wtorek, 11 maja 2021

Prawda boleśnie prawdziwa

„Holokaust. Prawdziwe historie ocalonych” – Lyn Smith  (wyd. 4)

W zasadzie tytuł i podtytuł (uwaga: podtytuły są różne w różnych wydaniach) określają jednoznacznie treść książki. Jednak jest ona nieco odmienna od wielu innych pozycji na temat Zagłady, które czytałem.

„Co więc różni te relacje od tego, z czym polski odbiorca miał do czynienia choćby w trakcie szkolnej nauki? Przede wszystkim są to świadectwa prywatnych ludzi nagrywane od zakończenia wojny praktycznie do dzisiaj – historia przekazywana jest przez pryzmat osobistych przeżyć, bardzo subiektywnie. Najważniejszą kwestią wydaje się włączenie do historii Holokaustu wydarzeń z okresu poprzedzającego wojnę i późniejszego, tuż po jej zakończeniu”[1].

Autorka cytatu ma w nim rację tylko częściowo – osobiste wspomnienia prywatnych osób nie są w tym temacie niczym nowym. „Dziennik Anne Frank”, na przykład, jest tak prywatny i osobisty, że nie da się bardziej. Natomiast rzeczywiście niewiele jest relacji z Holokaustu, które pokazują czasy przed wojną światową. Wprawdzie plan „ostatecznego rozwiązania” formalnie narodził się dopiero około 1943 roku, ale nie pojawił się znikąd. Zagłada była wynikiem wielu lat przemian. Przemian świadomości, przekonań, postaw życiowych. Oczywiście także polityki. Nie kończy się też w dniu kapitulacji Trzeciej Rzeszy – byłoby to zbytnie uproszczenie. Można to porównać do tematu nazistowskich obozów koncentracyjnych: obóz (taki lub inny) zostaje wyzwolony… i co? Odtąd żyli długo i szczęśliwie? Od tego dnia wszystko już było w porządku? Czyżby?

Podczas lektury przyszło mi do głowy porównanie: można napisać książkę o uprawach leśnych, o lasach po prostu, w Grecji, Polsce, Bułgarii, Niemczech, Austrii, o polityce wykorzystywania drewna i odtwarzania zasobów, ale… nie będzie w niej ani jednego słowa o jakimkolwiek drzewie. Lyn Smith napisała właśnie o pojedynczych drzewach.

Ktoś kiedyś stwierdził, że pięciu zabitych, to ofiary, ale pięć milionów zabitych, to tylko polityka i statystyka (albo jakoś tak, podobnie). Trudno się przecież identyfikować lub utożsamiać z milionami, ale w przypadku konkretnych osób wygląda to zgoła inaczej. Poza tym często wydaje nam się, że wszystko, całe zło, można zrzucić na wojnę. Niby wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem, ale… Lyn Smith bardzo boleśnie uświadamia czytelnikowi, że te okropieństwa różnego typu działy się zarówno przed wojną, jak i wiele lat po jej zakończeniu.

„Ruth Foster. Uczennica niemiecka pochodzenia żydowskiego, Lingen.
Urodziłam się w 1923 roku w Lingen, prowincjonalnym miasteczku blisko granicy holenderskiej. Rodzina mojego ojca mieszkała w tej okolicy od 1670 roku. Matka pochodziła z Holandii. Lingen w tym czasie liczyło około 5000 mieszkańców, w tym około 20 rodzin żydowskich. Byłam jedynym dzieckiem”[2].

„John Lawrance. Austriacki uczeń pochodzenia żydowskiego, Wiedeń.
Urodziłem się w Wiedniu, w dziewiątej dzielnicy, 29 maja 1922 roku. Rodzice byli narodowości austriackiej, ale nie pochodzili z Wiednia – ojciec urodził się w Krakowie, w Polsce, a matka w Oświęcimiu. Mieszkałem w Wiedniu aż do naszego wyjazdu 29 czerwca 1938 roku. Mieliśmy ładne mieszkanie…”[3].

„Roman Halter. Polski uczeń pochodzenia żydowskiego. Chodecz.
Urodziłem się w Chodczu, małym mieście nazywanym jidysz sztetl. Osiemsetosobowa społeczność żydowska składała się z ludzi biednych i bardzo biednych”[4].

Jan Hartman – czeski uczeń. Steven Frank – holenderski uczeń. Edith Baneth – czeska uczennica. Jacob Pesate – rumuński student. Marsha Segall – litewska uczennica. Leon Greenman – angielski biznesmen. Janine Ingram – grecka uczennica…
Rodzice, rodzeństwo, mieszkanie, warunki, szkoła, przyjaciele, pasje, zajęcia – to już nie są bezimienne miliony. To konkretni ludzie, czasem nawet widoczni na zdjęciach, i cały ich świat. Nie tak trudno znaleźć rodzinę, miejsce lub okoliczności podobne do swoich. Zwłaszcza, że nie wszystkie relacje dotyczą Żydów, bo Niemcy usiłowali zgładzić też Cyganów, Świadków Jehowy, niepełnosprawnych, komunistów i wielu innych „podludzi”.

Relacje zebrane przez Lyn Smith podzielone zostały na kilka okresów, a więc początek lat trzydziestych i pierwsze prześladowania, próby szukania schronienia w latach 1937-39, wojna, getta, obozy, marsze śmierci, wyzwolenie w 1945 roku i… wcale nie tak cudowne życie po wyzwoleniu.

„Taube Biber. Uczennica polska pochodzenia żydowskiego. Mielec.
Było to w wigilię żydowskiego Nowego Roku, kiedy ortodoksyjni Żydzi przygotowywali się do święta. Oczywiście Polacy współpracowali (z Niemcami), oprowadzali i pokazywali, gdzie jest synagoga, a gdzie łaźnia rytualna. Niemcy weszli do łaźni, wygarnęli wszystkich na korytarz, oblali naftą i podpalili”[5].

Oczywiście…
Choć nie jest to polska książka i Polaków raczej w niej niewielu, to, zdaje się, nie zaprezentowaliśmy się zbyt dobrze (eufemizm!), niestety. Kościół katolicki też nie.

Właściwie prawie każdy rozdział zawiera wspomnienia przerażające, ale – pomijając koszmary obozowe – najbardziej poruszył mnie temat manipulacji władzy, która szuka (i tak łatwo znajduje) potrzebnych jej wrogów narodu, winnych całego zła. To przecież ci straszni Żydzi chcą zniszczyć wielkie Niemcy! Żydzi są winni przegranej w pierwszej wojnie światowej, a poza tym – zabili Jezusa. Tylko niech się nikt nie waży wspominać, że Jezus też był… To syjonistyczna propaganda i tyle.
Kilkanaście lat później nasza, to jest polska, władza też mocno potrzebowała wrogów i natychmiast wynalazła sobie „zaplutych karłów reakcji”, „wrogów ludu pracującego miast i wsi” itp. A najgorsze wydaje się to, że ta prymitywna z pozoru sztuczka nadal się udaje i to już w XXI wieku, w pozornie cywilizowanym kraju w środku Europy. I miliony ludzi władza skutecznie przekonuje, że… „oni są straszni, ale my was przed nimi obronimy, uratujemy”.

Poruszająca lektura. Skłaniająca do refleksji. Wzbudzająca skrajne emocje. Polecam.


[1] Anna Puziewicz – z przedmowy do polskiego wydania książki „Holokaust. Prawdziwe historie ocalonych”, Lyn Smith, Wydawnictwo RM, wyd. IV, 2020, s. XIII.
[2] „Holokaust. Prawdziwe historie ocalonych”, Lyn Smith, przekład Anna Puziewicz, Wydawnictwo RM, wyd. IV, s. 7.
[3] Tamże, s. 10.
[4] Tamże, s. 11.
[5] Tamże, s. 74.

 

 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl. 

wtorek, 4 maja 2021

Dla marynistów i militarystów

 „Kobra” – Frederick Forsyth

Fantastyczna opowieść o próbie „zniknięcia” kokainy z rynków światowych. Napisana w taki sposób, że to nieomalże wygląda na relację z prawdziwej operacji – taka jest książka rzetelna, konkretna i wiarygodna. Autor bardzo się postarał, żeby wszystko albo prawie wszystko wydawało się realne. Może nawet za bardzo się postarał, bo natłok wysoce specjalistycznych informacji, dotyczących mórz, oceanów, szlaków żeglugowych, portów, także małych, nieznanych, statków, okrętów, łodzi, stoczni, informacji o jednostkach wojskowych różnych krajów, a zwłaszcza przeróżnych sił specjalnych, o urzędach i instytucjach, zajmujących się cłem i przechwytywaniem kontrabandy – także w wielu różnych państwach… Być może komuś sprawi frajdę śledzenie akcji z wielkim atlasem geograficznym na kolanach, ale ja do znawców i miłośników marynistyki i wojskowości nie należę, więc momentami powieść wydawała mi się nużąca.

Emerytowany agent, z którym CIA rozstała się, zarzucając mu zbytnią brutalność, Paul Deveraux (przyjął kryptonim „Kobra”) realizuje polecenie prezydenta, który domaga się likwidacji… może nie całej branży narkotykowej, ale przynajmniej rynku kokainy. Dysponując dwumiliardowym budżetem Kobra realizuje zadanie w brawurowym stylu i choć ustawicznie łamie prawo, sympatia czytelnika jest po jego stronie. Szkoda, że w rzeczywistości coś takiego się nie odbyło i nie udało.

piątek, 30 kwietnia 2021

Wysoce intensywne banialuki

 „Intensywność” – Dean R. Koontz

Dwudziestosześciolatki, przyjaciółki ze studiów, Laura Tempelton i Chyna Shepherd wybierają się na weekend do domu Templetonów na prowincji – szczęśliwa rodzina zajmuje się uprawą winorośli. Ogromny to kontrast w porównaniu z wysoce patologiczną rodziną Chyny.

W nocy wszyscy Templetonowie zostają wymordowani, ale Chyna nie słyszy strzałów, krzyków, szamotaniny; jedynie dwa zduszone okrzyki. Chowa się wtedy pod łóżko w swoim pokoju. Po chwili wchodzi do niego zły człowiek; z czegoś – Chyna nie widzi z czego, bo leży pod łóżkiem – teatralnie kapie krew.

Zamiast siedzieć pod tym łóżkiem, gdzie morderca – jak widać – jej nie znalazł (nie jest nawet pewne, czy on wie o jej istnieniu), Chyna zaczyna plątać się po sporym domu Tempeltonów. I tak sobie chodzą po chałupie – morderca i Chyna – co przypomina nieco Kevina, który sam został w domu.

Wreszcie psychopatyczny morderca, Edgler Vess, zabiera zwłoki Laury Tempelton i szykuje się do odjazdu swoim kamperem. Co robi Chyba? Włazi do tego wielkiego auta z nim i odjeżdżają. Chyna postanawia, że nie dopuści, by Vess poigrał sobie z ciałem Laury. Na czym konkretnie miałoby to igranie polegać, to właściwie nie wiadomo, ale takie określenie zostało wiele razy użyte. Podczas tych zabaw w chowanego morderca mnóstwo razy mógł zobaczyć Chynę, ale zawsze, jakoś tak, patrzył w inną stronę.

Po kilku godzinach jazdy Edgler Vess zatrzymuje się na stacji benzynowej. Chyna wymyka się z kampera. Vess jej nie zauważył, bo patrzył w inną stronę. Dziewczyna nie zawiadamia pracowników stacji (dwóch i uzbrojonych), nie ostrzega ich, że za chwilę wejdzie tu morderca, nie – prosi ich tylko, żeby mu nie mówili o niej. Czy naprawdę w USA zadaniem obsługi na stacji benzynowej jest informowanie jednych klientów o innych klientach? W związku z tym Edgler Vess spokojnie morduje pracowników. I odjeżdża. Co robi Chyna? Podąża za nim.

W tym momencie miałem dość. Wprawdzie w końcu pojawiły się jakieś strzępki sensu (tajemnicza Ariel, więziona przez Vessa), ale… Fabuła mocno naciągana, naiwna, zachowanie głównej bohaterki momentami zwyczajnie głupie. Do wysokiego poziomu pierwszych powieści Koontza „Intensywność” ma się nijak. Zdecydowanie nie polecam.

niedziela, 25 kwietnia 2021

Brasse - obozowy portrecista

 „Fotograf z Auschwitz” – Anna Dobrowolska

Nazywam się Wilhelm Brasse. Z zawodu jestem fotografem. Od września 1940 roku byłem więźniem w obozie koncentracyjnym w Auschwitz, gdzie wykonałem ponad 50 000 zdjęć do obozowych kartotek oraz dokumentację eksperymentów dr. Mengele.

Wilhelm Brasse (urodzony w 1917 roku w Żywcu) spędził w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu pięć lat. Trafił do specjalnego komanda rozpoznawczego Wydziału Politycznego. Przeżył, bo był jednym z obozowych prominentów, fotografem. Robił zdjęcia jakie kazali Niemcy, a więc określonych więźniów do albumu przestępców, ofiarom eksperymentów medycznych, bawiącym się esesmanom. Rzadko bywał głodny, jeśli w ogóle, ale nieustannie organizował jedzenie dla przyjaciół. Więźniowie korzystali z obozowego burdelu (część kobiet to były zmuszone do tego procederu Polki) i większości klientów bardzo się tam podobało. Brasse mógł wyjść z obozu, mógł zostać z niego zwolniony – wystarczyło, żeby podpisał Volkslistę albo Reichslistę, ale tego zrobić nie chciał, czuł się Polakiem i nie chciał trafić do niemieckiego wojska.

Książka, oprócz wielu zdjęć i rysunków, zawiera wspomnienia z najrozmaitszych wydarzeń, w których brał udział lub których był świadkiem. Mimo że podzielone zostały na tematyczne rozdziały, sprawiają wrażenie nieco chaotycznych – coś jakby… obozowe migawki. Może dlatego, że pochodzą one z relacji wielu różnych osób.

Na podstawie jego obozowych przeżyć powstał w 2005 roku dokumentalny film „Portrecista”.

Króciutkie króla królowanie

 „Pershing. Król życia” – Filip Czerwiński, Piotr Szatkowski

Ponad dwadzieścia lat po zamordowaniu Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing, ukazała się książka biograficzna, która prezentuje go w sposób mocno odmienny od tego, jaki powszechny był w prasie, głównie w latach dziewięćdziesiątych. Czerwiński i Szatkowski rozmawiają z wieloma osobami o Kolikowskim i czasach, w których działał. Głównie jednak są to relacje Andrzeja F. ps. Florek, kierowcy, ochroniarza, dobrego znajomego Pershinga, a także popularnego kiedyś bardzo jasnowidza, Krzysztofa Jackowskiego, który przyjaźnił się z Kolikowskim.

Przez relację dziennikarską przewijają się też takie osoby, jak Jarosław Pieczonka ps. Miami, czy gangster i celebryta ps. Masa. Ostatecznie z książki wynika, że wiele zdarzeń miało odmienny przebieg, niż dotąd opisano, a znane z mediów postacie gangsterów, też nie zawsze odgrywały role, które przypisywali im wówczas dziennikarze.

wtorek, 20 kwietnia 2021

Chasydzi nie tylko tańczą

 „Kto odejdzie, już nie wróci” – Shulem Deen

Autor, Shulem Deen, na początku tej opowieści został wydalony ze wspólnoty skwerczyków za herezję. Kim byli/są chasydzi Skwer? Bardzo szybko można się zorientować dzięki trzem cytatom:

Gitty i ja mieszkaliśmy z pięciorgiem dzieci w New Square, wiosce odległej o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na północ od Nowego Jorku, zamieszkanej wyłącznie przez chasydów z jednego konkretnego odłamu: chasydów Skwer. Utworzył go w latach pięćdziesiątych XX wieku wielki rebe miasta Skwyra, Jaakow Josef Twerski, potomek chasydzkich dynastii z Czarnobyla i Skwyry
*.

Legenda mówi, że urzędnik hrabstwa, słysząc, jak gromada brodatych Żydów domaga się nazwania nowej wioski „New Skver”, napisał zamiast tego „New Square” i to ta zanglicyzowana forma stała się oficjalną nazwą miejscowości. Choć nazwa brzmiała amerykańsko, sama wioska niewątpliwie nie miała z Ameryką nic wspólnego*.

New Square było miejscem uważanym za zbyt ekstremalne nawet przez ekstremistów, miejscem, gdzie nawet fanatycy kręcili głowami, skonsternowani. To idzie już za daleko, wydawali się mówić. To jest szaleństwo*.

Wieś nie miała ze współczesną Ameryką nic wspólnego i ewidentnie jej mieszkańcy nie żyli w XX i XXI wieku. Autor (i inni skwerczycy) wiedział, czym są gazety, radio, telewizja, kino, ale ich nie używał. Przecież rebe – otaczany czcią nieomalże boską – wiedział wszystko.

Shulem Deen spędził pierwsze lata też wśród chasydów w Nowym Jorku, ale nie byli to tak skrajnie fanatyczni chasydzi, jak ci z New Square. Jego rodzice też nie byli chasydami od zawsze – wybrali tę drogę już jako dorośli ludzie; ojciec mawiał, że jest chasydem Boga. Autor z własnej woli zdecydował się na jesziwę skwerczyków (rodzaj szkoły talmudycznej, w której pobierają nauki chłopcy od 13-14 roku życia, do dwudziestu kilku lat), bo tam nie obowiązywały egzaminy wstępne, a poza tym… w tej szkole rzadko pytali – typowe argumenty nastolatka. Reszta przyszła jakby sama, z czasem; środowisko, wspólne zajęcia, a zwłaszcza wycieczka do Wielkiej Synagogi w New Square, poczucie więzi i wspólnoty… Ze dwa-trzy lata później Shulem Deen identyfikował się już, jako chasyd Skwer.

Jako dziewiętnastolatek założył rodzinę. Poślubił Gitty, kobietę wybraną przez swata i zaakceptowaną przez rebego. A że jej wcześniej nie widział i nie znał, to i co z tego. Kilka lat później autor miał już kilkoro dzieci, mieszkał w New Square, ale zaczął mieć wątpliwości i zadawać zakazane pytania. Ostatecznie nakazano mu opuścić wioskę.

Połowa, może nawet mniej, książki prezentuje egzotyczny i bardzo zróżnicowany świat chasydów z różnych ugrupowań. Reszta dotyczy zmagań autora z życiem i samym sobą, co ostatecznie prowadzi do odrzucenia wiary właściwie w ogóle, ale też do przykrych i smutnych decyzji w kwestii rodziny.

Przypomniało mi to Scotta Pecka i jego przekonanie wyrażone bodajże w „Drodze rzadziej wędrowanej”, że ludzkość radziłaby sobie lepiej bez niebiańskich gruszek na wierzbie, które przyprawiają ją o obstrukcję. Można też wyciągnąć wniosek, że Bóg jest jakimś chorobliwym i destrukcyjnym urojeniem, a wiara w Niego formą powszechnej psychopatologii, którą należałoby leczyć.

Polecam, choć momentami nie jest to literatura zbyt łatwa. Poza tym nie zdawałem sobie sprawy, że odmian chasydyzmu jest takie mnóstwo; może trzeba się było do lektury tej książki lepiej przygotować.











--
* Shulem Deen, „Kto odejdzie, już nie wróci”, przełożyła Barbara Gadomska, Wydawnictwo Czarne, 2020 (ebook, skład wersji elektronicznej d2d.pl).

niedziela, 18 kwietnia 2021

Zło jest tak bardzo zwyczajne

 „Farmaceuta z Auschwitz” – Patricia Posner


Gdzieś czytałem, że dawno, dawno temu w USA, gdy nie można było na okładkach magazynów umieszczać zdjęć porno, ani stosować innej, jawnej reklamy pornografii, powstało pojęcie „zbliżenia bobrów”. Więc na nijakiej okładce pisma dla panów była informacja, że w numerze można zobaczyć zbliżenia bobrów i już wiadomo było, o co chodzi. Po pewnym czasie pomysł szlag trafił, bo wydawcy magazynów przyrodniczych zaczęli go wykorzystywać i – zgodnie w prawdą – reklamowali swoje czasopisma tym samym hasłem. Tyle tylko, że zamieszczali zdjęcia właściwych bobrów i ich żeremi.

Podobną rolę obecnie pełni niemiecka nazwa polskiej miejscowości Oświęcim (niem. Auschwitz), miasta w województwie małopolskim. Było miastem królewskim Korony Królestwa Polskiego. Miejscowość ma ponad 800-letnią historię i należy do najstarszych piastowskich grodów kasztelańskich w Polsce. We wrześniu 1939 r. zostało zajęte przez Wehrmacht. Oświęcim został wcielony do III Rzeszy jako Auschwitz dekretem Hitlera z 8 października 1939 r. W czasie II wojny światowej znajdował się tutaj największy niemiecki obóz koncentracyjny. „Oświęcim” na nikim nie robi większego wrażenia, ale „Auschwitz” jest zapowiedzią okropności, obrzydliwości, strasznych rzeczy, plugastwa itp., czyli tego wszystkiego, co wielu polskich czytelników (zapewne nie tylko) lubi najbardziej. Inni nazywają ten proceder żerowaniem, epatowaniem. Jeszcze inni uważają, że to normalny mechanizm rynkowy: jest popyt, więc trzeba go zaspokoić. Ja tylko, jako księgarz, rejestruję fakt.

„Bokser z Auschwitz” - Marta Bogacka,
„Bibliotekarka z Auschwitz” - Antonio Iturbe,
„Tatuażysta z Auschwitz” - Heather Morris,
„Kapo z Auschwitz” - Charles Liblau,
„Sonata z Auschwitz” - Luize Valente,
„Kołysanka z Auschwitz” - Mario Escobar,
„Położna z Auschwitz” - Magdalena Knedler,
„Dziecko z Auschwitz” - Lily Graham,
„Tajemnica z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Dziewczęta z Auschwitz” - Sylwia Winnik,
„Skrzypce z Auschwitz” - Maria Angels, Anglada Maria Angels,
„Bajki z Auschwitz” - Jadwiga Pinderska-Lech, Jarek Mensfelt,
„Pozdrowienia z Auschwitz” - Paweł Szypulski,
„Wesele w Auschwitz” - Erich Hackl,
„Orkiestra z Auschwitz” - Marcin Lwowski,
„Byłam lekarką w Auschwitz” - Gisella Perl,
„Sędzia w Auschwitz” - Kevin Prenger,
„Romeo i Julia z KL Auschwitz” - Ireneusz Wawrzaszek,
„Anioł życia z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Co zostaje z Auschwitz” - Giorgio Agamben,
„Cafe Auschwitz” - Dirk Brauns,
„Przystanek Auschwitz” - Anna Kowalczyk, Lidia Grzegórska,
„Auschwitz. Rezydencja śmierci” - Adam Bujak,
„Życie ptaków w Auschwitz” - Arno Surminski,
„Ostatnia ,,więźniarka'' Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Lekarz z Auschwitz” - Szymon Nowak,
„Fotograf z Auschwitz” - Anna Dobrowolska,
„Auschwitz. Piekło dusz” - Damian Tomecki,
„Ucieczka z Auschwitz” - Alfréd Israel Wetzler,
„W krematoriach Auschwitz” - Filip Müller,
„Z Auschwitz do nieba” - Ryszard Szwoch,
„Usługiwałem esesmanom w Auschwitz” - Józef Seweryn,
„Chłopiec, który przeżył Auschwitz” - Tomasz Wandzel,
„Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown.

To tylko bardzo, bardzo, bardzo niewielki przegląd niektórych produkcji wydawniczych na temat obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu… eee… przepraszam, w Auschwitz. W przypadku tłumaczeń tytuł oryginalny wydaje się nie mieć wielkiego znaczenia, bo w polskiej wersji MUSI być Auschwitz. Na przykład „Finding Rebecca” (Szukając Rebeki?) w Polsce wydano jako… Ależ tak! Oczywiście! – „Anioł z Auschwitz”.

Ktoś wysunął argument, że przecież rzeczywiście, w czasach kilkuletniej niemieckiej okupacji, Oświęcim nazywał się Auschwitz. To prawda. Tak samo, jak prawdą jest i to, że Warszawa nazywała się Warschau. Tyle, że jakoś powstanie było jednak w Warszawie, a nie w Warschau, getto było w Warszawie, a nie w Warschau. Getto było też w Krakowie, a nie w Krakau… Nazwy setek miast Niemcy zmienili po swojemu, więc argument kupy się nie trzyma.

Ale uwaga! Nie wszystkie te książki są bezwartościowe. Niezła jest historia Pileckiego (tu niewymieniona), wartościowe są wspomnienia lekarki, Giseli Perl, i wreszcie wyjątkowo dobry jest „Farmaceuta z Auschwitz” Patricii Posner. Naprawdę mocno polecam. Choć niekoniecznie miłośnikom obrzydliwości, choć i te w książce można znaleźć.

Któregoś dnia Prokop był z Capesiusem na poddaszu apteki. „Capesius podszedł do walizek – mówił Prokop. – Były wypełnione zębami, z których zwisały jeszcze kawałki szczęk, dziąseł i kości. Wszystko zaczęło gnić. Śmierdziało okropnie. Widok był makabryczny”. Prokop powiedział szefowi, że jego zdaniem ten koszmarny zbiór powinien być przechowywany w gabinecie dentystycznym. Capesius zignorował go, pochylił się nad walizkami i „grzebał rękami w ich cuchnącej zawartości. Wyjął protezę i trzymał ją przed sobą, jakby chciał oszacować jej wartość*.

Pierwszoplanową postacią jest w książce Posner Victor Capesius, Węgier narodowości niemieckiej – jeśli dobrze zrozumiałem – w każdym razie autorka nazywa go rdzennym Niemcem. Przed Hitlerem i wojną pracował w aptece w Siedmiogrodzie oraz był przedstawicielem olbrzymiego niemieckiego koncernu chemicznego, IG Farben (w skład tego konglomeratu wchodziła też firma Bayer – ta od aspiryny). Kiedy czasy, warunki i okoliczności się zmieniły, Capesius z przyzwoitego, lubianego, towarzyskiego człowieka, stał się zbrodniarzem wojennym. Został pułkownikiem SS i generalnym farmaceutą w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Dokonywał na rampie selekcji, kierując tysiące ludzi do komór gazowych, magazynował i zarządzał zapasami Cyklonu B, wymyślił sposób na obniżenie kosztów poprzez używanie mniejszej liczby puszek z Cyklonem do wymordowania tej samej liczby ofiar. A że konały one w strasznych męczarniach kilkadziesiąt minut dłużej, to i co z tego… Grzebał w gnijących i cuchnących ludzkich szczątkach w poszukiwaniu złota dentystycznego i innych kosztowności – po wojnie kupił za nie aptekę.

Niemieccy prokuratorzy z czasem nabrali przekonania, że spotkanie, do jakiego doszło w Göppingen po wojnie między Capesiusem a doktorami Frankiem i Schatzem, dwoma dentystami z Auschwitz, odbyło się dlatego, że wszystkim trzem udało się odzyskać złoto, które ukradli z obozu, i podzielili się łupem. Capesius cały czas planował przeznaczyć to złoto na rozpoczęcie nowego życia po wojnie. Teraz zrealizował ów plan. W 1950 roku w Göppingen uzyskał pozwolenie na prowadzenie działalności aptecznej wydane przez władze kraju związkowego Badenia-Wirtembergia i za ponad 150 tysięcy marek nabył lokal, w którym wcześniej funkcjonował sklep mięsny. Wkrótce potem przystąpił do urządzania w nim nowoczesnej apteki3. Otwarcie Markt-Apotheke (Apteki przy Rynku) nastąpiło 5 października tego samego roku.

Jednak poza historią zbrodniarza Capesiusa książka zawiera znacznie więcej. Na przykład odpowiedź na pytanie, jak to się dzieje, że zwyczajni ludzie stają się mordercami, jak i dlaczego doszło do tego, że Capesius, skazany na dziewięć lat więzienia, wyszedł po nieco ponad dwóch, a kiedy pokazał się publicznie po wyjściu na wolność, Niemcy witali go w operze owacją na stojąco. Dalej, jak to było możliwe, że setki (może tysiące) niemieckich zbrodniarzy albo w ogóle nie poniosło kary, albo – po symbolicznie krótkiej odsiadce – obejmowali na nowo te same lub podobne ważne stanowiska w firmach, administracji państwowej, sądach, urzędach…

Hanning, przyznawszy, że jako szeregowy pracownik fabryki zagłady ułatwił popełnienie wielu morderstw, był pierwszym esesmanem, który przeprosił i wziął na siebie winę za to, co wydarzyło się w Auschwitz. Właśnie tak szczerego rozumowania zawsze unikał Victor Capesius, któremu nie ciążyły wyrzuty sumienia. Zamiast tego Capesius wolał do śmierci zapewniać o swojej niewinności. Tym samym zapisał się w historii nie tylko jako skazany morderca i złodziej okradający zwłoki, ale też jako człowiek, który nie miał na tyle silnego kręgosłupa moralnego, by przyznać, że w jakimkolwiek stopniu ponosi odpowiedzialność za to, co robił w Auschwitz. Capesius był w dużej mierze zwykłym człowiekiem, jakim chciał być postrzegany przez opinię publiczną. Był jednak, tak samo jak wielu innych nazistów jego pokroju, zdolny do popełnienia wyjątkowych zbrodni. Ostatecznie obrał drogę tchórza, decydując się na to, by żyć i umrzeć, wypierając się wszystkiego. Przez to na zawsze okrył się hańbą.

Po lekturze pozostaje wiele pytań i wątpliwości. Czy ta niby hańba Capesiusa do czegokolwiek przydała się jego ofiarom, czy stanowiła jakieś zadośćuczynienie?
Dlaczego w ciągu dwudziestu pięciu lat po wojnie w Polsce napisano kilka zaledwie książek o niemieckich obozach koncentracyjnych, a w ostatnich latach pojawiło się ich mnóstwo? Może chodziło o to, żeby odeszli już wszyscy, którzy przeżyli taki obóz i mogliby zakwestionować informacje zawarte w niektórych z tych publikacji?

„Farmaceuta z Auschwitz” to relacja bardzo rzetelnie udokumentowana, z setkami przypisów oraz archiwalnymi zdjęciami.
Patricia Posner wraz z mężem Geraldem Posnerem, jest autorką wielu książek z gatunku literatury faktu. Najnowsza, „God’s Bankers” (Bankierzy Boga), najprawdopodobniej w Polsce nie zostanie wydana.











--
* Wszystkie cytaty z Patricia Posner, „Farmaceuta z Auschwitz”, przekład Michał Szymonik ,Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2019; e-book (brak numeracji stron).

wtorek, 6 kwietnia 2021

W konflikcie ze światem i sobą

 „Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu” – Aleksandra Zbroja

A lekarze wiedzą, iż dziecię poczęte z ojca, który się obżarł i opił, głupie jest i niedługo żyje – Adam Mickiewicz, »Księgi pielgrzymstwa polskiego«*.

Autorka tej opowieści o patologii rodzinnej stara się odkryć, kim był, jaki był i dlaczego, jej ojciec, alkoholik, tytułowy Mireczek. Relacja zaczyna się od śmierci Mirosława Zbroi i sukcesywnie sięga coraz bardziej w przeszłość, aż do czasów przed jego urodzeniem.

Opowieść o Mireczku zdarzyła się naprawdę, choć jej poszczególne części o prawdę jedynie się ocierają. Czemu on, czemu poddał się piciu i co z tego spłynęło na mnie? – nadal nie wiem. Postawiłam kilka hipotez. Żadnej z nich nie jestem pewna, jednocześnie jestem pewna ich wszystkich. Te domysły, zebrane razem, być może tworzą jakąś odpowiedź, choć nie o odpowiedź tu chodzi, ale o poszukiwanie. Goniłam za ojcem po opowieściach ludzi, którzy go znali, oraz takich, którzy choć nigdy go nie spotkali, noszą w sobie część Mireczka: wojskowych, osób dotkniętych kryzysem choroby alkoholowej i bezdomnością, ale też lekarzy, psychologów, historyków, specjalistów. Nieznajomi często więcej byli mi w stanie o Mireczku powiedzieć niż ci, którzy byli z nim blisko, bliżej niż ja. To niesamowite, jak ślad drugiego człowiek ściera się z ludzkiej pamięci.

„Mireczek” to literacka wizja zaburzenia o nazwie DDA: Dorosłe Dziecko Alkoholika. Bardzo, bardzo literacka, powiedziałbym, pełna ciekawych, często nowatorskich środków stylistycznych. Przez to nie każdemu będzie się podobać.
W powyższym cytacie autorka twierdzi, że nie szukała odpowiedzi, że chodziło o sam proces szukania. Jako czytelnik zapytałbym od razu: szukania, czego? Alkoholizm, jako choroba psychiczna (F10.2), nie jest do zrozumienia nijak. Paraplegia lub schizofrenia też nie. Człowiek zdrowy, normalny nijak nie jest w stanie myśleć i reagować, jak ktoś psychicznie chory. Nie ma też sensu szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego ten właśnie człowiek został alkoholikiem? Obecnie nauka nie zna (jeszcze) odpowiedzi na nie. Gdyby autorka jednak poddałaby się psychoterapii DDA (podobno psychiatra przekonał ją, że nie trzeba), wiedziałaby to wszystko. Zdawałaby sobie też sprawę, że spektakularne nadużywanie alkoholu przez alkoholika jest jedynie objawem choroby alkoholowej, a nie jest jej istotą. Czego zapewne nie dowiedziałaby się od terapeutów, profesjonalistów? Że diagnozowanie choroby alkoholowej w Polsce nadal odbywa się na podstawie analizy modelu picia klienta, więc specjaliści nie bardzo radzą sobie z rozróżnianiem alkoholików od zwykłych pijaków.

Czy to polski normal, patrzeć, jak rodzic się upija, tłucze łapskiem w ścianę, szarpie, krzyczy, wyzywa, traci przytomność na klatce schodowej, chodniku, w rowie, zasypia nad kiblem, zarzyguje sobie twarz, włosy, ręce, rano wali mocne z puszki po 3,49 za pół litra, mówi, że to wszystko przez ciebie, bo byłaś niegrzeczną dziewczynką, po czym wytacza się z domu, a ty się modlisz, żeby nikt z 3C nie skojarzył, że to twój tata? [...] Ilu jeszcze Polaków i Polek ma swojego Mireczka, Anioła Stróża, który trzyma pieczę nad ich życiem? Próbuję znaleźć w internecie. Jedni piszą, że 40 procent dorosłych doświadczyło rodzicielskiego picia, inni, że 15 procent, czyli i tak setki tysięcy. W tydzień po śmierci ojca uwierzyłabym nawet w tych 40 procent, parę milionów potomków Mireczka.

Autorka, córka Mirosława Zbroi, szuka jednak czegoś więcej – za zasłoną dymną albo groteskowo wykrzywioną maską alkoholizmu szuka człowieka. Nikt nie jest tylko alkoholikiem, jak nie jest tylko cukrzykiem, czy gruźlikiem. Jednak choroba alkoholowa izoluje cierpiącego na nią człowieka znacznie bardziej niż jakakolwiek inna. I działa to w obie strony. Nikt nie pragnie kontaktu z zarzyganym menelem, a i alkoholik, pełen złości, poczucia winy, wstydu, wyrzutów sumienia i strachu, nie jest zdolny do budowania więzi. Wydaje się też, że ich nie potrzebuje, że wystarczy etanol, ale… to nie jest prawda. Podobno alkoholizm jest – też – chorobą samotności.

Mireczek, poza tym, że był alkoholikiem, był też w końcu jakimś człowiekiem. Pewnie miał kolegów szkolnych, może grał w piłkę, gdzieś mieszkał, gdzieś czasem pracował, coś go interesowało, coś potrafił, z czymś (nie tylko z alkoholem) sobie nie radził. Może lubił zbierać grzyby, może był świetnym blacharzem, może był w Afganistanie, może… I o tym, przede wszystkim, jest ta książka. O życiu, które rozpłynęło się w wódce, jak łzy w deszczu.












---
* Wszystkie cytaty pochodzą z: Aleksandra Zbroja, „Mireczek”, Agora SA, 2021, e-book, konwersja publikacji do wersji elektronicznej – Publio.

Relikwia okupiona krwią ofiar

 „Włócznia” – Robert F. Barkowski


Gdzież te wspaniałe czasy, kiedy na lekcjach historii w szkole podstawowej wszystko było tak cudownie proste: tu nasi (Polacy, Polanie, Słowianie), a tam Niemcy (Krzyżacy, Germanie, gestapowcy)…

„Rozpoczął Gromosław, sięgając opowieścią w czasy, gdy Polska wspólnie z Niemcami najeżdżała Połabie”[1].

Proszę, proszę… czyli razem z Niemcami najeżdżaliśmy też inne ludy… Historia Polski okazuje się znacznie bardziej skomplikowana, niż się to obecnie (zwłaszcza obecnie) wydaje.

X-XI wiek, środek Europy. Najwyraźniej w tamtych czasach był on bardziej przesunięty ku zachodowi, niż obecnie. Ruska dzicz w każdym razie do Europy się nie zaliczała. Trwa właściwie nieustanna wojna. Walczą ze sobą plemiona, księstwa, królestwa, marchie i monarchie. Sojusze nigdy nie trwają długo i często kończą się zdradą po coraz bardziej skomplikowanych knowaniach możnych tamtych czasów. W tym „książąt kościoła”.

W powieściach historycznych, podobnie jak i w wojennych, trudno byłoby za głównego bohatera przyjąć cały naród, księstwo, państwo, czy armię. Sprawdzonym rozwiązaniem jest niewielka grupa pierwszoplanowych postaci, a dopiero na bazie ich spektakularnych przeżyć, doświadczeń, czy przygód prezentowana jest, niejako w tle, wielka historia. Niezłym przykładem takiej polityki może być trylogia Nienackiego „Dagome Iudex” czy „Kroniki szalbierskie” Łysiaka. W powieści Roberta Barkowskiego taką rolę grają czterej przyjaciele: Bernard, Czambor, Gromosław i Randulf, do których z czasem dołącza tajemniczy „człek”.

Rok 1015. Po spektakularnym zwycięstwie w Lesie Dziadoszan – większym sukcesem była dotąd tylko bitwa pod Cedynią – niewielki polski oddział z czterema głównymi bohaterami, zostaje wysłany do wzmocnienia obrony Kopanika, grodu na Połabiu, na który napadli zdradzieccy Lutycy, zwani wcześniej Wieletami. Lutyków odparto, zły (choć może nie całkiem) Stodor został pojmany, a poturbowani przyjaciele zdrowieją w Kopaniku. W Stodoranii wybucha wojna domowa. Gromosław spotyka piękną Matyldę, Stodor jakimś cudem ucieka…

Tytułowa włócznia, to relikwia, a dokładniej kopia relikwii, znanej jako Włócznia św. Maurycego, Święta i Niosąca Krzyż Lanca Cesarska – zawierać ma ona rzekomo jeden z gwoździ, którym do krzyża przybito Jezusa.
W maju 1016 roku, gdy Bolesław, zwany później Chrobrym, szykował się do kolejnej wojny, włócznia została wykradziona ze środka jego obozu. Ponad wszelką wątpliwość było to dzieło zdradzieckich Lutyków. Bolesław powierza Gromosławowi trudne i niebezpieczne zadanie odzyskania relikwii. Jeśli wypełni zadanie, dostanie Matyldę.

Przygód Bernarda, Czambora, Gromosława i Randulfa, o ile zabijanie i okaleczanie innych ludzi można nazwać przygodami, byłoby zbyt mało, jak na książkę, która MUSI być gruba. W powieści zawarto wiele historii rodów, koligacji, układów politycznych, detali konstrukcyjnych grodów i podgrodzi itp. Więc, jak to często bywa w powieściach przygodowo-historycznych, pojawia się problem z równowagą między rzetelną historią a rozrywkową przygodą. Jednak pojęcie równowagi w tym przypadku nie oznacza, że powinno być po równo, a poza tym równowaga jest tu wysoce subiektywna i zależy od oczekiwań czytelnika oraz jego przygotowania historycznego. Moim zdaniem „Włócznia” jest pozycją wartościową, historycznie rzetelną, ale… po prostu nudną. Eksperyment uważam za średnio udany, a autor chyba jednak powinien pozostać przy literaturze popularnonaukowej.

Na koniec drobna uwaga. Jakość pracy pani korektorki tej powieści pozostawia sporo do życzenia. O ile w ogóle wykonała ona jakąkolwiek pracę:
„Rozglądali się zdezorientowani wokół siebie, schlapani krwią, brocząc pośród poległych i poranionych”[2].
„Szukając panicznie wokół jakiejkolwiek broni, próbował jednocześnie powstać”[3].
„…odpieraniem najazdów chąśników, czy też regularne siły duńskiego króla Haralda. Harald, syna Swena Widłobrodego i piastowskiej Świętosławy, siostry Bolesława, pełnił w Danii rządy królewskie pod nieobecność Kanuta, który od roku walczy w Anglii”[4].



---
[1] Robert F. Barkowski, „Włócznia”, Novae Res, 2021, s. 52.
[2] Tamże, s. 76.
[3] Tamże, s. 81.
[4] Tamże, s. 141.

 

 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl