czwartek, 14 sierpnia 2014

Alkoholizm - pułapka kobiet

„Alkoholiczka” – Mika Dunin


Brudne ubrania, przykra woń dawno niemytych ciał, zmierzwione włosy… – wzrok dziki, suknia plugawa, chciałoby się przywołać słowa wieszcza – osiedlowi pijacy, może alkoholicy, ale niekoniecznie; niekoniecznie też bezdomni. W przeważającej większości mężczyźni, najczęściej w średnim wieku. Kobiety? Bardzo, bardzo rzadko, wyjątkowo, sporadycznie. Zapewne właśnie dlatego „alkoholik” to w naszej wyobraźni zawsze mężczyzna. Poza tym, jak to? Kobieta pracująca, matka dzieciom, katoliczka, Matka Polka – alkoholiczką?! Przecież to się w głowie nie mieści! Nie mieści się w głowach wszystkich obłudnie zniesmaczonych wyznawców narodowych przekonań, wizji i mitów, powtarzających bzdurne teorie, że grzeczne dziewczynki z dobrych domów to nie… że porządne kobiety to by nigdy… Tak zaczyna się piekło kobiet i pułapka, bo powstrzymać się od picia już nie potrafią (uzależnienie oznacza TAKŻE bezsilność wobec alkoholu – choć to akurat wierzchołek góry lodowej, objaw niewątpliwie spektakularny, lecz chyba jednak nie najważniejszy), a poprosić o pomoc, zgłosić się na leczenie do poradni odwykowej albo do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików nie pozwala im wstyd, ale przede wszystkim piętno społeczne, stygmat: alkoholiczka = kobieta upadła… Swoją drogą od wielu lat zastanawiam się, cóż by to miało znaczyć i dlaczego takie bzdury?

Po wsiach powiadają, że lepiej jest być znanym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem, ale to też kobiet nie dotyczy, a przynajmniej nie bezpośrednio, bo niby jaka z niej anonimowa alkoholiczka? Przecież to Ziuta od Iksińskich, cała wieś ją zna! Nie mówiąc już o tym, że prawie każdy ją miał, bo przecież wiadomo: baba pijana – d… sprzedana (kolejna polska mądrość ludowa).

Historia opowiedziana przez Mikę Dunin jest wyjątkowo bolesna i przyznaję, że kilka razy łzy ciekły mi po policzkach (np. wyścigi w napychaniu się soloną cebulą, kiedy dzieci już nic innego nie miały w domu do zjedzenia), bo tak nie powinny żyć i być traktowane dzieci, ale i później nie była to relacja wesoła, choć jej bohaterka już dorosła i – wydawałoby się – sama decydowała o swoim życiu. Bo możliwość podejmowania rozmaitych decyzji nie oznacza jeszcze automatycznie poukładanego, szczęśliwego, satysfakcjonującego, spełnionego życia ani realnej zdolności do zbudowania takowego – w przypadku tytułowej alkoholiczki było wręcz przeciwnie: chaos, zagubienie, brak realnego kontaktu z rzeczywistością (alkoholicy żyją w swoim własnym świecie wyobrażeń, przekonań i pozorów, i to nie tylko wtedy, kiedy są pod wpływem), negowanie oczywistych faktów i związków między nimi, bezradność wobec banalnych problemów, nieudane najczęściej próby zgadywania, jak ma być, jak się zachować, jak postąpić, co wybrać…


Bardzo ważne wydaje mi się uświadomienie sobie i zrozumienie, a to w książce Miki Dunin pokazane jest bardzo wyraźnie, że głównym problemem alkoholiczki/alkoholika nie jest alkohol – że, jak mawiają członkowie Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, alkoholizm to choroba duszy, ciała i umysłu, a więc zdecydowanie bardziej psychiczna niż gastryczna, choć element uzależnienia fizycznego też w niej występuje. W konsekwencji oznacza to, że alkoholiczka (oczywiście także alkoholik) może przestać pić, ale choroba trwa nadal, życie w dalszym ciągu w żaden sposób nie poddaje się kierowaniu. To stan, w którym… chciałam dobrze – wyszło jak zwykle. Mika Dunin takie właśnie życie też opisuje: wprawdzie od pewnego momentu alkoholu i upijania się nie było już w nim zupełnie, ale nadal wszystko rozłaziło się w szwach, szło zupełnie nie tak (a jak miało/powinno być? – to też zgadywanka), a do tego jeszcze nie bardzo wiadomo, dlaczego. Alkoholik – płci dowolnej – może nie pić, jednak często dzieje się w jego/jej życiu tak, jak to autorka opisała w rozdziale pod znaczącym tytułem „Suchy impas”: Tamte lata mogłabym nazwać małą stabilizacją. Chciałabym je tak nazwać. Udawałam, że tym właśnie są. Robiłam wszystko, by były. Ciułałam, składałam, zbierałam, ustawiałam się. Pozamykałam większość niezamkniętych spraw z przeszłości. Zalegalizowane i wyjaśnione rozstania, odebrane dyplomy, zakończone sprawy urzędowe, pospłacane długi. Zmieniałam prace, mieszkania, próbowałam ułożyć życie osobiste, co nieodmiennie doprowadzało mnie do rozpaczy, ponieważ raz za razem kończyło się w jedyny znany i, jak już zaczęłam podejrzewać, jedyny dostępny mi sposób – porażką*.

„Alkoholiczka” jest przejmującą i wciągającą (jak bardzo dobry kryminał albo romans) opowieścią o budzeniu się i rozwijaniu świadomości w sferze umysłowej/psychicznej, duchowej i emocjonalnej. Dzięki niej łatwiej zrozumieć określenie, które usłyszeć można często w środowisku anonimowych alkoholików: skazani na rozwój. Bo jeśli nawet wydaje się to niesprawiedliwe i trudne, rodzi bunt i opór, a w świecie ludzi zdrowych jest kompletnie niezrozumiałe i nie do pojęcia, prawdziwi alkoholicy każdego dnia muszą wkładać wiele pracy i wysiłku w… normalność, w zwyczajne życie. I nieustannie muszą się rozwijać. Bo umrą.

Nie sądzę, żeby to właśnie Wydawnictwo, tak bardzo szanowane, z półtorawiekową tradycją, przez jakiś przypadek wydało „Alkoholiczkę” i „Alkoholika” – koncepcja, przesłanie, idea, pomysł wydają mi się czytelne i zrozumiałe: charakterystyczna, a nawet typowa dla mężczyzn zwięzła relacja, opisy konkretnych, „twardych” faktów, sytuacji i zdarzeń, dzięki „Alkoholiczce” zostają uzupełnione, dopełnione i – ponad wszelką wątpliwość – fantastycznie wzbogacone światem przeżyć i emocji nieco bardziej delikatnych, ulotnych, choć nie mniej tragicznych i bolesnych. W każdym razie, powtórzę raz jeszcze, poza cudownym przeżyciem literackim i fascynującą autobiografią, jest „Alkoholiczka” w literaturze polskiej kolejną okazją i szansą na zrozumienie, że tak naprawdę fundamentalnym, podstawowym, głównym i zasadniczym problemem alkoholików, kobiet i mężczyzn, nie jest konsumpcja etanolu w ilościach hurtowych (a co jest? – odpowiedź uważny czytelnik znajdzie w książce Miki Dunin), choć to, rzecz jasna, najbardziej rzuca się w oczy.

W ostatnich latach wiele razy zarzucano Kościołowi katolickiemu w Polsce obłudę i zakłamanie, a od wieków skostnienie, niezdolność do zmian. Katolickie Wydawnictwo WAM, wypuszczając na rynek książkę alkoholiczki, w której opisała ona… hm… szczególną relację ze sługą bożym, pokazuje, że zarzuty nie muszą być prawdziwe i niekoniecznie dotyczą całego Kościoła. Bo trzeba odwagi, by taką książkę wydać; odwagi i otwartości, i szczerości, i… gotowości na zmiany.
Ksiądz Mateusz był młody, przystojny i uroczy. Miał cudownie kojący głos, był fantastycznie dowcipny i złośliwy w ten przyjemny, podniecający sposób, który uwielbiałam. I był wyraźnie mną zainteresowany**.

Na koniec, po uważnej lekturze „Alkoholiczki”, jedna tylko uwaga, właściwie dygresja:
Wszyscy jesteśmy, byliśmy albo w określonych warunkach bywamy złodziejami, oszustami i kłamcami, wielu cudzołożnikami, ale trzeźwe alkoholiczki i alkoholicy nie udają przynajmniej świętoszkowato, że to nieprawda, że oni nigdy nie… Może właśnie dlatego bardziej sobie cenię opowieści uzależnionych, ale niepijących już autorów od historii ludzi pozornie przyzwoitych, na użytek sąsiadów i dalszych krewnych porządnych i bogobojnych, a jednak do samego gruntu fałszywych. Mika Dunin w „Alkoholiczce” jest prawdziwa. Prawdziwa tak bardzo, że to momentami boli…



--
* Mika Dunin, „Alkoholiczka”, wyd. WAM, 2014, s. 218.
** Tamże, s. 203.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Alkoholizm mocno egzotyczny

„Gobelin” – Barbara Kosmowska

Gobelin utkany przez Annę, za który zbiera pochwały i nagrody, jest, jak chyba wszystkie jej dzieła, czarno-biały. Obraz przedstawiony w opowieści Kosmowskiej jest zdecydowanie wielobarwny, czasem może nawet aż za bardzo, wręcz pstrokato. Anna Molty, osiągając kolejne stadia uzależnienia, budzi cała paletę emocji – zarówno wśród swoich bliskich, przyjaciół i znajomych, jak i u czytelnika.
Odrobinę naiwna wydała mi się koncepcja małżeństwa, w którym on to nudny, solidny, mieszczański do szpiku kości pan sędzia, a ona – barwna i wolna jak egzotyczny ptak artystka. W takich warunkach oczywiste jest, które z nich, nie wytrzymując szarzyzny codzienności, szukać będzie pociechy na dnie kieliszka.
Anna, Jerzy, Zuzanna, Konstancja, Michał… tak, scena rozstania z Michałem opisana jest znakomicie, choć nieco melodramatycznie – wielobarwna mozaika ludzkich losów, postaw, zachowań.

Książka na pewno warta przeczytania, nawet jeśli wizerunek alkoholizmu w niej prezentowany, niezbyt wiele wspólnego ma z rzeczywistością, ale… może rzeczywiście tyle jest alkoholizmów, co ludzkich wyobrażeń o nim?

środa, 6 sierpnia 2014

Alkoholizm waginododatnich

„Piekło nie ma dna” – Bożena Snella-Mrozik

„Pomysł tych rozmów wziął się z mojego przekonania, że alkoholizm kobiet jest specyficzny, bo kobiety są bardziej związane z rodziną, rodzą dzieci, inaczej przeżywają samotność. Są inne”*.

Tej informacji nie znalazłem na okładce książki – na szczęście, bo zapewne bym po nią nie sięgnął, a nie sięgnąłbym, bo straciłaby dla mnie wszelką wiarygodność. Po lekturze dziesiątków książek na temat uzależnień, mam na ten temat inne zdanie.

Książka składa się z dziewięciu rozmów z niepijącymi alkoholiczkami oraz wywiadu z psychiatrą, doktor Lubomirą Szawdyn. Historie alkoholiczek, choć ciekawe, są mroczne, ponure, jakoś brak w nich nadziei – mimo, że nie piją (kilka poddano psychoterapii odwykowej, inne przestały pić w zasadzie nie bardzo wiadomo w jaki sposób), czasem nawet kilka lat, czegoś w ich relacjach brakuje… może radości życia?
Konwencja, którą przyjęła autorka pytań i inicjatorka rozmów (też alkoholiczka) polega na pokazaniu destrukcji osoby uzależnionej z marginalnym potraktowaniem rozwiązań problemu alkoholizmu.

Ciekawe, choć w kilku przypadkach kontrowersyjne, są wypowiedzi profesjonalistki, dr Szawdyn, choćby takie:

„Kobiety wchodzą w uzależnienie powoli”**.

„…my kobiety mamy niewolniczą naturę i jesteśmy wykorzystywane w różny sposób”***.

„Uzależnienie alkoholowe, jeśli nie leczone, jest w stu procentach chorobą śmiertelną”****.

 

 

--
* Bożena Snella-Mrozik, „Piekło nie ma dna”, wyd. Media Rodzina, s. 93.
** tamże, s. 227.
*** tamże, s. 228.
**** tamże, s. 231.

piątek, 1 sierpnia 2014

Edgar Allan Poe i jacyś tam inni

„W cieniu mistrza” – red. Michael Connelly

Pamiętam z dawnych czasów prezent, ciężką i grubą (ponad czterysta stron) książkę Edgara Allana Poe „Opowieści niesamowite”, w twardej oprawie z beżowego plastiku. Pamiętam fascynację fabułą jego utworów i pewien problem z językiem, trudnym dla młodszego nastolatka.
Poe i jego mroczny świat wrócili do mnie po półwieczu. Inne wydanie, inne tłumaczenie, inna okazja i wrażenie podobne do tego, jakie towarzyszy nam, gdy odwiedzamy miejsca ważne w dzieciństwie, które opuściliśmy dawno, dawno temu, ale… może nie do końca.

„W cieniu mistrza” to zbiór pod redakcją Michaela Connelly’ego, przygotowany przez stowarzyszenie Mystery Writers of America z okazji dwusetlecia urodzin Poego,  zawierający szesnaście najbardziej chyba znanych opowiadań i wierszy Edgara Allana Poe, oraz eseje bardziej współczesnych amerykańskich autorów powieści sensacyjnych, kryminalnych i horrorów takich jak: Stephen King, Michael Connelly, Nelson DeMille, Jeffery Deaver, Peter Robinson, Sue Grafton, Lisa Scottoline, Tess Gerritsen i innych.

Teksty Poego – poza może wierszami („Kruk”, „Dzwon”), bo tych nie specjalnie lubię – znakomite i lepsze nawet niż za pierwszym razem. Eseje współczesnych… bardzo zróżnicowane jakościowo. Z tego powodu mam poważny problem z oceną tej antologii jako całości.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Dakota, mróz i Jack Reacher

„61 godzin” – Lee Child

Jack Reacher, były żandarm, wędrując po Stanach właściwie bez celu, trafia na autokar wycieczkowy z emerytami i – po dobiciu targu z kierowcą – postanawia przejechać z nimi kawałek drogi jako autostopowicz. W Dakocie Południowej autokar wpada w poślizg i ląduje w rowie, autostrada okazuje się nieprzejezdna z powodu śnieżycy i ostatecznie wszyscy trafiają do miasteczka Bolton, gdzie gościnnie przyjęci i rozlokowani po domach tubylców, muszą czekać na przysłanie innego autokaru.

W Bolton sprawy okazują się ze wszech miar skomplikowane i trudne, policjanci z miejscowego komisariatu strzegą emerytowanej bibliotekarki, Janet Salter, która jest jedynym świadkiem w poważnej sprawie o handel narkotykami. Dochodzi do tego dziwaczna umowa między lokalną policją a miejscowym więzieniem, motocyklowy gang, siarczysty mróz i międzynarodowe organizacje przestępcze.


Niezła rozrywka, choć czytałem lepsze książki z serii przygód Jacka Reachera.
 

czwartek, 17 lipca 2014

Autobusem z piekła do nieba

„Podział ostateczny” – Clive Staples Lewis

William Blake jest napisał „Małżeństwo Nieba i Piekła” ewentualnie „Zaślubiny Nieba i Piekła”, jak wolą niektórzy tłumacze. Lewis z wizją Blake’a nie zgadza się o tyle, że uważa, iż realne połączenie nieba i piekła nie nastąpi nigdy, wręcz przeciwnie, raczej należy spodziewać się ostatecznego ich rozwodu; swoją drogą powód przetłumaczenia tytułu opowiadania z 1945 roku „The Great Divorce”, jako „Podział ostateczny” nie jest dla mnie zrozumiały, ale… mniejsza z tym.

Opowiadanie Lewisa zbudowane jest na pomyśle autobusowej podróży z piekła do nieba, ale w rzeczywistości traktuje o naturze człowieka, która w wielu, zbyt wielu przypadkach kompletnie uniemożliwia mu zdobycie, osiągnięcie nieba, a nawet jego rozpoznanie oraz o decyzjach i wyborach, których dokonujemy każdego dnia.

Piekło jest stanem umysłu. Nie mógłbyś powiedzieć nic bardziej zgodnego z prawdą. Każdy stan umysłu pozostawiony sam sobie, każde zamknięcie się stworzenia w lochach własnego umysłu zmienia się w końcu w Piekło. Ale Niebo nie jest stanem umysłu. Niebo jest samą rzeczywistością. Wszystko, co naprawdę realne, ma swoje miejsce w Niebie. Clive Staples Lewis – „Podział ostateczny”.

piątek, 11 lipca 2014

By język nasz był poprawny

„Wszystko zależy od przyimka” – Jerzy Sosnowski, Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski, Jan Miodek

Profesor Tadeusz Kotarbiński, filozof, logik, twórca etyki niezależnej, wymyślił kiedyś słowo „spolegliwy”, bo do czegoś tam było mu ono potrzebne. Choć – jak widać, słychać i czuć – oznacza ono człowieka godnego zaufania, takiego, na którym można polegać, nieomalże natychmiast zaczęło być używane niepoprawnie i oznaczać kogoś uległego. Ten żenujący błąd był tak częsty i nagminny, że obecnie, w nowszych słownikach, termin „spolegliwy” – na zasadzie uzusu – przyjmuje już oba te znaczenia.
To historyjka, której w książce nie ma. Są za to setki podobnych gawęd o języku, gdyż zawiera ona zapis rozmowy, wywiadu Jerzego Sosnowskiego z trzema wybitnymi językoznawcami:  Andrzejem Markowskim, Janem Miodkiem i Jerzym Bralczykiem.
Panowie poruszają tematy odmiany nazwisk, wulgaryzmów, reklamowego bełkotu, gender, regionalizmów, językowej mody i wiele, wiele innych, a wszystko to okraszone anegdotami i ciekawostkami ze sporą dawką humoru.