poniedziałek, 8 marca 2021

Nie ufaj absolutnie nikomu…

 „W zamknięciu” – Kate Simants

Zaczęło się od zaskoczenia w trakcie lektury krótkiego tekstu na okładce (blurb). Przecież to spoiler! O czym niby jeszcze ma być ta książka, skoro wszystko – tak mi się wydawało – zostało umieszczone na okładce. Resztę zawiera prolog oraz kilka stron pierwszego rozdziału. Książka ma ich ponad pięćset, więc… na jaki temat, o czym, skoro tyle już wiadomo? To oczywiście jest dodatkowo i szczególnie intrygujące i wciągające. 

Ellie Power, dziewiętnastolatka obecnie, od dzieciństwa cierpi na coś w rodzaju rozdwojenia jaźni albo osobowości mnogiej. Czasem kontrolę nad ciałem obejmuje jej druga osobowość, Siggy, która w miarę upływu czasu i dorastania dopuszcza się coraz straszniejszych rzeczy. Dziewczynie nie byli w stanie pomóc najlepsi specjaliści, bezradna była matka, Christine, z którą dziewczyna miała bardzo dobrą relację, nic nie potrafił zrobić kochający chłopak, Matt Corsham. 

Nazywałyśmy te sytuacje fugami i nigdy nie pamiętałam, do czego w ich trakcie Siggy mnie zmuszała ani dokąd mnie zabierała. I dlaczego. Mogłam jedynie, na podstawie bałaganu, jaki zostawiała po sobie, składać do kupy szczątkowe informacje, by dojść do przyczyny poprzez ocenę skutków i spróbować znaleźć w tym jakiś sens. Kiedy byłam młodsza, fakt, że takie fugi zdarzały się zawsze nocą, zaskakiwał kolejnych psychologów, neurologów i specjalistów od snu, aż tak bardzo wkurzyli mamę, że w ogóle przestałyśmy do nich chodzić[1]. 

Christine Power nauczyła się zamykać córkę na noc, ale pewnego ranka okazało się, że zamek w drzwiach jej pokoju jest wyłamany, dziewczyna jest pokaleczona, na szyi ma ślady duszenia. Próby skontaktowania się z Mattem Corshamem nie powiodły się; chłopak zniknął. Ellie zastanawia się, że być może to on próbował jakoś przeszkodzić przemianie w Siggy… Czyżby powtórzyła się sprawa Jodie Arden, najlepszej przyjaciółki Ellie, która też zniknęła bez śladu? 

Tak zaczyna się ta opowieść. Przypomina mi to bardzo receptę samego mistrza, Alfreda Hitchcocka: najpierw solidne trzęsienie ziemi, a następnie napięcie będzie narastać. 

Niesamowicie pogmatwaną historię, w której prawie nic nie jest tym, na co wyglądało początkowo, poznawałem z trzech stron. Przede wszystkim pierwszoosobowa relacja samej Ellie Power, która wbrew matce, której wcześniej ufała bezgranicznie, na własną rękę stara się dowiedzieć, co stało się z jej chłopakiem, Mattem. Drugie spojrzenie, to opis czynności i działań, jakie podejmuje sierżant Ben Kwon Mae, który z posterunkową Ziegler prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia chłopaka. I wreszcie trzeci element, to zapis sesji terapeutycznych dziewczyny, pochodzący sprzed pięciu lat, kiedy to starała się uzyskać pomoc u psychoterapeuty, Charlesa Coxa. 

Czułam, że odpowiedź była na wyciągnięcie ręki. Nieomal słyszałam kółka zębate obracające mi się w mózgu. Bernadette i mama, mama i Cox, Cox i Matt, Matt i ja, ja i Jodie. Wszystko się klinowało, zębatki trybów ślizgały się i nie pasowały do siebie[2]. 

Bardzo dobra powieść, ale… nieco przegadana, za długa. Zapewne zgodnie z manierą ostatnich lat, która powoduje, że dla usprawiedliwienia zawyżonej ceny, książka musi być gruba. Może to ja jestem dziwak, ale po powieści sensacyjnej, kryminalnej, oczekuję sensacyjnej rozrywki, a nie rozbudowanej oceny i krytyki ogólnoświatowych zjawisk społeczno-politycznych. Owszem, dość szybko zacząłem też domyślać się, kto jest tym złym, ale to w niczym nie przeszkadzało, bo prawie do końca nie wiedziałem, jak, po co i dlaczego. 













---
1. Kate Simants , „W zamknięciu”, tłumacz: Jerzy Wołk-Łaniewski, Muza SA, 2021, s. 13.
2. Tamże, s. 390.

czwartek, 4 marca 2021

Ortodoksyjni Żydzi w Europie

 „Mazel tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów” – J.S. Margot

Jest to książka krytyczna, a krytyce poddane zostają właściwie wszystkie elementy współczesnego świata. Nie znaczy to, że na pewno taki właśnie – krytyczny – zamysł miała autorka, Margot Vanderstraeten, Belgijka, rocznik 1967, absolwentka studiów translatorskich na uniwersytecie w Antwerpii, autorka kilku książek. Możliwe, że po prostu tak jej wyszło. Margot, odrobinę lewicująca i starająca się bardzo o poprawność polityczną, wydawało się, że uniknie krytycznych ocen, ukrywając się za zdziwieniem lub zdumieniem. Jednak dziwić można się zarówno entuzjastycznie i w zachwycie, jak i z rozczarowaniem, zawodem i niesmakiem. Aaron Schneider dwa razy opowiedział ten sam dowcip. Nie podczas jednego spotkania, nie następnego dnia… W przeciągu kilku tygodni!!! Jednak Margot zwróciła uwagę na ten fakt w taki sposób, że nie świadczy to zbyt dobrze o Schneiderze, choć właściwie autorce nie dałoby się formalnie niczego zarzucić. 

Zatkało mnie. Nie spodziewałam się, że od Żyda z brodą i w jarmułce dowiem się czegoś nowego o Elsschocie. Pisarz zmarł w 1960 roku, pisałam o nim pracę magisterską i dobrze poznałam jego życie

Gdyby to był NORMALNY Belg, a nie Żyd w jarmułce, to zdziwienia by nie było, prawda? 

Ale, od początku. Margot przyjmuje posadę korepetytorki dzieci Moriel i Aarona Schneiderów, bogatych ortodoksyjnych Żydów w Antwerpii. Państwo Schneider wybrali ją dopiero wtedy, kiedy kilku innych kandydatów się nie sprawdziło, z nieznanych powodów. Dzieci, Simon, Jakov, Elzira i Sara, są w różnym wieku, chodzą do różnych klas i Margot ma za zadanie pomagać im w nauce. Oczywiście tylko przedmiotów świeckich, bo dzieci uczą się też wielu zagadnień związanych z ich religią, kulturą, historią narodu żydowskiego. Margot pomagała dzieciom przez sześć lat, zbliżyła się do nich, na ile było to możliwe, poznała inny świat. Czy zmieniło ją to w jakiś sposób, albo czy wpłynęło na jej związek z Nimą, irańskim Persem, uchodźcą politycznym? Oczywiście, ale… 
Na początku Margot nieustannie się dziwi i w niezwykle subtelny sposób krytykuje. 

Zdziwienia, jako wyrafinowanej formy krytyki, używa nie tylko narratorka i nie tylko w odniesieniu do Żydów. Podczas jakiejś awantury domowej Nima wyrzuca Margot, że ta posługuje się z automatu (czytaj: bezmyślnie) stereotypami, których źródłem jest polityka USA i narzucana Europie mentalność amerykańska. Sporo w tym racji. 
Moriel Schneider dziwi się akademickiemu rzekomo wykształceniu Margot w zakresie znajomości języka francuskiego. Powtórzę, że to uniwersytet, a nie kurs językowy dla turystów. 

Niderlandzki jest moim ojczystym językiem. Tłumaczę tylko z francuskiego na niderlandzki, nigdy odwrotnie, to byłaby katastrofa

Przyznam, że zdziwienie pani Schneider zupełnie mnie nie dziwi. A może o czymś nie wiem, może absolwenci anglistyki w Polsce są w stanie tłumaczyć tylko z angielskiego na polski, bo odwrotnie, to katastrofa? 

Ramy obrazów poruszały się przy każdym przejeździe pociągu. Stuk kół przeszywał mnie dreszczem. Pomyślałam: jak to możliwe, że po wojnie Żydzi antwerpscy znowu zamieszkali wszyscy razem w dzielnicy w pobliżu torów kolejowych. Tymczasem pan Schneider mówił coś o Radzie Diamentów, Antwerpskiej Giełdzie Diamentów i o żydowskiej tradycji w tym sektorze. Czy wybór położenia geograficznego nie świadczył o masochizmie? Kto funduje sobie coś takiego? Dlaczego nie przeprowadzili się do innej dzielnicy? Dlaczego chcą się co dzień konfrontować ze straszną historią Holokaustu? Dlaczego ktoś, codziennie i dobrowolnie, chce słuchać przejeżdżających pociągów, jednego z najbardziej bolesnych symboli cierpienia narodu żydowskiego i swojej rodziny? Przysłuchiwać się dudnieniu, dosłownie je czuć, bo okno w pokoju trzęsło się w futrynie. Sześćdziesiąt pięć procent oficjalnie zarejestrowanych Żydów antwerpskich – znalazłam tę informację po nieudanej rozmowie z panią Schneider – zostało przewiezionych pociągami do obozów koncentracyjnych i obozów zagłady

Tym Margot zaskoczyła mnie zupełnie. Polacy też byli wywożeni do niemieckich obozów koncentracyjnych, ale czy to oznacza, że do dziś powinniśmy unikać pociągów, dworców, torów? Naprawdę Żydzi antwerpscy mieli aż taką traumę wiele lat po wojnie, czy może Margot uroiła sobie, że powinni mieć? 

Okazało się, że religijni Żydzi izolowali się od społeczeństwa i ta segregacja, którą świadomie podtrzymywali, zaczynała się już w dzieciństwie. Jak to możliwe? Dlaczego mniejszość chce się tak wyraźnie oddzielać od większości? Kto, oprócz białych w Afryce Południowej, uważał za konieczne chronienie swojej tożsamości przed resztą świata? Czy kryła się za tym pretensjonalność, czy strach? Trzeba być ślepym na własną historię, przecież ten silnie zjednoczony naród był niedawno wrogiem numer jeden nazistowskich Niemiec i ich sojuszników, a oto czterdzieści lat później nadal chce się wyróżniać i szuka izolacji. W wojsku wszyscy wiedzą, że kamuflaż może uratować życie. A jednak właśnie ci ludzie, z historią pełną prześladowań i pogromów, robią wszystko, żeby się wyróżniać. A może to ja czegoś nie rozumiałam? Czegoś nie dostrzegałam?

Ja bym z automatu dorzucił Cyganów (Romów), ale na pewno takich nacji jest znacznie więcej, a zadziwienie tym faktem, to raczej właśnie brak zrozumienia Margot pewnych kwestii. 
Wydaje się, że jestem starszy od J.S. Margot, więc już nauczyłem się, choć z trudem, że jeśli ja czegoś nie znam, nie wiem, nie rozumiem, to nie musi oznaczać, że jest to złe lub głupie. 

Fantastycznie opisane są relacje Margot z dziećmi Schneiderów, a zwłaszcza z dziewczynkami (z Jakovem Margot robiła szemrane interesy). To kawał naprawdę dobrej pisarskiej roboty; czytałem ze wzruszeniem, czasem z irytacją, i to bardzo dobrze, bo książka, która nie wzbudza emocji, nie jest wiele warta. 

„Mazel tow” zawiera niesamowity ładunek wiedzy o życiu, zwyczajach, religii, praktykach, przekonaniach, współczesnych, nowoczesnych ortodoksyjnych Żydów – nie mylić z charedim i chasydami, bo to ultraortodoksyjne grupy judaizmu. Mają swoich rabinów, swoje synagogi, swoje szkoły. 


Zdecydowanie polecam osobom zainteresowanym judaizmem i ceniącym ciekawą lekturę. Bardzo wartościowa pozycja – moim niezwykle skromnym zdaniem.

czwartek, 25 lutego 2021

Zraniona Ameryka na wesoło

 „Wszystko w porządku… i inne kłamstwa” – Whitney Cummings


Whitney Ann Cummings, lat 39, używa wyrazów i zwrotów typu ziomale, pierdolnik, rozpierducha, nie ma to tamto, nieogar (początkowo wydawało mi się, że to błąd, bo może miało być: nie ogar, ale jamnik, dopiero po chwili domyśliłem się, że to taki dziwoląg językowy utworzony od ogarniać, czyli opasywać ramionami, otaczać[1]) oraz podobne na poziomie języka gimnazjalistów. Oczywiście jest też możliwe, że wydawca powierzył przekład jakiejś nastolatce. Jednak, żebym został dobrze zrozumiany i nie robił z siebie hipokryty, znam, rozumiem (lub się domyślam), czasem używam takich pojęć, ale… Ale raczej tylko w gronie bliższych znajomych, o których wiem, że nie poczują się dotknięci. Nie używam takiego języka, mówiąc do dorosłych, zupełnie obcych mi ludzi. Ale… czasy się zmieniają, jak widać. W każdym razie w dobrej wierze zakładam i wydaje mi się, że chodziło o to, żeby było zabawnie, luźno i swobodnie. I zwykle jest. Tylko czasem… 

Książka przypomina mi występy amerykańskiego komika, na przykład Georga Carlina[2] albo pastora Marka Gungora[3]. Ich sztuka jest czysto werbalna, po prostu przez kilkadziesiąt minut opowiadają zabawne rzeczy. Bywa, że na jakiś określony temat, ale też może to być – jak w książce Whitney Cummings – potok dygresji do dygresji; z jednej wynika druga, z trzeciej kolejna, czasem temat zmienia się ze względu na jakieś luźne skojarzenie. W niewielkich dawkach lubię taki humor. Whitney Cummings podjęła spore ryzyko, starając się coś takiego oddać na piśmie, w formie książki. Od razu informuję, że – moim zdaniem – udało jej się to w znacznej mierze i opowiadanka zwykle są mniej lub bardziej zabawne. 

Trochę mniej dobrze wyszedł autorce drugi element tej książki, czyli poradnik albo antyporadnik (bo może dzięki lekturze komuś uda się uniknąć… czegoś) na okoliczność mnóstwa różnych sytuacji życiowych. Niektóre z tych porad prezentowane są w równie zabawnym tonie, więc czasem można przeoczyć, że akurat w tym momencie Cummings zwraca uwagę na coś ważnego. Przykład: łatwo być jasnowidzem albo za takiego być uważanym. Wystarczy tylko podczas rozmowy przestać śledzić coś tam na Instagramie i zacząć uważnie słuchać, co do nas mówią i w jaki sposób. Ależ oczywiście! Święta prawda! I jest to ważniejsze niż się wydaje. Tyle, że może nie wystarczyć rezygnacja z Instagrama, więc wtrącę cytat z innej książki… 

„Niewielkim, lecz dość istotnym elementem składowym obecności we własnym życiu jest zdolność do słuchania i słyszenia, co mówią inni ludzie. Co mówią! Tak, co mówią, a nie, co wydaje mi się, że mówią, po przepuszczeniu ich wypowiedzi przez filtry osobistych uprzedzeń, własnych doświadczeń, podejrzeń na temat rozmówcy i jego domniemanych motywów, wreszcie mocno wątpliwych prawd, przekonań, kto wie, czy naprawdę moich. Uwaga: słuchać, słyszeć, rozumieć to jeszcze nie to samo, co zgadzać się”[4]. 

„Wszystko w porządku …i inne kłamstwa” zawiera też testy lub quizy psychologiczne. Whitney Cummings podpiera się Jungiem, ale odnoszę wrażenie, że takie zabawy znaleźć można w każdym czasopiśmie kobiecym niezbyt wysokiego lotu. Takie zabawy, czyli na przykład: zapisz jakie zwierzę cię fascynuje, jaki lubisz kolor, jaka część garderoby jest ci najbliższa, jaką reakcję wzbudzi w tobie pokój tylko w bieli, a zdradzę ci kilka tajemnic o tobie samym. Tak, wiem, że to naiwne i może nawet infantylne, ale – proszę nie oceniać mnie zbyt surowo – ja po prostu lubię takie testy, uważam je za świetną zabawę, o ile wyników nie traktuję zbyt poważnie. A moje wyniki zabawy w skojarzenia wskazują, że jestem nieśmiałą zakonnicą po osiemdziesiątce, z kompleksem Kasandry. 

„Kiedyś grałam w skojarzenia na drugiej randce z pewnym facetem. Śmialiśmy się, bo jego reakcje były niewinne i zabawne. Kiedy doszłam do słowa »małżeństwo, spurpurowiał i wypalił: »Pizda!«. Ups. Jeśli mężczyzna tak zareaguje, należy jak najszybciej wstać od stołu i pośpiesznie się oddalić, więc, rzecz jasna, spotykałam się z nim jeszcze przez cztery miesiące. Jung podał konkretne słowa i załączę je tu specjalnie dla was, dziubaski”[5]. 

Jak widać dzięki powyższemu cytatowi, Whitney Cummings prezentuje w książce i wyśmiewa swoje błędy, potknięcia i wpadki, a do czytelników zwraca się bezpośrednio (nawet bardzo – dziubaski?), czyli tak, jak komicy robią to na scenie, podczas występów na żywo. Książka przypomina momentami zapis takiego przedstawienia. 

Oczywiście „Wszystko w porządku… i inne kłamstwa” zawiera też momenty zupełnie nie do śmiechu, które rozsądnie byłoby przemyśleć i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja też… to lub tamto? Na przykład kwestia zaburzenia, które Cummings nazywa współzależnością i klasyfikuje jako chorobę. Oczywiście chodzi o współuzależnienie, zaburzenie znane i opisywane w literaturze tematu mnóstwo razy; nadal najlepszą pozycją na ten temat jest „Koniec współuzależnienia” Melody Beattie. Szkoda, że tłumaczka lub redaktorka się nie zorientowała, nie dowiedziała, nie doczytała. 

„Widzicie, ten »miły« gest tak naprawdę wcale nie jest taki miły, skoro wiążą się z nim niemożliwe do spełnienia oczekiwania. Robienie miłych rzeczy dla ludzi, a potem oburzanie się, kiedy nie rewanżują się, zachowując się tak, jak chcemy, wpycha nas w rolę ofiary, a w tej strefie komfortu łatwo pogrążyć się na dobre To wariactwo w czystej postaci…"[6]. 

Whitney Cummings twierdzi, że ludzie czują się lepiej, kiedy inni czują się gorzej, coś im nie wychodzi, nie udaje się, spotyka ich niepowodzenie. Przywołuje na tę okoliczność niemieckie pojęcie Schadenfreude (radość z cudzego, często zasłużonego, nieszczęścia) i – na co nie potrafię się zgodzić – łączy to z sadyzmem. W każdym razie, opisując własne upadki i nieszczęścia, stara się sprawić, żeby czytelnicy poczuli się lepiej. Na mnie to nie działa, ale bywa (w książce) zabawne. 

Jednak nie wszystko jest tak pocieszne, bo poniższy fragment już niekoniecznie: 
„Jako dziecko chodziłam do szkół katolickich, przez co czułam wstyd i miałam wyrzuty sumienia, kiedy tylko zrobiłam coś dla siebie, bo tak ceniono tam bezinteresowność i poświęcenie. W kościele dowiedziałam się, że jeśli za wszelką cenę będę dbała o innych, to nie tylko pójdę do nieba, ale też mogę zjeść pysznego niskokalorycznego wafelka. Było mi strasznie smutno, kiedy musiałam wyobrazić sobie smaczną przekąskę jako ciało Chrystusa, ale kiedy nauczyłam się wypierać ze świadomości obraz konsumpcji skóry martwego człowieka sprzed dwóch tysięcy lat, opłatek stanowił punkt kulminacyjny mojego dnia i sprawiał, że całe to emocjonalne męczeństwo miało sens”[7]. 

Tu znowu skojarzenie z innej książki, którą zresztą gorąco polecam: 
„Zwykłem mawiać nieco żartobliwie, że dzięki Kościołowi katolickiemu nie mogę narzekać na brak pacjentów. 
[…] 
Nic nie wskazywało na to, by przedstawiciele Kościoła kiedykolwiek zastanawiali się, czy jego doktryna nie jest zbyt oderwana od życia, nierealnie sztywna, czy nie jest nadużywana lub niewłaściwie stosowana”[8]. 


Ostatecznie i na koniec moja wysoce subiektywna i krótka ocena: dobry humor, niezła zabawa, ale porady życiowe w sumie zwykle dość banalne – to jednak jest związane ze świadomością lub znajomością tematu konkretnego czytelnika. Dla wielu osób może to być ważne odkrycie. Polecam z pełnym przekonaniem, bo nawet jeśli nie dowiecie się z niej niczego nowego, dziubaski, to przynajmniej was rozbawi. 













--
1. https://sjp.pwn.pl/sjp/ogarnac;2494263.html
2. https://www.youtube.com/watch?v=TLgacbYRQ_I
3. https://www.youtube.com/watch?v=aZBhyPiyeOs
4. „Przebudzenie. Droga do świadomego życia”, wyd. Erica, 2014, s. 40.
5. Whitney Cummings, „Wszystko w porządku… i inne kłamstwa”, przekład Kaja Gucio, wyd. W. A. B., s. 38-39.
6. Tamże, s. 51.
7. Tamże, s. 54-55.
8. M. Scott Peck, „Droga rzadziej wędrowana”, wyd. Zysk i S-ka, 2002, przekład Cezary Eugeniusz Urbański, s. 209.








Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

wtorek, 23 lutego 2021

Nasi bohaterowie się starzeją

 „Wszyscy mamy tajemnice” – Harlan Coben

Czytałem wiele powieści tego autora, ale nie wszystkie. Nie czytałem też ich zgodnie z kolejnością wydawania ani chronologicznie pod względem fabuły. Zwykle nie miało to żadnego znaczenia, bo każda z powieści Cobena była swoistą całością. Nawet jeśli łączyły się w jakiś cykl, na przykład z Myronem Bolitarem w roli głównej. Jednak tym razem jest inaczej. Przeczytałem z pół książki i dalej nie bardzo rozumiem, o co chodzi. Myron rozwinął agencję i reprezentuje teraz nie tylko sportowców – OK. Myron rozstał się z poprzednią narzeczoną (albo ona z nim) – OK. Myron ma brata – no… OK (kiedyś, w jakimś tomie, była o tym nierzucająca się w oczy wzmianka). Brat ma żonę – OK. Tyle, że między Myronem, jego bratem i szwagierką zaszło coś złego, coś, co zmieniło ich relacje w stopniu wręcz szokującym, coś bardzo ważnego dla dziejących się obecnie w powieści spraw i zdarzeń, ale… kompletnie nie wiadomo, co to było. Natomiast cały czas odnoszę wrażenie, że to coś opisane było w jakiejś innej książce, a „Wszyscy mamy tajemnice” to jej kontynuacja, ciąg dalszy, drugi tom. Możliwe jest też, że akurat ta książka została niezbyt dobrze napisana, przełożona lub zredagowana, skoro non-stop mam wrażenie, że nie jest to samodzielna całość. 

Jeden wątek wydaje się normalny i typowy, jak na Harlana Cobena: mocno rozrywkowa była tenisistka, Suzze Trevantino, uspokoiła się, jest w ciąży i żyje sobie spokojnie z Lexem Ryderem, znanym i popularnym rockmanem. Na Facebooku ktoś sugeruje, że ojcem, mającego się narodzić dziecka, nie jest Lex. Obrażony gwiazdor znika, a Suzze prosi Myrona Bolitara o znalezienie go i sprowadzenie do domu. 

Jednak szukając męża Suzze Myron znajduje Kitty, swoją szwagierkę, i tu właśnie pojawiają się echa tych nieznanych spraw i zdarzeń z przeszłości. Brat Myrona, Brad, nadal nie chce go znać, Kitty (narkomanka obecnie) domaga się, by Myron zostawił ich w spokoju. Z podobnym żądaniem wyskakuje nagle Mickey, piętnastoletni syn Kitty i Brada, którego Myron wcześniej nawet nie widział. 

Pokomplikowane to wszystko i poplątane solidnie, tym bardziej że do kompletu trafiają gangsterzy, bracia Ache oraz psychopata i morderca Crisp. Mayron momentami ma tego dosyć, chciałby polecieć do Terese Culver, swojej aktualnej wielkiej miłości, i zostawić całe to bagno za sobą, ale oczywiście nie może. Moralne zobowiązania bywają poważniejsze od formalno-prawnych. Jak zwykle Bolitarowi pomaga Esperanza, Wielka Cindy i morderczo sprawny i skuteczny Win (Windsor Horne Lockwood Trzeci). 

Dobra powieść sensacyjna z minusem za ten błąd konstrukcyjny, o którym pisałem na początku.

piątek, 12 lutego 2021

Czy miłość wybacza wszystko?

 „Sześć lat później” – Harlan Coben

Jake Fisher, piszący właśnie dysertację na kierunku politologicznym (chyba, ale sporo tu powiązań z filozofią) poznaje latem Natalie Avery, która na sąsiedniej farmie bierze udział w jakichś warsztatach artystycznych. Wielka miłość z jej strony trwa całe trzy miesiące, a po tym czasie zawiadamia Jake Fishera, że z nim zrywa, bo wychodzi za mąż za swojego dawnego chłopaka. Odrzucony kochanek dostał nawet zaproszenie na ślub, na którym na własne oczy widział, jak jego ukochana poślubia Todda. Na odchodne Natalie tylko prosi Fishera, żeby ich nie szukał, nie nękał, po prostu zostawił w spokoju. 

Przez sześć lat Jake Fisher dotrzymywał słowa. Skończył doktorat, jest wykładowcą w swoim dawnym college’u, mieszka samotnie w hotelu asystenta, poświęca czas studentom. Pewnego razu na stronie internetowej college’u znajduje nekrolog Todda. Właściwie nietrudno domyślić się, co dzieje się w jego umyśle. Próbuje sobie wmawiać, że chce tylko wdowie złożyć kondolencje, ale oczywiste jest, że nadzieja powróciła. Natalie jest znowu sama… Na dokładkę Jake Fisher uważa, że dotrzymał słowa – nie szukał ICH i nie nękał. Bo przecież ICH już nie ma… 

Fisher leci na pogrzeb Todda i wtedy zaczynają się niespodzianki, zagadki i tajemnice. Za trumną Todda, który padł ofiarą zabójstwa we własnym domu, idzie nie Natalie, ale jakaś zupełnie inna kobieta o imieniu Delia, z którą Todd, lekarz, żył nie sześć lat, ale ponad dziesięć. 
Jake Fisher zaczyna obsesyjnie szukać Natalie, ale co chwilę okazuje się, że nikt jej nie zna, nie pamięta, nie wie, o co chodzi, a miejsce, w którym się poznali, nie istnieje. W aktach kaplicy, w której odbył się ślub, nie ma żadnej wzmianki o tak ważnym przecież wydarzeniu, pastor nie pamięta niczego. Nawet rozmowa z siostrą Natalie (poznali się z Jake’m na ślubie) nie wnosi niczego do sprawy. 
Poszukiwania Natalie stają się coraz bardziej mroczne, zawikłane i wręcz niebezpieczne. Nie jest w stanie nic się o niej dowiedzieć koleżanka Jake’a, która z racji pracy zawodowej ma potężne możliwości i której wydawało się, że zdobycie takich informacji nie zajmie więcej niż kilka godzin. Jake orientuje się, ze jest śledzony, zaczyna interesować się nim FBI. 

Wzruszyłem ramionami. Znów pomyślałem, że powinienem mniej gadać. Ostrzeżono mnie, prawda? A ponadto coś obiecałem. Shanta sączyła napój. Kelnerka podeszła i zapytała czego sobie życzę. Wskazałem owocowego drinka i poprosiłem o taki sam. Nie wiem dlaczego. Nienawidzę owocowych drinków[1]. 

W wielu powieściach Cobena następuje w konstrukcji fabuły moment bardzo charakterystyczny, typowy i przewidywalny – zagadki się mnożą, tajemnic coraz więcej, coraz mniej wiadomo, co się dzieje, bo wydaje się, że nic do niczego nie pasuje, nic się nie zgadza, a jednocześnie brak jest jeszcze jakichkolwiek rozwiązań, a nawet śladów rozwiązań. Nie trwa to, na szczęście, długo, ale jest… nużące. Później oczywiście następuje przesilenie, powoli pojawiają się odpowiedzi, hipotezy, a nie tylko kolejne wątpliwości. 

Przeczytałem kilka powieści Cobena pod rząd i zauważyłem w „Sześć lat później” coś dziwnego. Jakby coś było nie w porządku z językiem. Jest zbyt prosty, jak na powieść. Ja rozumiem, że nauczyciel w college’u to nie wykładowca uniwersytecki, ale Jake posługuje się językiem na poziomie gimnazjalisty i to umiarkowanie rozgarniętego. Nie wiem, kto za to odpowiada. Nie jest wykluczone, że Harlan Coben przerobił na powieść tekst, który początkowo miał być tylko scenariuszem filmowym – w filmach dialogi konstruuje się inaczej. Możliwe też, że zawalił sprawę tłumacz albo redaktor. W każdym razie tak prostackich tekstów po tym autorze się nie spodziewałem: 

– Czy ona chociaż chce być odnaleziona? 
– Serce nie zadaje takich pytań. 
– To penis nie zadaje pytań. Serce zwykle ma więcej rozumu[2]. 

Tym niemniej mankamenty językowe uważam za mało ważne, a książka jest po prostu ciekawa. 







---
1. Harlan Coben Sześć lat później, przekład Z. A. Królicki, Albatros, s. 213.
2. Tamże, s. 411.

czwartek, 11 lutego 2021

Jak rozpoznać wyznawcę PiS

Nie zamierzam tu dokonywać jakichś ocen albo porównań, która partia lepsza. A moje prywatne przekonania polityczne, są tak egzotyczne w spolaryzowanej Polsce, że nawet nie mam ochoty ich tu zdradzać. Odkrycia „jak rozpoznać wyznawcę PiS” dokonałem już dawno temu, ale dość długo wahałem się, czy się nim podzielić. Jeśli uznałem obecnie, że tak, to głównie ze względu na dobro rodzin, a zwłaszcza dzieci. Współczesna polityka podzieliła Polaków tak bardzo, jak żadna inna okazja, w ostatnich trzystu latach (może i nigdy), nie była w stanie tego zrobić. Kłótnie i awantury w rodzinach o politykę zdarzają się coraz częściej, a poziom ich agresji rośnie. Po co i dlaczego przerażone dzieci mają z okazji swojej Komunii, na przykład, słuchać wrzasków i wyzwisk, bo kuzyn jest za jedną partią, a szwagier za to za zupełnie inną? Okazji do ostrej wymiany poglądów na temat polskiej polityki jest oczywiście całe mnóstwo i zdarzają się nieomalże codzień. 

Dlaczego użyłem określenia „wyznawcy”, a nie choćby „zwolennicy”? Uważam, że wiara wbrew faktom, niemająca pokrycia w rzeczywistości, charakteryzuje raczej religię, a nie – zbudowane zwykle na realiach – poglądy polityczne. Nie to jednak jest tu ważne. Powtarzam: w tym tekście nie chodzi mi o to, która partia zła, a która gorsza. Na polityce się nie znam, amen.

Spotyka się bliższa i dalsza rodzina. Mogą to także być przyjaciele lub grono znajomych. Dobrze byłoby szybko zorientować się, kto jest kim, żeby nie władować się ze swoimi przekonaniami, jak śliwka w kompot, nie zwarzyć atmosfery, nie sprowokować draki. Każdy może mieć, oczywiście, poglądy zupełnie dowolne, ale to nie znaczy, że zawsze roztropnie będzie je prezentować. Wydawałoby się, że najprościej byłoby uzgodnić, że nie mówimy o polityce. Ale… Prawie wszystko już w Polsce wiąże się z polityką, a poza tym na taki warunek nie muszą przecież chcieć przystać wszyscy obecni. 

Nie mam na razie żadnego pomysłu na rozpoznanie zwolennika opozycji, więc dlatego i tylko dlatego tematem jest: jak poznać wyznawcę PiS? 

Wydawałoby się to banalne – pisowcy mówią dobrze o PiS – ale sprawa nie jest już tak prosta. Słyszałem/czytałem pisowców, którzy prezentowali zarzuty wobec tej partii. Na przykład PiS – jak uważają – jest partią mało skuteczną, bo rozwody w Polsce nadal są dozwolone, a masturbacja, choć podobno niezgodna z prawem, nie jest karana. 
Historyczne zdjęcie z czasów walki z komuną

Pewną wskazówką mogą być określone zwroty lub nazwy – oba obozy zresztą zarzucają sobie partyjną nowomowę, choć nie uważam, żeby było to właściwe określenie, ale i o to mniejsza. W czasach wczesnego PRL-u był to „zapluty karzeł reakcji” lub „wróg ludu pracującego”. Dziś stosowana jest identyczna metoda, choć określenia są, rzecz jasna, zdecydowanie już nowsze: „lewactwo”, „łżeelity”, „wykształciuchy”, a opozycja musi koniecznie być „totalna”. 
Jednak poziom intelektualny pisowców (podobnie zresztą jak zwolenników totalnej  opozycji) jest bardzo zróżnicowany, więc i ta wskazówka może okazać się niezupełnie wystarczająca. 

Drugim stopniem rozpoznawania może być stosunek do pewnych wydarzeń, sytuacji. Na początek przykład kontrastowy, mocno przerysowany, żeby szybko można zrozumieć, na czym polega istota rzeczy. Powiedzmy, że w kościele jest skrzynka/skarbonka z napisem „dla biednych”. Jeśli na pytanie, czy wrzucisz tam coś? odpowiedź kolegi będzie brzmiała: na Rydzyka nie daję, Rydzykowi nie daję, to nie będzie chyba wątpliwości, że mamy do czynienia z antyklerykałem i wrogiem polskiej wersji Kościoła, prawda? 
W politycznym temacie rolę papierka lakmusowego może łatwo pełnić Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (fundacja o charakterze filantropijnym). Nie każdy musi chcieć ją wspierać, to oczywiste, jak nie każdy musi chcieć wrzucać pieniądze do skarbonki dla biednych, ale tylko pisowiec powie: nie daję na Owsiaka. Jerzy Owsiak jest aktualnie prezesem tej fundacji. Statut, zasady, struktura, finanse fundacji (różnych) są najbardziej transparentne ze wszystkich takich organizacji w Polsce, ale typowy pisowiec wydaje się wierzyć, że zbierane w całym kraju dobrowolne datki, przeznaczane są NA Owsiaka, jakby prezes fundacji zagarniał wszystko. 
Nieco mniej pewnym, wbrew pozorom, jest krytykowanie postaw niektórych księży katolickich. Nie tak dawno wystarczyło powiedzieć coś na temat pedofilii księży, żeby narazić się na zarzut atakowania chrześcijaństwa i plucia na Kościół. Obecnie, w związku ze skalą problemu, część wyznawców PiS zrezygnuje z zaprzeczania. Więc to nie jest już miernikiem pewnym. 

OK, to teraz to, co najważniejsze. To, co na sto procent działa i zawsze się sprawdza. Uwaga! Wyznawca PiS nie jest w stanie powiedzieć więcej niż kilka zdań o PiS, nie mieszając w to opozycji, a zwłaszcza PO. Czy będzie to chwalenie PiS, czy stawianie zarzutów tej partii – nie ma znaczenia, bo zawsze za moment pojawi się w rozmowie opozycja. Wygląda to na jakąś chorą symbiozę, jakby partia PiS nie mogła istnieć bez PO, a może istnieje i działa tylko w powiązaniu z PO. Bez PO nie byłoby PiS-u – takie czasem odnoszę wrażenie. Przykład: w rozmowie ktoś stwierdził, że PiS zrobił coś złego, więc prawdziwy wyznawca PiS natychmiast informuje, co znacznie gorszego zrobiłaby (sic!) opozycja, gdyby miała władzę. I dalej: w rozmowie ktoś stwierdził, że PiS zrobił coś dobrego, więc prawdziwy wyznawca PiS natychmiast informuje, że PO nigdy czegoś tak dobrego nie zrobiła. Oczywiście nie wszystkie przypadki są tak proste, ale reguła działa zawsze. Nie wiem, czemu się tak dzieje, nie rozumiem tego zjawiska, ale może kiedyś… 

Reasumując proponuję prosty tester rodzinno-towarzyski. Powiedz coś na temat PiS, bez przekleństw i wulgaryzmów, oczywiście, a więc najlepiej neutralnego. Możesz nawet po prostu zapytać o coś, co dotyczy PiS. Jeśli po chwili usłyszysz coś na temat opozycji i PO, a sam nie jesteś pisowcem, natychmiast porzuć tematy polityczne, bo skończy się to źle (jeśli natomiast pisowcem jesteś, to bezpiecznie możecie rozmawiać). Zapewniam, że nie wchodzić w bezsensowne konflikty, z których nic nie wynika, jest znacznie łatwiej, niż później przepraszać, łagodzić, naprawiać zniszczone relacje, co zresztą nie zawsze jest możliwe.
Wspomniałem, że pisowcy mogą zazwyczaj między sobą rozmawiać bezpiecznie o polityce. Jednak w drugą stronę to nie działa, a przynajmniej niezbyt często. Zwolennicy opozycji pokłócą się o to, kto z nich bardziej nienawidzi PiS albo wynajdą coś równie ważnego, o co można kruszyć kopie.


środa, 10 lutego 2021

Wszyscy oszukują wszystkich

 „Już mnie nie oszukasz” – Harlan Coben

Wszystkie historie miłosne kończą się tragedią - powiedział do Mai ojciec wiele lat temu.

Maya Stern (po ślubie z Joem – Maya Burkett), pilot bojowego śmigłowca w czasie wojny w Iraku, podczas jednej z misji spowodowała śmierć cywili. Wojsko określiło to jako dopuszczalne straty, ale Maya musiała opuścić armię. Pozostał jej stres pourazowy. 
Jeszcze w trakcie pobytu w Iraku, jej siostra, Claire, została zamordowana; wcześniej ktoś ją torturował. Trzy miesiące później, podczas spotkania z mężem w parku, Joe Burkett został zastrzelony. Powieść zaczyna się od jego pogrzebu. 

Maya montuje w domu ukrytą kamerę, bo niepokoi się o dwuletnią córkę, zostawianą pod opieką niani. Pewnego razu, przeglądając zapis z kamery, Maya obserwuje, jak jej zmarły mąż bawi się z córeczką. A przecież była przy jego śmierci! W tym momencie zaczyna się szalony rollercoaster – tajemnica goni tajemnicę, zagadka prowadzi do trzech innych zagadek, nic do siebie nie pasuje; przekręty koncernu farmaceutycznego w powiązaniu z ekskluzywną kliniką odwykową, w powiązaniu ze szkolną drużyną sportową, w powiązaniu z portalem internetowym demaskującym plugawe zagrania rządów i wielkich korporacji, w powiązaniu z klubem „tylko dla panów”… 

Bardzo dobra powieść sensacyjna, choć stopień pokomplikowania momentami wydawał mi się odrobinę nużący.

piątek, 5 lutego 2021

Mroczne tajemnice starej bazy

 „Nie odpuszczaj” – Harlan Coben


Kiedy dorastałem w małym miasteczku w stanie New Jersey, opowiadano tam dwie miejskie legendy. Pierwsza głosiła, że w książęcej posiadłości za bramą z kutego żelaza mieszka słynny mafioso i że za domem ma spalarnię, która może służyć jako prowizoryczne krematorium. Według drugiej legendy – która stała się inspiracją do napisania tej książki – tuż przy jego posiadłości, niedaleko gimnazjum, za ogrodzeniem z drutu kolczastego i tablicami TEREN ZAMKNIĘTY, znajdowała się baza pocisków Nike z głowicami nuklearnymi. Po latach odkryłem, że obie legendy były prawdziwe. [Wstęp autora] 

Leo i Napoleon (zwany Napem) Dumas to bracia bliźniacy. Nap przedstawił brata Dianie Styles (córce komendanta policji i trenera futbolu, Augiego), Leo zapoznał brata z Maurą Wells, piękną outsiderką. Wielka miłość i… wielka tragedia. Zmasakrowane zwłoki Leo i Diany znaleziono obok torów. Maura zniknęła z miasta. Jej matka, Audrey, twierdzi, że nie ma pojęcia, gdzie jest córka.

Minęło piętnaście lat. Nap został policjantem, detektywem, i to dobrym, właściwie po to tylko, by wyjaśnić sprawę zniknięcia Maury i śmierci brata. Nap jest twardym gliniarzem z gatunku tych samotników, którzy nie zawahają się wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę, i to brutalnie, w sytuacjach, kiedy prawo okazuje się bezradne.

Pewnego razu Napa odwiedza dwoje policjantów. Odciski palców Maury Wells znaleziono w samochodzie ofiary zabójstwa. Odciski te umieścił w policyjnej bazie danych sam Nap kilkanaście lat wcześniej, naruszając tym nieco procedury, bo w końcu o nic nie była oskarżona ani poszukiwana (żadna rodzina nie zgłosiła zaginięcia). Było to w okresie, gdy bardzo intensywnie szukał dziewczyny, bo nie mógł pogodzić się z tym, że zerwała z nim esemesem i skutecznie zniknęła. Właściwie Nap Dumas nadal ma z tym problem. Jak i z dotkliwym brakiem brata bliźniaka.

W liceum, do którego uczęszczali Nap, Leo, Maura, Diana, kilka osób zawiązało Klub Konspiratorów. Za zadanie wyznaczyli sobie odkrycie, co mieściło się w starej bazie pocisków Nike, w lasku pod miastem. O wyrzutniach pocisków wiedzieli wszyscy, o tym, że uzbrojono je po kilku latach w głowice jądrowe, już nie tak wielu, ale z czasem wojsko opuściło bazę, zabierając swoje „zabawki”, obiekt przejął resort rolnictwa i to wtedy dopiero zaczęły się poważne tajemnice. Jednak i to było dawno temu. Dziś baza to ruiny.
Kiedy okazuje się, że śmiertelność wśród dawnych członków Klubu Konspiratorów jest znacznie większa od przeciętnej, Nap Dumas tworzy szaloną hipotezę, że nastolatki coś jednak odkryły na terenie opuszczonej bazy. Coś, czego nikt nie powinien oglądać.

Bardzo dobra powieść, thriller, który przypomina mi, że jest znacząca różnica między Pisarzami, a autorami, choćby ci ostatni byli mistrzami polskiej sensacji lub królowymi polskich kryminałów.

środa, 27 stycznia 2021

Literacka wizja Ameryki 1920

 „Ojciec chrzestny Lucky Luciano i tajemnice amerykańskiej mafii – Paul Sherman

Od kiedy w wieku lat …nastu przeczytałem po raz pierwszy „Ojca chrzestnego”, literatura traktująca o mafii, sycylijskiej i amerykańskiej, na stałe zagościła w moim kanonie lektur. Przeczytałem zapewne większość z tego, co wydane zostało po polsku. Były to powieści sensacyjne i pozycje popularnonaukowe, więc nadszedł czas na Paula Shermana. I rozczarowanie moje było wielkie.

Cechą dominującą metropolii jest pośpiech. Z rana ludzie spieszą się do pracy, w ciągu dnia spieszą się po zakupy, na słynne nowojorskie sales (wyprzedaże). Pod wieczór w pośpiechu wracają do swych odległych domów lub w jeszcze większym pośpiechu jadą do śródmieścia, by zdążyć na musical do teatru na Broadwayu, do kina lub na dancing. Spieszą się nawet podczas weekendów, by jak najprędzej wydostać się samochodem za miasto. 
Kochają go nowojorczycy, nienawidzi prowincja. Nowy Jork to nie Ameryka, słyszy się wokół. Odżegnuje się od niego reszta kraju, bardziej „rdzenna”, bardziej uczciwa i gospodarna; niech sobie to źle zorganizowane i zepsute miasto radzi samo ze swoimi kłopotami: ze swoją przeklętą komunikacją, ze swoim rozrastającym się ogromem, korupcją, bezrobociem i zbrodnią. 
Ale ma Nowy Jork również swoich fanatyków. Takich, którzy uważają go za stolicę współczesnego świata, za centrum myśli naukowej, wynalazczości, przodującego malarstwa, muzyki, tańca, opery, słowem – za ośrodek „najżywszego życia” kulturalnego. Tu przechodzą swój chrzest artystyczny i święcą pierwsze tryumfy najwięksi soliści i dyrygenci, tu jest stolica sztuki i mody. Tu, a nie w Paryżu, Londynie czy Rzymie. Jest to więc najwspanialsze, najciekawsze i kto wie, czy nie najpiękniejsze miasto na świecie. Jest to również najbardziej przerażający potwór urbanistyczny, wielogłowa hydra i sceneria największych zbrodni. Wraz z nastaniem nocy Nowy Jork zmienia swoje oblicze i staje się prawdziwym koszmarem. Cała nienawiść, wszystkie frustracje i napięcia przeżyte w ciągu dnia zdają się wybuchać w kolejnych krwawych zrywach. 
Jeżeli opuści się Manhattan w jakimkolwiek kierunku, udając się do którejkolwiek z pozostałych czterech dzielnic Nowego Jorku, można w ciągu piętnastu minut znaleźć się w nadmorskim kurorcie, w wiosce rybackiej, w willowym raju, wśród kamiennych podwórek tysiąca niszczejących bloków wybudowanych przez miasto dla bezdomnych, w parku pałaców, wśród tysiąca identycznych, grzecznych i ubogich drewnianych domków, w handlowym śródmieściu prowincjonalnego miasteczka Azji, w wielkomiejskim zgiełku Arabii, w wielkim porcie morskim, w Neapolu, w Chinach, w gigantycznych stoczniach, w bezkresnej gmatwaninie ulic obudowanych fabrycznymi halami, wśród setek składów towarowych, w slumsach przepełnionych bardziej niż południowoamerykańskie favele. Będzie to jednak zawsze ten sam, jeden jedyny Nowy Jork. 
Powstawał szybko i w zgiełku. Niby byle jak, a jednocześnie z ogromną premedytacją wznoszono te wszystkie drapacze chmur – każda piędź ziemi miała przynieść lub korzystnie ulokować górę gotówki – tak, że podpierają się wzajemnie, zachodzą za siebie, zaglądają oknami w okna, kłócą pozornie nieprzystającymi do siebie fasadami, przypominają bazarowy tłum, gdzie wszyscy wszystkim włażą na odciski, wszyscy wszystkich próbują przekrzyczeć, a mimo to dzień mija w zgodnym przyzwoleniu na współobecność. Przyzwoleniu pieczętowanym filiżanką herbaty w bazarowej herbaciarni

To akurat dość niewielki fragment książki opisującej Nowy Jork. I takie opisy zdarzają się co chwilę. Miasta, pejzaże, przyroda, czyjeś stany emocjonalne, wygląd zaułka… Gdyby nie moje szczególne zainteresowanie tematem, to zapewne nie byłbym w stanie przebrnąć przez te koszmarne dłużyzny. Historia Luciano i amerykańskiej mafii to zapewne jakieś 30-40 procent tej książki… a szkoda.