czwartek, 18 kwietnia 2019

Znów coś przemija z wiatrem...

„Złote Wybrzeże” – Nelson DeMille

Johna Grishama wszyscy znali jako autora znakomitych thrillerów prawniczych. Aż tu nagle pojawił się „Malowany dom” (później „Czuwanie” znane też jako „Chłopcy Eddiego”) i wielu czytelników było potężnie rozczarowanych. Czyja to wina, kto spie… sprawę? Autor? Tłumacz? Wydawca? Tak, oczywiście, że ten ostatni. Z premedytacją nie zawiadomił jasno i wyraźnie potencjalnych nabywców, że ta akurat pozycja Grishama, to powieść społeczna, obyczajowa. Oczywiście nie było i nie ma takiego obowiązku, nie wymaga takich działań żadne prawo, ale… nieładnie. 
Nelsona DeMille wielu czytelników znało jako autora powieści sensacyjnych, thrillerów. A tu nagle polski wydawca bez ostrzeżenia wypuścił na rynek „Złote Wybrzeże”, książkę, która thrillerem zdecydowanie nie jest. Może raczej powieścią psychologiczną i socjologiczną z elementami romansu dla mężczyzn.

Złote Wybrzeże na Long Island obejmuje północną linię brzegową hrabstwa Nassau i łańcuch niskich wzgórz, które wznoszą się obszarze do dziesięciu mil od lądu. Kiedyś (początki dwudziestego wieku) skupisko władzy, bogactwa oraz – rozumianej na wzór amerykański – arystokracji. Stare rody i fortuny tak wielkie, że właściciele okazałych willi z basenami w Beverly Hills, są w porównaniu z nimi żebrakami. Na Złotym Wybrzeżu domy nie mają numerów – poczcie muszą wystarczyć nazwy rezydencji.

Głównym bohaterem i narratorem jest John Sutter, odnoszący sukcesy prawnik z Wall Street (i nie tylko). Jego przodkowie zamieszkiwali na Long Island od siedemnastego wieku, co tutaj ma kolosalne znaczenie. Jon jest dość zamożny, ale nie bogaty. Mieszka z żoną (lady Stanhope) i dorastającymi dziećmi w skromnym, piętnastopokojowym domku gościnnym położonym na ziemiach należących do teściów. Pałac, Stanhope Hall, czeka na nabywcę.

Około czterdziestoletni John Sutter trochę zaczyna się w życiu nudzić (wcześniejszy kryzys wieku średniego?), ma pewne problemy w związku, czegoś zdaje się szukać, nie bardzo jednak wiedząc, czego. Wtedy rezydencję w sąsiedztwie, pałac Alhambra, kupuje bezwzględny szef mafii, Frank Bellarosa. Jego obecność działa jak katalizator… spraw, zdarzeń, narastających kłopotów.  Mafioso najpierw, niewinnie, poprosił Suttera, by ten reprezentował go w pewnej legalnej transakcji, ale wreszcie sięgnął po duszę prawnika… i jeszcze więcej.

Dobra książka. Mam do niej sentyment. Czytałem pierwszy raz mnóstwo lat temu, ale czasem wracam do co ciekawszych fragmentów. Lubię Johna Suttera, a zwłaszcza jego specyficzne poczucie humoru i wnioski, jakie wyciąga z obserwacji otaczającego świata. Jest w książce także wątek kryminalny, ale jakby przy okazji, dodatkowo – do końca upierał się będę, że ta powieść nie jest thrillerem. Porównanie do powieści Fitzgeralda „Wielki Gatsby” wydaje mi się sensowne, choć niezbyt dokładne.

środa, 10 kwietnia 2019

Polski Brudny Harry na tropie


„Ekspozycja” – Remigiusz Mróz

Dawno, dawno temu dowiedziałem się, że Amerykanie dziwią się Polakom, że ci rozróżniają fotografię i fotografikę, zamiast po prostu dzielić fotografię na dobrą i złą. Po latach, kiedy naczytałem się współczesnych powieści polskich, wątpliwości wróciły – czy powieści dzielą się po prostu na dobre i złe, czy może jednak jest to odrobinę bardziej skomplikowane i, na przykład, ich twórcy dzielą się na artystów i rzemieślników, na pisarzy i autorów? Oczywiście każdy pisarz jest autorem, ale chyba nie każdy autor jest pisarzem…
Moje rozważania i wątpliwości dotyczą głównie autorów polskich, ale nie dlatego, że uważam ich za znacząco gorszych od całej reszty, ale ze względu na wkład w ostateczny kształt dzieła, tłumacza – w przypadku powieści niepolskojęzycznych. Starsi miłośnicy fantastyki pamiętają zapewne, jak bardzo spieprzyć sprawę może autor przekładu.
Temat ten powrócił do mojej świadomości, wypłynął jakby na jej powierzchnię, gdy czytałem Sumlińskiego – bardzo możliwe, że człowiek ten ma rację, ale pisze bardzo źle, a poza tym… http://kompromitacje.blogspot.com/2016/01/sumlinski-plagiator-patologiczny.html. Ostatecznie i ponad wszelką wątpliwość, Wojciech Sumliński jest autorem, ale – moim niezwykle skromnym zdaniem i tak, jak ja to rozumiem – pisarzem nie jest w najmniejszym nawet stopniu.
Głowacki, Tokarczuk, Dukaj, Myśliwski, Libera – to pisarze. Czy Grochola albo Mróz są pisarzami, czy tylko autorami?

Na krzyżu na szczycie Giewontu ktoś powiesił nagie zwłoki docenta Chilmoniuka, z Uniwersytetu Rzeszowskiego, specjalisty od zwojów znad Morza Martwego (Qumran) i numizmatów z tamtych czasów. W jego gardle komisarz Wiktor Forst znalazł kopię starożytnej monety.
Z tajemniczych powodów (tajemniczych do czasu) Forst zostaje zawieszony, co nie przeszkadza mu prowadzić śledztwa w stylu, wypisz-wymaluj, Brudnego Harry’ego. Namawia do współpracy Olgę Szrebską, dziennikarkę łaknącą zawodowych sukcesów.
Huraganowa akcja non-stop, trupów z monetami w ustach przybywa, okazuje się, że takich zbrodni było mnóstwo, także w odległej przeszłości, dzielna para w tajnej misji przedziera się przez Białoruś do Rosji…

Myślę, ze Remigiusz Mróz miał całkiem dobry pomysł, ale zrealizował go… hm… tak sobie.  Powieść wydaje się nie do końca przemyślana, ale przede wszystkim... niedopracowana. Podam może jeden przykład. Białorusini obiecali udostępnić Forstowi i Szrebskiej swoje akta i zrobili to. Okazało się, że akta białoruskich służb specjalnych są po białorusku. Forst uznał to za niewątpliwy dowód wielkiego spisku. Ups!

Niezła rozrywka, jeśli nie czepiać się detali i traktować ją z przymrużeniem oka. Można przeczytać, ale niekoniecznie trzeba.

A wracając na moment do rozważań z początku tej gawędy, zastanawiam się, kiedy zaszła zmiana, kiedy autorzy i wydawcy odkryli, że można znacząco obniżyć jakość, nie tracąc przy tym za bardzo na liczbie sprzedawanych egzemplarzy? Bo wielu czytelnikom i tak się podoba, i tak są zadowoleni…

piątek, 5 kwietnia 2019

Dzieci zbrodniarzy wojennych


„Dzieci Hitlera” – Gerald Posner

Wisława Szymborska w wierszu „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” napisała: Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. W pełni się zgadzam. Jeśli nawet czasem podczas lektury zastanawiałem się przez chwilę, jak ja bym postąpił, zachował się w określonej sytuacji, to do tych swoich pomysłów nie przywiązywałem się za bardzo, bo wiem już od dawna, że tak naprawdę nie wiem, co by było, gdyby… Zdarzały mi się w życiu sytuacje i okoliczności, w których przyjąłem postawę zupełnie odmienną od tej, którą byłem sobie w stanie wyobrazić.

Książka zawiera jedenaście rozmów, wywiadów, z dorosłymi dziećmi nazistowskich prominentów, m.in. z synami Hansa Franka, synem Josefa Mengele, synami Karla Saura (zastępcy Speera), córką Hjalmara Schachta (jednego z bardzo niewielu uniewinnionych w Norymberdze, geniusza finansowego), synem admirała Karla Dönitza, synem Clausa von Stauffenberga, synem Rudolfa Hessa (nie mylić z Rudolfem Hössem, komendantem obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau), córką Ernsta Mochara (mniej w Polsce znany), córką Hermanna Göringa oraz córką Maxa Drexela.

Wszystkie relacje/rozdziały zbudowane są według identycznego schematu: sylwetka ojca ze szczególnym uwzględnieniem zbrodni wojennych, a następnie opowieść dziecka (dorosłego, często starszego człowieka) o ojcu, o swoich z nim relacjach, o ocenie życia i postawy ojca oraz o własnym życiu i problemach w związku z powiązaniem z rodzicem nazistą.

Dzieci zbrodniarzy prezentują postawy skrajnie odmienne. Syn Rudolfa Hessa uważa ojca za człowieka pokoju niesprawiedliwie osądzonego przez zwycięzców. Jeden z synów Hansa Franka usprawiedliwia, a nawet podziwia ojca, a drugi ostro go potępia. Syn Josefa Mengele, po próżnych staraniach porozumienia z ojcem (raczej po próbach zmuszenia go, by uznał swoją winę) ostatecznie go odrzuca.
Specyficzna jest relacja syna Clausa Stauffenbegra – jest wręcz dumny ze swojego ojca, który podjął próbę zgładzenia Hitlera i zapłacił za to życiem. Ale to jest sytuacja wyjątkowa. Ciekawa jest opowieść córki Ernsta Mochara o dwudziestu ponad latach kłótni z ojcem, który może nie był zbrodniarzem, ale fanatycznym nazistą został do końca życia, sprzeczał się z faktami, negował rzeczywistość. Ojciec Dagmar Drexel (rzeźnik z Ukrainy, dowódca grup specjalnych mordujących cywili) też twierdził, że właściwie nie zrobił nic złego.

Gerald Posner rozmawiał z tymi ludźmi, którzy zgodzili się na ujawnienie imion i nazwisk. Ograniczył się też wyraźnie do dzieci prominentnych nazistów (z wyjątkiem Mochara). Dlatego relacji jest tak niewiele.

Być może z równą ciekawością, może i większą, przeczytałbym wyznania synów i córek esesmanek z obozów koncentracyjnych, niemieckich zbrodniarek, jednak autor z jakiegoś powodu postanowił ograniczyć się do mężczyzn.

czwartek, 28 marca 2019

O niemieckim Dolnym Śląsku


„Nad Śnieżnymi Kotłami” – Krzysztof Koziołek

Do Schreiberhau przeniesiony został – i nie był to awans, niestety – asystent kryminalny Anton Habicht. Jego żonie nawet się tam podoba, ale Habicht jakoś nie może dogadać się z szefem miejscowej żandarmerii, Sombrowskim, złośliwym autokratą. 

W pewną niedzielę, w sierpniu 1939 roku, Habicht wysłany zostaje do schroniska, zwanego szumnie hotelem górskim, „Nad Śnieżnymi Kotłami”, żeby wyjaśnić sprawę zaginionej broszki mecenasowej Fraitagowej. Zadanie okazuje się banalne, ale zanim asystent wyruszył w drogę powrotną, z okna schroniska wypadła żona urzędnika ze Schreiberhau, Elfriede Goretzki, i to tak nieszczęśliwie, że skręciła sobie kark. Początkowo wydawało się, że to nieszczęśliwy wypadek (obserwowała szybowce), ale dokonując kilku rutynowych działań i ustaleń, Habicht doszedł do wniosku, że kobieta została zamordowana.

Anton Habicht prowadzi śledztwo, lecz początkowo problemów, wątpliwości i tajemnic tylko lawinowo przybywa. Pojawiają się kolejne zwłoki, na jaw wychodzą spiski, wielkie łapówki oraz inne mroczne tajemnice miejscowego establishmentu.

Autor upchnął w przeciętnej raczej powieści kryminalnej całe mnóstwo rozmaitych ciekawostek regionalnych (historycznych, kulinarnych, kulturalnych, sportowych, przemysłowych itd.), które świadczyć mogą o jego fascynacji okolicą, ale dla fabuły nie mają większego znaczenia. Sukcesu Krajewskiego, który pierwszy chyba lokował akcję swoich powieści w okresie międzywojennym i w pewnym mieście, które było niemieckie do końca wojny światowej, Koziołek raczej nie powtórzy. Chyba, że swoją twórczością zainteresuje Niemców, dawnych mieszkańców lub potomków mieszkańców Schreibenhau (Szklarska Poręba), Krummhübel (Karpacz), Seidorf (Sosnówka) itd. Wtedy te niezliczone dodatki, na przykład o tym, jak bardzo zasłużyły się dla regionu niemieckie towarzystwa górskie i turystyczne, staną się naprawdę istotne.

Anton Habicht jakoś nie wzbudził mojej sympatii – arogancki, napastliwy, wyraźnie dumny ze swojej rangi i stanowiska, i podkreślający je na każdym kroku. Nawet wtedy, kiedy – jako człowiek w tych okolicach nowy – czymś się wyraźnie wygłupił.

-Berta! – Mężczyzna za kontuarem odwrócił głowę w kierunku kuchni – Co masz aktualnie na ogniu?
Z niewielkiego okienka dobiegł wrzask, którego sens trudno było zidentyfikować.
- Najszybciej będą dla pana golusieńkie dziewczyny – Stojący za ladą uśmiechnął się w wymuszony sposób.
Policjantowi mowę odjęło. Z tyłu dał się słyszeć czyjś śmiech, ktoś inny pozwolił sobie na kąśliwą uwagę.
- Słucham? – rzekł po dłuższej chwili – Co mi pan tu znowu imputuje? Czy ja wyglądam na bawidamka?
- Pan mnie źle zrozumiał…
- Tak? Ja ci zaraz pokarzę, co to znaczy, nie rozumieć! – Asystent kryminalny zaczął podkasywać rękawy.
- Gdzie z tymi łapami? – Mężczyzna wreszcie się ożywił – Zamawiaj pan albo won za drzwi!
- Co? – Miarka się przebrała. Habicht wyjął z kieszeni odznakę i trzasnął nią w ladę. – Takim tonem do policjanta na służbie.
- Najmocniej szanownego pana przepraszam. – Mężczyzna się przygarbił. – Chodzi o fasolę…*.

Te „golusieńkie dziewczyny” to była popularna, regionalna potrawa z fasoli, a policjant z powodu swojej niewiedzy straszył ludzi, groził, walił legitymacją służbową… Choć z drugiej strony nie jest wykluczone, że takie postawy i zachowania były bardziej zgodne z realiami, z rzeczywistością.

Bardzo mi się spodobała okładka książki. Przyjemnie na nią popatrzeć, przyjemnie wziąć do ręki. To akurat kawał dobrej roboty! Nawet jeśli się wie, jak powstała i skąd pochodzi: 




--
* Krzysztof Koziołek, „Nad Śnieżnymi Kotłami”, Muza, 2019, s. 61-62.

piątek, 22 marca 2019

Dawno, dawno temu, na Rusi...


„Dziewczyna z wieży” – Katherine Arden

Nie czytałem tomu pierwszego cyklu i w związku z tym obawiałem się, czy nie będę miał kłopotów ze zrozumieniem fabuły powieści, ale w trakcie lektury okazało się, że w akcję wchodzi się gładko, bez problemów i wątpliwości, mogę więc zapewnić, że nieznajomość wydarzeń wcześniejszych, nie stanowi jakiejś istotnej przeszkody. Choć na pewno by się przydała. W każdym razie jakoś domyśliłem się, skąd się wzięły np. gadające konie i jaką rolę wcześniej odegrał Morozko (Dziadek Mróz, Father Frost, Морозко, tu akurat demon mrozu).

Do momentu powstania fantasy pisarze powieści historycznych mieli pod górkę, bo zawsze znalazłby się jakiś zły człowiek, który wytknąłby im ewentualne błędy – a to, stroje w tym czasie były nie takie, a to broń w tamtych rejonach była nieco inna, a to potrawy…, a to zwyczaje…, a to… Bez solidnej kwerendy, bardzo solidnej, nie można było się obejść.
Później okazało się, że jeśli na realiach historycznych autor aż tak bardzo się nie zna i zajmować się nimi nie zamierza, to wystarczy dorzucić trochę magii, jakiegoś ducha lub demona, czy innego Dziadka Mroza i już znawcy tematu mogli autorowi skoczyć – to nie była już powieść historyczna, ale… fantasy. Albo fantastyczna baśń. Dokładnie tak to było w przypadku cyklu „Opowieści rodu Otori” (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/50183/siec-niebios/opinia/17514262#opinia17514262). Coś podobnego zauważyłem, czytając „Dziewczynę z wieży” – niby to średniowieczna Ruś, niby początki Księstwa Moskiewskiego, ale niezupełnie, bo detale nie bardzo się zgadzają; na przynajmniej jeden z tych niepasujących do określonego czasu elementów (terem, s. 26), zwracała w książce uwagę tłumaczka. Ale ostatecznie to tylko moje luźne skojarzenie. Nie takie motywy musiały kierować Katherine Arden. A poza tym… Czy taki manewr (w razie czego), to jest wprowadzenie elementów fantastycznych do powieści historycznej, jest czymś złym, nagannym? Nie, nie jest – może on jednak zarówno powieści pomóc, jak i zaszkodzić, wszystko zależy od kunsztu autora i tłumacza. W przypadku „Dziewczyny z wieży” wyraźnie pomógł. Bez elementów magiczno-baśniowych byłaby to skromniutka historyjka o niewielkiej wartości i… nie do końca wiadomo, o czym.
 
Główna bohaterka ma na imię Wasia i jest to niewątpliwie zabieg celowy – to szczególne  imię rosyjskie, którego zdrobnienie może dotyczyć zarówno kobiety (Wiesielina, Wasylisa) jak i mężczyzny (Wasilij) – w powieści musi ona często udawać chłopaka. A wiadomo, że kłamać jest nieładnie. Natomiast zadźgać darowanym sztyletem od tyłu bandytę, pilnującego porwanych dziewczynek, to już można bez wyrzutów sumienia.
Wasia ucieka z rodzinnej wsi po śmierci ojca – ktoś taki nie mógł być tolerowany przez rosnące w siłę i butę chrześcijaństwo – w Leśnej Ziemi zaczęto uważać ją za czarownicę; w najlepszym przypadku trafiłaby do klasztoru, zamknięta tam siłą na resztę życia. Na jej szczęście wioskowi uznali, że zginęła i nie szukali zbyt długo.
Wasilisa Pietrowna jest odważna, tego nie można jej odmówić i zdeterminowana, ale wynika to raczej z braku doświadczenia i realnej wiedzy o otaczającym świecie niż z rozsądnego męstwa. Nic w tym dziwnego – jest dzieckiem, dorastającą dziewczyną w tym okresie życia, w którym zmienia się w kobietę. Jej zwiedzanie świata skończyłoby się zgonem po dwóch tygodniach, gdyby nie pomoc Morozki, który wyraźnie coś do niej czuje. I nie on jeden... niestety.

W tym samym czasie okoliczne wsie nękane są przez tajemniczych bandytów – nie pozostawiają po sobie śladów, porywają małe dziewczynki. Wydarzeń tych jest coraz więcej. Do Moskwy przybywa tajemniczy Kasjan Lutowicz, niezależny dotąd bojar, prosić o pomoc w walce z bandytami. Książę Moskiewski, żeby nie zwariować z nudów i nie rozmyślać o wielkiej polityce, wyrusza z drużyną, pokarać bandziorów. Towarzyszy im brat Wasi, mnich-wojownik, przekonany dotąd, że siostra nie żyje.

Rodzeństwo oraz reszta zbrojnych wybiera się ratować Moskwę przed zagrożeniem, z którego nikt wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Pewne specjalne talenty Wasi okażą się do tego celu nieocenione, bo też i nie ze zwykłymi w tych czasach zagrożeniami przyjdzie im się mierzyć.
Polityka i wojna to jedno, ale sprawy osobiste, a zwłaszcza rodzinne Wasi, komplikują się coraz bardziej, do czego z pełnym zaangażowaniem przyczynia się ksiądz Konstanty Nikonowicz.

Człowiek boży nie powinien się mścić, lecz… To nie zemsta, myślał Konstanty. Walka ze złem to w oczach Boga dobro. Zresztą, jeśli słowa Kasjana okażą się prawdą, Konstanty może rzeczywiście zostanie biskupem*.

Powieść zbudowana jest na nastrojach, emocjach, wrażeniach, odczuciach. Tylko uważny czytelnik (raczej czytelnik właśnie, a nie czytelniczka) zauważy brak konkretów, takich elementów, które osadzają opowieść w określonym czasie i miejscu. Takich, dzięki którym można sobie wyobrażać, a nie tylko odczuwać. Przykład. Więcej niż połowa akcji dzieje się w lesie, na drogach, na zewnątrz w każdym razie, a las, jak to las, każdy zna. Czasem jednak przenosimy się do wnętrza – chaty, domu bojara, komnaty książęcej, sauny, więc teraz pytanie: jak te pomieszczenia są umeblowane, co stanowi ich wyposażenie (poza piecem)? Podobnie jest zresztą z opisami osób, postaci nie pierwszoplanowych – ogólny zarys, bardzo skromny, obejmujący najbardziej dominującą cechę. To powiedziałbym jest powieści minusem. Plusem za to to, że czyta się ją bardzo szybko, z zaciekawieniem, co też wydarzy się za chwilę, na następnej stronie.

Polecam tym wszystkim, którzy lubią bajki dla dorosłych i dorastających, ale uwaga – w tym przypadku „dla dorosłych” nie oznacza scen lub treści erotycznych.



 
--
* Katherine Arden, „Dziewczyna z wieży”, wyd. Muza, 2019, przekład Katarzyna Bieńkowska, s. 443.

wtorek, 19 marca 2019

Uroczy romans dla płci obojga


„Swatanie dla początkujących” – Maddie Dawson

Blado-glutowata okładka z obrazkami jak z bajek dla młodszych dzieci. Tytuł z kolei sugeruje poradnik (do pewnego stopnia słusznie). Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy niektórzy wydawcy nie wierzą już w istnienie i działanie księgarń, w których potencjalny czytelnik sięga po książkę, bo zaintryguje go tytuł lub/i okładka. Oczywiście ostatecznie sprzedać da się wszystko, chodzi tylko o to, ile wysiłku i pieniędzy trzeba będzie przeznaczyć na reklamę. Jeśli jednak tych dodatkowych środków nie ma zbyt wiele, to zdarzyć się może, że umknie uwadze większości potencjalnych nabywców pozycja naprawdę całkiem niezła – jak „Swatanie dla początkujących”, właśnie.
Oczywiście problematyczne nieco okładki to nie tylko domena polskich wydawców, bo „A Piece of Normal” tejże autorki (z pstrokatymi babeczkami) też chyba nie jest do końca przemyślanym pomysłem.

W tym momencie ktoś powinien zawołać, że to rzecz gustu, a o gustach się nie dyskutuje – zawsze ktoś taki się znajdzie. Jest to oczywiście kompletna bzdura, co widać właściwie na co dzień podczas pokazów mody, na wystawach obrazów, w trakcie dyskusji o wzornictwie przemysłowym, urodzie pań, muzyce itd. itp., ale mnóstwo ludzi tak bardzo boi się krytyki i oceny, tak bardzo jest niepewnych własnego gustu, że będą do upadłego wmawiać innym, ale przede wszystkim sobie, że o gustach nie powinno się dyskutować.

Na pobożenarodzeniowej herbatce u siostrzenicy, Wendy Spinnaker, głupiej, zadufanej w sobie pindy, po latach trzymania się z dala od takich, pełnych obłudy  i sztuczności imprez rodzinnych, zjawia się  stara, umierająca na raka ciotka Blix. Ma świadomość, że następnego takiego spędu rodzinno-towarzyskiego już nie dożyje, więc niech im będzie, starym bufonom, że to takie spotkanie pożegnalne, choć o tym, że choruje, nie zamierza mówić nikomu.  Blix jest mocno zniesmaczona i znudzona przyjęciem do momentu, w którym pojawia się Noah – syn siostrzenicy – ze swoją  narzeczoną, Marnie MacGraw, przywiezioną z Florydy. Blix Holliday w ułamku sekundy pojmuje, że z Marnie coś ją łączy i że – w jakimś sensie – obie zjawiły się tutaj właśnie po to, żeby się spotkać.
Blix, podczas rozmowy z Marnie, odkrywa u dziewczyny, raczej młodej kobiety, podobny dar – obie „widzą” pary dla siebie przeznaczone i mają wrodzony talent do kojarzenia ich, do swatania. Blix rozpoznaje też ludzi, którzy do siebie nie pasują…

„Zamykam oczy i nagle czuję się wypompowana, zmęczona. Dociera do mnie coś, o czym wcześniej nie wiedziałam, prawda bardziej natarczywa, niż wszystko, co czułam do tej pory. Marnie MacGraw i Noah się nie pobiorą”*.

Pobrali się. Choć Noah Spinnaker przed samym ślubem mocno starał się przekonać Marnie, że to nie ma sensu, że im się nie uda, dziewczyna sterroryzowała go, zalała potokiem argumentów i przekonała. Małżeństwo rozleciało się po dwóch tygodniach.

Tu pozwolę sobie na pewien wtręt. Miałem pewne podejrzenia, więc popytałem znajome czytelniczki i okazało się, że kobiety tego fragmentu zupełnie nie widzą albo bagatelizują tak bardzo, że prawie jakby nie widziały. Którego? Ano, tego wyżej. Noah nie chciał się żenić, rozmyślił się, zorientował, że się do tego nie nadaje, że sobie nie poradzi, że to się nie uda. Miał zupełną rację! Małżeństwo się rozpadło. Dlaczego? Bo Noah nie dorósł do poważnego związku, nie nadawał się do niego, nie poradził sobie. Ups!
Jednym z argumentów, które przedstawiła mu Marnie był ten, że jeśli im się nie uda, to się rozwiodą. Więc się rozwiedli. Kto zawinił? Oczywiście nie Marnie, która parła do ślubu mimo jego sprzeciwów i wątpliwości, nie – winnym jest Noah, palant i dupek, bo sprawdziły się jego obawy, bo to on miał rację. Załóżmy jednak teoretycznie, że Noah nie ugiął się presji Marnie i do ślubu nie doszło. Z czyjej winy? Ależ tak, oczywiście znowu z winy Noaha! Stara zasada okazuje się prawdziwa i tu: w związku albo mężczyzna nie ma racji, albo kobieta ma rację – trzeciej opcji nie ma.

Podobnie jak stara Blix jestem zwolennikiem teorii, „…że jeżeli wprowadzasz prawo do swoich prywatnych relacji, to popełniasz błąd” (chodzi oczywiście o małżeństwo). Wydaje mi się ona najciekawszą i najlepszą postacią tej książki – ma nawet kandydata na partnera dla Marnie, ale to już sprawa dalsza. Szkoda, że tak szybko umiera, urządzając sobie zresztą świetną stypę przedtem. Przed swoim niecodziennym odejściem ciotka Blix zapisuje Marnie MacGraw  dom w Brooklynie oraz – w pewnym sensie – dziwną kolekcję przyjaciół i znajomych, szukających szczęścia, miłości, związku, spełnienia.

Marnie ma prawie trzydzieści lat, jej związek właśnie szlag trafił. Praca – była niezłą przedszkolanką – też poszła się kichać. Życiowa katastrofa? Okazuje się, że to dobry, korzystny (nie mylić z przyjemnym) moment, by rozstać się z naiwnymi rojeniami i zacząć nowe życie. Całkowicie odmienne. Początkowo Marnie zupełnie nie pali się do kontynuowania dzieła starej Blix, realizowania rozlicznych Projektów Istot Ludzkich (Projekt Jessica, Projekt Patrick, Projekt…), zajmować się swataniem, kojarzeniem par. Zaczyna jednak to robić i… Tu opowieść ta rozpoczyna się jakby po raz drugi.

Ostatecznie ocena dla kobiet: ciepła, optymistyczna, pogodna, romantyczna opowieść o uczuciach. Dla mężczyzn: nieco naiwna, momentami mało zrozumiała, ale wartościowa w sumie pozycja edukacyjna, bo pomoże im zrozumieć, z czym będą się musieli mierzyć na co dzień, wiążąc się z jakąś panią. Nie, wcale nie żartuję, myślę, że ta książka ma sporą wartość poradnikową dla młodych mężczyzn. Przydałoby im się poznać, oswoić się (bo zrozumieć się nie da i chyba nawet nie ma takiej potrzeby) ze sposobem myślenia i funkcjonowania kobiet, jeszcze zanim wejdą z nimi w stały związek, zanim się ożenią.

Miło się czytało i szkoda tylko, że w życiu zdarzają się poważniejsze, trudniejsze sprawy, niż tylko znalezienie odpowiedniego partnera/partnerki…

„Dopóki nie będziecie świadkami takiej chwili, nie dowiecie się ile miejsca macie w sercu. Ile przestrzeni jest na tym świecie, która należy tylko do was. Wtedy nabierzecie przekonania, że miłość zwycięży. Po prostu zwycięży”**.

Ale z drugiej strony… może naprawdę nie ma nic ważniejszego od miłości?


 ;-)

--
* Maddie Dawson, „Swatanie dla początkujących”, Wydawnictwo NieZwykłe, 2019, s. 23.
** Tamże, s. 389.

czwartek, 14 marca 2019

Janusza już więcej nie będzie...


„Bezsenność w czasie karnawału” – Janusz Głowacki

Starość się Panu Bogu nie udała. Z powodów różnych bardzo, ale tu zwracam uwagę na jeden: wraz z upływem czasu coraz częściej pojawiające się stwierdzenie „już nie”. Umierają jakby częściej ulubieni i podziwiani autorzy, reżyserzy, aktorzy, fotografowie, więc nie będzie więcej ich filmów, książek, zdjęć… już nie. Tym niemniej wolny jestem, jak sądzę, od taniego sentymentalizmu dzieł (słów) ostatnich. Książka nie staje się lepsza przez to tylko, że okazała się ostatnia. Odporność na takie właśnie rozczulanie się pokazałem chyba wystarczająco dosadnie w krytycznej opinii „Ostatniego wykładu” Randy’ego Pauscha i Jeffreya Zaslowa. Stwierdzenie „już nie” (jakże ja go nienawidzę!) oznacza tyle i tylko tyle: Janusz Głowacki nie żyje, nic więcej już nie napisze – a szkoda. Szkoda, bo z grona współczesnych pisarzy polskich warsztat miał najlepszy. Później długo nic i Mika Dunin oraz Jerzy Seipp. W przypadku Głowackiego nie interesowały mnie, albo w stopniu niewielkim, jego przekonania, wierzenia i poglądy. Nie wchodziłem z nim w polemikę, nie szukałem podobieństw. Podobnie było z jego życiem, wydarzeniami, sytuacjami. Ważne było to i tylko to, jak o nich pisał. A pisał fantastycznie, znakomicie!

O tym, że książka „Bezsenność w czasie karnawału” zbudowana jest na wzór i podobieństwo „Z głowy”, wydaje się oczywiste, choć niekoniecznie sam autor taki ostateczny kształt jej nadał. Nie ma to dla mnie znaczenia – liczą się bowiem teksty i ich wymowa, klimat, nastrój. Kolejność i zakończenie wydają mi się mniej ważne.

Ja te notatki robiłem w różnych miejscach. W Warszawie też. Ale i w Nowym Jorku, Miami, Los Angeles, Moskwie, Stambule, Kijowie, Charkowie. W knajpach, hotelach, na lotniskach, kiedy w nocy zmieniałem samolot, a także w burdelach w Tajpej…*.

Podczas lektury pierwszych kilkudziesięciu stron „Bezsenności”  coś dobijało się do mojej pamięci, coś chodziło mi po głowie. I w końcu znalazłem:

Bo czymże jest pisarstwo i co to znaczy być pisarzem? Po latach wydaje mi się, że chodzi po prostu o obecność w rzeczywistości i własnym życiu, obecność całym sercem, umysłem i duszą, i nieustanne poszukiwanie w nich wciąż nowych sposobów, technik i metod na zrozumienie, doświadczenie, pokazanie tego, co – tylko pozornie – wydaje się oczywiste, zwyczajne, może nawet powszednie i banalne. Chodzi również o to, aby być uważnym, bo w rzeczywistości, także w życiu, nic chyba nie jest oczywiste, niewiele – zwyczajne, a jeszcze mniej – powszednie czy banalne.
[…]
Musiał jeszcze minąć jakiś czas, zanim przyjaciel, któremu pokazałem swój kolejny tekst, po przeczytaniu go zawołał zdumiony: »Tobie zdarzają się rzeczy kuriozalne!«. Mogłem się tylko uśmiechnąć. Wiem, że opisane zdarzenie było zupełnie zwyczajnym elementem codzienności, ale teraz i ja najwyraźniej potrafiłem tworzyć wizje rzeczywistości z materii słów**.

O ile jednak autorowi „Przebudzenia” zdarzało się czasem, rzadko dosyć, to Głowacki robił to automatycznie i odruchowo. Ptaki na parapecie biją się o okruchy? I co w tym ciekawego? Niby nic, ale Janusz Głowacki z każdego wydarzenia, okoliczności, sytuacji, obserwacji, potrafił zrobić COŚ i cynicznie, złośliwie, kpiąco, to skomentować, opisać.

„Bezsenność w czasie karnawału” to tytuł jednego z tekstów w książce, a jest ich w niej bardzo wiele, na tematy przeróżne (współczesna Polska, wspomnienia amerykańskie, kariera itd.). Nocne błądzenie po mieście w czasie karnawału, wspomnienia i bieżące przeżycia, obserwacje, przemyślenia, wnioski, obrachunki osobiste starego człowieka, wydają się motywem przewodnim całości.

…zastanawiam się, czy jak człowiek długo pożył i się napatrzył, to się ma jeszcze prawo uważać za przyzwoitego czy już niekoniecznie. Przecież nawet świnia by się wyrzygała***.

Z Głowackim nie trzeba się zgadzać – to dzieło sztuki i albo się podoba, albo nie. Jaki sens miałoby upieranie się, że nie zgadzam się z Picassem, Szymanowskim, Rodinem?

Na zakończenie, w „Epilogu”, o ojcu opowiada Zuza Głowacka (naprawdę – Zuza, tak jest w książce, nie Zuzanna, ale właśnie Zuza), starając się jakby ocieplić obraz Głowackiego, opowiadając o jego szczególnym stosunku do zwierząt i lękach. Zdradza tam także, jak sam Janusz Głowacki planował zakończenie „Bezsenności w czasie karnawału”, co jednak, jak wiadomo, nie było mu dane.


--
* Janusz Głowacki, „Bezsenność w czasie karnawału”, Wyd. W.A.B., 2018, s. 35.
** „Przebudzenie. Droga do świadomego życia”, Druga Strona, 2014, s. 13-15.
*** Janusz Głowacki, „Bezsenność w czasie karnawału”, Wyd. W.A.B., 2018, s. 7.

poniedziałek, 11 marca 2019

Sensacja jakich całe mnóstwo


„Jedyna szansa” –  Harlan Coben

Historia zaczyna się, gdy chirurg plastyczny, Marc Seidman (ale nie taki od poprawiania cycków i zarabiający krocie, tylko specjalista od chirurgii rekonstrukcyjnej, zwłaszcza dzieci z biednych krajów albo po wypadkach), zostaje w swoim domu postrzelony; ciężko ranny, ledwie przeżył. Kiedy odzyskuje przytomność na oddziale intensywnej terapii, dowiaduje się, że jego żona, Monica, nie żyje, a półroczna córeczka, Tara, została porwana.

Kiedy porywacze zgłaszają żądania (dwa miliony dolarów), kierują je nie do Seidmana, wiedzą najwyraźniej, że nie jest zamożny, ale do jego bogatego teścia. Doktor, jako praworządny obywatel, zgłasza sprawę policji, a ta okazuje się oczywiście nieudolna, pieniądze przepadają, Tary nie odzyskano.

Półtora roku później porywacze ponawiają żądania. Akcja nabiera tempa.

Przeciętna powieść sensacyjna z klasycznymi elementami: durni gliniarze podejrzewają Seidmana, jakby zapominając, że ledwie przeżył (sanitariusze w karetce byli przekonani, że wiozą trupa) zamach i napad. Pojawia się dawna wielka miłość, w policji albo FBI mają kreta (donosiciela, wtyczkę) itp.
Czyta się ją płynnie, ale nie ma w powieści właściwie nic porywającego, nic, co można byłoby zapamiętać przez choćby kilkanaście miesięcy. Ostatecznie można po nią sięgnąć, ale nie trzeba.

środa, 6 marca 2019

Uważaj! Oni wiedzą wszystko!


Wczoraj wieczorem postanowiłem sprawdzić, jak działa składanie wniosku o nowy Dowód Osobisty przez internet. Wlazłem na odpowiednią stronę, wypełniłem wszystkie rubryczki, dołączyłem skan zdjęcia... Dziś rano zadzwoniła do mnie miła pani z urzędu i powiadomiło, że muszę donieść lub przesłać nowe zdjęcie, bo to sprzed prawie trzech lat nie może być przyjęte. OK., w porządku, zrobię nowe i zaniosę albo wyślę, ale... skąd urząd wie, że zdjęcie (elektroniczne), które im wczoraj wysłałem jest sprzed 2,8 roku?
I to by było na tyle, jeśli chodzi o anonimowość i ochronę... czegokolwiek.

Był też ciąg dalszy. Następnego dnia poszedłem do fotografa, zrobiłem zdjęcie (potrzebne było jedno, ale nie można mniej niż cztery i... 30,00 PLN), zaniosłem do urzędu, a tam - okazje się - nie wiedzą, co z tym fantem zrobić i jak. Pani, z którą rozmawiałem wczoraj, dzisiaj nie ma. Reszta urzędników radziła, żebym to zdjęcie też wysłał przez internet, więc musiałem im wyjaśnić, że mój wniosek o wydanie nowego dowodu został zablokowany z powodu braku zdjęcia, a to oznacza, że nie mogę dodać zdjęcia do zablokowanego wniosku.  Polska! Po prostu...

Kiedy wracałem, mijałem Zakład Pogrzebowy, a na nim reklamę Dnia Kobiet. Pomyślałem, że delikatność w narodzie rośnie, skoro nie napisali, że dzień zmarłych kobiet...

Mijałem też Zdrową Krowę (lokal ze stekami), która zajęła miejsce po zlikwidowanej aptece. Widać bardziej jest potrzebna.

Dzień po tym, jak dostarczyłem nowe, aktualne zdjęcie, zadzwoniła do mnie milutka pani z urzędu, podziękowała za zdjęcie i podyktowała numer wniosku, żebym na ich stronie mógł sam sobie sprawdzić, czy mój nowy dowód jest już gotowy. Więc dziś sprawdziłem. Informacja systemu: "Twój wniosek został odrzucony. Skontaktuj się z urzędem, w którym składałeś/łaś wniosek. Powód odrzucenia wniosku: ZŁE ZDJĘCIE".

Poddaję się, mam dosyć.