niedziela, 22 stycznia 2017

TO może się stać również i tobie!

„Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” – Oliver Sacks

„Książkę tę czyta się jak fascynujący tekst popularno-naukowy, a w istocie jest to tekst naukowy…” – stwierdził we wstępie Kazimierz Obuchowski, specjalizujący się w psychologii klinicznej i psychologii osobowości. Śmiem wątpić. Z czysto naukową, czyli nie popularną, książką na temat neuropsychologii, a tego przede wszystkim ona dotyczy, najprawdopodobniej nie dałbym sobie rady. Ale… mniejsza z tym. Dało się czytać, nawet bez wielkiego wysiłku i kopania w specjalistycznych słownikach.

„Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” to opis… wydawałoby się, że wręcz nieprawdopodobnych, ale jednak jak najbardziej realnych i konkretnych przypadków pacjentów Olivera Sacksa, brytyjskiego neurologa i psychiatry, z którymi zetknął się on w swojej wieloletniej praktyce. W sumie dwudziestu czterech pacjentów, jeśli dobrze policzyłem.

Analiza opisanych w książce przypadków medycznych podzielona została na cztery części: straty, nadmiary, uniesienia i powroty, świat prostych umysłów. W żadnym przypadku pacjentami Sacksa nie są/byli ludzie „głupi” – w powszechnym rozumieniu tego słowa, często wręcz przeciwnie: bystrzy, inteligentni, oczytani, obdarzeni wyjątkowymi talentami; tytułowy mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem (traktować to należy jak najbardziej dosłownie) był znakomitym muzykiem, na przykład.

 Oczywiście, lektura w istotny sposób poszerzyła moją wiedzę dotyczącą neurologii, psychologii, psychiatrii, ale pytania, wątpliwości, przemyślenia, które nawiedzały mnie w trakcie czytania, były zdecydowanie bardziej filozoficzne (egzystencjalne?) niż kliniczno-medyczne.

czwartek, 19 stycznia 2017

Powtórka z sensacyjnej rozrywki

Zachciało mi się sensacji i to w wydaniu Harlana Cobena. Sięgnąłem więc po „Bez śladu” – tę o zaginięciu koszykarza Grega Downinga i złożonych wielce implikacji tego. Po przeczytaniu kilkudziesięciu kartek coś mi zaczęło świtać. Uznałem jednak, że to – łatwy do rozpoznania i charakterystyczny – styl Harlana Cobena i czytałem dalej. W połowie książki wiedziałem już na pewno, że kiedyś już ją czytałem (gdy na scenę wkroczyła Maggie Łomot, pozbyłem się wątpliwości), ale zorientowałem się, że mimo to nie wiem, jak się to wszystko skończy, czyli – kto zabił. Ostatecznie „Bez śladu” przeczytałem do końca.

Dokładnie ten sam schemat powtórzył się z następną moją lekturą, to jest z perypetiami zawodowych graczy w golfa, klubu Merion, ale przede wszystkim pechowego Jacka Coldrena, czyli z „Błękitną krwią”. Tym razem jeszcze szybciej byłem już pewien, że tę opowieść znam, że ją czytałem, ale do samego końca nie byłem w stanie przypomnieć sobie zakończenia.

Rozrywkę miałem całkiem niezłą, nie narzekam, ostatecznie to ja decydowałem się kontynuować lekturę książki kiedyś już czytanej, ale… Coś mi tu jednak nie pasuje.

Mnóstwo razy w życiu czytałem po kilka razy te same książki. To jednak było działanie świadome i z premedytacją. Sięgając po kolejny tom Harlana Cobena nie miałem w planach powtórki. W tej sytuacji pojawia się pytanie, czy to mnie zaczyna szwankować pamięć, czy może współczesne pisarstwo już takie właśnie jest: lekkie, łatwe, przyjemne, a dokładniej to tak lekkie i łatwe, że zapewnia rozrywkę w trakcie lektury, ale bardzo szybko po jej zakończeniu wszystko rozwiewa się, jak dym? Z drugiej strony… przecież nadal świetnie pamiętam, kto zabił w „Morderstwie w Orient Expresie” albo w „Psie Baskerville'ów”.

wtorek, 27 grudnia 2016

Chrześcijaństwo rodzi problemy

„Miasto w zieleni i błękicie” – Anna Kańtoch


Północ i Południe, stara magia i chrześcijaństwo, konflikty religijne i kulturowe, walka o władzę i o rząd dusz… Ten sam motyw przewijał się w „Mgłach Avalonu” (i wielu innych książkach) – w pewnym sensie także w realnym życiu, w naszej historii. 

Z potężnych niegdyś, władających magią Nehaelitów, pozostały na Północy niedobitki. Południe całkowicie zdominowane zostało przez okcytańskich najeźdźców, chrześcijan.

Melisandra utonęła w morzu w wieku lat trzynastu. Bóg Djerva przywrócił ją do życia, więc jej ojciec, Xavier d’Aleume, zgodnie z prastarym obyczajem i jak na prawdziwego Nehaelitę przystało, oddał ją na wychowanie i szkolenie soutzene – magów wiernych dawnym tradycjom. Ale Melisandra jest (była?) też półkrwi Okcytanką, a praktykowanie magii nie jest dobrze widziane przez chrześcijan, nawet jeśli służy dobrym celom, na przykład uzdrawianiu.

Kiedy Melisandra zakończyła pobieranie nauk, postanowiła wrócić do domu – według jej mentorki to wyjątkowo zły pomysł; soutzene nigdy nie wracają do swoich rodzin, które uznają ich za zmarłych. Melisandra stawia na swoim i okazuje się, że rodzina specjalnie nie cieszy się z jej powrotu, a Nehaelici nie ufają jej w pełni z powodu mieszanego rodowodu. Dziewczyna, wywodząca się z pogranicza dwóch kultur, jest właściwie obca każdej z nich i trudno jest jej znaleźć swoje miejsce w życiu. Początkowo nawet bawi ją odgrywanie roli czarownicy w domach zamożnych chrześcijan, ale…

Niezamożny szlachcic zostaje zamordowany, a jego pamięć magicznie wyczyszczona. Dla Nehaelitów nastał trudny okres, co w tej sytuacji wydaje się oczywiste. Jako, że sprawca działa dalej, Melisandra, żeby po prostu przeżyć, musi rozwikłać mroczną zagadkę, a to oznacza krwawą walkę.


Kiedyś spodobały mi się dwa czy trzy opowiadania Anny Kańtoch, dlatego sięgnąłem po tę książkę, ale wydaje mi się, że powieść jakby przerosła jej możliwości.

środa, 21 grudnia 2016

Konsekwencje teoretyzowania

Na kwakierskim kursie, już pod koniec, jest takie oto zadanie dla uczestników: wyobraź sobie, że jedziesz autobusem albo innym publicznym środkiem komunikacji, mając na sobie koszulkę, która jednoznacznie świadczy o twojej przynależności do Towarzystwa Przyjaciół, i wyobraź sobie, że ktoś cię o to pyta, a ty masz kilka chwil na odpowiedź (do następnego przystanku), na wyjaśnienie, kim są kwakrzy i w ogóle, o co w tym wszystkim chodzi.

Wygląda na to, że z zadaniem tym zmierzę się praktycznie już niedługo, jak tylko się ociepli. Dostałem bowiem prezent pod choinkę, koszulkę z napisem: Jestem kwakrem. Zapytaj mnie, dlaczego. Tak… wygląda na to, że z teoretyzowaniem (na kursach i w życiu) trzeba bardzo uważać, bo można zostać zobowiązanym do realizacji pięknych deklaracji…

  
Tekst powiązany „Jestem (też) kwakrem”: http://autopamflet.blogspot.com/2012/05/025-jestem-kwakrem.html

Korporacje, mitologia i wariaci

„Pasażer” – Jean-Christophe Grangé

Na terenie warsztatów, należących do dworca kolejowego w Bordeaux, w kanale naprawczym, znaleziono zwłoki młodego narkomana, kloszarda, z łbem byka nałożonym na głowę. Chłopak zmarł z powodu przedawkowania podejrzanie czystej heroiny. W pobliżu zatrzymany został mężczyzna zdradzający objawy całkowitej amnezji; trzymał klucz nastawny i książkę telefoniczną, ubrudzone krwią Chorym zajął się w szpitalu psychiatra, Mathias Freire. Śledztwo w sprawie zabójstwa kloszarda prowadzi młodziutka kapitan policji Anaïs Chatelet.

Anaïs i psychiatra zaczynają mieć się ku sobie – jak to określała moja babcia – jednak sprawy komplikują się, gdy okazuje się, że lekarz sam ma problemy psychiczne, że jest człowiekiem o wielu tożsamościach.

Mnożą się morderstwa nawiązujące do mitologii. Mathias Freire orientuje się, że ma wszczepiony w nos implant, a poza tym jest podejrzanym o zabójstwo Victorem Januszem (wcześniej fałszerzem, Arnaudem Chaplain, szalonym artystą, ale też naukowcem o nazwisku Kubiela). Korporacyjne spiski przeplatają się z rządowymi matactwami…

Jean-Christophe Grangé tym razem już wyraźnie przesadził – to nie jest sensacja, ale jakieś absurdalne i groteskowe rojenia.

piątek, 16 grudnia 2016

Wszyscy możemy być nazistami

„Zmiłuj się” – Jean-Christophe Grangé

Lektura tej książki stała się dla mnie okazją do rozważań na temat kultury, a konkretnie współczesnej kultury polskiej przesiąkniętej na wskroś amerykańską. Przyznam, że nie spodziewałem się, iż aż tak bardzo przesiąkniętej. W czym rzecz? Nigdy nie byłem w USA, jak większość Polaków, ale okazuje się, że jakoś nie mam problemów z odróżnieniem FBI od CIA, wiem (mniej więcej), czym zajmuje się koroner, jaką władzą dysponuje szeryf; nazwy miast, ulic, urzędów nie stanowią dla mnie większego wyzwania. W przypadku Francji, kraju zdecydowanie bliżej położonego, jest zupełnie inaczej, niestety.

„Zmiłuj się” to powieść adresowana do mieszkańców Paryża, Francuzów najlepiej. W każdym razie tak mi się w pewnym momencie zaczęło wydawać. Po lekturze pierwszych stron poczułem się przytłoczony, a nawet zasypany elementami składającymi się na topografię miasta, nazwami ulic, skrótami nazw rozlicznych urzędów i instytucji, egzotycznymi (dla mnie!) nazwiskami, czasem tylko imionami polityków, bo autor najwyraźniej założył, iż wszyscy przecież wiedzą, że Giscard to Valéry Marie René Georges Giscard d’Estaing, prezydent Francji w latach 1974-81.

„Wjechał na ulicę Saint-Jacques, na jej końcu skręcił w prawo w ulicę L’Abbé-de-l’Épée, przeciął bulwar Saint-Michel, a końcu ulicą Auguste-Comte wyjechał na wprost liceum Montaigne’a”*.

Boże! Co to takiego „L’Abbé-de-l’Épée” i jak się to cholerstwo czyta?

Oczywiście takich i podobnych fragmentów w książce mnóstwo, ten nie jest ani wyjątkowy, ani bardziej skomplikowany niż inne. Jeśli dodać do tego realia polityczne, historyczne i religijne oraz nazwiska ormiańskie, niemieckie i chilijskie (spora część akcji dzieje się w środowisku emigrantów z tych krajów, a także nazistów i neonazistów), to lektura może momentami być nieco irytująca i nużąca. Ale, jako że intryga kryminalna prawie do samego końca była wciągająca, jakoś do ostatniej kartki dobrnąłem.

W autokefalicznym kościele prawosławnym Saint-Jean-Baptiste w Paryżu zamordowano w sposób wyjątkowo wyrafinowany, a nawet tajemniczy, organistę, homoseksualistę, Wilhelma Goetza (pochodzenie chilijsko-niemieckie). Śledztwo na własną rękę stara się prowadzić emerytowany komendant Brygady Kryminalnej, Lionel Kasdan zwany Dudukiem, pochodzenia rzekomo ormiańskiego – to jego parafia i jego kościół, czuje się z nimi związany, stara się je chronić. Kasdanowi pomaga narkoman, heroinista, leczący się właśnie w ośrodku odwykowym kapitan policji z brygady ochrony małoletnich, Cédric Volokine, z pochodzenia Rosjanin.

Po zamordowaniu w podobny sposób Naseerudina Sarakramahata, kochanka Goetza, po odkryciu zaginięć chłopców z kościelnych chórów, które Goetz prowadził w Paryżu, przed samozwańczymi śledczymi rysują się dwie główne możliwości: sprawcą zabójstw jest dziecko, bardzo możliwe zresztą, że więcej niż jedno, mszczące się na pedofilach, bo i ksiądz pedofil też się przez karty powieści przewinął, albo chodzi o przeszłość Wilhelma Goetza, który przed laty w Chile brał udział w torturowaniu przeciwników reżimu Pinocheta, a teraz, z powodów dość długo nieznanych, chciałby zacząć „sypać”.

Kiedy intrygi komplikują się do granic możliwości, a napięcie sięga zenitu, autor rozwiązuje zagadkę w sposób naiwno-teatralny, ale… może to tylko mnie tak się wydaje. W każdym razie przypominało mi to Indianę Jonesa, strzelającego z pistoletu do faceta z wielkim mieczem.

Ostatecznie zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście Jean-Christophe Grangé wybił się dzięki swoim książkom, czy może raczej zapewniły mu światowy sukces filmy „Purpurowe rzeki” oraz „Imperium wilków”, i one właśnie wypromowały te i kolejne jego powieści? Wydaje mi się, że aby na to pytanie odpowiedzieć, wystarczy policzyć recenzje „Zmiłuj się”, w których nie ma ani słowa o filmach.




--
* Jean-Christophe Grangé, „Zmiłuj się”, przeł. Wiktoria Melech, wyd. Albatros, 2013, s. 117.

wtorek, 6 grudnia 2016

Sport, polityka, bardzo źli faceci

„Jeden fałszywy ruch” – Harlan Coben

Główny bohater wielu książek Harlana Cobena, Myron Bolitar, były koszykarz, a obecnie właściciel agencji o ambitnej nazwie MB RepSport, zajmującej się reprezentowaniem sportowców, oraz jego przyjaciel ze studiów, socjopata i milioner, Windsor Horne Lockwood III, starają się rozwikłać lawinowo narastające problemy i mroczne tajemnice Brendy Slaughter, młodej, czarnoskórej koszykarki i studentki medycyny.

Matka Brendy zniknęła z jej życia, kiedy dziewczynka miała pięć lat. Obecnie młoda kobieta nadal nie potrafi pogodzić się z faktem, że matka ją porzuciła, zabierając przy tym ojcu wszystkie oszczędności ze wspólnego konta. Poza tym w ucieczce Anity Slaughter było niewątpliwie coś podejrzanego – pracowała dla bardzo bogatej i ustosunkowanej rodziny Bradfordów, a zniknęła wkrótce po przedwczesnej, rzekomo przypadkowej śmierci pani Bradford.

O umowę z Brendą Slaughter walczy konkurencyjna agencja, należąca do gangsterów. Bradford zbiera głosy wyborców, marzy mu się kariera polityczna. Mnożą się akty przemocy, pobicia, okaleczenia (na przykład przecięte sekatorem ścięgna Achillesa); okazuje się, że przed laty przez Bradfordów szantażowany był ojciec Myrona Bolitara.

Win i Myron nie dają się zastraszyć i ostatecznie rozwikłują sprawę, której zakończenie okazuje się tak zaskakujące, że chyba nikt się tego nie spodziewał.

Nie jest to może najlepsza książka Harlana Cobena, ale całkiem niezła, zapewnia kilka godzin dobrej zabawy.