piątek, 20 maja 2022

Miłość, zdrada, związki, śmierć

 „Ostatni dzień”  - Luanne Rice


Beth Lathrop została brutalnie zamordowana w swojej rezydencji w zamożnej części Black Hall. Była w zaawansowanej ciąży. Jej siostra, Kate Woodward, wezwała policję, bo z Beth nie można się było skontaktować od kilku dni. Zwłoki odkryli lokalni policjanci, Peggy McCabe i Jim Hawley. Śledztwo prowadzi detektyw Conor Reid. Beth była w domu sama, jej mąż, Pete Lathrop, jak co roku latem, wypłynął w rejs z grupą znajomych.
Wydarzenie jest, oczywiście, tragiczne, ale początkowo nic w nim nadzwyczajnego. Może do domu Lathropów dostał się włamywacz i Beth go nakryła? Może to gwałciciel? Takie sprawy zdarzają się każdego dnia.

Dwadzieścia trzy lata wcześniej obie siostry i ich matka zostały związane, zakneblowane i zamknięte w podziemiach galerii (rodzinny interes). Złodzieje ukradli cenne obrazy, pejzaże. Helen, matka Beth i Kate, udusiła się, córki przeżyły traumę, z której chyba nie wyzwoliły się całkowicie nigdy. Wtedy też sprawę prowadził detektyw Conor Reid i to on odnalazł dziewczynki. Także on doprowadził do aresztowania ich ojca i męża Helen, który zorganizował napad i tym samym przyczynił się do śmierci żony.
Garth Woodward, ojciec dziewczynek, zaplanował napad i wynajął bandytów, bo – jako hazardziście, egoiście i koszmarnemu egocentrykowi – stale brakowało mu pieniędzy – na dalszą grę i na kochanki. Najcenniejszym łupem był wtedy obraz „Blask księżyca”; policja go odzyskała, ale… Teraz, stojąc nad zwłokami Beth, detektyw zorientował się, że z jej domu zniknął ten sam obraz, wycięty z ram. To nie mógł być przypadek.

Conor Reid… „Kiedy wyciągnął siostry Woodward z piwnicy, obiecał sam sobie, że od tej pory będzie się nimi opiekował i nie spuści z nich oka. Wierzył w starą zasadę, która mówiła, że jeśli ocali się komuś życie, to już na zawsze bierze się za tę osobę odpowiedzialność. Starał się dotrzymać słowa, na ile, rzecz jasna, było to możliwe. Niestety, Beth leżała teraz martwa w swoim domu. Zawiódł na całej linii i czuł się z tym strasznie”[1].

Detektyw Reid uważa, a nawet jest przekonany, że napadu i zbrodni nie dokonał nikt obcy, przypadkowy. Od pierwszych chwil posądzał o to męża Beth, żałosnego palanta i dupka, podobnego do jej siedzącego w więzieniu ojca. Pete jednak ma alibi, pływał w tym czasie z kolegami luksusowym jachtem.
Pete Lathrop to wyjątkowo ciekawa postać. Prawie nikt go tak naprawdę nie lubi, a o zamordowanie żony posądza go nie tylko Conor Reid. I to jest nowatorskie rozwiązanie w powieści tego typu. Pomysł niewątpliwie ciekawy.

„Ostatni dzień” to powieść przede wszystkim dla kobiet. Jest ona sensacyjna w niewielkim stopniu, bo większość treści dotyczy jednak psychologii związków i mocno pokomplikowanych, trudnych relacji emocjonalnych bohaterów; na przykład nastolatki z ojcem. 
Wierzę, że istnieją mężczyźni, którzy bez szukania w Google wiedzą, co to są pysznogłówki i rozróżniają odcienie czerwieni, ale… 
 Fabuła powieści, ta sensacyjna, jest zdecydowanie warta uwagi, ciekawa, intrygująca, jednak książka ma prawie pięćset stron i mnóstwo elementów – moim zdaniem – zupełnie zbędnych. Kolor ładunku ciężarówki, którą jeden z bohaterów mijał na drodze, na przykład. Ale może takie detale tworzą jakiś nastrój, klimat, który przypadnie do gustu czytelniczkom. Zdecydowanie nie nazwałbym jej mrożącym krew w żyłach thrillerem. Co jednak nie znaczy, że jest zła.
Na koniec pewien drobiazg. Ekspres do kawy koniecznie marki Cuisinart, kawa to tylko French Roast i inne takie. To się chyba nazywa „lokowanie produktu”, prawda?









---
[1] Luanne Rice, „Ostatni dzień”, przekład Paweł Wolak, Muza, 2022, s. 29.








#OstatniDzień, @wydawnictwomuza, @muza.shadows


sobota, 14 maja 2022

Irlandczycy, Żydzi, tajni agenci

„Gwiazda i koniczynka” – Jean Grainger

Ariella, wyznania mojżeszowego, wyszła za mąż za katolika, Petera Bannona. Ze związku tego przyszły na świat dzieci: Liesl i Erich. Bannonowie żyli sobie spokojnie w Berlinie do czasu, gdy do władzy doszli naziści. Za pomoc udzieloną komuś rasowo niewłaściwemu Peter został aresztowany i – do czasu – nic nie wiadomo o jego losie.
W 1939 roku sytuacja Żydów w Niemczech zaczęła się robić dramatyczna i Ariella skorzystała z okazji i wysłała dzieci do Wielkiej Brytanii. Tą okazją była akcja tzw. Kindertransportów* (inna nazwa to Ruch Dzieci Uchodźców; objął on około 10 tysięcy dzieci), to jest wywożenia dzieci pochodzenia żydowskiego z Niemiec, Austrii, Polski, Wolnego Miasta Gdańska i Czechosłowacji do Anglii. Większość z nich nigdy więcej nie zobaczyła swoich rodziców. Często byli jedynymi osobami ze swoich rodzin, które przeżyły Holocaust. Dzieci trafiały do rodzin zastępczych i ośrodków opiekuńczych. Jednak Ariella miała szczęście, bo mogła powierzyć Liesl i Ericha dalekiej krewnej, nauczycielce, Elizabeth Klein.
Elizabeth Klein straciła męża, Żyda, w ostatnich dniach pierwszej wojny światowej, wkrótce później poroniła… Trudno się dziwić, że miała sporo obaw, czy da sobie radę z opieką nad dwójką dzieci, których wcześniej nigdy nie widziała. Jednak w praktyce nie to okazało się największym problemem.

Po jakimś bombardowaniu Liverpoolu, w którym zburzony został dom nauczycielki i szkoła, w której pracowała, wyjechała z dziećmi do Ballycreggan i zamieszkała w dawnym domu matki, którego na szczęście nie sprzedała po jej śmierci. Kochana mamusia, katoliczka, która wyrzekła się córki, bo ta związała się z Żydem, to inny, choć też (przez chwilę) ciekawy aspekt zagadnienia.

Irlandia uzyskała niepodległość stosunkowo niedawno (traktat angielsko-irlandzki z 1921 roku). Połączenie Republiki Irlandzkiej i Irlandii Południowej w 1922 roku i utworzenie Wolnego Państwa Irlandzkiego to była wielka polityka, która nie zawsze przekładała się na postawy, zachowania i przekonania poszczególnych osób.

Elizabeth Klein… „nigdy nie odnosiła wrażenia, że gdzieś w pełni przynależy. W Irlandii była katoliczką w protestanckiej na ogół społeczności, więc uchodziła za odszczepieńca, któremu nie wolno ufać. W Anglii z kolei postrzegano ją jako Irlandkę, a gdyby teraz miała wrócić do Balleycreggan, postrzegano by ją pewnie jako Angielkę. Na dodatek była wdową po Żydzie, ale nie Żydówką, więc i pod tym względem nigdzie nie pasowała”**.
Teraz miała jeszcze pod opieką dwójkę niemiecko-żydowskich dzieci, więc wszystko komplikowało się jeszcze bardziej, a życie na półwyspie Ards okazało się nie aż tak milusie.

W tym samym czasie do Balleycreggan przywiezione zostały także inne dzieci z akcji Kindertransport; z Wiednia i nie tylko. Nawet dwie siostry z Polski, Anika i Viola. Opiekował się nimi Daniel Lieber, a właściwie Liebermann i Talia Zimmermann, a wkrótce dołączyła do nich Ruth Alger z Dublina. Miała pomagać tylko kilka tygodni, ale… jakoś została. Talia zakochała się w Danielu, a przynajmniej tak twierdziła i manifestowała, Daniel coraz chętniej przebywał w towarzystwie Elizabeth Klein…

Spokojnie, wręcz sielankowo, mijają miesiące. Dzieci są grzeczne, kochane, wdzięczne i zdrowe, a kłopoty kolonii uchodźców sprowadzają się do zepsutego auta lub bojlera. Zmiana następuje w momencie, gdy policja odwiedza w szkole Elizabeth Klein. Na papierze gazetowym, którego używa ona z dziećmi do zajęć z rysunków, znaleziono plany budowy – wraz ze współrzędnymi ułatwiającymi lotnikom bombardowanie – wznoszonej w pobliżu Balleycreggan bazy wojskowej. Od tego momentu akcja nabiera tempa. I bardzo dobrze, bo chwilami była już za bardzo cukierkowo-naiwna.

Powieść Jean Grainger można opisać w jednym zdaniu: polityka (powierzchownie), problemy narodowościowe, rasowe, wyznaniowe, antysemityzm, pokomplikowane relacje emocjonalne bohaterów oraz ich skrywane tajemnice, wątek sensacyjno-szpiegowski i wreszcie codzienne kłopoty dzieci-uchodźców.

„Gwiazda i koniczynka” zawiera niewielki, ale jednak obecny, ładunek wiedzy historycznej, jednak z przewagą przeżyć i doznań emocjonalnych. Kawałek sensacji, jak już pisałem, bardzo się powieści przydał, ale – co paradoksalne – także odrobinę zaszkodził, bo w drugiej połowie książki zacząłem odnosić wrażenie, że autorka stara się chwycić za ogony siedemnaście srok na raz. Tym niemniej uważam, że jest to pozycja ciekawa, warta przeczytania, choć może nie wybitna. Styl albo warsztat pisarski autorki spodoba się zapewne znacznie bardziej kobietom niż mężczyznom. Mimo wątku szpiegowskiego, nie jest to powieść sensacyjna.

  

 

 

 

 ---

* https://de.wikipedia.org/wiki/Kindertransport#:~:text=Als%20Kindertransport%20

** Jean Grainger, „Gwiazda i koniczynka”, przekład Jan Kabat, Świat Książki, 2022, s. 51.

 

  

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.



wtorek, 3 maja 2022

Spory kawał historii Teksasu

 „Na południe od Brazos” –  Larry McMurtry

Autor „Czułych słówek”, Larry McMurtry, napisał powieść o oryginalnym tytule „Lonesome Dove”. Oznacza to nazwę miasteczka na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku, z kilkoma chatami, często bez podłogi, a jedynie z klepiskiem, i do tego żałosny bar Sucha Fasola.

Augustus McCrae i Woodrow Call, główni bohaterowie, choć z połowa pojawiających się w powieści postaci staje się w jakimś momencie wyjątkowo ważna, dawni Strażnicy Teksasu, prowadzą w pobliżu Lonesome Dove, Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Wojowniczych Indian i niebezpiecznych bandytów już prawie nie ma w okolicy, więc po dziesięciu latach handlu bydłem, Gus i Call zaczynają się potężnie nudzić; wyprawy do Meksyku po bydło też już nie są tak ekscytujące jak dawniej. Z dnia na dzień postanawiają porzucić spokojne życie, zebrać wielkie stado i przepędzić je do Montany. „Na południe od Brazos” jest historią tej wyprawy, choć nie tylko jej.

Ponad ośmiuset stronicowa książka ze wszech miar zasługuje na miano epopei narodowej, a konkretnie teksaskiej. W tym znaczeniu przypomina powieści „Grona gniewu”, „Stary gringo”, „Mały wielkie człowiek”, „Syn”, a nawet „Przeminęło z wiatrem”. Jest to więc western historyczny, psychologiczny, socjologiczny… nie jestem pewien, czy przygodowy. Opisywane wydarzenia, osoby, ich postawy życiowe, zachowania i przekonania, mogą się wydawać egzotyczne przygodowe współczesnemu czytelnikowi, ale dla bohaterów powieści stanowiły zwyczajną codzienność. Może za wyjątkiem porwania Loreny przez Sinego Kaczora. Także wątki uczuciowe, romansowe oraz kurewskie wydają się zupełnie zwyczajne.

Powiedziałbym, że to powieść bardzo dobra, choć jednak nie porywająca. Do plusów zaliczam specyficzne poczucie humoru autora. Do minusów błędy Larry’ego McMurtry lub korektora. Na przykład: w wyprawie bierze udział dwóch braci z wielodzietnej rodziny Raineyów., Ben i Jimmy. Ale kilkadziesiąt kartek dalej jeden z nich nagle staje się Charliem (s. 164 i 216). Albo to: syn wielkiej miłości Gusa, Klary, raz zmarł mając ledwie rok, ale innym razem dożył lat prawie dziesięciu (s. 576 i 685).

środa, 20 kwietnia 2022

Kara śmierci dla niewinnego

 „Zeznanie”  John Grisham

Po lekturze kilku ostatnich książek Johna Grishama odnoszę wrażenie, że autor eksperymentuje z nowymi pomysłami. Nadal pisze thrillery prawnicze, ale… „Apelacja” zaczyna się (a nie kończy) od wyroku skazującego, a „Zeznanie” startuje od kary śmierci, która ma zostać wykonana za kilka dni.

Donté Drumm, dziewiętnastoletni Afroamerykanin, w 1999 został skazany za uprowadzenie, zgwałcenie i zamordowanie białej cheerladerki, Nicole Yarber Drumm i Yarber uczęszczali do ostatniej klasy Liceum Miejskiego Slone. To Południe Stanów, więc szkoły zostały zintegrowane rasowo już jakiś czas temu, ale kościoły i kluby jeszcze nie i zapewne długo jeszcze nie.
Prawnik dziewięć lat walczył o życie oskarżonego, a kiedy wyrok zapadł, wraz z wielebnym Keithem, starał się nie dopuścić do wykonania kary śmierci.

Czytelnik prawie od razu informowany jest, że to nie Donté Drumm popełnił zbrodnię, choć do niej się przyznał. Prawdziwy morderca postanowił wyznać prawdę, ale – jak się okazało w USA, a dokładnie w tym stanie – wcale nie oznacza to automatycznie uwolnienia Dontégo.

Trochę za dużo kwestii religijnych związanych z fabułą w niewielkim stopniu lub wcale. Poza tym bardzo dobre czytadło.


piątek, 15 kwietnia 2022

Prawo, biznes i polityka w USA

 „Apelacja” – John Grisham

Większość kryminalnych, sensacyjnych filmów lub powieści kończy się w chwili złapania bandyty przez policjanta/detektywa albo w momencie ogłoszenia przez sąd wyroku skazującego. Niestety, wyrok nie kończy sprawy, nawet w Polsce. Jeśli poszkodowany nie wystąpi o wydanie przez sąd postanowienia o wykonaniu wyroku, to choć wyrok został wydany, nigdy nie zostanie wykonany, czy zrealizowany. Oczywiście najpierw wyrok musi się uprawomocnić…

„Apelacja” prezentuje taki właśnie przypadek. Powieść rozpoczyna się od wydania przez sąd wyroku skazującego korporację Krane Chemical na ogromne odszkodowanie, rekordowe wręcz, bo 41 milionów dolarów. Paytonowie, małżeństwo prawników, wystąpiło przeciwko Krane z pozwem zbiorowym w związku ze skażeniem wód gruntowych w okolicach zakładu produkcyjnego. Wielu ludzi z okolicy poważnie się rozchorowało, niektórzy umarli, inni umrą wkrótce.

Wyrok sądu nie oznacza jednak, że Carl Trudeau, właściciel Krane, zapłaci komukolwiek jakiekolwiek odszkodowanie. Jego prawnicy składają – oczywiście – apelację. Ostateczny werdykt wydać ma Sąd Najwyższy stanu Missisipi. W jego obecnym składzie Trudeau nie miałby zbyt wielkich szans, więc rozpoczyna kampanię, a raczej wojnę, której celem jest wprowadzenie do Sądu Najwyższego swojego człowieka.

Kampania wyborcza, prawo, polityka, wielki biznes – tak w skrócie można opisać tę powieść. „Apelacja” jest ciekawa, ale nie porywająca. To już nie jest poziom „Firmy” lub „Klienta”.


środa, 6 kwietnia 2022

Kumata podkomisarka i reszta

 „Naga prawda” – Ryszard Ćwirlej

Adam Włodarczyk, od niedawna dyrektor wydziału gospodarki nieruchomościami urzędu miejskiego, korzystając z nieobecności żony (rodzinka wybrała się na narty), wyskoczył z kolegami do baru na kilka drinków. Poderwał tam Igę-Jadwigę, zabrał ja na chatę i… następnego dnia znalazł w swoim łóżku jej zwłoki; miała podcięte gardło, a Włodarczyk był cały umazany krwią.
Chwilę później zadzwonił telefon i nieznajomy osobnik zaproponował panu dyrektorowi gruntowne sprzątanie mieszkania, czyli usunięcie śladów zabójstwa. Włodarczyk zgadza się, ale bardzo szybko przychodzi mu za to zapłacić – ksiądz katolicki ma ochotę na pewną nieruchomość w mieście i domaga się, żeby dyrektor wydziału gospodarki nieruchomościami załatwił ją kościołowi. Bo jak nie, to zdjęcia zakrwawionej ofiary trafią, gdzie trzeba.

W zdychającej z biedy i beznadziei wsi Pamiątkowo Waldemar Bartkowiak i Mieczysław Florczak podczas łowienia ryb, które później wędzili i sprzedawali, zdobywając w ten sposób środki na zakup podstawowego produktu spożywczego, to jest najtańszej wódki, odkryli w jeziorze zatopiony samochód z trupami w środku. Mężczyzna i kobieta na prawym ramieniu mieli wytatuowany krzyż z rozchodzącymi się promieniami oraz napis lumen verum (prawdziwe światło).

Kruszarka do gruzu wypluła szczątki ludzkie. Początkowo tylko rękę, ale po dokładniejszych poszukiwaniach znalazło się więcej. Na fragmencie skóry widoczny był tatuaż: krzyż z promieniami i napisem lumen verum.

Do akcji wkracza, sztandarowa bohaterka wielu powieści tego autora, podkomisarz Aneta Nowak – choć poprawnie, według obecnych wymogów, powinno być zapewne podkomisarka. A rzecz cała dzieje się mniej więcej współcześnie, skoro właściciel baru „Świat wódek”, starszy aspirant Przemysław Drążkowski, uważa, że…

To nie jest normalne państwo. W normalnym kraju rządzą fachowcy, a u nas goście, którzy idą do polityki, żeby się nachapać. I dlatego stają się politykami, bo w żadnej normalnej firmie by się nie sprawdzili. Pogoniliby ich od razu, poznając się na ich głupocie. Ale w polityce sobie doskonal radzą, bo pod latarnią głupota nie świeci tak jaskrawo…*.

A Naga Prawda? To portal internetowy zawierający szokująco prawdziwe informacje, w które wierzą prawie wszyscy. Na przykład: samoloty koncernów farmaceutycznych rozpylają szkodliwe substancje, przez które ludzie chorują, a wtedy koncerny zarabiają miliardy, sprzedając leki. Albo to: przed szkodliwym promieniowaniem z kosmosu, tymi truciznami z samolotów oraz wirusem z Wuhan, chronią czapki z daszkiem, zwykłe bejsbolówki, ale wyłożone wewnątrz kuchenną folią. Na Nagiej Prawdzie reklamuje swoją szemraną działalność specjalistka od cudownych odpromienników (w promocyjnej cenie!), które chronią znacznie skuteczniej od bejsbolówek z folią.

„Naga prawda” Ryszarda Ćwirleja to całkiem niezła powieść kryminalna i rozrywka na przyzwoitym poziomie. Byłaby pewnie jeszcze lepsza, gdyby… Prawie wszystkie osoby występujące w tej historii są głupie. Mniej lub bardziej. Bałwany, cymbały, ciemniaki, tłuki, głupole, durnie, tępaki, tumany, jełopy. Początkowo wydawało mi się to nawet zabawne; zakładałem, że takie właśnie miało być, ale z czasem stało się jednak irytujące. Pod koniec lektury przyszło mi do głowy coś jeszcze innego i była to opcja przerażająca: może nie miało być śmiesznie, ale… prawdziwie?



--
* Ryszard Ćwirlej, „Naga prawda”, Muza, 2022, s. 31-32.

 

 

 

#NagaPrawda,@wydawnictwomuza, @muza.shadows


piątek, 1 kwietnia 2022

Żandarmów lepiej nie drażnić

 „Lepiej już umrzeć” – Lee Child, Andrew Child

Imię i nazwisko: Jack Reacher
Narodowość: amerykańska
Urodzony: 29 października 1960 roku w Berlinie
Charakterystyczne dane: 195 cm, 99–110 kg, 127 cm w klatce piersiowej
Kolor włosów: ciemny blond
Kolor oczu: niebieski
Ubranie: kurtka 3XLT, długość nogawki mierzona od kroku 95 cm
Wykształcenie: szkoły na terenie amerykańskich baz wojskowych w Europie i na Dalekim Wschodzie, Akademia Wojskowa West Point
Przebieg służby: 13 lat w Żandarmerii Armii USA, w 1990 roku zdegradowany ze stopnia majora do kapitana, zwolniony do cywila w randze majora w roku 1997
Odznaczenia służbowe: Srebrna Gwiazda, Medal za Wzorową Służbę, Medal Żołnierza, Legia Zasługi, Brązowa Gwiazda, Purpurowe Serce
Ostatni adres: nieznany
Czego nie ma: prawa jazdy, dokumentu ze zdjęciem, osób na utrzymaniu
..

To teraz jedno z dwojga: albo paszporty w USA nie zawierają zdjęć posiadaczy (sic!), albo powieść, kolejna tego autora, napisana została byle jak, z aroganckim lekceważeniem czytelników, za to z wykorzystaniem opcji kopiuj/wklej. Bo kilka kartek dalej mamy:

Podczas przeszukiwania rzeczy Reachera... Dendoncker otworzył torebkę i wyjął z niej paszport, zmięty i wytarty. Otworzył go na drugiej stronie, tej z danymi osobowymi.

Jak widać Reacher ma paszport.
Może to pisanie do spółki z jednym z braci doprowadziło do takiego niechlujstwa i bylejakości? Tak czy owak – szkoda. Pierwszymi powieściami Lee Childa byłem zachwycony i zauroczony, ale obecnie oceniam je jako ledwie powyżej przeciętnej i, niestety, pisanie niechlujnie. Opisywane w kolejnych powieściach wydarzenia są też coraz mniej wiarygodne.

Gdyby autorom wpadło do głowy spytać jakiegoś lekarza, wiedzieliby, czy protezą stopy można wyprowadzać morderczo silne kopnięcia albo, gdyby kaleka coś takiego zrobił, co stałoby się z kikutem.

Fabuła. W chylącym się ku upadkowi, zapyziałym miasteczku na granicy z Meksykiem, Jack Reicher spotyka kobietę bez stopy, Michaelę Fenton, weterankę wywiadu wojskowego, która przybyła tu na pomoc bratu. Michael (tak, Michael i Michaela, bliźniaki) wplątał się we współpracę z bardzo złymi ludźmi, którymi dowodzi arcyłotr i psychopata, Dendoncker.

Ten kutas wychodzi z ukrycia tylko wtedy, kiedy ginie ktoś, kto mu zagraża. A wystarczy, że tylko pomyśli, że ktoś może mu zagrażać, i człowiek ginie. Wystarczy, że to sobie wyobrazi albo mu się to przyśni. Natychmiast każe go zabić i musi zobaczyć jego ciało. Na własne oczy. To paranoik, ma wewnętrzny przymus oglądania trupów. Nie wierzy nikomu na słowo. Nie ufa zdjęciom, nagraniom, świadectwom zgonu ani raportom koronera. Ufa tylko temu, co sam zobaczy.

Dendoncker lubi oglądać trupy swoich przeciwników w miejskiej kostnicy. Reacher i Fenton pozorują śmierć tego pierwszego, a arcyłotr przybywa do kostnicy obejrzeć zwłoki. Operacja udaje się średnio. Dendoncker, owszem, zjawia się, ale… ucieka Reacherowi, porywając Michaelę Fenton. Dzień później jeden ze zbirów dostarcza Reacherowi protezę Michaeli, dając tym samym znać, że albo były żandarm stawi się grzecznie na spotkanie z Dendonckerem, albo Michaeli stanie się coś znacznie gorszego.

Dopiero w tym momencie Jack Reacher, który dotąd miał wiele wątpliwości co do całego tego przedsięwzięcia (a sam się do niego pchał!), ruszył do boju, postanawiając ignorować przysięgę Hipokratesa, przy każdej możliwej okazji.

Niezła powieść sensacyjna (huraganowa akcja prawie non-stop) z licznymi mankamentami. Tym niemniej zaledwie dwa-trzy razy lepsza od produktów królowych polskiego kryminału.

środa, 30 marca 2022

Wszyscy mają jakieś tajemnice

 „Widzę cię”- Mary Burton 


Nikki McDonald, dziennikarka śledcza nakręciła szokujący materiał o rządowych kontraktach, polityce i korupcji. Szefowi stacji się to nie podobało i to bardzo, ale…

„Pomimo ultimatum szefa przedstawiła reportaż na żywo w najlepszym czasie antenowym. Kiedy przybyła do pracy następnego ranka, szef z miejsca ją zwolnił i kazał wyprowadzić z budynku. Zaskoczona, choć nie zdziwiona, wyszła z biura z pudłem swoich rzeczy. Mimo wszystko miała optymistyczne nastawienie, ponieważ wierzyła, że świetne referencje pozwolą jej znaleźć pracę na innym rynku. Później odkryła, że swoim materiałem uraziła pewnych wpływowych ludzi, którzy zadbali o to, by każdy większy i mniejszy rynek informacyjny pozostał dla niej zamknięty”[1].

Po pewnym czasie Nikki McDonald,, już na skraju bankructwa, kierując się anonimową informacją, znalazła w piwnicy lub komórce lokatorskiej budynku mieszkalnego szare pudło z ludzkimi nadpalonymi kośćmi. Zoe Spencer, profilerka FBI, specjalistka od rekonstrukcji plastycznej twarzy człowieka na podstawie zachowanych elementów czaszki, stworzyła model twarzy denatki. Dzięki jej żmudnej pracy wyszło na jaw, że Nikki McDonald znalazła szczątki studentki Marshy Prince z Uniwersytetu Georgetown, która zaginęła bez śladu kilkanaście lat wcześniej. Zoe Spencer, jej przełożony, a także prowadzący sprawę detektyw, William Vaughan, domyślają się, że tajemniczym informatorem Nikki McDonald był (albo mógł być) sam sprawca, rozczarowany brakiem sensacji i uznania. To wskazywałoby na seryjnego mordercę, psychopatę. Nie wiadomo, ile jeszcze kobiet zabił, ale koniecznie trzeba go powstrzymać i to jak najszybciej, zanim ofiar zacznie przybywać. Vaughan właśnie wyprawił na studia dorastającego syna, więc sprawą, i romansem z Zoe, mógł zająć się i zaangażować w nie w pełni.

William Vaughan, detektyw z wydziału zabójstw z Aleksandrii (stan Wirginia) i magister matematyki teoretycznej oraz Zoe Spencer, odwiedzają siostrę Marshy Prince, Hadley Foster, żeby powiadomić ją o znalezieniu i identyfikacji szczątków. Szybko orientują się, że kobieta skrywa jakąś tajemnicę, że prawdopodobnie wiedziała już wcześniej, może od początku, o śmierci siostry. Następnego dnia Hadley Foster i jej siedemnastoletnia córka, Skylar, zostają porwane. Mąż i ojciec jest ranny, pchnięto go nożem.
Detektyw Vaughan prowadzi jednocześnie sprawę brutalnego zabójstwa młodej prostytutki w tanim hoteliku. Policjant początkowo o tym nie wie, ale czytelnik od razu jest informowany, że obie te sprawy coś ze sobą łączy.

„Odsunął się od ciała, rozejrzał po pomieszczeniu. I wtedy właśnie zwrócił uwagę na lustro nad podwójną umywalką. Słowa zostały na nim napisane czerwoną szminką Hadley: Ja to zrobiłem. Przepraszam.
W ciągu kilku godzin kierownictwo policji uznało, że zagadka zabójstwa /…/ w zasadzie została rozwiązana”[2].

Dobrze napisana i zaplanowana powieść sensacyjna, jak zaproszenie na rollercoaster; zapewnia sporo rozrywki na niezłym poziomie, ale… Ale (z pewnymi wyjątkami) jest ona dość schematyczna – bardzo podobnych przeczytałem zapewne kilkadziesiąt. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, czyli taka, którą zapomina się w kilka dni po przeczytaniu. Tym niemniej zanim okazało się „kto zabił” bawiłem się świetnie.









--
[1] Mary Burton, „Widzę cię”, przekład Emilia Skowrońska, Muza 2022, s.10.
[2] Tamże, s. 352-53.



#WidzęCię  #MaryBurton

sobota, 26 marca 2022

Mroczne lasy - mroczne dusze

 „Głusza” – Mark Edwards

Małżeństwo Brytyjczyka i Amerykanki nie udało się i ona wróciła do Stanów, zabierając córkę. Ojciec, Tom Anderson, były dziennikarz muzyczny, którego kariera zdechła wraz z rozwojem internetu (bo kto jeszcze czyta pisma o muzyce i zespołach), zawiedziony i sfrustrowany swoim życiem, zaniepokojony, że traci kontakt z córką, zabiera kilkunastoletnią Frankie do ośrodka wypoczynkowego „Płytkie Zdroje”. Jak wpadł na to, że dziewczyna lat piętnaście-szesnaście będzie zachwycona wakacjami ze swoim ojcem, na koszmarnym zadupiu gdzieś w lesie, w stanie Maine, bez dostępu do internetu, pozostaje zagadką. Kiepskiej komunikacji nastolatków z dorosłymi, bo chyba nie tylko z rodzicami, poświęcono w powieści sporo uwagi.

Sąsiedni domek zajęło małżeństwo z bosko przystojnym synem w wieku zbliżonym do Frankie, ale wkrótce Ryan okazał się pederastą, więc iskrzyć przestało szybciej niż zaczęło. Jednak jako kolega, towarzysz spacerów i partner do rozmów, sprawdzał się i tak lepiej niż ojciec.
Rodzice chłopaka przyjechali do „Płytkich Zdrojów” nieprzypadkowo. Zafascynowała ich historia, która wydarzyła się w tym miejscu dwadzieścia lat temu. W tamtych czasach był tu prymitywny kemping, na który przyjeżdżały dzieci szkolne pod opieką swoich nauczycieli. Pewnego razu dwoje takich wychowawców zostało zamordowanych w trakcie uprawiania pozamałżeńskiego seksu na pobliskiej polance.
Okoliczni mieszkańcy, a nawet policja, przekonani byli, że znają sprawcę, bo na pewno był nim miejscowy dziwak, nastolatek z kolczykami w różnych miejscach, fascynujący się skandynawskim, ciężkim metalem. Wydawał się on wprawdzie lokalnym cudakiem, popychadłem i zupełnie nie był agresywny, ale wiadomo przecież, że skandynawskiego metalu słuchają tylko zboczeńcy-mordercy. Kłopot polegał na tym, że domniemany zabójca nauczycieli zniknął bez śladu; od dwudziestu lat nie wiadomo, gdzie się ukrywa – wsiowe plotki głoszą, że w okolicznych lasach.

W tym momencie, a jest to dopiero początek powieści, można już zacząć się domyślać, o co w niej chodzi. Co oczywiście nie oznacza, że wiadomo jest, czym i jak się to skończy.

Pisarska muza Toma Andersona podszepnęła mu, że może tą historią mógłby wrócić na łamy, znów zaistnieć, znowu stać się kimś; w końcu jest przecież dziennikarzem, wie jak rozmawiać z ludźmi i wyciągać od nich różne informacje. Tylko że o zbrodni sprzed lat nikt z okolicznych mieszkańców rozmawiać nie chce, a pytania dziennikarza rodzą tylko coraz bardziej wrogie milczenie i rady, żeby dał sobie spokój z tą sprawą. Pojawiają się podejrzenia o powiązania z pogańskimi rytuałami, satanistami, Rogatym Bogiem…

Początkowo narratorem jest Tom Anderson i relacjonuje wydarzenia w pierwszej osobie. Z czasem narratorów jest coraz więcej, choć już w trzeciej osobie – jest to posunięcie, które na pewno ułatwia pracę autorowi, bo w ten sposób przemyca on do fabuły powieści określone tropy i ślady, jednak z drugiej strony takie przeskoki burzą czytelnikowi ciągłość narracji. Nie jest to jednak problem poważny ani znaczący.

Ostatecznie uważam „Głuszę” Marka Edwardsa za dobrą rozrywkę; nie jest to może arcydzieło, ale na pewno powyżej przeciętnej. Dobry, wciągający thriller, po prostu.






Jak dorośli dogadują się z młodzieżą. 


#Głusza #PłytkieZdroje