sobota, 28 listopada 2020

Ludzie to nowotwór kosmosu

„Proxima” – Stephen Baxter 


Przeczytałem pewnie z kilkanaście kartek i zorientowałem się, że kompletnie nic z tego nie rozumiem. Nie wiem, kiedy, co, kto, gdzie i w ogóle, o co tu chodzi. Na szczęście mam dobre doświadczenia z takimi sytuacjami – dawno, dawno temu tak samo było z „Diuną”. Wiedziałem więc już, że muszę początek przeczytać kilka razy, żeby się oswoić, a jeżeli książka jest dobrze napisana, to z czasem wszystko się wyjaśni. I rzeczywiście, wyjaśniło się… prawie wszystko.

Yuri Eden (zamieszkały wcześniej w Edenie – największej i najstarszej placówce ONZ na Marsie), który tak naprawdę nie miał na imię Yuri, budzi się w szpitalu. Przekonany jest, że znajduje się na Ziemi. Niewiele pamięta, nie wie, ile czasu minęło od… też nie bardzo wiadomo, czego. Pamiętał strażnika pokoju, Tollemache’a, który wbił mu igłę w szyję, ale kiedy to było? Za co?

Akcje, bo dzieją się różne w różnych czasach, koncentrują się wokół Proximy – odległej planety, której warunki pozwalają żyć ludziom bez bunkrów, skafandrów, pod gołym niebem i nigdy nie zachodzącym słońcem. Dawno temu, w epoce bohaterów (bardzo krytykowanej obecnie), wysłano tam Dextera Cola.

Kiedy odkryto nadającą się do zamieszkania planetę w układzie Proximy Centauri, państwa późniejszej zachodniej federacji ONZ-etu połączyły siły i po kilkudziesięciu latach dorobiły się załogowej misji. Cole wystartował z Merkurego, korzystając z silnie naenergetyzowanego strumienia światła słonecznego – podobnie jak w przyszłości Angelia[1].
Tak, mnie też razi zapis „ONZ-etu”, ale przepisałem cytat dokładnie, tak jest w książce, niestety.

Po odkryciu napędu ziarnowego (ziarna to skoncentrowane zwitki/kłębki czystej energii odkryte pod powierzchnią Marsa) odbyła się kolejna misja, w której brał udział siedemnastoletni kadet floty kosmicznej, Lex McGregor. A obecnie, cokolwiek to znaczy, major McGregor, lat około czterdzieści, wiezie na Proximę osadników/kolonistów. Nie wydaje się, żeby w misji tej uczestniczyli zupełnie dobrowolnie, skoro trafili tam z łapanki. Na statku nawet wybuchł bunt, przyszli koloniści próbowali przejąć kontrolę nad rakietą i skierować ją w stronę Ziemi, ale zostali spacyfikowani przez strażników pokoju i kosmonautów. Yuri Eden jest jedną z osób, które na Proximie mają zamieszkać. Kosmonauci oczywiście wkrótce wrócą do swojego cywilizowanego świata, ale dla przymusowych osadników była to droga w jedną stronę. Trzeba jeszcze pamiętać o Angelii, zaawansowanej, samoświadomej jednostce sztucznej inteligencji, która też szykuje się/szykowała się do drogi ku gwiazdom. A Dexter Cole… prawdopodobnie nadal leci, nadal jest w drodze. 
Z czasem są w powieści pewne problemy, przynajmniej na początku. W każdym razie w 2155 roku wyruszyła w kosmos Angelia. W 2169 roku wahadłowiec statku Ad Astra wysadził na Proximie c kolonistów. Swoją nową ojczyznę nazwali oni Per Ardua. To swego rodzaju gra słów, nawiązująca też do nazwy statku: per ardua ad astra - przez przeciwności do gwiazd.

Koloniści wysadzeni zostali w różnych punktach globu, na różnych kontynentach, w czternastoosobowych zwykle grupach. Odległości, brak wody po drodze i wiele innych przeciwności uniemożliwić im mają porozumienie, czy połączenie tych kilkunastoosobowych zespołów.

Wahadłowiec odleciał. Yuri, jego kolega Lemmy i reszta grupy znad jeziora, które, jakże romantycznie, nazwali Kałużą, rozpoczęli nowe życie. Dopiero w tym momencie historia się zaczyna.

Osadnicy nie obudzili w sobie ducha przedsiębiorczości. W obozowisku, osadzie – jak zwał, tak zwał – wszystko jeszcze było w powijakach, odkąd odlecieli astronauci, a wraz z nimi dyscyplina, którą udało im się na pewien czas zaprowadzić. Paki ze sprzętem, ubraniami, żywnością, narzędziami i inną zawartością leżały porozrzucane tam, gdzie je wyładowano z wahadłowca. Nadal mieszkali w namiotach[2].

Nieznana planeta, zupełnie obce formy życia (łodygowate stwory, trochę zwierzęta i trochę rośliny), odmienne warunki pogodowe i klimatyczne, wieczny dzień, śmiertelnie niebezpieczne rozbłyski Proximy, to wszystko tło, bo tak naprawdę jest to opowieść o ludziach, o rasie ludzkiej. Człowiek – to może czasem faktycznie brzmi dumnie, ale najczęściej chyba jednak zupełnie nie.

Parę miesięcy po zamieszkaniu na Per Ardui wśród osadników doszło do poważnego konfliktu i ich liczebność zmniejszyła się o połowę. Pewne kwestie to uprościło, inne…

Została ich tylko piątka. Yuri, Mardina, John, Abbey i Matt. Bezsensem byłoby dłużej karmić się złudzeniami, że jest to zalążek kolonii, wielkiego miasta przyszłości, całego nowego świata[3].

Choć w tym momencie wydawać się to mogło nieprawdopodobne, historia Proximy dopiero się zaczynała. Nawet wtedy, kiedy zostało ich jedynie dwoje. Akcja powieści obejmuje bowiem kilkadziesiąt lat i znaleźć w niej można zarówno tematy socjologiczne, jak i wojenną strategię, swoistą politykę (globalny konflikt Stanów z Chinami), wątek Angelii i Stef Kalinski, badającej marsjańskie ziarna, problematyczną relację ludzi ze sztuczną inteligencją, przed którą muszą ukrywać istotę napędu ziarnowego (sic!), i całą gamę nauk społecznych, ale także dydaktyczne wstawki (do zniesienia) na wszelkie możliwe tematy, które wygłasza robot kolonistów. Przede wszystkim jednak jest to fantastyka w starym stylu. Taka bez magii, zaklętych broni, krasnoludów, czy elfów.

Dwa minusy. Książka jest ewidentnie zbyt długa albo za gruba, jak kto woli. Na tę manierę zwracam uwagę kolejny już raz. Objętość ma usprawiedliwiać wysoką cenę, ale nie ma żadnego związku z fabułą. „Przegadana” to chyba właściwe określenie. Agatha Christie lub Georges Simenon nie przebiliby się dziś u polskich wydawców. Jasne, można pomijać dłużyzny i zbędne fragmenty, ale takie czytanie nie jest godne polecenia. Drugi minus to fakt, że to grubaśne tomisko to dopiero początek cyklu. Więc historia niby się kończy wraz z ostatnią kartką, ale jednak nie całkiem; będzie ciąg dalszy. 









--

1. Stephen Baxter, „Proxima”, przekład Dariusz Kopociński, Zysk i S-ka, 2020, s. 42.
2. Tamże, s. 105.
3. Tamże, s. 135.

  

 

 

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl 

czwartek, 19 listopada 2020

Wszyscy kłamią - traci dziecko

„Małe sekrety” – Jennifer Hillier

Zaczyna się od porwania czteroletniego Sebastiana w centrum handlowym w Seattle. Jego matka, Marin, zbyt zajęta była esemesowaniem ze swoim mężem, Derekiem, żeby dopilnować synka. Nagrania z kamer pokazywały, jak chłopiec bez oporu odchodzi z osobą przebraną za świętego Mikołaja. 


Półtora roku później Marin Machado, po różnych terapiach, wraca do pracy – jest wziętą fryzjerką i właścicielką kilku salonów fryzjersko-kosmetycznych. Uczestniczy w jakichś spotkaniach nieformalnej grupy wsparcia (na zapleczu bufetu, baru z pączkami), na których z zapałem uprawia samobiczowanie, użalanie się nad sobą, rozdrapywanie ran itp. Marin uważa, że gdyby pozwoliła sobie powoli przestać cierpieć i jakoś w końcu zacząć wracać do normalnego życia, to byłoby nie w porządku wobec synka, Sebastiana. Tego, że jej postawa jest mocno nie w porządku wobec Dereka (ostatni seks kilkanaście miesięcy temu), jakoś nie dostrzega. Marin wynajmuje detektywkę (skoro jest adwokatka i psycholożka, to trzeba konsekwentnie, prawda?), ale ta odkrywa tylko, że Derek Machado, odnoszący sukcesy biznesmen, producent zdrowej żywności, ma romans od kilku miesięcy. 

W związku z ewidentną bezradnością w sprawie zaginionego dziecka, Marin z jakąś przewrotną satysfakcją i zapałem przyjmuje okazję, żeby powalczyć o męża. Wspierana radami przyjaciela, Sala Palermo, byłego kochanka i człowieka o wątpliwych intencjach oraz problematycznej moralności, podejmuje akcję przeciwko dwudziestoczteroletniej kochance męża, McKenzie Li (studentce i baristce), która momentami staje się jakby drugą narratorką powieści. 

„Małe sekrety” to thriller psychologiczny niezłej klasy, w którym prawie każda z osób dramatu skrywa mniejsze lub większe sekrety i… kłamie. 

To ciekawe, obserwować kłamcę, kiedy się wie, że kłamie. Ledwie dostrzegalne tiki twarzy, przerywany kontakt wzrokowy, drobne drganie różnych części ciała. Takie rzeczy, na które można nie zwrócić uwagi, jeśli się nie wie, że ta osoba kłamie. Takie, o których nigdy się nie pomyśli, że są istotne, jeśli komuś się ufa, ponieważ wtedy można założyć, że wszystko, co ten ktoś mówi, jest prawdą. Jeśli ktoś kocha, nie powinien okłamywać ukochanej osoby

Marin, co dla mnie jest kompletnie niezrozumiałe, nie powiedziała mężowi, że wynajęła horrendalnie drogą detektywkę, jednak nie chodzi tu o pieniądze; państwo Machado są bardzo zamożni. Cóż byłoby dziwnego we wspólnym wynajęciu kogoś takiego, gdy FBI (porwanie dziecka to przestępstwo federalne) nie dało sobie rady? 

Ty złodziejska dziwko trzymaj się z daleka od mojego męża ty zdziro ty pizdo ty kurwo zamorduję cię wyrwę ci ten pierdolony dzbanek roztrzaskam go i zedrę z ciebie twarz odłamkami szkła

Być może rzeczywiście nienawiść jest lepsza od apatii i depresji, ale kiedy zmienia się w żądzę mordu, robi się mniej… korzystnie. Z typowo kobiecą logiką Marin Machado ma pretensje nie do męża, który złamał obietnice małżeńskie, ale do McKenzie Li, która nie miała przecież wobec niej żadnych zobowiązań, nie miała moralnego obowiązku lojalności, wierności itp. 

Wciągająca fabuła, całkiem nieźle kumulowane napięcie, zagadka, którą chce się poznać, rozwikłać, ale też czasami irytujące, bo niezrozumiałe, zachowania i postawy bohaterów. Ale jest możliwe, że czytelniczki tego nie zauważą, że dla kobiet nie będzie to żadnym wyzwaniem. W każdym razie dobra zabawa – polecam. Facetom też i mimo wszystko. Wprawdzie powieść zaczynała się jak pozycja typowa dla kobiet – porwane dziecko, mąż ma kochankę, oj, oj, oj, jak cierpię, jednak szpilki założę marki X, a sukienkę z salonu Y – ale w czytaniu okazała się wciągająca. Zwłaszcza że do samego końca (no, prawie) nie wiadomo, czy mały Sebastian w ogóle żyje. A tego koniecznie trzeba się dowiedzieć.

środa, 11 listopada 2020

Czerwone głąby, biali geniusze

„Wplątani” – Arkadiusz Rączka

Wrony krakały, przysiadały na śniegu i przez chwilę szły wzdłuż pochodu, przekrzywiając okrutne główki. Przypatrywały się jeńcom z akademickim zainteresowaniem…[1]. 

Akademickie zainteresowania wron, opłatek księżyca, łupież śniegu, okrutne główki… Warto, żeby nad środkami stylistycznymi i warsztatem autor trochę jeszcze - ale intensywnie! - popracował. 


Czasy wojny polsko-bolszewickiej i utrwalania władzy rad, czyli eksterminacji białych. Rotmistrz Wolski (jakoś nie rzuciło mi się w oczy jego imię) służył wpierw w carskiej Lejbgwardii, a następnie w Polskiej Dywizji. Został pojmany przez czerwonoarmistów. W obozie niedaleko od Krasnojarska spotkał dawnego towarzysza broni, cynicznego oportunistę Fiodora Dobrynowicza, oficera białej gwardii (do czasu), bo później… 
Przyjaciele planują ucieczkę, ale w jej przeddzień czerwoni zabierają Fiodora – wydaje się, że na rozstrzelanie. Zdąży on jedynie poprosić Wolskiego, żeby odnalazł jego żonę, Polkę, i pomógł jej wrócić do Polski – oczywiście, gdyby udało się Wolskiemu przeżyć. 

Wolski ucieka wraz z majorem Dziewulskim, ale przed powrotem do kraju stara się wypełnić zadanie zlecone przez kolegę. Fiodor, postawiony przed wyborem: przejście na stronę czerwonych lub śmierć, wybiera to pierwsze. 

Arkadiusz Rączka bardzo się starał udowodnić, że Fiodor właściwie nie miał wyboru, a tortury i bestialskie morderstwa bolszewików przedstawił tak, że aż mdli przy czytaniu. Przy tym wszystkim pojawia się pytanie, jakim cudem w tym całym Związku Radzieckim ktokolwiek pozostał przy życiu. W każdym razie niepotrzebna przesada. Ale… akcja dopiero się rozkręca. 

Momentami powieść przypominała mi książkę „Michał Strogoff – kurier carski” Julesa Verne'a. Jest więc tu przygoda, wielka miłość, szpiegostwo, chyba jednak trochę przerysowany terror bolszewicki (choć z drugiej strony to towarzysz Lenin stwierdził, że celem terroru jest terroryzować), barwne bitwy (w tym bitwa warszawska) i potyczki w realiach początków dwudziestego wieku. Bawiłem się bardzo dobrze w każdym razie (zwłaszcza, kiedy okazało się, że statek ewakuujący Polaków nazywa się „Jarosław”), ale gdybym chciał poznać realia polityczne i historyczne, to szukałbym opracowań poważniejszych, mniej subiektywnych i emocjonalnych. 

…znalazło się też sporo żołnierzy, przypominających raczej zwykłych pastuchów: stali boso, dzierżąc zwykłe kije. Większość miała wprawdzie karabiny, ale brakowało rzemieni, więc broń wisiała na sznurkach. Niektórzy ubrani byli w jakieś wojłoki, waciaki, a na nogach mieli rozpadające się buciory, łapcie zszyte końskim włosiem – dobrze, że nie zaschłym sitowiem. Lud, który powstał z grobów, obleczony w zgniłe łachmany. Oto cudowna armia trupów, która maszeruje, by przynieść żywym wolność na zardzewiałych bagnetach[2]. 

Zapewne tak to wtedy było, ale jednocześnie pomaga to zrozumieć, czemu komunistom tak łatwo przyszło „uwieść” lud rosyjski. Ci ludzie w waciakach i łapciach, widać dość już mieli wielopokoleniowego dziadowania, katorżniczej roboty, nędzy, głodu i pogardy jaśniepanów. Łatwiej też zrozumieć, choć oczywiście nie jest usprawiedliwieniem, ich okrucieństwo – walczyli nie tylko o lepsze jutro dla siebie i swoich dzieci, ale też mścili się za lata niesprawiedliwości. 

Według Rączki bolszewicy byli tak prymitywni i głupi, tak tępi, niewykształceni, debilni, gamoniowaci, groteskowo matołkowaci, że… ale zaraz, zaraz… jakim niby cudem ta hołota trzymała za pysk pół Europy dziesiątkami lat? Jakimi dopiero głąbami musieli być ci wszyscy, którzy dali się dymać tym czerwonym jełopom przez pół wieku? 

„Wplątanych” Rączki uważam za powieść przygodową ze znaczącymi wydarzeniami historycznymi w tle. Bo jednak to, że kilka faktów i nazwisk się zgadza, nie czyni z niej wiarygodnego źródła historycznego. Jako powieść przygodowo-sensacyjno-romansowa są „Wplątani” całkiem niezłą rozrywką. Może bez wielkich ambicji i przerysowaną, ale pozwalającą skutecznie oderwać się od tematu epidemii, zrujnowanej gospodarki oraz żenującej polskiej polityki. Na koniec roku 2020 – jak znalazł. Natomiast wstawki, w których autor popisuje się znajomością pewnych zagadnień logiki, filozofii, matematyki, religii itp. (ustami Niny zwykle), można sobie darować; wpływu na przygodę nie mają bowiem żadnego. 













--
1. Arkadiusz Rączka, „Wplątani”,Novae Res, 2020, s. 27.
2. Tamże, s. 146.









Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

piątek, 30 października 2020

To może być i w Twoim domu

„W cieniu zła” – Alex North 

Przeczytałem z pewnym trudem kilkadziesiąt kartek i zorientowałem się, co jest nie tak – nie potrafię sobie wyobrazić żadnego z opisywanych miejsc. To że Gritten Park myli mi się z Gritten Wood, to głupstwo, bo ważniejsze było chyba to, że „nie widzę” zupełnie kamieniołomu na pustkowiu, a może to pustkowie było w kamieniołomie, nowej szkoły, pokoju w hospicjum… Za to rzuciło mi się w oczy jedno – według oceny autora wszystkie miejsca są smutne, ponure, przerażające, beznadziejne, szare, przygnębiające. Wróciłem do początku, ale ta sprawdzona metoda nie przyniosła większych efektów. Kamieniołom mam ze trzysta metrów od domu, książek, których akcja dzieje się w USA, przeczytałem mnóstwo, nie chodziło więc o egzotykę. Trudno – pomyślałem – z czasem się oswoję i jakoś przyzwyczaję. Czemu w ogóle zależało mi na przeczytaniu tej książki? Okazało się, że chodzi o okładkę – dobrze zaprojektowaną, z podwójną fakturą, nowoczesną; chyba uznałem podświadomie, że książka z taką okładką musi być ciekawa. Więc pośmiałem się z samego siebie i… czytałem dalej. Na szczęście. 


„Nagle Charlie nakierował na mnie procę. Celował prosto w twarz.
Zaciągnąłem zasłony.
Właśnie miałem wyjść z pokoju, kiedy…” [1].

Pomiędzy „twarz” i „zaciągnąłem” minęło kilkadziesiąt lat, ale tego trzeba się domyślić. 

„Przed oczami stanął mi James, który tamtego dnia przycupnął niezdarnie na drabince.
Potem rozległo się pukanie do drzwi.
I pojawiła się myśl, która tak często chodziła mi wtedy po głowie…” [2].

I co z tym pukaniem? Kto przyszedł? Cóż… nie wiadomo. Reszta rozdziału, i następny rozdział, i kolejny, nie zawierają żadnej kontynuacji tego tajemniczego pukania. Pół książki dalej pojawia się... ale raczej nie pukanie, co walenie w drzwi.

Taka technika pisarska nie ułatwia rozumienia treści; książki Northa nie czyta się lekko i płynnie, bo nieustannie trzeba uważać, który narrator właśnie ma głos i kiedy dzieje się to, co relacjonuje. 

To tyle, jeśli chodzi o warsztat. Teraz fabuła. 

„Hick i Foster poszli do kamieniołomów ze swoim kolegą Michaelem Price’em, brutalnie go zamordowali, a potem wzięli tabletki nasenne. Kiedy oprzytomnieli, wyszli na pustkowie, ale pobłądzili i przez jakiś czas cali zakrwawieni łazili bez celu. Zauważył ich zaniepokojony przechodzień. Chłopcy mieli w rękach noże i grube zeszyty. Żaden nie wyparł się zabójstwa…” [3]. 

Oficer śledczy, Amanda Beck, prowadzi dochodzenie. Oczywiście wezwana w dniu, w którym miała wolne. Oczywiście, jak chyba zawsze we współczesnych powieściach sensacyjnych, jej szefem jest palant i dupek, którego nie interesuje, dlaczego chłopcy to zrobili – policja ujęła sprawców, jest sukces, sprawa zamknięta. Jednak nie dla Amandy, która jest jednym z narratorów. Oczywiście ma ona rację – sprawa nie tylko się jeszcze nie zakończyła, ale w pewnym sensie nawet na dobre nie rozkręciła.

Drugim, zapewne ważniejszym narratorem, jest Paul Adams, pracownik uczelni, choć nie profesor, który raz relacjonuje zdarzenia na bieżąco lub prawie, innym razem wspomina  dzieciństwo i kolegów szkolnych, wśród których byli zabójcy i ofiara, oraz tragiczne wydarzenia, w których brał wówczas udział, ale też swoje sny. Miał wtedy około piętnaście lat. 

Kiedy Amanda Beck odkrywa, że ćwierć wieku temu, w miejscowości o której nigdy nie słyszała (Gritten), popełnione została prawie identyczne morderstwo (ofiarą też był... młody człowiek, a wokół pełno było śladów krwawych dłoni), a policja aresztowała w związku z tym nastolatka, Paula Adamsa, sensacja i groza zaczynają się na poważnie.

Jest w książce taki moment, w którym nastoletni Paul Adams rozmawia z koleżanką szkolną o czytaniu i literaturze. Oboje zachwycają się Stephenem Kingiem i jego horrorami, a ja od razu zorientowałem się, że to wskazówka albo autorowi coś się wymsknęło, że ciąg dalszy „W cieniu zła” będzie – jak u Kinga – mieszanką kryminału i czegoś na kształt horroru horroru.

Adams, na czas pobytu w Gritten, gdzie zjawił się po dwudziestoletniej przerwie i tylko w związku z umierającą w hospicjum matką, zamieszkał w swoim starym domu; obecnie to sypiąca się rudera, z którą wiąże się wiele traumatycznych wspomnień. Inspirowany słowami matki (to jest w domu!) Paul Adams przeszukuje dom i na strychu znajduje setki śladów krwawych dłoni. Od tej chwili niedostatki warsztatowe lub edytorskie przestają mieć większe znaczenie, bo powieść wciąga niesamowicie. Kiedy jeszcze wychodzi na jaw, że podobnych zbrodni było więcej, w różnych miejscach, zaczyna się – jak to mówią młodzi – jazda bez trzymanki. Sen, praca, jedzenie przestają się liczyć, bo ważne jest tylko, co dalej.

Bardzo dobra powieść z pewnymi warsztatowymi wadami. Polecam.

 

 

 

 

 

---

1. Alex North, „W cieniu zła”, przekład Paweł Wolak, Muza. 2020, s. 46.
2. Tamże, s. 47.
3. Tamże, s. 73.

czwartek, 29 października 2020

Prawda mniej romantyczna

 „Rewolwerowcy” – James Reasoner 


Ta książka nie jest, obiektywnie rzecz biorąc, zbyt dobra w sensie warsztatu, talentu autora. Ale ja mam sentyment. Westerny, Dziki Zachód, rewolwerowcy, napady na pociągi i dyliżanse, pojedynki na Main Street w samo południe – tym żyłem w wieku 9-15 lat. Może już nie czytałbym, a zwłaszcza nie oglądał, naiwniutkich historyjek, które nic z rzeczywistością wspólnego nie miały, ale „Rewolwerowcy” to miało być coś w rodzaju fabularyzowanego dokumentu. I w dużej mierze jest… choć fabularyzacji jest tu więcej niż udokumentowanych faktów. Zresztą przestrzega o tym sam autor we wstępie. W każdym razie przeczytałem z przyjemnością i mimo wszystko, potwierdzając pewne, zdobyte wcześniej, informacje, weryfikując inne. 

John Henry „Doc” Holliday, jak wiele innych legendarnych postaci Dzikiego Zachodu, pochodził z Południa. Urodził się w Georgii w roku 1851. Nie jest pewne, czy rzeczywiście w młodości studiował stomatologię w collegeu w Baltimore, czy też jedynie nauczył się wyrywać zęby, obserwując, jak robią to inni. Tak czy owak, w roku 1872 otworzył w Atlancie gabinet dentystyczny. Sam jednak był chorowity i dręczyły go ataki kaszlu. W końcu skonsultował się z lekarzem, który zdiagnozował u niego gruźlicę. W tamtych czasach nie było na nią lekarstwa. Doktor zalecił jedynie zmianę klimatu na cieplejszy i suchszy, co mogło przedłużyć pacjentowi życie. Młody dentysta miał też inny powód do wyjazdu z Georgii. Jak większość ówczesnych mieszkańców Południa nie przepadał za byłymi niewolnikami, którzy dzięki wojnie secesyjnej uzyskali wolność. Kiedy zobaczył, że trzech czarnoskórych pływa w zakolu rzeki, które uważał za swój prywatny basen, wyjął broń i zaczął do nich strzelać. Niektórzy twierdzą, że jedynie celował w powietrze, by ich odpędzić; inni utrzymują, że ich zranił lub nawet zabił. Jakkolwiek było, ten incydent w połączeniu z problemami zdrowotnymi doprowadził do tego, że Doc opuścił Georgię i ruszył na zachód, do Teksasu

Całkiem niezła rozrywka dla mężczyzn w dowolnym wieku (pań o takie sentymenty jakoś nie posądzam), którym nie do końca przeszła fascynacja Dzikim Zachodem.

niedziela, 25 października 2020

Polityka, czy sprawiedliwość?

 „Czarna skrzynka” – Michael Connelly

 Bardzo dobra powieść sensacyjna. Poza elementami powtarzającymi się w bardzo wielu książkach tego gatunku, zawiera też pewien rys świeżości, coś takiego, czego jeszcze nie przerabiałem u innych autorów, a nawet u samego Michaela Connelly’ego.


Los Angeles. Po wysoce problematycznym wyroku w sprawie nadużycia władzy przez policję, wybuchają zamieszki w południowych dzielnicach miasta. Ulice pełne są szalejących gangów, płoną samochody, rabowane są sklepy, dochodzi do wielkiej liczby aktów przemocy, w tym zabójstw. W tych warunkach policja, a konkretnie Harry Bosch, na rozwikłanie sprawy śmierci Anneke Jespersen, duńskiej dziennikarki i fotoreporterki, ma jakiś kwadrans. Na inne tego typu sprawy podobnie. Policja po prostu zbiera ciała, wykonuje kilka zdjęć, jakiś opis miejsca zdarzenia i… to wszystko. Prawdziwe śledztwo ma się toczyć po opanowaniu rozruchów, później, kiedyś. I nawet się toczy, ale zabójca Jespersen, zwanej Królewną Śnieżką, nie zostaje odnaleziony.

 Dwadzieścia lat później. Harry Bosch osiągnął wiek emerytalny, jednak pracuje nadal w policji, co dość typowe, w ramach czasowego kontraktu. Typowe jest i to, że jego szefem jest obecnie karierowicz, politykier i po prostu dupek. Harry zajmuje się sprawami odłożonymi i niewyjaśnionymi, a zwłaszcza sprawą dziwnej śmierci Dunki, która nie dawała mu spokoju przez wszystkie te lata. Problem jednak w tym, że Anneke Jespersen była biała, a jak by to wyglądało, gdyby policja rozwiązała tę jedną sprawę, a przypadki, w których ofiarami byli kolorowi, głównie Afroamerykanie i Latynosi, odłożyła na półkę, zamknęła, umorzyła już na zawsze.

 Tytułowa "czarna skrzynka", to pomysł dawnego partnera Harry’ego Boscha, przekonanie, że w każdej sprawie kryminalnej jest gdzieś informacja, człowiek, przedmiot, coś, co jak czarna skrzynka w samolotach (notabene jest ona jaskrawo pomarańczowa), pozwoli wyjaśnić, co i jak naprawdę się wydarzyło. W każdym razie policjant odkrywa nowe dowody, dzięki którym potwierdza swoje wieloletnie przeczucie, że śmierć Jespersen nie była przypadkowym aktem przemocy podczas zamieszek, czy wynikiem wojny gangów. Kiedy Bosch znajduje „czarną skrzynkę”, sprawa rusza z miejsca, ale prowadzi w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

sobota, 24 października 2020

Rutger nie ma racji, a szkoda...

 „Homo sapiens. Ludzie są lepsi, niż myślisz” – Rutger Bregman 

Irytujący tytuł, który zakłada, że autor jest wszechwiedzący, bo wyraźnie zna moje (i nie tylko moje) myśli. Ewentualnie uważa, że wszyscy ludzie myślą, że ludzie są źli – a skąd takie przypuszczenie? Jeśli jednak ludzie niezbyt dobrze oceniają innych ludzi, to może mają rację oni właśnie, a nie jeden… ale właśnie – kto? Po sprawdzeniu oryginalnego tytułu okazało się, że po raz kolejny i znowu, polska tłumaczka (o dziwo z angielskiego, a nie niderlandzkiego) poszalała sobie na całego, bo w rzeczywistości Rutger C. Bregman, stosunkowo młody (rocznik 1988) holenderski dziennikarz i historyk, autor głośnego opracowania „Utopia dla realistów”, napisał książkę pt. „Humankind. A Hopeful History”, a to przecież coś innego. Zdecydowanie innego. Ale do tego (oraz cytatu z innej książki) jeszcze wrócę. 

470 stron, elegancka, twarda oprawa – to mnie pozytywnie zaskoczyło; spodziewałem się, nie wiem czemu, broszurowego wydania i o połowę mniejszej objętości. W każdym razie od tej strony jest bardzo dobrze. Także liczba źródeł i przypisów robi wrażenie.

 „To jest książka o radykalnym poglądzie. […] Na czym więc polega ów radykalny pogląd? Na tym, że większość ludzi w głębi duszy jest całkiem przyzwoita” [1]. 

W znacznej mierze treść książki to dowody na poparcie tej tezy. Na szczęście nie tylko te dowody, bo byłaby to lektura niestrawna i… zbędna. Proszę zwrócić uwagę na założenie: większość ludzi w głębi duszy jest całkiem przyzwoita – są tu trzy elementy, dzięki którym można się z tym stwierdzeniem zgodzić, bez zastanowienia dłuższego niż 8 sekund i bez potrzeby czytania potężnego dzieła, mianowicie: większość (np. 51%?), w głębi duszy (czyli nie będzie to widoczne?), całkiem przyzwoita (a cóż to niby znaczy?). Jasne, czemu nie, chcesz mieć rację, to masz rację. Wygłaszając takie komunały łatwo mieć rację. 

Na szczęście, jak stwierdziłem, książka zawiera też inne przekonania autora, i to całe ich mnóstwo, ciekawych, intrygujących i irytujących, śmiesznych, wartych rozważenia i nie wartych uwagi, różnych po prostu, na przykład: 

„Czym jest prawda? Niektóre rzeczy są prawdziwe niezależnie od tego, czy w nie wierzysz, czy nie. […] Inne rzeczy mają potencjał, by stać się prawdą, jeśli w nie uwierzymy” [2]. 


Dowodem słuszności tego przekonania jest – według autora – placebo i nocebo. Placebo: lekarz podaje pacjentowi tabletkę z cukru pudru i wmawia mu, że to cudowny, drogi, szwajcarski lek, który na pewno mu pomoże i… pacjent czuje się lepiej. Nocebo: lekarz podaje pacjentowi lek, ale uprzedza, że wywołuje on przykre skutki uboczne i… pacjent ich doświadcza, choć w rzeczywistości lek zupełnie nie powoduje takich skutków. Czy to naprawdę oznacza, że ta rzecz (tabletka z cukru pudru) stała się prawdą, prawdziwym lekiem? No, właśnie według Rutgera Bregmana tak, według mnie – nie. Przecież to nie cukier puder uleczył chorego, ale jego wiara, mobilizacja organizmu, nadzieja itd. 

Inny dowód autora na całe to dobre serce ludzi, to zachowanie cywili w Londynie i w Niemczech, w czasie drugiej wojny światowej i bombardowań. Władze obawiały się i przewidywały panikę, chaos, plądrowanie, rabunki, ale w praktyce okazało się, że takich zachowań było stosunkowo niewiele, bo ludzie głównie pomagali sobie nawzajem. Super! Tyle, że autor zapomniał, że wojnę (tę i wszystkie inne) wywołali ludzie, a nie kosmici. Ludzie pomagali sobie podczas ewakuacji z walących się biurowców World Trade Center, super! Ale… to ludzie, a nie kosmici, porwali samoloty i uderzyli w wieże. 

Humankind. A Hopeful History to – moim zdaniem – Ludzkość. Historia pełna nadziei. Czy naprawdę można ocenić z nadzieją ludzkość po jej historii? To ludzie wymyślili plastik, wymagający tysięcy lat na rozpad, i zaczęli wytwarzać z niego przedmioty jednorazowe. Po Atlantyku dryfuje wyspa śmieci o powierzchni 8-9 razy większej od obszaru Polski. Po pierwszej wojnie światowej była druga. Cywilizowani, nawet wyrafinowani w swej kulturze ludzie, mordują zwierzęta i pożerają ich zwłoki. Wypowiadają porozumienie w sprawie ochrony kobiet przed przemocą. Itd. Itp. 

Nie zgadzam się z autorem w większości przypadków, a jeśli już tak, to w sprawach nie najwyższej wagi albo częściowo. 

„Aby wyciągnąć do kogoś dłoń, potrzebujesz przede wszystkim jednej rzeczy. Odwagi. Bo może się okazać, że skończysz ze zranionym sercem lub ktoś zrobi sobie z tego pośmiewisko” [3].

 Zgadza się, ale żeby pomagać sensownie i skutecznie, trzeba jeszcze wiedzieć, jak i co konkretnie należy zrobić, bo bez wiedzy i doświadczenia często będzie to tylko łzawe współczucie. Ludzie nie pomagają, choćby mogli, z bardzo wielu rozmaitych powodów, a strach nie jest jedynym. Powiedzenie: nic tak nie umacnia zła, jak bezczynność dobrych ludzi, jest zapewne starsze od autora „Homo sapiens”. I nie wzięło się z powietrza. 

Jednak najważniejszy błąd autora jest wręcz fundamentalny: rozpatruje on ludzkość (humankind) globalnie, podczas gdy ludzie nie żyją globalnie, ale indywidualnie. Czyli – nic mi po tym, że większość ludzi jest w zasadzie porządna, jeśli ja nie żyję z większością populacji; to Kowalski mnie okradł i Nowak oszukał, a nie cała ludzkość.

Pamiętam powódź w moim mieście. Większość była bierna społecznie, a więc nie robiła nic złego i nic dobrego. Ci ludzie zajmowali się sobą. Część pomagała bliźnim, ale byli i tacy (mieszkańcy najwyższych pięter), którzy na dachach wieżowców przejmowali dostawy (z helikopterów) wody, leków i żywności, i sprzedawali po horrendalnych cenach mieszkańcom niższych pięter. Przekonanie, a nawet wiara, że ludzie w zasadzie są dobrzy, jakoś w niczym nie pomogło lokatorom z drugiego, trzeciego piętra. 

Za bardzo ciekawe uważam rozważania, z których wynika, że ofiar zamieszek i rozruchów byłoby znacznie mniej, gdyby do akcji nie wkraczały siły porządkowe, na przykład Gwardia Narodowa w USA. Bo to właśnie ci obrońcy prawa i porządku prowokują do największych i najliczniejszych aktów przemocy. Oberwało się też obrońcom, dobrych, właściwych idei, że tak nazwę to w skrócie, choć nie wiem, czy słusznie, bo jeśli ktoś jest przeciwnikiem nazizmu, to nie oznacza jeszcze, że jego postawy i przekonania są słuszne… może przecież być fanatycznym komunistą. 

„Pod koniec lat 80, na miejscowym cmentarzu pochowany został zastępca Adolfa Hitlera Rudolf Hess, a Wunsiedel szybko stało się miejscem neonazistowskich pielgrzymek. Do dziś co roku 17 sierpnia, w rocznicę śmierci Hessa, skinheadzi maszerują przez miasto z nadzieją na wywołanie zamieszek i doprowadzenie do aktów przemocy. I co roku, tak na wszelki wypadek, antyfaszyści przychodzą, by dać swoim adwersarzom dokładnie to, czego ci pragną. Nieuchronnie co roku pojawia się filmik, na którym ktoś z dumą bierze zamach, chcąc uderzyć jakiegoś nazistę” [4]. 

Na czym tu polega błąd autora? Prawdziwi antyfaszyści i pacyfiści raczej nie rzucają się na innych ludzi, by ich bić. By siłą i przemocą fizyczną wbijać do głowy neonazistom, że ich przekonania nie są właściwe. 

Rutger Bregman w „Homo sapiens” w mocno irytujący sposób manipuluje danymi, prezentując głównie lub tylko te źródła, które potwierdzają jego pomysły. Coś takiego ma nawet zdaje się specjalną nazwę: błąd afirmacji. Na przykład opinia autora o paragwajskim plemieniu Aché. Tacy porządni, zgodni, mili ludzie. Wysoka śmiertelność? Ależ wcale nie dlatego, że są oni brutalni z natury. Po prostu to źli Paragwajczycy ich mordowali. Aché, ci dobrzy ludzie, gdy umierał ważniejszy członek plemienia, mordowali i chowali razem z nim małą dziewczynkę. Poza tym zabijali bez skrupułów starsze, niepotrzebne już plemieniu kobiety lub niemowlęta, jeśli uznali je za zbędne. Rutgerowi Bregmanowi z pełnym przekonaniem poleciłbym lekturę „Ikowie, ludzie gór” Colina M. Turnbulla, w którym opisano zmiany mentalności ludzkiej w trudnych warunkach. Choćby, jak słowo „najedzony” stało się synonimem słowa „dobry”, a kradzież żywności (konającemu z głodu krewnemu, mężowi) jest całkiem w porządku, jeśli tylko pozwala się samemu najeść. 

Jestem pewien, że książka wzbudzi skrajnie różne reakcje, zbierze zupełnie odmienne oceny. Zależeć to będzie od sposobu czytania. Ludzie, którzy czytają analitycznie, będą wytykać ewidentne według nich błędy i manipulacje, ci, którzy czytają emocjonalnie, będą zachwyceni. Jak się to odbywa? Ano tak… 

„Moje założenie jest po prostu takie, że mamy – wyrzuceni na bezludną wyspę, kiedy wybucha wojna czy w konfrontacji z szalejącymi żywiołami – silne skłonności do zwracania się ku naszym zaletom i dobrym stronom. Przedstawię ważne dowody naukowe pokazujące prawdziwość pozytywnego spojrzenia na ludzką naturę. Jednocześnie jestem przekonany, że jeśli zaczniemy w nie wierzyć, to stanie się ono rzeczywistością” [5]. 

Czytelnicy emocjonalni: Och, to świetnie, cudownie, nareszcie dobre wieści, można już z optymizmem i nadzieją patrzeć w przyszłość także naszych dzieci; to jest bardzo dobra wiadomość, zwłaszcza, że naukowe dowody potwierdzają.

Czytelnicy analityczni: Zaraz, zaraz… jeli są naukowe dowody czegoś tam, to moja wiara nie ma tu nic do rzeczy (Ziemia nie jest płaska bez względu na to, w co wierzę). To coś tam stanie się rzeczywistością dopiero, jak wszyscy zaczniemy w to wierzyć? Czyli teraz jeszcze nie jest? To niby czego dotyczą te naukowe fakty? Czegoś co dopiero się stanie i to pod warunkiem, że wszyscy w to uwierzymy? 

W jednym zgadzam się z autorem w zupełności:

„Jak wynika z dziesiątków badań wiadomości stanowią zagrożenie dla zdrowia psychicznego” [6] 

Nie potrzebuję na to naukowych dowodów. Dlatego zrezygnowałem z wiadomości, gazet, a zwłaszcza telewizji, już wiele lat temu. 

Na początku wspomniałem, że podczas lektury „Homo sapiens”, przypomniał mi się urywek innej pozycji. 

„Wyjątkowo ważna wydaje mi się umiejętność stawiania kończącej zdanie kropki we właściwym miejscu i to bez względu na to, czy w konkretnym przypadku chodzi o mowę, pismo czy myśli. Nie jest wykluczone, że nawet najważniejsze są myśli. Od nich przecież się zaczyna.
Ludzie są źli. – Źle!
Ludzie są dobrzy. – Źle!
Ludzie są. – Bardzo dobrze.
Tak właśnie wygląda niezwykle istotna różnica między przekonaniami i wierzeniami a rzeczywistością. To niełatwe, bo przecież nie wszystkie przypadki (zdania) w życiu będą aż tak banalne, jak ten prosty przykład, ale zasada jest w sumie zawsze ta sama: trzeba nauczyć się odróżniać fakty od przekonań” [7].

 Ostateczna ocena. „Homo sapiens. Ludzie są lepsi, niż myślisz” to bardzo dobra książka. Może się to wydać dziwne po tym, co napisałem wcześniej, ale oceniam teraz książkę, a nie przekonania autora i jego technikę dowodzenia swoich racji. Bardzo dobra pozycja, bo zmusiła mnie do zastanowienia się w dziesiątkach przypadków, do znalezienia odpowiedzi na pytania: a jakie jest moje zdanie na ten lub inny temat, co o tym sądzę i dlaczego właśnie to? Uważna lektura pomogła mi przewietrzyć własne przekonania i poglądy na wiele różnych spraw, a taki hm… zabieg uważam za niezbędny co kilka lat. A ludzie… ludzie są, po prostu. 

 



---
1. Rutger Bregman, „Homo sapiens. Ludzie są lepsi, niż myślisz”, przekład Emilia Skowrońska, Wyd. Dolnośląskie, s. 19.
2. Tamże, s. 25.
3. Tamże, s. 411.  
4. Tamże, s. 410 .
5. Tamże, s. 27.
6. Tamże, s. 30.
7. „Przebudzenie: Droga do świadomego życia”, wyd. Druga Strona, 2014, s. 51.

 

 

 

 

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

czwartek, 15 października 2020

Niepolski, dziwny katolicyzm...

 „Dorosły człowiek dojrzała wiara” – Paul-André Giguère 

Spore zaskoczenie: jak niewiele można znaleźć informacji o książce w polskojęzycznym internecie (jakieś archiwalne aukcje na Allegro, księgarnia Tezeusz), bo o autorze to już chyba w ogóle nic. Zrozumiałem, czemu tak jest, kiedy przeczytałem blurb (to jest tekst na okładce) wydania polskiego, a w nim, że jest to pozycja dla tych, którzy z racji swoich funkcji w Kościele zajmują się kształtowaniem wiary dojrzałych, dorosłych ludzi o nadal niedojrzałej wierze. Czy w kraju, w którym w ciągu kilku ostatnich lat wybudowano 12 nowych szpitali i 1470 nowych kościołów, ktokolwiek w Kk zainteresowany jest zmianą infantylnej wiary dorosłych, często starszych ludzi? A po co? Zauważyłem też, że tytuł francuskiego oryginału jest prostszy niż polski, „Une foi d'adulte” – wiara dorosłych. 

Książka składa się z kilku części. W pierwszej, nawet dość obszernej Paul-André Giguère stara się wyjaśnić, jak rozumie pojęcie „człowiek dorosły, dojrzały”.

„Okres dojrzałości zazwyczaj charakteryzuje się stałością psychiczną. Człowiek uwił już swoje gniazdo. Posiada swój pogląd i system wartości, własną wizję świata jak też zespół czynników pozwalających mu na ocenę ludzi i rzeczy oraz na właściwe, stabilne zachowywanie się” [1].

 Kiedy można mówić o dojrzałych ludziach? Jakie są składowe tej dojrzałości? 

„Składają się na nie: samodzielność, doświadczenie, znaczenie roli i funkcji społecznej oraz stosunek do czasu” [2].

Zapewne już w tym momencie miałbym ochotę dyskutować z autorem, ale on tu i wiele razy jeszcze podkreśla, że chodzi mu o ludzi Zachodu, stosunki społeczne, mentalność, przekonania itd. itd. typowe i charakterystyczne dla świata i obywateli Zachodu. Nie wyjaśnia, czemu jego rozważania nie dotyczą Wschodu albo nie są uniwersalne. Może po prostu dlatego, że Wschodu nie znał lub nie rozumiał. 

Intrygujące wydało mi się rozróżnienie odmiennych typów światopoglądów u ludzi dorosłych (światopogląd intuicyjny, globalny, strukturalny) – brzmi to poważnie, ale sprowadza się do zasadniczej różnicy: jedni ludzie mają ugruntowane poglądy i chętnie przyjmują nowe informacje, bo może się okazać, że będą one ważne i zmuszą ich do zmiany przekonań, i drudzy, dorośli ludzie o ugruntowanych przekonaniach, którzy wkładają wiele wysiłku, by nie dowiedzieć się niczego, co mogłoby zmusić ich do weryfikacji tych własnych przekonań. Zainteresowało mnie to głównie dlatego, że z takimi postawami stykam się w swoim środowisku – ja jestem facetem typu pierwszego i nijak nie potrafię zrozumieć postawy numer dwa. Wyszło to w związku z naszymi różnymi przekonaniami politycznymi, a właściwie to ich przekonaniami dotyczącymi pewnej partii politycznej (narodowo-socjalistycznej, nazywanej przez politologów neobolszewicką), którą traktują bardzo podobnie jak religię.

Kwestie polityczne to tylko moja dygresja, ale okazuje się, co było do przewidzenia, że te różne typy światopoglądu, mają także znaczący wpływ na dojrzałą/niedojrzałą wiarę. 

Janusz Majcherek, filozof, socjolog kultury, profesor nauk humanistycznych, stwierdził, że ateiści na ogół lepiej wiedzą w co nie wierzą, niż wierzący w co wierzą. Jeśli człowiek nie wie w sumie w co wierzy, trudno raczej jego wiarę nazwać dojrzałą. 

„Aktualna formuła wiary Kościoła w Trójcę św. lub w boskość Chrystusa datuje się dopiero od przełomu czwartego i piątego wieku, a ostateczne ustalenie liczby sakramentów na siedem miało miejsce w Średniowieczu” [3]. 

Wiedziałeś/wiedziałaś o tym, że Jezus nie był Bogiem przez kilkaset pierwszych lat chrześcijaństwa? Że ktoś to wymyślił i zatwierdził tak późno? A jeśli ktoś ma możliwość decydowania, kto jest Bogiem, a kto nie, to czyja władza jest większa, jego, czy może tego nowo zatwierdzonego Boga? 

Podczas definiowania pojęć: dojrzałość, dorosłość, wiara, duchowość, autor używa innych pojęć, które też wymagają omówienia, wyjaśnienia, interpretacji. Te z kolei zawierają określenia, które… Przez pierwszych kilkadziesiąt stron irytowało mnie takie podejście, ale w końcu zrozumiałem, że właśnie o to chodzi, że pod koniec nie będzie żadnego powalającego na kolana odkrycia, czytelnik nie dowie się wreszcie „kto zabił”, że cała wartość tej książki polega właśnie na dyskusji wewnętrznej, jaką czytelnik toczy z propozycjami autora. A tak! Bo zwykle są to tylko propozycje, podpowiedzi, wskazówki, a nie jakaś jedynie słuszna racja i prawda.

Z przyjemnością i satysfakcją odnajdowałem w książce przekonania jakoś tam zbliżone do moich, ale kiedy okazywały się mocno odmienne od moich doświadczeń, to… mniej było miło, ale zapewne bardziej wartościowo. 

„Ludzie powtarzający stare prawdy są ludźmi wierzącymi tylko z pozoru. Prawda nie odnawiana świadomie przez człowieka jest prawdą zdradzoną” [4]. 

Jest dla mnie oczywiste, naturalne i konieczne (choć nie zawsze tak było), że co pewien czas muszę wietrzyć swoje poglądy. Mogłoby się bowiem zdarzyć, że moje przekonania nie przystają już do świata i życia, które zmieniły się w międzyczasie, a to z kolei może spowodować, że nie będą mi już dobrze służyły, choć zapewne kiedyś tam były zupełnie dobre. Natomiast brak weryfikacji przekonań może okazać się niebezpieczny. 

Zgadzam się całkowicie z autorem, że duchowość to nie jest religijność, ale mam wątpliwości co do kwestii wolnej woli, wyboru człowieka, który może Boga pokochać lub nie. Czy naprawdę jest to tylko kwestia postanowienia, że tę osobę (albo Osobę) pokocham, a tamtą nie? Przestało być prawdziwe powiedzenie, że miłość jest ślepa? 

Mógłbym tak długo, bardzo długo, ale nie w tym rzecz, żebym w gawędzie, opowieści, recenzji, dyskutował z autorem i treścią książki. Poza tym są w niej elementy, z którymi polemizować byłoby trudno – świadectwa konkretnych osób. Relacja Brigitte, na przykład, wywarła na mnie spore wrażenie. Szkoda, że tych świadectw nie ma więcej. Ale na koniec jeszcze jeden – obiecuję, że ostatni – cytat. To treść, powiedziałbym, moja, znana mi z własnego życia i dla mnie ważna.

„Do tej pory wszystko toczyło się harmonijnie. Życie rodzinne, życie zawodowe lub przynależność do określonej grupy przebiegały bez niespodzianek, z właściwym dla nich rytmem i ze znanymi zwyczajami.. Pojawiające się wątpliwości i niezadowolenia były łatwe do załatwienia dzięki dokonywanym dopasowaniom, stosunkowo łatwym do wprowadzenia w życie. Następnie, bardzo często be udziału świadomości, coś pęka. Początkowo nie zwracamy uwagi na te niewielkie, zewnętrzne przemiany; przejściowe stany niecierpliwości, brak zainteresowania niektórymi gestami lub zajęciami, niezrozumiałe uczucie niezadowolenia z pewnych wyjaśnień, zjawisk i rzeczy. […] Mówimy wtedy sobie: to przejdzie. Lecz to nie przechodzi. Symptomy stają się coraz liczniejsze i dostrzegamy je coraz częściej. Jeszcze nie niepokoimy się naprawdę ale już stajemy się bardziej uważni i stawiamy sobie pytania. Coś się dzieje, ale co? Czekamy. Czekamy, aż zobaczymy” [4].

Kilka już razy znajdowałem się w takim punkcie zwrotnym życia. Wiem wtedy, że czas na zmiany. Jednak dopóki nie wiem, na jakie zmiany, czekam. Okaże się… 

O ile coś takiego istnieje, to pozycję tę zaliczyłbym do literatury polemicznej. Poza tym – ciekawa i wciągająca momentami, choć trudna czasami.

  

 

 

 

 

 

--

1. Paul-André Giguère, „Dorosły człowiek dojrzała wiara”, przekład: Alicja Ratajczyk, wydawnictwo M, 1998, s. 12.

2. Tamże, s. 19.

3. Tamże, s. 33.

4. Tamże, s. 85.

poniedziałek, 5 października 2020

Tajemnica D-Day zagrożona!

„Igła” – Ken Follett


 „Igła” (ang. Eye of the Needle), thriller szpiegowski z okresu II wojny światowej, to pierwsza powieść tego autora jaką przeczytałem (i do której wracam co kilka lat), wydana w Polsce po raz pierwszy w 1981 roku, a później wielokrotnie wznawiana. Po latach dopiero dowiedziałem się, że była pierwszym znaczącym sukcesem autora i otrzymała Nagrodę Edgara. W PRL był to czas „komuny”, więc na kolejne pozycje Folletta przyszło mi czekać dość długo. „Igłę” zdobyłem za duże pieniądze, stojąc półtorej godziny przed antykwariatem i czekając na jego otwarcie. Kiedy sam zacząłem pracować w księgarniach, robiłem to samo – po zamknięciu wykładałem na wystawę jakieś chwytliwe tytuły i następnego dnia rano przed księgarnią stała kolejka. Spory ogonek przed sklepem był w tamtych czasach sygnałem, że „coś rzucili”, więc warto też się ustawić. Jeśli nawet nie dla wszystkich starczyło superpozycji, to i tak sprzedaż rosła, a my wynagradzani byliśmy prowizyjnie. 

„Faber usłyszał kroki zbliżające się do drzwi i zareagował w sposób automatyczny. Odsunął na bok wszelkie jałowe myśli i szybko wyskoczył z łóżka, podszedł do okna i stanął w najciemniejszym miejscu pokoju, trzymając sztylet w ręku. Usłyszał, że ktoś otwiera drzwi, wchodzi do środka i zamyka drzwi za sobą. Zdziwiło go to trochę, wiedział bowiem, że zabójca zostawiłby drzwi otwarte dla ułatwienia sobie ucieczki”*. 

Akcja powieści toczy się w Wielkiej Brytanii, w czasie II wojny światowej, i koncentruje się na pościgu za potwornie niebezpiecznym i brutalnym niemieckim agentem, Faberem, kryptonim Igła, który wszedł w posiadanie tajemnicy D-Day. Wątek uczuciowy stanowi pewne urozmaicenie, ale nie jest specjalnie ważny aż do momentu…

To bardzo brytyjska powieść – autor znakomicie oddał mentalność Brytyjczyków, klimat, nastrój, aż do najdrobniejszych detali, np. policjanci ścigają złych facetów na rowerach, w pociągu jest tłok itp. Ciekawe jest i to, że Ken Follett tak poprowadził fabułę, że do pewnego momentu sympatia czytelnika bywa po stronie szpiega, a nie nieudolnych „bobbies”. I choć wiem z historii, jak potoczyła się inwazja, w drugiej połowie książki zacząłem się martwić, że szpiegowi może się udać, co – jak sądzę – świadczy o wielkim talencie autora.

 Brytyjczycy zmobilizowali przeciwko Igle (pozostałych niemieckich szpiegów wyłapali) ogromne siły i środki, ale w ostatecznej konfrontacji, na wysepce na Morzu Północnym, walczy on z kobietą, którą oszczędził, staruszkiem i kaleką.

 

 

 

 

 

--

Ken Follett, „Igła”, przekład: Małgorzata Targowska-Grabińska, wyd. Czytelnik, 1989, s.211.