niedziela, 25 października 2020

Polityka, czy sprawiedliwość?

 „Czarna skrzynka” – Michael Connelly

 Bardzo dobra powieść sensacyjna. Poza elementami powtarzającymi się w bardzo wielu książkach tego gatunku, zawiera też pewien rys świeżości, coś takiego, czego jeszcze nie przerabiałem u innych autorów, a nawet u samego Michaela Connelly’ego.


Los Angeles. Po wysoce problematycznym wyroku w sprawie nadużycia władzy przez policję, wybuchają zamieszki w południowych dzielnicach miasta. Ulice pełne są szalejących gangów, płoną samochody, rabowane są sklepy, dochodzi do wielkiej liczby aktów przemocy, w tym zabójstw. W tych warunkach policja, a konkretnie Harry Bosch, na rozwikłanie sprawy śmierci Anneke Jespersen, duńskiej dziennikarki i fotoreporterki, ma jakiś kwadrans. Na inne tego typu sprawy podobnie. Policja po prostu zbiera ciała, wykonuje kilka zdjęć, jakiś opis miejsca zdarzenia i… to wszystko. Prawdziwe śledztwo ma się toczyć po opanowaniu rozruchów, później, kiedyś. I nawet się toczy, ale zabójca Jespersen, zwanej Królewną Śnieżką, nie zostaje odnaleziony.

 Dwadzieścia lat później. Harry Bosch osiągnął wiek emerytalny, jednak pracuje nadal w policji, co dość typowe, w ramach czasowego kontraktu. Typowe jest i to, że jego szefem jest obecnie karierowicz, politykier i po prostu dupek. Harry zajmuje się sprawami odłożonymi i niewyjaśnionymi, a zwłaszcza sprawą dziwnej śmierci Dunki, która nie dawała mu spokoju przez wszystkie te lata. Problem jednak w tym, że Anneke Jespersen była biała, a jak by to wyglądało, gdyby policja rozwiązała tę jedną sprawę, a przypadki, w których ofiarami byli kolorowi, głównie Afroamerykanie i Latynosi, odłożyła na półkę, zamknęła, umorzyła już na zawsze.

 Tytułowa "czarna skrzynka", to pomysł dawnego partnera Harry’ego Boscha, przekonanie, że w każdej sprawie kryminalnej jest gdzieś informacja, człowiek, przedmiot, coś, co jak czarna skrzynka w samolotach (notabene jest ona jaskrawo pomarańczowa), pozwoli wyjaśnić, co i jak naprawdę się wydarzyło. W każdym razie policjant odkrywa nowe dowody, dzięki którym potwierdza swoje wieloletnie przeczucie, że śmierć Jespersen nie była przypadkowym aktem przemocy podczas zamieszek, czy wynikiem wojny gangów. Kiedy Bosch znajduje „czarną skrzynkę”, sprawa rusza z miejsca, ale prowadzi w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

sobota, 24 października 2020

Rutger nie ma racji, a szkoda...

 „Homo sapiens. Ludzie są lepsi, niż myślisz” – Rutger Bregman 

Irytujący tytuł, który zakłada, że autor jest wszechwiedzący, bo wyraźnie zna moje (i nie tylko moje) myśli. Ewentualnie uważa, że wszyscy ludzie myślą, że ludzie są źli – a skąd takie przypuszczenie? Jeśli jednak ludzie niezbyt dobrze oceniają innych ludzi, to może mają rację oni właśnie, a nie jeden… ale właśnie – kto? Po sprawdzeniu oryginalnego tytułu okazało się, że po raz kolejny i znowu, polska tłumaczka (o dziwo z angielskiego, a nie niderlandzkiego) poszalała sobie na całego, bo w rzeczywistości Rutger C. Bregman, stosunkowo młody (rocznik 1988) holenderski dziennikarz i historyk, autor głośnego opracowania „Utopia dla realistów”, napisał książkę pt. „Humankind. A Hopeful History”, a to przecież coś innego. Zdecydowanie innego. Ale do tego (oraz cytatu z innej książki) jeszcze wrócę. 

470 stron, elegancka, twarda oprawa – to mnie pozytywnie zaskoczyło; spodziewałem się, nie wiem czemu, broszurowego wydania i o połowę mniejszej objętości. W każdym razie od tej strony jest bardzo dobrze. Także liczba źródeł i przypisów robi wrażenie.

 „To jest książka o radykalnym poglądzie. […] Na czym więc polega ów radykalny pogląd? Na tym, że większość ludzi w głębi duszy jest całkiem przyzwoita” [1]. 

W znacznej mierze treść książki to dowody na poparcie tej tezy. Na szczęście nie tylko te dowody, bo byłaby to lektura niestrawna i… zbędna. Proszę zwrócić uwagę na założenie: większość ludzi w głębi duszy jest całkiem przyzwoita – są tu trzy elementy, dzięki którym można się z tym stwierdzeniem zgodzić, bez zastanowienia dłuższego niż 8 sekund i bez potrzeby czytania potężnego dzieła, mianowicie: większość (np. 51%?), w głębi duszy (czyli nie będzie to widoczne?), całkiem przyzwoita (a cóż to niby znaczy?). Jasne, czemu nie, chcesz mieć rację, to masz rację. Wygłaszając takie komunały łatwo mieć rację. 

Na szczęście, jak stwierdziłem, książka zawiera też inne przekonania autora, i to całe ich mnóstwo, ciekawych, intrygujących i irytujących, śmiesznych, wartych rozważenia i nie wartych uwagi, różnych po prostu, na przykład: 

„Czym jest prawda? Niektóre rzeczy są prawdziwe niezależnie od tego, czy w nie wierzysz, czy nie. […] Inne rzeczy mają potencjał, by stać się prawdą, jeśli w nie uwierzymy” [2]. 


Dowodem słuszności tego przekonania jest – według autora – placebo i nocebo. Placebo: lekarz podaje pacjentowi tabletkę z cukru pudru i wmawia mu, że to cudowny, drogi, szwajcarski lek, który na pewno mu pomoże i… pacjent czuje się lepiej. Nocebo: lekarz podaje pacjentowi lek, ale uprzedza, że wywołuje on przykre skutki uboczne i… pacjent ich doświadcza, choć w rzeczywistości lek zupełnie nie powoduje takich skutków. Czy to naprawdę oznacza, że ta rzecz (tabletka z cukru pudru) stała się prawdą, prawdziwym lekiem? No, właśnie według Rutgera Bregmana tak, według mnie – nie. Przecież to nie cukier puder uleczył chorego, ale jego wiara, mobilizacja organizmu, nadzieja itd. 

Inny dowód autora na całe to dobre serce ludzi, to zachowanie cywili w Londynie i w Niemczech, w czasie drugiej wojny światowej i bombardowań. Władze obawiały się i przewidywały panikę, chaos, plądrowanie, rabunki, ale w praktyce okazało się, że takich zachowań było stosunkowo niewiele, bo ludzie głównie pomagali sobie nawzajem. Super! Tyle, że autor zapomniał, że wojnę (tę i wszystkie inne) wywołali ludzie, a nie kosmici. Ludzie pomagali sobie podczas ewakuacji z walących się biurowców World Trade Center, super! Ale… to ludzie, a nie kosmici, porwali samoloty i uderzyli w wieże. 

Humankind. A Hopeful History to – moim zdaniem – Ludzkość. Historia pełna nadziei. Czy naprawdę można ocenić z nadzieją ludzkość po jej historii? To ludzie wymyślili plastik, wymagający tysięcy lat na rozpad, i zaczęli wytwarzać z niego przedmioty jednorazowe. Po Atlantyku dryfuje wyspa śmieci o powierzchni 8-9 razy większej od obszaru Polski. Po pierwszej wojnie światowej była druga. Cywilizowani, nawet wyrafinowani w swej kulturze ludzie, mordują zwierzęta i pożerają ich zwłoki. Wypowiadają porozumienie w sprawie ochrony kobiet przed przemocą. Itd. Itp. 

Nie zgadzam się z autorem w większości przypadków, a jeśli już tak, to w sprawach nie najwyższej wagi albo częściowo. 

„Aby wyciągnąć do kogoś dłoń, potrzebujesz przede wszystkim jednej rzeczy. Odwagi. Bo może się okazać, że skończysz ze zranionym sercem lub ktoś zrobi sobie z tego pośmiewisko” [3].

 Zgadza się, ale żeby pomagać sensownie i skutecznie, trzeba jeszcze wiedzieć, jak i co konkretnie należy zrobić, bo bez wiedzy i doświadczenia często będzie to tylko łzawe współczucie. Ludzie nie pomagają, choćby mogli, z bardzo wielu rozmaitych powodów, a strach nie jest jedynym. Powiedzenie: nic tak nie umacnia zła, jak bezczynność dobrych ludzi, jest zapewne starsze od autora „Homo sapiens”. I nie wzięło się z powietrza. 

Jednak najważniejszy błąd autora jest wręcz fundamentalny: rozpatruje on ludzkość (humankind) globalnie, podczas gdy ludzie nie żyją globalnie, ale indywidualnie. Czyli – nic mi po tym, że większość ludzi jest w zasadzie porządna, jeśli ja nie żyję z większością populacji; to Kowalski mnie okradł i Nowak oszukał, a nie cała ludzkość.

Pamiętam powódź w moim mieście. Większość była bierna społecznie, a więc nie robiła nic złego i nic dobrego. Ci ludzie zajmowali się sobą. Część pomagała bliźnim, ale byli i tacy (mieszkańcy najwyższych pięter), którzy na dachach wieżowców przejmowali dostawy (z helikopterów) wody, leków i żywności, i sprzedawali po horrendalnych cenach mieszkańcom niższych pięter. Przekonanie, a nawet wiara, że ludzie w zasadzie są dobrzy, jakoś w niczym nie pomogło lokatorom z drugiego, trzeciego piętra. 

Za bardzo ciekawe uważam rozważania, z których wynika, że ofiar zamieszek i rozruchów byłoby znacznie mniej, gdyby do akcji nie wkraczały siły porządkowe, na przykład Gwardia Narodowa w USA. Bo to właśnie ci obrońcy prawa i porządku prowokują do największych i najliczniejszych aktów przemocy. Oberwało się też obrońcom, dobrych, właściwych idei, że tak nazwę to w skrócie, choć nie wiem, czy słusznie, bo jeśli ktoś jest przeciwnikiem nazizmu, to nie oznacza jeszcze, że jego postawy i przekonania są słuszne… może przecież być fanatycznym komunistą. 

„Pod koniec lat 80, na miejscowym cmentarzu pochowany został zastępca Adolfa Hitlera Rudolf Hess, a Wunsiedel szybko stało się miejscem neonazistowskich pielgrzymek. Do dziś co roku 17 sierpnia, w rocznicę śmierci Hessa, skinheadzi maszerują przez miasto z nadzieją na wywołanie zamieszek i doprowadzenie do aktów przemocy. I co roku, tak na wszelki wypadek, antyfaszyści przychodzą, by dać swoim adwersarzom dokładnie to, czego ci pragną. Nieuchronnie co roku pojawia się filmik, na którym ktoś z dumą bierze zamach, chcąc uderzyć jakiegoś nazistę” [4]. 

Na czym tu polega błąd autora? Prawdziwi antyfaszyści i pacyfiści raczej nie rzucają się na innych ludzi, by ich bić. By siłą i przemocą fizyczną wbijać do głowy neonazistom, że ich przekonania nie są właściwe. 

Rutger Bregman w „Homo sapiens” w mocno irytujący sposób manipuluje danymi, prezentując głównie lub tylko te źródła, które potwierdzają jego pomysły. Coś takiego ma nawet zdaje się specjalną nazwę: błąd afirmacji. Na przykład opinia autora o paragwajskim plemieniu Aché. Tacy porządni, zgodni, mili ludzie. Wysoka śmiertelność? Ależ wcale nie dlatego, że są oni brutalni z natury. Po prostu to źli Paragwajczycy ich mordowali. Aché, ci dobrzy ludzie, gdy umierał ważniejszy członek plemienia, mordowali i chowali razem z nim małą dziewczynkę. Poza tym zabijali bez skrupułów starsze, niepotrzebne już plemieniu kobiety lub niemowlęta, jeśli uznali je za zbędne. Rutgerowi Bregmanowi z pełnym przekonaniem poleciłbym lekturę „Ikowie, ludzie gór” Colina M. Turnbulla, w którym opisano zmiany mentalności ludzkiej w trudnych warunkach. Choćby, jak słowo „najedzony” stało się synonimem słowa „dobry”, a kradzież żywności (konającemu z głodu krewnemu, mężowi) jest całkiem w porządku, jeśli tylko pozwala się samemu najeść. 

Jestem pewien, że książka wzbudzi skrajnie różne reakcje, zbierze zupełnie odmienne oceny. Zależeć to będzie od sposobu czytania. Ludzie, którzy czytają analitycznie, będą wytykać ewidentne według nich błędy i manipulacje, ci, którzy czytają emocjonalnie, będą zachwyceni. Jak się to odbywa? Ano tak… 

„Moje założenie jest po prostu takie, że mamy – wyrzuceni na bezludną wyspę, kiedy wybucha wojna czy w konfrontacji z szalejącymi żywiołami – silne skłonności do zwracania się ku naszym zaletom i dobrym stronom. Przedstawię ważne dowody naukowe pokazujące prawdziwość pozytywnego spojrzenia na ludzką naturę. Jednocześnie jestem przekonany, że jeśli zaczniemy w nie wierzyć, to stanie się ono rzeczywistością” [5]. 

Czytelnicy emocjonalni: Och, to świetnie, cudownie, nareszcie dobre wieści, można już z optymizmem i nadzieją patrzeć w przyszłość także naszych dzieci; to jest bardzo dobra wiadomość, zwłaszcza, że naukowe dowody potwierdzają.

Czytelnicy analityczni: Zaraz, zaraz… jeli są naukowe dowody czegoś tam, to moja wiara nie ma tu nic do rzeczy (Ziemia nie jest płaska bez względu na to, w co wierzę). To coś tam stanie się rzeczywistością dopiero, jak wszyscy zaczniemy w to wierzyć? Czyli teraz jeszcze nie jest? To niby czego dotyczą te naukowe fakty? Czegoś co dopiero się stanie i to pod warunkiem, że wszyscy w to uwierzymy? 

W jednym zgadzam się z autorem w zupełności:

„Jak wynika z dziesiątków badań wiadomości stanowią zagrożenie dla zdrowia psychicznego” [6] 

Nie potrzebuję na to naukowych dowodów. Dlatego zrezygnowałem z wiadomości, gazet, a zwłaszcza telewizji, już wiele lat temu. 

Na początku wspomniałem, że podczas lektury „Homo sapiens”, przypomniał mi się urywek innej pozycji. 

„Wyjątkowo ważna wydaje mi się umiejętność stawiania kończącej zdanie kropki we właściwym miejscu i to bez względu na to, czy w konkretnym przypadku chodzi o mowę, pismo czy myśli. Nie jest wykluczone, że nawet najważniejsze są myśli. Od nich przecież się zaczyna.

Ludzie są źli. – Źle!

Ludzie są dobrzy. – Źle!

Ludzie są. – Bardzo dobrze.

Tak właśnie wygląda niezwykle istotna różnica między przekonaniami i wierzeniami a rzeczywistością. To niełatwe, bo przecież nie wszystkie przypadki (zdania) w życiu będą aż tak banalne, jak ten prosty przykład, ale zasada jest w sumie zawsze ta sama: trzeba nauczyć się odróżniać fakty od przekonań” [7].

 Ostateczna ocena. „Homo sapiens. Ludzie są lepsi, niż myślisz” to bardzo dobra książka. Może się to wydać dziwne po tym, co napisałem wcześniej, ale oceniam teraz książkę, a nie przekonania autora i jego technikę dowodzenia swoich racji. Bardzo dobra pozycja, bo zmusiła mnie do zastanowienia się w dziesiątkach przypadków, do znalezienia odpowiedzi na pytania: a jakie jest moje zdanie na ten lub inny temat, co o tym sądzę i dlaczego właśnie to? Uważna lektura pomogła mi przewietrzyć własne przekonania i poglądy na wiele różnych spraw, a taki hm… zabieg uważam za niezbędny co kilka lat. A ludzie… ludzie są, po prostu. 

 

--

1. Rutger Bregman, „Homo sapiens. Ludzie są lepsi, niż myślisz”, przekład Emilia Skowrońska, Wyd. Dolnośląskie, s. 19.

2. Tamże, s. 25.

3. Tamże, s. 411.

4. Tamże, s. 410

5. Tamże, s. 27.

6. Tamże, s. 30.

7. „Przebudzenie: Droga do świadomego życia”, wyd. Druga Strona, 2014, s. 51.

 

 

 

 

 

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

czwartek, 15 października 2020

Niepolski, dziwny katolicyzm...

 „Dorosły człowiek dojrzała wiara” – Paul-André Giguère 

Spore zaskoczenie: jak niewiele można znaleźć informacji o książce w polskojęzycznym internecie (jakieś archiwalne aukcje na Allegro, księgarnia Tezeusz), bo o autorze to już chyba w ogóle nic. Zrozumiałem, czemu tak jest, kiedy przeczytałem blurb (to jest tekst na okładce) wydania polskiego, a w nim, że jest to pozycja dla tych, którzy z racji swoich funkcji w Kościele zajmują się kształtowaniem wiary dojrzałych, dorosłych ludzi o nadal niedojrzałej wierze. Czy w kraju, w którym w ciągu kilku ostatnich lat wybudowano 12 nowych szpitali i 1470 nowych kościołów, ktokolwiek w Kk zainteresowany jest zmianą infantylnej wiary dorosłych, często starszych ludzi? A po co? Zauważyłem też, że tytuł francuskiego oryginału jest prostszy niż polski, „Une foi d'adulte” – wiara dorosłych. 

Książka składa się z kilku części. W pierwszej, nawet dość obszernej Paul-André Giguère stara się wyjaśnić, jak rozumie pojęcie „człowiek dorosły, dojrzały”.

„Okres dojrzałości zazwyczaj charakteryzuje się stałością psychiczną. Człowiek uwił już swoje gniazdo. Posiada swój pogląd i system wartości, własną wizję świata jak też zespół czynników pozwalających mu na ocenę ludzi i rzeczy oraz na właściwe, stabilne zachowywanie się” [1].

 Kiedy można mówić o dojrzałych ludziach? Jakie są składowe tej dojrzałości? 

„Składają się na nie: samodzielność, doświadczenie, znaczenie roli i funkcji społecznej oraz stosunek do czasu” [2].

Zapewne już w tym momencie miałbym ochotę dyskutować z autorem, ale on tu i wiele razy jeszcze podkreśla, że chodzi mu o ludzi Zachodu, stosunki społeczne, mentalność, przekonania itd. itd. typowe i charakterystyczne dla świata i obywateli Zachodu. Nie wyjaśnia, czemu jego rozważania nie dotyczą Wschodu albo nie są uniwersalne. Może po prostu dlatego, że Wschodu nie znał lub nie rozumiał. 

Intrygujące wydało mi się rozróżnienie odmiennych typów światopoglądów u ludzi dorosłych (światopogląd intuicyjny, globalny, strukturalny) – brzmi to poważnie, ale sprowadza się do zasadniczej różnicy: jedni ludzie mają ugruntowane poglądy i chętnie przyjmują nowe informacje, bo może się okazać, że będą one ważne i zmuszą ich do zmiany przekonań, i drudzy, dorośli ludzie o ugruntowanych przekonaniach, którzy wkładają wiele wysiłku, by nie dowiedzieć się niczego, co mogłoby zmusić ich do weryfikacji tych własnych przekonań. Zainteresowało mnie to głównie dlatego, że z takimi postawami stykam się w swoim środowisku – ja jestem facetem typu pierwszego i nijak nie potrafię zrozumieć postawy numer dwa. Wyszło to w związku z naszymi różnymi przekonaniami politycznymi, a właściwie to ich przekonaniami dotyczącymi pewnej partii politycznej (narodowo-socjalistycznej, nazywanej przez politologów neobolszewicką), którą traktują bardzo podobnie jak religię.

Kwestie polityczne to tylko moja dygresja, ale okazuje się, co było do przewidzenia, że te różne typy światopoglądu, mają także znaczący wpływ na dojrzałą/niedojrzałą wiarę. 

Janusz Majcherek, filozof, socjolog kultury, profesor nauk humanistycznych, stwierdził, że ateiści na ogół lepiej wiedzą w co nie wierzą, niż wierzący w co wierzą. Jeśli człowiek nie wie w sumie w co wierzy, trudno raczej jego wiarę nazwać dojrzałą. 

„Aktualna formuła wiary Kościoła w Trójcę św. lub w boskość Chrystusa datuje się dopiero od przełomu czwartego i piątego wieku, a ostateczne ustalenie liczby sakramentów na siedem miało miejsce w Średniowieczu” [3]. 

Wiedziałeś/wiedziałaś o tym, że Jezus nie był Bogiem przez kilkaset pierwszych lat chrześcijaństwa? Że ktoś to wymyślił i zatwierdził tak późno? A jeśli ktoś ma możliwość decydowania, kto jest Bogiem, a kto nie, to czyja władza jest większa, jego, czy może tego nowo zatwierdzonego Boga? 

Podczas definiowania pojęć: dojrzałość, dorosłość, wiara, duchowość, autor używa innych pojęć, które też wymagają omówienia, wyjaśnienia, interpretacji. Te z kolei zawierają określenia, które… Przez pierwszych kilkadziesiąt stron irytowało mnie takie podejście, ale w końcu zrozumiałem, że właśnie o to chodzi, że pod koniec nie będzie żadnego powalającego na kolana odkrycia, czytelnik nie dowie się wreszcie „kto zabił”, że cała wartość tej książki polega właśnie na dyskusji wewnętrznej, jaką czytelnik toczy z propozycjami autora. A tak! Bo zwykle są to tylko propozycje, podpowiedzi, wskazówki, a nie jakaś jedynie słuszna racja i prawda.

Z przyjemnością i satysfakcją odnajdowałem w książce przekonania jakoś tam zbliżone do moich, ale kiedy okazywały się mocno odmienne od moich doświadczeń, to… mniej było miło, ale zapewne bardziej wartościowo. 

„Ludzie powtarzający stare prawdy są ludźmi wierzącymi tylko z pozoru. Prawda nie odnawiana świadomie przez człowieka jest prawdą zdradzoną” [4]. 

Jest dla mnie oczywiste, naturalne i konieczne (choć nie zawsze tak było), że co pewien czas muszę wietrzyć swoje poglądy. Mogłoby się bowiem zdarzyć, że moje przekonania nie przystają już do świata i życia, które zmieniły się w międzyczasie, a to z kolei może spowodować, że nie będą mi już dobrze służyły, choć zapewne kiedyś tam były zupełnie dobre. Natomiast brak weryfikacji przekonań może okazać się niebezpieczny. 

Zgadzam się całkowicie z autorem, że duchowość to nie jest religijność, ale mam wątpliwości co do kwestii wolnej woli, wyboru człowieka, który może Boga pokochać lub nie. Czy naprawdę jest to tylko kwestia postanowienia, że tę osobę (albo Osobę) pokocham, a tamtą nie? Przestało być prawdziwe powiedzenie, że miłość jest ślepa? 

Mógłbym tak długo, bardzo długo, ale nie w tym rzecz, żebym w gawędzie, opowieści, recenzji, dyskutował z autorem i treścią książki. Poza tym są w niej elementy, z którymi polemizować byłoby trudno – świadectwa konkretnych osób. Relacja Brigitte, na przykład, wywarła na mnie spore wrażenie. Szkoda, że tych świadectw nie ma więcej. Ale na koniec jeszcze jeden – obiecuję, że ostatni – cytat. To treść, powiedziałbym, moja, znana mi z własnego życia i dla mnie ważna.

„Do tej pory wszystko toczyło się harmonijnie. Życie rodzinne, życie zawodowe lub przynależność do określonej grupy przebiegały bez niespodzianek, z właściwym dla nich rytmem i ze znanymi zwyczajami.. Pojawiające się wątpliwości i niezadowolenia były łatwe do załatwienia dzięki dokonywanym dopasowaniom, stosunkowo łatwym do wprowadzenia w życie. Następnie, bardzo często be udziału świadomości, coś pęka. Początkowo nie zwracamy uwagi na te niewielkie, zewnętrzne przemiany; przejściowe stany niecierpliwości, brak zainteresowania niektórymi gestami lub zajęciami, niezrozumiałe uczucie niezadowolenia z pewnych wyjaśnień, zjawisk i rzeczy. […] Mówimy wtedy sobie: to przejdzie. Lecz to nie przechodzi. Symptomy stają się coraz liczniejsze i dostrzegamy je coraz częściej. Jeszcze nie niepokoimy się naprawdę ale już stajemy się bardziej uważni i stawiamy sobie pytania. Coś się dzieje, ale co? Czekamy. Czekamy, aż zobaczymy” [4].

Kilka już razy znajdowałem się w takim punkcie zwrotnym życia. Wiem wtedy, że czas na zmiany. Jednak dopóki nie wiem, na jakie zmiany, czekam. Okaże się… 

O ile coś takiego istnieje, to pozycję tę zaliczyłbym do literatury polemicznej. Poza tym – ciekawa i wciągająca momentami, choć trudna czasami.

  

 

 

 

 

 

--

1. Paul-André Giguère, „Dorosły człowiek dojrzała wiara”, przekład: Alicja Ratajczyk, wydawnictwo M, 1998, s. 12.

2. Tamże, s. 19.

3. Tamże, s. 33.

4. Tamże, s. 85.

poniedziałek, 5 października 2020

Tajemnica D-Day zagrożona!

„Igła” – Ken Follett


 „Igła” (ang. Eye of the Needle), thriller szpiegowski z okresu II wojny światowej, to pierwsza powieść tego autora jaką przeczytałem (i do której wracam co kilka lat), wydana w Polsce po raz pierwszy w 1981 roku, a później wielokrotnie wznawiana. Po latach dopiero dowiedziałem się, że była pierwszym znaczącym sukcesem autora i otrzymała Nagrodę Edgara. W PRL był to czas „komuny”, więc na kolejne pozycje Folletta przyszło mi czekać dość długo. „Igłę” zdobyłem za duże pieniądze, stojąc półtorej godziny przed antykwariatem i czekając na jego otwarcie. Kiedy sam zacząłem pracować w księgarniach, robiłem to samo – po zamknięciu wykładałem na wystawę jakieś chwytliwe tytuły i następnego dnia rano przed księgarnią stała kolejka. Spory ogonek przed sklepem był w tamtych czasach sygnałem, że „coś rzucili”, więc warto też się ustawić. Jeśli nawet nie dla wszystkich starczyło superpozycji, to i tak sprzedaż rosła, a my wynagradzani byliśmy prowizyjnie. 

„Faber usłyszał kroki zbliżające się do drzwi i zareagował w sposób automatyczny. Odsunął na bok wszelkie jałowe myśli i szybko wyskoczył z łóżka, podszedł do okna i stanął w najciemniejszym miejscu pokoju, trzymając sztylet w ręku. Usłyszał, że ktoś otwiera drzwi, wchodzi do środka i zamyka drzwi za sobą. Zdziwiło go to trochę, wiedział bowiem, że zabójca zostawiłby drzwi otwarte dla ułatwienia sobie ucieczki”*. 

Akcja powieści toczy się w Wielkiej Brytanii, w czasie II wojny światowej, i koncentruje się na pościgu za potwornie niebezpiecznym i brutalnym niemieckim agentem, Faberem, kryptonim Igła, który wszedł w posiadanie tajemnicy D-Day. Wątek uczuciowy stanowi pewne urozmaicenie, ale nie jest specjalnie ważny aż do momentu…

To bardzo brytyjska powieść – autor znakomicie oddał mentalność Brytyjczyków, klimat, nastrój, aż do najdrobniejszych detali, np. policjanci ścigają złych facetów na rowerach, w pociągu jest tłok itp. Ciekawe jest i to, że Ken Follett tak poprowadził fabułę, że do pewnego momentu sympatia czytelnika bywa po stronie szpiega, a nie nieudolnych „bobbies”. I choć wiem z historii, jak potoczyła się inwazja, w drugiej połowie książki zacząłem się martwić, że szpiegowi może się udać, co – jak sądzę – świadczy o wielkim talencie autora.

 Brytyjczycy zmobilizowali przeciwko Igle (pozostałych niemieckich szpiegów wyłapali) ogromne siły i środki, ale w ostatecznej konfrontacji, na wysepce na Morzu Północnym, walczy on z kobietą, którą oszczędził, staruszkiem i kaleką.

 

 

 

 

 

--

Ken Follett, „Igła”, przekład: Małgorzata Targowska-Grabińska, wyd. Czytelnik, 1989, s.211. 

Brodaty historyk w więzieniu

 „Schowani do wora. Wspomnienia byłego wychowawcy więziennego” – Andrzej Flügel

O tym, że są to wspomnienia wychowawcy, a nie złodzieja, czy klawisza, wiedziałem z podtytułu, ale pewnym zaskoczeniem było to, że jako wychowawca autor pracował tak krótko i tak dawno temu. Ale trudno… Zamknięty świat więzień wydaje mi się po prostu interesujący, egzotyczny, więc skorzystałem i z tej okazji, żeby czegoś więcej się o nim dowiedzieć. Tym bardziej, że czytałem już wspomnienia samych złodziei oraz klawiszy, ale wychowka to jeszcze nie. Wprawdzie w tym świecie wychowawca to też klawisz, ale to już specyfika tamtejszej nomenklatury, według której albo jesteś po tej stronie, albo po tamtej – trzeciej opcji nie ma, nie istnieje.

O kilku latach pracy w roli wychowawcy więziennego opowiada człowiek, który trafił do tego zawodu w pewnym sensie przypadkowo, a może po prostu oportunista. Młody absolwent historii znalazł sobie pracę tam, gdzie obiecywano mu mieszkanie (i wyższe zarobki). Gdyby nadal uczył w szkole, to miałby na nie szansę znacznie mniejszą i to po zdecydowanie dłuższym czasie niż „w resorcie”. 

Gdyby ktoś wcześniej powiedział mi, że dziesięć lat spędzę za kratami jako funkcjonariusz Służby Więziennej, popukałbym się w głowę. Ja, człowiek, który całym sobą był zaprzeczeniem tego, co niesie za sobą jakaś służba mundurowa. Pacyfista z przekonania; gość, którego nigdy nie fascynował mundur, a uniknięcie służby wojskowej było dla niego równie ważne jak obrona pracy magisterskiej. Ale cóż, życie przynosi różne i zgoła niespodziewane scenariusze. Zawsze gdy gdzieś w jakiejś powieści czytałem taką sentencję, uważałem ją za nieco wydumaną i przywoływaną przez autora na potrzebę chwili. Przekonałem się jednak na własnym przykładzie, że to prawda*. 

Wychowawca w więzieniu lub areszcie śledczym (na etacie oficera służby więziennej, po szkole oficerskiej) miał obowiązek prowadzenia resocjalizacji, przekonywania więźniów, by w przyszłości przestrzegali prawa, pomagać im w nawiązywaniu normalnych relacji z rodziną, przekonywać do uczciwej pracy itp.

To wszystko, oczywiście, chciałem robić i starałem się. Tylko jak, skoro na oddziale miałem zamiast osiemdziesięciu czasem stu siedemdziesięciu ludzi?**.

Odrobinę zdziwiła mnie postawa autora w kilku sytuacjach. Na przykład kwestia jego zbyt długich włosów.  Decydując się na służbę więzienną, godził się z pewnymi zasadami i wymogami regulaminu, a właściwie powinien się godzić, bo w rzeczywistości jakoś tego nie robił. Za nieregulaminową fryzurę ponosił konsekwencje sam, ale też cierpieli przez niego inni ludzie, współpracownicy, przełożeni. Albo wykorzystywanie więźnia, krawca z zawodu. Za kilka paczek herbaty szył taki więzień kurtkę panu wychowawcy. Z herbaty robił złodziej tzw. czaj (to herbata tak przygotowana, że stawała się środkiem zmieniającym świadomość, takim więziennym narkotykiem), co oczywiście było bardzo surowo zabronione, ale według pana wychowawcy wszyscy byli zadowoleni, bo elementem takiego układu była cicha zgoda na produkcję czaju

Wiele historii opowiadanych przez autora wręcz prosi się o jakieś szersze przedstawienie, o ciąg dalszy, ale czegoś takiego nie ma, niestety. Kiedy w więzieniu wylądował dawny minister, a może vice, opowiadał o niesamowitych zdarzeniach, jakie miały miejsce, gdy do jakiegoś zakładu pracy przyjeżdżał z „gospodarską wizytą” Edward Gierek, pierwszy sekretarz PZPR. No i… i koniec. Nie ma żadnego, jednego choćby, przykładu tych „wizyt”. Clou stanowi informacja, że w więzieniu siedział też pewien (nieznany z nazwiska) prominent.

 Po sześciu latach i zaliczeniu stanu wojennego, w czasie którego naczelnik ciągle straszył mnie sądem za niesubordynację, miałem już dość pracy w areszcie. Nawet nie tyle byłem zniechęcony do pracy z przestępcami, ile miałem dość naczelników i karierowiczów, głupich, niespójnych przepisów i idiotycznej „nowomowy”, tak charakterystycznej dla służb mundurowych***.

 Na „Schowanych do wora” składa się wiele króciutkich rozdziałów, przez które przewijają się dziesiątki osób – w większości złodziei, ale też i klawiszy – jednak osoby te i zdarzenia opisane są bardzo skrótowo, sygnalnie wręcz. Są też rozdziały dotyczące okoliczności i wydarzeń, na przykład stan wojenny i internowania. Zwykle jednak jest to sucha relacja z ciekawych spraw i zdarzeń, opowiedziana przez kogoś, kto wiele pamięta, ale nie ma talentu gawędziarskiego. To relacje typowe dla komentatora, może sprawozdawcy sportowego, który na swoje treści dostał w gazecie bardzo mało miejsca, więc ogranicza się do podstawowych faktów. A szkoda… Ostatecznie uważam, że to całkiem niezła książka, jednak można to było zrobić znacznie lepiej.

 

 

 

 

 

 

--

* Andrzej Flügel, „Schowani do wora”, Novae Res, 2020, s. 8.

** Tamże, s.151.

*** Tamże, s. 186.

 

 

 

 

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

czwartek, 1 października 2020

W małej wsi nie ma tajemnic

„Królestwo” – Jo Nesbø

Jakoś nie uległem fiksacji na punkcie prozy iberoamerykańskiej, nie uległem też modzie na skandynawskie powieści sensacyjne, choć akurat kilka przygód Wallandera Henninga Mankella uważam za całkiem niezłe. „Człowiek nietoperz” Nesbø mnie nie zachwycił, ale przecież każdemu należy się druga szansa. W każdym razie do nowej powieści Jo Nesbø podchodziłem bez czci nabożnej, ale i bez żadnych uprzedzeń.

Os, norweska prowincja. Historia zaczyna się, gdy Roy ma lat szesnaście, a jego brat, Carl, piętnaście. Dupowaty i mięczakowaty Carl podczas polowania na kaczki ciężko postrzelił psa ojca – zamiast wystrzelić choć raz do jakiejkolwiek kaczki – nie był też w stanie skrócić jego cierpień, czyli dobić go. Swojemu ojcu, twardemu facetowi uwielbiającemu oryginalny amerykański snus i takież piwo, chłopcy opowiedzieli zmyśloną historyjkę, jakoby Carl zachował się jak mężczyzna i zrobił, co było konieczne, ale ojciec wiedział swoje.


– Ty i ja jesteśmy tacy sami, Roy. Twardsi od takich jak mama i Carl. Dlatego musimy się nimi opiekować. Zawsze. Rozumiesz?

– Tak

– Jesteśmy rodziną. Mamy siebie i nikogo poza tym. Przyjaciele, kochanki, sąsiedzi, współmieszkańcy z wioski, państwo – wszystko to iluzja, gówno warta w dniu, w którym dzieją się rzeczy naprawdę ważne. Wtedy musimy stanąć przeciwko wszystkim, Roy. My przeciwko absolutnie wszystkim. Okej?

– Okej [1].

Słowa ojca zaważyły na prawie całym życiu Roya, i nie tylko jego. Tytułowym królestwem jest oczywiście rodzinna farma Opgardów w małej górzystej norweskiej wiosce Os, takiej, o jakiej można by powiedzieć w Polsce, że jest daleko od szosy.

Dwadzieścia lat później… rodzice braci już dawno nie żyją (zginęli w niejasnym wypadku samochodowym na Kozim Zakręcie), Roy Opgard prowadzi w wiosce stację benzynową i upadający warsztat samochodowy, a Carl zjawia się po bardzo długiej nieobecności w towarzystwie żony, dziwnej dziewczyny z Barbadosu, z szalonym planem wybudowania na ziemi, którą bracia odziedziczyli, luksusowego hotelu ze spa i wielu innych jeszcze atrakcji. Oczywiście wtedy też zaczynają pojawiać się poważne kłopoty, a z przeszłości wyłaniają się demony.

…pojąłem, że Shannon, podobnie jak mój ojciec, kieruje się prawem natury, które mówi, że rodzina jest na pierwszym miejscu. Przed odróżnianiem dobra od zła. Przed resztą całej ludzkości. Że zawsze jesteśmy my przeciwko całej reszcie [2].

Akcja powieści dzieje się dwutorowo. Narrator, Roy Opgard, relacjonuje wydarzenia bieżące, na przykład wizyty i rozmowy z lensmanem (coś w rodzaju wioskowego policjanta) Olsenem, drążącym temat problematycznego wypadku rodziców braci, czy przebieg spotkania z potencjalnymi inwestorami hotelowego biznesu, ale też opowiada o dorastaniu z bratem i przeróżnych perypetiach, jakie były w przeszłości udziałem ich obu (zakrwawione spodnie, zaginięcie poprzedniego lensmana itd.). Oba te nurty powoli zaczynają się stapiać w jedną całość, pojawiają się powiązania, wychodzą na jaw mroczne tajemnice – wydawałoby się – pogrzebane raz na zawsze już wiele lat temu.

Powieść przypomina wypowiedź Roya na temat życia w małej wiosce – w takim miejscu nie ma tajemnic, tu nic nie da się trwale ukryć, prędzej czy później i tak wszyscy wiedzą o sobie wszystko. A śmierć może być mniej straszna od wstydu… Ostatecznie spraw dawnych i bieżących namnożyło się tak dużo i tak ciężkiego kalibru, że przekonania Roya Opgarda i jego niezłomna dotąd lojalność wobec rodziny i Carla, wystawione zostają na poważną próbę. Koszmarnego dylematu moralnego nie ułatwia rodzące się uczucie do szwagierki.

„Królestwo” Jo Nesbø nie jest kolejną skandynawską sensacją – i całe szczęście – jest to raczej poważna powieść społeczna, obyczajowa, wreszcie dramat rodzinny, z wątkiem kryminalnym. Pozycja zdecydowanie bardzo dobra, której do zarzucenia mam tylko zbyt wielką objętość (jakieś 20 procent jest w zasadzie zbędne; to obecna irytująca maniera w branży wydawniczej, która ma usprawiedliwiać wysokie ceny książek), a także kilka niedokończonych, niezamkniętych wątków. Być może nie wszystko w książce trzeba było koniecznie wyjaśnić do końca, ale… można było. Nie straciłaby przez to. Ale i tak zdecydowanie warto!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

--

1. Jo Nesbø, „Królestwo”, przekład Iwona Zimnicka, wyd. Dolnośląskie, 2020, s. 9.

2. Tamże, s. 155.

 

 

 

Książkę otrzymałem/otrzymałam od Wydawnictwa Dolnośląskiego - dziękuję.

środa, 23 września 2020

Żydzi - na codzień i od święta

„Żydzi dnia powszedniego” – Jehoszua Perle

Bohaterem powieści i narratorem jest dorastający chłopak, Mendel. Może mieć 12-13 lat. W każdym razie, kiedy Hudl wpakowała mu się do łóżka, Mendel wystraszył się, bo nie wiedział, czego ta kobieta od niego chce.


Hudl mogła mieć ze czterdzieści lat. Ona sama twierdziła, że zbliża się do trzydziestki. To tylko gorzkie życie i parszywa profesja uczyniły ją starą. Kiedyś Hudl miała męża, ale był to człowiek nie do życia. Niedorajda i w dodatku dotknięty chroniczną chorobą. Hudl bez dłuższego namysłu porzuciła go i wyszła za mąż po raz drugi. Pragnęła mieć dzieci, ale nic z tego nie wyszło. Jeździła do wielu cadyków. Zasięgała porad najlepszych lekarzy i wypijała morze wywarów z ziół. Na dużym podwórzu za bóżnicą, gdzie był dom Hudl, zbierały się kobiety i dziewczęta ciekawe posłuchać, jak Hudl miota przekleństwa na głowy swoich mężów. Obaj mężowie Hudl byli widać nieco głuchawi i nie słyszeli, czego Hudl od nich chce. Ona sama krzyczała jest zdrowa jak rzepa. Wszyscy lekarze i wszyscy święci Żydzi z Kongresówki zapewnili ją o tym. Słowem winni są tylko jej mężowie, oby gniew nieba spadł na nich. Wyjść za mąż po raz trzeci już nie chciała. Jeśli wszyscy mężowie warci są śmierci, to ona nie będzie ryzykować życiem. W wieku więc trzydziestu kilku lat, w pełni sił żywotnych, Hudl została wdową. Smutny jest los samotnej wdowy, nawet kiedy jest się kobietą typu Hudl. Szukała więc kontaktów z ludźmi. Chciała mieszkać i żyć wśród obcych rodzin. Wszędzie woziła ze sobą niebieski, opasany żelaznymi obręczami kufer na kółkach, który z każdym dniem stawał się cięższy od sobotnich lichtarzy, poduszek, ubrań i innych fantów, które biedni ludzie zastawiali u niej i nie mogli potem wykupić.

 Mendel opowiada o swoim życiu w biednej żydowskie rodzinie, na przełomie XIX i XX wieku. Opowiada o rodzicach i dalszej rodzinie, o skomplikowanych czasem relacjach między nimi (matka i ojciec mieli też dzieci z poprzednich małżeństw), o żydowskiej kulturze i praktykach religijnych, o dniach zwyczajnych i świątecznych. Mordechaj-Mendel kupuje majątek bez pieniędzy, Ben-Cijon jest ważną osobą, bo pisarzem kahału, matka Mendla do końca życia żałuje mosiężnych klamek, jakie miała ponoć w domu pierwszego męża, ojciec Mendla handluje słomą, co może pozwala rodzinie nie umrzeć z głodu, ale na nową kapotę już nie starcza, Ita ma romans… 

W moim pokoju lampa jeszcze nie była zapalona. Widocznie pod wpływem ciszy babcia zapadła w drzemkę na swoim kuferku. Dziadek poszedł do bóżnicy odmówić Kadisz. Patrzyłem więc na płonący krzyż i myślałem o tym, że już jutro będę musiał znów pójść do chederu. I na myśl o tym zrobiło mi się ciężko na duszy. Przed oczyma stanęła mi niska, zapuszczona izba chederu Szyme-Josefa. Izba ta była nawet dość duża, ale sufit jej leżał prawie na naszych ramionach. Ściany ciemnozielone, stare, opstrzone plamami po przestawianych kredensach i zdjętych zegarach. Przy ścianach długie, wytłuszczone, chwiejące się ławki, które opierały się na podstawionych nóżkach. Ja, wespół z moimi kolegami, wykrzykujemy tam przez cały dzień przerabiane teksty, smarkamy w dłonie, które potem wycieramy o klapy naszych kapotek. Szyme-Josef chce uchodzić w oczach ludzi za łagodnego mełameda i niezbyt surowego rebego. Nie krzyczy i nie bije. Kiedy jednak nie wytrzymuje i zaczyna krzyczeć, od razu krztusi się i kaszle. Usta wypełniają mu się flegmą. Jeśli zaś postanawia kogoś zbić, przeszkadza mu w tym ogromny tyłek ciągnący go w dół. Nie pozwala mu unieść rąk tak wysoko, by bić chłopców po głowie. Ale skoro jest już mełamedem, to leżą u niego na stole: czerwona chusta, tabakierka i owłosiona owcza nóżka, z której jakby wyrastają skórzane, okrągłe, mięsiste rzemyki, świadczące o tym, że mogą z nich posypać się na głowy i na gołe tyłki chłopców dotkliwe razy

Książka, po raz pierwszy wydana w 1938 roku, należy do klasyki literatury w języku jidysz (nazywanego wprawdzie żargonem, ale w sumie nie aż tak wielu Żydów znało święty język hebrajski). Jehoszua Perle, pisarz i publicysta, pisał wyłącznie w jidysz, wprawdzie bez problemów porozumiewał się po rosyjsku i po polsku, ale nie na tyle, żeby w tych językach pisać i publikować. Został zamordowany w obozie w Brzezince (Birkenau) w 1944 roku. Być może książka zawiera pewne wątki autobiograficzne. „Żydzi dnia powszedniego” to powieść nagrodzona przez żydowski Pen Club. 

Dziś, w roku 2020, świat i życie Żydów opisywane przez Perlego wydaje się niesamowicie egzotyczne, ale przecież było ono zwyczajne, codzienne, banalne… toczyło się w sąsiednim domu, w budynku obok, w mieszkaniu za ścianą, na tej samej ulicy… Więc może przede wszystkim chodzi o to, jak pisał Jehoszua Perle, o jego pisarski warsztat, talent, a jest to pisarstwo pełne uroku, czaru świata zaginionego.

czwartek, 17 września 2020

Wszystko się zmienia… bardzo

Jakiś czas temu, w sumie niedawno, miało miejsce zdarzenie, którego nie rozumiem w pełni właściwie do dziś. Może, gdyby dotyczyło obcokrajowców, może gdyby udział w nim brali ludzie bardzo młodzi i bardzo starzy, to zapewne byłyby to argumenty pomagające jakoś zrozumieć sytuację, bo może inna mentalność, zwyczaje, ale właśnie nic takiego nie miało miejsca.

Założyliśmy z kilkunastoosobową paczką znajomych grupę dyskusyjną na platformie Google Groups, żeby po prostu szybko i sprawnie porozumiewać się w jakichś tam naszych sprawach, przekazywać informacje itp. W pewnym momencie pojawiły się problemy, wiadomości nie docierały do wszystkich, albo tylko do jednej osoby, albo pobierane były dwa-cztery razy. Jako właściciel i administrator tej grupy dyskusyjnej starałem się znaleźć błąd w ustawienia grupy, ale żadne zmiany konfiguracji jakoś nie przynosiły rezultatów. 

Sprawa wyjaśniła się w sumie dość szybko. Okazało się, że nie ma żadnego problemu z konfiguracją, ale jedna z uczestniczek przekazuje wiadomości z grupy jakimś tam swoim znajomym. Jeśli ktoś nie wie, grupa działa tak, że wiadomość wysyła się na specjalny adres grupy i tak samo też się odpowiada – serwer grup dyskusyjnych już dba o to, by każdy z uczestników otrzymywał wiadomości i odpowiedzi wszystkich innych. Jeśli w polu adresu takiej wiadomości jest tylko adres grupy, to nawet nie ma znaczenia, czy użytkownik użyje polecenia „odpowiedz”, czy „odpowiedz wszystkim”. Za to komplikuje się to poważnie, gdy czasem w polu adresu ktoś wstawia także innych adresatów. 

No i wyszło na jaw, że o wewnętrznych sprawach naszej grupy pewna pani (może nawet starsza ode mnie, ale niewiele) informuje systematycznie swoich znajomych – kieruje po prostu część grupowej poczty także do nich.

Napisałem przynajmniej 7-8 wiadomości w różnym tonie zresztą, wyjaśniając, jakie problemy powoduje, prosząc i wreszcie nakazując dostosowanie się do zasad. Mogłem teoretycznie jeszcze zagrozić jej wywaleniem z grupy, co jako jej właściciel i administrator mogłem zrobić jednym kliknięciem, ale to już nie mój styl. Pani nie, nie i nie… donoszenie znajomym jest jej priorytetem i będzie to robić.

W pewnym momencie wydało mi się, że może ona nie rozumie, jak działa serwer grup dyskusyjnych, a ja nie umiem starszej pani tego wyjaśnić, więc zmieniłem argumentację na równie prawdziwą, ale z innego jakby pakietu. Powołałem się na swoje prawo do prywatności, do konstytucyjnej zasady tajemnicy korespondencji, do niezbywalnego prawa każdego człowieka do tego, by mógł korespondować z kim chce, ale też nie korespondować z kim nie chce. Krótko: to też nie dało żadnego efektu. Potrzeba tej pani, by znajomym panom przekazywać korespondencję z grupy (w tym i moją) wygrywała na całej linii z moimi osobistymi prawami, moimi prośbami, moimi wyjaśnieniami. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale tym jej znajomym panom proponowaliśmy udział w grupie, ale odmówili. A ja dostałem za to wiadomość od jednego z nich z szyderczym albo drwiącym komentarzem na temat tego, co dzieje się na naszej grupie.

Wtedy przypomniało mi się zdanie z książki, którą musiałem przeczytać, to jest „O naśladowaniu Chrystusa”:  Nie ufaj zbytnio swojemu zdaniu, ale staraj się wysłuchać zdania innych. Jeśli twoje zdanie jest słuszne, ale dla Boga się go wyrzekniesz i uczynisz inaczej, niż chciałeś, więcej na tym zyskasz. I tak właśnie zrobiłem. Przestałem prosić i wyjaśniać, przestałem walczyć (wojowanie z kimkolwiek mi nie służy) i odszedłem z grupy. 

Pani napisała do mnie, że niepotrzebnie, bo przecież nasza dyskusja dopiero się zaczyna rozkręcać… Znowu nie miała racji – moje (i nie tylko) prawa nie są przedmiotem jakichś negocjacji (ani z nią, ani z całą grupą) – więc w tym momencie dyskusja zakończyła się definitywnie. 

To oczywiście był tylko opis sytuacji, bo w pewnym sensie ważniejsze są wnioski, wątpliwości, przemyślenia. 

1. Mówi się, że młode pokolenie jest roszczeniowe. Tak? Czyżby tylko młode? Pani z pokolenia znacznie starszego arogancko ignoruje cudze prawa, bo ona ma swoje priorytety i cudzą prywatność, cudze prawa, cudze prośby ma po prostu w…

2. Reakcja reszty pań (bo w grupie większość to kobiety) – zgodnie z oczekiwaniami – żadna. To akurat mnie nie zaskakuje. Od lat wiem, że kobiety mają inne preferencje i niektóre z nich, często godzą się na różne świństwa i podłości, byle tylko było miło, żeby milusi nastrój został szybciutko przywrócony.

3. Wielopolski (ten od powstania) stwierdził kiedyś, że dla Polaków można czasem coś zrobić, ale z Polakami – nigdy. Kompletna niezdolność do jakiegokolwiek wspólnotowego działania. Planowana jest manifestacja, jako wyraz sprzeciwu, braku zgody na śledzenie? Polak: ale mnie tam nie przeszkadza, ja nic złego nie robię. Ktoś bez zgody i wiedzy autorów wynosi z zamkniętej grupy ich korespondencję? Polak: ale mnie tam nie przeszkadza, ja nic złego nie piszę. Narodowcy skatowali homoseksualistę? Polak: ale ja nie jestem pedałem. Zgwałcili dziewczynkę w parku? Polak: ale ja mam tylko synów…

  

Nie uczyniłeś mnie ślepym

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie garbatym

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem

Dzięki Ci za to Panie

 Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem

hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory

Dzięki Ci za to Panie

 Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?

  

[Andrzej Bursa, „Modlitwa dziękczynna z wymówką”]

środa, 16 września 2020

Wadliwi bohaterowie w akcji

 „Infamia” – Maciek Jakubski 

Dawno, dawno temu pojęcia „tom” i „cykl” miały określone znaczenie. „Lalka” Prusa wydawana była zwykle w trzech tomach, ale absolutnie nie oznacza to, żeby był sens czytać je osobno albo na przykład tylko jeden. Cyklem był z kolei „Świat czarownic” z mnóstwem powieści połączonych jednym uniwersum i znakomicie dających się czytać osobno, bo były to – do pewnego stopnia i zazwyczaj – zamknięte całości. W każdym razie czasy się zmieniły i dziś niekoniecznie da się przewidzieć, na co się trafi, sięgając po któryś tam element cyklu. 


„Infamia” zaczyna się tak, jakby był to następny rozdział w książce, stanowiącej całość. Alkkenstan, jak się okazuje czarodziej, po teleportacji budzi się w ciemnym lochu wampirzego zamku Szwarzgraben, przykuty do ściany solidnym łańcuchem. Jego przyjaciel, Nyteshad, nekromanta, wyłania się z tego samego teleportu, ale na błotnistym polu ziemniaków. Można się domyślać, że obaj uciekali, ale przed czym/kim i dlaczego – wiedzą zapewne tylko czytelnicy pierwszego tomu… eee… przepraszam… innej, wcześniejszej części cyklu. Żeby jednak nie było nieporozumień – „Infamię”  da się też czytać bez znajomości tego czegoś wcześniejszego, tyle tylko, że pewne sprawy pozostaną po prostu nie wyjaśnione. Nie jest wykluczone, że i wcześniej nie były one detalicznie objaśnione, ale skąd o tym wiedzieć, jeśli się tego nie czytało? 

Kiedyś, być może było to opisane wcześniej, ale nie na pewno, wioskowi zawarli przymierze z wampirami i pozbyli się czarodziejów ze swojej okolicy (dlaczego?). Teraz jednak chłopi mają dość także wampirów, bo te – zgodnie z wampirzym obyczajem – wysysają czasem któregoś z nich, co zwykle prowadzi do zejścia śmiertelnego. Wiochmeni nienawidzą wampirów i chcą je wszystkie wymordować (zaostrzony kołek w dupę), ale zdają sobie sprawę, że są za słabi, więc znowu szukają sprzymierzeńca. I tak to właśnie wygląda sytuacja, gdy na scenę wkraczają nasi dwaj przyjaciele. 

Alkkenstan, któremu Klavius von Rejden, złożył propozycję nie do odrzucenia, uczy wampira czarowania. Nyteshad, uratowany przez dziewczynę z rąk przygłupich chłopów, biorących go za wampira, nawiązuje bliski i coraz bliższy kontakt z okrutną wampirzycą Seleną  (siostrą delikatnej Sarah, córką von Rejdena) w zamku Bistritz. 

Chłopstwo coraz bardziej się burzy, wampiry nimi gardzą i – do czasu – lekce sobie ważą zagrożenie, nekromanta angażuje się uczuciowo silniej z każdym dniem i… nocą. Nadchodzi czas wyborów i decyzji – co z przyjaźnią, co z wdzięcznością do kobiety, która go uratowała i którą następnie ratował on przed motłochem… Nyteshad nie ma prostego zadania. Zwłaszcza, że jest jeszcze przyjaciel, który też ma swoje zdanie i przekonania. 

„Infamia” jest jakby połączeniem horroru, s-f, groteski i pewnie paru innych jeszcze elementów, ale wydaje mi się, że autor zbyt wiele srok starał się złapać jednocześnie za ogony i ostatecznie horror nie jest straszny tak, jakby mógł być, groteska momentami jakby mało zabawna… jakieś przerysowane to wszystko i wcale nie jestem pewien, czy był to zabieg celowy. Trochę irytujących błędów redakcyjnych.

Ostatecznie uważam, że to bardzo lekka powieść bez większych ambicji. Ot, średnio wciągająca rozrywka (ale jednak rozrywka!) z rodzaju tych, które zabiera się w podróż. Nie jest może zła, co to, to nie, ale też nie na tyle dobra, żebym starał się przeczytać część pierwszą cyklu.

 

 

 

 

 

 

--

Książkę otrzymałem/otrzymałam z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl