poniedziałek, 29 września 2014

Warto umrzeć, by nie zginąć

„Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia” – Richard Rohr

Ta książka ma moc… uwalniającą – to pierwsze określenie, które przychodzi mi do głowy natychmiast i intuicyjnie, choć bez najmniejszego problemu potrafiłbym wymienić kilka innych niewątpliwych jej zalet.

„Nie chodzi o to, że cierpienie lub niepowodzenie mogą się zdarzyć, że przydarzą ci się, jeśli będziesz zły (a tak często myślą ludzie pobożni), albo dopadną pechowców, kogoś zupełnie innego i gdzieś indziej; nie w tym rzecz, czy można tych wydarzeń uniknąć dzięki inteligencji lub prawości. Otóż nie, one przydarzą się również tobie! Płynące z tych doświadczeń utrata, porażka, upadek, grzech i cierpienie są niezbędne, stanowią ważną część życiowej drogi człowieka. Jak ujęła to moja ulubiona mistyczka Juliana z Norwich: »Grzech jest konieczny!« (»Sin is behovely!«). Tak czy inaczej, nie da się uniknąć grzechu ani błędu (Rz 5, 12). Jeśli mimo to będziemy zbyt żarliwie próbować, możemy się doprowadzić do jeszcze poważniejszych problemów”1.

Ale… od początku. „Spadać w górę” to przede wszystkim książka o duchowości; takiej, która niekoniecznie musi być związana z religijnością, choć, co chyba oczywiste, w przypadku autora franciszkanina, zakonnika (urodzonego w 1943 roku w Kansas, USA), związek z duchowością chrześcijańską pojawia się stosunkowo często. W każdym razie Rohr odwołuje się zarówno do Biblii, jak i do Tory, pism Junga, starożytnych Greków, analiz Miguela de Unamuno, fizyki kwantowej, Scotta Pecka, baśni braci Grimm, Programu Anonimowych Alkoholików…

„Następnie bohater lub bohaterka powracają do miejsca, z którego wyruszyli i, jak ujął to T.S. Eliot, są »świadomi go po raz pierwszy«; powracają z darem lub »błogosławieństwem« dla jego ludu lub jej wioski. Zgodnie z ostatnim krokiem w programie Anonimowych Alkoholików człowiek musi przekazać innym lekcję, której się nauczył – w przeciwnym razie prawdziwego daru nie było. Podróż bohatera jest zawsze doświadczeniem nadmiaru życia, nadwyżki energii, z której mnóstwo zostaje dla innych. Bohater lub bohaterka odnajduje erosa, energię życia, której jest aż nadto, by odwrócić skutki działania thanatosa, energii śmierci”2.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, zakres zainteresowań, erudycja, oczytanie, inteligencja Richarda Rohra, swoboda, z jaką wykorzystuje dzieła tak wydawałoby się różne i odnajduje paralele między nimi, są oszałamiające. W każdym razie ja jestem zachwycony, a „Spadać w górę” lokuję w pierwszej piątce mojego prywatnego rankingu książek traktujących o rozwoju osobistym, wzrastaniu duchowym.

Główną ideą, myślą przewodnią jest tu przekonanie autora, że życie wielu ludzi, niestety, nie wszystkich, dzieli się jak gdyby na dwie części, jednak w tym przypadku nie chodzi o podział chronologiczny – druga połowa życia to nie jest plus/minus czterdziestka. Czterdzieste urodziny mogły sobie być połową życia, punktem zwrotnym dla serialowego bohatera, Rohr natomiast podchodzi do tego podziału zupełnie inaczej.

„Mówiąc, że czytelnik wkroczy w drugą połowę życia, nie myślę o poruszaniu się w sensie ściśle chronologicznym. Ludzie młodzi, zwłaszcza ci, którzy przedwcześnie doświadczyli cierpienia, już tam dotarli, podczas gdy wiele starszych osób wciąż pozostaje na etapie dzieciństwa”3.

Zła wiadomość jest taka, że w duchowość drugiej połowy życia nie wkraczamy na mocy decyzji czy postanowienia, a także, że odbywa się to właściwie tylko poprzez cierpienie. Choć właściwie nic w tym dziwnego; nie spotkałem jeszcze człowieka, który – doświadczając dobrostanu we wszystkich sferach życia – pragnąłby ten stan zmienić. Gotowość na zmiany, na wyruszenie w podróż, jest zawsze wymuszona przez cierpienie, na przykład śmierć kogoś bardzo bliskiego, upokorzenie, utratę pracy, reputacji, domu, zdrowia…

Choć podtytuł książki mówi o duchowości na obie połowy życia, to jednak „Spadać w górę” jest – moim skromnym zdaniem – przede wszystkim zaproszeniem do wyprawy w tę drugą połowę; zaproszeniem i zachętą. Przyznaję, że mnie Richard Rohr przekonuje skutecznie.


--
1. Richard Rohr, „Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia”, przekł. Beata Majczyna, wyd. WAM, 2013, s. 21-22.
2. Tamże, s. 57-58.
3. Tamże, s. 16.

czwartek, 25 września 2014

Reguła Koziołka w Boliwii

„Stamtąd wszystko widzi się lepiej” – Kasper Mariusz Koproń OFM

Stamtąd, czyli z Boliwii. Franciszkanin, misjonarz, publicysta, spędza w Boliwii pewien czas na pracy, misji duszpasterskiej, a efektem dodatkowym, jakby ubocznym, jest książka, składająca się z dwóch części: listów do przyjaciół w Polsce oraz felietonów, zawierających obserwacje, przemyślenia, refleksje, rozważania, wnioski itp.

Nie jest to książka podróżnicza ani przygodowa, a egzotyka najbiedniejszego kraju Ameryki Łacińskiej jest tu widoczna, ale nie eksponowana – to tylko tło, na którym lepiej, wyraźniej widać Kościół katolicki w… nie, nie w Boliwii – w Polsce. Widocznie zasada albo reguła Koziołka Matołka (widać musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko) działa nie tylko w życiu autora „Krok za Krokiem”.

niedziela, 21 września 2014

Szczęściarz Luciano i mafia

„Ojciec chrzestny Lucky Luciano i tajemnice amerykańskiej mafii” – Paul Sherman

Jak sam tytuł wskazuje, jest to biografia gangstera i mafiosa znanego jako Charles „Lucky” (szczęściarz) Luciano, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Salvatore Lucania.
Gdy miał lat dziesięć, wraz z rodziną przeniósł się z Sycylii do USA, gdzie bardzo szybko popadł w konflikt z prawem. Dzięki wygraniu wojny Castellammarese i po zniesieniu stanowiska bossa nad bossami (Capo di tutti capi), stał się najpotężniejszym gangsterem w Ameryce. Uważany jest za twórcę nowoczesnej przestępczości zorganizowanej w Stanach Zjednoczonych. Plotka głosi, że na tej postaci wzorował się Mario Puzo, pisząc swojego „Ojca chrzestnego”.

Biografia niewątpliwie ciekawa – dla miłośników gatunku i czytelników zainteresowanych mafią sycylijską i amerykańską, a także historią Wielkiego Kryzysu – choć literacko przeciętnej jakości, wzbogacona kilkoma zdjęciami (szkoda, że nie więcej) oraz… przepisami kulinarnymi i ciekawostkami na temat historii, produkcji, sposobów serwowania niektórych alkoholi.

środa, 10 września 2014

O Bogu, wierze, wiernych i...

„Wiara z lewej, prawej i Bożej strony” – bp Grzegorz Ryś

Powoli zbliża się miesiąc, w którym tradycyjnie, od lat, wśród znajomych i przyjaciół często rozmawiamy o modlitwie, medytacji i doskonaleniu świadomej więzi z Bogiem. Jakby w formie przygotowania, wprowadzenia, trafiło w moje ręce ostatnio kilka książek traktujących o religii i duchowości chrześcijańskiej, na przykład „12 Kroków i ćwiczenia duchowe” (Jim Harbaugh SJ), „Tajemnica Jezusa” (Jean Vanier), „Wiara z lewej, prawej i Bożej strony” (biskup Grzegorz Ryś), „Spadać w górę” (Richard Rohr) i parę innych. Kupiłem tylko jedną z nich, a w takim razie pojawienie się pozostałych w moim domu powinienem zapewne uznać za przypadek, gdybym w przypadki i zbiegi okoliczności wierzył. Ale jakoś nie wierzę.

Wszystko to są książki, które czytam dwa razy. Co najmniej dwa, bo czasem więcej. Raz wtedy, kiedy je dostaję/kupuję. Czytam wtedy zachłannie, szybko, chcę w krótkim czasie dowiedzieć się, o co chodzi, zorientować, czy w konkretnym przypadku wskazany, pożądany i możliwy będzie powrót do lektury i nieśpieszne jej studiowanie, które w przypadku takiej właśnie tematyki, może trwać całymi miesiącami. Do „Wiary z lewej, prawej i Bożej strony”, podobnie jak do „12 Kroków i ćwiczeń duchowych” Jima Harbaugha SJ, planuję sięgać przez rok… może dłużej – kiedy wiem już, co będzie dalej, nadchodzi czas na refleksje, rozważania i medytacje.

Tytuł wydaje się nieco zagadkowy, bez zaglądania do środka trudno jest precyzyjnie określić, o co w książce może chodzić. „Wiara z lewej, prawej i Bożej strony” zawiera kilkadziesiąt rozdziałów zebranych w sześć bloków tematycznych:
Powołanie w Kościele,
Radość spotkania – Maryja i Elżbieta,
Marta, Maria i Judasz,
Skarby Kościoła,
Misja wspólnoty,
Grzech w objęciach miłosierdzia.
Każdy z rozdziałów składa się z fragmentu Biblii, zwykle Ewangelii, ale nie tylko, oraz komentarza, podpowiedzi, wyjaśnienia biskupa Rysia, dzięki którym chrześcijanin, katolik, łatwiej pojmie określone kwestie dotyczące wiary, Kościoła, wspólnoty wiernych, czy po prostu konkretnych wydarzeń opisanych w Piśmie Świętym.

Polecam.

sobota, 6 września 2014

Rok z Ignacym L. i Billem W.

„12 Kroków i ćwiczenia duchowe” – Jim Harbaugh

Kim jest Jim Harbaugh? Jezuitą, alkoholikiem (skoro w swojej książce używa formy „my alkoholicy”, problem najwyraźniej dotyczy i jego), zajmuje się też terapią uzależnień – taka informacja widnieje na okładce książki – cokolwiek to znaczy, bo brak informacji o jego konkretnych kwalifikacjach (psychologia, psychoterapia, psychiatria) w tej dziedzinie. Jim Harbaugh, „zajmując się terapią uzależnień, wiele lat prowadził zajęcia w grupach Anonimowych Alkoholików”*. Tak, zdaję sobie sprawę, że brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie i wiarygodność książki podaje w wątpliwość, ale jest pewna szansa, a przynajmniej taką mam nadzieję, że jej autor pod tym dziwacznym stwierdzeniem nie podpisałby się. W końcu cytuje w swojej książce Preambułę AA, a przynajmniej jej fragmenty.

Jim Harbaugh eksponuje paralele życia, zmiany przekonań, osobistego rozwoju Billa Wilsona oraz Ignacego Loyoli i z założenia, że takowe istnieją, wynika swoista „filozofia” oraz cała struktura książki, na którą składają się pięćdziesiąt dwie medytacje (na każdy tydzień roku), rozpoczynające się zwykle od tekstu ćwiczeń duchownych św. Ignacego, przekładanych następnie na język Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików.

Znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy książka Billa Wilsona „12 Kroków i 12 Tradycji” jest – jak to określa Jim Harbaugh – „talmudycznym komentarzem do Wielkiej Księgi”**, podobnie jak weryfikację kilku innych jego przekonań na temat Billa W., Wspólnoty AA i jej historii oraz roli, jaką odegrał w niej jezuita Eddie Dowling, pozostawiam osobom, które znają pisma współzałożyciela AA i historię tej Wspólnoty znacznie lepiej ode mnie, ale też nie to wydaje się w tym przypadku najważniejsze.

Trudno mi ocenić realną wartość tej książki – w zasadzie wypadałoby to zrobić dopiero po roku praktykowania zawartych w niej medytacji, które (stosownie do sugestii autora) dobrze byłoby realizować pod okiem kierownika duchowego, znającego zarówno ćwiczenia duchowne św. Ignacego, jak i Program 12 Kroków AA.

Zakładam, że może się ona okazać wartościowym narzędziem i inspiracją dla osób uzależnionych (od alkoholu, narkotyków czy czegokolwiek), które już wyrwały się ze szponów nałogu i pragną rozwijać się nadal w ściśle określonym kierunku, wyznaczanym przez duchowość ignacjańską. W każdym razie polecam.

 

--
* Jim Harbaugh, „12 Kroków i ćwiczenia duchowe”, przeł. Marek Chojnacki, wyd. WAM, 2014; tekst z okładki.
** Tamże, s. 17.

wtorek, 2 września 2014

Ewangelia według J. Vaniera

„Tajemnica Jezusa. Czytanie Ewangelii według św. Jana” – Jean Vanier

Jean Vanier, urodzony w Szwajcarii syn gubernatora Kanady, służył w marynarce wojennej tego kraju; obecnie działacz społeczny, doktor filozofii, pisarz i filantrop; znany jest jednak przede wszystkim jako założyciel wspólnot „Arka” (także „Wiara i Światło”), w których opieką nad niepełnosprawnymi intelektualnie, często także fizycznie, zajmują się osoby pełnosprawne, dzielące z nimi codzienne życie, w Polsce zwane asystentami.

Ewangelia wg św. Jana jest ewangelią chronologicznie najpóźniejszą z czterech ewangelii Nowego Testamentu, prawdopodobnie powstała pod koniec pierwszego wieku, i wyraźnie różni się od pozostałych ewangelii zwanych synoptycznymi (według św. Mateusza, według św. Marka, według św. Łukasza).

Problem, a może właśnie urok i bogactwo, to też przecież zależy od punktu widzenia, z Biblią w ogóle, a Nowym Testamentem w szczególności, dotyczy nieskończonej – najprawdopodobniej – liczby możliwych interpretacji. Jean Vanier w „Tajemnicy Jezusa”, którą to pozycję sam autor określa jako prozę medytacyjną, prezentuje swoje osobiste rozumienie ewangelii wg św. Jana. Jak wygląda to w praktyce? Jeden prosty przykład.

W ewangelii wg św. Jana (Biblia Tysiąclecia, J 4,6-8): Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny.  Nadeszła [tam] kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: «Daj Mi pić!»  Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności.

W „Tajemnicy Jezusa” Vanier twierdzi, że Jezus w rozmowie z Samarytanką… żebrze o wodę*.

W ewangelii nie został opisany ton głosu i intencje Jezusa, choć pewną wskazówką mógłby być wykrzyknik, a więc ostatecznie nie wiadomo, czy „Daj Mi pić!” to polecenie, prośba, rozkaz, czy błaganie. Warto pamiętać podczas lektury, że wersja Vaniera, choć niewątpliwie pociągająca i bardzo pomocna w zrozumieniu tekstu, zgodna (zapewne) z oficjalną interpretacją Kk, jest jednak jedną z wielu możliwych.

Pozycja warta poznania i niewątpliwie inspirująca dla wszystkich, którzy nie boją się myśleć i wiary swej wystawiać na próbę, a poza tym... może chcieliby dokładniej wiedzieć, w co wierzą.


--
* Jean Vanier, „Tajemnica Jezusa. Czytanie Ewangelii według św. Jana”, przekład Aleksandra Frej, Wydawnictwo Księży Marianów MIC, 2008, s. 113 oraz 123.

środa, 27 sierpnia 2014

Szu - stary i zmęczony wielce

„Doktor Szu” – Jan Purzycki i Przemysław Słowiński

Kupiłem. Przeczytałem. Przecież nie mogłem tego nie zrobić. „Wielki Szu” (najpierw film, później książka napisana na podstawie scenariusza) może nie był dla mnie aż tak ważny jak Winnetou, Sherlock Holmes, Janek Kos albo Huck Finn, ale jednak ważny, a więc przeczytałem – z sentymentu.

Dawny Wielki Szu (obecnie doktor Szuster) jest teraz siedemdziesięcioletnim specjalistą od kręgosłupów i właścicielem luksusowego hotelu-spa w Lutyniu. Kiedy w wypadku samochodowym ginie jego żona i pasierb (Borys), Doktor Szu postanawia odnaleźć kierowcę. Pragnienie zemsty przyświeca też biologicznemu ojcu Borysa, byłemu agentowi Specnazu, Wołodii. Na scenie pojawiają się też: kasyno (bo i gdzieżby Szu miał demonstrować swój talent?), banki, wielki biznes,  stary mafioso, skorumpowani urzędnicy, piękne i zdradzieckie kobiety, pijani Rosjanie.

„Wielki Szu” był mocno osadzony w realiach Polski lat siedemdziesiątych. „Doktor Szu” wydaje się raczej powieścią s-f, która – prawie do samego końca – sprawia wrażenie jakby powoli rozkręcającej się, i z finałem bardziej bankowo-formalno-prawnym niż karcianym.

Może trzeba było poczekać? Może i w tym przypadku lepiej sprawdziłaby się kolejność: najpierw film, a dopiero później książka napisana według filmowego scenariusza? Nie wiem. Nie potrafię też ocenić „Doktora Szu” w oderwaniu od „Wielkiego Szu”, a w takiej konfiguracji „Doktor” wypada zdecydowanie słabiej, choć nie jest to zła książka.