czwartek, 1 grudnia 2022

Szare życie sprawcy wypadku

 „Smętny szofer z Alster” – Håkan Nesser

Albin Runge przez kilka lat próbował zrobić doktorat, ale ostatecznie kariera naukowa mu nie wyszła. Został wtedy kierowcą autobusu, a właściwie autokaru wycieczkowego. Pewnego razu, wioząc dzieci na jakąś wycieczkę, spowodował wypadek, w którym zginęło ich siedemnaścioro oraz jedna osoba dorosła. Albin Runge nie został skazany, ani nawet o nic oskarżony; uznano, że był to nieszczęśliwy przypadek, za który kierowca nie ponosił żadnej winy. Pięć lat później (w międzyczasie korzystał z pomocy psychologicznej, a jego małżeństwo się rozpadło) zaczął otrzymywać listy z pogróżkami. Kiedy tajemniczy mściciel, przedstawiający się jako Nemezis, w końcu zadzwonił do nieszczęsnego szofera, ten uznał, że już czas zawiadomić policję. Albin Runge rozmawiał z policjantami z Kymlinge, Gunnarem Barbarottim i Evą Backman, notabene parą w życiu prywatnym, ale chwilowo niewiele to przyniosło. Częściowo dlatego, że nie był z nimi do końca szczery. Dopiero żądanie Nemezis, by obciął sobie palec, spowodowało, że zaczął traktować sprawę poważniej i z większym zaangażowaniem. Problem bowiem polegał na tym, że uważał on, że jako sprawca śmierci tylu ludzi, nie ma prawa żyć, a groźby pod swoim adresem traktował jako w pełni zrozumiałe i usprawiedliwione. Nemezis sugeruje, że Runge powinien rozstać się z życiem do 22 marca, czyli rocznicy wypadku.

23 marca druga żona Albina Rungego zawiadomiła policję o jego zaginięciu podczas rejsu promem po Bałtyku. Po bezowocnych poszukiwaniach i śledztwie, rok później, smętny kierowca uznany został za zmarłego.

Inspektor Eva Backman przypadkowo zabiła na służbie nastolatka, chuligana, który próbował podpalić samochód z ludźmi w środku, więc na czas prowadzenia jej sprawy przez wydział wewnętrzny i prokuraturę, wzięła dwa miesiące urlopu i wyjechała wraz z Barbarottim na północ Gotlandii, żeby jakoś dojść do siebie. Chcieli razem spędzić ten czas w Valleviken, jak wiadomo chyba wszystkim, niewielkim miasteczku w parafii Rute, pięćdziesiąt pięć kilometrów od Visby, we wschodniej części wyspy; sąsiednie parafie to Hellvi od południa, Bunge od północy i Lärbro od zachodu. 
Raz podczas spaceru po miasteczku i raz na promie Barbarottiemu wydawało się, że widział Albina Rungego, co przecież było kompletnie niemożliwe, bo przecież Runge od lat już…

„Smętny szofer z Alster” to szósty tom z serii „Inspektor Barbarotti”. Zdarzają się w nim nawiązania do wcześniejszych losów głównych bohaterów, ale na tyle mało są one ważne, że można powieść traktować jako samodzielną całość. Narracja w powieści odbywa się dwutorowo – część to notatki samego kierowcy, w pierwszej osobie, które zaczął spisywać 22 października 2012, a zatytułował „Plamy i strzępy”, jednak większość to typowa relacja z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora skupionego głównie na działaniach i rozmowach Barbarottiego i Backman, kilka lat po wypadku.

Niezły kryminał obyczajowy. Nie tak bardzo społeczno-obyczajowo-psychologiczny jak „Człowiek bez psa” i „Samotni”, ale jednak nadal wyjątkowy ze względu na znaczną ilość wątków pobocznych, na przykład geografia Szwecji czy specyficzna relacja inspektora z Bogiem. Polecam, choć nie tym, którzy mają akurat ochotę na huraganową akcję non-stop, strzelaniny, dramatyczne pościgi, brutalne walki o życie itp. Håkan Nesser pisze bardzo spokojne powieści, w pewnym sensie jakby… nostalgiczne.

środa, 23 listopada 2022

Efekty rodzinnych patologii

 „Człowiek bez psa” –  Håkan Nesser

Jest to pierwszy tom z cyklu „Inspektor Barbarotti”. Czytałem wcześniej tom czwarty („Samotni”) i wydaje mi się, że nie trzeba koniecznie czytać ich kolejno; to po prostu odrębne sprawy. Łączy je, nieistniejące w rzeczywistości, miasto Kymlinge w Szwecji oraz osoba inspektora policji, Gunnara Barbarotti, Szweda o włoskich korzeniach, jak widać po nazwisku.

W kontrowersyjnym reality show „Więźniowie Koh Fuk”, który przypominał mi znanego w Polsce Big Brothera, wystąpił Robert Hermansson; pokazano tam, jak się w morzu sam zaspokaja. Natychmiast przylgnęło do niego ośmieszające miano „Robi Sam-Se-Robi”, więc stał się czarną owcą rodziny, zakałą, wyrzutkiem. Choć i wcześniej rodzina, a zwłaszcza ojciec, Karl-Erik, nauczyciel, traktował go jak kogoś gorszego, człowieka drugiej kategorii.

Narratorami w powieści są różne osoby i kiedy przychodzi kolej na Roberta, spekuluje on, mniej lub bardziej słusznie, że właściwie wszyscy, bo nie tylko wielu członków jego rodziny, ale nawet psychoterapeuta, z którym się spotykał, oczekują, że w tej sytuacji popełni samobójstwo. Robert Hermansson jest autorem niewydanej książki „Człowiek bez psa” oraz wydanych dwóch tomów poezji, których nikt nie czyta. Ot, nieudacznik po kilku związkach, po wielu zajęciach w różnych krajach, ale za to bez jakiegokolwiek pomysłu na życie.

„Człowiek bez psa” Håkana Nessera mógłby z powodzeniem nosić podtytuł: efekt rodzinnej patologii. Jest to powieść przede wszystkim psychologiczno-społeczno-obyczajowa. Wątek kryminalny pojawia się w połowie książki i jest jednym z wielu, bardzo wielu. Powieść, jako gatunek literacki, z założenia zawiera więcej wątków, ale Nasser umieścił ich w swojej książce wyjątkowo dużo. Na przykład trudne relacje komisarza z Bogiem.

Punktem zwrotnym są sto piąte urodziny, co z lubością powtarza Karl-Erik, czyli sześćdziesiąte piąte jego i czterdzieste jego najstarszej córki Ebby, robiącej błyskotliwą karierę lekarki, ordynatorki. Z urodzinami łączy się też doniosły fakt przejścia na emeryturę Karla-Erika oraz jego żony, też nauczycielki, Rosemarie Wunderlich Hermansson. Impreza planowana była na sto dwadzieścia osób, ale w związku z kompromitacją Roberta, ograniczoną ją do ściśle rodzinnego grona, czyli dziewięcioro dorosłych i kilkoro dzieci.

Podczas ciężkawej rodzinnej imprezy, na którą wyraźnie nikt nie miał ochoty, w nocy, znika Robert. Początkowo Karl-Erik nie zgadza się na zawiadomienie policji, bo wystarczy skandali i wstydu w tej rodzinie, ale następnego dnia przepada bez śladu Henrik, starszy syn Ebby, więc wtedy nie ma już wyjścia. Zaczyna się wątek kryminalny, który jednak nie dominuje powieści, nadal, i prawie do końca, jest jednym z wielu.

Zastanawiałem się, czy o taką właśnie specyficzną konstrukcję chodziło autorowi, czy może chciał napisać powieść społeczno-obyczajową, ale dołożył wątek kryminalny, by jego książka znalazła się w księgarniach na półce wraz z, modnymi bardzo w ostatnich czasach, skandynawskimi kryminałami.

Mnie się książka podobała, choć może nie aż tak, jak „Samotni”, ale byłbym bardzo ostrożny z polecaniem „Człowieka bez psa” jako powieści sensacyjnej czy kryminalnej.


wtorek, 15 listopada 2022

Samotność i śmierć w Uppsali

 „Samotni” – Håkan Nesser

Akcja powieści dzieje się dwutorowo. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku oraz obecnie, to jest około roku 2010. W 1975 zginęła tragicznie dziewczyna. Jej ciało znaleziono na dnie kamienistego, głębokiego wąwozu w środku lasu. Trzydzieści pięć lat później w tym samym wąwozie znaleziono ciało mężczyzny, który kiedyś był w związku z pierwszą ofiarą. Oba ciała znalazł ten sam człowiek.
Śmierć dziewczyny uznano za nieszczęśliwy wypadek, ale teraz, wobec zaistniałych okoliczności, prowadzący sprawę inspektor Gunnar Barbarotti i współpracująca z nim Eva Backman, zaczynają mieć wątpliwości. Muszą więc sięgnąć głęboko w przeszłość.

W połowie lat sześćdziesiątych do Uppsali przyjeżdżają z różnych stron Szwecji młodzi ludzie, którzy wkrótce się zaprzyjaźniają, choć ich plany i pomysły na dalsze życie są różne. Anna, Ricard, Tomas, Gunilla, Germund, Maria – początkowo w powieści chodzi głównie o nich, ich ewoluujące relacje, tworzące się związki. Ich psychologiczne portrety wydają się kompletne, czytelne i zrozumiałe. Ci młodzi, dwudziestoparoletni ludzie, dają się poznać i w zdecydowanej większości polubić. Zwróciłem na to uwagę po niedawnej lekturze „Chłopców z paranzy”, w której nawet główne postacie nie mają kompletnie żadnej osobowości, rozróżnia się ich tylko po imionach i pseudonimach.
Bohaterów Nessera połączyła samotność i inne słabości, braki i kompleksy. W powieści (do czasu) wiodą oni zwyczajne życie z jego przyjemnościami i typowymi problemami. Trwa to, jak wspomniałem, do 1975 roku, kiedy to jedna z dziewczyn znaleziona zostaje martwa w wąwozie Gåsa. Według lokalnej legendy w tym miejscu rozstawali się z życiem ludzie starzy, kiedy nie chcieli być dłużej uciążliwym balastem dla rodziny i społeczności.

Barbarotti i Backman prowadzą śledztwo, dowiadując się o tej szóstce coraz więcej, poznając ich coraz lepiej. Skoro dwoje z nich zakończyło życie na dnie wąwozu Gåsa, to wykluczony jest zbieg okoliczności i nieszczęśliwy wypadek – policjanci szukają mordercy i motywu.

Z mojego punktu widzenia powieść ma jedną tylko wadę – jest za bardzo… szwedzka.

Identyczne były w Mariestad i Töreboda; Ricard pomyślał, że tego typu małe domy mają w sobie coś rdzennie szwedzkiego. Jakąś prawość, ale też odrobinę melancholii. Coś jak sklep spożywczy Konsum w padającym deszczu.

Jeśli nie wiem, a nie wiem, jak wygląda sklep spożywczy Konsum w padającym deszczu w Mariestad lub Töreboda i nie znam tych miejscowości, to trudno mi będzie sobie wyobrazić taką scenerię. Podobnych przypadków jest w „Samotnych” sporo. Oczywiście nie ma w tym żadnej winy autora; opisywał to, co znał i rozumiał. Nie pomogło mi nawet oglądanie zdjęć Töreboda w Internecie i opis tego miasta w Wikipedii.

Zaletą powieści jest wyjątkowo rozbudowana wielowątkowość. Kwestia, kto zabił i dlaczego, nie jest najważniejsza, co może wydawać się dziwne w powieści sensacyjnej. Rozwiązanie poznałem dopiero na ostatnich stronach książki i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Natomiast jestem pewien, że taka właśnie konstrukcja „Samotnych” wywoła niezadowolenie i rozczarowanie wielu czytelników, którzy oczekiwali zapewne czegoś zupełnie innego, to jest zwyczajnej i typowej współczesnej powieści sensacyjnej, a nie poważnej i głębokiej historii psychologicznej z niewielkim elementem sensacji.

Przeczytałem recenzję Almosa* „Samotnych” i dzięki niej podejrzewałem, że powieść Håkana Nessera może być podobna do „Królestwa” Jo Nesbø, która też mi się podobała, właśnie dlatego, że kryminał nie był w niej pierwszoplanowy. Udało się w dużej mierze.

Doczytałem gdzieś, że „Samotni” to czwarty tom z sześciu jak dotąd w serii przypadków inspektora Gunnara Barbarotti, więc niewykluczone, że sięgnę też po inne książki tego autora, kiedy znów mnie najdzie na tak specyficznie pisane powieści sensacyjne, bo też nie jest tak, że lubię i podobają mi się tylko takie. To specyficzne pisarstwo i nie dla każdego.



---

















sobota, 12 listopada 2022

Kto nie znosi Borowskiego?

Niemcy uczcili setną rocznicę urodzin polskiego pisarza, Tadeusza Borowskiego. Jego „Pożegnanie z Marią” i nie tylko czytałem wiele razy. Polacy starają się o nim zapomnieć?

Fragment niemieckiego tekstu* (przekład nieautoryzowany):
Opowieści pisarza Tadeusza Borowskiego o czasie pobytu w obozach koncentracyjnych wstrząsnęły polską opinią publiczną. Uważany był za wielką nadzieję literatury polskiej. Odebrał sobie życie w wieku 28 lat.
„W Tadeuszu Borowskim zagnieździła się śmierć, której codziennie doświadczał w Auschwitz i Dachau, jako zagrożenie, a czasem niemal jako pokusę. Opowiadał o tym jak nikt przed nim, jak nikt po nim: z kamienną twarzą, głosem, który nie powinien drżeć” – powiedział pisarz Manès Sperber o polskim pisarzu Tadeuszu Borowskim. Należał do pokolenia, które zaczęło pisać po II wojnie światowej i reagowało na zniszczenie i unicestwienie poezją i prozą.
Tadeusz Borowski urodził się 12 listopada 1922 roku w ukraińskim Żytomierzu. Jego rodzice należeli do mniejszości polskiej. Wiele lat musieli spędzić w sowieckich łagrach. W 1932 r. rodzina mogła wyemigrować do Polski i zamieszkała w Warszawie. Po wybuchu wojny Borowski studiował literaturę na konspiracyjnym uniwersytecie, pracował jako stróż nocny, pisał swoje pierwsze wiersze i prozę.
 



https://mbpleszno.pl/Zbrodnia_w_imie_lepszego_swiata.html 

https://infobusko.pl/kalendarium-12-listopada-1921-r-w-zytomierzu-urodzil-sie-tadeusz-borowski-poeta-prozaik-publicysta-jeden-z-najbardziej-znaczacych-pisarzy-polskiej-literatury-powojennej-wiezien-niemieckiego-obo/ 

https://polskieradio24.pl/39/156/artykul/1469874,tadeusz-borowski-zdac-relacje-zywym-stanac-w-obronie-zmarlych 

https://krakow.tvp.pl/64482360/100-lat-temu-urodzil-sie-tadeusz-borowski-wiezien-kl-auschwitzblog.polona.pl/2022/11/9191/ 

https://kultura.onet.pl/ksiazki/tadeusz-borowski-mial-zludzenia-co-do-rosji-jego-smierc-to-pytanie-otwarte/7zlf6mp 

piątek, 11 listopada 2022

Lizie nowe, tupiąc gumiakami

Czytając internetowe teksty oficjalne, bo nie chodzi mi o komentarze czytelników, przypomniałem sobie zajęcia z pisania. Początkowo robiłem całe mnóstwo błędów; niektóre zostały ze mną na zawsze, na przykład interpunkcyjne, ale to już inna historia i problem innego typu. Było to bardzo dawno temu, a ja do dziś pamiętam, właśnie dzięki artykułom w Internecie, takie oto zagadnienia:

1. Jeśli tekst zawiera przymiotniki, to nie jest reportażem. Może to opinia lub esej, ale zdecydowanie nie reportaż.

2. Jeżeli tekst zawiera „już” (jako zapowiedź czegoś), to prawie na pewno jest to reklama. Może i zawoalowana, może nieświadoma, ale i co z tego. „Już” oznacza wstęp do przekazu manipulowanego, sugeruje, że wydarzenie jest niecierpliwie wyczekiwane. Rzetelna, prosta informacja: piosenkarz wystąpi w Sopocie 3 grudnia br. Reklama i manipulacja: już za trzy tygodnie w Sopocie wystąpi…

3. Jeśli w swoim tekście użyjesz „warto”, to jedno z dwojga:
a) Najpewniej coś reklamujesz, do czegoś zachęcasz,
b) Nie potrafisz napisać tekstu o wymaganej liczbie znaków, więc wypełniasz go papką typu „warto dodać”, „warto zauważyć” i podobnymi śmieciami. Gdyby nie było warto, to byś nie dodawał i nie zauważał. Do tej kategorii należą też „trzeba zaznaczyć, że…”, „należy wyjaśnić, że…”.


Oczywiście nie ma to nic wspólnego z panem Bartkiem, któremu przy okazji gratuluję, ale może z trzyletnią polonistyką?



wtorek, 8 listopada 2022

Geneza współczesnej kamorry

 „Drapieżny pocałunek” – Roberto Saviano

Ciąg dalszy powieści „Chłopcy z paranzy”. Tak bardzo ciąg dalszy, że mogłyby to być kolejne rozdziały tej samej książki. Czytanie bez znajomości części pierwszej wydaje mi się mało sensowne.
W „Drapieżnym pocałunku” nie ma już mowy o żadnych chłopcach z paranzy, ale wyraźnie i jednoznacznie o paranzie dzieciaków, czyli o gangu założonym i składającym się z dzieci.

Minęły ze dwa-trzy lata. Maharadża, Nicolas Fiorillo, przywódca paranzy dzieciaków ma lat osiemnaście. Jego gang kontroluje punkty sprzedaży detalicznej narkotyków na ulicach Forcelli (dzielnicy Neapolu) i nie tylko, ale chłopcy są całkowicie uzależnieni od dostaw Archanioła, a te okazują się coraz bardziej niewystarczające. Do gry o ulice i drobny detal starają się wrócić ludzie Kiciusia, przywódcy klanu i rodziny Faella.
Nie jestem przekonany, czy dobrym pomysłem było dosłowne tłumaczenie pseudonimów kamorystów, zabójców i bandytów. Wiele z nich jest zabawne, śmieszne, niepoważne.

Małpopies, od którego paranza dzieciaków kupuje heroinę, ma jakieś pretensje do Dumba. Małpopies namawia Maharadżę na wspólne zamordowanie Dumba, chłopaka spokojnego, który nikomu nie wadził, z nikim nie powiązanego. Grozi odcięciem dostaw, jeśli Maharadża nie pomoże, więc… pomaga i wspólnie mordują Dumba.
Najlepszym przyjacielem Dumba był Ząbek, który nie mógł pogodzić się z jego śmiercią i z zemsty zabił brata Maharadży, kilkuletniego dzieciaka. To teraz Maharadża musiał się zemścić. Wjechał na skuterze na oddział położniczy szpitala miejskiego i próbował zabić noworodka, syna Ząbka i Dupiatej, ale jakoś nie mógł się zdobyć na strzelanie do niemowlaka. Oczywiście Ząbek dowiedział się o tym rajdzie, więc teraz on… I tak w koło Macieju, jak to wśród kamorystów bywa.

Kolejną akcją paranzy dzieciaków, następnym przekroczeniem granicy, jest wyprawa do Mediolanu i zabicie tam Tygryska, kamorysty, który kilka lat wcześniej zamordował syna Archanioła. Maharadża wymyślił, że jeśli odda Archaniołowi tę przysługę, to ten, z wdzięczności, skontaktuje go z dostawcami narkotyków z Tirany. Tak też się dzieje.
Paranza dzieciaków się rozwija, Maharadża dysponuje coraz większą władzą i siłą. Rośnie przemoc i liczba ofiar.

Roberto Saviano starał się pokazać wojny gangów wśród neapolitańskiej kamorry, a na przykładzie paranzy dzieciaków, zmiany, jakie następują w tej szacownej organizacji. Starzy kamoryści nie tykali broni palnej. Strzelanie do kogoś uważali za poniżający brak honoru i właściwie tchórzostwo – jeśli nie potrafisz wykończyć wroga nożem lub inną białą bronią, to nie jesteś szefem godnym szacunku. Dwa pokolenia później, gdy powoli władzę zdobywa Maharadża i jego paranza, młodzi ludzie z komórkami, kontami na Facebooku i w innych mediach, takie skrupuły już nie istnieją.

Powieść wydaje mi się trochę lepiej przełożona niż część pierwsza, ale większość mankamentów i niedostatków pozostała, na przykład brak jakichkolwiek opisów psychologicznych (i nie tylko) nawet głównych bohaterów. Nadal rozróżnić ich można tylko po nazwiskach lub pseudonimach. Maharadża miał na plecach wytatuowane skrzydła – to w zasadzie wszystko, co wiadomo o jego wyglądzie i osobowości.
Ostatecznie uważam, że to powieść ciekawa (dla miłośników gatunku), ale po prostu kiepsko napisana.


piątek, 4 listopada 2022

Być nastolatkiem w Neapolu

 „Chłopcy z paranzy” – Roberto Saviano

Paranza to łodzie, z których łowi się nocą ryby, wabiąc je silnym sztucznym światłem. Elektrycznym słońcem. Światło obejmuje panowanie nad wodą, a ryby ufnie się do niego garną. Garną się do życia, kierowane instynktem, płyną do niego na wyścigi, z otwartymi pyszczkami. W tym samym czasie wokół nich rozwijają się sieci i w krótkim czasie otaczają ławicę, rysują jej obwód*.

Paranza to pojęcie wieloznaczne. Może to być, jak w cytacie, łódź do nocnych połowów, może to być popularna potrawa, ale też bojówka, grupa przestępcza, zbrojne ramię jakiejś organizacji. W tym przypadku neapolitańskiej kamorry.

Wydaje mi się, że tytuł nie jest przetłumaczony właściwie. W książce nie chodzi o paranzę (bojówkę, gang), do której należą chłopcy – jak choćby chłopcy z ferajny. „La paranza dei bambini” to raczej paranza dzieci albo paranza dziecinna. Zwłaszcza, że tę grupę utworzyły i należały do niej same tylko dzieci w wieku 10-15 lat.

Akcja powieści dzieje się w Neapolu, a zwłaszcza w „złej” dzielnicy tego miasta, Forcelli. Pod dowództwem piętnastoletniego Nicolasa Fiorilla, zwanego Maharadżą, chłopcy powoli przejmują władzę – zajmują się ściąganiem haraczy, napadami, dystrybucją narkotyków. Początkowo miałem problem z rozróżnieniem tych dzieciaków z powodu zamiennego używania imion, nazwisk i pseudonimów, jednak różnią się właściwie tylko nimi, bo psychologicznie wydają się bardzo podobni. To mógłby być dobry scenariusz, w którym braki w charakterystyce uzupełniłaby osobowość konkretnego aktora, ale w tej powieści bohaterowie są mało przekonujący i kiepsko opisani.
Maharadża, Biszkopcik, Śnięta Ryba, Ząbek, Lollipop, Żetakpowiem, Dron, Briatore, wykorzystują specyficzną sytuację na przestępczej scenie Neapolu: starzy kamoryści umierają, śmiercią naturalną lub nie, trafiają do więzień, bywają deportowani, muszą się ukrywać, a to stworzyło okazję i wolne pole dla zdeterminowanych dzieciaków.

Tukan skuł ręce Renatina kajdankami. Były solidne, metalowe, ale powleczone czerwonym futerkiem. Znalazł je pewnie w jakimś sex-shopie. Jednocześnie kopał go po nerkach, żeby się uspokoił. Dragonbol trzymał głowę Renatina, jak to robią pielęgniarze, gdy po wypadku trzeba poszkodowanemu założyć kołnierz ortopedyczny. Nicolas spuścił spodnie, odwrócił się plecami i kucnął nad twarzą Renatina. Szybkim gestem złapał skute kajdankami ręce chłopca, żeby je unieruchomić, i zaczął się na niego wypróżniać*.

Interesuje mnie historia sycylijskiej i amerykańskiej mafii, neapolitańskiej kamorry, kalabryjskiej ’Ndrànghety i chyba tylko dlatego jakoś, choć bez zapału, przeczytałem w końcu „Chłopców z paranzy”. Ta powieść Roberto Saviano nie jest zbyt dobra. Postacie słabo zarysowane, dialogi płaskie i bez polotu, prawdopodobne błędy w tłumaczeniu, literówki, chaos w chronologii. Ostatecznie – tylko dla bardzo wyrozumiałych miłośników tematu.

Na podstawie powieści nakręcono film „Piranie”, też taki sobie, a opowieść o dzieciach-bandytach ma swój ciąg dalszy w książce „Drapieżny pocałunek”.




---
* Roberto Saviano, „Chłopcy z paranzy”, Wydawnictwo Sonia Draga, 2018.


wtorek, 25 października 2022

W jaki sposób zginął Abel?

 „Księga kłamstw” – Brad Meltzer

Spodobała mi się okładka – książka na niej jest w dotyku wypukła – tytuł oraz cena (1,50 PLN). Pomyślałem, że jeśli nawet się pomyliłem, to strata minimalna, ale… okazało się, choć nie na samym początku, że dobrze wybrałem, nadal mam wyczucie. A początek właśnie jest pokomplikowany, za dużo postaci i nie wiadomo, co właściwie się dzieje, kiedy i dlaczego. Po trzydziestu kartkach dopiero gra autora z czytelnikiem staje się pasjonująca.

W 1932 roku Mitchell Siegel zostaje zastrzelony. Motywy nie zostały nigdy odkryte, podobnie jak sprawca i narzędzie zbrodni – pistolet. Syn zamordowanego, pisarz Jerry Siegel, tworzy Supermana, komiksowego bohatera, którego kule się nie imają. Połączenie z traumą rodzinną jest oczywiste.

Ciąg dalszy historii przenosi się o prawie osiemdziesiąt lat, w czasy współczesne. Fort Lauderdale, Floryda. Cal Harper, pracownik socjalny w schronisku dla bezdomnych, objeżdżający miasto starą furgonetką i zbierający ich z ulic, znajduje pewnej nocy swojego ojca. Lloyd Harper spędził w więzieniu kilka lat za nieumyślne spowodowanie śmierci swojej żony, chorej na chorobę dwubiegunową; po wyjściu zniknął na kolejnych naście lat. Cal Harper znalazł ojca w jakimś zaułku, rannego, postrzelonego w pierś. Szybko okazuje się, że strzał padł z pistoletu, z którego kiedyś strzelano do Siegela.

Lloyd Harper nie został raniony ciężko. Po wyjęciu kuli i opatrzeniu odesłano go do domu. Podczas trwania zabiegów medycznych syn znalazł w rzeczach ojca zawiadomienie, awizo tajemniczej przesyłki, specjalnego kontenera, a w nim…
Cal Harper odbiera ładunek przeznaczony dla ojca. Tym samym obaj stają się celem psychopatycznego zabójcy, Ellisa, działającego (zwykle z suczką Benoni) na zlecenie tajnej organizacji nazywanej Kierownictwem.

„W 1900 roku ktoś ukradł Kierownictwu Księgę, czymkolwiek była – w jednym piśmie nazywana rzeźbą, a w innym emblematem. Dziadek i pradziadek Ellisa szukali jej przez dziesięciolecia, starając się odnaleźć ją z myślą o ojcu i synu, zawsze z myślą o ojcu i synu. A dziś, widząc Cala i jego ojca, Ellis w końcu zrozumiał, jak bliski jest koniec. Musiał tylko zmieść z powierzchni ziemi tych łotrów. Wówczas dla siebie i dla swojej rodziny będzie w końcu bohaterem”*.

W opisach powieść nawiązywana jest do twórczości Roberta Ludluma i Dana Browna. Może sens ma „Kod Leonarda da Vinci”, bo to też tajemnice bardzo odległej przeszłości, ale do Ludluma nie pasuje mi „Księga kłamstw” zupełnie. Moje skojarzenie to „Dziewiąte wrota”, film powstały na podstawie powieści „Klub Dumas” Arturo Pérez-Reverte'a.

Ostatecznie powieść może nie powala na kolana, ale rozrywka całkiem niezła.





--
* Brad Meltzer, „Księga kłamstw”, przekład Bożenna Stokłosa, Albatros, 2012, s. 48.


wtorek, 18 października 2022

Szkoda, że wyszło tak kiepsko

 Dżihad Butleriański

Moje zauroczenie „Diuną” Franka Herberta, trwające od 1986 roku do dziś, obejmuje trzy elementy: fabułę, warsztat pisarski autora, talent tłumacza. Stąd tekst: http://autopamflet.blogspot.com/2021/11/diuna-jest-w-sumie-tylko-jedna.html. Zauroczenia tego jakoś nie starczyło, bym przebrnął bez potężnego rozdrażnienia przez „Dżihad Butleriański” Herberta i Andersona, czyli pierwszy tom Legend Diuny. Fabuła byłaby jak najbardziej zadowalająca, ale to nie wystarczy. Odnoszę wrażenie, że autorzy próbowali naśladować styl Franka Herberta, ale nie wyszło im to zbyt dobrze. Polonizacja czy repolonizacja, tak modna w ostatnich latach, także zupełnie mi nie odpowiada. Nawet irytuje. Księżniczka miała na imię Irulan, a nie Irulana. Matka Wielebna – Helen, a nie Helena. Pewne wydarzenia miały miejsce na planecie Salusa Secundus, a nie na Salusie Secundusie itd. Itd. Itd. Niektóre z tych zabiegów są może nawet i poprawne językowo, ale i co z tego?

 Takim jak ja fascynatom i miłośnikom „Diuny” mimo to polecam Legendy Diuny, a w tym „Dżihad Butleriański”, ale tylko tym, którzy wychowali się na polonizowanych wersjach cyklu podstawowego. Ich to zapewne razić nie będzie.