czwartek, 23 maja 2019

Moralne dylematy Myrona B.

„Najczarniejszy strach” – Harlan Coben

Siódmy tom przypadków Myrona Bolitara, byłego koszykarza, obecnie właściciela agencji RepSport MB.

Po rozstaniu z pisarką, Jessicą Cilver, Myron nawiązuje romans z Terese Collins, prezenterką telewizyjną; ucieka z nią na kilka tygodni na egzotyczne wyspy. W tym czasie porzuceni klienci znaleźli sobie innych agentów, więc po powrocie czekało go zadanie odbudowy firmy oraz własnego życia.

W takim momencie dawna przyjaciółka Myrona informuje go, że jest ojcem jej syna. Chłopak, Jeremy, ma kilkanaście lat i stwierdzono u niego specyficzną śmiertelną odmianę białaczki, którą mógłby całkowicie wyleczyć przeszczep szpiku od odpowiedniego dawcy. Bez niego chłopiec wkrótce umrze. Emily żąda, by Myron znalazł właściwego dawcę. I tu zaczynają się komplikacje. 

Znienacka dzwoni telefon.
- Czego się boisz najbardziej? - szepcze głos - zamknij oczy i wyobraź sobie najczarniejszy strach. Widzisz? Czujesz? Najgorszą udrękę dostępną wyobraźni?
- Tak - mówię po dłuższym milczeniu.
- Dobrze. A teraz wyobraź sobie coś gorszego, coś znaczni,  znacznie gorszego...

 W banku danych, gromadzącym informacje o potencjalnych dawcach, figuruje właściwy człowiek, ale… jego samego Myron nie jest w stanie znaleźć. Niejaki Taylor żyje, ale jednocześnie jakby zupełnie nie istniał.
Do Myrona wydzwania obłąkaniec i powtarza mu, żeby siał ziarno – okazuje się, że stosunkowo niedawno działał seryjny morderca, którego tak właśnie (Siej Ziarno) nazwało FBI, ze względu na charakterystyczną technikę zastraszania rodzin osób, które porwał i zamordował. W tle pojawia się bardzo tajemnicza rodzina dysponująca nieprawdopodobną fortuną, ukrywająca skrzętnie mroczne tajemnice sprzed lat.

W sumie całkiem niezła rozrywka na kilka godzin. Pod warunkiem, że książek Cobena nie czyta się jedną po drugiej – w przypadku takiego porównania wypada ona nieco słabiej.

czwartek, 16 maja 2019

Przedziwny zbieg okoliczności


Wczoraj, późnym wieczorem, zacząłem czytać nową książkę. Już na początku znalazłem coś, co mnie zaszokowało. Zwłaszcza, że to książka sensacyjna, o akcji polskiej Agencji Wywiadu, której celem ma być odbicie z rąk talibów porwanego polskiego biznesmena. To zdecydowanie nie jest poradnik dla młodych zakochanych. Ale jednak, w tym właśnie momencie, w niewłaściwej książce, na takie oto stwierdzenie się natknąłem, choć pewnie lepiej byłoby powiedzieć, że się z nim zderzyłem:

Wszystko wskazywało na to, że związek układa się po jej myśli. Jednak z upływem czasu okazało się, że Robert właściwie niewiele odbiega od schematu i jest podobny do swoich zapomnianych już poprzedników. Najgorsze jednak było w nim to, że miał w sobie za dużo miłości. Tego Monika nie lubiła. Uważała, że potrzebuje tyle miłości, ile sama daje, więc każde zachwianie tej proporcji uznawała za obciążenie dla związku. Na domiar złego Robert ciągle zadawał pytania, wykazując, jak uważała, emocjonalną nadgorliwość. Monika nie lubiła odpowiadać, bo czuła się wtedy śledzona. Jakby ktoś na siłę próbował wejść do jej duszy, odebrać część intymności*.

Część kobiet, może nawet większość, jest (jak to pisze moja przyjaciółka na znakomitym blogu)...przynajmniej w jakiejś części babą z krwi i kości. Labilną, empatyczną do szpiku kości, naiwną i przeświadczoną o własnej nieomylności  (kto niby ma wiedzieć lepiej niż ja?!) idiotką. I nie piszę tego dlatego, że w moim życiu wydarzyło się właśnie jakieś nieszczęście. (Jeszcze.) Po prostu zauważyłam, jakie mam tendencje, a to nie wróży dobrze. Wpierw upieram się przy swoim, a później...**. 
Tyle, że nie wszystkie kobiety są takie właśnie, a to powoduje określone konsekwencje dla dzieci płci męskiej.

Na wychowanie dzieci, także chłopców, znaczny wpływ mają matki. W naturalny sposób starają się ich wychować na dobrych mężów (dla innych kobiet) i dobrych ojców, o czym oczywiście pojęcia nie mają, ale to już inna sprawa. Nawet jeśli kobieta należy do tej mniejszości i ma psychikę podobną do Moniki z cytatu, to i tak, na wszelki wypadek, będzie się starała wychować syna dla kobiety o osobowości i psychice typowej, bo założy, że to tylko z nią samą coś jest nie tak, a cała reszta kobiet jest inna.

Dorosły facet często nie ma pojęcia, czemu mu się związek sypie, skoro – zgodnie z instrukcjami mamy – przynosi kwiatki, stale powtarza, że ją kocha, dopytuje o wszystko, żeby okazać zainteresowanie itp.
Niektórzy mężczyźni wtedy dopiero zaczynają rozstawać się ze swoimi (raczej mamy) przekonaniami. Inni do weryfikacji przekonań nie będą zdolni nigdy. Bo… matka jest tylko jedna, bo matka mnie kocha, bo matka chce dla mnie jak najlepiej, kto ma znać dobrze inne kobiety, jak nie matka.
Dorastanie jest trudne. I często boli.

Najbardziej ryzykownym z tysięcy, a może nawet milionów przedsięwzięć podejmowanych w życiu jest dorastanie. Polega ono na zrobieniu kroku z dzieciństwa w dorosłość. Prawdę mówiąc, przypomina raczej karkołomny skok niż krok, i wielu ludzi nie może się nań zdecydować przez całe życie. Na pozór sprawiają wrażenie dorosłych, a jednak pod względem psychologicznym większość „pełnoletnich” aż do śmierci pozostaje dziećmi, które nigdy naprawdę nie wyzwoliły się spod władzy rodziców***.






--
* Vincent Severski, „Zamęt”, Czarna owca, 2018, s. 10-11.
*** M. Scott Peck „Drogą mniej uczęszczaną”, wyd. Medium, 1998, strona 111.

wtorek, 14 maja 2019

Tym panom już podziękujemy


„Sodoma – Hipokryzja i władza w Watykanie” – Frédéric Martel

Od czasu do czasu spędzam weekend w domu pielgrzyma, zwanym też domem rekolekcyjnym. Jest tam jadalnia, wspólna dla księży i gości. Ale nie jemy razem, księża karmieni są najpierw, a my w tym czasie czekamy pod drzwiami aż skończą. Jadamy w tym samym pomieszczeniu, ale nie razem. Nie można też siadać przy stole, przy którym jedli księża, co nie jest żadnym problemem, miejsc jest dosyć, ale w widoczny sposób rzuca się w oczy, że ich stół zastawiony jest ewidentnie lepszymi potrawami, z większą różnorodnością; bogato w porównaniu do stołów gości. Gości, którzy płacą. Wydaje mi się, że nawet wierni katolicy nie widzą w tym nic dziwnego lub niewłaściwego.

Profesja zakonna w Kościele katolickim zobowiązanie członka danej wspólnoty do przestrzegania trzech tzw. rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. W to ostatnie, do pewnego stopnia, można uwierzyć.

„Sodoma” to dzieło socjologa i pisarza francuskiego, Frédérica Martela, będące wynikiem czteroletniego śledztwa dziennikarskiego, prowadzonego w trzydziestu krajach. Martel nie wszystko robił sam, pomagało mu wielu ludzi. Zakres jego (ich) badań obejmuje pontyfikaty czterech ostatnich papieży: Pawła VI , Jana Pawła II, Benedykta XVI oraz Franciszka. Grubaśnie tomisko zawiera głównie rozmowy z ludźmi Kościoła. Wyjaśnia, a przynajmniej próbuje, jak to jest możliwe, żeby być homoseksualistą będąc jednocześnie wściekłym homofobem.

Wiele wiedziałem, jeszcze więcej się domyślałem, ale i tak Martel zaskoczył mnie kompletnie wiele razy, na przykład prezentując system doboru kandydatów na seminarzystów pod kątem ich homoseksualnych skłonności. Do wykorzystania… później.

„Oto druga reguła Sodomy: im bliżej sancta sanctorum, tym więcej homoseksualizmu; im wyżej w katolickiej hierarchii, tym więcej homoseksualistów. W kolegium kardynalskim i w Watykanie preferencyjny dobór przyniósł owoce – homoseksualizm stał się zasadą, heteroseksualizm wyjątkiem”*.

Jednak wbrew pozorom nie jest „Sodoma” paszkwilem na Kościół katolicki – to raczej paradokument, stwierdzenie pewnych faktów, których zresztą autor stara się nie oceniać. Może nawet tłumaczy, wyjaśnia, pomaga zrozumieć. Na przykład to: co ma zrobić chłopak, który zaczyna się orientować, że ma – nieakceptowane przez niego samego, rodzinę i otoczenie – skłonności homoseksualne? Schronić się w Kościele! Tam nikt nie będzie mu wyrzucał, że nie lata za dziewczynami i nie stara się założyć rodziny, tam będzie mógł resztę życia spędzić wśród mężczyzn, często też ubranych w sukienkę. Przecież to takie proste…

„Gdy nasza rozmowa doszła do tego etapu, zapytałem Francesco Leporego, jak dużą jego zdaniem grupę stanowią w Watykanie wszelkiego rodzaju homoseksualne osoby.
Myślę, że to bardzo wysoki procent. Powiedziałbym, około osiemdziesięciu – zapewnił”**.

Homoseksualizm jest jednym z najcięższych grzechów w Kościele katolickim. Grzechy może wiernym odpuścić uprawniona osoba, tu na ziemi, w wyniku sakramentu pokuty, ale to nie znaczy, że grzesznik uniknie kary w życiu przyszłym. Grzech jest odwróceniem się od Boga i buntem w stosunku do Jego woli, ale grzech ciężki, oznacza zupełne zerwanie przyjaźni z Bogiem. Jak więc możliwe jest, żeby tylu ludzi skazywało się na tak straszne konsekwencje, na wieczne potępienie, de facto? Odpowiedź jest stosunkowo prosta i oczywista, choć zapewne może się wydać mocno niepokojąca: nie boją się kary, bo nie wierzą, że takowa nastąpi, nie wierzą w Boga.

Wspomniałem już, że Frédéric Martel bardzo stara się unikać jakichkolwiek ocen moralnych (to dla mnie ważne) i zwykle mu się udaje. Jeśli coś takiego pojawia się w „Sodomie”, to raczej tylko w wypowiedziach jego rozmówców.



--
* „Sodoma”, Frédéric Martel, Agora, 2019, s. 28.
** Tamże, s. 38.

piątek, 10 maja 2019

Prawdziwych facetów nie ma!


„Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy” – John Eldredge

„Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak uzdrowić ślepego, i myślicie, że chodzenie za Chrystusem i obserwowanie, jak On to robił, wyjaśni sprawę, to wasze poszukiwanie może skończyć się silnym rozczarowaniem. On nigdy nie robił tego dwa razy tak samo”*.

Jeśli chcecie z tej książki dowiedzieć się, jak stać się prawdziwym mężczyzną, to raczej nie uda wam się to, bo prawdziwym mężczyzną facet staje się w działaniu, a nie dzięki czytaniu najmądrzejszych nawet tekstów i książek. Nie znaczy to jednak, że „Dzikie serce” to pozycja bezwartościowa, bynajmniej! Może nawet lepsza niż kilka innych poradników tego typu. Jeśli jednak, po zakończeniu lektury i odłożeniu książki na półkę, nie nastąpi określone działanie, to… klapa. Zaryzykuję stwierdzenie, że wielu czytelników porzuci lekturę przed zakończeniem, w momencie, w którym zorientują się, że nie skorzystają z sugestii zawartych w książce, nie zastosują ich nijak w praktyce.

John Eldredge, amerykański pisarz ewangelikalny. założyciel i dyrektor Ransomed Heart Ministries w Colorado Springs (https://www.ransomedheart.com), wziął na warsztat męską duszę i w pierwszej kolejności odkrył, że prawdziwych mężczyzn już właściwie nie ma. Mężczyźni żyją według pożądanych wzorców społecznych, religijnych, kobiecych (może to nawet na pierwszym miejscu), ale w ostatecznym rozrachunku nie wychodzi to na dobre ani im samym, ani ich kobietom. Bo zupełnie nie jest to zgodne z prawdziwymi potrzebami męskiej duszy.
W historii biblijnej Eldredge zauważył znamienny fakt: Ewę Bóg stworzył w granicach pięknego rajskiego ogrodu, ale mężczyznę stworzył wcześniej, gdy rajski ogród jeszcze nie istniał, w dzikiej przestrzeni. I to znajduje odzwierciedlenie w naszych duszach (umysłach, psychikach) właściwie do dziś. Serce mężczyzny pozostaje nieoswojone.

Podobne rozważania znalazłem u Richarda Rohra w jego ciekawych refleksjach na temat męskiej duchowości zawartych w książce „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego”.



--
* John Eldredge, „Dzikie serce”,    przekład Justyna Grzegorczyk, W drodze, wyd. II, s. 129.

środa, 8 maja 2019

Szaleństwa modemowej Głębi

„Labirynt odbić” – Siergiej Łukjanienko

Dopiero przy drugim czytaniu, po kilkuletniej przerwie, odkryłem, czemu ta książka tak mi się podobała – w pewnym sensie była podobna do „Neuromancera” Williama Gibsona. Jednak z perspektywy czasu zauważam, że Łukjanienko popełnił pewien błąd: chcąc uwiarygodnić swoją opowieść zawarł w niej zbyt wiele detali typowych dla tamtych czasów. Dziś komputer z procesorem z rodziny 386 albo wdzwaniany przez telefon (modem) dostęp do internetu, to prehistoria.

Głównym bohaterem jest młody Rosjanin Lonia (Leonid), nazywający też siebie w przestrzeni wirtualnej, Strzelcem. Stary „doomer” – weteran gry „Doom” z lat dziewięćdziesiątych, strzelanki pierwszoosobowej, uznawanej za pioniera gier FPS.

Dibienko odkrył, wynalazł, napisał Deep-program, który początkowo miał pomagać w medytacji, ale okazało się, że pozwala on zanurzyć się w świecie wirtualnym wszystkimi zmysłami. W Głębi, bo tak nazwano tą przestrzeń, alternatywną rzeczywistość, można grać, pracować, bawić się, żyć. Większość ludzi nie jest w stanie wyjść z Głębi mocą własnej decyzji i dlatego komputery zaopatrywane są w specjalny program, timer, który wymusza przerwanie połączenia z siecią, po określonym czasie. Są jednak wyjątki – nurkowie, elita Głębi, ludzie, którym timery nie są potrzebne, bo potrafią wyjść z komputerowej rzeczywistości, kiedy tylko zechcą.

Lonia dostaje zlecenie od tajemniczego Człowieka Bez Twarzy – z gry o nazwie Labirynt Śmierci ma wyciągnąć gracza, który utknął na 33 poziomie i samodzielnie nie może się wydostać, nie wiadomo właściwie, dlaczego. A przynajmniej tak się początkowo wydaje. Próby wyprowadzenia Nieudacznika z Labiryntu są okazją do prezentacji przekonań autora na różne tematy, w tym na kwestie poważne, egzystencjalne.

Niezła powieść, warta przeczytania, ale pod warunkiem, że będzie się z przymrużeniem oka czytać o rozwiązaniach technicznych, które są z zupełnie innej epoki, czyli sprzed około 20-30 lat.

Z czasem ukazała się druga część przygód Loni – „Fałszywe lustra”.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Znów coś przemija z wiatrem...

„Złote Wybrzeże” – Nelson DeMille

Johna Grishama wszyscy znali jako autora znakomitych thrillerów prawniczych. Aż tu nagle pojawił się „Malowany dom” (później „Czuwanie” znane też jako „Chłopcy Eddiego”) i wielu czytelników było potężnie rozczarowanych. Czyja to wina, kto spie… sprawę? Autor? Tłumacz? Wydawca? Tak, oczywiście, że ten ostatni. Z premedytacją nie zawiadomił jasno i wyraźnie potencjalnych nabywców, że ta akurat pozycja Grishama, to powieść społeczna, obyczajowa. Oczywiście nie było i nie ma takiego obowiązku, nie wymaga takich działań żadne prawo, ale… nieładnie. 
Nelsona DeMille wielu czytelników znało jako autora powieści sensacyjnych, thrillerów. A tu nagle polski wydawca bez ostrzeżenia wypuścił na rynek „Złote Wybrzeże”, książkę, która thrillerem zdecydowanie nie jest. Może raczej powieścią psychologiczną i socjologiczną z elementami romansu dla mężczyzn.

Złote Wybrzeże na Long Island obejmuje północną linię brzegową hrabstwa Nassau i łańcuch niskich wzgórz, wznoszących się obszarze do około dziesięciu mil od lądu. Kiedyś (początki dwudziestego wieku) skupisko władzy, bogactwa oraz – rozumianej na wzór amerykański – arystokracji. Stare rody i fortuny tak wielkie, że właściciele okazałych willi z basenami w Beverly Hills, są w porównaniu z nimi żebrakami. Na Złotym Wybrzeżu domy nie mają numerów – poczcie muszą wystarczyć nazwy rezydencji.

Głównym bohaterem i narratorem jest John Sutter, odnoszący sukcesy prawnik z Wall Street (i nie tylko). Jego przodkowie zamieszkiwali na Long Island od siedemnastego wieku, co tutaj ma kolosalne znaczenie. Jon jest dość zamożny, ale nie bogaty. Mieszka z żoną (lady Stanhope) i dorastającymi dziećmi w skromnym, piętnastopokojowym domku gościnnym położonym na ziemiach należących do teściów. Pałac, Stanhope Hall, czeka na nabywcę.

Około czterdziestoletni John Sutter trochę zaczyna się w życiu nudzić (wcześniejszy kryzys wieku średniego?), ma pewne problemy w związku, czegoś zdaje się szukać, nie bardzo jednak wiedząc, czego. Wtedy rezydencję w sąsiedztwie, pałac Alhambra, kupuje bezwzględny szef mafii, Frank Bellarosa. Jego obecność działa jak katalizator… spraw, zdarzeń, narastających kłopotów.  Mafioso najpierw, niewinnie, poprosił Suttera, by ten reprezentował go w pewnej legalnej transakcji, ale wreszcie sięgnął po duszę prawnika… i jeszcze więcej.

Dobra książka. Mam do niej sentyment. Czytałem pierwszy raz mnóstwo lat temu, ale czasem wracam do co ciekawszych fragmentów. Lubię Johna Suttera, a zwłaszcza jego specyficzne poczucie humoru i wnioski, jakie wyciąga z obserwacji otaczającego świata. Jest w książce także wątek kryminalny, ale jakby przy okazji, dodatkowo – do końca upierał się będę, że ta powieść nie jest thrillerem. Porównanie do powieści Fitzgeralda „Wielki Gatsby” wydaje mi się sensowne, choć niezbyt dokładne.

środa, 10 kwietnia 2019

Polski Brudny Harry na tropie


„Ekspozycja” – Remigiusz Mróz

Dawno, dawno temu dowiedziałem się, że Amerykanie dziwią się Polakom, że ci rozróżniają fotografię i fotografikę, zamiast po prostu dzielić fotografię na dobrą i złą. Po latach, kiedy naczytałem się współczesnych powieści polskich, wątpliwości wróciły – czy powieści dzielą się po prostu na dobre i złe, czy może jednak jest to odrobinę bardziej skomplikowane i, na przykład, ich twórcy dzielą się na artystów i rzemieślników, na pisarzy i autorów? Oczywiście każdy pisarz jest autorem, ale chyba nie każdy autor jest pisarzem…
Moje rozważania i wątpliwości dotyczą głównie autorów polskich, ale nie dlatego, że uważam ich za znacząco gorszych od całej reszty, ale ze względu na wkład w ostateczny kształt dzieła, tłumacza – w przypadku powieści niepolskojęzycznych. Starsi miłośnicy fantastyki pamiętają zapewne, jak bardzo spieprzyć sprawę może autor przekładu.
Temat ten powrócił do mojej świadomości, wypłynął jakby na jej powierzchnię, gdy czytałem Sumlińskiego – bardzo możliwe, że człowiek ten ma rację, ale pisze bardzo źle, a poza tym… http://kompromitacje.blogspot.com/2016/01/sumlinski-plagiator-patologiczny.html. Ostatecznie i ponad wszelką wątpliwość, Wojciech Sumliński jest autorem, ale – moim niezwykle skromnym zdaniem i tak, jak ja to rozumiem – pisarzem nie jest w najmniejszym nawet stopniu.
Głowacki, Tokarczuk, Dukaj, Myśliwski, Libera – to pisarze. Czy Grochola albo Mróz są pisarzami, czy tylko autorami?

Na krzyżu na szczycie Giewontu ktoś powiesił nagie zwłoki docenta Chilmoniuka, z Uniwersytetu Rzeszowskiego, specjalisty od zwojów znad Morza Martwego (Qumran) i numizmatów z tamtych czasów. W jego gardle komisarz Wiktor Forst znalazł kopię starożytnej monety.
Z tajemniczych powodów (tajemniczych do czasu) Forst zostaje zawieszony, co nie przeszkadza mu prowadzić śledztwa w stylu, wypisz-wymaluj, Brudnego Harry’ego. Namawia do współpracy Olgę Szrebską, dziennikarkę łaknącą zawodowych sukcesów.
Huraganowa akcja non-stop, trupów z monetami w ustach przybywa, okazuje się, że takich zbrodni było mnóstwo, także w odległej przeszłości, dzielna para w tajnej misji przedziera się przez Białoruś do Rosji…

Myślę, ze Remigiusz Mróz miał całkiem dobry pomysł, ale zrealizował go… hm… tak sobie.  Powieść wydaje się nie do końca przemyślana, ale przede wszystkim... niedopracowana. Podam może jeden przykład. Białorusini obiecali udostępnić Forstowi i Szrebskiej swoje akta i zrobili to. Okazało się, że akta białoruskich służb specjalnych są po białorusku. Forst uznał to za niewątpliwy dowód wielkiego spisku. Ups!

Niezła rozrywka, jeśli nie czepiać się detali i traktować ją z przymrużeniem oka. Można przeczytać, ale niekoniecznie trzeba.

A wracając na moment do rozważań z początku tej gawędy, zastanawiam się, kiedy zaszła zmiana, kiedy autorzy i wydawcy odkryli, że można znacząco obniżyć jakość, nie tracąc przy tym za bardzo na liczbie sprzedawanych egzemplarzy? Bo wielu czytelnikom i tak się podoba, i tak są zadowoleni…

piątek, 5 kwietnia 2019

Dzieci zbrodniarzy wojennych


„Dzieci Hitlera” – Gerald Posner

Wisława Szymborska w wierszu „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” napisała: Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. W pełni się zgadzam. Jeśli nawet czasem podczas lektury zastanawiałem się przez chwilę, jak ja bym postąpił, zachował się w określonej sytuacji, to do tych swoich pomysłów nie przywiązywałem się za bardzo, bo wiem już od dawna, że tak naprawdę nie wiem, co by było, gdyby… Zdarzały mi się w życiu sytuacje i okoliczności, w których przyjąłem postawę zupełnie odmienną od tej, którą byłem sobie w stanie wyobrazić.

Książka zawiera jedenaście rozmów, wywiadów, z dorosłymi dziećmi nazistowskich prominentów, m.in. z synami Hansa Franka, synem Josefa Mengele, synami Karla Saura (zastępcy Speera), córką Hjalmara Schachta (jednego z bardzo niewielu uniewinnionych w Norymberdze, geniusza finansowego), synem admirała Karla Dönitza, synem Clausa von Stauffenberga, synem Rudolfa Hessa (nie mylić z Rudolfem Hössem, komendantem obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau), córką Ernsta Mochara (mniej w Polsce znany), córką Hermanna Göringa oraz córką Maxa Drexela.

Wszystkie relacje/rozdziały zbudowane są według identycznego schematu: sylwetka ojca ze szczególnym uwzględnieniem zbrodni wojennych, a następnie opowieść dziecka (dorosłego, często starszego człowieka) o ojcu, o swoich z nim relacjach, o ocenie życia i postawy ojca oraz o własnym życiu i problemach w związku z powiązaniem z rodzicem nazistą.

Dzieci zbrodniarzy prezentują postawy skrajnie odmienne. Syn Rudolfa Hessa uważa ojca za człowieka pokoju niesprawiedliwie osądzonego przez zwycięzców. Jeden z synów Hansa Franka usprawiedliwia, a nawet podziwia ojca, a drugi ostro go potępia. Syn Josefa Mengele, po próżnych staraniach porozumienia z ojcem (raczej po próbach zmuszenia go, by uznał swoją winę) ostatecznie go odrzuca.
Specyficzna jest relacja syna Clausa Stauffenbegra – jest wręcz dumny ze swojego ojca, który podjął próbę zgładzenia Hitlera i zapłacił za to życiem. Ale to jest sytuacja wyjątkowa. Ciekawa jest opowieść córki Ernsta Mochara o dwudziestu ponad latach kłótni z ojcem, który może nie był zbrodniarzem, ale fanatycznym nazistą został do końca życia, sprzeczał się z faktami, negował rzeczywistość. Ojciec Dagmar Drexel (rzeźnik z Ukrainy, dowódca grup specjalnych mordujących cywili) też twierdził, że właściwie nie zrobił nic złego.

Gerald Posner rozmawiał z tymi ludźmi, którzy zgodzili się na ujawnienie imion i nazwisk. Ograniczył się też wyraźnie do dzieci prominentnych nazistów (z wyjątkiem Mochara). Dlatego relacji jest tak niewiele.

Być może z równą ciekawością, może i większą, przeczytałbym wyznania synów i córek esesmanek z obozów koncentracyjnych, niemieckich zbrodniarek, jednak autor z jakiegoś powodu postanowił ograniczyć się do mężczyzn.

czwartek, 28 marca 2019

O niemieckim Dolnym Śląsku


„Nad Śnieżnymi Kotłami” – Krzysztof Koziołek

Do Schreiberhau przeniesiony został – i nie był to awans, niestety – asystent kryminalny Anton Habicht. Jego żonie nawet się tam podoba, ale Habicht jakoś nie może dogadać się z szefem miejscowej żandarmerii, Sombrowskim, złośliwym autokratą. 

W pewną niedzielę, w sierpniu 1939 roku, Habicht wysłany zostaje do schroniska, zwanego szumnie hotelem górskim, „Nad Śnieżnymi Kotłami”, żeby wyjaśnić sprawę zaginionej broszki mecenasowej Fraitagowej. Zadanie okazuje się banalne, ale zanim asystent wyruszył w drogę powrotną, z okna schroniska wypadła żona urzędnika ze Schreiberhau, Elfriede Goretzki, i to tak nieszczęśliwie, że skręciła sobie kark. Początkowo wydawało się, że to nieszczęśliwy wypadek (obserwowała szybowce), ale dokonując kilku rutynowych działań i ustaleń, Habicht doszedł do wniosku, że kobieta została zamordowana.

Anton Habicht prowadzi śledztwo, lecz początkowo problemów, wątpliwości i tajemnic tylko lawinowo przybywa. Pojawiają się kolejne zwłoki, na jaw wychodzą spiski, wielkie łapówki oraz inne mroczne tajemnice miejscowego establishmentu.

Autor upchnął w przeciętnej raczej powieści kryminalnej całe mnóstwo rozmaitych ciekawostek regionalnych (historycznych, kulinarnych, kulturalnych, sportowych, przemysłowych itd.), które świadczyć mogą o jego fascynacji okolicą, ale dla fabuły nie mają większego znaczenia. Sukcesu Krajewskiego, który pierwszy chyba lokował akcję swoich powieści w okresie międzywojennym i w pewnym mieście, które było niemieckie do końca wojny światowej, Koziołek raczej nie powtórzy. Chyba, że swoją twórczością zainteresuje Niemców, dawnych mieszkańców lub potomków mieszkańców Schreibenhau (Szklarska Poręba), Krummhübel (Karpacz), Seidorf (Sosnówka) itd. Wtedy te niezliczone dodatki, na przykład o tym, jak bardzo zasłużyły się dla regionu niemieckie towarzystwa górskie i turystyczne, staną się naprawdę istotne.

Anton Habicht jakoś nie wzbudził mojej sympatii – arogancki, napastliwy, wyraźnie dumny ze swojej rangi i stanowiska, i podkreślający je na każdym kroku. Nawet wtedy, kiedy – jako człowiek w tych okolicach nowy – czymś się wyraźnie wygłupił.

-Berta! – Mężczyzna za kontuarem odwrócił głowę w kierunku kuchni – Co masz aktualnie na ogniu?
Z niewielkiego okienka dobiegł wrzask, którego sens trudno było zidentyfikować.
- Najszybciej będą dla pana golusieńkie dziewczyny – Stojący za ladą uśmiechnął się w wymuszony sposób.
Policjantowi mowę odjęło. Z tyłu dał się słyszeć czyjś śmiech, ktoś inny pozwolił sobie na kąśliwą uwagę.
- Słucham? – rzekł po dłuższej chwili – Co mi pan tu znowu imputuje? Czy ja wyglądam na bawidamka?
- Pan mnie źle zrozumiał…
- Tak? Ja ci zaraz pokarzę, co to znaczy, nie rozumieć! – Asystent kryminalny zaczął podkasywać rękawy.
- Gdzie z tymi łapami? – Mężczyzna wreszcie się ożywił – Zamawiaj pan albo won za drzwi!
- Co? – Miarka się przebrała. Habicht wyjął z kieszeni odznakę i trzasnął nią w ladę. – Takim tonem do policjanta na służbie.
- Najmocniej szanownego pana przepraszam. – Mężczyzna się przygarbił. – Chodzi o fasolę…*.

Te „golusieńkie dziewczyny” to była popularna, regionalna potrawa z fasoli, a policjant z powodu swojej niewiedzy straszył ludzi, groził, walił legitymacją służbową… Choć z drugiej strony nie jest wykluczone, że takie postawy i zachowania były bardziej zgodne z realiami, z rzeczywistością.

Bardzo mi się spodobała okładka książki. Przyjemnie na nią popatrzeć, przyjemnie wziąć do ręki. To akurat kawał dobrej roboty! Nawet jeśli się wie, jak powstała i skąd pochodzi: 




--
* Krzysztof Koziołek, „Nad Śnieżnymi Kotłami”, Muza, 2019, s. 61-62.