środa, 26 listopada 2014

Uroki kopulacji z goblinami

„Śmierć o północy” – Laurell K. Hamilton

Czwarta, z liczącego jak dotąd  dziewięć tomów, część cyklu o Meredith NicEssus (Merry Gentry).

W kopcu faerie, w czasie konferencji prasowej, w niewytłumaczalny sposób ginie jedna istota magiczna oraz człowiek, fotoreporter. Księżniczka Meredith postanawia wezwać na pomoc policję, co jest swego rodzaju ewenementem i szokiem dla sidhe.

Policja prowadzi śledztwo, sidhe knują i spiskują, walka o władzę nad dworem Unseelie między zwolennikami księcia Cela i Meredith staje się coraz bardziej zacięta i krwawa, mnożą się zamachy. Księżniczka z niepokojem szykuje się do oficjalnej wizyty na dworze Seelie.
Merry nadal usilnie stara się zajść w ciążę i w tym celu kopuluje namiętnie i ochoczo z kolejnymi strażnikami, ale nie zapomina też o ulubionym seksie oralnym, który powoduje, że kolejni faerie odzyskują siły… może nie tyle magiczne, bo te mieli przecież od wieków, ale wręcz boskie.

Odnoszę wrażenie, że z każdym kolejnym tomem spółkowania przybywa, coraz więcej jest też seksu oralnego i grupowego, nieomalże na granicy pornografii, a może i poza nią…

środa, 19 listopada 2014

O praktykowaniu duchowości

„O duchowości z krwi i kości” – Dariusz Piórkowski SJ

Może to tani sentymentalizm, ale ma dla mnie znaczenie fakt, że Dariusz Piórkowski urodził się na Opolszczyźnie i przez pewien czas był duszpasterzem akademickim w Opolu. Dawno, dawno temu jezuici użyczyli miejsca w Xaverianum (Jezuicki Ośrodek Formacji i Kultury w Opolu) grupie „Kwiaty na betonie”, zresztą… nadal czasem tam bywam. Kolejny sentyment mam do „Czarodziejskiej góry” Manna, bo to dzięki tej lekturze narodziło się moje… swego rodzaju uznanie dla gruntownie wykształconych, inteligentnych ojców jezuitów.

Od kilku lat z pasją wyszukuję i ze sporym zainteresowaniem czytam rozmaite publikacje dotyczące duchowości, która – w moim przekonaniu i praktykowaniu – jest zwyczajna, powszednia i codzienna, i (jak sądzę) niewiele ma wspólnego z bombastycznym, egzaltowanym mistycyzmem. Przyznaję od razu, że nie jest to łatwe w kraju, w którym ponad dziewięćdziesiąt procent obywateli deklaruje się jako katolicy, choć wielu z nich objawia wyraźne, choć niezupełnie zrozumiałe przeze mnie, objawy jak gdyby alergii na katolicyzm. Ale… mniejsza z tym.

Oddając głos autorowi: „…duchowość z krwi i kości to nic innego jak żywa wiara w to, że Boga »można widzieć i spotkać w praniu, smutku i jagodach«, jak pewnego dnia ujęła to grupa opolskich studentów, parafrazując wiersz ks. Jana Twardowskiego. To kochać Boga w stworzeniach, a stworzenia w Bogu – jak powtarzał św. Ignacy Loyola. W tej książce będzie więc mowa o duchowości, która nie polega na ucieczce od świata czy mistycznych doświadczeniach oderwanych od zwykłości codziennego życia”*.

Do kogo adresowana jest książka Piórkowskiego? Na pewno do wszystkich zainteresowanych praktycznym podejściem do duchowości, w tym przypadku katolickiej i jezuickiej – ważne wydaje się zwłaszcza to drugie. Czy jej lektura jest dobrym pomysłem dla początkujących? Wydaje mi się, że nie, że chyba jednak lepiej by było, gdyby była to druga albo nawet trzecia książka dla kogoś, kto zainteresował się praktykowaniem duchowości. Oczywiście mogę się mylić. Czemu tak uważam? Wydaje mi się, że przydatna być tu może pewna praktyka, podjęte już określone działania. Podam może przykład, dzięki któremu łatwiej będzie zrozumieć, czemu upieram się przy określeniu „praktyka” i dlaczego nie ma ona tak wiele wspólnego z chadzaniem po kościołach, jak mogłoby się to wydawać.

Wśród moich znajomych i przyjaciół (płci obojga) wielu jest takich, którzy prowadzą regularnie tak zwany „dzienniczek wdzięczności”; sam koncentruję się (oczywiście nie tylko) na wdzięcznościach podczas codziennej wieczornej modlitwy i obrachunku moralnego. Dariusz Piórkowski napisał: „Dobrą szkoła nieustannej modlitwy jest ignacjański rachunek sumienia, który zmierza do wyrobienia w sobie wrażliwości na zauważalne działania Boga pośrodku codziennego życia. Fundamentem tej modlitwy jest wdzięczność, która wyrabia w człowieku pozytywne podejście do rzeczywistości. Niektórzy nazywają tę postawę »wdzięczną czujnością«, ponieważ z jej pomocą staramy się przyjrzeć mijającemu dniowi, wierząc że był w nim obecny Bóg, który mówił i działał w najróżniejszych wydarzeniach”**.

Dodałbym tylko, że duchowe praktykowanie wdzięczności, znakomicie zabezpiecza przed ciągotami do odgrywania roli ofiary i użalania się nad sobą.

Istotnych i poruszających tematów jest w książce Piórkowskiego wiele, choćby zwrócenie uwagi na obecność we własnym życiu wyrażającą się w uważności, przytomności, a nawet czujności; jest w niej mowa o gniewie, jako rzeczy ludzkiej, o zniechęceniu, o własnej tożsamości, o granicach ludzkiej wolności, o ludziach przegranych (a czy są tacy?), o różnicy między pielgrzymką a włóczęgą i wiele innych. Nie zawsze z Piórkowskim się zgadzam, zawsze jednak jego wersja, postawa, przekonanie, skłaniają do zastanowienia, rozważenia.

Na koniec jeden jeszcze cytat, który wywarł na mnie spore wrażenie, być może dlatego, że pojawił się przed moimi oczami w bardzo odpowiednim czasie. „Tak to już chyba z nami jest, że póki żyjemy, nie unikniemy napięcia między pragnieniem zadomowienia a odzywającym się ciągle niespełnieniem. Zadomowienie jest potrzebne, ale zawsze musi być ono względne, tymczasowe. Nigdy absolutne i wieczne”***.
 

 

 

 

 

--
* Dariusz Piórkowski SJ, „O duchowości z krwi i kości”, Wydawnictwo WAM, 2011, s. 8-9.
** Tamże, s.18.
*** Tamże, s. 40.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Walka o królestwo Unseelie

„Dotknięcie mroku” – Laurell K. Hamilton

Księżniczka Meredith NicEssus (córka Essusa), znana w Los Angeles jako detektyw Merry Gentry, toczy bezpardonową walkę o tron dworu Unseelie z księciem Celem, który nawet uwięziony i torturowany przez własną matkę za próbę zabicia Meredith, nadal okazuje się śmiertelnym zagrożeniem.  

Władzę i tron Unseelie Merry zdobędzie jeśli zajdzie w ciążę wcześniej, niż Cel stanie się ojcem. Królowa Andais, notabene ciotka Meredith, obdarowała ją kilkoma ze swoich Kruków, to jest ochroniarzy i kochanków. Merry spółkuje z nimi namiętnie, ale zaczyna mieć wątpliwości, czy ją kochają – ten, który ją zapłodni, zostanie królem. Poza tym seks uprawiany tylko dla zapłodnienia przestaje ją ekscytować; pragnie poczuć w ustach męski penis, najlepiej wraz z jądrami, a w gardle strugę nasienia. Przegrywa więc pewien zakład i zdobywa to, o co chodziło, a nawet więcej bo podwójną penetrację i ejakulację. Okazuje się, że w ten sposób jej magiczne moce rosną i Merry przywraca boskość kolejnym kochankom/strażnikom.
Wszystko to mogłoby być nawet mocno podniecające, ale trzeba pamiętać, że – choć niesamowicie przystojni, męscy i seksualnie sprawni – faerie jednak nie są ludźmi.

Oferując ciało i… hm… płyny ustrojowe goblinom Kuraga, Krwawym Motylom oraz innym takim, Meredith nawiązuje sojusze, dzięki którym udaje się udaremnić próbę przejęcia władzy w królestwie. Przez chwilę królowa Andais i jej siostrzenica grają w jednej drużynie, ale nie ma się co łudzić – matka nadal pragnie tronu dla swojego syna.

Oczywiście ciąg dalszy nastąpi.

czwartek, 13 listopada 2014

Tragedia Ryszarda Riedla

„Rysiek” – Jan Skaradziński
 
Książka Skaradzińskiego jest biografią Ryszarda Riedla, autora tekstów oraz wokalisty zespołu Dżem, w pewnym sensie zapewne socjopaty*. Niewątpliwie miał talent – głównie wokalny, ale też i pewną charyzmę, która porywała słuchaczy, uczestników koncertów; ładnie rysował, grał na organkach. Choć występy Dżemu oraz innych kapel, z którymi występował, nie trafiły w mój gust muzyczny (może z drobnymi wyjątkami), to jednak nie mam wątpliwości, że dla polskiej muzyki rozrywkowej i w swoich czasach był kimś wybitnym, porównywalnym może nawet do Czesława Niemena.

Jako człowiek… no, cóż… kompletnie niezdolny do podporządkowania się jakimkolwiek zasadom życia w społeczeństwie. Nie skończył nawet szkoły podstawowej (w dostępnym na YouTube, dokumentalnym filmie „Się macie ludzie” z 2004 roku, matka Ryszarda Riedla mówi, że to cud, że w ogóle nauczył się czytać i pisać). Zafascynowany Indianami, miłośnik westernów. Jeśli, na żądanie ojca, podejmował jakąś pracę, to liczyć ją można było raczej w dniach i godzinach niż miesiącach. Lekceważący podstawowe zasady higieny (jego trampki kładziono na parapecie, ale mieszkanie, które odwiedzał, i tak przenikał smród – to już z książki Skaradzińskiego), w przepoconych ciuchach, z koszmarnie popsutymi zębami, co widoczne jest na paru filmach nagranych podczas koncertów (zęby Rysiek wyremontował sobie dopiero pod koniec życia).

W pewnym okresie życia zarabiał dużo, zdarzało się, że przynosił do domu kwoty, będące wielokrotnością pensji górniczej. Jego żonie czasem udawało się coś z tego przeznaczyć na czynsz.

Ryszard Riedel często spóźniał się albo w ogóle nie zjawiał na swoich koncertach (na oba swoje śluby też się spóźnił) – cóż… narkoman, pewnie ze czterdzieści razy na odwykach i detoksach. Namawiał (skutecznie) do ćpania swoją żonę.
Zmarł nie będąc już właściwie członkiem zespołu Dżem – grupa zawiesiła współpracę ze swoim frontmanem z powodu jego postępującego uzależnienia oraz kompletniej nieprzewidywalności i nieodpowiedzialności. Polska, przed zmianami i po nich, nie była odpowiednim miejscem do praktykowania niefrasobliwego, hippisowskiego romantyzmu, ale czy gdziekolwiek i kiedykolwiek istniało albo istnieje takie miejsce?

Książka nie kończy się wraz ze śmiercią Ryszarda Riedla – ciąg dalszy to dociekania, kto przyniósł mu do szpitala narkotyki kilka dni przed śmiercią, historia prawniczych przepychanek żony Riedla z zespołem Dżem, relacja z cmentarza: z grobu Riedla często usuwać trzeba było ślady alkoholowych albo narkomańskich libacji, wreszcie dorobek artystyczny – płyty, koncerty, występy z innymi niż Dżem kapelami.

Książkę Jana Skaradzińskiego oceniłbym jako ciekawą, zwłaszcza dla fanów Ryśka, jeśli takowi jeszcze żyją, ale jednak literacko przeciętną i momentami niepełną. Jest to raczej opowieść o człowieku, składająca się często z luźnych wspomnień osób z jego kręgu, rodziny, a nie jego kompletna, wyczerpująca biografia. I bardzo, bardzo smutna…

--
* Socjopatia (zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN: http://sjp.pwn.pl/sjp/socjopatia;2575740.html ) to zaburzenie osobowości polegające na nieprzystosowaniu się jednostki do życia w społeczeństwie. 

piątek, 31 października 2014

Jack Reacher i porywacze

„Bez litości” – Lee Child

Jack Reacher, były oficer żandarmerii, sprawny, inteligentny, silny, bezwzględny, wędrując po kraju właściwie bez celu, staje się przypadkowym świadkiem zdarzenia, które – jak to się później okazało – było elementem akcji przekazywania części okupu za porwaną matkę i córkę.
Żonę i dziecko, ośmioletnią dziewczynkę, porwano Edwardowi Lane, pozbawionemu skrupułów dowódcy oddziału najemników. Pomimo wypłacenia przez niego ogromnego okupu, w sumie dziesięć i pół miliona dolarów, Kate i Jade nie zostały uwolnione, nie wróciły do domu.
Reacher postanawia pomóc (choć nie za darmo) Edwardowi Lane odnaleźć porywaczy i – jak sądzi – zabójców, jednak z czasem dowiaduje się coraz więcej o swoim zleceniodawcy. W związku z tym sytuacja coraz bardziej się komplikuje, a jej finał okazuje się wyjątkowo zaskakujący, chociaż… Pewne poszlaki, wskazówki, tropy, autor jednak czytelnikowi pozostawił.

poniedziałek, 29 września 2014

Warto umrzeć, by nie zginąć

„Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia” – Richard Rohr

Ta książka ma moc… uwalniającą – to pierwsze określenie, które przychodzi mi do głowy natychmiast i intuicyjnie, choć bez najmniejszego problemu potrafiłbym wymienić kilka innych niewątpliwych jej zalet.

„Nie chodzi o to, że cierpienie lub niepowodzenie mogą się zdarzyć, że przydarzą ci się, jeśli będziesz zły (a tak często myślą ludzie pobożni), albo dopadną pechowców, kogoś zupełnie innego i gdzieś indziej; nie w tym rzecz, czy można tych wydarzeń uniknąć dzięki inteligencji lub prawości. Otóż nie, one przydarzą się również tobie! Płynące z tych doświadczeń utrata, porażka, upadek, grzech i cierpienie są niezbędne, stanowią ważną część życiowej drogi człowieka. Jak ujęła to moja ulubiona mistyczka Juliana z Norwich: »Grzech jest konieczny!« (»Sin is behovely!«). Tak czy inaczej, nie da się uniknąć grzechu ani błędu (Rz 5, 12). Jeśli mimo to będziemy zbyt żarliwie próbować, możemy się doprowadzić do jeszcze poważniejszych problemów”1.

Ale… od początku. „Spadać w górę” to przede wszystkim książka o duchowości; takiej, która niekoniecznie musi być związana z religijnością, choć, co chyba oczywiste, w przypadku autora franciszkanina, zakonnika (urodzonego w 1943 roku w Kansas, USA), związek z duchowością chrześcijańską pojawia się stosunkowo często. W każdym razie Rohr odwołuje się zarówno do Biblii, jak i do Tory, pism Junga, starożytnych Greków, analiz Miguela de Unamuno, fizyki kwantowej, Scotta Pecka, baśni braci Grimm, Programu Anonimowych Alkoholików…

„Następnie bohater lub bohaterka powracają do miejsca, z którego wyruszyli i, jak ujął to T.S. Eliot, są »świadomi go po raz pierwszy«; powracają z darem lub »błogosławieństwem« dla jego ludu lub jej wioski. Zgodnie z ostatnim krokiem w programie Anonimowych Alkoholików człowiek musi przekazać innym lekcję, której się nauczył – w przeciwnym razie prawdziwego daru nie było. Podróż bohatera jest zawsze doświadczeniem nadmiaru życia, nadwyżki energii, z której mnóstwo zostaje dla innych. Bohater lub bohaterka odnajduje erosa, energię życia, której jest aż nadto, by odwrócić skutki działania thanatosa, energii śmierci”2.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, zakres zainteresowań, erudycja, oczytanie, inteligencja Richarda Rohra, swoboda, z jaką wykorzystuje dzieła tak wydawałoby się różne i odnajduje paralele między nimi, są oszałamiające. W każdym razie ja jestem zachwycony, a „Spadać w górę” lokuję w pierwszej piątce mojego prywatnego rankingu książek traktujących o rozwoju osobistym, wzrastaniu duchowym.

Główną ideą, myślą przewodnią jest tu przekonanie autora, że życie wielu ludzi, niestety, nie wszystkich, dzieli się jak gdyby na dwie części, jednak w tym przypadku nie chodzi o podział chronologiczny – druga połowa życia to nie jest plus/minus czterdziestka. Czterdzieste urodziny mogły sobie być połową życia, punktem zwrotnym dla serialowego bohatera, Rohr natomiast podchodzi do tego podziału zupełnie inaczej.

„Mówiąc, że czytelnik wkroczy w drugą połowę życia, nie myślę o poruszaniu się w sensie ściśle chronologicznym. Ludzie młodzi, zwłaszcza ci, którzy przedwcześnie doświadczyli cierpienia, już tam dotarli, podczas gdy wiele starszych osób wciąż pozostaje na etapie dzieciństwa”3.

Zła wiadomość jest taka, że w duchowość drugiej połowy życia nie wkraczamy na mocy decyzji czy postanowienia, a także, że odbywa się to właściwie tylko poprzez cierpienie. Choć właściwie nic w tym dziwnego; nie spotkałem jeszcze człowieka, który – doświadczając dobrostanu we wszystkich sferach życia – pragnąłby ten stan zmienić. Gotowość na zmiany, na wyruszenie w podróż, jest zawsze wymuszona przez cierpienie, na przykład śmierć kogoś bardzo bliskiego, upokorzenie, utratę pracy, reputacji, domu, zdrowia…

Choć podtytuł książki mówi o duchowości na obie połowy życia, to jednak „Spadać w górę” jest – moim skromnym zdaniem – przede wszystkim zaproszeniem do wyprawy w tę drugą połowę; zaproszeniem i zachętą. Przyznaję, że mnie Richard Rohr przekonuje skutecznie.


--
1. Richard Rohr, „Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia”, przekł. Beata Majczyna, wyd. WAM, 2013, s. 21-22.
2. Tamże, s. 57-58.
3. Tamże, s. 16.

czwartek, 25 września 2014

Reguła Koziołka w Boliwii

„Stamtąd wszystko widzi się lepiej” – Kasper Mariusz Koproń OFM

Stamtąd, czyli z Boliwii. Franciszkanin, misjonarz, publicysta, spędza w Boliwii pewien czas na pracy, misji duszpasterskiej, a efektem dodatkowym, jakby ubocznym, jest książka, składająca się z dwóch części: listów do przyjaciół w Polsce oraz felietonów, zawierających obserwacje, przemyślenia, refleksje, rozważania, wnioski itp.

Nie jest to książka podróżnicza ani przygodowa, a egzotyka najbiedniejszego kraju Ameryki Łacińskiej jest tu widoczna, ale nie eksponowana – to tylko tło, na którym lepiej, wyraźniej widać Kościół katolicki w… nie, nie w Boliwii – w Polsce. Widocznie zasada albo reguła Koziołka Matołka (widać musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko) działa nie tylko w życiu autora „Krok za Krokiem”.