czwartek, 17 września 2020

Wszystko się zmienia… bardzo

Jakiś czas temu, w sumie niedawno, miało miejsce zdarzenie, którego nie rozumiem w pełni właściwie do dziś. Może, gdyby dotyczyło obcokrajowców, może gdyby udział w nim brali ludzie bardzo młodzi i bardzo starzy, to zapewne byłyby to argumenty pomagające jakoś zrozumieć sytuację, bo może inna mentalność, zwyczaje, ale właśnie nic takiego nie miało miejsca.

Założyliśmy z kilkunastoosobową paczką znajomych grupę dyskusyjną na platformie Google Groups, żeby po prostu szybko i sprawnie porozumiewać się w jakichś tam naszych sprawach, przekazywać informacje itp. W pewnym momencie pojawiły się problemy, wiadomości nie docierały do wszystkich, albo tylko do jednej osoby, albo pobierane były dwa-cztery razy. Jako właściciel i administrator tej grupy dyskusyjnej starałem się znaleźć błąd w ustawienia grupy, ale żadne zmiany konfiguracji jakoś nie przynosiły rezultatów. 

Sprawa wyjaśniła się w sumie dość szybko. Okazało się, że nie ma żadnego problemu z konfiguracją, ale jedna z uczestniczek przekazuje wiadomości z grupy jakimś tam swoim znajomym. Jeśli ktoś nie wie, grupa działa tak, że wiadomość wysyła się na specjalny adres grupy i tak samo też się odpowiada – serwer grup dyskusyjnych już dba o to, by każdy z uczestników otrzymywał wiadomości i odpowiedzi wszystkich innych. Jeśli w polu adresu takiej wiadomości jest tylko adres grupy, to nawet nie ma znaczenia, czy użytkownik użyje polecenia „odpowiedz”, czy „odpowiedz wszystkim”. Za to komplikuje się to poważnie, gdy czasem w polu adresu ktoś wstawia także innych adresatów. 

No i wyszło na jaw, że o wewnętrznych sprawach naszej grupy pewna pani (może nawet starsza ode mnie, ale niewiele) informuje systematycznie swoich znajomych – kieruje po prostu część grupowej poczty także do nich.

Napisałem przynajmniej 7-8 wiadomości w różnym tonie zresztą, wyjaśniając, jakie problemy powoduje, prosząc i wreszcie nakazując dostosowanie się do zasad. Mogłem teoretycznie jeszcze zagrozić jej wywaleniem z grupy, co jako jej właściciel i administrator mogłem zrobić jednym kliknięciem, ale to już nie mój styl. Pani nie, nie i nie… donoszenie znajomym jest jej priorytetem i będzie to robić.

W pewnym momencie wydało mi się, że może ona nie rozumie, jak działa serwer grup dyskusyjnych, a ja nie umiem starszej pani tego wyjaśnić, więc zmieniłem argumentację na równie prawdziwą, ale z innego jakby pakietu. Powołałem się na swoje prawo do prywatności, do konstytucyjnej zasady tajemnicy korespondencji, do niezbywalnego prawa każdego człowieka do tego, by mógł korespondować z kim chce, ale też nie korespondować z kim nie chce. Krótko: to też nie dało żadnego efektu. Potrzeba tej pani, by znajomym panom przekazywać korespondencję z grupy (w tym i moją) wygrywała na całej linii z moimi osobistymi prawami, moimi prośbami, moimi wyjaśnieniami. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale tym jej znajomym panom proponowaliśmy udział w grupie, ale odmówili. A ja dostałem za to wiadomość od jednego z nich z szyderczym albo drwiącym komentarzem na temat tego, co dzieje się na naszej grupie.

Wtedy przypomniało mi się zdanie z książki, którą musiałem przeczytać, to jest „O naśladowaniu Chrystusa”:  Nie ufaj zbytnio swojemu zdaniu, ale staraj się wysłuchać zdania innych. Jeśli twoje zdanie jest słuszne, ale dla Boga się go wyrzekniesz i uczynisz inaczej, niż chciałeś, więcej na tym zyskasz. I tak właśnie zrobiłem. Przestałem prosić i wyjaśniać, przestałem walczyć (wojowanie z kimkolwiek mi nie służy) i odszedłem z grupy. 

Pani napisała do mnie, że niepotrzebnie, bo przecież nasza dyskusja dopiero się zaczyna rozkręcać… Znowu nie miała racji – moje (i nie tylko) prawa nie są przedmiotem jakichś negocjacji (ani z nią, ani z całą grupą) – więc w tym momencie dyskusja zakończyła się definitywnie. 

To oczywiście był tylko opis sytuacji, bo w pewnym sensie ważniejsze są wnioski, wątpliwości, przemyślenia. 

1. Mówi się, że młode pokolenie jest roszczeniowe. Tak? Czyżby tylko młode? Pani z pokolenia znacznie starszego arogancko ignoruje cudze prawa, bo ona ma swoje priorytety i cudzą prywatność, cudze prawa, cudze prośby ma po prostu w…

2. Reakcja reszty pań (bo w grupie większość to kobiety) – zgodnie z oczekiwaniami – żadna. To akurat mnie nie zaskakuje. Od lat wiem, że kobiety mają inne preferencje i niektóre z nich, często godzą się na różne świństwa i podłości, byle tylko było miło, żeby milusi nastrój został szybciutko przywrócony.

3. Wielopolski (ten od powstania) stwierdził kiedyś, że dla Polaków można czasem coś zrobić, ale z Polakami – nigdy. Kompletna niezdolność do jakiegokolwiek wspólnotowego działania. Planowana jest manifestacja, jako wyraz sprzeciwu, braku zgody na śledzenie? Polak: ale mnie tam nie przeszkadza, ja nic złego nie robię. Ktoś bez zgody i wiedzy autorów wynosi z zamkniętej grupy ich korespondencję? Polak: ale mnie tam nie przeszkadza, ja nic złego nie piszę. Narodowcy skatowali homoseksualistę? Polak: ale ja nie jestem pedałem. Zgwałcili dziewczynkę w parku? Polak: ale ja mam tylko synów…

  

Nie uczyniłeś mnie ślepym

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie garbatym

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem

hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory

Dzięki Ci za to Panie

 Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?

  

[Andrzej Bursa, „Modlitwa dziękczynna z wymówką”]

środa, 16 września 2020

Wadliwi bohaterowie w akcji

 „Infamia” – Maciek Jakubski 

Dawno, dawno temu pojęcia „tom” i „cykl” miały określone znaczenie. „Lalka” Prusa wydawana była zwykle w trzech tomach, ale absolutnie nie oznacza to, żeby był sens czytać je osobno albo na przykład tylko jeden. Cyklem był z kolei „Świat czarownic” z mnóstwem powieści połączonych jednym uniwersum i znakomicie dających się czytać osobno, bo były to – do pewnego stopnia i zazwyczaj – zamknięte całości. W każdym razie czasy się zmieniły i dziś niekoniecznie da się przewidzieć, na co się trafi, sięgając po któryś tam element cyklu. 


„Infamia” zaczyna się tak, jakby był to następny rozdział w książce, stanowiącej całość. Alkkenstan, jak się okazuje czarodziej, po teleportacji budzi się w ciemnym lochu wampirzego zamku Szwarzgraben, przykuty do ściany solidnym łańcuchem. Jego przyjaciel, Nyteshad, nekromanta, wyłania się z tego samego teleportu, ale na błotnistym polu ziemniaków. Można się domyślać, że obaj uciekali, ale przed czym/kim i dlaczego – wiedzą zapewne tylko czytelnicy pierwszego tomu… eee… przepraszam… innej, wcześniejszej części cyklu. Żeby jednak nie było nieporozumień – „Infamię”  da się też czytać bez znajomości tego czegoś wcześniejszego, tyle tylko, że pewne sprawy pozostaną po prostu nie wyjaśnione. Nie jest wykluczone, że i wcześniej nie były one detalicznie objaśnione, ale skąd o tym wiedzieć, jeśli się tego nie czytało? 

Kiedyś, być może było to opisane wcześniej, ale nie na pewno, wioskowi zawarli przymierze z wampirami i pozbyli się czarodziejów ze swojej okolicy (dlaczego?). Teraz jednak chłopi mają dość także wampirów, bo te – zgodnie z wampirzym obyczajem – wysysają czasem któregoś z nich, co zwykle prowadzi do zejścia śmiertelnego. Wiochmeni nienawidzą wampirów i chcą je wszystkie wymordować (zaostrzony kołek w dupę), ale zdają sobie sprawę, że są za słabi, więc znowu szukają sprzymierzeńca. I tak to właśnie wygląda sytuacja, gdy na scenę wkraczają nasi dwaj przyjaciele. 

Alkkenstan, któremu Klavius von Rejden, złożył propozycję nie do odrzucenia, uczy wampira czarowania. Nyteshad, uratowany przez dziewczynę z rąk przygłupich chłopów, biorących go za wampira, nawiązuje bliski i coraz bliższy kontakt z okrutną wampirzycą Seleną  (siostrą delikatnej Sarah, córką von Rejdena) w zamku Bistritz. 

Chłopstwo coraz bardziej się burzy, wampiry nimi gardzą i – do czasu – lekce sobie ważą zagrożenie, nekromanta angażuje się uczuciowo silniej z każdym dniem i… nocą. Nadchodzi czas wyborów i decyzji – co z przyjaźnią, co z wdzięcznością do kobiety, która go uratowała i którą następnie ratował on przed motłochem… Nyteshad nie ma prostego zadania. Zwłaszcza, że jest jeszcze przyjaciel, który też ma swoje zdanie i przekonania. 

„Infamia” jest jakby połączeniem horroru, s-f, groteski i pewnie paru innych jeszcze elementów, ale wydaje mi się, że autor zbyt wiele srok starał się złapać jednocześnie za ogony i ostatecznie horror nie jest straszny tak, jakby mógł być, groteska momentami jakby mało zabawna… jakieś przerysowane to wszystko i wcale nie jestem pewien, czy był to zabieg celowy. Trochę irytujących błędów redakcyjnych.

Ostatecznie uważam, że to bardzo lekka powieść bez większych ambicji. Ot, średnio wciągająca rozrywka (ale jednak rozrywka!) z rodzaju tych, które zabiera się w podróż. Nie jest może zła, co to, to nie, ale też nie na tyle dobra, żebym starał się przeczytać część pierwszą cyklu.

 

 

 

 

 

 

--

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

piątek, 11 września 2020

Biedne i dostatnie życie sztetla

 „Opowiadania chasydzkie i ludowe” – Icchok Lejb Perec

Autor był (zmarł w 1915 roku w Warszawie) adwokatem, działaczem społecznym, polskim i żydowskim pisarzem, jednym z głównych twórców literatury jidysz. Jego „Opowiadania” są zbiorem dwudziestu jeden tekstów; książka zawiera też konieczny w tym przypadku, słowniczek, który czytałem ze sporym zainteresowaniem i dużą przyjemnością. Moja wysoka ocena „Opowiadań chasydzkich i ludowych” jest bardzo subiektywna. 
Właściwie zawsze taka jest, ale tym razem chcę na to zwrócić uwagę szczególnie. Ja po prostu zauroczony jestem duchowością żydowską i zwykle wysoko oceniam zbiory opowiadań autorów wyznania mojżeszowego, a także książki o dawnych czasach, w których Polacy i Żydzi żyli zgodnie obok siebie. Pół żartem, pół serio ktoś mi kiedyś podpowiedział, że tak duży sentyment do judaizmu dowodzi jakiejś cząstki krwi żydowskiej w żyłach, która tak właśnie reaguje na kontakt z tą kulturą. Sprawdziłem, a mój brat zlecił nawet specjalne badania genetyczne, i okazało się, że takich śladów w naszej przeszłości nie było, ale okazało się, że żaden z nas, w razie czego, nie miałby właściwie nic przeciw temu. Podobnie nie przeszkadzałoby mi, gdyby okazało się, że któryś z moich przodków był czarny lub żółty. Urodziłem się i wychowałem po prostu w bardzo, bardzo odmiennych czasach, w których nie do pomyślenia (ani wyobrażenia!) była agresywna propaganda partii narodowo-socjalistycznej. Na porządku dziennym była wtedy propaganda innej partii, ale… mniejsza z tym. 

Tak zaczynają się „Opowieści rabiego Nachmanke” i książka w ogóle:

Zazwyczaj snuł je w wieczór kończący sobotę, po hawdali. Należy wiedzieć, że opowiadał je w celu ujawnienia tajemnic zawartych w Torze, które można objaśnić i udostępnić prostemu zwykłemu człowiekowi tylko za pomocą przypowieści. To po pierwsze. Po drugie zaś chodziło mu o to, żeby uwolnić się w nadchodzącym tygodniu od melancholii, smutku i tęsknoty za dodatkową duszą, którą Żyd dostaje od Boga na sobotę.

 „Opowiadania chasydzkie i ludowe” zawierają utwory:

 – Opowieści rabiego Nachmanke

– Kabaliści

– Cybuch rabiego

– Z powodu szczypty tabaki

– Jeśli mówią, że wariat, uwierz!

– Reb Jochanan – Gabe

– Czasy mesjasza

– Fartuch

– Między dwiema górami

– Chełmski mełamed

– Szma Israel albo Kontrabasista

– Posłaniec

– U wezgłowia konającego

– Rozlewisko

– Ormuzd i Aryman

– Bard

– Dusza

– Cudzoziemski ptak. Powiastka dla starszych

– O historii (Gorzka humoreska)

– Cud chanukowy

– Lag baomer

I, moim skromnym zdaniem, są one po prostu urzekające. Pokazują, bezpowrotnie zaginiony, świat niewielkich społeczności żydowskich w czasach przed pierwszą wojną światową.

środa, 9 września 2020

Udziwniona groza i nie groźna

 

„Oblicza grozy” – antologia (Dawid Kain, Krzysztof Maciejewski, Robert Cichowlas, Łukasz Radecki i inni)

 Kilkunastu autorów polskich o poziomie bardzo zróżnicowanym, ale ogólnie nie najwyższym. Do tego znakomite opowiadanie Grahama Mastertona o Wendigo. Zaletą zbiorku może być różnorodność i… chyba niewiele więcej.

O kopulacji z coraz bardziej gnijącymi zwłokami, o wsiowych zabobonach na temat bocianów, o potworze z Himalajów, o miłości księdza, o konsekwencjach zastraszania żony, o dinozaurach, które głupi ludzie znowu sklonowali (Park jurajski?), o gadającym kocie i takie tam dyrdymałki. Przeczytać można, ale… nie trzeba.

piątek, 4 września 2020

Jak i po co nie chlać przez rok?

 „365 dni bez...” – Millenials

 Uwaga – to może mieć znaczenie. Postanowiłem napisać o tej książce tak, jakby była to prawdziwa relacja, prawdziwe zapiski Łukasza, dwudziestodwuletniego studenta, z roku jego życia bez alkoholu. Zakładam, w dobrej wierze, że to rzeczywistość, a nie fikcja literacka. Bo oczywiście potrafię sobie wyobrazić (wyobraźnię to ja mam dobrą) jakąś wersję alternatywną, na przykład, że jest to wspólne dzieło psychoterapeutów, którego zadaniem jest edukacja alkoholowa młodych ludzi. Jednego jednak wmówić sobie nie dam – że to autentyczny pamiętnik, który dopiero po jakimś czasie autor postanowił jakoś opublikować. Ta książka od początku pisana była z myślą opublikowania jej. Skąd to wiem? Jeśli ktoś pisze pamiętnik/dziennik dla siebie, nie tłumaczy w nim rzeczy, które są dla niego oczywiste. Millenials wspomina „Księcia” Niccolò Machiavellego i… wyjaśnia (komu?), kim był Machiavelli. To, rzecz jasna, tylko przykład.


Nauczony dość przykrym spotkaniem z Melquiadesem, zwróciłem do razu uwagę na wydawcę. Doświadczenie podpowiada mi, że self-publishing bez korekty oznacza często żałosne błędy, ale tym razem było inaczej – owszem, autor przeoczył kilka literówek lub innych takich, ale nie tak znowu wiele. Da się czytać bez irytacji. Tym bardziej, że jest na tyle interesująco, że cały czas chce się wiedzieć, co będzie dalej.

 „Było to ciekawe pokazanie problemu, który często. Ludzie z małych miejscowości mają swego rodzaju kompleks niebycia dostatecznie dobrym”*.

 Inna ważna uwaga związana jest z pewnym zbiegiem okoliczności – trafiła mi się książka o człowieku, który podjął trudne (według niego) wyzwanie, żeby przez rok nie pić, a tak się składa, że psychologia uzależnień (obok fotografii, czytania i pisania) stanowi moją życiową pasję lub przynajmniej hobby. Nie jestem profesjonalistą, ale jakieś pojęcie o tym temacie mam. Choćby dlatego, że przeczytałem prawdopodobnie wszystkie książki o alkoholizmie jakie wydane zostały po polsku. Włącznie z Karola Kleckiego „Alkoholizm i antyalkoholizm. Studyum krytyczne” z 1904 roku. W każdym razie z tego powodu śledziłem losy Łukasza, wyłapując te elementy, z których zapewne on sam nie zdawał sobie sprawy.

 Na pewno istnieje wiele profesjonalnych metod diagnozowania alkoholizmu, ale mnie przekonują też inne, zupełnie lub mało naukowe, ale pochodzące od ludzi, którzy alkoholizm znają z własnego doświadczenia, a nie z psychologicznych teorii. I tak, autor zapewne nie wie, że według nich, alkoholik to ktoś, kto robi sobie przerwy w piciu. To ktoś, kto zawsze bardzo dokładnie wie, jak długo już nie pije. Alkoholik (do czasu) uważa, że pije tak samo, jak inni, czyli po prostu, że wszyscy piją bardzo dużo. Alkoholikom wydaje się, że dłuższa abstynencja daje pewność, że alkoholikami nie są, i w ogóle czują wewnętrzną potrzebę podejmowania takich wyzwań, udowadniania. Jeśli się uda – nagrodą jest alkohol.

Czytając o przeróżnych środowiskach i grupach, w których autor się obracał, a wyraźnie był z tego bardzo dumny, ja zastanawiałem się, co z nim jest nie w porządku, że nigdzie ostatecznie nie zostaje na stałe, że w żadnym z tych środowisk nie jest na tyle „u siebie”, żeby dalej nie szukać. Ciekawość innych grup, środowisk, ludzi? Jasne, może i tak…

 Urok tej książki polega na tym, że ma się ochotę wejść w relację z autorem, jakby odpowiedzieć mu, a może wykorzystać okazję do sformułowania własnego zdania w jakiejś tam kwestii. Przykład, jeden z wielu:

„Mam negatywno-pozytywną cechę: chcę być lubiany przez innych”**.

 To nie cecha, ale potrzeba. Można się zastanawiać, z jakich niedoborów z dzieciństwa wynika albo po prostu zapytać samego siebie, co ja byłbym w stanie zrobić, żeby mnie lubili, jakie dobra gotów byłbym poświęcić dla osiągnięcia tego celu, ile to dla mnie warte.

 „365 dni bez...” nie jest tylko relacją z rocznej abstynencji, ale może dzięki niej właśnie, autor zdobywa doświadczenia, które raczej nie byłyby możliwe po pijaku. Jeśli nawet zdarzenia, sytuacje, przeżycia, są normalne, naturalne i codzienne, on – po odstawieniu etanolu – inaczej je przeżywa. Bardzo widoczne jest to, gdy Łukasz spotyka dziewczynę z Ukrainy, z którą stają się sobie bliscy. Ale i w wielu innych sytuacjach, choćby zmiana jego nastawienia do nauki.

 Sporo sympatii mam dla dwudziestodwulatka, który odkrywa pewne prawdy życiowe, na przykład cyniczną zasadę: jeśli chcesz, żeby byli zadowoleni z ciebie, spraw, żeby poczuli się zadowoleni sami z siebie.

 Ostatecznie – niezły pomysł, ciekawa realizacja, czyli… może nie jest to arcydzieło, ale pozycja warta uwagi.

 

 

 

 

 

 

 

--

* „365 dni bez...”, Millenials, Manufaktura słów, 2020, s. 37.

** „365 dni bez...”, Millenials, Manufaktura słów, 2020, s. 73.

 

 

 

 

 

 

Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

wtorek, 1 września 2020

Polacy jako mistrzowie knucia

 „Wieża Komunistów” – Witold Gadowski

 

Ciekawa sprawa. Nigdzie – bez względu na to, czy chodziło o wydanie Zysku i S-ka (rok 2012), czy o wersję wydawnictwa Replika (2018), a oba są sygnowane jako wydanie pierwsze (tyle tylko, że jedno jest z cyklu Andrzej Brenner, tom 2, a drugie, tom 3), nie znalazłem informacji i redaktorze i korektorze tego dzieła. Zainteresowało mnie to, gdy przeczytałem na jednej z pierwszych stron: Grzegorz Okrzemek z ciężkim sercem wyciągnął spod szafy starą tekturową walizkę i spakował do niej kilka koszul, książki, szczoteczkę do zębów, sweter, pamiętający jeszcze przyjęcie ślubne garnitur i szczoteczkę do zębów. A kilkanaście stron dalej to: Zaciągnął firanki i już miał się w ubraniu rzucić na łóżko, gdy coś go tknęło i zerwał się na równe nogi. Oznacza to, że książka napisana została i wydana niechlujnie, w pośpiechu, byle jak, z arogancką pogardą dla czytelników oraz… kiedyś mawiało się, że na zamówienie społeczne (jak właśnie mnożące się lawinowo książki o COVID-19), ale w tym przypadku zdecydowanie nie społeczne, ale… ideologiczno-partyjne.

Nie darzył partii braci Kaczyńskich sympatią. Miał im za złe nieskuteczność, fanfaronadę i fatalny dobór ludzi, a najbardziej raziła go hipokryzja ich ugrupowania. Pod hasłami walki z komuną bardzo chętnie przygarniali pod swoje skrzydła ludzi, którzy byli wcześniej mocno z komuną powiązani.

Ten akurat cytat nie powinien nikogo zwieść, to kokieteria i swego rodzaju strategia. Jeśli czegoś ukryć i zakłamać już się nie da nijak, to należy głośno to przyznać, bo będzie to wtedy sprawiało wrażenie szczerości, bezkompromisowości, a nawet odwagi. A tak przy okazji… wcale nie z powodu kilku osób/nazwisk byłych komunistów i ich obecności w strukturach obecnej władzy, politolodzy określają ją mianem neobolszewizmu.

Bohaterem powieści jest Andrzej Brenner, dziennikarz śledczy (ciekawe, że Sumliński, równie marny autor, też się samozwańczo dziennikarzem śledczym mianował), który wpada na trop ogromnej afery. Spotyka się z żoną Grzegorza Okrzemka, człowieka, którego wrobiono w defraudację pół miliarda dolarów (no, tak… miliony już na nikim nie robią wrażenia, więc trzeba miliardy), następnie z innymi osobami, coraz głębiej zaangażowanych w spisek. Żałosna jest ta narracja, bo na przykład: Brenner spotyka się z Kravczikiem, który zdradza mu niektóre szczegóły wielkich przekrętów. Brenner pojechał za granicę, żeby się właśnie z nim spotkać. A następnie niczemu nie dowierza, wszystko neguje i odrzuca. Jest to chwyt z tanich reklam telewizyjnych, który służy do powtarzania kilka razy nazwy produktu. Tu nie chodzi o produkt, taki czy inny, ale o kasę – miliard dolarów? Niemożliwe! Z tym miliardem dolarów to pan chyba przesadził. Naprawdę miliard dolarów? Tak, miliard dolarów. Boże! Miliard dolarów – przecież to się w głowie nie mieści. Itp.

’Ndrangheta,  Jedna z bardziej wpływowych struktur zorganizowanej przestępczości we Francji, wywodząca się z Korsyki, ale działająca przede wszystkim w krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Więc ta cała ’Ndrangheta zakłada w Polsce sieć pizzerii i opłaca się wywiadowi polskiemu, uznając go za silniejszą mafię. Cóż… powinny chyba być jakieś granice, ale najwyraźniej w przypadku polskich czytelników, nie ma się co nimi przejmować. W każdym razie jest to połączenie przeciętnej powieści sensacyjnej z kiepściutką science fiction albo political fiction.

Ostatni cytat: Owszem, czytał czasami o globalnych spiskach i ponadnarodowych korporacjach, które ponoć sterują losem świata, ale te fikcyjne konstrukcje nawet w części nie dorównywały klasą pomysłowi Funduszu Budowy Gospodarki.

I to akurat się zgadza. Międzynarodowe spiski, to głupstwo w porównaniu do tego, co wymyślił autor. Ale czy wszystko to jest kompletną bzdurą? Ależ nie! Tylko co z tego? Bo cwaniacki i niesmaczny numer polega na tym, żeby obrobić komuś tyłek, oczernić, zgnoić, opluć, jednak zza krzaka, w masce. Gdyby chociaż Gadowski wyraźnie użył właściwych nazw organów, urzędów, instytucji, prawdziwych nazwisk, faktów zamiast insynuacji, to może miałoby to jakiś sens, ale schował się tchórzliwie za konwencją fantastyki, różnych aluzji i mętnych sugestii, i nic mu zarzucić nie można, żaden proces o zniesławienie się nie odbędzie, bo – jakby co – to przecież tylko fantazja i fikcja literacka.

Zainteresowałem się Gadowskim, bo zaintrygowała mnie jakaś jego wypowiedź, którą usłyszałem na YouTube. Tym większe zaskoczenie niskim poziomem tej jego książki. Do tego te grafomańskie nazwy, tytuły i nazwiska! Sprzedajny dziennikarz – Wrzaskliwiec (tak, niby tak ma na nazwisko), niskiej jakości czasopismo ze skandalami – „Śmieć” itp. Może (może!) miałoby to jakiś sens, gdyby autor zdecydował się na jedno z dwojga: albo na powieść sensacyjną, albo na demaskowanie przekrętów władzy w czasie, gdy Polska odzyskała niepodległość. Jedno i drugie, na dokładkę owinięte w fikcję, jest niestrawne.

wtorek, 25 sierpnia 2020

O kobietach, mężczyznach i...

„Głupcy umierają” – Mario Puzo

 Mam dziwne wrażenie, że kiedyś, bardzo dawno temu, czytałem już tę książkę, ale pod tytułem „Śmierć frajerom”, ale… mniejsza z tym.

 Ale, ale, nie zniechęcaj się. To nie jest ckliwy romans. Sprawię, że poczujesz bolesne piękno dziecka, zwierzęcą żądzę dorastającego chłopca i samobójcze nastroje nastolatki. A potem (to będzie chyba najtrudniejsze) ukażę ci, jak czas zmienia mężczyznę i kobietę, ich ciała i umysły.


Stany Zjednoczone, kilkanaście lat po wojnie. Życie, miłość, śmierć, seks, władza, zdrady, duże pieniądze, nadzieje i beznadzieje, plany, zawody i rozczarowania, zawodowi gracze, szulerzy, nałogowcy oraz przeróżne odmiany gier hazardowych w kasynie Xanadu, czyli po prostu blaski i cienie Las Vegas. Akcja powieści dzieje się przez kilka, może nawet kilkanaście lat i nie tylko w samym Vegas, ale wydaje mi się, że miasto kasyn i hazardu zawsze jest obecne gdzieś w tle. Poza tym jest to wielowątkowa opowieść o pisarstwie, książkach i pisarzach, o recenzjach i recenzentach, o scenariuszach, scenarzystach, producentach i aktorach, o kręceniu filmów w Hollywood, o chorobach wenerycznych, miłości i zdradach…

 Każdy ma gotowe wytłumaczenie na złamanie swoich zasad. Prawda jest taka, że łamiesz się, jeśli jesteś do tego przygotowany.

 Dałem się zaskoczyć. Osoba, którą brałem za głównego bohatera, rozstała się z życiem zaraz na początku, a ja wtedy dopiero zorientowałem się, że Jordan, kolega od trzech tygodni Cully’ego, Merylina i Diany, był w pewnym sensie katalizatorem kilku dalszych zdarzeń i to nie tych najważniejszych, ale nie znaczącą postacią dramatu. Pytanie, czemu strzelił sobie w łeb, po wygraniu fortuny w kasynie, przewija się przez wszystkie lata, w których toczy się akcja powieści.

 Nigdy nie traktuj kobiety zbyt dobrze. Kobiety trzymają się ochlapusów, kurwiarzy, szulerów i brutali. Nie mogą wytrzymać ze słodziutkim, milusim facetem. A wiesz, dlaczego? Nudzą się. Nie chcą być szczęśliwe. To nudne.

 „Głupcy umierają” nie jest klasycznym kryminałem, czy sensacją, choć naruszenia prawa zdarzają się w książce, jak najbardziej. Jest to raczej powieść obyczajowa oraz dramat psychologiczny. Emanuje z niej… beznadzieja, smutek, życiowa przegrana, nawet jeśli komuś udało się wygrać pieniądze lub zrobić jakąś tam karierę. 

Całkiem niezła – o ile pamięta się, sięgając po „Głupców”, że to nie jest powieść mafijna! 

Wreszcie wiarygodna reklama

 Byłem dziś w sklepie, czy raczej tak zwanym markecie, znanej sieci. Zaskoczyła mnie duża reklama, stojąca przy wejściu. Po przemyśleniu sprawy doszedłem do wniosku, że od wielu lat jest to pierwsza absolutnie wiarygodna reklama, jaką widziałem. Czyżby w obecnym okresie kompletnej niewiarygodności informacji publikowanych przez polskie media, wielkie sieci handlowe postanowiły zacząć stosować politykę diametralnie różną? Ja może i nie testowałem wszystkich produktów spożywczych z tego marketu, ale ogólnie zgadzam się – te które znam, próbowałem, smakują jak siano.


czwartek, 20 sierpnia 2020

O nic nie pytaj, tak jest lepiej

 „Widzę cię i pytam dlaczego?” – Szymon Domański


Kiedyś zwiedziłem pewną galerię w nieco mniej niż dwie godziny. Minimalnie mniej. Nie biegłem oczywiście, bo coś takiego było tam zabronione, ale szedłem szybkim marszem, spoglądałem (bez przystawania) przez moment na każdy obraz, bo gdybym któryś pominął, to by się zwiedzanie nie liczyło i byłby to kant i bylejakość, i szedłem dalej. I tak ostatecznie zmieściłem się w czasie. Gdyby nie fakt, że chodziło o zakład i eksperyment, i gdyby nie to, że do galerii wracałem przez trzy kolejne dni, można by zapytać: a po co to? Jaki to miało sens?

 „Widzę cię i pytam dlaczego?” to skromny zbiorek krótkich wierszy, bodajże czterdzieści jeden. Można je przeczytać w trzydzieści dwie minuty (zapewne). Tylko po co? Jaki by to miało sens?

 Najpierw dwa drobiazgi, które wzbudziły pewien niesmak. Drobiazgi – zaznaczam!

 „Spisane w Warszawie i Rugby, małej miejscowości pod Londynem (głównie w autobusie do pracy) 2017-2018” [1].

 Było się w Wielkiej Brytanii, co? Może nawet się tam pracowało? I koniecznie trzeba się tym było pochwalić?

 „Dedykuję sobie” [2].

 Książki wydaje się, teksty publikuje, żeby coś przekazać innym; samemu sobie to się pisze w sekretnym dzienniczku, którego się nie pokazuje.

 Ale to głupstwa.

 Stwierdzić, że Szymon Domański pisze wierszem białym, byłoby zbyt skromnie i zbyt powierzchownie. Jego utwory zaliczyłbym do bezrymowych wierszy wolnych – brak wyraźnego podziału stroficznego, podporządkowanego jakiejś zrozumiałej regule, brak innych działań, czy zabiegów wersyfikacyjnych, na przykład układu akcentowego… i co z tego? To próba klasyfikacji, a nie ocena.

 W przypadku wierszy zawartych w „Widzę cię i pytam dlaczego?” mam dwa skojarzenia. Jedno z malarstwem abstrakcyjnym. Odbiorca nie musi niczego rozumieć. Albo dzieło wywołuje w jego duszy jakiś rezonans, albo nie. Oczywiście może się też podobać lub nie podobać. Skojarzenie drugie dotyczy książki „Eroika” Kuśniewicza. Coś jakby erupcja jaźni, strumień świadomości. Jeśli czytelnik się w niego „wstrzeli”, to chłonie treść płynnie, z satysfakcją i przyjemnością. Jeśli jednak nie, to… droga przez mękę, zmęczenie i zniecierpliwienie.

Przy takim właśnie odbiorze tej poezji zupełnie inne znaczenie nabiera dedykacja, prawda? A może tylko tak mi się wydaje. Dla ilustracji jeden z wierszy:


 „Panie, coraz więcej ich…

w tramwaju

albo w autobusie

byłem świadkiem zdarzenia

facet podszedł do drugiego faceta

i mówi mu:

- coraz więcej tych supermarketów,

można tam coś ładnego kupić?

po odpowiedzi zagadujący wysiadł

na następnym przystanku

a zagadywany zagadał do mnie:

- coraz więcej tych oszołomów…

pomyślałem:

coraz więcej we mnie nienawiści

do ludzi” [3].


 I tak, czasem, lektura niektórych wierszy coś we mnie budzi, pojawiają się wspomnienia, obrazy, emocje… A  czasem – nic.

 Eleganckie wydanie, dobry papier i intrygujące, w jakiś sposób odpowiadające treści, zdjęcia na okładkach Klaudii Czaplickiej.

  

 

 

--

1. Szymon Domański, „Widzę cię i pytam dlaczego?”, wyd. Miniatura, s. 3.

2. Tamże, s. 53.

3. Tamże, s. 44.

 

 

 

 

 

 

 

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl