poniedziałek, 12 listopada 2018

Kto zabił dziesięciu winnych?


„Dziesięciu Murzynków” – Agatha Christie

Jak wyglądają dzisiejsze kryminały i powieści sensacyjne? Mniej lub bardziej dyskretne lokowanie produktu, treść konsultowana z prawnikami z wydawnictwa, żeby nie mogła stać się powodem jakiegoś pozwu, psychologicznie rozbudowane postacie, wyważone i konsultowane z językoznawcami słownictwo oraz nazwiska… Jaki tytuł nosiłaby powieść Agathy Christie dzisiaj? Może… Dziesięciu Afroamerykanów?

Z takich powodów wracam czasem do dobrych, prostych kryminałów Agathy Christie, ale nie tylko jej.

Akcja dzieje się u brzegów Devonu, na tajemniczej Wyspie Murzynków. Zostaje tam zaproszonych albo raczej zwabionych ośmioro zupełnie różnych osób. Na gości czeka małżeństwo, służba wynajęta kilka dni wcześniej za pośrednictwem agencji pośrednictwa; nigdy nie widzieli swoich chlebodawców.
W każdej sypialni wisi na ścianie wierszyk o Murzynkach, znany wszystkim z dzieciństwa. W salonie na stole stoi tacka z dziesięcioma Murzynkami z porcelany.

Zgromadzeni goście i służba wysłuchują w pewnym momencie, nagranego na płycie gramofonowej, oskarżenia; każdemu z nich zarzucana jest zbrodnia, za którą uniknął kary. Niedługo potem kolejni goście w rozmaity sposób tracą życie, a z tacy w salonie znikają kolejne figurki Murzynków.

Rozwiązanie tej zagadki, ujawnienie sprawcy intrygi, jest treścią powieści, która ukazała się także pod tytułem „Dziesięciu Żołnierzyków” (w niej akcja dzieje się na Soldier Island).

niedziela, 4 listopada 2018

Krzysztof Zanussi nadal kręci


„Pora umierać” – Krzysztof Zanussi

Wspomnienia, refleksje, anegdoty, przemyślenia, wnioski, nadzieje, plany i inne takie, zebrane z okazji sześćdziesiątej rocznicy urodzin reżysera (urodził się w 1939 roku). Tytuł nawiązuje do anegdoty, pochodzącej od wielkiego aktora przedwojennego, Jerzego Leszczyńskiego – sam Zanussi ma się dobrze i umierać się nie wybiera.

Krzysztof Zanussi wraca we wspomnieniach do różnych wydarzeń ze swojego życia i, choć nie robi tego ściśle chronologicznie, opowieść czyta się gładko, bez zgrzytów. To mogą być obrazki z dzieciństwa, anegdoty dotyczące okoliczności powstawania filmów, perypetie ze studiami, ciekawe znajomości, przemyślenia na tematy ogólne i bardzo różne, ot, choćby na przykład to:

Dostęp do mediów jest rodzajem łaski, która często (najczęściej) spada na hucpiarzy, szarlatanów, oszustów i hochsztaplerów, ale po to, by tej łaski dostąpił artysta, trzeba podjąć cały szereg działań opartych na rozsądku i przemysłowej dyscyplinie. Chodzi o działania aż śmieszne w swojej prostocie. Nie należy gubić adresów, trzeba odpowiadać na listy, dotrzymywać terminów, nie spóźniać się na spotkania i tak dalej. Katalog tych drobnych sprawności pokrywa się w dużym stopniu z kodeksem dobrego harcerza, ale bez tego szansę na sukces są niewielkie. Do rozpaczy doprowadzają mnie ludzie zdolni i wartościowi, którzy dla fasonu lekceważą szansę tylko po to, żeby opowiadać w towarzystwie, jak to im na niczym nie zależy. Jako producent rozmawiam serio tylko z tymi, którzy nie ukrywają tego, że zależy im naprawdę. I tak szanse mamy niewielkie.

Albo to:

A tymczasem w amerykańskiej sztuce „Lot nad kukułczym gniazdem” najważniejsze jest zdanie przegranego bohatera, bezskutecznie próbującego wyrwać z podłogi urządzenie, którym można było wyłamać kraty. Zdanie to brzmi: „Ale ja przynajmniej próbowałem!”.

Uderzające wydało mi się to, jak bardzo Polska zmieniła się w tych latach, które w książce jeszcze nie zaistniały – wydana została w 1997 roku.
Książka warta poznania, choć przed dwudziestu laty na pewno robiła większe wrażenie.

niedziela, 28 października 2018

Francja 1944 - tylko przeżyć


„Zlikwidować Paryż” – Sven Hassel

Tylko pierwsza książka Svena Hassela (Duńczyka z niemieckim pochodzeniem), wydana w 1953 roku „Legion potępieńców” była wiernym zapisem przeżyć tego żołnierza karnej kompanii Wehrmachtu. Kolejne powieści zawierają już tylko elementy autobiograficzne, ale z czasem jest ich coraz mniej. „Zlikwidować Paryż” pochodzi z 1967 roku, a ostatnia powieść tego autora, „Komisarz” (mocno naciągana) wydana została w roku 1985.

Akcja powieści dzieje się we Francji, w 1944 roku. Reichsführer-SS, Heinrich Himmler, wydał rozkaz całkowitego zniszczenia Paryża. Ale Trzecia Rzesza chyli się już wyraźnie ku upadkowi. Tylko fanatycy zdają się jeszcze wierzyć w zwycięstwo Niemiec. Reszta żołnierzy zdaje sobie sprawę, że wojna jest przegrana, ale… żołnierz nie myśli, żołnierz słucha rozkazów, walczy i umiera.

Koszmarny chaos organizacyjny, brak broni, amunicji i wyposażenia, bezsensowne spory kompetencyjne między dowódcami różnych jednostek, bałagan, ale Sven (narrator), Barcelona, Legionista, Mały, Stary, Heide i inni stawiają czoło inwazji w Normandii i starają się, jeśli nie wygrać, to przynajmniej przeżyć. Nie wszystkim się to udaje.

czwartek, 25 października 2018

Czarno-białe życie w Stanach


„Służące” – Kathryn Stockett

Zaczynając lekturę warto zdawać sobie sprawę, że segregacja rasowa oficjalnie zniesiona została w USA dopiero po zatwierdzeniu przez prezydenta Lyndona Johnsona ustawy o prawach obywatelskich (Civil Rights Act) w 1964 r. Ważne jest też, że w tym przypadku „oficjalnie” nie oznacza „praktycznie”.
Kathryn Stockett napisała „Służące”, bo uświadomiła sobie, że swoją czarnoskórą nianię, Demetrie, nigdy nie spytała, jak ta się czuje służąc białej rodzinie.

Akcja powieści dzieje się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na amerykańskim Południu. Jej bohaterkami są trzy kobiety: Eugenia „Skeeter” Phelan, biała panienka tak nieatrakcyjna, że nawet wysoki posag nie kusi potencjalnych zalotników, Aibileen, Murzynka zawodowo opiekująca się dziećmi i domami białych państwa (poznajemy ją, gdy siedemnasta jej podopieczna, urodzona w 1960 roku Mae Mobley Leefolt kończy właśnie dwa latka) oraz jej przyjaciółka Minnie, kolejna czarnoskóra pomoc domowa, najlepsza kucharka w Missisipi, ale pyskata i nie potrafiąca utrzymać języka za zębami (przeciwieństwo opanowanej i rozsądnej Aibileen), co oczywiście mocno utrudnia jej znalezienie kolejnej posady w Jackson. 

Panienka Skeeter (komar?) po ukończeniu koledżu wraca do domu i niemile zaskoczona stwierdza, że jej ukochana niania, Constantine (oczywiście Murzynka), zniknęła gdzieś w niejasnych okolicznościach. Nie mogąc pogodzić się z jej utratą (wyjaśnienia matki są mocno niewiarygodne, a inni nabierają wody w usta), wpada na pomysł napisania książki o tym, jak biali traktują czarne służące; Minnie i Aibileen mają jej w tym pomóc.
Motywy każdej z nich są inne, a po drodze napotykają wiele poważnych przeszkód i problemów, i to właśnie jest treścią książki, choć nie jej ideą, przesłaniem. Ciekawe jest choćby to, że te trzy zupełnie różne osoby, z czasem i dzięki przeżyciom, okazują się w sumie podobne.

Wydaje mi się, że tłumaczenie nie jest najlepsze – nie wystarczy zamienić „żeby” na „co by”, by w wiarygodny sposób pokazać żargon słabo albo w ogóle niewykształconych Murzynów na Południu.

środa, 24 października 2018

Pokomplikowane życie pani S.

„Czarna kartka” – Patricia Cornwell

Anatomopatolog, lekarka sądowa Kay Scarpetta (nie potrafię się nie uśmiechać, czytając to nazwisko) bada zwłoki mężczyzny odnalezione w kontenerze statku, który płynąc z Belgii przybił do portu w Richmond. Niestety, nie jest w stanie odkryć przyczyn jego śmierci. Jednak frustracja z tego powodu to głupstwo wobec wielu innych komplikacji w jej życiu. W tragicznych okolicznościach zginął jej przyjaciel i kochanek. W biurze giną różne rzeczy. Ktoś podszywa się pod Scarpettę w internecie. Trwa wojna Kay i kapitana Marino (stary dobry przyjaciel) z nową, wredną, ambitną zastępczynią komendanta policji, Dianą Bray, narasta konflikt w rodzinie… Kiedy wreszcie w śledztwie pojawia się promyk nadziei na rozwiązanie, Scarpetta i nie tylko ona, staje się celem – jej życiu zagraża poważne niebezpieczeństwo.

Książka może nie jest zła, ale dobra i warta polecenia też niekoniecznie – przeciętna po prostu. Zapewne bardziej spodoba się kobietom niż mężczyznom. 

poniedziałek, 8 października 2018

Jak urodziła się "Ćma barowa"


„Hollywood” – Charles Bukowski

Hank Chinaski (alter ego autora), sześćdziesięcioparoletni pisarz, niezły, ale nie geniusz, z czego, co ciekawe, zdaje sobie sprawę, w każdym razie znany i rozpoznawany w pewnych kręgach, otrzymuje popłatne zlecenie – ma napisać scenariusz filmu, na co nie ma początkowo ochoty, ani pomysłu. Pisanie, dalsze dzieje utworu (film nosi tytuł „Ćma barowa”), ale przede wszystkim specyficzne życie w światku Beverly Hills lat osiemdziesiątych, życie pijaków, szalonych wizjonerów, zapoznanych geniuszy, są właśnie fabułą powieści. Prawdziwą wartością jest język Bukowskiego, przepraszam, Chinaskiego, cynicznego alkoholika, pijącego tylko wino (powiedzmy), zrażającego sobie wszystkich w koło, jego sposób widzenia świata, z sobą samym włącznie, specyficzne poczucie humoru z nieustannie przymrużonym okiem, kpiną i drwiną.

Miłośnikom sztuki, głównie filmowej i muzycznej tego okresu, nie powinno być trudno rozszyfrować tożsamość niektórych bohaterów powieści. Tym bardziej, że Bukowski nie za bardzo starał się ją ukryć, tyle tylko, żeby nie zostać posądzonym o zniesławienie. Tym niemniej wiadomo albo łatwo się domyślić, kim naprawdę jest Pat Sellers (aktor), Tab Jones (wokalista), czy wreszcie Francis Ford Lopalla (reżyser).

Kawałek dobrego pisarstwa, po prostu. Polecam.

wtorek, 2 października 2018

Al, Dirk Pitt i spółka rodzinna


„Złoto cara” – Clive Cussler i Dirk Cussler

Co za dużo, to niezdrowo. Za dużo bohaterów, za dużo wątków pobocznych, za dużo problemów i komplikacji, za dużo stron… może za dużo lat.

Dirk Pitt, dyrektor do zadań specjalnych NUMA (z nieodłącznym Alem Giordino)  oraz jego dorosłe już dzieci, Dirk junior  i Summer, ratują świat przed kolejną wojną. Do tego ukraińscy buntownicy i separatyści, handlarze nielegalnie zdobytymi materiałami rozszczepialnymi (wzbogacony uran), nieprawdopodobnie zaawansowany technologicznie bojowy dron i jego wynalazca, tajna agentka Europolu (która to organizacja nie dysponuje żadnymi siłami wykonawczymi; Europol zajmuje się jedynie wymianą informacji, szkoleniami i analityką), uzbrojona, niebezpieczna i bardzo atrakcyjna, tajny układ ostatniego cara z Brytyjczykami i zaginione złoto…

Pewną ciekawostką i nowością jest lokalizacja części akcji w Bułgarii, ale poza tym, jak zwykle, dzielni bohaterowie miotają się po całym świecie, od Krymu po Gibraltar, od Waszyngtonu po Bahamy, od Londynu po Morze Czarne.

Może ja wyrosłem z fascynacji tego typu przygodami, a może to już nie ten Cussler, za którym szalałem kilkanaście lat temu.

środa, 26 września 2018

Rdzenni Amerykanie i kasyna


„Demaskator” – John Grisham

Lacy Stoltz z Komisji Dyscyplinarnej Sędziów oraz jej współpracownik i partner, Hugo Hatch, przyjmują skargę przeciwko sędzi Claudii McDover. Autorem skargi oraz inicjatorem całej afery jest Greg Myers, adwokat pozbawiony uprawnień, pozyskujący informacje od tajemniczego „kreta”, osoby będącej blisko McDover.  Myers zarzuca sędzi McDover korupcję, stronniczość, matactwa prawne, skazanie niewinnego człowieka, uwalnianie ewidentnie winnych i inne działania mniej lub bardziej powiązane z budową i działaniem wielkiego kasyna na ziemi należącej do plemienia Tappacola.

Przy okazji dowiedziałem się, że w Ameryce jest zarejestrowanych ponad 550 plemion, które na swoim terenie dysponują znaczną autonomią. Poza tym, że czerwonoskórzy nazywają sami siebie Indianami i wyśmiewają białych, którzy wymyślili określenie „rdzenny Amerykanin” i bardzo pilnują, żeby tylko takiego używać, przynajmniej oficjalnie.

Lacy Stoltz, przez chwilę z Hatchem, a dalej już sama, zbiera dowody przeciwko bezwzględnej i cynicznej Claudii McDover, wykraczając często i niebezpiecznie poza kompetencje zatrudniającej ją instytucji. Po śmierci Hugo, partnera Lacy, ojca czwórki dzieci, kochającego męża itd., wiadomo już jest w zasadzie, jak potoczy się dalsza akcja powieści.

To mocno odmienna książka Grishama, różniąca się wyraźnie od „Firmy” albo „Klienta”. W „Demaskatorze” nie ma batalii sądowych, za to jest krwawa wojna ze zorganizowaną przestępczością i skorumpowanymi przedstawicielami prawa i władzy, także tej plemiennej. Myśl przewodnia: dla pieniędzy ludzie są gotowi zrobić wszystko.

„Demaskatora” do arcydzieł Grishama nie zaliczyłbym. Powieść jest trochę zbyt długa, a wątki mało ważne, zajmują w niej zbyt dużo miejsca. Tym niemniej to jednak Grisham, więc opowieść i tak jest lepsza od setek innych powieści sensacyjnych.

piątek, 21 września 2018

Obłęd pogoni za szczęściem


„Miłość i inne deliria” – Mika Dunin


Zgodnie ze słownikiem PWN przekonanie, to zdanie oparte na przeświadczeniu o prawdziwości, słuszności czegoś. Przekonaniami posługujemy się wszyscy i jest to normalne, naturalne, powszechne i powszednie. Posługiwanie się przekonaniami upraszcza życie – ale uwaga! – „upraszcza” nie zawsze oznacza „ułatwia”, bo czasem jest wręcz przeciwnie. Zanim jednak powiążę temat przekonań z najnowszą książką Miki Dunin, pozwolę sobie jeszcze na cytat i… swego rodzaju mądrość środowiskową.

Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli[1].

W środowisku, w którym się obracam, często można usłyszeć powiedzenie: „ludzie zdrowi psychicznie, normalni, trzeźwo myślący, mają przekonania zbudowane na wiedzy i doświadczeniu; pozostali mają przekonania… zamiast wiedzy i doświadczenia”. Zabawne? Chyba jednak nie bardzo.

Miałam dziesięć lat, gdy zostałam kurwą. Nie bardzo wiedziałam, co to znaczy ani że przywrze do mnie na ćwierć wieku. Rozumiałam jednak, że to ważne. Oznajmił mi to mój ówczesny bóg, mój ojciec[2].

Oj, oberwie się autorce za „Miłość i inne deliria”, oberwie i to solidnie… Mika Dunin rozwala w drobiazgi kilka przekonań i to tych z gatunku fundamentalnych raczej. Takich prawd, które wygłasza się po słowach „wszyscy wiedzą, że…”, „prawda jest taka, że…”, czy podobnych. Nie lubimy, żeby odbierano nam poczucie bezpieczeństwa i równowagi (proszę raz jeszcze przeczytać słowa Laurenta Gounelle) i to tak bardzo brutalnie, bez kompromisów i znieczulenia, jak walnięcie pięścią między oczy.

Dobrze byłoby, gdyby czytelnik, otwierając książkę, zdał sobie sprawę, że staje oto w punkcie zwrotnym życia – jeśli ją przeczyta, nic już nie będzie takie samo bez względu na to, czy wróci do swoich wygodnych, cieplutkich, bezpiecznych, upraszczających codzienną egzystencję przekonań, czy zdecyduje się i odważy na rzetelne wietrzenie swoich poglądów, na mnóstwo pytań, które odtąd zaczną się pojawiać, pytań o to, skąd wiem to, co wydaje mi się, że wiem. Wtedy może okazać się, że niektóre moje „prawdy życiowe”, to jedynie odziedziczone po babci fantazje albo… lęki.

Jedna z wielu rozmów z Mądrym Człowiekiem. O rzeczach ważnych:
- Ja sobie nie mogę poradzić z byciem puszczalską!
-Sama się dziwię, że te słowa wypadły mi z ust. Przed nikim bym sobie na coś takiego nie pozwoliła, tym bardziej, że to była najpilniej strzeżona tajemnica, nikt nie miał prawa się dowiedzieć
[…]
I tak zamykam ten przeciągnięty do niemożliwości rozdział w moim życiu. Wystarczyło powiedzieć to na głos. Wystarczyło usłyszeć, że ktoś tak nie uważa, ale nie, że mnie pociesza w tani sposób, fałszywie. On przeprowadził logiczny wywód, udowodnił mi. Sama sobie udowodniłam. I dlatego uwierzyłam. Skończyło się. Jeden mężczyzna klątwę nałożył. Inny ją zdjął[3].

 Wydaje mi się, że najbardziej zaskoczeni będą mężczyźni – ci, którzy odważą się sięgnąć po książkę ze słowem „miłość” w tytule. Kobiety do wielu rzeczy, spraw, zdarzeń, przeżyć, mogą się nie przyznawać, ale jednak posiadają (czasem) elementarną ich świadomość. Mężczyźni – nie. Wychowani przez matki – bo ojciec zajęty był karierą, robieniem pieniędzy, graniem w piłkę z kolegami lub piciem piwa – gubią się zupełnie po zderzeniu z prawdą o uczuciach, związkach, rodzinie, odpowiedzialności, seksie…












[1] Laurent Gounelle, „O człowieku, który chciał być szczęśliwy”, Świat Książki, 2010, tłum. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, s. 49.
[2] Mika Dunin „Miłość i inne deliria”, wyd. Muza, 2018, s. 11.
[3] Tamże, s. 303-305.