piątek, 27 lutego 2015

Jako rzecze sam Jack Reacher

„Sprawa osobista” – Lee Child

Jack Reacher, były żandarm włóczący się po kraju (chodzi o Stany Zjednoczone Ameryki Północnej) w zasadzie bez planu… chciałem napisać też, że bez celu, ale to nie byłaby prawda, bo Jack cel ma, zawsze zresztą ten sam: zbawianie świata, pomoc maluczkim, przywracanie sprawiedliwości, a więc Reacher podejrzanie łatwo znaleziony zostaje przez generała O’Daya, a dokładnie – przez jego zastępcę, wobec którego ma on nieprzeterminowany najwyraźniej dług wdzięczności.

Szychy z wywiadu proponują bohaterowi znalezienie tajemniczego snajpera, który strzelał w kierunku prezydenta Francji; podejrzewają, że tym cudownym strzelcem może być John Kott, którego Reacher już raz wsadził do pudła.

Zbliżają się różne spotkania na szczycie, w jednym miejscu zgromadzi się kilku przywódców wielkich mocarstw, służby wywiadowcze ich krajów zrobią wszystko, żeby ochronić swoich liderów przed zamachem.

Reacher, znowu w towarzystwie młodej, atrakcyjnej kobiety, wysłany zostaje do Francji, a następnie Wielkiej Brytanii. Rozprawia się tam z jakimś serbskim gangiem, ale to tylko tak, przy okazji.
Ostatecznie zagadka zostaje rozwiązana jednak w USA.

Nie przepadam za książkami Childa, w których narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, a „Sprawa osobista” wydaje mi się wyjątkowo naciągana i… odrobinę naiwna.

środa, 18 lutego 2015

Edward Stachura - mit bez mitu

„Buty Ikara” – Marian Buchowski

Książka Mariana Buchowskiego zaczyna się rewelacyjne, a później jest już tylko coraz lepiej.

Pierwszych kilkanaście kartek i pierwsze skojarzenie – pamiętam, jak w latach stachurowych gruchnęła wieść, że Polska ma czterdzieści miliardów dolarów długu, a więc złość na „komunę” (w cudzysłowie, bo komunizmu w Polsce nie było nigdy, nie było go nawet w ZSRR, to skąd niby u nas?), ale i zmartwienie, bo jak my go spłacimy? Dziś polski dług przekracza… bilion? trylion? kwadrylion? Oj tam, oj tam… Kto by się tym przejmował, wszyscy są zadłużeni, a obecnej władzy monstrualnego zadłużenia nikt już nie wyrzuca.

Zaprawdę powiadam wam: lepiej byłoby dla Edwarda Stachury, gdyby okazał się ubeckim agentem – to przynajmniej tłumaczyłoby jakoś, czemu nie pluł w swoich dziełach na „komunę”. Bo, cholera, nie pluł. Więc albo ten Stachura jakiś pokręcony, albo „komuna” mniej straszna, niż ją malują. I skończą pewnie książki Stachury na jakimś indeksie dzieł zakazanych/zapomnianych. Tu warto jednak dodać, że rzeczywiście nie pluł, lecz i nie wychwalał. Choć może się to młodym Polakom wydawać dziwne, Stachura żył w PRL, ale jakby obok PRL. I jestem pewien, że nie tylko on jeden – w końcu o kawałek tych lat zahaczyłem i ja.

Co może zrobić polityk łaknący ponad wszystko uznania, podziwu, wdzięczności, tytułu opatrznościowego męża stanu? Ano, może rzeczywiście zrobić coś spektakularnie dobrego dla narodu – to jednak droga trudna, czasochłonna, wymagająca wysiłku, nie zawsze skuteczna. Na szczęście jest też technika prostsza, nieomalże gwarantująca powodzenie, sztuczka zwana przyciemnianiem tła – chodzi o to, by przeszłość pokazać w tak strasznie ciemnych barwach, że dzień dzisiejszy wydaje się na tym tle jasny, a polityk za niego odpowiedzialny jawi się jako postać wręcz świetlista.

Czasem, czytając wspomnienia z czasów „komuny”, w której i ja żyłem, zastanawiam się, jakim cudem ktokolwiek przeżył ten sowiecki obóz koncentracyjny, ten komunistyczny reżim, ten czerwony terror, te kozackie sotnie cwałujące po ulicach od rana do nocy, to bezrobocie i głód… chociaż nie, przepraszam, z głodu Polacy uciekają na Zachód teraz, wtedy uciekali z przyczyn politycznych. W każdym razie taki właśnie koszmarny obraz „komuny” psuje Stachura.

Byli i tacy, którzy – może nawet bez jednoznacznie złej woli – posługując się… hm…  koloryzowaniem (ależ jestem delikatny!), starali się obraz Stachury nieco… poprawić, sugerując na przykład, że wiersz „List do Pozostałych” nie mógł (z jakichś powodów) ukazać się inaczej niż tylko w drugim, nieoficjalnym obiegu. Bzdura kompletna – w pierwszym obiegu ukazał się wcześniej. Na szczęście na odpowiedzialność i dokładność Buchowskiego można liczyć – z takimi czy podobnymi mitami rozprawia się sprawnie i bez kompromisów.

„Buty Ikara” są dziełem dualistycznym… co najmniej, bo to wiarygodny dokument (ponad osiemset przypisów dowodzi rzetelności biografii Stachury), ale też cudownie napisana opowieść o czasach i ludziach, pasjonująca opowieść, którą z przyjemnością czytać mogą również osoby zupełnie Edwardem Stachurą niezainteresowane. I jeśli czegoś mi tu zabrakło, to jedynie zdjęć – kilkadziesiąt zamieszczonych w książce fotografii wzbudziło tylko niedosyt. Tym bardziej że zdarzenia, ale i relacje różnych osób, które się ze Stachurą zetknęły, Marian Buchowski oddaje tak… plastyczne, tak wciągająco i pociągająco, że chciałoby się je nie tylko zobaczyć, ale wręcz dotknąć.

„Kiedy zaczęła przygrywać orkiestra, w moją stronę skierował się nieznajomy mężczyzna z tej większej Sali. Prawdopodobnie nie poszłabym z nim do tańca, gdyż szedł zdecydowanie i sprawiał wrażenie, jakby był w lokalu na chwilę. Nie zdjął nawet lekkiego płaszczyka, jaki miał na sobie. Jednak w miarę jak się zbliżał i zatrzymał, aby zaprosić mnie do tańca, wszystko we mnie mówiło, że już z nim kiedyś tańczyłam, że to ktoś dla mnie wyjątkowy”*.

Biografia Stachury, jak każda naprawdę dobrze opracowana, zaczyna się od prezentacji przodków oraz wczesnego dzieciństwa przyszłego poety, które spędził on na osiedlu fabrycznym Reveil należącym administracyjnie do Charvieu w kantonie Pont-de-Chéruy. Dalsze dzieciństwo, już po sprowadzeniu się rodziny do Polski w 1948 roku, trudne relacje z ojcem – przemocowcem i autokratą (ich konflikt trwał nieomalże do końca życia ojca i poważnie wpłynął na kształtowanie się osobowości poety), szkoła, a właściwie szkoły, bo i problemów wychowawczych przysparzał młody Edward Jerzy Stachura naprawdę wiele, pierwsze i kolejne wiersze, inne utwory, tłumaczenia, małżeństwo, problemy finansowe, stypendia, egzotyczne wyjazdy zagraniczne… rok po roku, zdarzenie po zdarzeniu. Biografia nie kończy się na śmierci jej bohatera – Buchowski relacjonuje, nieomalże do dziś, rozmaite przedsięwzięcia związane z twórczością Stachury i nim samym.

„Być może z czubków uniwersyteckich katedr już widać, że Stachura się ciągle oddala, jest coraz mniejszy, znika. Tu, na dole, nie jest to takie oczywiste. Choć nikt Stachury nie lansuje”**.

 

 

--
* Marian Buchowski, „Buty Ikara”, wyd. Iskry, 2014, s. 299.
** Tamże, s. 602.

sobota, 14 lutego 2015

Duchowość dzikich mężczyzn

„Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” – Richard Rohr

 
Podczas rekolekcji ignacjańskich usłyszałem, że Bóg jest nieobliczalny. Bardzo mi się to spodobało, bo wreszcie ktoś mówił do mnie o prawdziwym Bogu, takim, jakim On jest, a nie o naszych infantylnych wyobrażeniach o Nim, wyobrażeniach, w których Bóg gra rolę życzliwego dziadunia o dobrotliwym, łagodnym uśmiechu Karola Wojtyły albo policjanta i surowego sędziego – w zależności od tego, jak nas wychowano. Interesował mnie Bóg, a nie dziecinne rojenia o Nim osób, których rozwój religijny zakończył się w okolicach gimnazjum albo i wcześniej. Richard Rohr w swojej książce stwierdził, że Bóg jest dziki. I to też szybko zrozumiałem.

„Bardzo lubię przypominać ludziom, że słowo »miły« nie występuje w Biblii. Wygląda na to, że Bóg nie jest miły, a jedynie dziki” [1].

Bóg jest dziki, nieobliczalny, a to oznacza, że…

„Nie możemy w żaden sposób kontrolować Boga, nawet poprzez nasze dobre zachowanie, co wydaje się naszym pierwszym, naturalnym odruchem” [2].

Ale do rzeczy. Czy jest to książka o męskiej duchowości? Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że gdyby nie podtytuł, to sam chyba bym na to nie wpadł. Na pewno jest to książka o mężczyznach, o zmianie ich mentalności na przestrzeni wieków, o postawach życiowych, które przyjmowali dawniej i przyjmują dziś, o męskiej seksualności (kontemplacja penisa – mocne! – zwłaszcza w wydaniu franciszkanina), o alienacji ojców i synów, o archetypach męskiej duszy, o pozornej bezinteresowności, o rekolekcjach…

„Rekolekcje to dobra rzecz. Dobrze jest zostawić za sobą wszystkie sprawy i w ciszy poszukać Boga, siebie samych i prawdziwego oblicza rzeczy. Potrzebujemy czasu, w którym zostawimy nasze codzienne zabieganie i problemy i będziemy mogli po prostu być, rozmyślać i kontemplować. Jeżeli nigdy nie wybierzemy się na rekolekcje, możemy nigdy nie dotrzeć do sedna siebie samych” [3].

Ze względu na krytykę zachowawczych, konserwatywnych albo wręcz utrudniających rozwój postaw Kościoła katolickiego, autor, a dokładnie jego dzieła, zapewne podzielą losy pism hinduskiego jezuity, de Mello, którego publikacje w 1998 roku zostały ostro skrytykowane przez Kongregację Nauki Wiary Kościoła katolickiego (to nowa nazwa Świętej Inkwizycji) jako niedopuszczalne odejście od doktryny katolickiej, jednak dla mnie „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” to wskazówki, podpowiedzi, sugestie dotyczące męskiej drogi do Boga – na odmienność dróg kobiet i mężczyzn autor zwraca uwagę szczególnie.

Pytanie zasadnicze: czy „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego” to literatura tylko dla mężczyzn? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Choć, jak twierdzi Rohr, drogi mężczyzn  kobiet są różne, to jednak warto chyba, by panie lepiej poznały i zrozumiały swoich partnerów (oczywiście o ile na jakości związku im zależy); choć nie w pełni, ale do pewnego stopnia może się to jednak udać.

 

 

 

---
1. Richard Rohr, „Od mężczyzny dzikiego do mężczyzny mądrego”, przekład Grzegorz Baster, Wydawnictwo WAM, 2014, s. 14.
2. Tamże, s. 12.
3. Tamże, s. 126.

czwartek, 5 lutego 2015

Reacher w służbie tajnej służby

„Bez pudła” –  Lee Child

Jack Reacher, były oficer żandarmerii wojskowej (fakt ten eksponowany jest w tym tomie niezbyt często) zostaje wynajęty przez pracownicę Secret Service, szefową ochrony wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, do przeprowadzenia zewnętrznego audytu, czyli sprawdzenia skuteczności ochrony wiceprezydenta elekta. Okazuje się, że zabezpieczenia, choć całkiem niezłe, nie są tak skuteczne, jak jej się to wydawało, ale prawdziwy problem, jak to się wkrótce okazało, polega na realnym zagrożeniu – ktoś naprawdę stara się zabić wiceprezydenta USA. Kończą się rozważania teoretyczne, gra zaczyna się toczyć o życie i to nie tylko wiceprezydenta.

Dobra powieść, jednocześnie sensacyjna,  przygodowa i detektywistyczna.

środa, 14 stycznia 2015

Zło jest silniejsze od dobra

„Prawdziwy gangster” – Jon  Roberts, Evan Wright

Jedno nie ulega wątpliwości – Jon Riccobono (jego stryjami byli mafiosi w starym stylu, Sam i Joseph), który z czasem zmienił nazwisko na Roberts, ojcem chrzestnym – takim, jakim prezentował kogoś takiego Mario Puzo – nigdy nie był. W książce, postawie i życiu bohatera mowy nie ma o żadnych kodeksach moralnych, o jakichkolwiek zasadach, o jakichś wartościach moralnych, czy priorytetach w postaci rodziny albo honoru. Jon Roberts to psychopata i morderca, któremu udało się wywinąć tylko dlatego, że w stosownym momencie poszedł na współpracę z władzami i zdradził… to i owo.

Zaczęło się jeszcze w dzieciństwie…
„Jeśli moje życie można podsumować za pomocą jednej reguły, będzie to ta, którą wyjaśnił mi ojciec, gdy byłem dzieckiem: »Zło jest silniejsze od dobra. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, stań po stronie zła« - zaczyna naszą rozmowę. – Takie są zasady, którymi się kieruję. Dzięki temu w różnych sytuacjach uzyskałem przewagę. Zło zawsze mi pomagało” [1].

Kiedy Jon Roberts miał siedem lat, był świadkiem, jak jego ojciec zamordował człowieka. Po prostu zastrzelił kierowcę, który blokował przejazd.
„Tato dał mi jeszcze jedną lekcję, gdy mordował tego człowieka. Pokazał mi, że da się uniknąć odpowiedzialności. Zupełnie inaczej niż uczą w szkole. Mój ojciec zrobił to i nie poszedł do więzienia. Nie ukarał go Bóg, nie sprawił, że ojciec zachorował na raka albo stracił nogę. To, co zrobił mój ojciec, nie wywarło na świecie żadnego wrażenia. Uświadomiło mi, że jeśli jesteś ostrożny i nie dasz się przyłapać, możesz zrobić wszystko” [2].

Nazwałem Jona Robertsa psychopatycznym mordercą – jeśli komuś wydaje się, że to zbyt ostra ocena, to…
„Zaczęliśmy od wycinania małych plasterków skóry z głowy gościa. Tniesz jego klatkę piersiową, plecy, brzuch. Pozwalasz, żeby jelita wypłynęły i zwisały mu przed twarzą. Przesuwasz się w górę. Może to trwać godzinami. W końcu całe ciało zaczyna wysuwać się ze skóry. Nawet jeśli jego kostki są przywiązane do drzewa, wszystko się wyślizguje” [3].

„Nie przyznam się, że zatłukłem gościa w stroju safari na śmierć. Ale kiedy z nim skończyłem, połowa jego mózgu była w rynsztoku” [4].

Ale największym problemem, choć zapewne trudno w to uwierzyć, nie były tego typu działania, ale raczej fakt, że Jonowi sprawiały one przyjemność. Dla niego była to po prostu świetna zabawa! Skąd o tym wiem? Od niego samego…

„Dla mojego ojca zło było narzędziem. Na początku lat siedemdziesiątych zdałem sobie sprawę, że się różniliśmy. Dla mnie zło było czymś więcej niż środkiem. Lubiłem robić złe rzeczy” [5].

Książka jest opowieścią Jona (oraz innych osób) o jego życiu. Wiele miejsca zajmują w niej swego rodzaju porady – jak dokonać morderstwa, jak pozbywać się zwłok, jak bić kolbą rewolweru, jak korumpować sędziów, jak wpływać na prokuratorów, i wreszcie, w jaki sposób uniknąć trzystuletniej odsiadki, bo taki właśnie wyrok Jonowi Riccobono, znanemu jako Roberts.
Zarabiał 400 dolarów miesięcznie, pielęgnując trawniki bogaczy i 400 tysięcy dolarów miesięcznie, handlując kokainą. W związku z tym nie ma i nigdy nie było żadnej szansy, by przekonać go, że zło nie popłaca…

 

 

 

--
1. Jon  Roberts i Evan Wright, „Prawdziwy gangster”, przekład Alicja Gałandzij, wyd. Znak, 2012, strona 16. 
2. Tamże, strona 22.
3. Tamże, strona 86.
4. Tamże, strona 150.
5. Tamże, strona 154.

czwartek, 25 grudnia 2014

Jack Reacher kontra dowódcy

„Nieprzyjaciel” – Lee Child

Chronologicznie jest to pierwszy tomik przygód żandarma Jacka Reachera. Rok 1990, Reacher ma 29 lat, jest majorem żandarmerii. Pełni służbę w Panamie, zaangażowany jest w sprawę Noriegi, ale nagle przeniesiony zostaje do Karoliny Północnej. Wkrótce okazuje się, że nie tylko on, bo z Panamy odwołanych i przeniesionych zostaje wielu dobrych oficerów żandarmerii.

W wydawałoby się banalnych okolicznościach (spotkanie z prostytutką w podrzędnym hotelu) umiera na zawał generał Kramer. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ginie jego służbowa teczka. Miał w niej być – według Reachera – program spotkania wyższych dowódców. Co dziwne, a według Reachera zupełnie nieprawdopodobne, inni uczestnicy konferencji twierdzą, że żadnego programu w ogóle nie było.

Kiedy traci życie wdowa po generale, a wkrótce potem sierżant Delta Force i następny oficer, nie ma już wątpliwości, że za kulisami toczy się gra o najwyższą stawkę, o władzę nad armią USA. Major Jack Reacher, wraz z czarnoskórą porucznik Summer, mając przeciwko sobie bezpośredniego przełożonego, pułkownika Willarda, ruszają do akcji.

czwartek, 11 grudnia 2014

Droga do wspólnoty z Bogiem

„W krainę ciszy. Przewodnik po chrześcijańskiej praktyce kontemplacji” – Martin Laird OSA

Uważam się za chrześcijanina, zależało mi więc na książce, która rzetelnie opisywałaby liczne praktyki medytacji i kontemplacji chrześcijańskiej, bo jedna z dziesiątków (może i setek) pozycji zalegających księgarniane półki, traktująca o egzotycznych technikach Dalekiego Wschodu, nie byłaby w moim przypadku przydatna do niczego, może tylko do zaspokojenia ciekawości.  Kryterium przydatności wydaje mi się ważne, bo medytację sam praktykuję i chciałbym to robić lepiej. Z nadzieją i radosnym oczekiwaniem sięgnąłem więc po „W krainę ciszy”, ale… zaczęło się źle. Nawet bardzo źle.

Już w pierwszych zdaniach wstępu autor stwierdza, że kontemplacja jest najbardziej dociekliwą, najsubtelniejszą, ale też najprostszą ze sztuk duchowych. Jedno zdanie i dwa problemy – jakim cudem to, co najdociekliwsze i najsubtelniejsze może być najprostsze, i co to są te „sztuki duchowe”? Przyznam, że irytuje mnie arogancja, z którą niektórzy duchowni stawiają znak równości między duchowością a religijnością, jakby człowiek niereligijny nie mógł być, z założenia, istotą duchową.
Następne: „Dążenie do wspólnoty z Bogiem w ciszy serca jest nam dane przez samego Stwórcę, tak jak zdolność rododendrona do kwitnienia…”[1]. Zaraz, zaraz… Stwórca obdarował rododendron zdolnością do kwitnienia, ale ludzi nie obdarzył zdolnością do wspólnoty z Bogiem, a jedynie dążeniem do tego celu, więc gdzie tu analogia? I czymże niby jest ta cała „cisza serca”? Jest XXI wiek, środek Europy, wiem, czym jest serce i jaka jest jego funkcja w organizmie człowieka. Wiem też, co się dzieje, kiedy serce milknie, to jest przestaje bić.

Pod koniec wstępu zorientowałem się, że czytanie książki Lairda w taki sposób nie ma wielkiego sensu, a może i żadnego. Odłożyłem ją na kilkanaście dni, a ponowną lekturę rozpocząłem ze świadomością sugestii, którą otrzymałem dawno temu w specyficznych i niezwiązanych z czytelnictwem warunkach: szukaj podobieństw, a nie różnic. Szukając podobieństw i porozumienia, nie koncentrując się na tym, co mi się nie podoba, z czym się nie zgadzam, co mi nie pasuje, mogłem kontynuować poznawanie przekonań prezentowanych przez Martina Lairda. Wtedy dopiero zacząłem znajdować naprawdę wartościowe rzeczy.

„W centrum uwagi znajdą się zwłaszcza praktyczne problemy, z jakimi wielu z nas się zmaga, kiedy próbuje zachować ciszę. Mowa tu o wewnętrznym chaosie kłębiącym się w naszych głowach niczym podczas szalonego przyjęcia, którego okazujemy się zakłopotanymi gospodarzami”[2].

Dokładnie tak! Od dawna zdaję sobie sprawę, że do udanej medytacji albo kontemplacji niezbędna jest także dyscyplina emocjonalna i duchowa. Umysł (Laird pewnie nazwałby to sercem) opanowany lękami, wyrzutami sumienia, urazami, lękami, strachem przed konsekwencjami niedawnych postaw i zachowań, złością, planami na bliższą i dalszą przyszłość, poczuciem krzywdy, niepewnością, wstydem, żalem po stratach, czyli tym wszystkim, co często przepełnia nam głowę, może okazać się kompletnie niezdolny do medytacji. Czemu także? Bo niezbędna jest – według mnie – dyscyplina języka i uszu.

„W krainie ciszy” znajdowałem perełki. Choćby to:
„Jedność z Bogiem nie jest czymś, co należy zdobyć, ale czymś, z czego trzeba zdać sobie sprawę. Rzeczywistość, na którą wskazuje termin »jedność« (z mnóstwem innych metafor), już istnieje” [3].

Przypominam sobie, jak wiele wysiłku kosztowało mnie kiedyś podobne odkrycie, a tu proszę – jest gotowe zdanie, wystarczyło poczekać, kupić książkę i przeczytać. Odrobinę w tym momencie żartuję. Wiem przecież, że gdybym wcześniej nie rozważał tej kwestii, to teraz, podczas lektury, wcale nie musiałbym jej zrozumieć ani nawet zauważyć. To z kolei rodzi podejrzenie, że rozważania ojca Lairda mogą okazać się momentami trudne dla niewyrobionego czytelnika, stykającego się z tematem medytacji i kontemplacji po raz pierwszy.

W pewnym momencie autor opisuje trzy elementy kontemplacji, to jest postawę, słowo modlitwy i oddech. Uważam modlitwę za element rozpraszający, ale pojedyncze słowo…  to zmienia postać rzeczy albo zmieniać może. Bo jednak fraza zbudowana z kilku słów, całe zdanie… nie, chyba jednak nie.

„Diadoch zdaje sobie sprawę z tego, że umysł nie potrafi pozostać bezczynny. Zatem należy mu dać coś do zrobienia: niech w ciszy powtarza krótką frazę” [4].

Także zdaję sobie z tego sprawę, o taką właśnie niezdolność do pełnego wyłączenia umysłu, potknąłem się na początku, przy pierwszych już próbach. Dałem wówczas mojemu umysłowi kamień, zwyczajny kamień, nieciekawy, nawet nie ładny, nie dało się nim ekscytować.

Wspomniałem na początku o specyficznych problemach, jak gdyby oporze w odbieraniu przekonań autora, a zwłaszcza identyfikowaniu się z nimi. Owszem, uległy one z czasem znacznemu złagodzeniu, ale nie zniknęły całkowicie. Ich charakter najtrafniej zapewne oddają słowa innego księdza zawarte w innej książce: „Dopiero gdy pozbędziemy się pewności właścicieli prawdy, gdy uświadomimy sobie, że jesteśmy w drodze, a nie u celu…” [5].

„W krainę ciszy” – książka zdecydowanie warta przestudiowania, choć momentami trudna.

 

 

--
1. Martin Laird OSA, „W krainę ciszy. Przewodnik po chrześcijańskiej praktyce kontemplacji”, przekład Tomasz Mucha, wyd. WAM, 2014, s. 13.
2. Tamże, s. 18.
3. Tamże, s. 27.
4. Tamże, s. 92.
5. Tomáš Halík, „Hurra, nie jestem Bogiem!”, wyd. Agora SA, 2013, przekład Tomasz Dostatni OP, s. 81.