sobota, 28 marca 2015

Reacher ratuje wolny świat


„Umrzeć próbując ratować” – z Lee Child

Po historyjki Lee Childa z byłym żandarmem, Jackiem Reacherem, w roli głównej, sięgam by odpocząć od książek religijnych, psychologicznych i filozoficznych – nie jestem czytelnikiem tak wyrobionym i co jakiś czas potrzebuję zwyczajnie odpocząć, rozerwać się. W tym przypadku mam wątpliwości, czy przekarmiłem się Jackiem Reacherem, czy może ten tomik jest naprawdę beznadziejny…

Jacka Reacher, były wojskowy, lat 37, wolny, najwyraźniej niezależny finansowo, pewnego razu znajduje się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie – próbując pomóc kobiecie poruszającej się o kuli i wychodzącej z pralni, zostaje porwany wraz z nią. Następnie przez kilkadziesiąt kartek jest wraz z nią wożony furgonetką po całej Ameryce albo prawie, bo jazda trwa ponad pięćdziesiąt godzin.

Porwana kobieta okazuje się agentką FBI, córką generała, szefa połączonych sztabów, chrześnicą prezydenta. A porywacze starają się, jak to zwykle bywa z porywaczami, stworzyć nową, wolną Amerykę, opartą na konstytucji i Biblii, wolną od kolorowych…

Wyjątkowo naiwna i nieprawdopodobna historyjka, a dotrwałem do końca tylko dlatego, że Thomas Merton, którego mam teraz czytać, jeszcze nie dotarł.

Książka występuje też pod tytułem "Uprowadzony".

środa, 4 marca 2015

Rzeczy ukryte nowo odkryte


„Rzeczy ukryte” – Richard Rohr

Richard Rohr, franciszkanin, założyciel i dyrektor Centrum Działania i Kontemplacji w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk (USA), napisał tę książkę na podstawie cyklu wykładów, które wygłosił w 1998 roku. Jednym zdaniem można ją określić jako próbę odnalezienia duchowej relacji, intymnego związku między doświadczeniem człowieka a Biblią, Pismem Świętym Starego i Nowego Testamentu.

Autor „Rzeczy ukrytych” uprzedza już na samym początku:

„Muszę ostrzec czytelnika, że jeśli rzeczywiście chce zmierzyć się z tekstem, to choć przeżyje ekscytującą przygodę, musi też jednak liczyć się z rewizją dotychczasowych wyobrażeń zarówno o Piśmie Świętym, jak i o samym sobie”[1].

Przygód się nie bałem, nawet ekscytujących, weryfikacji przekonań też nie, a mimo to do lektury najnowszego dzieła Rohra przystępowałem z mieszanymi uczuciami. À propos mieszanych uczuć – podobno pojawiają się tylko w jednej sytuacji życiowej, mianowicie wtedy, kiedy narżnie się w gacie, bo to z jednej strony ulga, a z drugiej wstyd.

Żeby wyjaśnić moje miesz… moje ambiwalentne uczucia, jakie żywiłem do tej książki, posłużę się dowcipem, który usłyszałem niedawno od prowadzącego rekolekcje jezuity.

Komandosi trenują skoki spadochronowe. Jednego z nich wiatr zniósł naprawdę bardzo daleko, w okolicę zupełnie nieznaną, a do tego zaczepił się i zawisnął na drzewie. Zgubił swój komandoski nóż, linki poplątały się na amen – ani się odciąć, ani odpiąć. Na wołanie o pomoc pod drzewem zjawił się, przechodzący niedaleko, mężczyzna. Komandos pyta go: „gdzie jestem?” Na to mężczyzna, po chwili namysłu, odpowiada: „wisisz na drzewie”. W tym momencie komandos zgaduje – „jesteś księdzem, prawda?”. Mężczyzna, wielce zaskoczony, w końcu ubrany jest w cywilne ciuchy, nawet bez koloratki – „tak, jestem księdzem, ale jak ty to odkryłeś?”. Na to komandos: „bo twoja odpowiedź, jak zwykle u księży, jest absolutnie prawdziwa i absolutnie bezużyteczna”.

Bardzo chętnie porozmawiałbym albo poczytał o mniej zrozumiałych, czasem nawet szokujących fragmentach Biblii, ale jeśli ktoś miałby mi tłumaczyć zagadnienia banalne, omijając za to skrzętnie te autentycznie problematyczne, to… naprawdę, szkoda mojego czasu. Typowym przykładem mogłoby być omawianie historii Hioba bez zwracania uwagi na losy jego pierwszej rodziny, historia plag egipskich z pominięciem tego, co Bóg robił z sercem faraona, historia trzydziestu srebrników i wielu podobnych. Jednak Richarda Rohra lubię, cenię, mam do niego zaufanie, więc… przeczytałem.

Zauważyłem pewną prawidłowość – książka zwykle wydaje mi się bardziej wiarygodna, gdy odnajduję w niej treści, które już wcześniej poznałem, odkryłem, doświadczyłem. Tak było i tym razem.

Od dawna przekonany jestem, że Bóg jest całkowicie suwerenny, więc człowiek nie może Go do niczego zobowiązać, na przykład dobrym zachowaniem. Wynika to zresztą z Pisma Świętego, wystarczy choćby przypomnieć sobie przypowieść o synu marnotrawnym. Oznacza to, że człowiek nie jest w stanie zrobić niczego więcej, niczego lepiej, żeby Bóg kochał go bardziej, ani niczego nagannego, złego, żeby kochał go mniej. Jeśli na tym najpiękniejszym ze światów istnieje w ogóle miłość bezwarunkowa, to taką właśnie miłością Bóg kocha człowieka. Mimo to w tysiącach polskich domów usłyszeć można skierowane do dzieci komunikaty typu: jeśli tego nie zrobisz (albo jeśli czegoś robić nie przestaniesz), to Jezusek nie będzie cię kochał. Bzdura kompletna! I krzywda.

W każdym razie z satysfakcją przyjąłem, że i Richard Rohr najwyraźniej jest przekonany, iż Boga nie możemy zmusić do przyjęcia określonej postawy albo działań poprzez takie lub inne nasze zachowanie, postawę.

Następna identyfikacja dotyczyła szeroko pojmowanej tematyki duchowości. Zagadnienia te interesują mnie od dawna i od dawna przekonany jestem, że duchowość jest codzienna, powszednia i praktyczna; z uniesieniami religijnymi, ekstatycznymi wizjami, olśnieniami, zachwytami i innymi „odlotami” niekoniecznie ma cokolwiek wspólnego. I w tym przypadku okazało się, że Richard Rohr prezentuje w swojej książce przekonania podobne.

„Stworzyliśmy straszliwy dualizm, dzieląc świat na to, co duchowe, i to, co (jak twierdzimy) nieduchowe. Jezus przyszedł właśnie po to, by ujawnić kłamstwo tego dualizmu. Zasada Wcielenia głosi, że materia nigdy nie była oddzielona od ducha”[2].

W „Rzeczach ukrytych” autor podejmuje wątki krwi, chleba, wody, jedności, wyjaśnia szczególną wartość monoteizmu, specyfikę opętania, zagrożenia fundamentalizmu… Niezwykle ciekawe są, nierozwiązane do dziś, a może rozwiązywane nieustannie, aporie chrześcijaństwa (na przykład ciało kontra duch, przywództwo kontra wspólnota).

Znalazłem w „Rzeczach ukrytych” także inną nieco kategorię stwierdzeń, jak choćby to:

„Sądzilibyśmy zapewne, że wszyscy chcą Boga. Zazwyczaj jednak pada odpowiedź: Panie, nie jestem godzien. Wolę religię i moralność, dzięki którym odnoszę wrażenie, że własnym wysiłkiem zdołam wygrać kosmiczne zawody”[3].

Wpadło mi wtedy do głowy pytanie: jeżeli ojciec franciszkanin zastanawia się i rozważa, czy ważniejszy jest kontakt, więź, bliskość z Bogiem, czy może Kościół, moralność i religia, to co sądzą o tym:
a) wierni, którzy uważają się za religijnych,
b) przełożeni tegoż ojca franciszkanina?

Ja w każdym razie gratuluję mu odwagi i bezkompromisowości w głoszeniu przekonań, zwłaszcza tych mniej popularnych.

Adam i Ewa (Rohr wspomina o nich) mieli dwóch synów: Kaina i Abla. Kain zabił Abla, więc pozostały trzy osoby – dwóch mężczyzn i jedna kobieta – które ostatecznie zaludniły ziemię. Przez moment miałem nadzieję, że w „Rzeczach ukrytych” znajdę jednoznaczną odpowiedź na pytanie: czy w takim razie wszyscy jesteśmy dziećmi kazirodztwa? Tu jej jednak nie było. Może w innej książce, innego autora, innym razem…

„Rzeczy ukryte” – zdecydowanie polecam, zwłaszcza tym, którzy naprawdę szukają Boga i poważnie zainteresowani są duchowością chrześcijańską. Cytaty z Pisma Świętego, tłumaczone samodzielnie przez Rohra, bardzo ciekawie swoją drogą i inspirujące, proponuję sprawdzać też w oficjalnej, aktualnej wersji Biblii.



--
[1] Richard Rohr, „Rzeczy ukryte”, przekł. Marek Chojnacki, wyd. WAM, 2015, s. 27.
[2] Tamże, s. 31-32.
[3] Tamże, s. 51.

piątek, 27 lutego 2015

Jako rzecze sam Jack Reacher

„Sprawa osobista” – Lee Child

Jack Reacher, były żandarm włóczący się po kraju (chodzi o Stany Zjednoczone Ameryki Północnej) w zasadzie bez planu… chciałem napisać też, że bez celu, ale to nie byłaby prawda, bo Jack cel ma, zawsze zresztą ten sam: zbawianie świata, pomoc maluczkim, przywracanie sprawiedliwości, a więc Reacher podejrzanie łatwo znaleziony zostaje przez generała O’Daya, a dokładnie – przez jego zastępcę, wobec którego ma on nieprzeterminowany najwyraźniej dług wdzięczności.

Szychy z wywiadu proponują bohaterowi znalezienie tajemniczego snajpera, który strzelał w kierunku prezydenta Francji; podejrzewają, że tym cudownym strzelcem może być John Kott, którego Reacher już raz wsadził do pudła.

Zbliżają się różne spotkania na szczycie, w jednym miejscu zgromadzi się kilku przywódców wielkich mocarstw, służby wywiadowcze ich krajów zrobią wszystko, żeby ochronić swoich liderów przed zamachem.

Reacher, znowu w towarzystwie młodej, atrakcyjnej kobiety, wysłany zostaje do Francji, a następnie Wielkiej Brytanii. Rozprawia się tam z jakimś serbskim gangiem, ale to tylko tak, przy okazji.
Ostatecznie zagadka zostaje rozwiązana jednak w USA.

Nie przepadam za książkami Childa, w których narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, a „Sprawa osobista” wydaje mi się wyjątkowo naciągana i… odrobinę naiwna.

środa, 18 lutego 2015

Edward Stachura - mit bez mitu

„Buty Ikara” – Marian Buchowski

Książka Mariana Buchowskiego zaczyna się rewelacyjne, a później jest już tylko coraz lepiej.

Pierwszych kilkanaście kartek i pierwsze skojarzenie – pamiętam, jak w latach stachurowych gruchnęła wieść, że Polska ma czterdzieści miliardów dolarów długu, a więc złość na „komunę” (w cudzysłowie, bo komunizmu w Polsce nie było nigdy, nie było go nawet w ZSRR, to skąd niby u nas?), ale i zmartwienie, bo jak my go spłacimy? Dziś polski dług przekracza… bilion? trylion? kwadrylion? Oj tam, oj tam… Kto by się tym przejmował, wszyscy są zadłużeni, a obecnej władzy monstrualnego zadłużenia nikt już nie wyrzuca.

Zaprawdę powiadam wam: lepiej byłoby dla Edwarda Stachury, gdyby okazał się ubeckim agentem – to przynajmniej tłumaczyłoby jakoś, czemu nie pluł w swoich dziełach na „komunę”. Bo, cholera, nie pluł. Więc albo ten Stachura jakiś pokręcony, albo „komuna” mniej straszna, niż ją malują. I skończą pewnie książki Stachury na jakimś indeksie dzieł zakazanych/zapomnianych. Tu warto jednak dodać, że rzeczywiście nie pluł, lecz i nie wychwalał. Choć może się to młodym Polakom wydawać dziwne, Stachura żył w PRL, ale jakby obok PRL. I jestem pewien, że nie tylko on jeden – w końcu o kawałek tych lat zahaczyłem i ja.

Co może zrobić polityk łaknący ponad wszystko uznania, podziwu, wdzięczności, tytułu opatrznościowego męża stanu? Ano, może rzeczywiście zrobić coś spektakularnie dobrego dla narodu – to jednak droga trudna, czasochłonna, wymagająca wysiłku, nie zawsze skuteczna. Na szczęście jest też technika prostsza, nieomalże gwarantująca powodzenie, sztuczka zwana przyciemnianiem tła – chodzi o to, by przeszłość pokazać w tak strasznie ciemnych barwach, że dzień dzisiejszy wydaje się na tym tle jasny, a polityk za niego odpowiedzialny jawi się jako postać wręcz świetlista.

Czasem, czytając wspomnienia z czasów „komuny”, w której i ja żyłem, zastanawiam się, jakim cudem ktokolwiek przeżył ten sowiecki obóz koncentracyjny, ten komunistyczny reżim, ten czerwony terror, te kozackie sotnie cwałujące po ulicach od rana do nocy, to bezrobocie i głód… chociaż nie, przepraszam, z głodu Polacy uciekają na Zachód teraz, wtedy uciekali z przyczyn politycznych. W każdym razie taki właśnie koszmarny obraz „komuny” psuje Stachura.

Byli i tacy, którzy – może nawet bez jednoznacznie złej woli – posługując się… hm…  koloryzowaniem (ależ jestem delikatny!), starali się obraz Stachury nieco… poprawić, sugerując na przykład, że wiersz „List do Pozostałych” nie mógł (z jakichś powodów) ukazać się inaczej niż tylko w drugim, nieoficjalnym obiegu. Bzdura kompletna – w pierwszym obiegu ukazał się wcześniej. Na szczęście na odpowiedzialność i dokładność Buchowskiego można liczyć – z takimi czy podobnymi mitami rozprawia się sprawnie i bez kompromisów.

„Buty Ikara” są dziełem dualistycznym… co najmniej, bo to wiarygodny dokument (ponad osiemset przypisów dowodzi rzetelności biografii Stachury), ale też cudownie napisana opowieść o czasach i ludziach, pasjonująca opowieść, którą z przyjemnością czytać mogą również osoby zupełnie Edwardem Stachurą niezainteresowane. I jeśli czegoś mi tu zabrakło, to jedynie zdjęć – kilkadziesiąt zamieszczonych w książce fotografii wzbudziło tylko niedosyt. Tym bardziej że zdarzenia, ale i relacje różnych osób, które się ze Stachurą zetknęły, Marian Buchowski oddaje tak… plastyczne, tak wciągająco i pociągająco, że chciałoby się je nie tylko zobaczyć, ale wręcz dotknąć.

„Kiedy zaczęła przygrywać orkiestra, w moją stronę skierował się nieznajomy mężczyzna z tej większej Sali. Prawdopodobnie nie poszłabym z nim do tańca, gdyż szedł zdecydowanie i sprawiał wrażenie, jakby był w lokalu na chwilę. Nie zdjął nawet lekkiego płaszczyka, jaki miał na sobie. Jednak w miarę jak się zbliżał i zatrzymał, aby zaprosić mnie do tańca, wszystko we mnie mówiło, że już z nim kiedyś tańczyłam, że to ktoś dla mnie wyjątkowy”*.

Biografia Stachury, jak każda naprawdę dobrze opracowana, zaczyna się od prezentacji przodków oraz wczesnego dzieciństwa przyszłego poety, które spędził on na osiedlu fabrycznym Reveil należącym administracyjnie do Charvieu w kantonie Pont-de-Chéruy. Dalsze dzieciństwo, już po sprowadzeniu się rodziny do Polski w 1948 roku, trudne relacje z ojcem – przemocowcem i autokratą (ich konflikt trwał nieomalże do końca życia ojca i poważnie wpłynął na kształtowanie się osobowości poety), szkoła, a właściwie szkoły, bo i problemów wychowawczych przysparzał młody Edward Jerzy Stachura naprawdę wiele, pierwsze i kolejne wiersze, inne utwory, tłumaczenia, małżeństwo, problemy finansowe, stypendia, egzotyczne wyjazdy zagraniczne… rok po roku, zdarzenie po zdarzeniu. Biografia nie kończy się na śmierci jej bohatera – Buchowski relacjonuje, nieomalże do dziś, rozmaite przedsięwzięcia związane z twórczością Stachury i nim samym.

„Być może z czubków uniwersyteckich katedr już widać, że Stachura się ciągle oddala, jest coraz mniejszy, znika. Tu, na dole, nie jest to takie oczywiste. Choć nikt Stachury nie lansuje”**.

 

 

--
* Marian Buchowski, „Buty Ikara”, wyd. Iskry, 2014, s. 299.
** Tamże, s. 602.

sobota, 14 lutego 2015

Duchowość dzikich mężczyzn

„Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” – Richard Rohr

 
Podczas rekolekcji ignacjańskich usłyszałem, że Bóg jest nieobliczalny. Bardzo mi się to spodobało, bo wreszcie ktoś mówił do mnie o prawdziwym Bogu, takim, jakim On jest, a nie o naszych infantylnych wyobrażeniach o Nim, wyobrażeniach, w których Bóg gra rolę życzliwego dziadunia o dobrotliwym, łagodnym uśmiechu Karola Wojtyły albo policjanta i surowego sędziego – w zależności od tego, jak nas wychowano. Interesował mnie Bóg, a nie dziecinne rojenia o Nim osób, których rozwój religijny zakończył się w okolicach gimnazjum albo i wcześniej. Richard Rohr w swojej książce stwierdził, że Bóg jest dziki. I to też szybko zrozumiałem.

„Bardzo lubię przypominać ludziom, że słowo »miły« nie występuje w Biblii. Wygląda na to, że Bóg nie jest miły, a jedynie dziki” [1].

Bóg jest dziki, nieobliczalny, a to oznacza, że…

„Nie możemy w żaden sposób kontrolować Boga, nawet poprzez nasze dobre zachowanie, co wydaje się naszym pierwszym, naturalnym odruchem” [2].

Ale do rzeczy. Czy jest to książka o męskiej duchowości? Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że gdyby nie podtytuł, to sam chyba bym na to nie wpadł. Na pewno jest to książka o mężczyznach, o zmianie ich mentalności na przestrzeni wieków, o postawach życiowych, które przyjmowali dawniej i przyjmują dziś, o męskiej seksualności (kontemplacja penisa – mocne! – zwłaszcza w wydaniu franciszkanina), o alienacji ojców i synów, o archetypach męskiej duszy, o pozornej bezinteresowności, o rekolekcjach…

„Rekolekcje to dobra rzecz. Dobrze jest zostawić za sobą wszystkie sprawy i w ciszy poszukać Boga, siebie samych i prawdziwego oblicza rzeczy. Potrzebujemy czasu, w którym zostawimy nasze codzienne zabieganie i problemy i będziemy mogli po prostu być, rozmyślać i kontemplować. Jeżeli nigdy nie wybierzemy się na rekolekcje, możemy nigdy nie dotrzeć do sedna siebie samych” [3].

Ze względu na krytykę zachowawczych, konserwatywnych albo wręcz utrudniających rozwój postaw Kościoła katolickiego, autor, a dokładnie jego dzieła, zapewne podzielą losy pism hinduskiego jezuity, de Mello, którego publikacje w 1998 roku zostały ostro skrytykowane przez Kongregację Nauki Wiary Kościoła katolickiego (to nowa nazwa Świętej Inkwizycji) jako niedopuszczalne odejście od doktryny katolickiej, jednak dla mnie „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” to wskazówki, podpowiedzi, sugestie dotyczące męskiej drogi do Boga – na odmienność dróg kobiet i mężczyzn autor zwraca uwagę szczególnie.

Pytanie zasadnicze: czy „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” to literatura tylko dla mężczyzn? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Choć, jak twierdzi Rohr, drogi mężczyzn  kobiet są różne, to jednak warto chyba, by panie lepiej poznały i zrozumiały swoich partnerów (oczywiście o ile na jakości związku im zależy); choć nie w pełni, ale do pewnego stopnia może się to jednak udać.

 

 

 

---
1. Richard Rohr, „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego”, przekład Grzegorz Baster, Wydawnictwo WAM, 2014, s. 14.
2. Tamże, s. 12.
3. Tamże, s. 126.

czwartek, 5 lutego 2015

Reacher w służbie tajnej służby

„Bez pudła” –  Lee Child

Jack Reacher, były oficer żandarmerii wojskowej (fakt ten eksponowany jest w tym tomie niezbyt często) zostaje wynajęty przez pracownicę Secret Service, szefową ochrony wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, do przeprowadzenia zewnętrznego audytu, czyli sprawdzenia skuteczności ochrony wiceprezydenta elekta. Okazuje się, że zabezpieczenia, choć całkiem niezłe, nie są tak skuteczne, jak jej się to wydawało, ale prawdziwy problem, jak to się wkrótce okazało, polega na realnym zagrożeniu – ktoś naprawdę stara się zabić wiceprezydenta USA. Kończą się rozważania teoretyczne, gra zaczyna się toczyć o życie i to nie tylko wiceprezydenta.

Dobra powieść, jednocześnie sensacyjna,  przygodowa i detektywistyczna.

środa, 14 stycznia 2015

Zło jest silniejsze od dobra

„Prawdziwy gangster” – Jon  Roberts, Evan Wright

Jedno nie ulega wątpliwości – Jon Riccobono (jego stryjami byli mafiosi w starym stylu, Sam i Joseph), który z czasem zmienił nazwisko na Roberts, ojcem chrzestnym – takim, jakim prezentował kogoś takiego Mario Puzo – nigdy nie był. W książce, postawie i życiu bohatera mowy nie ma o żadnych kodeksach moralnych, o jakichkolwiek zasadach, o jakichś wartościach moralnych, czy priorytetach w postaci rodziny albo honoru. Jon Roberts to psychopata i morderca, któremu udało się wywinąć tylko dlatego, że w stosownym momencie poszedł na współpracę z władzami i zdradził… to i owo.

Zaczęło się jeszcze w dzieciństwie…
„Jeśli moje życie można podsumować za pomocą jednej reguły, będzie to ta, którą wyjaśnił mi ojciec, gdy byłem dzieckiem: »Zło jest silniejsze od dobra. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, stań po stronie zła« - zaczyna naszą rozmowę. – Takie są zasady, którymi się kieruję. Dzięki temu w różnych sytuacjach uzyskałem przewagę. Zło zawsze mi pomagało” [1].

Kiedy Jon Roberts miał siedem lat, był świadkiem, jak jego ojciec zamordował człowieka. Po prostu zastrzelił kierowcę, który blokował przejazd.
„Tato dał mi jeszcze jedną lekcję, gdy mordował tego człowieka. Pokazał mi, że da się uniknąć odpowiedzialności. Zupełnie inaczej niż uczą w szkole. Mój ojciec zrobił to i nie poszedł do więzienia. Nie ukarał go Bóg, nie sprawił, że ojciec zachorował na raka albo stracił nogę. To, co zrobił mój ojciec, nie wywarło na świecie żadnego wrażenia. Uświadomiło mi, że jeśli jesteś ostrożny i nie dasz się przyłapać, możesz zrobić wszystko” [2].

Nazwałem Jona Robertsa psychopatycznym mordercą – jeśli komuś wydaje się, że to zbyt ostra ocena, to…
„Zaczęliśmy od wycinania małych plasterków skóry z głowy gościa. Tniesz jego klatkę piersiową, plecy, brzuch. Pozwalasz, żeby jelita wypłynęły i zwisały mu przed twarzą. Przesuwasz się w górę. Może to trwać godzinami. W końcu całe ciało zaczyna wysuwać się ze skóry. Nawet jeśli jego kostki są przywiązane do drzewa, wszystko się wyślizguje” [3].

„Nie przyznam się, że zatłukłem gościa w stroju safari na śmierć. Ale kiedy z nim skończyłem, połowa jego mózgu była w rynsztoku” [4].

Ale największym problemem, choć zapewne trudno w to uwierzyć, nie były tego typu działania, ale raczej fakt, że Jonowi sprawiały one przyjemność. Dla niego była to po prostu świetna zabawa! Skąd o tym wiem? Od niego samego…

„Dla mojego ojca zło było narzędziem. Na początku lat siedemdziesiątych zdałem sobie sprawę, że się różniliśmy. Dla mnie zło było czymś więcej niż środkiem. Lubiłem robić złe rzeczy” [5].

Książka jest opowieścią Jona (oraz innych osób) o jego życiu. Wiele miejsca zajmują w niej swego rodzaju porady – jak dokonać morderstwa, jak pozbywać się zwłok, jak bić kolbą rewolweru, jak korumpować sędziów, jak wpływać na prokuratorów, i wreszcie, w jaki sposób uniknąć trzystuletniej odsiadki, bo taki właśnie wyrok Jonowi Riccobono, znanemu jako Roberts.
Zarabiał 400 dolarów miesięcznie, pielęgnując trawniki bogaczy i 400 tysięcy dolarów miesięcznie, handlując kokainą. W związku z tym nie ma i nigdy nie było żadnej szansy, by przekonać go, że zło nie popłaca…

 

 

 

--
1. Jon  Roberts i Evan Wright, „Prawdziwy gangster”, przekład Alicja Gałandzij, wyd. Znak, 2012, strona 16. 
2. Tamże, strona 22.
3. Tamże, strona 86.
4. Tamże, strona 150.
5. Tamże, strona 154.