poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Człowieku, o co Tobie chodzi?

„Stary poczciwy Hindenburg dobrze wiedział, co dobre dla Niemiec” – Melquiades

  

Melquiades to hiszpańskie imię, a dokładnie to hiszpańska forma greckiego imienia Melchiades, ewentualnie, jak u pewnego papieża, Miltiades. Mnie się jednak kojarzy przede wszystkim z filmem „Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady”. Oczywiście Polak. Pojawia się w książce Cygan Melquiades, człowiek całkowicie pokryty rybią łuską, ale związków z autorem nie odkryłem.

 Zaciekawił mnie tytuł. Domyślałem się, że nie jest to opracowanie historyczne, bo nie znalazłoby się w nim określenie „stary poczciwy”. Więc z ciekawością sięgnąłem po tę książkę, kiedy tylko trafiła się ku temu okazja. 

Na początek trzy cytaty.

„Ale nie bądźmy znów tacy sentymentalni, skoro ona niebyła i raptem otrzeźwiała…” [1].

 „O równej siedemnastej znalazł ich sąsiad wracający z pracy, dwie godziny później trafili do mnie stół, a niecałą dobę po wszystkim byli już zaplombowani na amen” [2]. 

„I więcej w swoim życiu nie przestąpiłem tej knajpy, co samą swoją nazwą może…” [3]. 

W tym momencie, w czym chyba zapewne nic dziwnego,  zacząłem gorączkowo szukać stopki i informacji o korektorze tego dzieła, żeby dodać go na swoją prywatną czarną listę. Stopkę znalazłem, ale korektora jakoś nie. Więc czytałem dalej, choć z trudem. 

Rzecz dzieje się w wiktoriańskiej Anglii, choć dokładny czas nie jest znany, a jak wiadomo z historii, królowa Wiktoria władała bardzo długo. Narratorem w tym zbiorze opowiadań jest pracownik trupiarni, czyli domu pogrzebowego. A książka jest groteskowym połączeniem fantastyki z niby to angielskim kryminałem. Przynajmniej tak wyobraża sobie brytyjskość sam autor, który zdaje się nawet nie wie, że w Wielkiej Brytanii nie ma godziny siedemnastej. Przykład, choć nie sztandarowy, niedocenianego dotąd w Polsce sub-gatunku, a może tylko udziwnionej maniery, zwanej new weird. Co ciekawe wielu krytyków neguje istnienie takiego nurtu, a co jeszcze ciekawsze, negują swój udział w tym procederze niektórzy autorzy, których próbuje się w ten sposób kwalifikować i szufladkować. 

Jak wspomniałem, „Stary poczciwy Hindenburg…” jest zbiorem opowiadań. Narrator słucha opowieści umarłych, wyrażanych… uszami, które, nie wiedzieć czemu, nazywa pierogami. Okazuje się, że każdy trup ma do przekazania jakąś niesamowitą historię, coś, czego po żyjącym człowieku, nikt by się nie spodziewał, nie domyślał. Tytuł książki to właśnie słowa jednego z umarłych. Opowieści te kończą się często w momencie najmniej stosownym, na przykład:

 „Chwilę później było już tylko słychać świst wiatru i mężczyznę ciągnącego za sobą…” [4]. 

„Reszta była równie interesująca, dlatego proszę o szczególną uwagę…” [5].

 „Reszta tej bajki zaczynała się od słów…” [6]. 

Coś takiego bardzo szybko rodzi zniechęcenie, bo nawet jeśli historia jest ciekawa albo zabawna, albo jedno i drugie, co zdarza się rzadko, ale jednak czasem zdarza, to i tak z góry wiadomo, że nie ma co liczyć na jej zakończenie; jakiekolwiek sensowne zakończenie, dodam.

 Irytację rodzą niezliczone błędy różnego typu (patrz cytat 1, 2, 3, 7). Ale w tym momencie konieczne jest pytanie: czy wpadło mi do głowy, że autor tak specjalnie, że celowo, że próbuje w ten sposób naśladować styl prostego pracownika domu pogrzebowego z epoki wiktoriańskiej? Owszem, zastanawiałem się nad tym, ale jeśli nawet tak było, to autorowi bardzo słabo to wyszło. A właściwie, to w ogóle. Poza tym, gdyby to był zabieg celowy, błędy by się powtarzały, a tak nie jest. Udawanie głupka i prymitywa wcale nie jest takie łatwe, trzeba sporego talentu, by na taki efekt się porwać. Cudowny język wiochmeński stworzył Redliński w „Konopielce”, a nawet Reymont w „Chłopach”, ale to Pisarze.

 Jakiś czas bawiło mnie poprawianie tekstu, na przykład, gdy mowa była o kotnych królikach… „Przygotowują wówczas posłanie z własnego futerka, przeżuwają bardzo dużo jabłek i nierzadko stronią od agresji, więc lepiej nie brać je na ręce” [7]. I tak zastanawiałem się, że ja zapewne napisałbym tak: Przygotowują wówczas posłanie z własnego futerka, przeżuwają bardzo dużo jabłek i nierzadko nie stronią od agresji, więc lepiej nie brać ich na ręce. Jednak szybko mi się to znudziło. 

Pytania i prywatne, subiektywne odpowiedzi.

a) czy z książki można się czegoś dowiedzieć, coś poznać, zrozumieć? – nie.

b) czy fabuła jest pasjonująca? – nie, w zasadzie fabuły nie ma, a te opowiastki można czytać w dowolnej kolejności.

c) czy jest to świetna zabawa? – nie, ponad połowa książki jest groteskowo-cudaczna, co skutkuje jedynie wzruszeniem ramion, ewentualnie pytaniem: no i co w związku z tym? Przykład. Umiera stary ślimak, ostatni ze swojego gatunku, który był bogiem dla ludzi. Ktoś go sklonował i tych ślimaczych bóstw jest znowu mnóstwo. I co w związku z tym? Rząd słomianych wisielców… Wysypisko śmieci na jednym z księżyców Jowisza… itp.

 Przyznaję, że mam spory kłopot z oceną „Starego poczciwego Hindenburga”. Dobrze zdaję sobie sprawę, że dla jednego czytelnika może być to kompletny knot i przykład grafomaństwa, ale dla drugiego ambitny, choć – moim skromnym zdaniem – zupełnie nieudany, eksperyment formalny, literacki, językowy. I może jeszcze jakiś. Jest też trzecia opcja – jestem za głupi, żeby rozpoznać wiekopomne dzieło, więc przed autorem droga do chwały pozostaje otwarta.

 

 

 

 

 

 

 

--

1. Melquiades, „Stary poczciwy Hindenburg dobrze wiedział, co dobre dla Niemiec”, wyd. Manufaktura słów, 2020, s.38.

2. Tamże, s. 14.

3. Tamże, s. 24.

4. Tamże, s. 35.

5. Tamże, s. 164.

6. Tamże, s. 232.

7. Tamże, s. 51-52.

 

 

 

 

 

 

Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.


sobota, 8 sierpnia 2020

Koronawirusowe wątpliwości

 W Bejrucie wydarzyła się tragedia. To nie ulega wątpliwości. Ale, czy eksplozja nastąpiła, bo wybuchła samoistnie bezsensownie magazynowana tam od lat saletra, czy chodziło o tajny magazyn broni Hezbollahu, to ja już nie wiem. I, co może wydawać się w pierwszej chwili dziwne, informacja taka nie zmieni mojego życia nijak, nie ma na nie żadnego wpływu. Więc mam to w nosie.

Chaos informacyjny, i to znacznie większy, dotyczy koronawirusa, czyli Covid-19. W gorącej dyskusji – jest wirus, czy w ogóle go nie ma – poza wieloma innymi, biorą udział ludzie obdarzeni niewątpliwie autorytetem, choć jest to autorytet bardzo różnego typu, że tak to ujmę. I tak z jednej strony wirusolodzy, naukowcy, specjaliści, epidemiolodzy, lekarze, którzy biją na alarm i zalecają środki ochrony przed zarażeniem. Z drugiej strony Kościół katolicki w Polsce. 

To jeden z wielu przykładów. Tu akurat ks. Chmielewski przekonuje, że wirusa nie ma.

https://img15.demotywatoryfb.pl//uploads/202008/1596867156_QlPw7Z.mp4  lub

https://www.facebook.com/Paruzja/videos/2699746536794375/ 

Specjalnie wspomniałem o ludziach z autorytetem, bo przekonania jakiegoś rolnika z Podlasia, mało mnie obchodzą w kwestii epidemiologii, choć zapewne zna się on dobrze na orce. Ilu wśród księży katolickich w Polsce jest specjalistów epidemiologii lub wirusologów, to ja nie wiem, może i są tacy, ale tę kwestię zostawię.

 Wspomniałem chaos informacyjny, który powoduje, że ja… nie wiem. Nie wiem, jak to naprawdę jest z tym wirusem. Jednak, w odróżnieniu od Bejrutu, temat wirusa lub jego nieistnienie, dotyczy mnie osobiście. A skoro nie wiem, jak jest, a jakieś decyzje co do swojego zachowania i postępowania podjąć muszę (właśnie tak, bo nie co do tego, komu wierzę), to konieczne jest podejście do tematu od zupełnie innej strony. Jednym z takich elementów jest… odpowiedzialność.

 Jeśli sprawa z wirusem się rypnie, okaże się, że go nie ma, czy rząd albo WHO, albo jacyś  producenci mydła, masek, środków piorących i dezynfekcyjnych, zwrócą mi jakieś 30-40 złotych, jakie miesięcznie dodatkowo wydaję na te cele? No… nie wiem, zapewne nie, ale… w praworządnym systemie pewnie mógłbym się o to ubiegać w jakimś pozwie zbiorowym.

Jeśli wirus istnieje, zarażę się nim bagatelizując wszystkie sugestie dotyczące bezpieczeństwa, ciężko się rozchoruję i może umrę, czy Kościół katolicki poniesie za to odpowiedzialność? Czy choćby może przerzuci mnie do prywatnej kliniki w Szwajcarii (jak matkę Teresę, która spowodowała potworną śmierć tysięcy ludzi w swoich hospicjach), gdzie mnie będą ratować bez względu na koszty? Cóż… jestem pewien, że nie.

 Tutaj od razu potrzebne jest doprecyzowanie dla tych, którzy chcieliby się upierać, że ksiądz Chmielewski wygłasza tylko swoje prywatne zdanie. Otóż nie! Występuje on w szatach liturgicznych, przed sobą ma kielich mszalny i krzyż, za sobą jakąś świętą figurę, a w takim razie występuje w imieniu Kk. Prywatnie to on może sobie gadać, siedząc na ławce w parku, w koszulce z krótkim rękawem (stosownie do pogody).

 Innym sposobem podejścia do tematu była zasada is fecit cui prodest (uczynił ten, kto odniósł korzyść), ale w tym przypadku nie spełniła ona swego zadania, bowiem korzyści finansowe odnoszą zarówno producenci sprzętu medycznego, środków ochrony itd. jak  i Kościół katolicki. Jeśli ludzie nie chodzą do kościoła w obawie przed zarażeniem, to nie przynoszą tam też swoich pieniędzy. Jeśli uwierzą Kościołowi, przyjdą, zarażą się i umrą, to i tak rodzina zapłaci za pogrzeb. 

Skoro kryterium korzyści okazało się w temacie wirusa prawie bezwartościowe, to wrócę do wiarygodności, z tym, że tylko w odniesieniu do tego konkretnie wystąpienia księdza, bo akurat mam je pod ręką. Inne w tym duchu można sobie znaleźć w internecie. Jednak zacznę od cytatu z książki „Łzy w deszczu” (strona 35-37):

 Łasicza mowa (ang. weasel words). Ważnym elementem zdolności słyszenia, co do nas mówią inni ludzie, jest umiejętność weryfikowania treści komunikatu, wypowiedzi albo zdania w taki sposób, który pozwoli skutecznie odróżnić fakty od… od całej reszty przekazu. Czy łasicza mowa jest po prostu kłamstwem? W pewnym sensie tak, jednak ta jej odmiana, która mnie szczególnie interesuje, jest tylko wstępem do przekazu manipulowanego. Kiedy chcielibyśmy kogoś do czegoś przekonać, a brakuje nam rzeczowych argumentów, sięgamy po łasiczą mowę, w którą – czasami – sami potrafimy uwierzyć.  Jednak najłatwiej będzie zrozumieć to na przykładach.

 Uważam, że „Wywieranie wpływu na ludzi” Cialdiniego to wartościowa i ciekawa książka – przekaz prosty, jasny uczciwy.

 Wszyscy wiedzą, że „Wywieranie wpływu na ludzi” Cialdiniego, to wartościowa i ciekawa książka – łasicza mowa. Wszyscy? Niby jacy wszyscy? A przede wszystkim, na pewno nie wszyscy, nie ma takiej możliwości, żeby wszyscy. Z moją oceną jakiejś tam książki można się zgadzać albo i nie, no ale jeśli wszyscy…

 Mieszkam w Opolu i mnie się to miasto podoba – przekaz prosty, jasny uczciwy.

 Zdaniem ekspertów od urbanistyki Opole to najładniejsze miasto w Polsce – łasicza mowa. Jakich ekspertów, konkretnie? Gdzie ci eksperci wyrazili taką właśnie opinię? Na jakiej podstawie?

 Innymi przykładami powoływania się na nieistniejące źródła informacji są zwroty: jak dowiedli amerykańscy uczeni…, chińscy mędrcy powiadają…, najwięksi badacze ustalili… tysiące lekarzy twierdzi... setki specjalistów uważa, że... grono ekspertów orzekło, że… itp.  Łasiczą mowę u rozmówców, ale także w telewizji i innych mediach, stosunkowo łatwo jest rozpoznać dzięki uważnemu słuchaniu, ze zrozumieniem — chciałoby się rzec, dzięki cierpliwemu i upartemu dopytywaniu o źródła informacji, wreszcie ich weryfikowaniu.

A teraz posłuchaj nagrania słów księdza Chmielewskiego raz jeszcze, bo teraz sam musisz zdecydować, czy jest to wiarygodny przekaz, czy łasicza mowa – ja Cię w tym wyręczał nie będę.

Na koniec jeszcze drobiazg. Argument typu: a znasz kogoś, kto miał wirusa lub na niego umarł? Zwykle, dopóki jeszcze mi się chciało, odpowiadałem: a znasz kogoś, kogo zabił piorun? A jeśli nie znasz, czy to znaczy, że pioruny nie istnieją?

środa, 29 lipca 2020

Świadkowie Jehowy wewnątrz


„Świadek” – Robert Rient

Zaczyna się w latach dziewięćdziesiątych, w Polsce. Łukasz urodził się w grudniu 1980, a w lipcu 1994 został ochrzczony na stadionie w Wałbrzychu. Świadkowie Jehowy nie chrzczą niemowląt i noworodków, bo Jezus powiedział wyraźnie, żeby przyszłego wyznawcę najpierw nauczać (Mt. 28:19,20). 

To książka o Światkach Jehowy i ich zamkniętym świecie. Opowiada o sobie Łukasz oraz, o Łukaszu i innych kwestiach religijnych – Robert. Kim jest Łukasz, a kim naprawdę jest Robert, dowiadujemy się mniej więcej w połowie książki. W każdym razie jest to zderzenie wewnętrznego świata młodego człowieka i jego emocjonalnych i duchowych konfliktów z oficjalnym stanowiskiem  Świadków Jehowy.

Świadkowie Jehowy, zwani wcześniej Badaczami Pisma Świętego, to religia powstała stosunkowo niedawno, bo w XIX wieku; liczy sobie na świecie jakieś 8 mln wyznawców, w Polsce prawdopodobnie około 120 tys.

Świadkowie Jehowy nie chcą rozmawiać. Nie po to pukają do obcych drzwi. Przyszli nawracać. Nie są zainteresowani innym od własnego sposobem myślenia, oni znają prawdę. Teraz, wytrenowani na zebraniach, użyją wszystkich narzędzi i środków, by do prawdy zaprowadzić innych. Zrobią to z uśmiechem, życzliwie, rozumiejąc każdy problem, który dręczy człowieka dopóty, dopóki się nie ochrzci Wiedzą, skąd się wzięliśmy, jaki jest sens życia, co się dzieje po śmierci, dlaczego umieramy. Wszystko, co ważne, wiedzą. Na co dzień, zamiast obserwować, wolą oceniać.

Łukasz jest odmieńcem i dziwolągiem, bo należy do „kociej wiary”, ale kiedy od niej powoli odchodzi, zostaje wyklęty również w swojej wspólnocie.

Ta książka mogłaby się stać… no, może nie bestsellerem, ale opracowanie non-fiction bardzo poczytnym. Czemu nie jest? Czy autorowi zabrakło iskry geniuszu? A może… tu przypomina mi się cytat z innej pozycji:
Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli*.

A także pewne powiedzenie (parafraza moja): ludzie trzeźwo myślący, niezaburzeni, normalni, z otwartym umysłem, mają przekonania zbudowane na wiedzy i doświadczeniu. Pozostali mają przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia.

Czy polski katolik chciałby się czegokolwiek dowiedzieć? Cokolwiek zrozumieć, poznać?







--
* Laurent Gounelle, „O człowieku, który chciał być szczęśliwy”, wyd. Świat Książki, 2010, s. 49.

piątek, 24 lipca 2020

Kolejny przegrany powstaniec


„Z Miodowej na Bracką” – Maciej Bernhardt

Część pierwsza wspomnień Macieja Bernhardta składa się jakby z dwóch części – przynajmniej tak to widzę. W pierwszej opisuje życie, swoje, bliższej i dalszej rodziny, znajomych ojca, przed drugą wojną, a zdarzają się wspomnienia z opowieści krewnych także sprzed pierwszej. Wszyscy ci ludzie, a na pewno znaczna większość, byli dobrze sytuowani, po prostu zamożni. Dzieci z takich rodzin były dobrze wychowane, na co w tamtych czasach zwracano uwagę w sposób wyjątkowy, zwykle też wykształcone. Maciej, syn znanego warszawskiego lekarza, do wybuchu wojny w zasadzie nie znał pojęcia niedostatek albo bieda. Co najwyżej ze słyszenia, z opowiadań.

Część druga to doświadczenia  Macieja Bernhardta w czasie wojny, okupacji i – przede wszystkim – w powstaniu, które wybuchło w sierpniu.

Tym razem zaniepokoiłem się: przecież Jurek Miller uprzedzał mnie jeszcze przed kilku dniami, że w Boernerowie stoi niemiecka jednostka pancerna. Musieli się jednak wynieść –  myślałem –  przecież nasz wywiad działa doskonale i dowództwo musi wiedzieć, co w trawie piszczy. Nie pchaliby się przed samym nosem Niemców! Zresztą, czoło kolumny musiało już przejść, a więc moje obawy nie mogły mieć podstaw.

Wywiad AK nie działał doskonale, a niektórzy dowódcy byli nieudolni, niekompetentni i bezmyślni. Co nie przeszkadzało im otrzymywać ordery i odznaczenia. Nie była to jedyna kompletnie nieudana akcja Armii Krajowej, w której bez sensu ginęli młodzi patrioci, otumanienie propagandą swoich dowódców.

Autor... przeżył masakrę pod Boernerowem 2 sierpnia, kiedy zginęło 70 proc. żołnierzy 237 plutonu. Wśród poległych byli najbliżsi przyjaciele Autora oraz jego narzeczona –  Hanna Rychłowska.

Ten tom kończy się wkrótce po zakończeniu działań wojennych, po przetoczeniu się armii wyzwalających kraj, a autor, dość przypadkowo, wyrusza do Katowic, szukać krewnych, przyjaciół, pracy… po prostu swojego miejsca w tym nowym życiu, które dopiero powstaje.

Może to dziwne, ale pierwsza część książki, ta dotycząca codziennego życia w przedwojennej Polsce, zaciekawiła mnie znacznie bardziej niż powstanie. Na temat Powstania Warszawskiego mam już od dawna wyrobioną opinię, a relacja Macieja Bernhardta tylko mi ją ugruntowała, niestety…

piątek, 3 lipca 2020

Zabawa słowami pana Jerzego


„1000 słów” – Jerzy Bralczyk

Zaraz na początku, gdy czytałem treść hasła „arcydzieło”, przypomniała mi się dyskusja, dotycząca oceniania jako arcydzieło właśnie, bardzo przeciętnych pozycji. Taka ich ocena, co do tego nie mam wątpliwości, wynika z reguły wzajemności, tak zgrabnie opisanej przez Cialdiniego w „Wywieranie wpływu na ludzi”. A o arcydziele autor pisze:

Żeby coś arcydziełem nazwać, trzeba wziąć sporą odpowiedzialność na siebie. Tak mogą orzec wielcy specjaliści, w których kompetencje i obiektywizm wątpić się nie da, albo pokolenia odbiorców. Bo arcydzieło to coś bliskiego ideału, a skąd wiemy, jaki jest ideał? Arcydzieła są ponadczasowe, choć do czasu bywają silnie przypisywane: mówimy o arcydziełach epoki, na przykład średniowiecza. To takie dzieła, które nie tylko o epokach mówią, ale tworzą te epoki, tak jak same są przez epoki tworzone.

Tysiąc i jedno słowo/hasło. Coś w rodzaju specyficznego, prywatnego słownika (bo o słowach), w którym jest i o ich pisowni, i o gramatyce, i o etymologii, i o… tego lub innego pojęcia. Fantastyczna przygoda, werbalna uczta – jak słowami bawi się Jerzy Bralczyk, tak chyba nikt inny.

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Bo te żydy Jezusa ukrzyżowały


„Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota” – Paweł Piotr Reszka

W Bełżcu, Sobiborze i okolicy, w latach 1942-43, Niemcy bestialsko wymordowali setki tysięcy obywateli polskich wyznania mojżeszowego, może nawet z milion. Ciała ofiar palono lub zakopywano w masowych grobach. Niemcy odbierali Żydom (chrześcijanie i  inni też tam byli zabijani, ale Żydów było jednak najwięcej)  wszelkie kosztowności, ale przy takiej masie ludzi, wiele walorów udawało się jednak ofiarom ukryć. Od czasu, gdy Niemcy zaczęli się wycofywać, w zasadzie do dziś (a tak, tak!), Polacy z pobliskich wsi, i nie tylko, rozkopują miejsce pochówku ofiar, szukają złota (zęby, koronki, biżuteria), dolarów i innych walut. W płuczkach, jak sama nazwa wskazuje, płukano ludzkie kości, oczyszczając je z resztek tkanki, błota i zanieczyszczeń. Ułatwiało to znalezienie złota.

W pierwszej części książki – dziennikarskiego śledztwa – autor, który jako nastolatek podczas wakacji dowiedział się, że w Bełżcu zginęło wielu członków jego rodziny, rozmawia z kopaczami, tymi, którzy profanowali miejsce pochówku dla zdobycia złota, w pierwszej fazie, natychmiast po odejściu Niemców. W dalszej części są to wywiady ze świadkami tych zdarzeń, z drugim pokoleniem kopaczy i ich rodzinami, relacje z żałosnych prób ochrony tego miejsca przez nieudolne państwo, nielicznych procesów i jeszcze rzadszych wyroków.

„– Czy ktoś na wsi mówił, że to, co robicie, jest złe?
Nie. Może i księża powinni coś powiedzieć, ale nie zwracali na to uwagi.
– A co pan teraz o tym myśli?
To kopanie, to i tak nie pomogło ani nie zaszkodziło temu umarłemu. Nic złego nikt nie robił. To, com znalazł, to by i tak przepadło. Chociaż Żydzi też byli ludźmi. Każdy na drzwiach miał przybite przykazania”*.

Kiedy przeczytałem ten fragment, zaskoczyło mnie to, że… jakoś mnie to nie zdziwiło. Ksiądz (księża bardzo dobrze wiedzieli o ciągnącym się latami procederze) miałby jakoś zabraniać profanacji zwłok, odrąbywania głów szpadlem, żeby już w domu lub lesie na spokojnie, poszukać w ustach złotych koronek, zakazywać parafianom grzebania trupom w odbytach i pochwach? Przecież część zdobyczy lądowała na księżej tacy! A jeśli nawet nie były to złote zęby, to pieniądze uzyskane z ich sprzedaży.

Jeden z rozmówców autora stwierdził, że człowiek jest zły z natury. Rodzi się egoistą, kocha tylko siebie. Złe cechy ma rozwinięte od początku, za to dobra musi się nauczyć. Dobrym człowiekiem można się dopiero stać, ale trzeba wykonać pewną pracę. I, że wierzy, że każdy ma w sobie też zalążek dobra i od niego zależy, co z nim zrobi. Ale też nie każdy jest w stanie podjąć taki wysiłek i nie każdy czuje taką potrzebę. Moim zdaniem – ma rację. Nie wiem, jak to wygląda w przypadku innych nacji, nie znam ich zbyt dobrze, ale u Polaków jest właśnie tak. I nie, nie lokalnie… w Treblince też kopali.

Książka, której wielu nie przeczyta. Zwłaszcza tych, którzy pond prawdę, rzeczywistość i fakty, stawiają własne przekonania i propagandę partyjną.


--
* Paweł Piotr Reszka, „Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota”, Wydawnictwo Agora, 2019, s. 18.

czwartek, 18 czerwca 2020

Co będzie gdy się nie spodoba?


„Nieśmiertelny diament” – Richard Rohr

Przyznam, że ten Rohr wiele razy ekstremalnie podniósł mi ciśnienie. To już nie był ten sam autor, z którym znajdowałem wspólny język w książce „Spadać w górę”. Parę razy nieomalże miałem ochotę krzyknąć: nie, nie zgadzam się! Oczywiście tego nie zrobiłem, bo zawsze jednak przypominałem sobie, że mowa jest o wierze i przekonaniach. Ja mam jakieś, Rohr często, bardzo często, zupełnie inne. I co z tego? Tu nie chodzi o rację, którą dałoby się w jakikolwiek sposób udowodnić lub wykazać. Takich przekonań, które ja mam inne albo nie rozumiem, jest w książce wiele, choćby to, że nasza dusza jest w jakiś sposób większa od nas samych, albo to, że Bóg jest całkowicie we mnie, ale jednocześnie całkowicie poza mną.

Stwierdzenie:

„…nawet właściwe postępowanie »fałszywej osoby« przynosi złe owoce”[1].

…jest jak najbardziej moje, zgadzam się z nim całkowicie, to efekt także moich przeżyć i doświadczeń. Natomiast to:

„Nikt z nas nie przechodzi na drugą stronę dzięki własnym staraniom czy zasługom, za sprawą własnej czystości czy doskonałości”[2].

…jest już nieco trudne do pojęcia. Skoro na drugą stronę przejdą wszyscy, bez względu na ich zachowanie, postawę życiową, starania lub odwrotnie, zupełny ich brak, to po co starać się być przyzwoitym człowiekiem?

Jest w książce rozdział „Pan przyzwolenia”, w którym Rohr zachwyca się tym, że Bóg akceptuje zło. Jednak argumentacji i przekonywania, dlaczego to jest takie wspaniałe, nie rozumiem. Przekonania (przytaczanego za Thomasem Mertonem – a czy to nie on właśnie jako pierwszy użył określenia „fałszywe ja”?), że lepiej jest być pijakiem niż odnieść sukces, też jakoś nie łapię, a może po prostu mam zupełnie inne. Ale teodycea (jak pogodzić wiarę w kochającego i miłującego, i wszystkomogącego Boga z ewidentnym istnieniem zła) to problem chrześcijaństwa od dwudziestu wieków. Nie oczekiwałem, że amerykański franciszkanin, Richard Rohr, nagle go rozwiąże. Choć z drugiej strony… szkoda, że mu się to nie udało.

Tytułowym nieśmiertelnym diamentem jest oczywiście nasze prawdziwe „ja”. Chociaż autor widzi pewne różnice, okazuje się, co było do przewidzenia, że chodzi w sumie o duszę człowieka. W „Nieśmiertelnym diamencie” Riachard Rohr konfrontuje ją z ego lub fałszywym „ja” człowieka.

„Większość ludzi pozostaje tak zauroczona swoim fałszywym (wymyślonym) »ja«, że albo wątpi w istnienie swego »ja« prawdziwego lub go nie akceptuje, albo w ogóle nie ma świadomości jego istnienia. Żyją w lęku i cierpią z powodu własnej wrażliwości. Tak bardzo angażujemy się w wytworzenie fałszywego »ja«, że nie dopuszczamy do siebie myśli o jego nieprawdziwości – że nie jest »mną«”[3].

I kontynuując…

„Świat fałszywego »ja« jest smutny i zagrożony rozpadem. A jednak we wnętrzu każdego z nas kryje się odpowiedź, której szukamy. Nasze problemy mają rozwiązanie – nie w świecie mody, lecz faktów. Nasze prawdziwe »ja« wie, że nie mamy dokąd tak pędzić. Jesteśmy już u siebie – wolni i spełnieni. Na tym polega istota dobrej nowiny”[4].

Dobra wiadomość jest taka, że prawdziwe „ja” posiada każdy człowiek, a zła taka, że nie da się do niego dotrzeć (odkryć) żadnym staraniem, czy to moralnym, czy religijnym. A przynajmniej nie da się według Richarda Rohra. Natomiast da się tego »ja« szukać.

Parę razy podczas lektury rozważałem przekonanie Rohra, że mamy wszystko tu i teraz, że jest cudownie, mamy nawet więcej niż jest nam potrzebne, że raj jest dostępny na Ziemi dla każdego, i podobne w tym stylu. I za każdym razem przypominało mi się cyniczne, ale absolutnie prawdziwe powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Możliwe, że i ja głosiłbym podobne idee, gdybym był bogatym Amerykaninem, obsługiwanym przez gromadę zakonnic, pracującym dla „firmy”, która nijak nie może zbankrutować. Wydaje mi się, że absolutne poczucie bezpieczeństwa materialnego (i chyba nie tylko materialnego) naprawdę zmienia optykę. To oczywiście nie jest zarzut, ale próba zrozumienia źródła jego przekonań, choćby częściowo.

Skoro istnieje coś takiego, jak prawdziwe »ja«, musi też funkcjonować »ja« fałszywe. Rohr tłumaczy jednak, że nie jest ono złym »ja«, wprost przeciwnie, nasze fałszywe »ja« bywa nawet dość dobre, może nawet na pewnym etapie wręcz konieczne, jednak nie może ono przekroczyć pewnej granicy. To fałszywe »ja« jest nie tyle złe, co po prostu fikcyjne. Ostatecznie nasze prawdziwe »ja« jest naszą absolutną tożsamością i tożsame jest z naszą duszą, natomiast fałszywe »ja« jest tożsamością relatywną, tożsamością, którą sami sobie stworzyliśmy. Oczywiście ma na proces jego powstawania znaczący wpływ środowisko, otoczenie, wychowanie, warunki lokalne, ale właśnie – jest to tożsamość determinowana przez to, co zewnętrzne.

Dość długi rozdział autor poświęca słabym punktom psychoterapii i udowadnia, dlaczego czasem dobry przewodnik duchowy, jak Rohr, będzie w stanie skuteczniej pomóc, od terapeuty, którym zresztą też jest. Ale wytyka też słabości chrześcijaństwa, pogrążonego w moralizatorstwie i nawołującego nieustanie do składania mało sensownych ofiar.

„Jak podpowiada mądrość ludowa, wszelkie poświęcenia i ofiary to nic innego jak zawiść, która tylko czeka na odpowiednią okazję”[5].


Czasem miałbym ochotę spytać Rohra, czemu nadal jest członkiem tego Kościoła, ale to, oczywiście zdaję sobie sprawę, bardzo jest naiwne...

Żyję w  Kościele, który największymi zaszczytami nagradza oczywiste grzechy »ducha«, a karze odmową dostępu do Stołu Pańskiego błędy ciała. Jezus czynił nieomal odwrotnie” [6]. 

Dobra, choć mocno wymagająca lektura. Nie trzeba się z autorem zgadzać, najważniejsza wartość „Nieśmiertelnego diamentu” polega na polemice, jaką czytelnik zaczyna toczyć sam ze sobą, właśnie w trakcie lektury.





--
[1] Richard Rohr, „Nieśmiertelny diament”, przekład Marek Chojnacki, WAM, 2013, s. 9.
[2] Tamże, s. 21.
[3] Tamże, s. 49.
[4] Tamże, s. 51.
[5] Tamże, s. 67.

[6] Tamże, s. 70.

piątek, 12 czerwca 2020

Zmarnowane szanse i okazje


„Prince Polonia” – Max Cegielski

Zaczęło się wyjątkowo zabawnie, bo pomyliły mi się imiona i przekonany byłem, że sięgam po książkę biograficzną na temat tego Cegielskiego (Hipolita), który założył w Poznaniu fabrykę maszyn i urządzeń wszelakich.

No to wreszcie postanowiłem poczytać blurb (tekst na okładce). Dowiedziałem się, że dla obalenia „komuny” w Polsce Wałęsa był równie ważny, jak kolczyki pani Jurksztowicz. Ups! Mocne! Połowa tekstu na okładce pisana jest jednak jasnoczerwonym drukiem na ciemnopomarańczowym tle, więc sobie z żalem darowałem, choć trochę szkoda mi było podobnych rewelacji. A książka okazała się bardzo dobra (choć nie o tym Cegielskim).

„Przylecieliśmy do Azji, żeby zmienić życie, zdobyć przyszłość, wcześniej byliśmy jej pozbawieni, ale nie spodziewaliśmy się, że czeka nas taka rewolucja”*.

Magda dołączyła do społeczności maturzystów w szkole Janka i Radka w czwartej klasie. Wielu chłopaków dzięki niej, a może przez nią lub dla niej, podejmowało różne decyzje, które wcześniej nawet im do głowy nie wpadły (choćby utworzenie zespołu Generacja). Magda, córka dyplomaty, wybierającego się na placówkę do Indii, okazała się katalizatorem poważnych zmian życiowych wielu dorastających nastolatków ze Szczecina. Był to koniec lat osiemdziesiątych, to jest czas wielkich przemian, wielkich nadziei…

Chłopaki zaczynają od drobnego przemytu do NRD i niektórzy na tym poziomie pozostają, ale Janek i Radek mają więcej wyobraźni i odwagi, więc wyruszają do Indii, a stamtąd, też z kontrabandą, do Singapuru. To były czasy, gdy kilkaset dolarów było w Polsce sumą poważną, a posiadając tysiąc-dwa można było myśleć o jakiejś własnej działalności gospodarczej. Czy te dolary zapewniły świetlaną przyszłość chłopakom? Tu warto poczytać notę biograficzną autora w Wikipedii. Tym niemniej wtedy wydawało się, że przed Polakami i Polską otwierają się wrota raju.

Lektura książki rodzi mnóstwo wspomnień, skojarzeń, przemyśleń, wniosków, i to jest jej walor dodatkowy. Za główny uważam rozrywkę oraz pewną dawkę świadomości – bo było zdecydowanie bardziej tak, jak opisuje to Max Cegielski, niż tak, jak próbuje prezentować przeszłość propaganda tej lub tamtej partii.

„W samochodzie, tak jak na chodnikach, czyściutko, żadnych czerwonych plam na tapicerce czy na ścianach, żadnych łupin orzechów kokosowych, petów, śmieci. Pięćset dolarów kary za rzucenie niedopałka na ulicę. Janek od razu pstryknął kiepem za okno i śmiał się zadowolony, że przechytrzył system”**.

Może autora to bawi, może razem z przyjacielem uważają to za świetny dowcip, ale ja mam jakby inne przekonania na temat wspólnego dobra i polskie buractwo mnie nie bawi i nie cieszy. Ta polska „wygrana z systemem” w Singapurze też nie wydaje mi się osiągnięciem znaczącym, ani godnym naśladowania.

Czasem nie wiem, czy autor kpi sobie z siebie i kolegów, czy pewne przekonania traktuje zupełnie serio. W poniższym przypadku, to chyba jednak drwina. W Singapurze, którym zachwycony był Radek, bo Janek zakochał się w Indiach…

„Szybko zobaczyli też swojskie, zrozumiałe napisy: »Peter Kong wita swoich starych i nowych klientów z Polski«, »Tutaj sprzedaje się telewizory i wideo dostosowane do polskich standardów«, »Specjalna oferta dla Polaków«. Nikt nie reklamował się po niemiecku z ofertą dla Niemców. Poczuli się narodem wybranym”***.

Drwina, bo nie wierzę, żeby autor nie zdawał sobie sprawy, dlaczego takie oferty są po polsku, a nie ma po niemiecku, i o czym to naprawdę świadczy.

Relacja z podbijania Dalekiego Wschodu (i nie tylko) odbywa się na dwa sposoby, bo albo w trzeciej osobie liczby mnogiej, albo w pierwszej osobie liczby pojedynczej, czyli albo Janek i Radek zwiedzali, albo ja (Radek) widziałem, słyszałem, byłem. Chronologia też nie zawsze jest liniowa, ale jedno i drugie skonstruowane zostało na tyle zgrabnie, że nie rodzi problemów ze zrozumieniem fabuły. Może nawet zmusza czytelnika do nieco większej koncentracji i uważności.

Wprawdzie spotkanie z ambitnym dyplomatą oraz niektóre przekręty są już czymś więcej niż tylko przygodą, tym niemniej w książce nie chodzi o to, jak się to skończy (kto zabił), ale o bezpowrotnie zaginiony świat początków polskiej transformacji, o narodziny klasy polskich biznesmenów tych czasów, którzy mocno wierzyli, że pierwszy milion trzeba ukraść, więc zanim stali się szanowanymi przedsiębiorcami, działali w szarej strefie… powiedzmy – ciemnoszarej.

„Prince Polonia” Maxa Cegielskiego warto przeczytać, żeby poznać, żeby sobie przypomnieć, żeby zrozumieć, żeby się rozerwać, pobawić… Dobre pióro, a więc – polecam.





---
* Max Cegielski, „Prince Polonia”, Marginesy, 2020, s. 80.
** Tamże, s. 78.
*** Tamże, s. 87.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Jak zacząć wszystko od nowa?


„Ostatni lot” –  Julie  Clark



Claire Taylor skończyła prestiżowy Vassar College. Jako historyk sztuki dostała pracę w domu aukcyjnym Christie’s. Kiedy w wypadku zginęła jej matka i siostra, załamała się. A Rory Cook tak pięknie opowiadał o swojej miłości do Maggie Moretti i o tym, jak ją stracił w pożarze, więc Claire… wyszła za niego. Nie wiem, czego się spodziewała – że nawzajem będą kołysać swój ból po stracie? Że Rory Cook przestanie być dziedzicem i spadkobiercą politycznego, i nie tylko, imperium Cooków, do czego przygotowywany był nieomalże od urodzenia, że przestanie być synem uwielbianej pani senator (Marjorie Cook zmarła na raka, kiedy syn był na pierwszym roku studiów), że da sobie spokój z planowaną karierą polityczną? Ostatecznie związek z nim okazał się głęboko nie satysfakcjonujący, a sam Rory objawił się jako kanalia i szuja…. Choć przecież młody, przystojny, bogaty, inteligentny, zabawny.

„Wiele lat emu postanowił, że będzie finansował studia wszystkim dzieciom i wnukom ludzi, którzy pracowali jako jego personel domowy. W rezultacie byli wobec niego bezwzględnie lojalni. Podczas naszych awantur zawsze grzecznie odwracali wzrok, a kiedy płakałam w łazience, udawali, że nic się nie dzieje”*.

A to świnia, prawda?!

I znowu chciałoby się spytać, czego w tej sytuacji i w tych warunkach oczekiwała Claire Cook? Że pokojówka da po pysku swojemu pracodawcy? Ale mniejsza z tym. Rory Cook naprawdę był kawałem gnoja i przemocowca (przemoc psychiczna i fizyczna), a więc Claire postanowiła uciec, starannie zacierając za sobą ślady. Przekonała się już bowiem, że oficjalne i legalne odchodzenie od niego nie uda się; próbowała, źle się to skończyło.
W ucieczce i planach zniknięcia pomaga jej dawna szkolna przyjaciółka, Tamara, oraz jej brat, Nico, związany z przestępczością zorganizowaną; taka rosyjska wersja Ala Capone.

Claire przypadkiem spotyka na lotnisku Eve – kobietę, która także ucieka i również chce zniknąć bez śladu, bo po prostu  ma problemy z wymiarem sprawiedliwości. . Eve robi to z powodu przestępczej przeszłości, uwikłania w sytuację naprawdę trudną, bez wyjścia. W ostatniej chwili kobiety wpadają na desperacki pomysł – zamienią się tożsamościami. Eva poleci do Puerto Rico jako Claire, natomiast Claire Cook (oczywiście pod fałszywym nazwiskiem) jako Eva wybierze się do Oakland. Plan wydaje się całkiem sensowny. Miałoby to jeszcze bardziej zmylić pogoń, a że ktoś będzie je ścigał, to nie ulegało wątpliwości. Pech chce, że jeden z samolotów uległ strasznej katastrofie, zginęli wszyscy pasażerowie. I teraz dopiero ta historia rozkręca się na całego.

„W tym momencie zdaję sobie sprawę, że wszystkie ścieżki prowadziły mnie właśnie do tego studia. Przez długi czas uważałam, że moje świadectwo nie wystarczy. Bałam się, że nikt nie będzie chciał wysłuchać prawdy i wyciągnąć do mnie pomocnej dłoni”**.

Kolejna ciekawa książka napisana przez kobietę, o kobietach – autorka opowiada dzieje Evy i Claire na zmianę – narracja jakby z dwóch krańcowo różnych punktów widzenia. Pojawia się też Kelly, Liz, Danielle, a zdecydowanie jest to rozrywka nie tylko dla kobiet. „Ostatni lot” nie pretenduje do miana arcydzieła, ale jest okazją do całkiem przyjemnego spędzenia kilku godzin. Niezły kawałek literatury przygodowej, sensacyjnej, romantycznej z mocnym przekazem społecznym. A tak! Bez problemu znaleźć można w powieści swego rodzaju krytykę współczesnego, wysokorozwiniętego społeczeństwa, w którym jednak nie wszyscy są równi. I nie mam tu na myśli Aborygenów lub Papuasów.







--
* Julie  Clark, „Ostatni lot”, przekład Paweł Wolak, Muza S.A., 2020, s. 38.
** Tamże, s. 410.