wtorek, 15 stycznia 2019

Zbyt fantastyczna fantastyka


„Ptak śmierci” – Harlan Ellison

Skromny zbiór opowiadań. Podobno tych najlepszych i nagrodzonych. Zawiera: „Ukorz się pajacu, rzecze Tiktaktor”, „Nie mam ust, a muszę krzyczeć”, „Ptak śmierci”, „Bestia, która wykrzyczała miłość w sercu świata”, „Jeffty ma pięć lat”, „Dryfując między wysepkami Langerhansa”, „Paladyn zgubionej godziny” i „Rola marzeń sennych”.

W przypadkach zbiorów opowiadań, nowel, esejów itp. zwykle bywa tak, że jedne podobają się mniej, inne bardziej. U Ellisona jest inaczej, bo jego opowiadania albo mi się podobają, albo ich nie rozumiem. Niestety, nieco więcej tych drugich, ale… niewiele więcej. Znakomite są: „Jeffty ma pięć lat” i „Nie mam ust, a muszę krzyczeć”, ale po recenzjach innych czytelników widzę, że każdemu spodobało się coś innego i z innych powodów.

Koncertowo spie… okładka – gdyby nie polecenie kolegi, zapewne bym po nią nie sięgnął. Jednak poza tym, i tylko moim skromnym zdaniem, jest to zapewne niezła pozycja dla miłośników mocno fantastycznej fantastyki.

To wszystko.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Syberia, Kazachstan, Kołyma


„Dziewczyny z Syberii” – Anna Herbich-Zychowicz

Anna Herbich, „Dziewczyny z Syberii – prawdziwe historie”, wyczytałem na okładce książki. Do tego urokliwe zdjęcie (na współczesny makijaż zwróciłem uwagę za późno) stylizowane na przedwojenne, ale kolorowane, i dałem się zwieść.
Najmniej przyczepiałbym się do autentyczności dziesięciu opowieści zawartych w zbiorze. Te relacje są najprawdopodobniej prawdziwe. Kłopot w tym, że zawierają, jak sądzę, jedynie część prawdy. Dziesięcioletnie dziecko, któremu ukradli ciepłe ubrania i buty, boso, w lichej koszulinie, żyło w nieogrzewanej ziemiance (i przecież nie tylko) i funkcjonowało samodzielnie w czterdziestostopniowym mrozie. No, dobra… ale jak technicznie i konkretnie udało się tego dokonać? 

Po lekturze czterech relacji wróciłem do okładki. Dopiero wtedy zauważyłem zwodnicze zdjęcie, zauważyłem „dziewczyny”, co zdecydowanie lepiej brzmi niż „dziewczynki” albo „kobiety”, prawda? Ani przed wojną, ani obecnie, nikt nie nazwie ośmio- czy dziesięciolatki dziewczyną! Wreszcie zachciało mi się dowiedzieć czegoś o autorce i okazało się, że nazywa się ona Herbich-Zychowicz. Moment wystarczył, żebym zorientował się, że jest żoną „tego” Zychowicza – historyka już wręcz sławnego z prowokujących publikacji. Cóż… autorka, pisząc „Dziewczyny” zapewne nie była jeszcze jego żoną, skoro na okładce jest tylko jedno nazwisko. Bo nie śmiałbym sugerować, że skoro na hasło „Zychowicz” wielu potencjalnych czytelników, nawet tych zainteresowanych tematem, odpowiada zdecydowanie: „nie, dziękuję” (tak było ze „Skazami na pancerzach”), więc może lepiej nie pchać go w oczy nabywcom.

Wydaje mi się, że ta dobra skądinąd książka byłaby bardziej wiarygodna bez takich prymitywnych zagrywek marketingowych. Niestety, tego typu zdjęcia na okładkach widoczne są i na innych książkach pani Herbich.

A treść? Poza tym, że bardzo jednostronna, to wstrząsająca, przygnębiająca, rodząca złość, wynikającą z bezsilności. Bohaterki relacji przeżyły i to jest pocieszające, ale śmierć matki, trzydziestojednoletniej kobiety, która zmarła z chorób i wycieńczenia gdzieś w Kazachstanie, zostawiając tam dwie córeczki… horror. Poza tym, ile przeżyło? Jedna na dwadzieścia? Na sto?

Oby lektura tej książki czegoś polityków nauczyła. I nie tylko ich oczywiście, bo przykazanie „kochaj bliźniego” aktualnie w Polsce, wobec nie-Polaków lub niekatolików, realizowane jest jakoś… dziwnie. Zresztą, w relacjach kobiet, które przeżyły zsyłkę, postawy rodaków też bywają, delikatnie mówiąc, wysoce problematyczne.
Ciekawe reprodukcje starych fotografii – inny świat, inne kanony piękna, moda, fryzury, ale warte wpatrzenia się, przeżycia, uruchomienia wyobraźni.

czwartek, 10 stycznia 2019

Karki, czyli żołnierze "mafii"


„Masa o żołnierzach polskiej mafii” – Jarosław Sokołowski "Masa", Artur Górski

Książka bardzo podobna, wręcz łudząco, do „Masa o kilerach polskiej mafii”. Gdyby je połączyć w całość pod tytułem, na przykład, „Masa o członkach polskiej mafii”, to nikt nie zauważyłby żadnej różnicy. Bo i tu też niektóre akcje kończą się śmiercią. Ale przecież co dwie książki, to nie jedna, honoraria też podwójne. Tylko czytelnik (czytaj: jeleń) płaci.
Może odrobinę więcej niż w poprzednim tomie, jest tu wywiadów z osobami innymi niż Masa, gangsterami odsiadującymi długie wyroki albo takimi, którzy porzucili bandyckie rzemiosło i są teraz szanowanymi polskimi biznesmenami.

Masa wyśmiewa określenie „żołnierze”, które w tym środowisku (według niego) nigdy używane nie było, bo mówiło się o chłopakach z Pruszkowa, chłopakach z Mokotowa itp., ale co tam! W tytule i w treści pozostali ci „żołnierze”, bo to takie dobre wrażenie robi!

Ciekawa jest rozmowa autora, Artura Górskiego, z psychologiem, terapeutą, którego klientami są często gangsterzy (nawiązanie do filmu „Depresja gangstera) i ich najczęstsze problemy, a więc przede wszystkim seksoholizm i paranoje.

Światowi gangsterzy są wcale częstymi gośćmi w gabinetach terapeutów, a problemy, z jakimi tam przychodzą, to doskonały materiał na gruby podręcznik. Nie inaczej jest w Polsce. Psychoterapeuta i seksuolog Andrzej Gryżewski, który wyspecjalizował się w pomaganiu byłym i wciąż czynnym członkom grup przestępczych, nie narzeka na brak klientów. Przeciwnie. Aby przeprowadzić z nim wywiad, musiałem poczekać kilka tygodni.

Ostatecznie i reasumując – literatura bardzo przeciętna, chyba przede wszystkim dla miłośników znakomitego magazynu „Fakt” i na jego poziomie.


Na filmach może zobaczyć wielu bandytów opisywanych w książkach Górskiego.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Zabójcy siermiężno-toporni


„Masa o kilerach polskiej mafii” – Jarosław Sokołowski „Masa”, Artur Górski

Wyzwanie okazało się wyjątkowo trudne. O tej książce (i nie tylko, bo „Masa” zdaje się eksploatować swoją osobę ponad rozsądną normę) trudno jest napisać cokolwiek – wydaje mi się nijaka i naciągana. W tym przypadku Sokołowski wpadł jakby we własne sidła – świadkiem koronnym nie może zostać morderca, więc upiera się on, że nikogo życia nie pozbawił. Ale to też oznacza, że sprzedaje w książce relacje jakby z drugiej ręki, zasłyszane plotki. W „Masa o kilerach” więcej jest ofiar niż zabójców i często są to sprawy niewyjaśnione, bez epilogu. Odnoszę wrażenie, że to był/jest materiał na kilka artykułów, ale nie na książkę. 
Kompletnie bez sensu wydały mi się zamieszczone w książce zdjęcia osób – albo w kominiarkach, albo z rozmazanymi twarzami. Po co umieszczać w publikacji zdjęcia, na których i tak zupełnie nic nie widać? Oczywiście to pytanie retoryczne – żeby sprawić wrażenie dokumentu, związku z faktami, sztucznie uwiarygodnić. 

Każdy, kto ma jakieś wyobrażenie o zawodowych zabójcach wyniesione z filmów lub powieści (np. „Dzień szakala”), a więc mocno nierealistyczne, będzie rozczarowany nijakością i bezbarwnością polskich… hm… kilerów. W większości to zwyczajne bandziory w siermiężno-topornym polskim stylu, osiłki od mordobicia i wymuszania haraczy, którzy w pewnym momencie przekroczyli granicę i pobili kogoś na śmierć albo nawet nauczyli się używać broni palnej. Nauczyli lepiej lub gorzej, bo wiele z opisywanych akcji było nieudanych. 

Nie mam pewności, ale wydaje mi się, że „Masa” zaczął kopiować język gangsterów z polskich kryminałów. Ale pewności nie mam, kto pierwszy, filmowcy, czy bandyci, zaczął używać określenia np. „pięć koła papieru”. Chyba jednak było to w filmie, bo pamiętam tę mowę jeszcze z serialu „Ekstradycja”.

wtorek, 1 stycznia 2019

Kiedy już trafimy do pierdla


„Klawisze i złodzieje” – Krzysztof Kolęda
  
Zaczyna się przygnębiająco i beznadziejnie:

To nie „złodzieje” ryzykują teraz najbardziej. Oni są na ogół fachowcami, zrzeszonymi w gangi i mafie, wspieranymi przez dobrych adwokatów i „brudne” pieniądze. Wobec nich nasz aparat ścigania jest praktycznie bezradny. Czasami policji brakuje na benzynę czy na amunicję do ćwiczebnego strzelania. Prokuratura nie ma dotacji, a sądy bankrutują mimo nakładanych na „złodziei” wysokich grzywien. O rozbiciu, złapaniu i osądzeniu jakiejś zorganizowanej bandy przestępczej już dawno nikt nie słyszał. Teraz łapie się tego, kto jest najsłabszy, kto podpadnie. Czasami przez przypadek.

Zwłaszcza wtedy, kiedy zdajemy sobie sprawę, że tak to teraz, i nie od wczoraj, u nas wygląda.

Krzysztof Kolęda cynicznie stworzył coś na kształt poradnika dla ludzi, którzy tak właśnie, przez przypadek albo nagłą zmianę przepisów, znaleźli się w areszcie śledczym lub więzieniu. „Zawodowym” kryminalistom nie trzeba opowiadać, jak tam jest, co się dzieje, co jest ważne, jak się zachowywać, jak rozumieć pewne komunikaty itd.

Dowiesz się z niej, jak się siedzi w Polsce i jak się siedzi za granicą. Poznasz tajniki tak zwanego drugiego życia w kryminale, dowiesz się o zasadach hierarchii więziennej, co się tam je, co pali, a nawet co nieco o seksie. Poznasz też punkt widzenia strażników i wychowawców (czyli „klawiszy”) na ich pracę i na ich kontakty ze „złodziejami” (czyli więźniami). Jest to prawdziwe vademecum dla pierwszy raz skazanego człowieka.

Jeden z rozdziałów poświęcony został internowanym działaczom opozycji w czasie stanu wojennego. Wynika z niego, że traktowani byli przez klawiszy znacznie lepiej i lepsze mieli warunki niż przestępcy. I dobrze. Inny rozdział omawia problematykę kary śmierci. I w tym przypadku nie wiem, co o tym myśleć, bo całkiem niedawno czytałem „Spowiedź polskiego kata” Andrzejczaka, ale różnice w obu relacjach są znaczące. Jest też w książce mowa o samookaleczeniach, o więzieniach w innych krajach (niewielu), jest słowniczek grypsery, to jest gwary więziennej git-ludzi oraz pamiętnik osadzonego.

Lektura niewątpliwie bardzo ciekawa, ale nieco za długa.


niedziela, 23 grudnia 2018

Rozważania o karze śmierci


„Spowiedź polskiego kata” – Jerzy Andrzejczak

Rozdział I, „Czy kat ma serce?”, i jedno z pierwszych pytań w książce: „Podobno ma pan na sumieniu śmierć ponad 80 Polaków?” – i już zaczęło się źle, i już zacząłem podejrzewać, że to książka tendencyjna, manipulująca uczuciami czytelników w dość prymitywny sposób. To właśnie wydaje się ważne, że w prymitywny. Wielu autorów książek lub innych tekstów stara się czytelników do czegoś przekonać, i w porządku, niech będzie, jednak ważny jest poziom tego przekonywania, stosowane techniki, bo nikt chyba nie lubi, gdy traktuje się go jak upośledzonego umysłowo sześciolatka.

Kat, z którym rozmawia autor, nie wykonywał wyroków na przestępcach, mordercach, gwałcicielach – nie, on ma „na sumieniu” POLAKÓW. A na kim to, do jasnej cholery, miał wykonywać wyroki polski kat w Polsce? Na Aborygenach? Na Eskimosach? Ale jakże emocjonalnie to brzmi, prawda?


Bardzo ważna wydała się informacja, którą łatwo byłoby w książce przeoczyć. Autor, powołując się na jakieś badania,  zamieszcza w niej tabele z porównaniem liczby wyroków śmierci oraz morderstw lub zabójstw. Okazuje się z niej, na co zresztą Andrzejczak oraz kat, z którym rozmawia, specjalnie zwracają uwagę, że w okresach, gdy nie wykonywano kary śmierci, liczba ciężkich przestępstw ewidentnie rosła.

Spora część książki, na pewno znacznie więcej niż rzekoma rozmowa z polskim katem, dotyczy historii kary śmierci i tortur w Polsce i na świecie – wypowiadają się tam historycy, adwokaci, pasjonaci tematyki – i to od średniowiecza albo i jeszcze wcześniej do czasów współczesnych. Średnio to było ciekawe, bo temat potraktowany został powierzchownie.

Andrzejczak sporo uwagi poświęca katowskiej dynastii Pierrepointów, a zwłaszcza ostatniemu z nich, Albertowi (znanemu u nas z filmu „Ostatni kat”). Kłopot w tym, że niektóre informacje o nim nie zgadzają się z tymi, zawartymi w Wikipedii oraz jego oficjalnej biografii.
Ciekawa jest rozmowa z katem brytyjskim, ale trzeba uważać, żeby nie przeoczyć słów „zakładając, że chciałby on odpowiedzieć na pytania”, a więc to tylko spekulacje autora.

Na tendencyjne, prowokujące, dziwaczne pytania Andrzejczaka anonimowy kat często odpowiada spokojnie i rozsądnie: nie wiem, nie, możliwe, nie widziałem itp. I taka to „spowiedź”. 

Reasumując – tytuł uważam za ewidentne nadużycie. To nie jest żadna spowiedź, to książka o karze śmierci na przestrzeni dziejów i w różnych krajach, z rzadkimi i bardzo oględnymi komentarzami polskiego kata.

niedziela, 16 grudnia 2018

Władza - super afrodyzjak


„Gra o tron” – George R. R. Martin

Pierwszy tom cyklu „Pieśń lodu i ognia”.

Lord Jon Arryn, namiestnik króla Roberta Baratheona, umiera niby to złożony chorobą, ale poszlaki wskazują na to, że nie zmarł śmiercią naturalną. W tej sytuacji król udaje się do dawnego przyjaciela i towarzysza broni, Eddarda Starka, by ofiarować mu to stanowisko, ale właściwie, żeby prosić o pomoc w utrzymaniu władzy.

Prawie 800 stron – bardzo szczegółowo opisanego świata z bardzo drobnymi czasem detalami. Mnóstwo postaci – narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, ale co rozdział, to prowadzi ją inna osoba.

Przyjaciele skusili mnie na lekturę, twierdząc, że George Martin stworzył nowy, kompletny świat podobnie jak Frank Herbert w „Diunie”. To chyba niezupełnie tak, bo „Diuna” to zupełnie nowy świat, a „Gra o tron”, przy całkowicie różnej geografii, bardzo przypomina nasze średniowiecze. Ale to nie jest wadą. W każdym razie obie te książki (cykle) traktują o sztuce rządzenia ludźmi.

Po głębokim namyśle zdecydowałem, że dalszych tomów czytać nie będę. Dlaczego? Odpowiedzią jest motto życiowe, jakie kiedyś wybrałem dla siebie: najpierw sprawy najważniejsze. Mój czas na tym najpiękniejszym ze światów jest z natury ograniczony, nie będę przecież żył wiecznie, a to oznacza, że nie na wszystko wystarczy mi czasu. Zdając sobie z tego sprawę, mając taką świadomość, muszę nauczyć się wybierać właśnie to, co jest dla mnie najważniejsze. Rzecz jasna, wcześniej powinienem swoje priorytety rozpoznać.
„Gra o tron” to dobra powieść, ale ja nie mam pół roku, a może znacznie więcej czasu, na poznanie w sumie jednej historii. Aż tak dobra to ona jednak nie jest.

sobota, 1 grudnia 2018

Prawdziwe życie gentlemana


„Patrick Melrose” – Edward St Aubyn

Cykl autobiograficznych mini powieści, na który składają się: „Nic takiego”, „Złe wieści”, „Jakaś nadzieja”, „Mleko matki”, „W końcu”. Były one publikowane osobno w latach 1992-2012. W Polce wydane zostały początkowo w dwóch tomach, aż wreszcie wydawnictwo W.A.B. zdecydowało się wydać cały cykl w jednym tomie.

Trudno mi sobie wyobrazić śledzenie losów Patricka Melrose po kawałku, w kilkuletnich odstępach, a tak to zdaje się początkowo było. Dwa tomy albo jeden da się przeczytać w kilka-kilkanaście godzin. Pięć odcinków mini serialu, można, na upartego, obejrzeć w jeden-dwa dni. Tylko w taki sposób ma to sens, bo ta historia, życie bogatego narkomana i alkoholika, to zdecydowanie jest jedna całość.

Głównym bohaterem jest oczywiście tytułowy Patrick Melrose, przedstawiciel zamożnej brytyjskiej klasy wyższej, dysponujący w zasadzie nieograniczonymi środkami (do czasu), a fabuła książki/książek/filmu dotyczy tragicznego wpływu, jaki na dorosłego mężczyznę miało traumatyczne dzieciństwo z molestowaniem seksualnym włącznie.
Przerażające jest to, jak Patrick, już jako mąż i ojciec dwóch synów, kopiuje zachowania i postawy ojca-sadysty, nie umiejąc wyzwolić się ze schematów wdrukowanych mu w psychikę w dzieciństwie. Jak wyraźnie widać w powieści St Aubyna, nie wystarczy świadomość dorosłego dziecka z rodziny dysfunkcyjnej, by uwolniło się ono od chorej przeszłości.
Jest to także krytyczny, cyniczny i szokujący momentami obraz angielskiej klasy wyższej.

czwartek, 29 listopada 2018

W trybie superekspresowym


„Śmiertelna klątwa” – Agatha Christie

Zbiór ośmiu króciutkich opowiadań Agathy Christie wydany po jej śmierci, w 1979 roku. Część z nich nie jest nawet kryminalna, że tak to ujmę, bo albo przygodowa, albo bliska horrorom.

W skład zbiorku wchodzą: „Azyl”, „Dziwny żart”, „Narzędzie zbrodni”, „Śmiertelna klątwa” (w wersji rozwiniętej w powieści „Noc i mrok”), „Idealna służąca”, „Opowiadanie panny Marple”, „Lalka krawcowej” oraz „Mroczne odbicie” (bez udziału panny Marple).

"– Jane powiedziała nam, że jest pani najlepszym detektywem, panno Marple!
Starsza pani zamrugała oczami i zaprotestowała skromnie:
– Ależ skąd! To nie tak. Po prostu, jeśli żyje się, tak jak ja, w małej wiosce, można dobrze poznać ludzką naturę"*.

Panna Marple rozwiązuje zagadkę mężczyzny, który postrzelony i umierający został znaleziony w kościele przez żonę pastora, pomaga narzeczonym odnaleźć ukryty spadek, dzięki krawieckiej szpilce ujawnia zabójcę jednej z mieszkanek St Mary Mead… Znakomita, choć bardzo prosta, rozrywka.



--
*Agatha Christie "Śmiertelna klątwa ", przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996, s. 30.