czwartek, 21 maja 2020

Duże pieniądze, duże ryzyko...


„Ślepnąc od świateł” – Jakub Żulczyk

Jacek przyjechał do Warszawy z Olsztyna. Studiował na ASP, ale studiów nie skończył. Wyobraził sobie z przerażającą jasnością, jaka przyszłość czekałaby go po studiach. Uznał, że czegoś takiego nie chce, że to nie dla niego. Przeanalizował sprawę i doszedł do wniosku, że w życiu liczą się tylko pieniądze. Najłatwiej i najszybciej ktoś taki jak on może zarobić je sprzedając narkotyki, a dokładniej, kokainę. Jacek jest pewien, że jeśli jest się mądrym, jeśli podejmuje się określone środki ostrożności, jeśli nie ćpa się swojego towaru, to można to robić w zasadzie bezkarnie. I mnóstwo zarabiać.

Filozofia Jacka właściwie sprawdza się prawie idealnie. Drobne problemy załatwia sam lub z pomocą twardych ludzi swojego hurtownika. Jeśli trzeba, to wynajętego adwokata. Poważne kłopoty zaczynają się dla Jacka, gdy jego najlepszy klient zabija w wypadku kobietę i rani dziecko – broniąc się „sprzedaje” swojego dostawcę. To może jeszcze jakoś dałoby się załatwić, ale z więzienia wychodzi właśnie Dario, kiedyś niebezpieczny gangster z Pruszkowa, i próbuje odzyskać swoje narkotyki i pieniądze, które dziwnym trafem znalazły się, przez chwilę, u Jacka.

O sobie i swoim życiu opowiada Jacek; narracja w książce odbywa się w pierwszej osobie. I może byłaby ta historia nawet niezła, gdyby nie koszmarne dłużyzny. Jacek ma wiecznie jakieś przemyślenia, wizje z elementami smakowo-węchowymi (jest permanentnie niewyspany), snuje mętne dywagacje o życiu i bólu istnienia, i… jest to trudne do zniesienia. Po prostu nudne.

O ile serial zrobiony na podstawie książki wydał mi się całkiem niezły, to sama powieść jest ciężkawa, nieprzekonująca, jakaś taka… sztucznie udziwniona. Nie polecam.

piątek, 15 maja 2020

Nie dam rady zostać buddystą


„Jak (nie) być buddystą” – Dzongsar Dżamjang Kjence Rinpocze

Wygląda na to, że żeby być buddystą wystarczy przyjąć cztery następujące prawdy:
- Wszystkie rzeczy złożone są nietrwałe.
- Wszystkie emocje to ból.
- Wszystkie rzeczy pozbawione są samoistnienia.
- Nirwana jest pozakoncepcyjna.

Żeby zgadzać się z tymi prawdami albo i nie zgadzać musiałbym najpierw zrozumieć o co tu naprawdę chodzi. W każdym razie pierwsza wydawała się najprostsza i najłatwiejsza do zaakceptowania – absolutnie wszystko jest złożone (z atomów, a atomy składają się z…) i obserwacja oraz doświadczenie podpowiadają, że nic nie jest trwałe na zawsze. Autor tłumaczy, że każda forma ma charakter złożony, a więc jest efektem połączenia co najmniej dwóch elementów. Kiedy takie elementy się łączą, powstaje coś nowego, na przykład deski + gwoździe = stół. A dalej… Ten „produkt końcowy” nie istnieje samodzielnie, niezależnie od tworzących go składników. Wiara, że stół istnieje w sposób niezależny, to błąd. Oczywiście! Stół nie istnieje bez desek i gwoździ. A że wszystko jest złożone, to i wszystko jest pozbawione samoistnienia i nietrwałe z założenia.
Tak… tylko… co z tego? Obawiam się, że nic. Rzecz jasna dla mnie – nic.

Tak się składa, że mam stół. Zgadzam się, że pozbawiony jest samoistnienia, bo składa się z drewna, śrub, kleju i czego tam jeszcze. Jestem pewien, że mój stół jest nietrwały. Ulegnie zniszczeniu za rok, za trzysta lat lub jutro. I nijak nie wpływa to na jego obecną przydatność. Świadomość złożoności i nietrwałości stołu nie zmienia moich relacji ze stołem dzisiaj, teraz.

Podczas lektury zauważyłem pewien schemat. Autor opisuje coś banalnego, wręcz oczywistego, nie budzącego wątpliwości, ale następnie wyciąga z tego dość ryzykowne, ale zwykle nieprawdziwe wnioski. Przykład. Siddhartha zgłębiał cierpienie i odkrył, że u jego źródła leżą emocje. To akurat wydaje się oczywiste. Ale, czy naprawdę wynika z tego, że wszystkie emocje są cierpieniem i wszystkie rodzą się z egoizmu? Tego przyjąć nie jestem w stanie. A co z radością z obdarowywania osób kochanych czymś, z czego się cieszą? Też jest to cierpienie wynikające z egoizmu?

O pozakoncepcyjnej nirwanie nie mam nic do powiedzenia – o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć.

Wygląda na to, że jednak – choćbym chciał – nie jestem w stanie być buddystą. Tym niemniej książkę zdecydowanie warto przeczytać, żeby wreszcie na temat buddyzmu sformułować własne zdanie, zamiast posługiwania się żałosnymi i często zupełnie nieprawdziwymi uogólnieniami.

poniedziałek, 11 maja 2020

Anetka Nowak - nowa nadzieja


„Jedyne wyjście” – Ryszard Ćwirlej

W jakiejś recenzji wyczytałem, że Ryszard Ćwirlej jest twórcą nowego zupełnie gatunku literackiego, kryminału milicyjnego, czy też policyjnego. Kompletna bzdura. W naszej kulturze jest mnóstwo powieści sensacyjnych/kryminalnych i milicyjnych („07 zgłoś się”, „Porucznik Sowa na tropie”), które powstawały w drugiej połowie dwudziestego wieku. Ich bohaterami byli właśnie dzielni milicjanci, rozwiązujący skomplikowane sprawy morderstw lub szpiegostwa, a bywało, że jednego i drugiego. Mam nadzieję, że Ćwirlej nie ma z tym nic wspólnego.

Rzecz dzieje się w 2012 roku (te uroki romansowania na Gadu-Gadu…) w Poznaniu i okolicach. W małym miasteczku uprowadzono siedemnastoletniego syna biznesmena polskiego – to trzeba zaznaczyć, bo biznesmenem to jest Bill Gates, a polski biznesmen, to człowiek, który zarobił trochę twardej waluty na Zachodzie, najczęściej nielegalnymi metodami, i dzięki temu uruchomił w kraju jakieś legalne przedsiębiorstwo. No, taki to biznesmen na miarę Koziej Wólki albo innej metropolii.
Chłopak zostaje porwany, przestępcy domagają się miliona okupu, zabraniają rodzinie kontaktować się z policją – standard. Ojciec wie (ciekawe skąd i tym bardziej, że nie jest to regułą), że jeśli wpłaci okup, to porywacze zamordują mu syna. Przypomina więc sobie niezbyt odległe czasy, kiedy to nie był jeszcze szanowanym polskim biznesmenem, uruchamia stare znajomości i postanawia rozwiązać problem samodzielnie z pomocą dawnych kumpli, którzy… porywają porywaczy, uwolnienie chłopaka zostawiając policji.

Historia porwania to okoliczność sprzyjająca kreacji nowych bohaterek: Anety Nowak, starszej posterunkowej z posterunku w Dusznikach i Marioli, rzeczniczki prasowej. Aneta ma niebywały zmysł obserwacji i fantastyczną zdolność dedukcji. Kiedy widzi, jak z pomieszczeń przy betoniarni wychodzi facet wyrzucić śmieci, w kominiarce na głowie, dedukuje, że to może być miejsce, w którym przetrzymywany jest porwany chłopak – nikt inny na coś takiego by nie wpadł, przecież wynoszenie śmieci w kominiarkach jest dość powszechne.

W każdym razie wydaje się, że ważniejszy jest w książce drugi wątek – zaginięcia młodych kobiet. Aneta Nowak, już w nowym miejscu pracy, dowiaduje się, że zaginęła jej koleżanka, Katarzyna, matka rocznego dziecka. Choć porzucenia dzieci są znacznie częstsze, niż wydaje się to kreatorom narodowego mitu o idealnych Matkach Polkach, tym razem Aneta ma rację – tym bardziej, że takich zniknięć było ostatnio w okolicy więcej. Oczywiście żaden tępy gliniarz nie domyślił się, że wydarzenia te jakoś ze sobą się łączą.
Nowak szybko odkrywa, że jej koleżanka prowadziła podwójne życie, że (za plecami męża rzecz jasna) umówiła się z nieznanym mężczyzną, poznanym w internecie.

Fakt, że policjanci nie za bardzo sobie z czymkolwiek radzą bez Anetki nie jest niczym specjalnie dziwnym, bez przerwy piją, planują picie, leczą gigantyczne kace po ostatnim piciu… Jeszcze trochę, a „policjant” stałby się synonimem słowa „alkoholik”. Tu chyba Ćwirlej nieco przesadził, a może to tylko ja naiwnie wolałbym wierzyć, że o moje i rodziny bezpieczeństwo dba ktoś kompetentny, a nie gromada ochlapusów.


Reasumując – całkiem niezły kryminał (nie wiem, czemu „feministyczny”, wszak powieści, których głównymi bohaterkami są kobiety jest mnóstwo i nikt nie nazywa ich feministycznymi), odrobinę przegadany dla osiągnięcia modnej ostatnio objętości książki, ale też nie jest to wada tragiczna. Nie była mi koniecznie potrzebna informacja o kolorze filiżanek lub kubków na posterunku, ani czemu starsza posterunkowa przynosi własny cukier w słoiku, ale to są głupstwa. Ostatecznie może nie trzeba koniecznie książki przeczytać, ale zdecydowanie można, bo to niezła rozrywka na kilka godzin.

sobota, 2 maja 2020

Nie każda matka kocha dzieci


„Bliżej, niż myślisz” – Ewa Przydryga

Odkąd sięgam pamięcią, obserwuję, przeżywam i piszę. Dlaczego? Najłatwiej byłoby mi wyjaśnić to jakąś wewnętrzną potrzebą, która ze zmiennym powodzeniem, pomaga mi uporać się z własną, raczej skomplikowaną rzeczywistością [1].

Zdania te przypomniały mi dawno zapomniane złośliwo-prawdziwe powiedzenie: z wewnętrznej potrzeby piszą grafomani, bo prawdziwi pisarze piszą za pieniądze.

Więc w dobrym humorze i z odpowiednim nastawieniem czytałem dalej:

Sięgam do skrzynki na listy. Zza jej plastikowego języczka wystaje moje imię i nazwisko, znak tego, że zaczynam od nowa [2].

Obawiam się, że nie wiem, co to znaczy. Choć zdanie jest po polsku, ja go jakoś nie rozumiem. Pewnie za głupi jestem.

Nie ma pojęcia też, że wiem o kłamstwach, na których nakryłam ją, prosząc o dowód osobisty. Odpowiedziała, że wraz z samochodem ukradziono jej wszystkie dokumenty. Przypuszczam, że to ściema… [3].

Zaraz, zaraz… To nakryłam ją, czy tylko coś tam przypuszczam, czy tylko się mi coś wydaje? Jeżeli wydaje mi się, że ktoś kłamie, to absolutnie nie znaczy, że go na tym nakryłem. Jeśli przypuszczam, że moja dziewczyna mnie zdradza, to znaczy, że ją na tym nakryłem? To jakiś bełkot, ale… może kobiety tak funkcjonują, ja tam nie wiem…

O niezrozumiałym „zachowaniu” telefonu komórkowego nie chce mi się rozwodzić – na przyszłość sugerowałbym sprawdzić, co się dzieje, gdy rozmówca się rozłączy.

Jestem jednak pewien, że tego typu wpadek, nie zauważą niewyrobieni niedzielni czytelnicy.

Po trudnych przeżyciach w Poznaniu Nika Wermer (narracja w pierwszej osobie) przenosi się do Gdyni. Remontuje stary, zdewastowany pensjonat i zaczyna go prowadzić. Nika jest w stanie wojny prawie ze wszystkimi ze swojego otoczenia, włącznie z matką, a może z nią przede wszystkim, wyjątek stanowi studentka weterynarii, Natalia. Powinna poddać się terapii, ale tego nie robi albo rzadko, łyka leki psychotropowe, które popija wielkimi dawkami alkoholu, nie zawsze odróżnia własne rojenia od rzeczywistości.
Pewnego razu budzi się z pijackiego snu i widzi na monitoringu scenę wynoszenia ciała swojej jedynej pensjonariuszki. Zawiadamia policję, że w pensjonacie popełniono zbrodnię. Policja oczywiście jej nie wierzy, karty pamięci monitoringu znikają, w pokoju nie ma śladów pobytu kogokolwiek; Nika oczywiście ma rację… Z pomocą genialnego hakera i jakiejś magicznej aplikacji, Wermer dowiaduje się, że ofiarą zabójstwa jest tajemnicza Dominika Kalita, nieżyjąca zresztą od dwóch lat, ale… nie na pewno, bo ciała nie odnaleziono.

Lekturę utrudnia fakt mieszania się rojeń głównej bohaterki z rzeczywistością, czasem czytelnik nie może być pewien, czy coś wydarzyło się naprawdę, czy może tylko ubrdało się Wermer pod wpływem alkoholu, jakichś psychotropów albo jednego i drugiego.

Poza przeciętną warstwą kryminalną jest w książce znakomita część poświęcona relacjom córki z przemocową matką. Te fragmenty są na naprawdę wysokim poziomie. Może na takich zagadnieniach autorka powinna się skupić, zamiast produkować umiarkowanie wciągające sensacje? W każdym razie wydaje mi się, że w tym temacie Ewa Przydryga naprawdę ma coś do powiedzenia. Nie jest dla mnie ważne, czy to doświadczenia osobiste, kogoś z dalszej rodziny, czy jakichś znajomych. Emocjonalny kontakt z treścią widoczny jest właściwie tylko w tych momentach. I tak sobie myślę, że może małymi kroczkami, zacznie to otumanione społeczeństwo odkrywać, że hasło „każda matka kocha swoje dzieci” nie jest prawdą. Znam to z życia, nie z literatury, może aż za bardzo. Znam matki, dla których opinia sąsiadek blokowych lub z kościelnej ławy, ważniejsza jest od życia i zdrowia własnego dziecka. Ale… nieważne.
Matka Wermer cierpi, być może, na projekcję atrybutywną. Jeśli nawet tak, to i co z tego? Bardzo długo to trwało i opornie, ale jakoś wreszcie nauczyłem się, że wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem.

„Bliżej, niż myślisz” to całkiem przeciętny kryminał dla kobiet, które zapewne masowo będą się utożsamiały, współodczuwały, wzruszały i przeżywały. Niechlujne pisarstwo zapewne zniknie w finalnej wersji powieści i pozostanie historia na tyle ciekawa, że mimo wszystko chce się czytać dalej, żeby tylko dowiedzieć się, jak się to skończy.

Jak to czasem bywa, mam drobny kłopot z oceną, jeśli system zawiera zarówno liczby, jak i formę opisową. „Przeciętna” to lepiej niż „może być”, czy gorzej? W każdym razie „Bliżej, niż myślisz” pasuje mi mniej więcej do środka skali dziesięciostopniowej, czyli tutaj akurat wychodzi „przeciętna”. Ano, właśnie… Ja bym powiedział, że „Bliżej, niż myślisz” właśnie „może być” – nie jest to oczywiście żadne arcydzieło, ale taka sobie, całkiem niezła rozrywka na kilka godzin. Z paroma bardzo dobrymi momentami.





---
1. Ewa Przydryga, „Bliżej, niż myślisz”, 2020, wyd. Muza, s. 21.
2. Tamże, s. 22.
3. Tamże, s. 24.

niedziela, 12 kwietnia 2020

I po co niby cała ta powódź?!


„Powódź” – Paweł Fleszar


Autor ma spory potencjał (prawdopodobnie), wyobraźnię i ciekawe pomysły na fabułę (na pewno) i… nie umie pisać (możliwe, że jeszcze nie). Książka robi wrażenie szkicu albo streszczenia. Ewidentnie brakuje tu jakiegoś wypełnienia, rozszerzenia, bo relacja z najważniejszych wydarzeń, w telegraficznym skrócie i tempie, rodzi jednak pewien niedosyt. Gdyby historia ta miała nie nieco ponad 200 stron, ale 300-350, byłaby zapewne w sam raz. Pozostaje mieć nadzieję, że autor będzie warsztat doskonalił.

Przed każdym rozdziałem Fleszar umieścił jakieś wycinki z gazet i kartki z kalendarza. Czasem mają one związek z akcją powieści, a czasem nie bardzo. Bez nich książka byłaby jeszcze skromniejsza objętościowo.
Mam też wrażenie, że napisana została dla mieszkańców Krakowa, pamiętających powódź (jedną, drugą lub obie). Dla reszty świata wiele dywagacji, że tak powiem lokalnych, nie ma większego znaczenia.

Jakub i Krystian byli najlepszymi przyjaciółmi – dopóki bawili się w Indian. Później, jak to czasem bywa, ich drogi się rozeszły z powodów męsko-damskich. Po wielu latach zerwanych kontaktów, Krystian dowiaduje się, że Jakub popełnił samobójstwo, bo jakiś zły człowiek zabrał mu dziewczynę. Krystian, nieudaczny zawodowy podoficer wojska polskiego, bierze urlop w swojej jednostce i wyrusza do Krakowa, wyjaśnić sprawę.

Zadziwiające wydawało mi się to, że Krystian, czyli nikt, wypytuje ludzi o Jakuba, a oni na te przesłuchania się godzą, czasem nawet chętnie. A jeśli niechętnie, to zostają zastrzeleni przez nieznanych sprawców. Krystian, przy którym rzecz się stała, jakoś nie zwrócił na to uwagi i opisane jest to tak jakoś… nijako.

Sfilmowane gwałty, handel żywym towarem, brutalne przestępstwa, powódź (nie wiem, po co), pomagająca w śledztwie znudzona nastolatka i nie tylko… mogło być zapewne całkiem nieźle, ale wyszło… no, tak sobie. Jeśli nie odłożyłem książki w połowie, to tylko dlatego, że jednak mnie wciągnęło i chciałem dowiedzieć się, jak się skończy cała ta afera.

czwartek, 19 marca 2020

Zakochana, oszukana, głupia?

„Osaczona” – Pola Roxa

Kolejna bajka o Kopciuszku połączona z twarzami Greya, czyli w wersji dla dorosłych. Początkowo wydawało mi się, że jest to – jak książki tego typu nazywała moja babcia – romans dla panien służących, ale kiedy pojawił się wątek kryminalny oraz szalony seks, relacja Karoliny nabrała rumieńców. Oczywiście nadal jest to romans, chociaż raczej dla znudzonych i sfrustrowanych polskich gospodyń domowych (pisany przez jedną z nich, jak sądzę), bo panien służących jakoś u nas ostatnio brak. Ale uwaga! Nie oznacza to jakiejś szczególnie negatywnej oceny tej książki, choć oczywiście arcydzieło to to nie jest, chodzi mi raczej o docelową grupę odbiorców. Wiele kobiet czyta romanse, wielu mężczyzn czyta kryminały i powieści sensacyjne, ale to nie jest ocena, ale stwierdzenie faktu, który wynika z odmiennej psychiki i zwykle różnych potrzeb emocjonalnych. Po prostu. A jako księgarz (dziś prawdziwych księgarzy już nie ma…) zawsze uważałem i uważam, że lepiej czytać coś niż nic. Ambitna literatura nie jest dla wszystkich i bardzo dobrze – odrobina zwykłej rozrywki też jest potrzebna.

Dawno, dawno temu w moim życiu pojawiło się jedno pytanie i dwa stwierdzenia: „Jak długo jeszcze chcesz grać rolę ofiary?”, „Tak cię traktują, jak sobie na to pozwalasz” i „O nic nie prosisz – nic nie dostajesz”. Banale pewnie, ale… może trafiły na właściwy czas, żebym je usłyszał i zrozumiał. Przypomniały mi się one podczas lektury „Osaczonej”.

Bohaterka tej powieści, Karolina Dąbrowska, na własne życzenie ustawiła się w życiu w roli ofiary. Sfrustrowana brakiem pieniędzy i uwagami męża narzeka, że inni w jej korporacji zarabiają więcej, ale… poprosić o podwyżkę się boi.  Do męża, Bartka, który zachowuje się coraz częściej jak palant i dupek, też ma pretensje i też nie potrafi mu się zdecydowanie postawić. Podobnie jest ze znajomą, z którą dojeżdża do pracy pociągiem, zanudzającą opowieściami o swoich bąbelkach.

Podczas krótkiego urlopu w Bułgarii Karolina spotyka przystojnego Gre…. eee… Waldka i żałuje, że nie dała mu się uwieść. Po powrocie do Warszawy Karolina dowiaduje się, że przyjaciółka z pracy wykolegowała ją w paskudny sposób z awansu, do tego sypia z jej mężem, Bartkiem. Wtedy dopiero zdobywa się na zdecydowaną reakcję. Męża wywala z domu, za namową siostry wybiera się do dyskoteki, żeby odreagować rozstanie, zdradę. W dyskotece, oczywiście, spotyka Waldka, który właśnie z Gdańska przyjechał do stolicy w jakichś interesach, w ubikacji robi mu loda z połykiem i zabiera na chatę. Waldek liże nieziemsko, czyli wszystko zgodnie z typową fabułą.
Karolina rzuca pracę, rozwodzi z Bartkiem, wyjeżdża z Warszawy i wreszcie wprowadza do Waldka.
Gdyby odtąd żyli długo i szczęśliwie, byłaby ta opowieść zupełnie beznadziejna, jednak… okazuje się, że Waldemar ma też drugie życie, czyli po prostu średni romans zmienia się w kryminał, całkiem niezły zresztą, choć, jak większość kryminałów, nieco naciągany.

W sumie jest to rozrywka bardzo lekka, łatwa i przyjemna. Dobra zabawa na kilka godzin, po której w pamięci nie zostaje jednak zupełnie nic.

piątek, 13 marca 2020

Opowieść o wrednej siostrze

„Podstęp” – Maria Adolfsson

To dziwne, ale przez całą lekturę pojawiały mi się podejrzenia, że ta książka napisana jest przez Polaka. I to nie tylko ze względu na „no” (dwunastotomowa encyklopedia, kpiny z dobrej zmiany itd.). Jeśli autor nie jest Polakiem, to tłumaczka nieźle sobie poszalała…

No, cześć, tu Karen Eiken Hornby [1].

Od „no” (no, co chcesz…, no, co tam… itp.) zaczynają rozmowy telefoniczne wyłącznie niektórzy (źle wychowani) Polacy, bo cywilizowani, kulturalni ludzie mówią „słucham”, „halo”, „ahoy”, dzień dobry, czy wiele innych.

Już z tekstu na okładce dowiadujemy się dokładnie, o co chodzi. Więc… nieistniejąca, ale jakby skandynawska, wyspa Doggerland, lokalne święto, rajd po lokalach, pijana kobieta, pięćdziesięcioletnia Karen Eiken Hornby, komisarz policji, ląduje w hotelowym łóżku  ze swoim szefem, naczelnikiem wydziału, Jounasem Smeedem.  Następnego dnia, rano, brutalnie zostaje zamordowana była żona Jounasa. W tych okolicznościach główny boss policji doggerlandzkiej musi odsunąć od sprawy naczelnika i powierzyć śledztwo Karen Eiken Hornby, co zresztą wyraźnie jej się nie podoba. Przypadkowego seksu z szefem też żałuje.

Śledztwo ciągnie się i wlecze niemiłosiernie; w książce pełno jest długaśnych opisów, zbędnych zupełnie dla rozwoju akcji i dodanych chyba tylko po to, by powieść osiągnęła modną ostatnio, „ceglaną” objętość. Zaczynam mieć wrażenie, że obecnie żaden polski wydawca nie wypuściłby na rynek skromnych objętościowo, ale genialnych, powieści Agaty Christie. Dziwna maniera… 
W książce pojawia się mnóstwo postaci, ale w bardzo niewielu wypadkach cokolwiek wiadomo o ich wyglądzie. Trudno sobie wyobrazić osobę, o której nie wiadomo kompletnie nic, poza skandynawsko-amerykańskim imieniem i nazwiskiem.

Narracja w powieści toczy się dwutorowo. Główna akcja dzieje się mniej więcej obecnie, ale czasem cofa się o kilkadziesiąt lat, do roku 1970, gdy na wyspie próbowała znaleźć swoje miejsce tajemnicza komuna. Oczywiście łatwo się domyślić, że wydarzenia te w pewnym momencie zaczną się splatać.

Mniej więcej w połowie lektury coś powoli zaczyna się zmieniać. Nie, nadal nic się nie dzieje, śledztwo w dalszym ciągu nie przynosi właściwie żadnych rezultatów, a najciekawszym wydarzeniem jest zakup ekspresu do kawy na potrzeby wydziału policji, ale… zacząłem przyzwyczajać się do kilkorga bohaterów tej powieści. I, zamiast dać sobie spokój z tą nudną historią, czytałem dalej, bo może w następnym rozdziale…, bo chyba u tej lub innej osoby coś się wydarzy…, bo zapewne wreszcie on lub ona… W każdym razie lektura zaczyna być wciągająca i pojawia się jednak potrzeba odkrycia, zrozumienia, co tu się właściwie dzieje. Tak, w drugiej połowie powieści zaczyna być ona całkiem niezła. Zakończenie też jest OK. Tym niemniej, choć zdecydowanie nie żałuję czasu poświęconego na „Podstęp” (końcówka była naprawdę emocjonująca), wcale nie jestem pewien, czy miałbym ochotę czytać kolejny tom traktujący o ciężkiej pracy policjantów z Doggerlandu.








--
1. Maria Adolfsson. „Podstęp”, Wydawnictwo: W.A.B., przekład Agata Teperek, 2020, s, 32.

poniedziałek, 9 marca 2020

Kwakrów poszukiwania Ciszy


„Bóg jest Ciszą” – Pierre Lacout

Niewielka objętościowo książeczka jest zbiorem artykułów, esejów Pierre’a Lacout na temat Ciszy, ciszy i ich znaczenia. Składają się na nią:
1. Bóg jest Ciszą
2. Ciszy naszej powszedniej daj nam dzisiaj
3. Przygotowanie do ciszy
4. Psychologia ciszy
5. Przeszkody
6. Sztuka wykorzystywania przeszkód
7. Stopnie ciszy
8. Cisza Jezusa
9. Cisza i pacyfizm

Zmarły w 2009 roku Pierre Lacout pod koniec studiów wstąpił do zakonu karmelitów; przygotowywał się do kapłaństwa w Rzymie i we własnej diecezji we Francji, jednak kurs psychoanalizy w Genewie wpłynął znacząco na zmianę jego postawy duchowej i życiowej. Ostatecznie rozstał się z katolicyzmem na rzecz kwakierstwa. Był żonaty, nauczał literatury francuskiej w College Pierre Viret.

Pierre Lacout nie prezentuje w swojej pracy jakiejś obowiązującej doktryny kwakrów, czy oficjalnego stanowiska Przyjaciół w poruszanych tematach (nawet gdyby coś takiego istniało, a u kwakrów liberalnych nie istnieje), ale pomaga zrozumieć kwakierskie pojmowanie ciszy, choć może powinienem napisać „Ciszy”, bo nie chodzi tu tylko o brak dźwięków. W każdym razie są to dość prostym językiem spisane myśli do rozważenia, do zastanowienia się i przemyślenia, może nawet do medytacji.

wtorek, 3 marca 2020

Unai i Diago - baskijski zmrok


„Władcy czasu” – Eva Garcia Saenz de Urturi

Podczas lektury wszystkich tomów trylogii jedno nie ulega wątpliwości – ogromny sentyment autorki, może nawet miłość, do miasta. Vitoria jest obecna w jej książkach bardziej, niż gdyby chodziło tylko o miejsce zbrodni. To miasto jest znaczącą „osobą dramatu”. Podobnie było z przedwojennym Wrocławiem (Breslau) w cyklu powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku. Podobno miejsce to tylko miejsce, ale z Vitorią jest inaczej. Chciałem wrócić do Vitorii może nawet bardziej niż do profilera Krakena.

Jak i w poprzednich tomach trylogii Białego Miasta głównym bohaterem jest inspektor Unai López de Ayala (pseudo Kraken) z Wydziału Kryminalnego w Vitorii, stolicy wspólnoty autonomicznej Kraju Basków, mieście poświęconym Białej Panience, Virgen Blanca. W dochodzeniach pomaga mu Estibaliz Ruiz de Guana, jedna z lepszych i najwytrwalszych śledczych. On jest lub był dobry w profilowaniu, ona specjalizuje się w wiktymologii. Po postrzale Kraken cierpiał na afazję Broki. Dzięki długiej i trudnej pracy z logopedą udało mu się prawie przezwyciężyć to zaburzenie, ale… właśnie – prawie. We „Władcach czasu” inspektor wydaje się jakoś dziwnie mało rozgarnięty. Momentami jest to wręcz irytujące. Alba Diaz de Salwatierra, dawniej szefowa i kochanka Krakena, jest obecnie jego żoną, mają dwuletnią córeczkę, Delbę.

„Władcy czasu” to także tytuł historycznej powieści Diego Veilaza (jest to oczywiście pseudonim literacki, mający się kojarzyć z głównym bohaterem powieści, Diagiem Velą), której akcja rozpoczyna się w roku 1192 i toczy w okolicach obecnej Vitorii. Książka ukazała się kilka dni wcześniej, ale już zawładnęła umysłami i rozmowami Vitorczyków.

„Nazywam się Diago Vela, mówią mi don Diago Vela, mnie wszak tytuły są obojętne. Zacząłem spisywać wszystko, co się tu działo od dnia, gdy po dwóch latach niebytności powróciłem do starej osady Gasteiz czy też, jak nazywali ją poganie, Gaztel Haitz, czyli Wzgórza Zamkowego.  Wracałem przez Akwitanię i przeszedłszy Dolną Nawarrę, ominąłem Tudelę. Nie chciałem stanąć przed obliczem leciwego króla Sancha, jeszcze nie. Oddałem jego córkę Berenguelę potworowi, który miał ją zaślubić. Ryszardowi zwanemu Lwie Serce. I zapewniam, że wcale nie ze szlachetnych pobudek”*.

Unai López de Ayala, wraz z rodziną, wybrał się na spotkanie z autorem historycznej powieści, zorganizowanym przez wydawcę w pałacu Villa Suso, przy placu Matxete. Po godzinie oczekiwania okazało się, że sam wydawca nie zna Diego Veilaza, nigdy go nie widział, a wielce tajemniczy autor nie pojawił się na spotkaniu. Chwilę później w toalecie znalezione zostają zwłoki jednego z najbogatszych ludzi w Hiszpanii, władca imperium sieciówek został otruty kanteradyną, to jest środkiem na potencję popularnym w średniowieczu. Powiązania z akcją powieści Veilaza są oczywiste.

Akcja powieści „Władcy czasu” – Evy Garcii Saenz de Urturi toczy się dwutorowo – z jednej strony to współczesny kryminał, z drugiej wydarzenia opisywane w książce historycznej przez Diego Veilaza. Kolejny seryjny zabójca wzoruje się wyraźnie na historii, na zdarzeniach z XII wieku.
Jedna z ofiar umiera otruta środkiem na potencję sporządzonym z kanteradyny, zwanej hiszpańską muchą (właściwie są to suszone, mielone chrząszcze gatunku pryszczel lekarski; preparat ze sproszkowanych chrząszczy jest jednym ze składników trucizny Aqua tofana), dwie inne sprawca zamurowuje żywcem, jedną topi w beczce razem z psem, kotem, kogutem i żmiją… Po co? Dlaczego? Czemu służyć ma to… przedstawienie?

Estibaliz Ruiz de Guana wikła się w bardzo niebezpieczny romans, Unai López de Ayala odkrywa, że historyczna powieść "Władcy czasu" ma wiele wspólnego z jego własną przeszłością, przy okazji poznaje fascynującą tajemnicę donżonu Nograro…

Bardzo dobra powieść, po prostu. Jedyne, co mógłbym jej zarzucić, to przesadna objętość. Moim zdaniem bez szkody dla jakości można ją było skrócić o jakieś dwadzieścia procent.

Otwarta pozostaje kwestia czytania „Władców czasu” bez znajomości dwóch pierwszych tomów trylogii. Mnie się wydaje, że owszem, da się to zrobić, ale… mogą pojawić się poważne kłopoty ze zrozumieniem pewnych wątków.



--
* Eva Garcia Saenz de Urturi, „Władcy czasu”, przekład Katarzyna Okrasko, Muza, 2020, s. 17.