niedziela, 24 stycznia 2021

Klawisze to mają przekichane

 „Gad. Spowiedź klawisza” – Paweł Kapusta


„Kto powie, że nowa książka Kapusty jest brudna, będzie miał całkowitą rację. Ktoś doda, że jest wulgarna, momentami wręcz obrzydliwa i szokująca – też się nie pomyli. Najważniejsze, że jest prawdziwa. A prawda w niej zawarta ścina momentami z nóg”[1]. 

Jest prawdziwa? A skąd to niby wiadomo? Zastanawia mnie zupełnie bezrefleksyjne (nie zawsze na szczęście) przypisywanie prawdziwości relacjom złym, opiniom negatywnym. To dotyczy nie tyle tej konkretnej pozycji i jej ocen, ale stanowi ogólny wniosek z obserwacji różnych publikacji. Negatywne są prawdziwe, pozytywne – mało wiarygodne, bo… coś to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. 

Przystępując do lektury książki Kapusty trzeba przyjąć dwa założenia – inaczej nie miałoby to sensu. Założenie pierwsze: osoby, z którymi rozmawiał, istnieją, nie są tylko wytworem wyobraźni; oddziałowi, dowódcy zmian, dyrektorzy, szeregowi klawisze, są postaciami realnymi. Założenie drugie: wszystkie te osoby, które opowiadają o swojej pracy za więziennym murem, nie kłamią. To wymaga doprecyzowania – ktoś, kto w dobrej wierze i przekonany o prawdziwości jakiejś informacji przekazuje ją dalej, nie kłamie. Choć sama informacja może być zupełnie bzdurna. On jednak w nią wierzył. 

Przy takich założeniach bez większych oporów da się czytać, że… 

„Wszystko już mają, a wciąż im mało. Zje, wyśpi się, podleczy, telewizor obejrzy, na konsoli zagra, jak będzie grzeczny, to i podyma w mokrym pokoju. Co to za kara, jak ma lepsze życie od gościa, który go prowadza na spacery?”. 

Albo… 

„Teoria o pierwiastku homoseksualizmu tkwiącym w każdej kobiecie jest prawdziwa, tylko nie każda ma warunki i okazję, by to w sobie odkryć”. 

OK. Według klawiszy więźniowie mają lepsze życie od nich, a każda kobieta jest z natury lesbijką, tylko nie u każdej się to ujawnia. Niech i tak będzie. Tak więc wierzę, że autorzy tych słów wierzą, że tak jest naprawdę. 

Tak, funkcjonariusze służby więziennej biją więźniów. Tak, handlują z nimi, dostarczając za mury zabronione przedmioty, w tym narkotyki. Tak, wykorzystują ich/je seksualnie. Tak, nadużywają alkoholu, by odreagować stres… itd. Itp. Ale jednocześnie: Nie, nie robią tak wszyscy, raczej niewielka mniejszość, bo zdecydowana większość użera się dzień za dniem z groźnymi czasem bandytami i ma obowiązek zapanować nad zbyt dużą gromadą zwyrodnialców. Po prostu starają się robić swoje najlepiej jak potrafią. 

Ciekawa pozycja, choć trochę za dużo jest w niej użalania się nad sobą. Dobrze byłoby podeprzeć zawartą w niej wiedzę lekturą jakiejś innej książki, opisującej życie więźniów, na przykład „Schowani do wora. Wspomnienia byłego wychowawcy więziennego”. 




---
1. Paweł Kapusta, „Gad. Spowiedź klawisza”, Wielka Litera, 2019, blurb (nota wydawcy).

Tacy mili przestępcy i bandyci

 „Tuż za ścianą” – Louise Candlish 


„Mieszkańcy ulicy w Lowland Gardens w Południowym Londynie zdobyli nagrodę za inicjatywę społeczną pozwalającą dzieciom zaznać uroków bezpiecznej zabawy poza domem, która była codziennością ich dziadków. W każdą niedzielę z Lowland Way znikają samochody i zamkniętą dla ruchu ulicę przejmują we władanie najmłodsi. Plenerowa Niedziela pozwala na różne atrakcje…”[1].

Dobra, milutka dzielnica, okolica i ulica, sympatyczni, wyrozumiali, zaprzyjaźnieni sąsiedzi… sielanka. Do chwili gdy jeden z domów (bliźniak) zajmuje i zaczyna remontować cham, gbur, prostak, Darren Booth. I ta jego koszmarna, jędzowata żona, Jodie. Przynajmniej tak ich oceniają wszyscy ci zacni, mili, życzliwi, uroczy mieszkańcy sąsiednich posesji.

Ale to Louise Candlish, więc oczywiście sielanka nie może trwać wiecznie. Bańka pryska szybko, i to z dość sporym hukiem i smrodem. Wtedy powoli zaczyna wychodzić na jaw, że niektóre z altruistycznych, dobrosąsiedzkich, milusich postaw i zachowań sąsiadów, są naciągane, sztuczne – po prostu pozory.

Pewnego razu na działce Bootha, podczas prac budowlanych, dochodzi do śmiertelnego wypadku. Dwudziestodziewięcioletnia Amy Pope została przygnieciona rusztowaniem. Sąsiedzi, którzy zdążyli już solidnie znienawidzić nowego lokatora, zakładają od razu, że Darren Booth trafi za kratki – to na pewno jego zaniedbanie doprowadziło do tragedii. Ale… może było inaczej, może to był zamach na samego Darrena? Przecież taki sąsiad powoduje, że ceny nieruchomości w całej okolicy wyraźnie spadają… Policja, wcześniej niereagująca na skargi mieszkańców okolicznych domów, zdaje się nie w pełni wierzyć w wersję, w której jedynym winnym jest nieznośny i uciążliwy Darren Booth.

Wiele wątków społeczno-psychologiczno-obyczajowych, bo nie tylko kryminalnych, wieloosobowa narracja, różne nurty czasowe - bo to i teraz, i kilka dni lub tygodni wcześniej, i z tego źródła, i z innego - to elementy powieści, które zmuszają do uważnego czytania. Tak, zmuszają. W jakimś momencie próbowałem ominąć fragment, który wydawał mi się zbyt długi i już po chwili nie wiedziałem, o czym czytam, więc grzecznie cofnąłem się o te dwie strony.

„Tuż za ścianą” to niezła powieść sensacyjna, choć momentami trochę się wlecze. Do dzieła wybitnego jej daleko, ale może stanowić rozrywkę na przyzwoitym poziomie. 









---
Louise Candlish, „Tuż za ścianą”, przekład Radosław Madejski, Muza, 2021, s. 37.





Dziękuję Wydawnictwu Muza za możliwość przeczytania tej książki.

sobota, 9 stycznia 2021

Banał, frazes, truizm, slogan...

„Siła ducha. Święta podróż miłującego pokój wojownika” – Dan Millman


„Moja pierwsza książka, »Siła spokoju«, opowiada o moich przygodach, treningach i sprawdzianach u starego mechanika stacji obsługi pojazdów, którego nazwałem Sokratesem. 
[…] 
»Siła ducha« to osobna książka, którą można czytać, nie znając »Siły spokoju«. Należy jednak pamiętać, że wydarzenia w niej zawarte, nie dzieją się po wydarzeniach opisanych w poprzedniej książce, lecz w ich trakcie”[1]. 


Tak to widzi autor, ale moim zdaniem „Siłę ducha”, bez znajomości tomu wcześniejszego, czyta się ciężkawo i wiele trzeba się domyślać. Na przykład to, że skoro bohater zostawił tego całego Sokratesa, wrócił na studia i je skończył, ożenił się itd., to zapewne spotkali się, gdy miał lat kilkanaście, może ze dwadzieścia. Nie bardzo też mogłem sobie wyobrazić połączenie czyszczenia świec zapłonowych z transcendentalną medytacją, co zapewne opisane było dokładniej w pierwszej książce. I parę innych w tym stylu. 
Przyznam też, że na przezwisko Sokrates zareagowałem bardzo źle. Moim zdaniem jest to spektakularnie infantylne. Podobnie jak zły bohater filmu „Szybcy i martwi”, który nazywa się Herod. Widać Amerykanie mają skłonność do takich żałosnych naiwności. Ciekawe, czy autor wie, że prawdziwy Sokrates był niepiśmienny? 

Główny bohater, narrator, Dan, otrzymał od Sokratesa wskazówkę, żeby odnalazł szamankę, swoją dawną przyjaciółkę. Sokrates nie zdradził Danowi imienia, nazwiska, miejsca zamieszkania tej kobiety. Podpowiedział mu tylko, że wiele lat temu napisała ona do niego list na firmowej papeterii jakiegoś banku z Hawajów. Po rozstaniu z żoną i córką (bo wiadomo, że własny rozwój jest najważniejszy) Dan leci do Honolulu szukać szamanki. Domyśla się, bardzo rozsądnie zresztą, że jeśli jest ona dawną przyjaciółką dziewięćdziesięcioletniego Sokratesa, to musi mieć teraz minimum siedemdziesiąt-osiemdziesiąt lat. Dan odwiedza banki w Honolulu i rozmawia z kobietami… w wieku 30-50 lat. Ups! I robi to na przykład w ten sposób: 

„Dzień dobry, jestem miłującym pokój wojownikiem i poszukuję przyjaciółki Sokratesa”[2]. 

I dziwi się bardzo oraz zniechęca, że z tych banków odchodzi z niczym, czasem nawet wyprowadzany przez ochronę. Ups! Ups! 

Gdy Dan siedział zniechęcony i zmęczony przed jednym z banków, podeszła do niego właściwa kobieta. To znaczy czytelnik wie, że to ta właściwa, bo Dan jakoś zupełnie tego nie kojarzy. Nawet gdy znalazł się w jej domu uznał, że to jednak nie ona i postanowił wracać do hotelu i do Stanów. W ostatniej chwili szamanka wcisnęła mu w rękę świstki z instrukcją, co powinien robić dalej. 
Zgodnie z zaleceniem starej kobiety Dan znalazł deskę surfingową i wypłynął nią na ocean. Dryfował później przez kilka dni nieomalże umierając z głodu i pragnienia, bo na tę wyprawę zaopatrzył się jedynie w kąpielówki. Na jednej z kartek Dan dostał zalecenia odnośnie potrzebnego wyposażenia (woda, krem z filtrem), ale… tę kartkę akurat zgubił. 

W tym momencie postanowiłem zrobić sobie przerwę na dzień lub dwa. Mogę czytać bajki, ale tak kompletne banialuki mnie irytują. Do lektury wróciłem spokojny, z nieco innym nastawieniem (może będzie choć zabawnie). 

Po żegludze na desce Dan wylądował na Molokai (jedna z wysp Hawajów), gdzie spotkał swoją dawną znajomą, emerytowaną pracownicę banku, Ruth Johnson – to znaczy tak nazywała się na Oahu, bo na Molokai przyjaciele, pacjenci i uczniowie nazywają ją Mama Chia. Tu nie była emerytką, ale szamanką. Mama Chia uczy Dana o Podstawowym ja, Świadomym ja i Wyższym ja, opowiada pouczające historie, z których wiele znam z innych książek lub anegdot, szykując tym samym do dalszej drogi. 

„– Wyglądasz na zmartwionego. Przegapiłeś jakieś spotkanie? – zapytała. 
– Nie, raczej nie. – Spojrzałem na nią. – A przegapiłem? 
– Ze mną nie. Poza tym spotkania na Hawajach to coś obcego – wyjaśniła. – Ludzie z kontynentu próbowali je tu wprowadzić, ale to tak, jakby próbować sprzedawać wołowinę wegetarianom”[3]. 

Ten cytat (i kilka innych) dowodzi bylejakości pracy redaktora, korektora, tłumacza albo ich wszystkich po trochu. Zapewne jednak nie autora. Nie byłem na Hawajach, to fakt, ale nie potrzebuję tam być, żeby domyślić się, że i w tym egzotycznym miejscu ludzie się jednak czasem spotykają – na przykład w domu, po powrocie z pracy, w szkole na lekcjach, w fabryce itd. 
Pierwsze zdanie pierwszego cytatu. Błędnie użyte słowo „nazwałem”. To nie Dan nazwał starego mechanika Sokratesem. Tak nazywali go ludzie zapewne jeszcze przed urodzeniem Dana, który nawet nie wiedział, jak ten jego Sokrates naprawdę się nazywa. A wystarczyło użyć słowa „nazywano”… 
Czy są to wady rażące i fundamentalne? Nie, aż tak, to może nie, ale utrudniają czasem ocenę oraz zrozumienie treści. Jeśli przezwisko „Sokrates” wymyślił sobie Dan, to pytanie w bankach w Honolulu o kogoś takiego, oznacza kretyński pomysł i absurdalne zachowanie. Jeśli jednak wielu ludzi w różnych miejscach od dawien dawna tego człowieka pod takim mianem znało, sytuacja wygląda zgoła inaczej. 

Początkowo wydawało mi się, że „Siła ducha” to książka z cyklu „jak być młodym, pięknym i bogatym, w dwa tygodnie”. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pojawiło się ich mnóstwo na rynku amerykańskim (Peale, Robbins, Tracy, Masterson, DeMarco, Carnegie, Hill, Murphy i inni). Z ćwierćwiekowym poślizgiem dotarły one do Polski, ale i tu już się przejadły. Okazało się jednak, że nie. „Siła ducha” przypomina mi – w pewnym sensie – Pielgrzyma” lub „Piątą górę” Coelho albo „Ostatni wykład” Pauscha. Z naszych podobną sztuczkę zastosowała Nosowska w „A ja żem jej powiedziała...”. 

„Czasami najlepszą metodą na wygranie walki jest ją przegrać”[4]. 

O co więc chodzi? Ano, o prezentowanie trywialnych rad, znanych mądrości, oklepanych złotych myśli, banalnych sugestii itp. w taki sposób, żeby czytelnikowi wydawały się one cudownymi odkryciami. Może nawet znajdą się tacy, dla których będą to odkrywcze nowości, ale jeśli nawet, to i co z tego? Dan Millman nie napisał poradnika, nie wyjaśnił, jak określone efekty osiągnąć, co zrobić (tak, to kluczowe słowo – zrobić), żeby te magiczne efekty uzyskać. Dla mnie „Siła ducha”, jeśli nie jest kompletnie bezwartościowa, to ma znaczenie jedynie rozrywkowe i to umiarkowanej jakości. Z tej książki nie wynika nic, poza – ewentualnie – chwilową egzaltacją. 

Mała dziewczynka pod nieobecność rodziców w pokoju podchodzi do kołyski braciszka, który urodził się kilka dni temu i prosi: opowiedz mi o Bogu, bo ja już zaczynam zapominać. Nawet niezłe, ale ja znam tę anegdotę od ponad dwudziestu lat, czytałem ją lub słyszałem wielokrotnie. W „Sile ducha” opisana jest jako prawdziwe wydarzenie, z określonymi, konkretnymi osobami. Kolejna cudowna mądrość. 

„Ego zmienia się w ręce Boga, a umysł w wolę Boga. Nie będziesz próbował kontrolować swojego życia albo kierować go na konkretne tory, przestaniesz żyć, a zaczniesz przeżywać. Spoisz się wyższym celem – staniesz się Drogą, zbaczając z drogi”[5]. 

Brzmi zachęcająco choć… więc tym akcentem zakończę. Wyrobionym, oczytanym ludziom nie polecam. 













---
1. Dan Millman, „Siła ducha. Święta podróż miłującego pokój wojownika”, Zysk i s-ka, przełożył Robert Filipowski, 2020, s. 7.
2. Tamże, s. 28.
3. Tamże, s. 91.
4. Tamże, s. 247.
5. Tamże, s. 185.












"Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl".

piątek, 8 stycznia 2021

Egzotyka i przygoda na całego

„Podróż dookoła świata opowiedziana zdjęciami” – Kierebińscy


Dopiero kiedy dostałem ten album zorientowałem się, że nowego wydawnictwa albumowego, bez względu na tematykę, nie miałem w rękach już od wielu lat. Nieprzebrane zasoby internetu zdawały się marginalizować potrzebę produkowania takich treści w formie papierowej, ale… oczywiście nie miałem racji. 

„Jak to wszystko się zaczęło. Zaczęliśmy żeglować, gdy byliśmy nastolatkami. Najpierw po mazurskich jeziorach i wodach Bałtyku. Później, gdy już oboje intensywnie pracowaliśmy, pod żaglami spędzaliśmy każde wakacje, czarterując łódki w różnych częściach globu i patrząc, jak nasz apetyt i ciekawość świata rosną”[1]. 

Paulina i Mariusz Kierebińsy żeglowali dookoła świata i nie tylko dookoła, na własnym już jachcie w latach 2017-2019. Fotorelacją z tej wyprawy jest właśnie ten album. Solidnie wydany, w twardej oprawie, na całkiem niezłym papierze, w wersji dwujęzycznej, polskiej i angielskiej. Fotografii różnych nieprawdopodobnie egzotycznych miejsc album zawiera setki, ale też opisy przygód, anegdoty, zdarzenia. 

„Leniwe popołudnie spędzone w Barze do Cachorro to dobra okazja na porcję wrażeń kulturalnych i relaks nad oceanem. Cachorro oznacza po portugalsku psa. Jest tu więc Psia Plaża, Zatoka Psa i Bar pod Psem. Czy w tej sytuacji figurki psów, jako główny motyw dekoracyjny baru, mogą kogoś zdziwić?”[2]. 

Nigdy w życiu nie żeglowałem, nawet po jeziorze, które mam kilkanaście kilometrów od miasta (jeździłem tam na rowerze kąpać się). Nigdy też nie kusiło mnie, żeby choć spróbować. Dlatego w albumie interesowały mnie przede wszystkim zdjęcia i opisy nieznanych miejsc, zwyczajów, zwierząt, a nie sam proces żeglowania. Karaiby, Panama, Galapagos, Polinezja Francuska, Wyspy Cooka, Tonga, Vanuatu, Mauritius, Nugget Point, Reunion, Jericoacoara, Madagaskar, Tongariro, Gujana Francuska, San Blas, Aitutaki, to jedynie kilka z bardzo wielu miejsc sfotografowanych przez Kierebińskich i opisanych w albumie. O wielu z nich nigdy nawet nie słyszałem ani nie czytałem. I jestem pewien, że do niektórych, nie można wybrać się po prostu na wycieczkę z biurem podróży lub dolecieć samolotem z Okęcia. 

Wydanie nie tylko dla miłośników żeglarstwa i łowców przygód, po prostu ładne i ciekawe. 









---
1. Paulina i Mariusz Kierebińscy, „Podróż dookoła świata opowiedziana zdjęciami”, wyd. P&M Kierebińscy S/Y SUNsuSea, s. 8.
2. Tamże, s. 394.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Życie niecodzienne w Izraelu

„Możliwość przemocy” – Dror Mishani



Nie wiem, czy Dror A. Mishani (hebr. דרור משעני; ur. 23 czerwca 1975, izraelski pisarz, tłumacz i językoznawca) przewidywał, że jego powieści kryminalne będą tłumaczone na tak wiele języków i trafią do tak różnych (od Izraela) krajów. Wydaje mi się, że raczej nie, przynajmniej na początku. Jego pisarstwo ma charakter lokalny, że tak to nazwę. To powieści dla swoich, dla czytelników, którzy bez dodatkowych wyjaśnień i tłumaczeń, znają i rozumieją realia współczesnego życia w Izraelu. Nazwy ulic, dzielnic miasta, nazwiska, święta… przecież wszyscy wiedzą, czemu na piekarni jest napis po hebrajsku i cyrylicą. I mnóstwo innych, podobnych drobiazgów. A niektóre z nich mają znaczenie. Tym razem pisarstwo narodowe, a nie kosmopolityczne, opracowane pod kątem każdej (prawie) kultury, jak się to dzieje z pisarskimi sławami, o których z góry wiadomo, że ich powieści będą przekładane na dziesiątki języków, a więc tym razem akurat uważam to za zaletę. Podobnie jak i w jego debiutanckiej powieści „Chłopiec, który zaginął” o wartości książki stanowi nie tylko niezły wątek kryminalny, ale i realia życia w Izraelu, mniej więcej współczesne. Podczas lektury zorientowałem się, że wiem nawet dość dużo o Żydach, ich kulturze, obyczajach i życiu, ale raczej tych polskich Żydów, mówiących w jidysz, a nie po hebrajsku, Czyli po prostu Żydów z czasów rozbiorów, Królestwa Kongresowego, okresu międzywojennego. Natomiast Izrael i jego realia 2012 (na przykład), to dla mnie zupełna egzotyka. 

Ledwie detektyw Awi Awraham wrócił z urlopu z Brukseli i zanim w pełni otrząsnął się z traumy po poprzedniej, paskudnej sprawie („Chłopiec, który zaginął”), z miejsca otrzymał do rozwikłania dziwną sprawę fałszywego ładunku podłożonego niedaleko przedszkola, ale też w pobliżu sklepu z alkoholem. Policjant domyśla się, że to nie jest tylko czyjś głupi żart, ale ostrzeżenie. Że następnym razem bomba może być prawdziwa. 
Właścicielka przedszkola kłamie, pewna kobieta, która rzekomo poleciała na Filipiny do rodziny, nigdy nie wsiadła do samolotu, Awi oczekuje swojej narzeczonej, Marianki, ale jego emocjonalny stosunek do Ilany Lis, szefowej, wydaje się mocno skomplikowany, mały chłopiec opowiada dziwne historie o swoim poprzednim ojcu i jakichś wspólnych tajemnicach… 

„Możliwość przemocy” nazwałbym raczej powieścią społeczno-obyczajową z wątkiem kryminalnym i rozbudowaną warstwą psychologiczną, niż typową historią sensacyjną. Mnie to akurat przypadło do gustu, ale rozumiem, że nie każdy czytelnik będzie takim obrotem sprawy zachwycony. I jeszcze jedno – lepiej zaczynać lekturę od pierwszej powieści Mishaniego.

czwartek, 31 grudnia 2020

Kompleksy i fobie bohatera

„Zwrotnik” – Bartek Rojny

Powieść stanowi bezpośrednią kontynuację poprzedniego dzieła tegoż autora. Zapewne da się „Zwrotnik” czytać bez znajomości „Parafila”, ale pewne kwestie wtedy pozostają niejasne. Witold Weiner wprowadził się do Ady… No, właśnie – jakiej Ady? Skąd wzięła się jakaś Ada? Bardzo dokładnie opisany jest problematyczny początek tej znajomości właśnie w „Parafilu”. Natomiast lektura „Parafila” po „Zwrotniku” ma tyleż sensu, co opowiadanie dowcipu, którego puentę od dawna znają wszyscy słuchacze. 
Także i na tej okładce widnieje brodaty typ. Kojarzy się z filmami „Człowiek w dziczy” albo „Zjawa”, a zupełnie nie do pomyślenia jest, że to wykładowca akademicki. Obrazki, owszem, intrygujące, ale… jakby nie do tej książki. 


Sawicka wyjęła z kieszeni bluzy zgniecioną paczkę papierosów. Stała przed oknem życia przy budynku Zgromadzenia Sióstr Świętej Jadwigi w Katowicach. Kilka minut po godzinie drugiej w nocy siostra Palma, która tej nocy miała dyżur, usłyszała alarm informujący o otwarciu okna. Zgodnie z obowiązującą procedurą niezwłocznie zawiadomiła służby i pobiegła na miejsce. W środku znajdowały się zwłoki kilkuletniego dziecka
[1].

Czteroletnie dziecko zostało… oskórowane. Wcześniej chłopca wielokrotnie zgwałcono, a obdzieranie ze skóry zaczęło się, gdy jeszcze żył. Tak samo, jak w „Parafilu”, od makabrycznych opisów momentami aż mdli. Choć nie jest wykluczone, że w „Zwrotniku” okropieństw jest jakby nieco mniej niż w „Parafilu” – możliwe jednak, że to ja się uodporniłem. W każdym razie ponownie komisarz Helena Sawicka, zwana Helgą, prowadzi śledztwo, w którym pomaga doktor Witold Weiner, specjalista od dewiacji seksualnych. Przydaje się też czasem doświadczenie jego aktualnej dziewczyny, seksuolożki, Ady Białas. Trudne do zrozumienia na piśmie (w rozmowie to żaden problem) wstawki nowego partnera Helgi w gwarze Hanysów nie pozwalają czytelnikowi zapomnieć, że rzecz dzieje się na Śląsku i w Zagłębiu, choć i Częstochowa jest tu bardzo ważna.

Coraz więcej czytelnik dowiaduje się o młodości i dzieciństwie Weinera, poznaje źródło jego fobii, traum i kompleksów. To elementy, które sygnalizowane były w „Parafilu”, ale nie do końca tam wyjaśnione, tutaj zostały znacznie rozwinięte. Zresztą… „Zwrotnik” mógłby z powodzeniem być drugim tomem tej samej powieści, a nie osobną historią. 

Fabuła zaczyna być wciągająca, a nawet porywająca, nie od razu – zwłoki dziecka w oknie życia… no, tak, ale… śledztwo nie przynosi efektów, nie wiadomo, o co chodzi, właściwie nic nie wiadomo. Pasjonująco robi się wtedy, kiedy Weiner przyjeżdża do Częstochowy na pogrzeb matki i w tym samym dniu jego ojciec zostaje aresztowany za profanację grobu swojego drugiego syna, Kamila (zginął w wypadku samochodowym) i kradzież jego szczątków. W tle pojawia się niebezpieczna sekta zwrotnika oraz oparty na ewangelii św. Bartłomieja (zachowanym jedynie we fragmentach apokryfie Nowego Testamentu) kult kości. Ginie bez śladu osiemnastoletni syn Sawickiej, Kamil. Coraz dziwniejsza staje się w tym kontekście samobójcza śmierć wikarego. Itd. Itp. Akcja powieści (choć z dłużyznami, bo książka koniecznie musi być bardzo gruba) od tego momentu zaczyna przypominać szalony roller coaster i trudno się od niej oderwać. 

Autor niewątpliwie ma spory potencjał i wyobraźnię. Zbyt odrażające opisy i dłużyzny to mankamenty, których w następnych powieściach można się pozbyć. Także irytującej maniery zakompleksionych udawaczy – jedni w Polsce usilnie udają obcokrajowców, inni natomiast udają, że im wierzą. To u nas do fryzjera już nijak nie można się wybrać? Trzeba korzystać z usług… barbera? Żałosne. 
To wszystko są jednak minusy, które nie przeważają plusów, więc i tę książkę Rojnego polecam tym czytelnikom, których nie rażą obrzydliwości i którzy nie mają tendencji do odruchów wymiotnych. Bo to dobra powieść sensacyjna z wysoce pokomplikowanymi i niedoskonałymi bohaterami w rolach głównych. No… może odrobinę za bardzo niedoskonałymi, bo z użalającym się wiecznie nad sobą Wiciem, trudno się utożsamić. 





--
1. Bartek Rojny, „Zwrotnik”, Znak, 2021, s. 8.









Dziękuję Wydawnictwu ZNAK za możliwość przeczytania książki przed premierą.

wtorek, 22 grudnia 2020

Wybrakowani bohaterowie

 „Parafil” – Bartek Rojny


Witek – bohater powieści Bartka… przyznam, że nadal razi mnie, gdy dorośli ludzie, a zwłaszcza mężczyźni, używają zdrobnień swoich imion. Strach przed dojrzałością, czy może potrzeba traktowania samego siebie jak dziecko? Podobno typowe w przypadku DDD (Dorosłe Dzieci z rodzin Dysfunkcyjnych) – dopóki trwa dzieciństwo dziecko może mieć nadzieję, że w końcu dostanie od rodziców to, co mu się należy, a więc miłość, akceptację, pomoc, wsparcie itd. Ale to nie moja sprawa, po prostu irytująca maniera*.  Trzydziestosześcioletni mężczyzna, metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sto kilo żywej wagi, broda drwala… Moim zdaniem to jednak Witold. 

Parafilia to dość pojemne określenie różnych zaburzeń preferencji seksualnych. Jedne z nich mogą stanowić swego rodzaju urozmaicenie pożycia seksualnego, inne są po prostu przestępstwem. Określenie „parafil”, które według autora ma chyba określać mężczyznę cierpiącego na parafilię (kobieta to zapewne byłaby parafilka?), nie występuje w języku polskim. 

Nic nie podniecało go bardziej niż strach. To dlatego przyglądał się oczom ofiary z takim zaciekawieniem. Tak jakby gałka oczna była magicznym zwierciadłem, dającym wgląd w najskrytsze lęki. Miał wzwód, ale wciąż czekał na więcej bodźców. Napatrzył się już na nagie ciało. Czuł odrazę, nie podobała mu się, mdliło go od jej zapachów. Dlatego koncentrował się na oczach [1]


Akcja dzieje się na Śląsku i w Zagłębiu (podziały i antagonizmy najwyraźniej nadal są tam ważne i żywe, a granica na Przemszy oddziela dwa różne światy). Seryjny morderca, zboczeniec i dewiant torturuje i morduje. Śledztwo prowadzi podkomisarz Helga Sawicka (po śmierci męża samotna matka z problematycznym osiemnastolatkiem na karku, nadużywająca alkoholu), a pomaga jej główny bohater – doktor Witold Weiner, ekspert w dziedzinie dewiacji seksualnych, były policjant, zwany w tym środowisku Bełtem. Witold (Witold, a nie Witek, bo tak ma w dowodzie osobistym) Weiner rozstał się z policją, robi karierę na uczelni, obronił doktorat, jest wykładowcą, ale… zawieszonym, bo właśnie toczy się przeciwko niemu sprawa dyscyplinarna i karna o molestowanie seksualne studentki. Witold Weiner oczywiście sypia ze studentkami, ale z tą akurat nie. 

Weiner to ciekawy facet po przejściach, jak to mówią, zamiłowany użytkownik tabaki, kokainy i innych narkotyków, uczestnik imprez swingersów (seks z przypadkowymi osobami, w grupach, na oczach innych) z dziwacznymi przekonaniami o sobie i życiu… 

Wszystko, co w życiu osiągnął, zawdzięczał tylko sobie. Nikt mu nie mógł tego odebrać. Jego ścieżka edukacji i kariera zawodowa nie były usłane różami. Może gdyby rodzice potraktowali go inaczej, łatwiej byłoby mu zapanować nad swoimi fobiami. Studiował dwa lata dłużej, bo musiał pracować, żeby zarobić na mieszkanie w Katowicach [2].

Do tego dochodzą przeróżne fobie (strach przed jazdą samochodem osobowym), traumy z dawnych i nie tak dawnych czasów – ciekawa, specyficzna bardzo sylwetka głównego bohatera. 

Śledztwo toczy się w miarę dynamicznie, ale jeśli w ogóle, to dzięki znajomościom oraz osobistemu zaangażowaniu Helgi i Witolda, a nie działaniom policji jako takiej, czy jej wysoce problematycznym procedurom. 

Dłużyzny (bo książka koniecznie musi być gruba, prawda?) – cały rozdział na temat Matyldy Łęckiej, marzeniach jej rodziców, nieudanych planach związanych ze studiami medycznymi, pracy w hospicjum i urokach tejże itd., żeby poinformować czytelnika, że najazd policji na dom podejrzanego nie zakończył się sukcesem. 

Nie każdemu też muszą przypaść do gustu drastyczne, brutalne, zbyt szczegółowe opisy obrażeń, ran, tortur. Na pewno jednak spodobają się tym, którzy zbierają się tłumnie w miejscach wypadków drogowych i z dreszczem obrzydzenia, ale i jakąś chorą fascynacją, starają się zobaczyć trupa, urwaną kończynę albo chociaż ślady krwi. 

Oprócz tych mankamentów – choć to akurat każdy musi zdecydować sam – jest to całkiem niezła powieść sensacyjna, może nawet thriller. W każdym razie wciągnęła mnie, naprawdę chciałem dowiedzieć się, jak się to ostatecznie zakończy. Tak więc polecam, choć raczej czytelnikom niezbyt wrażliwym. 











---
* https://rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1176:bartek&catid=76&Itemid=209
1. Bartek Rojny, „Parafil”, Znak, 2021, s. 8.
2. Tamże, s. 91.



 

 

 

 

 

 

Dziękuję Wydawnictwu ZNAK za możliwość przeczytania książki.

sobota, 19 grudnia 2020

W lustrze poznasz prawdę i...

„Rywalka” – Maxime Parker

Niewielkie miasteczko Sharneyville, może nawet wieś, jak z pogardą nazywał to miejsce ojciec Lily Lynch, zgorzkniały pijak porzucony przez żonę. Głównymi bohaterkami jest więc Lily i… 

Karla. Jej jedyna i najlepsza przyjaciółka, przyszywana siostra i bratnia dusza. Znały się od zawsze i od zawsze kochały, mimo że bardzo się od siebie różniły[1]. 

Akcja powieści toczy się w różnych momentach roku 2019, ale powiązana jest bardzo mocno z pewnym dniem dwa lata wcześniej, gdy między przyjaciółkami coś strasznego się wydarzyło. Karla, która wyjechała ze swojej pipidówy do dużego miasta, studiuje, znalazła niezłą pracę w banku, stara się o tym jakoś zapomnieć. Swojemu kochankowi, wykładowcy akademickiemu o imieniu Josh (przed wyjazdem z Polski – Jonasz), nigdy nie chciała opowiadać o swoim wcześniejszym życiu na wsi, w Sharneyville. Twierdziła zawsze, że w tamtym jej życiu nie było kompletnie nic ciekawego. I wyraźnie coś wypiera ze świadomości, coś bardzo stara się zapomnieć. 

W Sharneyville nie miałam przyjaciół. Nie było tam wielu moich rówieśników[2].  Zaraz, zaraz, jak to… a co z Lily Lynch??? 

Niedługo po wprowadzeniu się Karli do Josha/Jonasza, nawet zanim jeszcze do końca rozpakowała pudła z rzeczami, przyszedł list od Lily. List na adres, którego przecież nikt jeszcze nie znał. Następnego dnia Lily Lynch zaczęła wydzwaniać do Karli do pracy, a tych numerów też nie powinna znać. Wtedy zacząłem się domyślać, jak się to wszystko skończy, ale nie byłem swego tak pewien, żeby założyć się o większą kwotę. Bo pomysł, nawet mnie samemu, wydawał się szalony (bo jak to jest, że znam nazwisko Lily, ale nie Karli?). Lubię takie zabawy, ale nie cierpię, jeśli się pomylę. 

Cóż takiego stało się WTEDY, pamiętnego dnia w 2017 roku, kiedy to Karla przyjechała odwiedzić stare śmieci, a Lily niecierpliwie i z radością jej oczekiwała? Co się wydarzyło takiego, że najlepsze przyjaciółki na świecie, bratnie dusze, stały się – jak łatwo można się domyślić po tytule – rywalkami? No i… rywalkami, w czym? Ta właśnie tajemnica, i nie tylko ta, sprawia, że powieść chce się czytać dalej; rodzi się pragnienie, by poznać, zrozumieć, dowiedzieć się, wyjaśnić. A to – wbrew pozorom – nie jest takie oczywiste w przypadku współczesnych powieści polskich autorek, a konkretnie polskich thrillerów psychologicznych. 

W ogóle nie mogła nikomu nigdy tego tłumaczyć, i tak nikt by nie zrozumiał. To, co się stało, musi zostać zapomniane, odcięte, przekreślone. Zaczęła nowe życie[3]. 

Akcja – w trzech nurtach czasowych plus zapiski w pamiętniku Lily – trzymałaby czytelnika w nieustannym napięciu, gdyby nie pewne zbyt długie wstawki. Opis dań i kolacji w luksusowym lokalu na prawie dwie kartki? Zachwyty nad zaletami ekskluzywnego domu towarowego, odzieży oraz kosmetyków kupowanych tamże i pakowanych w nobilitujące klientki reklamówki? Mocno moralizatorskie współczucie i troska o los zwierząt? Czy tego typu fragmenty były w tej powieści i dla jej fabuły do czegoś potrzebne? Moim zdaniem – zupełnie nie. Ale być może niektórym czytelniczkom spodobają się takie… przerywniki. 

Zalety: intrygujący, choć nie całkiem nowy pomysł na fabułę, konstrukcja trzymająca w napięciu prawie do końca. 
Wady: niewielkie wady warsztatowe i zbyt długie opisy niezwiązane z fabułą (bo książka musi być gruba, co?). 











---
1. Maxime Parker, „Rywalka”, Novae Res, 2020, s. 10.
2. Tamże, s. 29.
3. Tamże, s. 90.

 

 

 

 

 

 

 

 

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

czwartek, 10 grudnia 2020

Szara oraz kolorowa komuna

 „Rejs na krzywy ryj. Jan Himilsbach i jego czasy” – Anna Popek 

Jest to opowieść o człowieku zbudowana ze wspomnień jego krewnych, przyjaciół, znajomych i nie tylko. Nie nazwałbym jej biografią, bo rzetelnych faktów nie zawarto w niej zbyt wiele. Nawet data urodzenia nie jest pewna. Dokumentalny jest zbiór fotografii, ale relacje osób, w tym żony Janka Himilsbacha, Barbary, są już wysoce subiektywne. Oczywiście, można powiedzieć, że ludzie ci znali go w innych czasach, a Barbara z upływem czasu coraz bardziej uświetnia wspomnienia, ale chyba nie tylko o to chodzi. W materiałach dotyczących psychoterapii uzależnień (alkoholikiem był Himilsbach ponad wszelką wątpliwość) znalazłem określenie „mechanizm rozproszonego ja”. Ktoś taki prezentuje inną osobowość w różnym czasie, w różnych warunkach, wobec różnych osób, w różnych okolicznościach. Podobno odmiennych autobiografii – raczej opowiadanych, bo nie spisanych – Himilsbach sam wyprodukował około czterysta.

 Intrygujące jest także i to, że w relacjach tych różnych osób życie w latach czterdziestych-pięćdziesiątych-sześćdziesiątych w PRL, też jawiło się bardzo różnie. Ktoś opowiadał o szarej komunie, ktoś inny (Barbara Himilsbach) o wesołym, niezwykle kolorowym życiu. Była straszna bieda, ale… przeciętnie zarabiającego człowieka jakoś stać było na jedzenie i picie w lokalach. Itp. Czyli nie tylko Jan Himilsbach, ale – jak w podtytule – także jego bardzo ciekawe czasy. 

Już za życia był legendą. Pracował na nią w pocie czoła: w najsłynniejszych warszawskich knajpach, na planach filmowych, nad maszyną do pisania. Znał wszystkich, których należało znać w jego epoce, i wszyscy go znali. Panował swoisty snobizm na Himilsbacha. Każdy, kto chciał zaszpanować w towarzystwie, powinien pochwalić się, że pił z nim wódkę. […] Czytelnika niniejszej książki na pewno zdziwi to, że ludzie pamiętający Himilsbacha wyrażają różne, często sprzeczne, oceny na jego temat i podają wykluczające się informacje. Nie jest to niechlujstwo autorki czy błąd redaktora. Każdy z rozmówców mówi prawdę. Nikt, nawet żona, nie znał do końca prawdy o życiu Jana Himilsbacha. Artysta rzadko opowiadał o sobie, a jeśli już to czynił, zawsze zmieniał wersje. Czy robił to po to, żeby zainteresować rozmówcę? A może miał coś do ukrycia?*.

Uzupełnienie książki stanowi kilka opowiadań Jana Himilsbacha. I to od trzech zbiorów opowiadań zaczęła się moja nim fascynacja, bo film „Rejs” – podobno kultowy – uważam nawet za całkiem niezły, ale obiektem mojego kultu jednak się nie stał.

 

 



--
* Anna Popek, „Rejs na krzywy ryj”, Vis-a-vis/Etiuda, 2020, Wstęp.