niedziela, 13 maja 2018

Mafia od Odry po Bug i dalej...


Wstęp zaczyna się na stronie 27. Treść rozdziału pierwszego na 37. Książka kończy się na stronie 260 – dalej są skany dokumentów. Gruby papier. Duża czcionka, obszerne marginesy, dziesiątki stron bez tekstu, z powtarzającym się mnóstwo razy zdjęciem (tym samym) i grafiką (tą samą), ewentualnie z jednym tylko zdaniem.
No, cóż… nie lubię być robiony w wała, zwodzony, dymany, kantowany, a tak zapewne czułbym się, gdybym za tę książkę zapłacił 44,90, bo taka jest cena okładkowa. Bo to pokaźne tomisko tak naprawdę zawiera treści tyle, co siedemdziesięciostronicowa broszura, może nawet mniej. Na szczęście książkę pożyczył mi kumpel, więc skupić się mogłem na treści, ignorując rozdętą technicznie formę.

A co do treści…

„Zgodnie z otrzymaną instrukcją po kilku minutach od zjazdu z autostrady Warszawa-Poznań skręciliśmy na rondo, a potem dalej, na drogę prowadzącą w kierunku lasu. Było trochę mgliście, jak często przed świtem w leśnej okolicy, późną jesienią, i na moment musiałem uruchomić wycieraczki. Przez kilka minut jechaliśmy po okręgu, wzdłuż ściany lasu, po czym na rozstaju dróg skręciliśmy w lewo, by po dwóch kilometrach skręcić w lewo jeszcze raz, a potem jeszcze raz i dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego mieliśmy pozostać na nasłuchu. Pozbawieni naprowadzania godzinami moglibyśmy błądzić po tych krętych leśnych ścieżkach, a i tak nie trafilibyśmy na polankę, która teraz rozpostarła się przed nami w całej okazałości. [„To tylko mafia”, s. 79]

„Zgodnie z otrzymaną instrukcją po kilku minutach od zjazdu z autostrady Warszawa-Poznań skręciliśmy na rondo, a potem dalej, na drogę prowadzącą w kierunku lasu. Było trochę mgliście, jak często przed świtem w leśnej okolicy, późną jesienią, i na moment musiałem uruchomić wycieraczki. Przez kilka minut jechaliśmy po okręgu, wzdłuż ściany lasu, po czym na rozstaju dróg skręciliśmy w lewo, by po dwóch kilometrach skręcić w lewo jeszcze raz, a potem jeszcze raz i dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego mieliśmy pozostać na nasłuchu. Pozbawieni naprowadzania godzinami moglibyśmy błądzić po tych krętych leśnych ścieżkach, a i tak nie trafilibyśmy na polankę, która teraz rozpostarła się przed nami w całej okazałości. [„To tylko mafia”, s. 138]

Te identyczne relacje z podróży są znacznie dłuższe tylko przepisywać mi się aż tyle nie chciało. No… ja rozumiem, chodzi na pewno o to samo zdarzenie, ale powtórzeń jest w książce więcej, a poza tym… jakie znaczenie dla meritum ma liczba zakrętów w lewo albo pasjonująca kwestia dotycząca potrzeby włączenia wycieraczek?

A oto inny sposób na generowanie liczby słów bez właściwie żadnej treści: „Popatrzyłem na towarzysza podróży, majora ABW, który miał plany, jakie miał, ale odkąd wyruszyliśmy z Dworca Centralnego wtulił się w oparcie fotela i nawet okiem nie mrugnął. Teraz też spał w najlepsze”. [s. 169]
„Miał plany, jakie miał” – pasjonujące. O tych planach nie ma mowy ani wcześniej, ani później. Ot, wypełniacz, przypominający zdanie „no i tak to jest”, które można usłyszeć przy stole, w towarzystwie, kiedy zapada niezręczna cisza. Poza tym… jechali pociągiem do Wiednia, wybrali ten środek transportu, żeby popracować. A ten śpi w najlepsze? To się kupy nie trzyma.

Inny, dziwny przykład. Sumliński z majorem jadą do Wiednia, a tam spotykają się w prywatnym mieszkaniu z jakimś przyjacielem Sokołowskiego. Rozmowa odbywa się w saunie – chodzi o wyeliminowanie możliwości podsłuchu. Pod sam koniec Sumliński pyta, czy gościnny gospodarz kiedyś już proponował komuś spotkanie i rozmowę w saunie. Na to ich tajemniczy rozmówca odpowiada: „Jesteście pierwsi. I prawdopodobnie ostatni”. [strona 222]  Jednak trzydzieści stron dalej, podczas rozmowy w której Masa wyjaśnia prawie wszystko, wyjawia też Sumlińskiemu i majorowi, że… „I gdy już dałem sobie spokój, uznając, że się nie da, że są rzeczy nierozpoznawalne, bariery nie do przebycia, zadzwonił kolega z Wiednia i zaprosił do sauny”. [s. 250]

Wojciech Sumliński twierdzi, że wcześniej Jarosław Sokołowski nie mógł nic powiedzieć o powiązaniach „pruszkowskich” z elitami politycznymi, bo bał się o własne życie, a poza tym wtedy nikogo to nie interesowało. To, jak sądzę, jest prawdą, w każdym razie brzmi sensownie. Natomiast wyjaśnienie, dlaczego Sokołowski teraz przerywa milczenie, jest już zupełnie nie do przyjęcia i wręcz obraża czytelnika: miałby to zrobić teraz dlatego, żeby razem z Sumlińskim i Budzyńskim napisać książkę. Ups!

Wiele razy podczas lektury zadawałem sobie pytanie, czy ta książka nie miała jakiegoś redaktora, który wyłapywałby różne takie… powiedzmy delikatnie – niedociągnięcia? Oczywiście formalnie miała, tak wynika z informacji na stronie bodajże 18, ale… Gdyby wydawnictwo nie było własnością Sumlińskiego, zapewne zakładałbym, że wydawca, na polecenie jakichś mrocznych, tajnych sił, sabotuje tę książkę i stara się wszelkimi siłami, żeby treść rodziła wiele wątpliwości, podejrzenia, żeby była mało wiarygodna.

Autor twierdzi, że żeby zamknąć mu gębę albo zdyskredytować, wytoczono mu kilkadziesiąt procesów i wszystkie je wygrał. Daje też do zrozumienia, że skoro wygrał, to widocznie miał rację i winna jest ta druga strona, a to jest nieelegancka manipulacja. Wygranie jakiejś sprawy nie oznacza automatycznie winy drugiej strony. Przykład. Jeśli opublikuję informację, że Urząd Wojewódzki w mieście X jest niegodny zaufania i dzieją się w nim różne kanty, i jeśli prawnik tego Urzędu wytoczy mi sprawę o zniewagę (art. 216 kk), to ja tę sprawę wygram, bo zniewaga może dotyczyć tylko osoby fizycznej, nie ma zaś zastosowania do osoby prawnej czy jednostki organizacyjnej. Jednak to, że w sądzie wygram, nie oznacza, że czegokolwiek winien jest Urząd, albo że moje informacje można automatycznie uznać za prawdziwe i dowiedzione.
Nie dodaje Sumlińskiemu wiarygodności także wyraźne negatywne nastawienie emocjonalne, trudno jest uwierzyć w zawodowy obiektywizm, bezstronność i rzetelność dobrego dziennikarza śledczego, który wyraźnie zionie nienawiścią; w książce rzadko zdarza się nazwisko Komorowski bez dodatków typu „bandyta”, „bandycki”.

O czym jest ta książka? Ogólnie rzecz biorąc autor usilnie stara się przekonać czytelnika, że lewicowi polscy politycy mieli/mają powiązania z grupami przestępców, przede wszystkim z Pruszkowa, ale nie tylko, czyli tak naprawdę to oni są prawdziwą mafią, bo tamci, to „mafia trzepakowa”, bandziorki, kryminaliści, którzy nie mieliby żadnej szansy działać tak długo i na taką skalę, gdyby nie byli ochraniani z góry. A nad nimi wszystkimi majaczy cień kogoś jeszcze więcej mogącego, ważniejszego, ale tego już nie zdradzę.

Po tym, co napisałem wyżej, może się to wydać zaskakujące, ale uważam, że autor zapewne w dużej mierze ma rację (wcześniej oceniałem książkę, a nie wydarzenia czy wnioski autora, a to zasadnicza różnica!). Nie jest to także żadna nowość chyba nigdzie na świecie. Mam na myśli powiązania służb specjalnych ze zorganizowaną przestępczością. Pamiętam jeszcze, jak CIA zarzucano, że handluje narkotykami, by zdobyć fundusze na finansowanie swoich tajnych operacji, ale też wspierać antydemokratyczne przewroty w krajach azjatyckich. Oczywiście fakt, że inni też to robią, nie oznacza, że tak musi być, że tak jest w porządku. I to zawsze warto ujawniać i nagłaśniać, nie godzić się, protestować.

Całości dopełnia kilkanaście zdjęć oraz kilkadziesiąt stron kiepskich technicznie skanów określanych jako „Dokumenty”. Trochę zaskoczyło mnie, że Sumliński uważa za dowód wiarygodności swoich hipotez własne artykuły z jakiejś gazety, ale… Większość z tych „Dokumentów” to protokoły przesłuchania Sokołowskiego sprzed prawie dwudziestu lat i te są dość ciekawe.

wtorek, 1 maja 2018

Sens wiary nie wiadomo w co


„Sekrety Biblii” – Anna Świderkówna (Świderek)

Książka „Sekrety Biblii” została przygotowana na podstawie cyklu konferencji wygłoszonych przez profesor Annę Świderkównę w Centrum Kultury Chrześcijańskiej w Krakowie w 1996 r. W tekście zachowane zostały zwroty typowe dla publicznych wystąpień, na przykład „proszę państwa”. 

Poza tłumaczeniem, wyjaśnianiem, opisanych w Biblii spraw i zdarzeń, jest to książka o takim katolicyzmie, którego w Polsce chyba już nie ma. No, może gdzieś tam uchowały się okruchy, ale obawiam się, że niewiele. I trochę tylko mi żal, że czasy, w których pojęcie „niechrześcijański polski katolicyzm” było kompletnie nieznane, zapewne już nie wrócą.

W roku 2008, roku śmierci profesor Świderek,  liczba katolików w Polsce wynosiła niemal 96%*. Nawet gdyby to była prawda, to i cóż z tego wynika? Ano, chyba nic albo bardzo niewiele. Wybitna erudytka, biblistka, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, pyta nie o to, czy wierzymy w Boga (że jakiś Bóg istnieje), ale czy naprawdę wierzymy Bogu? Czy jesteśmy gotowi się Mu powierzyć? Jak rozumiemy znane z niedzielnych czytań fragmenty Pisma Świętego i czy w ogóle rozumiemy, i czy naprawdę pamiętane?

Anna Świderkówna reprezentowała chrześcijaństwo oparte na Biblii – obecnie w Polsce wygląda to już inaczej: Trzeba powiedzieć z naciskiem, że katolicyzm (i prawosławie), w przeciwieństwie do islamu, i w pewnym stopniu również do wyznań protestanckich, nie jest „religią księgi”. Słowo pisane, choć „święte”, nie jest źródłem autorytetu, a tylko do niego odsyła…**. Czasem wydaje mi się, że współczesny katolicyzm w Polsce oparty jest raczej na „Katechizmie Kościoła katolickiego” niż na Biblii, co nie musi z założenia być złe, ale…

W „Sekretach Biblii” autorka zwraca uwagę na te elementy Pisma Świętego, których dotąd nie zauważałem, które nie budziły wątpliwości, na przykład na fakt, że Jezus mógł czynić cuda tylko mocą wiary innych ludzi; upadała wiara – cud przestawał działać, jak to było z chodzeniem Piotra po wodzie.

W Credo słyszymy: „Zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia Pismo” i wszystko jest w porządku, dopóki nie zadamy sobie pytania, o jakie Pismo chodzi? Automatycznie przychodzą nam na myśl Ewangelie, ale przecież wtedy, kiedy św. Paweł wypowiedział te słowa, nie było jeszcze żadnych Ewangelii.

Anna Świderkówna porusza temat Trójcy Świętej, to jest zagadnienie, którego unika każdy pseudokatolik i pseudochrześcijanin, bojąc się, że ich powierzchowna wiara w zderzeniu z tą kwestią zostanie „podkopana czy podłamana”. Z przekonaniem i gorącą wiarą odpiera zarzuty mówiące o wierze w trzech bogów albo o antropomorfizację, czyli wyobrażanie sobie Boga jako człowieka. To, co Świderkównie nie mieściło się w głowie, jest już w polskim Kościele katolickim normą: …chrześcijanin nie wierzy w Boga osobowego. W Boga osobowego wierzą żydzi i muzułmanie. Chrześcijanie są świadkami objawienia Boga w Trójcy Jedynego, którego – per analogiam – trzeba by nazwać ponadosobowym***.

„Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, stworzył go mężczyzną i niewiastą…” – pisze autorka, cytując Biblię. W tym momencie warto się zastanowić, czy chodzi o podobieństwo fizyczne, że Bóg ma dwie ręce, dwie nogi, jedną głowę, jest starym mężczyzną rasy kaukaskiej z siwą brodą itd., czy może – jeśli stworzył człowieka mężczyzną i kobietą – to to podobieństwo oznacza, że od teraz człowiek (przypominam, będący mężczyzną i kobietą) jest w stanie, podobnie jak Bóg, kreować nowe życie?

Nie jestem pewien, czy „sekrety” w tytule są właściwym, trafnym określeniem. Autorka nie ujawnia w swojej książce żadnych ukrytych, tajemniczych, zaszyfrowanych treści, a jedynie tłumaczy, wyjaśnia, interpretuje, pomaga zrozumieć to, co wyraźnie w Biblii napisano.

Pozycja niewątpliwie warta uwagi.




--
** Jacek Bacz, „Przez rozum do wiary”, wyd. WAM 2013, strona 70.
*** Jacek Bacz, „Przez rozum do wiary”, wyd. WAM 2013, strona 112.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Norweska opowieść o śniegu

„Śnieg przykryje śnieg” – Levi Henriksen

Rzadko się zdarza, żeby akcja powieści kryminalnej albo sensacyjnej działa się na wsi i to nie w środowisku bogaczy, którzy mają tam swoje dacze, ale wśród… jak to po polsku nazwać… chłopów? Rolników? W każdym razie właścicieli niewielkich albo i całkiem dużych gospodarstw. Jednak „Śnieg przykryje śnieg” ukazał się w serii wydawniczej „Germański kryminał”, więc tak też książkę tę traktuję. 

Trzydziestoparolatek Dan Kaspersen wraca do Skogli, malutkiej wsi w pobliżu Kongsvinger, gdyby to komukolwiek cokolwiek mówiło, po odsiedzeniu niezbyt długiego wyroku za przemyt narkotyków. Trudno go nazwać przestępcą – właściwie sam nie wie, po co i dlaczego władował się w tę sprawę, może z nudów albo braku jakiegoś pomysłu na życie. Dan wraca akurat na pogrzeb brata, Jakoba, z którym był bardzo związany; stara się dociec przyczyn jego samobójstwa, ale przede wszystkim jakoś uporządkować i ułożyć swoje życie; może sprzedać gospodarstwo i gdzieś wyjechać, może związać się z kobietą po przejściach, Moną Steinmyrą, może… 

Książka Henriksena zawiera kilka istotnych wątków, bo jest to i kryminał i powieść psychologiczna, i obyczajowa, i może nawet trochę romans. Jednak nie żałuję, że poświęciłem jej czas choć (jak na powieść sensacyjną), okazała się wyjątkowo nietypowa i jakby nieco… nostalgiczna.


środa, 11 kwietnia 2018

Kiedy ptaki spadają z nieba...


„Poza sezonem” –  Jørn Lier Horst

Urodzony w 1970 roku Norweg, Jørn Lier Horst jest obecnie zawodowym pisarzem i dramaturgiem, choć w połowie roku 2013 pracował jeszcze jako szef wydziału śledczego Okręgu Policji Vestfold.

Kiedy już jako tako zacząłem się rozeznawać w duńskich, norweskich, litewskich nazwiskach i nazwach miejscowości (w połowie książki albo dalej) lektura stała się całkiem przyjemna.

W jednym z domków letniskowych nad fiordem Ove Bakkerud odkrywa zwłoki mężczyzny wkrótce po tym, jak zorientował się, że i do jego domku ktoś się włamał i okradł go. Policja odkrywa, że w okolicy wiele innych domów odwiedzili włamywacze – oczywiście z Europy Wschodniej, bo i po co Norwegowi cudzy telewizor, magnetofon albo sokowirówka – jedna z posiadłości należy do znanego prezentera telewizyjnego.

Pech chce, że jeden z takich letniskowych domów należy do komisarza Williama Wistinga, który prowadzi śledztwo w tej sprawie, a jego córka, Lina Wisting, pracująca jako dziennikarka śledcza, akurat w tym czasie zrywa z chłopakiem i postanawia spędzić w domu nad fiordem kilka dni.

Zwłok przybywa, pojawiają się powiązania z handlarzami narkotyków, masowo zdychają ptaki z powodu przedawkowania heroiny, źli ludzie planują napad na bank i… takie tam.

Kryminał – to nie jest, na szczęście, żaden thriller – w nieco starym stylu, może nie porywający, ale… hm… solidny, rzetelny. Jak Norwegowie.

czwartek, 29 marca 2018

Zdrowa żywność nie istnieje


„Diabelski owoc” – Tom Hillenbrand

Debiutancka powieść Niemca, Toma Hillenbranda osadzona w klimatach… kuchennych.

Głównym bohaterem jest Xavier Kieffer, uczeń jednego z bardziej znanych na świecie mistrzów patelni, który nie dał sobie rady w wybitnie stresującej pracy dla wielkich, renomowanych restauracji, przeszedł załamanie nerwowe, spędził sporo czasu w klinice psychiatrycznej, i obecnie prowadzi w Luksemburgu, w Dolnym Mieście, niewielką własną restaurację, serwując gościom kilka potraw, specjalności lokalnej kuchni.  

Pewnego razu w drzwiach restauracji Kieffera umiera kontroler od Gabina, człowiek, którego zadaniem jest sprawdzanie różnych restauracji, co następnie skutkuje przyznawaniem im lub odbieraniem gwiazdek w liczącym się wśród smakoszy przewodniku kulinarnym. Problem w tym, że lokal Kieffera jest zbyt skromny, nie pretenduje do żadnych gwiazdek.

Wkrótce znika mentor Kieffera, a jego restauracja zostaje spalona. Wtedy luksemburczyk postanawia sam znaleźć rozwiązanie zagadki. Zderza się wtedy z bezwzględnym światem korporacji żywnościowych, koncernów spożywczych itp.

Kilka ciekawych informacji ze świata spożywczego i kucharskiego, ale poza tym, jako kryminał, powieść jest bardzo przeciętna i raczej nie polecam.

poniedziałek, 12 marca 2018

Racjonalny umysł i jego duchy

„Duchy Jeremiego” –  Robert Rient

Dziwna sprawa z tą książką. Kiedy zacząłem czytać i okazało się, że narratorem jest kilkunastoletni chłopak, przez moment poczułem się rozczarowany, bo przecież ja nie lubię powieści opowiadanych przez dzieci. Jednak „Duchy Jeremiego” czytało mi się na tyle dobrze, że kontynuowałem lekturę. Dopiero ze dwa dni później zadałem sobie pytanie: a skąd mi w ogóle do głowy przyszło, że nie lubię książek z dzieciakami w roli głównej? Zaraz, zaraz… „Zabić drozda” to pozycja genialna. „Ocean na końcu drogi” – znakomita. „Przygody Hucka” – fantastyczna. „Życie przed sobą” – cudowna. Więc o co chodzi? No, cóż… przyznam, że nadal nie wiem, skąd wytrzasnąłem to problematyczne przekonanie.

Jeremi, nastolatek, uczy się średnio, ma jedynego przyjaciela Augusta, popala marihuanę i trochę nią handluje. Wychowywany jest przez matkę, która umiera na raka. Mieszka w domu dziadka, cierpiącego na Alzhaimera. Dowiaduje się trochę jakby niechcący, że część jego rodziny ma pochodzenie żydowskie, a on nie bardzo wie, jak się wobec tego faktu ustawić.
To jednak nie wydarzenia, nie narastająca lawina problemów przekraczająca możliwości dwunastolatka, są w tej powieści najważniejsze – tym, co przykuwa uwagę, może nawet zachwyca, jest język narratora. Bardzo oszczędny, prosty, trochę jakby kostropaty i szorstki, ale jednocześnie niesamowicie wiarygodny, realny język dorastającego chłopaka. To on stanowi główny walor powieści, którą zdecydowanie polecam.

sobota, 10 marca 2018

Stara retoryka i nomenklatura

Hitlerowcy od Goebbelsa wymyślili, a komuniści radzieccy i polscy znakomicie rozwinęli cały system psychologicznych i socjologicznych sztuczek, które pozwalały im skutecznie sterować i manipulować nastrojami i przekonaniami wielkich grup społecznych, właściwie to nawet całych narodów.

Technik, sposobów i metod typowo komunistycznej propagandy jest mnóstwo, ale tu chciałem zwrócić uwagę na jedną tylko sztuczkę. Ich specjaliści szybko zorientowali się, że przeciętny człowiek nie lubi myśleć, nie lubi rozważać, zastanawiać się, że najchętniej, bo to najprostsze, operuje gotowymi, prostymi stwierdzeniami. W tym celu komuniści wymyślili system jedno- dwu- góra trzywyrazowych fraz, którym przez powtarzanie tysiące razy, nadawali określone znaczenie. Zwykle pejoratywne, ale nie tylko. Dziś niektóre z nich mogą wydawać się nawet zabawne, ale śmiesznie być przestaje, kiedy zaczynamy rozumieć, że kolejne nowe partie i władze robią dokładnie to samo.

Typowe takie hasła za czasów komuny: zapluty karzeł reakcji albo wróg ludu – to te negatywne, a z pozytywnych: lud pracujący miast i wsi.

To teraz pytanie, czy czymś innym są albo inną rolę spełniają: łżeelity, lewacy albo wykształciuchy, a z pozytywnych to: Naród Polski (pisany błędnie ale koniecznie dużymi literami)? To ta sama sztuczka z manipulowaniem słowami-emocjami.

Propozycja. Jeśli rzekomo tak bardzo nie lubisz komunistów i hitlerowców, to może nie używaj z takim zapałem goebbelsowsko-komunistycznych metod manipulowania swoimi oraz cudzymi emocjami i przekonaniami, bo... albo się ośmieszasz, albo demaskujesz, jako zwolennik komuny i jej metod.