyjmuje postawę wobec partnera. I nie dotyczy to tylko twojej żony, ani nie tylko Polek.
Dopiero po chwili kobieta zauważa, że jej partner, Graham, wyprowadził się, opuścił ją na dobre. Pierścionek zaręczynowy na butelce szampana odkrywa jeszcze kilka dni później.

„Fatalne kłamstwo” to także romans. Wielkie namiętności, szalone miłości, rollercoaster skrajnych emocji i uczuć, bolesne odrzucenia i odtrącenia, wybaczenia i nieprzebaczenia, budowanie w kimś poczucia winy, wchodzenie w rolę ofiary, gdy tylko nadarzy się okazja… Panowie będą mieli okazję, co kilka stron, porównywać reakcje kobiet i własne w określonych sytuacjach. Ani jedne, ani drugie nie są złe – są po prostu zupełnie różne. Wprawdzie poziom komplikacji życiowych bohaterek, które wynikają z kłamstwa, może przyprawiać o zawrót głowy, ale tak całkiem wykluczony jednak nie jest.

„Fatalne kłamstwo” to powieść jednorazowa. Oczywiście są takie dzieła literackie, do których mogę wracać wielokrotnie, ale ta książka do nich nie należy; kiedy już lekturę skończyłem, dowiadując się, o co naprawdę chodziło i jak się to stało, to czytanie tej historii po raz wtóry, nie miałoby najmniejszego sensu.







--
1. Valerie Keogh, „Fatalne kłamstwo”, przekład: Katarzyna Bieńkowska, Muza, 2021, s. 27.

niedziela, 21 marca 2021

Wiele odcieni szarości i czerni

 „Wierny czytelnik” – Max Seeck


Najpierw skojarzenie i dwa cytaty: 
Opisy skrajnie brutalnych gwałtów, torturowanie ofiar i upodlenie kobiet. To ma być współczesny kryminał? 
Jesteśmy tu brudne, brzydkie, poniżane, gwałcone i wyrzucane jak rzeczy. Jeśli bohaterka pije alkohol, w oczach bohatera "upadla się", a patrzenie na nią to "przykre doświadczenie". Jeśli postać kobieca się uśmiecha, zapewne chodzi jej tylko o seks. Jeśli seksu odmawia, określana jest mianem niechcącej dawać dupy[1]. 

– Pana książki są dość brutalne – odzywa się głos, ale Roger koncentruje wzrok na dzbanku z wodą, którą napełnia szklankę po raz trzeci lub czwarty. Słyszy te słowa często i jest to oczywiście prawda: w jego utworach są bardzo dokładnie opisane bestialskie morderstwa, sadystyczne tortury, przemoc seksualna wobec kobiet i koszmarne zanurzenia w odmętach chorego umysłu[2]. 

To nie jest jakaś nowa era w literaturze, ani nawet nowa moda czy maniera. Po prostu dyktatorzy rynków książki (nie tylko w Polsce) wypatrzyli niszę, zapewne nawet nie tak małe grono odbiorców, którzy wcześniej nie byli albo rzadko bywali adresatami, powieści specjalnie dla nich pisanych, ich specyficzne potrzeby realizujących. Nie wiem, czy ta grupa docelowa ma jakąkolwiek nazwę, ale jej członków poznać jest bardzo łatwo – to ci, którzy godzinami, mimo deszczu, sterczą z wypiekami na twarzach i błyskiem w oku w miejscach wypadków i katastrof. Mają nadzieję zobaczyć trupa, urwaną kończynę lub przynajmniej ślady krwi. Wywołuje to w nich uczucie obrzydzenia i jednocześnie jakiejś dziwnej, chorej fascynacji. 

Tego typu powieściami zdobył sławę i majątek pisarz, Roger Koponen, którego thriller psychologiczny sprzedaje się w dziesiątkach milionów egzemplarzy. „Wierny czytelnik” też zawiera takie… „mocne” kawałki. 

Po spotkaniu z czytelnikami, kiedy właśnie szykował się do uwiedzenia właścicielki księgarni, Koponen dostaje wiadomość, że jego o szesnaście lat młodszej żonie stało się coś złego. Policja dostała anonimową wiadomość, że pod adresem takim to a takim, ktoś (ktoś – to ważne!) chce się zabić. Na miejsce wysłany zostaje patrol, a sierżant Koivuaho znajduje zwłoki Marii Koponen, siedzące przy stole, w eleganckiej sukni, z grymasem uśmiechu na twarzy, i bez żadnych śladów, które zdradziłyby przyczynę śmierci. Maria była chemiczką, więc może po prostu zażyła jakąś truciznę? Prowadząca sprawę pani aspirant Jessica Niemi dopytuje Koivuaho, czemu uznał, że chodzi w tym przypadku o morderstwo, a wtedy genialny sierżant oznajmia, że to dlatego, że zmarła jest kobietą, a o zamiarze popełnienia samobójstwa zawiadomił policję mężczyzna. Ups! 

W tym momencie czytelnik musi sam wybrać jedną z dwóch ewentualności: 
a) Finowie bardzo różnią się od Polaków. W Finlandii o czyichś planach samobójczych może informować służby tylko osoba tej samej płci, bo jeśli policję zawiadomi ktoś płci odmiennej, to wiadomo, że chodzi o morderstwo, a mordercą jest dzwoniący. 
b) Książka jest niechlujnie napisana/przełożona/zredagowana. 

„Wiernego czytelnika” akurat dostałem w prezencie od wydawcy (dziękuję), ale tak w ogóle, jakoś nie lubię być za swoje pieniądze traktowany jak czytelnik gorszego sortu, którym przejmować się nie ma potrzeby, bo i tak niewiele rozumie z tego, co czyta. Jakoś nie aprobuję bylejakości, a w książkach – różnych wydawców, różnych autorów, o różnej tematyce – znajduję jej w ostatnim dziesięcioleciu coraz więcej. Sprzętem AGD, który rozsypuje się tydzień po gwarancji, też zachwycony nie jestem. Tylko… co z tego? 

Aspirant Jessica Niemi wraz z technikami kryminalistycznymi dokonuje oględzin ofiary i miejsca przestępstwa. Technikami, ale… ilu ich było? Trzech, czy czterech? Chyba jednak trzech, a w takim razie z kim rozmawiała Jessica Niemi? Ano tak! Z mordercą! Oj tam, oj tam! Każdemu może się zdarzyć. A gdzież ten fałszywy technik się podział? Ano, po prostu sobie wyszedł i zniknął. Jednak wpadka z mordercą nie oznacza, że pani aspirant jest wyjątkowo głupia (to częste „chwyty” w powieściach sensacyjnych, których celem jest ocieplenie wizerunku detektywa; Wallander też nie był idealny i popełniał błędy). 

W domu Koponenów, na okładce jednej z wielu książek Rogera, aspirantka znajduje wizerunek czarownicy, uśmiechającej się w podobnym grymasie, jak denatka, Maria Koponen. Widać już wyraźnie, że szykuje się wyjątkowo trudne śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, który inspiruje się treścią książek bogatego i sławnego pisarza, a jednocześnie gra z policją w jakąś obłąkańczą grę. 

Sąsiadka, bo nie policja, odkrywa na dachu domu Koponenów złowieszczy napis Malleus Maleficarum (Młot na czarownice – jest to katolicki traktat na temat czarów i czarownic, autorstwa dominikańskiego inkwizytora Heinricha Kramera). Czyżby oprócz psychopaty chodziło też o jakąś sektę? We współczesnych Helsinkach ktoś rozpoczął polowanie na czarownice? 
Opierając się na wskazówkach z książki Rogera Koponena, policja odnajduje w pobliżu domu pisarza zwłoki drugiej ofiary, kolejnej… czarownicy, „Lodowej Księżniczki”, jak nazwali ją śledczy. 

Erne wzdycha głęboko i zamyka oczy. Termometr wydaje sygnał. Trzydzieści siedem, siedem. Sama świadomość sprawia, że zimny pot oblewa mu skronie. Przez lata mierzył temperaturę ciała prawie obsesyjnie. W najgorszych czasach wkładał termometr pod pachę od dwóch do czterech razy na godzinę i zaznaczał w notesie ponad pięćdziesiąt odczytów w ciągu doby[3]. 

Byłaby to naprawdę bardzo dobra powieść sensacyjna, gdyby nie ambicja autora, który wyraźnie postanowił stworzyć dzieło uniwersalne, (prawie) dla każdego, i całkiem dobry thriller „wzbogacił” o rozważania zaburzeń psychicznych głównych bohaterów, wynikających z dramatycznych związków z przeszłości, jakieś ograniczenia z powodu chorób, traumy… Miłość z Colombino, seks z Fubu, choroba nadkomisarza Erne Miksona, przełożonego aspirantki, podwójne mieszkanie Niemi i inne takie, zmieniają thriller momentami w powieść psychologiczną, a tego czytelnicy niekoniecznie oczekiwali. Albo nie wszyscy. 
Książka jest ewidentnie za długa. Wspomnienia z Wenecji oraz romans z szalonym skrzypkiem, choroby, można sobie było darować. Bez żadnej szkody dla całości. Wręcz przeciwnie. Ale autor jest stosunkowo młodym Finem, może nie znać powiedzenia, że jak coś jest do wszystkiego, to w sumie jest do niczego. Tym niemniej polecam, bo Max Seeck miał świetny pomysł na fabułę, akcja jest dynamiczna, treść wciągająca i naprawdę chce się wiedzieć, co będzie dalej i jak to wszystko się skończy. A dłużyzny można w końcu pomijać. 

Podobno na podstawie „Wiernego czytelnika” ma powstać film. Bardzo byłbym go ciekaw. Nie jest bowiem wykluczone, że będzie znakomity. Podobnie jak serial „Ślepnąc od świateł” jest, moim zdaniem, dużo lepszy od powieści, na podstawie której powstał. 













---
1. Źródło: https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,100865,26748175,opisy-skrajnie-brutalnych-gwaltow-torturowanie-ofiar-i-upodlenie.html?read-later=1
2. Max Seeck, „Wierny czytelnik”, Sonia Draga, 2021, przekład Emilia Gieda, s. 11.
3. Tamże, s. 75.

wtorek, 16 marca 2021

Hitler na ławie oskarżonych

 „Transport A.H. do San Cristóbal” – George Steiner

George Steiner to amerykański krytyk literacki, eseista, filozof, nowelista, tłumacz, wykładowca pochodzenia żydowskiego. Profesor na Uniwersytetach w Genewie i Oxfordzie. Poliglota i polihistor; autor kilkunastu książek – prac naukowych i powieści. Zmarł w ubiegłym roku.

Adolf Hitler, charyzmatyczny przywódca Trzeciej Rzeszy, nie popełnił samobójstwa 30 kwietnia 1945 roku, w bunkrze pod Kancelarią Rzeszy, ale przedostał się do Ameryki Południowej, gdzie nadal się ukrywa. Wytropili go tam izraelscy łowcy zbrodniarzy wojennych. Przez niebezpieczną dżunglę transportują go teraz do San Cristóbal, skąd Hitler ma zostać zabrany samolotem do Izraela.
Tyle (prawie) można dowiedzieć się z okładki.

Początkowo, a może nie tylko początkowo, przeszkadzało mi, że chodzi o Adolfa Hitlera. Trochę to zbyt grubymi nićmi szyte. Czyżby naprawdę nie mogło w powieści Georga Steinera chodzić o jakiegoś innego prominentnego nazistę? Przyszło mi na myśl, że może młodsze pokolenia czytelników nie kojarzyłoby już nazwisk takich jak na przykład: Joseph Goebbels, Wilhelm Keitel, Martin Bormann, Josef Mengele, Rudolf Höß, ale ten wariant szybko odrzuciłem – książka napisana została około czterdzieści lat temu, więc… Poza tym nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzyłby, że całe zło nazizmu i hitleryzmu, miliony ofiar wojny, spowodował tylko jeden człowiek – Hitler. George Steiner też zdaje sobie z tego sprawę.

Oczywiście, inni też pomagali. Prawie wszyscy. Nie dawali wiz i montowali druty kolczaste na granicach. Rzucali kamienie przez okna i pluli. Gdy sześciuset uciekło z Treblinki, tropili ich i zabijali, wszystkich prócz trzydziestu dziewięciu. Polscy chłopi, żołnierze podziemia, partyzanci, smolarze wypalający węgiel drzewny po lasach, mówili, że Żydzi mają być w Treblince. Hitler nie mógł tego zrobić sam. Ja to wiem. Nie bez pomocników i bez obojętnych, nie bez żuli, którzy się śmiali, i bez spokojnych mężczyzn, którzy przejmowali sklepy i wprowadzali się do opuszczonych domów[1].

Z jakiegoś powodu autor uznał, że musi chodzić o Hitlera. Może miał rację, a ja nie muszę wszystkiego rozumieć. Z pełnym zrozumieniem za to przyjąłem do wiadomości informację, kto nie powinien tej książki czytać. Smutne to, ale obawiam się, że prawdziwe.

Osoby, a jest ich niemało, niestety, które polityczna poprawność wyprała z samodzielności i odwagi myślenia, też powinny zaniechać czytania tej książki, zwłaszcza przeczytania jej do końca. To dla nich zbyt niebezpieczne, bo albo nadwyręży ich dobre samopoczucie i pewność siebie, albo dostarczy paliwa do hejtu, który niezmordowanie tropią u innych[2].

Jakoś tak automatycznie przypomniał mi się otrzymany niedawno prezent: komplet kubek i koszulka z napisem „kto nie czyta ten głosuje na sam wiesz kogo”. Zabawe, ale... mniejsza z tym.

Jeśli przypomina nam się wizerunek Hitlera z jakichś materiałów archiwalnych, to zapewne są to zdjęcia Heinricha Hoffmanna, oficjalnego fotografa Führera i autora książki „Mój przyjaciel Hitler”. Przedstawiają one zwykle krzepkiego, energicznego czterdziesto-pięćdziesięciolatka – jak na okładce książki. Jednak wojna skończyła się ponad trzydzieści lat temu i Hitler jest w powieści Steinera zgrzybiałym starcem. Już samo to jest szokujące. Także dla młodych agentów izraelskiego komanda, choć oni wiedzieli przecież, że ma on obecnie około dziewięćdziesiąt lat.

Podobno zemsta najlepiej smakuje na zimno, ale ta wydaje się wręcz przeterminowana. Zemstą można też być zmęczonym, znużonym nawet, ale w tym przypadku mściciele są nawet jakby znudzeni. Niektórzy, bo inicjator akcji, kierujący nią z cywilizowanego świata Lieber, nigdy nie stracił wiary, że Adolf Hitler gdzieś tam żyje i że jemu uda się go dopaść.

Nie jest to książka sensacyjna, choć wątki sensacyjne (gra wywiadów, polityka) są w niej obecne. Nie jest to książka przygodowa, choć elementy przygody (przedzieranie się przez niebezpieczną dżunglę, mokradła, las deszczowy, dzikie plemiona, las deszczowy) są w niej obecne. Może jest to hagada, ale raczej moralitet. A czytelnik, jeśli się nie boi, może zobaczyć… może nie tyle prawdę, co… drugą stronę. Albo przynajmniej jeden z wielu jej wariantów. A to nie musi być przyjemne ani zabawne. Właściwie, momentami, lektura aż boli. Nie trzeba być zwolennikiem neobolszewickiej partii narodowo-socjalistycznej, żeby nie chcieć się dowiedzieć, że na przykład dziadek lub pradziadek zgwałcił Żydówkę, zrabował jej biżuterię i wydał Niemcom za litr wódki. Albo, że Amerykanie, których staramy się naśladować…

Wbrew pozorom akcji w tej książce niewiele. Większa część treści to rozważania, wspomnienia, rozmowy, myśli… o muzyce, o ujęciach filmowych, o problemie formalno-prawnym, który pojawiłby się, gdyby Hitlera odnaleziono w kraju, z którym RFN nie ma umowy o ekstradycję, o zemście, o sprawiedliwości, o zakłamywaniu historii.

Pierwsze wydanie książki Georga Steinera ukazało się bardzo dawno temu, czyli zanim nastała maniera pisania i wydawania przegadanych, zbyt grubych książek. „Transport A. H. do San Cristóbal”, jeśli chodzi o długość, zawiera dokładnie tyle, ile trzeba (180 stron).

„Transport A. H.” szokował od pierwszego wydania na łamach „The Kenyon Review” w 1979 roku. Do dziś wywołuje oburzenie. Nie, nie dlatego, że opisano w książce zbrodnie Niemców – takich publikacji jest przecież mnóstwo – chodzi głównie o to, co powiedział Hitler… kiedy już zaczął mówić w siedemnastym i ostatnim rozdziale. Szokujące są też postawy polityków, państw, rządów, służb specjalnych. Sprawiedliwość jest niesamowicie ważna, ale kogo ona obchodzi po tak długim czasie… świat jest już zupełnie inny… Ale czy na pewno?

Pozycja wartościowa, niełatwa w odbiorze, niewątpliwie warta poznania – zgadzać się z nią nie trzeba. Jednak nie wróżę tej książce wielkiego powodzenia we współczesnej Polsce. Niestety…

Choroba psychiczna to unikanie rzeczywistości za wszelką cenę; zdrowie psychiczne to pogodzenie się z rzeczywistością bez względu na cenę – twierdził Scott Peck w różnych publikacjach.



--
1. George Steiner, „Transport A.H. do San Cristóbal”, przekład Aleksandra Czwojdrak, wyd. Varsovia, 2021, s. 55.
2. Przedmowa do wydania polskiego ks. prof. Waldemara Chrostowskiego do książki Georga Steinera, „Transport A.H. do San Cristóbal”, wyd. Varsovia, 2021, s. 5.










Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 8 marca 2021

Nie ufaj absolutnie nikomu…

 „W zamknięciu” – Kate Simants

Zaczęło się od zaskoczenia w trakcie lektury krótkiego tekstu na okładce (blurb). Przecież to spoiler! O czym niby jeszcze ma być ta książka, skoro wszystko – tak mi się wydawało – zostało umieszczone na okładce. Resztę zawiera prolog oraz kilka stron pierwszego rozdziału. Książka ma ich ponad pięćset, więc… na jaki temat, o czym, skoro tyle już wiadomo? To oczywiście jest dodatkowo i szczególnie intrygujące i wciągające. 

Ellie Power, dziewiętnastolatka obecnie, od dzieciństwa cierpi na coś w rodzaju rozdwojenia jaźni albo osobowości mnogiej. Czasem kontrolę nad ciałem obejmuje jej druga osobowość, Siggy, która w miarę upływu czasu i dorastania dopuszcza się coraz straszniejszych rzeczy. Dziewczynie nie byli w stanie pomóc najlepsi specjaliści, bezradna była matka, Christine, z którą dziewczyna miała bardzo dobrą relację, nic nie potrafił zrobić kochający chłopak, Matt Corsham. 

Nazywałyśmy te sytuacje fugami i nigdy nie pamiętałam, do czego w ich trakcie Siggy mnie zmuszała ani dokąd mnie zabierała. I dlaczego. Mogłam jedynie, na podstawie bałaganu, jaki zostawiała po sobie, składać do kupy szczątkowe informacje, by dojść do przyczyny poprzez ocenę skutków i spróbować znaleźć w tym jakiś sens. Kiedy byłam młodsza, fakt, że takie fugi zdarzały się zawsze nocą, zaskakiwał kolejnych psychologów, neurologów i specjalistów od snu, aż tak bardzo wkurzyli mamę, że w ogóle przestałyśmy do nich chodzić[1]. 

Christine Power nauczyła się zamykać córkę na noc, ale pewnego ranka okazało się, że zamek w drzwiach jej pokoju jest wyłamany, dziewczyna jest pokaleczona, na szyi ma ślady duszenia. Próby skontaktowania się z Mattem Corshamem nie powiodły się; chłopak zniknął. Ellie zastanawia się, że być może to on próbował jakoś przeszkodzić przemianie w Siggy… Czyżby powtórzyła się sprawa Jodie Arden, najlepszej przyjaciółki Ellie, która też zniknęła bez śladu? 

Tak zaczyna się ta opowieść. Przypomina mi to bardzo receptę samego mistrza, Alfreda Hitchcocka: najpierw solidne trzęsienie ziemi, a następnie napięcie będzie narastać. 

Niesamowicie pogmatwaną historię, w której prawie nic nie jest tym, na co wyglądało początkowo, poznawałem z trzech stron. Przede wszystkim pierwszoosobowa relacja samej Ellie Power, która wbrew matce, której wcześniej ufała bezgranicznie, na własną rękę stara się dowiedzieć, co stało się z jej chłopakiem, Mattem. Drugie spojrzenie, to opis czynności i działań, jakie podejmuje sierżant Ben Kwon Mae, który z posterunkową Ziegler prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia chłopaka. I wreszcie trzeci element, to zapis sesji terapeutycznych dziewczyny, pochodzący sprzed pięciu lat, kiedy to starała się uzyskać pomoc u psychoterapeuty, Charlesa Coxa. 

Czułam, że odpowiedź była na wyciągnięcie ręki. Nieomal słyszałam kółka zębate obracające mi się w mózgu. Bernadette i mama, mama i Cox, Cox i Matt, Matt i ja, ja i Jodie. Wszystko się klinowało, zębatki trybów ślizgały się i nie pasowały do siebie[2]. 

Bardzo dobra powieść, ale… nieco przegadana, za długa. Zapewne zgodnie z manierą ostatnich lat, która powoduje, że dla usprawiedliwienia zawyżonej ceny, książka musi być gruba. Może to ja jestem dziwak, ale po powieści sensacyjnej, kryminalnej, oczekuję sensacyjnej rozrywki, a nie rozbudowanej oceny i krytyki ogólnoświatowych zjawisk społeczno-politycznych. Owszem, dość szybko zacząłem też domyślać się, kto jest tym złym, ale to w niczym nie przeszkadzało, bo prawie do końca nie wiedziałem, jak, po co i dlaczego. 













---
1. Kate Simants , „W zamknięciu”, tłumacz: Jerzy Wołk-Łaniewski, Muza SA, 2021, s. 13.
2. Tamże, s. 390.

czwartek, 4 marca 2021

Ortodoksyjni Żydzi w Europie

 „Mazel tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów” – J.S. Margot

Jest to książka krytyczna, a krytyce poddane zostają właściwie wszystkie elementy współczesnego świata. Nie znaczy to, że na pewno taki właśnie – krytyczny – zamysł miała autorka, Margot Vanderstraeten, Belgijka, rocznik 1967, absolwentka studiów translatorskich na uniwersytecie w Antwerpii, autorka kilku książek. Możliwe, że po prostu tak jej wyszło. Margot, odrobinę lewicująca i starająca się bardzo o poprawność polityczną, wydawało się, że uniknie krytycznych ocen, ukrywając się za zdziwieniem lub zdumieniem. Jednak dziwić można się zarówno entuzjastycznie i w zachwycie, jak i z rozczarowaniem, zawodem i niesmakiem. Aaron Schneider dwa razy opowiedział ten sam dowcip. Nie podczas jednego spotkania, nie następnego dnia… W przeciągu kilku tygodni!!! Jednak Margot zwróciła uwagę na ten fakt w taki sposób, że nie świadczy to zbyt dobrze o Schneiderze, choć właściwie autorce nie dałoby się formalnie niczego zarzucić. 

Zatkało mnie. Nie spodziewałam się, że od Żyda z brodą i w jarmułce dowiem się czegoś nowego o Elsschocie. Pisarz zmarł w 1960 roku, pisałam o nim pracę magisterską i dobrze poznałam jego życie

Gdyby to był NORMALNY Belg, a nie Żyd w jarmułce, to zdziwienia by nie było, prawda? 

Ale, od początku. Margot przyjmuje posadę korepetytorki dzieci Moriel i Aarona Schneiderów, bogatych ortodoksyjnych Żydów w Antwerpii. Państwo Schneider wybrali ją dopiero wtedy, kiedy kilku innych kandydatów się nie sprawdziło, z nieznanych powodów. Dzieci, Simon, Jakov, Elzira i Sara, są w różnym wieku, chodzą do różnych klas i Margot ma za zadanie pomagać im w nauce. Oczywiście tylko przedmiotów świeckich, bo dzieci uczą się też wielu zagadnień związanych z ich religią, kulturą, historią narodu żydowskiego. Margot pomagała dzieciom przez sześć lat, zbliżyła się do nich, na ile było to możliwe, poznała inny świat. Czy zmieniło ją to w jakiś sposób, albo czy wpłynęło na jej związek z Nimą, irańskim Persem, uchodźcą politycznym? Oczywiście, ale… 
Na początku Margot nieustannie się dziwi i w niezwykle subtelny sposób krytykuje. 

Zdziwienia, jako wyrafinowanej formy krytyki, używa nie tylko narratorka i nie tylko w odniesieniu do Żydów. Podczas jakiejś awantury domowej Nima wyrzuca Margot, że ta posługuje się z automatu (czytaj: bezmyślnie) stereotypami, których źródłem jest polityka USA i narzucana Europie mentalność amerykańska. Sporo w tym racji. 
Moriel Schneider dziwi się akademickiemu rzekomo wykształceniu Margot w zakresie znajomości języka francuskiego. Powtórzę, że to uniwersytet, a nie kurs językowy dla turystów. 

Niderlandzki jest moim ojczystym językiem. Tłumaczę tylko z francuskiego na niderlandzki, nigdy odwrotnie, to byłaby katastrofa

Przyznam, że zdziwienie pani Schneider zupełnie mnie nie dziwi. A może o czymś nie wiem, może absolwenci anglistyki w Polsce są w stanie tłumaczyć tylko z angielskiego na polski, bo odwrotnie, to katastrofa? 

Ramy obrazów poruszały się przy każdym przejeździe pociągu. Stuk kół przeszywał mnie dreszczem. Pomyślałam: jak to możliwe, że po wojnie Żydzi antwerpscy znowu zamieszkali wszyscy razem w dzielnicy w pobliżu torów kolejowych. Tymczasem pan Schneider mówił coś o Radzie Diamentów, Antwerpskiej Giełdzie Diamentów i o żydowskiej tradycji w tym sektorze. Czy wybór położenia geograficznego nie świadczył o masochizmie? Kto funduje sobie coś takiego? Dlaczego nie przeprowadzili się do innej dzielnicy? Dlaczego chcą się co dzień konfrontować ze straszną historią Holokaustu? Dlaczego ktoś, codziennie i dobrowolnie, chce słuchać przejeżdżających pociągów, jednego z najbardziej bolesnych symboli cierpienia narodu żydowskiego i swojej rodziny? Przysłuchiwać się dudnieniu, dosłownie je czuć, bo okno w pokoju trzęsło się w futrynie. Sześćdziesiąt pięć procent oficjalnie zarejestrowanych Żydów antwerpskich – znalazłam tę informację po nieudanej rozmowie z panią Schneider – zostało przewiezionych pociągami do obozów koncentracyjnych i obozów zagłady

Tym Margot zaskoczyła mnie zupełnie. Polacy też byli wywożeni do niemieckich obozów koncentracyjnych, ale czy to oznacza, że do dziś powinniśmy unikać pociągów, dworców, torów? Naprawdę Żydzi antwerpscy mieli aż taką traumę wiele lat po wojnie, czy może Margot uroiła sobie, że powinni mieć? 

Okazało się, że religijni Żydzi izolowali się od społeczeństwa i ta segregacja, którą świadomie podtrzymywali, zaczynała się już w dzieciństwie. Jak to możliwe? Dlaczego mniejszość chce się tak wyraźnie oddzielać od większości? Kto, oprócz białych w Afryce Południowej, uważał za konieczne chronienie swojej tożsamości przed resztą świata? Czy kryła się za tym pretensjonalność, czy strach? Trzeba być ślepym na własną historię, przecież ten silnie zjednoczony naród był niedawno wrogiem numer jeden nazistowskich Niemiec i ich sojuszników, a oto czterdzieści lat później nadal chce się wyróżniać i szuka izolacji. W wojsku wszyscy wiedzą, że kamuflaż może uratować życie. A jednak właśnie ci ludzie, z historią pełną prześladowań i pogromów, robią wszystko, żeby się wyróżniać. A może to ja czegoś nie rozumiałam? Czegoś nie dostrzegałam?

Ja bym z automatu dorzucił Cyganów (Romów), ale na pewno takich nacji jest znacznie więcej, a zadziwienie tym faktem, to raczej właśnie brak zrozumienia Margot pewnych kwestii. 
Wydaje się, że jestem starszy od J.S. Margot, więc już nauczyłem się, choć z trudem, że jeśli ja czegoś nie znam, nie wiem, nie rozumiem, to nie musi oznaczać, że jest to złe lub głupie. 

Fantastycznie opisane są relacje Margot z dziećmi Schneiderów, a zwłaszcza z dziewczynkami (z Jakovem Margot robiła szemrane interesy). To kawał naprawdę dobrej pisarskiej roboty; czytałem ze wzruszeniem, czasem z irytacją, i to bardzo dobrze, bo książka, która nie wzbudza emocji, nie jest wiele warta. 

„Mazel tow” zawiera niesamowity ładunek wiedzy o życiu, zwyczajach, religii, praktykach, przekonaniach, współczesnych, nowoczesnych ortodoksyjnych Żydów – nie mylić z charedim i chasydami, bo to ultraortodoksyjne grupy judaizmu. Mają swoich rabinów, swoje synagogi, swoje szkoły. 


Zdecydowanie polecam osobom zainteresowanym judaizmem i ceniącym ciekawą lekturę. Bardzo wartościowa pozycja – moim niezwykle skromnym zdaniem.

czwartek, 25 lutego 2021

Zraniona Ameryka na wesoło

 „Wszystko w porządku… i inne kłamstwa” – Whitney Cummings


Whitney Ann Cummings, lat 39, używa wyrazów i zwrotów typu ziomale, pierdolnik, rozpierducha, nie ma to tamto, nieogar (początkowo wydawało mi się, że to błąd, bo może miało być: nie ogar, ale jamnik, dopiero po chwili domyśliłem się, że to taki dziwoląg językowy utworzony od ogarniać, czyli opasywać ramionami, otaczać[1]) oraz podobne na poziomie języka gimnazjalistów. Oczywiście jest też możliwe, że wydawca powierzył przekład jakiejś nastolatce. Jednak, żebym został dobrze zrozumiany i nie robił z siebie hipokryty, znam, rozumiem (lub się domyślam), czasem używam takich pojęć, ale… Ale raczej tylko w gronie bliższych znajomych, o których wiem, że nie poczują się dotknięci. Nie używam takiego języka, mówiąc do dorosłych, zupełnie obcych mi ludzi. Ale… czasy się zmieniają, jak widać. W każdym razie w dobrej wierze zakładam i wydaje mi się, że chodziło o to, żeby było zabawnie, luźno i swobodnie. I zwykle jest. Tylko czasem… 

Książka przypomina mi występy amerykańskiego komika, na przykład Georga Carlina[2] albo pastora Marka Gungora[3]. Ich sztuka jest czysto werbalna, po prostu przez kilkadziesiąt minut opowiadają zabawne rzeczy. Bywa, że na jakiś określony temat, ale też może to być – jak w książce Whitney Cummings – potok dygresji do dygresji; z jednej wynika druga, z trzeciej kolejna, czasem temat zmienia się ze względu na jakieś luźne skojarzenie. W niewielkich dawkach lubię taki humor. Whitney Cummings podjęła spore ryzyko, starając się coś takiego oddać na piśmie, w formie książki. Od razu informuję, że – moim zdaniem – udało jej się to w znacznej mierze i opowiadanka zwykle są mniej lub bardziej zabawne. 

Trochę mniej dobrze wyszedł autorce drugi element tej książki, czyli poradnik albo antyporadnik (bo może dzięki lekturze komuś uda się uniknąć… czegoś) na okoliczność mnóstwa różnych sytuacji życiowych. Niektóre z tych porad prezentowane są w równie zabawnym tonie, więc czasem można przeoczyć, że akurat w tym momencie Cummings zwraca uwagę na coś ważnego. Przykład: łatwo być jasnowidzem albo za takiego być uważanym. Wystarczy tylko podczas rozmowy przestać śledzić coś tam na Instagramie i zacząć uważnie słuchać, co do nas mówią i w jaki sposób. Ależ oczywiście! Święta prawda! I jest to ważniejsze niż się wydaje. Tyle, że może nie wystarczyć rezygnacja z Instagrama, więc wtrącę cytat z innej książki… 

„Niewielkim, lecz dość istotnym elementem składowym obecności we własnym życiu jest zdolność do słuchania i słyszenia, co mówią inni ludzie. Co mówią! Tak, co mówią, a nie, co wydaje mi się, że mówią, po przepuszczeniu ich wypowiedzi przez filtry osobistych uprzedzeń, własnych doświadczeń, podejrzeń na temat rozmówcy i jego domniemanych motywów, wreszcie mocno wątpliwych prawd, przekonań, kto wie, czy naprawdę moich. Uwaga: słuchać, słyszeć, rozumieć to jeszcze nie to samo, co zgadzać się”[4]. 

„Wszystko w porządku …i inne kłamstwa” zawiera też testy lub quizy psychologiczne. Whitney Cummings podpiera się Jungiem, ale odnoszę wrażenie, że takie zabawy znaleźć można w każdym czasopiśmie kobiecym niezbyt wysokiego lotu. Takie zabawy, czyli na przykład: zapisz jakie zwierzę cię fascynuje, jaki lubisz kolor, jaka część garderoby jest ci najbliższa, jaką reakcję wzbudzi w tobie pokój tylko w bieli, a zdradzę ci kilka tajemnic o tobie samym. Tak, wiem, że to naiwne i może nawet infantylne, ale – proszę nie oceniać mnie zbyt surowo – ja po prostu lubię takie testy, uważam je za świetną zabawę, o ile wyników nie traktuję zbyt poważnie. A moje wyniki zabawy w skojarzenia wskazują, że jestem nieśmiałą zakonnicą po osiemdziesiątce, z kompleksem Kasandry. 

„Kiedyś grałam w skojarzenia na drugiej randce z pewnym facetem. Śmialiśmy się, bo jego reakcje były niewinne i zabawne. Kiedy doszłam do słowa »małżeństwo, spurpurowiał i wypalił: »Pizda!«. Ups. Jeśli mężczyzna tak zareaguje, należy jak najszybciej wstać od stołu i pośpiesznie się oddalić, więc, rzecz jasna, spotykałam się z nim jeszcze przez cztery miesiące. Jung podał konkretne słowa i załączę je tu specjalnie dla was, dziubaski”[5]. 

Jak widać dzięki powyższemu cytatowi, Whitney Cummings prezentuje w książce i wyśmiewa swoje błędy, potknięcia i wpadki, a do czytelników zwraca się bezpośrednio (nawet bardzo – dziubaski?), czyli tak, jak komicy robią to na scenie, podczas występów na żywo. Książka przypomina momentami zapis takiego przedstawienia. 

Oczywiście „Wszystko w porządku… i inne kłamstwa” zawiera też momenty zupełnie nie do śmiechu, które rozsądnie byłoby przemyśleć i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja też… to lub tamto? Na przykład kwestia zaburzenia, które Cummings nazywa współzależnością i klasyfikuje jako chorobę. Oczywiście chodzi o współuzależnienie, zaburzenie znane i opisywane w literaturze tematu mnóstwo razy; nadal najlepszą pozycją na ten temat jest „Koniec współuzależnienia” Melody Beattie. Szkoda, że tłumaczka lub redaktorka się nie zorientowała, nie dowiedziała, nie doczytała. 

„Widzicie, ten »miły« gest tak naprawdę wcale nie jest taki miły, skoro wiążą się z nim niemożliwe do spełnienia oczekiwania. Robienie miłych rzeczy dla ludzi, a potem oburzanie się, kiedy nie rewanżują się, zachowując się tak, jak chcemy, wpycha nas w rolę ofiary, a w tej strefie komfortu łatwo pogrążyć się na dobre To wariactwo w czystej postaci…"[6]. 

Whitney Cummings twierdzi, że ludzie czują się lepiej, kiedy inni czują się gorzej, coś im nie wychodzi, nie udaje się, spotyka ich niepowodzenie. Przywołuje na tę okoliczność niemieckie pojęcie Schadenfreude (radość z cudzego, często zasłużonego, nieszczęścia) i – na co nie potrafię się zgodzić – łączy to z sadyzmem. W każdym razie, opisując własne upadki i nieszczęścia, stara się sprawić, żeby czytelnicy poczuli się lepiej. Na mnie to nie działa, ale bywa (w książce) zabawne. 

Jednak nie wszystko jest tak pocieszne, bo poniższy fragment już niekoniecznie: 
„Jako dziecko chodziłam do szkół katolickich, przez co czułam wstyd i miałam wyrzuty sumienia, kiedy tylko zrobiłam coś dla siebie, bo tak ceniono tam bezinteresowność i poświęcenie. W kościele dowiedziałam się, że jeśli za wszelką cenę będę dbała o innych, to nie tylko pójdę do nieba, ale też mogę zjeść pysznego niskokalorycznego wafelka. Było mi strasznie smutno, kiedy musiałam wyobrazić sobie smaczną przekąskę jako ciało Chrystusa, ale kiedy nauczyłam się wypierać ze świadomości obraz konsumpcji skóry martwego człowieka sprzed dwóch tysięcy lat, opłatek stanowił punkt kulminacyjny mojego dnia i sprawiał, że całe to emocjonalne męczeństwo miało sens”[7]. 

Tu znowu skojarzenie z innej książki, którą zresztą gorąco polecam: 
„Zwykłem mawiać nieco żartobliwie, że dzięki Kościołowi katolickiemu nie mogę narzekać na brak pacjentów. 
[…] 
Nic nie wskazywało na to, by przedstawiciele Kościoła kiedykolwiek zastanawiali się, czy jego doktryna nie jest zbyt oderwana od życia, nierealnie sztywna, czy nie jest nadużywana lub niewłaściwie stosowana”[8]. 


Ostatecznie i na koniec moja wysoce subiektywna i krótka ocena: dobry humor, niezła zabawa, ale porady życiowe w sumie zwykle dość banalne – to jednak jest związane ze świadomością lub znajomością tematu konkretnego czytelnika. Dla wielu osób może to być ważne odkrycie. Polecam z pełnym przekonaniem, bo nawet jeśli nie dowiecie się z niej niczego nowego, dziubaski, to przynajmniej was rozbawi. 













--
1. https://sjp.pwn.pl/sjp/ogarnac;2494263.html
2. https://www.youtube.com/watch?v=TLgacbYRQ_I
3. https://www.youtube.com/watch?v=aZBhyPiyeOs
4. „Przebudzenie. Droga do świadomego życia”, wyd. Erica, 2014, s. 40.
5. Whitney Cummings, „Wszystko w porządku… i inne kłamstwa”, przekład Kaja Gucio, wyd. W. A. B., s. 38-39.
6. Tamże, s. 51.
7. Tamże, s. 54-55.
8. M. Scott Peck, „Droga rzadziej wędrowana”, wyd. Zysk i S-ka, 2002, przekład Cezary Eugeniusz Urbański, s. 209.








Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.