wtorek, 20 sierpnia 2019

Jak zachowywać równowagę


„Sztuka zachowywania umiaru” – Anselm Grün

Kiedy przekraczamy miarę, tracimy wyczucie tego, co jest dla nas odpowiednie. Ulatuje z nas powietrze, tracimy energię, czujemy się niejako opróżnieni, wyczerpani. Kto mierzy rzeczy właściwą miarą i zachowuje umiar, nie wyczerpuje się tak łatwo. Kto nie zna umiaru, mierzy siły na zamiary i porywa się na zbyt wielkie rzeczy, nie powinien się zatem dziwić, jeśli w pewnej chwili poczuje się wypalony*.

Można  powiedzieć, że temat równowagi między skąpstwem a rozrzutnością (to jeden z rozdziałów) jest wręcz banalny, ale już zagadnienia dotyczące mocy rytuałów, świętego oburzenia, dyscypliny i porządku, oraz wiele, wiele innych, zapowiadają się intrygująco, a nawet… prowokująco.

Czy można osądzać (źle mówić i myśleć) księdza pedofila, gwałciciela dzieci, jeśli nie zna się go osobiście? Według autora – nie. Anselm Grün twierdzi, że konsekwentnie i zdecydowanie odmawia oceniania ludzi, których sam nie zna, bez względu na to, co zrobili. Od razu przyszło mi do głowy wredne pytanie, czy podobną miarę stosuje do komunistów i ilu ich naprawdę osobiście poznał. Chciałem tu dołożyć też hitlerowców, ale ze względu na narodowość i wiek autora…

Nie ze wszystkimi przekonaniami Anselma Grüna się zgadzam, ale to na szczęście nie jest obowiązkowe. Poza tym uważam, że w zdecydowanej większości przypadków ma jednak rację. Znalazłem też w książce stwierdzenia, co do których mam wątpliwości, które zostawiam do przemyślenia, na kiedyś, na później. Na przykład w rozdziale „Równowaga między pogardą dla siebie a pychą” opisuje małżeństwo, które decyduje się zrezygnować z bardzo drogich wakacji – wiele razy na takie jeździli, ale wreszcie uznali, że to kosztuje zbyt dużo. To oczywiście zdolność zachowania umiaru, ale do tego autor twierdzi: A przecież tak naprawdę nasze poczucie wartości wzrosłoby, gdybyśmy przyznali się do własnych granic**. No więc się zastanawiam, czy przyznanie, że na coś mnie nie stać, że coś jest dla mnie za drogie, naprawdę podnosi moje poczucie własnej wartości?

Jako, że jestem kwakrem, uważam za bardzo ważne, kluczowe, zagadnienia dotyczące zrównoważonej relacji ze stworzeniem albo niewygodne pytanie, ile jest rzeczy, których nie potrzebuję. Przydatne okazały się rozważania na temat zdolności odróżniania spraw ważnych od mniej ważnych oraz poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co naprawdę jest ważne.

Dobrego traktowania stworzenia nie można się domagać za pomocą argumentów czysto racjonalnych. Gdyby tak było, nasze postępowanie zależałoby zbytnio od naszej woli. Aby naprawdę zmienić nasze zewnętrzne zachowanie, potrzebujemy odpowiedniego nastawienia i pokornej postawy***.

Dobra książka – jako lektura inspirująca do poszukiwania własnych odpowiedzi, swojego stanowiska, indywidualnej drogi, postaw, zachowań.





--
* Anselm Grün, „Sztuka zachowywania umiaru”, przekład Kamil Markiewicz, 2016, wyd. Święty Wojciech, s. 5.
** Tamże, s. 24.
*** Tamże, s. 110.

środa, 7 sierpnia 2019

Nim pojawiliśmy się w historii


„Dagome Iudex” –  Zbigniew Nienacki

Jak wiadomo z lekcji historii, przed Mieszkiem Pierwszym rządził jego ojciec, Siemomysł, a przed nim dziadek Mieszka Pierwszego, Lestek. A jeszcze wcześniej? Wcześniej, w VII-VIII wieku działy się (albo też dziać mogły) wydarzenia, opisane przez Zbigniewa Nienackiego w trylogii, na którą składają się tomy: „Ja, Dago”, „Ja, Dago Piastun” i wreszcie, wydany po baaardzo długiej przerwie i w mniejszym nakładzie, „Ja, Dago Władca”.

We wsi Zemlinów zbliża się czas postrzyżyn chłopca – podczas tej ceremonii nadane mu też będzie imię, bo dotąd jest bezimienny. Podczas przepychanek z kolegami i braćmi, bezimienny rzuca o ziemię chłopcem starszym i większym – Zemlinowie są przerażeni, początkowo chcą go zabić, ale ostatecznie postanawiają sprzedać w niewolę. Karłowaci i tchórzliwi Zemlinowie boją się chłopca i podejrzewają, że jest on ostatnim żyjącym potomkiem olbrzymów, starożytnych Spalów, a konkretnie synem olbrzyma Bozy, który utonął na bagnach. Ostatecznie przyszły Dagobert, w skrócie Dago, wychowuje się na dworze siostry Bozy, olbrzymki Zely, gdzie uczy się pierwotnej mowy ciała i wielu innych umiejętności.

Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.
Napisano w „Księdze Grzmotów i Błyskawic”, a jej rozdział dotyczący sztuki rządzenia ludźmi, Dago wyuczył się na pamięć, przebywając na dworze Rhomajów. Nawiązał tam wiele przydatnych znajomości, został ochrzczony, wyuczył się języków, zrozumiał na czym polega władza i jak się ją sprawuje.

Gnany typową dla olbrzymów chorobą zwaną Żądzą Czynów, wyruszył Dago na białym ogierze o imieniu Vindos, by wprowadzić do historii ludy, żyjące od Morza Sarmackiego aż po Góry Karpatos. Spotkał i uwolnił Herima, później Zyfikę, stanął na czele niewielkiej drużyny Lestków… Dzięki zdradom, podstępom, intrygom, morderstwom, utrwalał i poszerzał obszar swojego panowania, które sprytnie nazywał piastowaniem – albowiem Lestkowie i sąsiednie plemiona nie znosiły nad sobą żadnej władzy, żadnych książąt, królów, komesów. Prawnukiem Dago był… Mieszko, zwany później Pierwszym.

wtorek, 16 lipca 2019

Udawaj, że kochasz bliźniego


„Drewniany różaniec. Oblubienice” –  Natalia Rolleczek

Czytałem tę książkę wiele razy. Jak zresztą większość książek zgromadzonych w moim domu rodzinnym. Podczas lektury zwykle przypominały mi się koszmarne opowieści wujka, który posyłany był do przedszkola prowadzonego przez zakonnice. Przedszkole to mieściło się ze sto metrów od naszego domu i często obok niego przechodziliśmy. Jeśli nie było z nami dorosłych (wujek był starszy o kilka lat zaledwie), przyśpieszaliśmy kroku albo szli drugą stroną ulicy – żeby te straszne kobiety nas tam nie wciągnęły. Pewnie dlatego, kiedy wybuchła afera z siostrą Bernadettą, jakoś nie zdziwiło mnie to, że siostry Scholastyka, Bernadetta, Monika, Patrycja, pozwalały dzieci gwałcić, a same biły je menażką do utraty przytomności („Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” – Justyna Kopińska). Sierociniec pokazany w „Drewnianym różańcu”, prowadzony przez felicjanki w Zakopanem w latach trzydziestych ubiegłego wieku, to w porównaniu do zakładu boromeuszek, po prostu głupstwo, drobiazg; miejsce może niezbyt miłe, niekomfortowe, ale jeszcze znośne.

Natalia Rolleczek zmarła niedawno, kilka miesięcy po setnych urodzinach, a ja znów sięgnąłem po „Drewniany różaniec”. Nie pamiętam, czy mam pierwsze wydanie, czy jedno z pierwszych, ale to najnowsze (edycja Ha!artu) oglądałem u znajomych i od razu rzuciły mi się w oczy zmiany w tekście (zakonnice przedstawione są nie aż tak źle) oraz fakt, że książka jest znacznie krótsza niż pierwsze wydania.

Fabuła. Lata trzydzieste, do sierocińca w Zakopanem, prowadzonego przez siostry felicjanki, trafia, początkowo niby tylko na rok, nastoletnia Natalia – ojczym nie może znaleźć pracy, siostra zmarła na gruźlicę, w domu bieda aż piszczy…
Dziewczyna z trudem dostosowuje się do zastanych warunków, obserwuje i opisuje zakonno-zakładową rzeczywistość. Obłuda, zakłamanie, hipokryzja, kłamstwa, kradzieże, oszustwa, bicie (drewnianym różańcem), praca ponad siły, głód, choroby… Całkowite i kompletne zaprzeczenie ideałów chrześcijańskich. Księdzu siostry serwują wystawne śniadania, podczas, gdy sieroty głodują. Siostry zakonne może i są równe przed Bogiem, ale w klasztorze dzielą się na „lepsze”, chórowe, czyli te, które do zakonu wniosły spory posag, oraz „gorsze”,tzw. konwerski, taki drugi sort, kobiety od brudnej roboty.

A ja wypłakując na stryszku swój żal na kolanach siostry Zenony pytałam podnosząc głowę:
    Dlaczego pan Bóg, jeśli jest, jeśli naprawdę istnieje — dlaczego nie dopomógł Frankowi? Dlaczego?
Na to przyszła szczególna odpowiedź, która mnie zdumiała jak bluźnierstwo w ustach świętego:
    Bo Zakon jest mocniejszy od pana Boga. Pan Bóg zrobił­by dla ludzi niejedno. Ale Zakon nie zrobi.
I westchnąwszy, siostra Zenona pogłaskała mnie po włosach.

Obraz oburzający i odrażający. Ale jest w książce także parę zdań, dzięki którym można zorientować się, że życie w międzywojennej Polsce nie było jednak tak idealne, jak to obecnie próbuje przedstawiać propaganda. Moje wydanie zawiera także rozdziały, części „Koło Młodych Polek”, „Oblubienice”, a zwłaszcza „Litość”, pierwszą, poświęconą pamięci Łucji, starszej siostry Natalii.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Źli, dobrzy chłopcy z Zachodu


„Szeryf z miasta bezprawia. Wyatt Earp i inne legendy Dzikiego Zachodu” – Przemysław Słowiński

Skoro sięgnąłem po tę książkę najwyraźniej zostało mi z młodzieńczych lat nieco sentymentu do opowieści o kowbojach i przygodach na Dzikim Zachodzie. Jednak teraz szukam raczej faktów, a nie naiwniutkich historyjek w stylu „Winnetou”, czy „Bonanzy”.  Przez chwilę wydawało się, że dobrze trafiłem, ale kiedy na scenie pojawił się William Barclay Masterson i okazało się, że autor książki nie wiedział, że naprawdę nazywał się on Bartholemew William Barclay „Bat” Masterson, nie wiedział, czemu ukrywał imię Bartholemew i co znaczy w tym przypadku „Bat”, mój zapał nieco ostygł. Ostatecznie książka jest fabularyzowaną opowieścią pana Słowińskiego, w której można znaleźć informacje o pogodzie w określonym miejscu (ponad sto lat temu!), o umaszczeniu psa, który grzebał w śmieciach, a nawet o tym, co kto myślał w jakiejś chwili. Jest też trochę faktów, ale mniej więcej tyle, ile znaleźć można w popularnych  filmach: „Tombstone”, „Wyatt Earp”, „Sędzia z Teksasu” albo podobnych.  Szkoda, miałem nadzieję, że to dzieło okaże się bardziej… dokumentalne.

czwartek, 11 lipca 2019

Choroba ciała, duszy, umysłu...


„Wspólna droga do wolności” – Robert Krzywicki MIC

Autorem książki jest Ks. Robert Krzywicki MIC, dyrektor Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym przy Sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej Bolesnej Królowej Polski. Licheńskie Centrum Pomocy każdego roku przyjmuje ponad cztery tysiące uzależnionych, zaś na coroczne  spotkania trzeźwościowe przyjeżdża nawet kilkadziesiąt tysięcy osób.

Niewielka objętościowo książeczka (128 stron zaledwie) zawiera podstawowe informacje na temat choroby alkoholowej, współuzależnienia (koalkoholizmu), ale przede wszystkim form i sposobów walki z nałogiem oraz dysfunkcją całej rodziny. Autor zwraca uwagę przede wszystkim na to, co w takiej sytuacji może zrobić ksiądz i jaka jest – albo być powinna – rola Kościoła katolickiego wobec problemu alkoholizmu.
Przyznam, że ujęło mnie zdroworozsądkowe podejście do tematu księdza Krzywickiego, a zwłaszcza nieupieranie się, że religia, a konkretnie wyznanie rzymskokatolickie, jest dobre na wszystko i rozwiązuje wszelkie problemy.

Czasem uzależnienie od alkoholu ma miejsce jeszcze przed ślubem, bo na przykład ktoś pochodzi z takiej rodziny albo nawet jest obciążony genetycznie balastem choroby alkoholowej. Choć widzę, że mój narzeczony nadużywa alkoholu, decyduję się na ślub, wierząc, że on to zmieni. Sam sakrament niczego ani nikogo nie zmieni. Jeżeli nie podejmiemy konkretnych kroków, izolacja jedynie się pogłębi. Powiedzmy zatem, że mamy problem*.

Nie zgadzam się z autorem, który twierdzi, że depresja może wywoływać alkoholizm**, mam odmienne przekonanie na temat procesu rzekomo nieskończonego trzeźwienia (cokolwiek to znaczy) alkoholików***, ale zaintrygowało mnie to obciążenie genetyczne. Jeśli przez genetykę rozumieć naukę zajmującą się badaniem dziedziczności, to według całej współczesnej wiedzy, alkoholizm zdecydowanie nie jest chorobą dziedziczną.  Dzieci, co oczywiste, kopiują wzorce zachowań rodziców oraz modele funkcjonowania rodziny, ale to nie jest genetyka.
Sporo miejsca w książce zajmuje Licheńskie Centrum Pomocy Rodzinie, które każdego roku przyjmuje i realnie wspiera na wiele różnych sposobów tysiące uzależnionych, nie tylko alkoholików, i ich rodzin, zwłaszcza na corocznych lipcowych spotkaniach trzeźwościowych, odbywających się w ostatni weekend lipca.  Najbliższe: http://www.pomoc.lichen.pl/index.php?kategorie=41 

Książka zawiera także popularny artykuł doktora Woronowicza „Co zrobić, żeby on nie pił”, krążący od lat w internecie „List alkoholika do swojej rodziny”, czy wreszcie „Test Baltimorski”, który ma pomóc czytelnikowi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy już jest alkoholikiem. Test jest tak restrykcyjny, że właściwie alkoholikami okazuje się, zgodnie z nim, większość dorosłych mężczyzn w Polsce. "Test Baltimorski" nie jest podstawą do profesjonalnego diagnozowania alkoholizmu. Tym niemniej może stanowić pewną wskazówkę, sugestię, podpowiedź.




---
* Robert Krzywicki MIC, „Wspólna droga do wolności”, wyd. WAM, 2017, s. 18.
** Tamże, s. 22.
*** Tamże, s. 53.

wtorek, 2 lipca 2019

Dokąd zmierzamy z tą religią?

„Początek” – Dan Brown

Powieść sensacyjna taka sobie, przeciętna dosyć; zapewne znacznie lepsza od setek innych, ale na pewno nie jest to szczytowe osiągnięcie Dana Browna. Momentami wydawała mi się po prostu naiwna i nużąca. Choć fabuła, idea, pomysł, rodzi sporo pytań, wątpliwości i przemyśleń.

Skąd przyszliśmy? Dokąd zmierzamy? – podobno najważniejsze pytania ludzkości, ale… Tak się zastanawiam i staram się sobie przypomnieć, czy ja kiedykolwiek poświęciłem temu zagadnieniu więcej niż kilkanaście sekund? Nie wydaje mi się. Zdaję sobie sprawę i zawsze zdawałem, że w chwili obecnej, zadowalającej odpowiedzi na nie nie ma, więc nie zawracam sobie głowy bombastycznymi kwestiami. Miliony ludzi prawdopodobnie mają podobnie. Bardziej interesuje mnie, i nie tylko mnie, czy mi pieniędzy wystarczy do pierwszego, niż „dokąd zmierza ludzkość?”.

Edmond Kirsch, miliarder, naukowiec, wizjoner, zaciekły, wojujący ateista, podobno odkrył odpowiedź na te fundamentalne pytania, a nawet znalazł dowody, które mają zadać ostateczny cios religiom – wszystkim religiom. Swoje odkrycie Kirsch ma ogłosić podczas spektakularnej prezentacji w Muzeum Guggenheima w Bilbao, którą śledzi on-line wiele milionów ludzi. Jednym z nich jest specjalnie i osobiście zaproszony Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, dawniej profesor Kirscha.

Przygotowania do ujawnienia szokującej prawdy przeciągają się tak bardzo, że szybko można zorientować się, że coś pójdzie nie tak i odpowiedzi nie zostaną zaprezentowane. Tak też się dzieje. Edmond Kirsch zostaje zamordowany, a Langdon musi uciekać wraz z atrakcyjną dyrektorką Muzeum Guggenheima, Ambrą Vidal, notabene narzeczoną następcy hiszpańskiego tronu, gdyż oboje zostają oskarżeni o udział w spisku.

Langdon, Vidal oraz Winston, SI (sztuczna inteligencja stworzona przez Edmonda Kirscha) starają się odnaleźć odkrycie Kirscha, opublikować je oraz zdemaskować mroczne siły, które zaplanowały zamach. Bo, kto jest wykonawcą, zabójcą, kto pociągnął za spust, wiadomo od początku. Spisek zdaje się dotyczyć Kościoła katolickiego, dworu królewskiego, sekty palmarian… Prawda, jak to zwykle u Browna, jest zaskakująca, ale to dopiero pod koniec.

Możliwe, że jest to pierwsza powieść sensacyjna/kryminalna, a w każdym razie nie s-f, w której sztuczna inteligencja odgrywa tak wielką rolę. Winston jest pełnoprawną „osobą” dramatu.

Ostatnia konkluzja zupełnie już niezwiązana z wątkiem kryminalnym – chyba ten świat miałby się lepiej bez chrześcijaństwa, a religii rzymsko-katolickiej w szczególności.

środa, 19 czerwca 2019

Piękny świat pełen absurdów


„Liga walki ze śmiercią” – Kingsley Amis

Zabawne wydaje mi się, że po powieść sięgnąłem, leżąc w szpitalu, który dawno, dawno temu nazywał się Brandenburskim Szpitalem dla Psychicznie Chorych.

Niewielkie miasteczko. Lata – zapewne – sześćdziesiąte. Jednostka wojskowa złożona z Brytyjczyków, Hindusów i Pakistańczyków przygotowuje supertajną operację „Apollo”. W związku z tym do jednostki skierowany zostaje kompletnie nieudolny kapitan wywiadu Leonard.

Tylko przez pójście z kimś do łóżka, można osiągnąć ów moment konwersacyjnej intymności, stanowiący niezbędne preludium do namówienia tego kogoś na pójście do łóżka.

Leonard to nie jedyna dziwaczna osobistość na kartach powieści i… w okolicy. W pobliskim domu wariatów działa doktor Best, przekonany, że większość jego pacjentów, na przykład alkoholik, kapitan Max Hunter albo Catherine Casement, skrywają skłonności homoseksualne, lady Hazell sypiająca z prawie wszystkimi oficerami i to kilkoma w ciągu jednej nocy, wielebny Ayscue, Moti Naidu… Churchill kopuluje z Lisą Hazell, ale zakochuje się w Catherine, Hunter wraca do picia w związku z chorobą kochanka, Leonard tworzy coraz to nowe pułapki na szpiega. Do momentu, w którym w miasteczku działać zaczyna Liga Walki ze Śmiercią, byłaby to zwyczajna powieść społeczna o zabarwieniu prześmiewczo-cynicznym, ale to zdarzenie przekształca ją w groteskę, podobną momentami do „Paragrafu 22”.

sobota, 8 czerwca 2019

Przyszłość nieoptymistyczna

„Do nielicznego grona szczęśliwych” – Marcin Król

Marcin Król, filozof polityki i historyk idei (filozofia pyta o prawdę, historia idei pyta o ciągłość i zmianę, i ich konsekwencje), prezentuje w książce esej, ewentualnie zbór esejów, o problemach współczesnej, i nie tylko, demokracji, o zagrożeniach dla kultury, o zaletach i wadach rewolucji wszelakich, o polityce… Książka adresowana jest do grona czytelników szczególnych – Chodziło mi o tych, zapewne niezbyt licznych w skali świata zachodniego, którzy nie chcą ulec marazmowi, do którego nas skłania stan rzeczy. Stan nie tej lub owej rzeczy, lecz wszystkich rzeczy… – przeczytałem we Wstępie. Nie jest to lektura łatwa, lekka, może nawet nie zawsze jest przyjemna, ale wartościowa jest ponad wszelką wątpliwość.

Niektórzy tak bardzo byli rozczarowani zakończeniem rewolucji, że po upadku komunizmu wyjeżdżali z Polski, która przestała żyć w czasie wyjętym z ciągłości*.

Skąd ja to znam! – chciałoby się zawołać. A czy ktoś nie zna osób ze swojego otoczenia, jakichś krewnych lub znajomych, którzy działali w opozycji, a następnie szybciutko wynieśli się na Zachód, żeby tylko za blisko z owocami swojej wygranej się nie zetknąć?

Wizja przyszłości w ujęciu Króla daleko wykracza poza banalne stwierdzenia typu: albo będzie dobrze, albo będzie źle, to rozważania zupełnie odmienne, na innym poziomie np.:

Może dojść do rewolucji, może dojść do wojny, ale może też się tak zdarzyć – prawdopodobieństwo wysokie – że stan obecny, stan lenistwa i gnicia politycznego, będzie trwał, i ewolucyjnie, po wielu latach, przekształci się w nową pozytywność**.

Świat, Europa, Polska, dojrzewa do zmiany – wydaje się dowodzić Marcin Król, ale…

Niezbędna jest zmiana polityczna, ale nikt nie wie, co to naprawdę ma oznaczać. Coraz częściej, nauczeni doświadczeniem minionych rewolucji, przez zmianę rozumiemy nie reformę, na przykład służby zdrowia, lecz zmianę całkowitą. Nie administracyjną korektę, lecz rewolucję…***.

Ludzkość brnie w ślepą uliczkę i zaszła na tej drodze tak daleko, że wycofanie się nie jest już możliwe. Nie da się zawrócić i dokonać drobnych zmian tego lub owego detalu, na to jest po prostu zbyt późno. Wielkimi dokonaniami/posunięciami (wojna, rewolucja itp.) musimy z tej ślepej uliczki wyrąbać przejście na drugą stronę, eksplozjami utorować drogę ku nowemu.
Kiedy komuna oddawała w Polsce władzę, opozycja wyliczyła, że Polska zadłużona jest na 44 miliardy dolarów. W roku 2018 zadłużenie Polski przekroczyło… bilion. Czy w tej sytuacji wymiana partii rządzącej lub całego ugrupowania cokolwiek zmieni?

Myślę głownie obrazami, tak więc oczami wyobraźni widzę wielką górę, ogromną, aż po horyzont, i wlot do tunelu ozdobiony symbolami narodowymi. Daliśmy się zaprosić do marszu w kierunku nowego, lepszego jutra… no, jedni dali się zaprosić inni uznali się za przewodników w tej podróży, mniejsza z tym, tylko nikt nas nie uprzedził, że tunel nie jest skończony. Zbliżamy się do zwężenia, ściana coraz bliżej, żadnego światełka nie widać…

W eseju „Do nielicznego grona szczęśliwych” Marcin Król proponuje też czytelnikowi rozważania związane z szeroko pojmowaną jakością (ilość nie przechodzi w jakość, demokracja w świecie jakości, porażka jakości w ujęciu historycznym itp.) i nie jest to, niestety, lektura nastrajająca hurraoptymistycznie.




--
* Marcin Król, „Do nielicznego grona szczęśliwych”, Iskry, 2018, s. 12.
** Tamże, s. 22.
*** Tamże, s. 25.

czwartek, 6 czerwca 2019

Czart - zły, dobry motocyklista


„Aleja potępienia” Roger Zelazny

Długie opowiadanie z 1969 roku, które po polsku w „Fantastyce” ukazało się, jeśli dobrze pamiętam, w maju 1983. Inne czasy, inne okoliczności; zimna wojna trwała wtedy w najlepsze, a wizja atomowej zagłady wydawała się wysoce prawdopodobna. Dziś opowiadanie to rodzi… mieszane uczucia.

Czart Tanner (Hell Tanner) morderca i gwałciciel, członek motocyklowego gangu, świetny kierowca prowadzący po mistrzowsku każdy pojazd, jeden z niewielu, którzy przeżyli Wielki Atak, to jest bliżej niesprecyzowaną wojnę atomową, po której z Ameryki zostało niewiele – pojedyncze skupiska ludzkie, a między nimi pustkowia, ruiny, promieniotwórcze kratery, szalejące siły natury, zmutowane zwierzęta i rośliny, bandyci na motorach itp.

Państwo Kalifornijskie obiecuje Czartowi Tannerowi pełne ułaskawienie, jeśli dowiezie do Bostonu surowicę – w mieście panuje epidemia, bez tego leku wszyscy umrą. Wyruszają trzy specjalne, opancerzone wozy, ale wkrótce Tanner zostaje sam. Dokonuje się w nim pewna przemiana, o ile wcześniej palcem by nie kiwnął, żeby uratować Boston, to teraz zaczyna mu zależeć na wykonaniu zadania. Droga, którą musi przebyć, w poprzek kontynentu, to ok. 3000 mil, nazywanych Aleją Potępienia.