środa, 10 sierpnia 2022

Jak zdobywano Dziki Zachód

 „Krew i burza” - Hampton  Sides

W połowie dziewiętnastego wieku, w dużej mierze dzięki ekspansjonistycznym zapędom prezydenta Polka, Stany Zjednoczone ruszają na podbój Dzikiego Zachodu. Wizja, by kraj rozciągał się od oceanu do oceanu nazwano… nie, to nie cyniczny żart – Boskim Przeznaczeniem. Przy okazji tysiącami mordowano Meksykanów i Indian, głównie Nawaho, ale też wszystkich innych.

Żeby to monumentalne i bardzo rzetelne dzieło historyczne dało się jakoś strawić, jego autor zastosował konwencję beletryzowanego dokumentu. Głównym bohaterem uczynił trapera i zwiadowcę, uczestnika wojny secesyjnej i generała, Kita Carsona (1809-1868). Jego imieniem nazwano miasto Carson City w stanie Nevada.

Przeczytałem niedawno kilka westernów dla dorosłych, więc może dlatego powieść Hamptona Sidesa nie porwała mnie za bardzo. Powiedziałbym, że jest to niewątpliwie pasjonująca historia, ale napisana dość ciężkawo. W każdym razie nie jest to dzieło najłatwiejsze w odbiorze.

sobota, 6 sierpnia 2022

Oczekiwanie i rozczarowanie

„Królestwo” – Szczepan  Twardoch

Odnoszę wrażenie, że nasi, nawet ci całkiem nieźli pisarze, nie są w stanie pojąć, że geniusze pisali proste historie, bez cudacznych i wątpliwych udziwnień. „Martin Eden”, „Grona gniewu”, „Lalka”. Zalane światy, dryfujące po niebie Lewiatany, mityczne Aresy… Warto byłoby zrozumieć, że tego typu wstawki nie wzbogacają powieści, raczej wprost przeciwnie. Poprawianie na siłę, nieudolne stwarzanie pozorów jakiejś głębi, zupełnie nie sprzyja ostatecznemu efektowi.

Szczepan Twardoch zrezygnował w „Królestwie” z kaszalota, i całe szczęście, ale za to wymyślił Aresa, mitycznego bohatera, który miałby pomścić Żydów, uwolnić ich itp. Ale od początku…

„Królestwo” jest kontynuacją „Króla”. Zapewne dałoby się je czytać bez znajomości części pierwszej, ale z trudem, brakiem zrozumienia pewnych treści… nie polecam. Właściwie to nie polecam w ogóle, bo wyraźnie autor pisał „Królestwo” tylko dlatego, żeby dalej zarabiać na (zasłużonej) sławie „Króla”. Pomysł, żeby napisać kontynuację losów żydowskiego boksera i kryminalisty, Jakuba Szapiry, której akcja dziać się będzie głównie w czasie niemieckiej okupacji, wydaje się całkiem sensowna, ale trzeba byłoby mieś jeszcze pomysł, jak to zrobić i co konkretnie w tej kontynuacji miałoby się znaleźć. A tego Twardochowi zupełnie zabrakło.

Jakub Szapiro był osią, głównym motywem, fundamentem „Króla”, więc i w „Królestwie” nie mogło go zabraknąć. Tyle, że tutaj staje się głazem pośrodku salonu. Nie rusza się, nic nikomu nie robi, ale przeszkadza wszystkim, bo trzeba go omijać, liczyć się wiecznie z jego nijaką obecnością. Życiową aktywność Szapiro, dawny król żydowskiej Warszawy, odzyskuje tylko w retrospektywnych wspomnieniach przedwojennej burdelmamy, Ryfki Kij, dawnej kochanki, lub swojego syna Dawida.
Dawid Szapiro powoli i w zmienionych warunkach przejmuje rolę ojca i to on stara się, by brat bliźniak Daniel i matka Emilia jakoś przetrwali okupację, getto, powstanie.

„Król” kończy się bezsensownym i histerycznym powrotem rodziny Szapirów, którzy już byli w drodze do Palestyny. Emigracja w 1939 roku, w Polsce i Warszawie, była dla Żydów bardzo mądrym posunięciem. Ale Jakub Szapiro postanowił, że wracają. W Warszawie był królem, a w Palestynie… może już nigdy nikim ważnym. Tym samym skazał całą rodzinę na wojnę, okupację i getto. Tak więc „Królestwo” jest powieścią o losie Szapirów w okupowanej Warszawie.

W książce znalazłem mnóstwo powtórzeń, jakby trzeba było to samo wydarzenie pokazywać z odrobinę różnych stron, po kilka razy. Ryfka Kij przekrada się w ruinach Warszawy szukając jedzenia albo czegoś na handel. Powtarza się to tak często i jej rozmyślania przy tym są tak podobne, że czytanie o tym po raz któryś tam staje się niestrawne.
Zdarzają się w „Królestwie” naprawdę dobre momenty, ale błyszczą one, jak diamenty w lepkim błocie. Na przykład opowieść o losie Tosi Klajnberg. Jednak takich jest bardzo, bardzo mało. A szkoda…

Ostatecznie „Królestwo” nie jest może powieścią całkiem złą, ale w porównaniu do „Króla”, a tego porównania uniknąć się nie da, to jednak dość słabą, gorszą o kilka punktów.

wtorek, 2 sierpnia 2022

Porywająca biografia Holmesa

 „Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana” – Nick Rennison

Przypomniało mi się, że dawno, dawno temu czytałem o tym, jak na terenie jakichś wykopalisk znaleziono kość, a właściwie to jedynie fragment kości. Na jego podstawie antropolodzy, zoolodzy i inni specjaliści odtworzyli szkielet dinozaura. Pełny szkielet z kawałka kości!
Nick Rennison dokonał takiej właśnie pracy z postacią Sherlocka Holmesa. Wysiłek, jaki włożył w opracowanie biografii detektywa, drobiazgowa znajomość twórczości Arthura Conan Doyle’a, wiedza o realiach epoki wiktoriańskiej (i nie tylko) oraz znaczących postaciach tamtych czasów, jest po prostu nieprawdopodobna albo porażająca. W trakcie lektury trudno jest nieustannie pamiętać, że bohater tej biografii tak naprawdę nigdy nie istniał. W połowie zaczęło mi się wydawać, że owszem, Sherlock Holmes jest postacią fikcyjną (a byłem w jego domu przy 221b Baker Street), ale może Conan Doyle oparł swój pomysł na jakiejś realnie istniejącej kiedyś postaci albo kilku osobach.

Można by spytać, i byłoby to jak najbardziej uzasadnione, po co Nick Rennison włożył tyle pracy w tworzenie biografii nieistniejącego bohatera? Odpowiedź jest związana z innym ważnym pytaniem, dla kogo jest ta książka? Wydaje mi się, że dla czytelników takich, jak ja, do malejącego z każdym rokiem grona miłośników przygód Sherlocka Holmesa. Opowiadania Arthura Conan Doyle’a były jednymi z pierwszych kryminałów, które czytałem w wieku lat kilkunastu. Matka uznała, że są na tyle łagodne, że nadają się na początek, zanim sięgnę po Agathę Christie, Dashiella Hammetta, Raymonda Chandlera i innych. Postacią głównego bohatera, prywatnego detektywa o niesamowitej zdolności dedukcji, byłem zachwycony i zaintrygowany. Przeczytałem wszystkie opowiadania o Sherlocku Holmesie i to po kilka razy. I choć od tego czasu minęło wiele lat, sentyment pozostał. I właśnie dla takich miłośników albo wręcz wielbicieli jest biografia Rennisona.

Prezentując przodków i drzewo genealogiczne Holmesa autor jego biografii sięgnął do XIII wieku i dokonał tego w sposób niezwykle wiarygodny.

W tych okolicach Holmesowie mieszkali od wieków. Już w roku 1219 w annałach Sądu Wyjazdowego hrabstwa York znajduje się wzmianka o człowieku nazwiskiem Urkell de Holmes; w okresie późnego średniowiecza ród Holmesów – dawniej średniorolnych chłopów – awansował do szeregów drobnej szlachty. Walter Holmes z Kirkbymoorside, położonego osiem mil od Pickering, wymieniony jako jeden z walczących po stronie dziedzica domu Yorków, Edwarda IV, w bitwie pod Towton w 1461, jest prawie z całą pewnością przodkiem Sherlocka i Mycrofta w linii prostej*.

Książka zawiera dziesiątki, a może i setki przypisów i odnośników. Nick Rennison wyłowił mnóstwo detali biograficznych z sensacyjnych i kryminalnych opowiadań o Holmesie. I to stanowi o fenomenie tej biografii. Do tego rzetelna wiedza o historii Wielkiej Brytanii i mamy genialną pozycję, ale… tylko dla miłośników.







--
* Nick Rennison, „Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana”, przekład Anna Bartkowicz, WAB, 2010, s. 18.

poniedziałek, 25 lipca 2022

Dziki Zachód jak prawdziwy

„Powrót Małego Wielkiego Człowieka” – Thomas Berger

„Mały Wielki Człowiek” był i jest jedną z najlepszych lektur w moim życiu. Kupiłem go w tym dziwnym czasie, kiedy książki Państwowego Instytutu Wydawniczego, a konkretnie z serii Klub Interesującej Książki, kupowało się w zwykle ciemno, a mimo to zawody i rozczarowania zdarzały się bardzo rzadko. Odwrotnie niż to jest obecnie, wydawnictwo i seria wydawnicza stanowiły swoistą gwarancję jakości. Bergerem byłem zachwycony.

Bohaterem powieści był i jest stuletni Jack Crabb, który opowiada o swoim niezwykłym życiu wśród Indian i białych, o przygodach na Dzikim Zachodzie, o uczestnictwie w ważnych wydarzeniach historycznych, o znajomości z bohaterami tamtych czasów. To oczywiście western, przygoda, ale bez naiwnego podziału na dobrych Indian i złych białych albo odwrotnie. Powieść kończy się śmiercią Jacka Crabba.

Bardzo długo w ogóle nie wiedziałem, że pojawiła się jakaś kontynuacja, że Thomas Berger napisał „Powrót Małego Wielkiego Człowieka”. A kiedy już się dowiedziałem, musiałem tę książkę zdobyć. Trochę się niepokoiłem, czy po kilkudziesięciu latach da się wrócić do takiej tematyki, ale lektura szybko rozwiała moje wątpliwości.

„Powrót Małego Wielkiego Człowieka” zaczyna się w miejscu, w którym „Mały Wielki Człowiek” się kończył. Do tego krótkie wyjaśnienie, że śmierć i pogrzeb Jacka Crabba były sfingowane z powodu utraty zaufania do Ralpha Fieldinga Snella, to jest literata, który nagrywał opowieść staruszka i miał z tego materiału zrobić książkę, na której zarobiliby obaj. Crabbowi w tej manipulacji pomagał dyrektor domu starców, który też przestał ufać Sbellowi i jego ojcu. Tak więc Jack Crabb żyje i opowiada dalszy ciąg (i nie tylko) swojej historii do magnetofonu, który ukradł Snellowi.

Mój problem, przez większość życia, polegał na tym, że nikt mnie nie słuchał. Przypomnijcie sobie, jak Dziki Bill nie pozwolił mi opowiedzieć o śmierci Custera na Tłustą Trawą. Dalej było tak samo. Zajęty w Deadwood moim bratem Billem, a potem uczestnicząc w ostatnich dniach Hickoka na tej ziemi, nie spotkałem się z opowieściami o wybiciu przez Siuksów i Czejenów większości Siódmego Pułku Kawalerii, ale w Laramie był to wciąż główny temat i, rzecz jasna, nikt nie przedstawiał argumentów czerwonoskórych, a już na pewno nie oswojeni Indianie, znani jako Kręcący się Koło Fortów, ponieważ wielu z nich to właśnie robiło, żebrząc o whisky et cetera*.

Jack Crabb, jak i w pierwszej części tej opowieści, uczestniczy osobiście w znaczących wydarzeniach historycznych, spotyka – choć nie zawsze się zaprzyjaźnia – wiele postaci prawdziwych, które w historii Dzikiego Zachodu odegrały istotne role, na przykład: Bat Masterson, Dziki Bill Hickok, generał Custer, Wyatt Earp ,Buffalo Bill , Doc Holliday itd.

Powieść czyta się znakomicie, nawet bez znajomości części pierwszej. Można po niej spodziewać się podobnych przeżyć, jak podczas lektury „Syna” Philippa Meyera lub „Na południe od Brazos” Larry’ego McMurtry.




--
* Thomas Berger, „Powrót Małego Wielkiego Człowieka”, przekład Lech Jęczmyk, Zysk i S-ka, 2001, s. 60.


piątek, 22 lipca 2022

Nie każda matka kocha dzieci

 „To jej wina” – Andrea Mara

Hej, Marisso. Tu Jenny, mama Jacoba. Może Milo chciałby przyjść do nas pobawić się po szkole w następny piątek?*.

Kiedy jednak Marissa Irwine pojechała pod wskazany w kolejnym esemesie adres, okazało się, że jej czteroletniego synka tam nie ma i nigdy nie było, że nie mieszkają tam Jenny, Richie i Jacob Kennedy. Przez chwilę jeszcze wydawało się, że ze szkoły odebrała Milo przez pomyłkę jego opiekunka, Peruwianka, Ana, ale ta wersja szybko upadła. Po przesłuchaniu pana Williamsa, nauczyciela Milo, który nadzorował wydawanie dzieci rodzicom lub nianiom, okazało się, że chłopca odebrała ze szkoły, nie wiadomo dlaczego, Carrie, opiekunka Jacoba. Chwilę później dowiadujemy się, że Carrie Finch nie jest tą osobą, za którą się podaje; w rzeczywistości to Caroline Murphy (takie nazwisko widnieje w jej akcie urodzenia, lecz właściwie nie używała go nigdy), córka Roba Murphy’ego, faceta po siedemnastu wyrokach, przyjaciółka od czasów dzieciństwa znanego przestępcy i recydywisty, Kyle’a Byrde.

Jak widać, zaczyna się bardzo dobrze, to znaczy – całkiem źle… Czteroletni Milo Irwine został zwyczajnie uprowadzony i początkowo zupełnie nie wiadomo, po co.

Narrator, w trzeciej osobie, relacjonuje różne wydarzenia w rodzinach Irwine'ów, Kennedych, Irene i Franka Turnerów (matki i ojczyma Caroline), jednak nie są to informacje ułożone chronologicznie: akcja jednego rozdziału dzieje się trzy dni przed porwaniem Milo Irwine’a, następnego cztery miesiące przed tym wydarzeniem i tak dalej, w tym stylu. Czytelnik otrzymuje coraz to więcej informacji o życiu, przekonaniach, zachowaniach i poglądach wielu ludzi pozornie mało albo nawet wcale niezamieszanych w przestępstwo.
Akcja powieści dzieje się współcześnie, zazwyczaj w cichym, spokojnym i bezpiecznym przedmieściu Dublina.

Czytelnik bardzo szybko, bez żadnych manipulacji, czy zagadek spreparowanych przez autorkę, poznaje sprawczynię porwania, Caroline Murphy\Holohan\Turner\Finch... A przynajmniej tak się to wydaje. W procesie rozwikływania zagadki nie chodzi o to, kto?, ale: dlaczego, po co? Tutaj motywy działania sprawcy, i nie tylko, ujawniają się powoli i opornie. Rozwiązanie tajemnicy, wyjaśnienie zawiłych historii rodzinnych, okazało się – dla mnie – całkowicie nieprzewidywalne.

W powieściach typu domestic thriller zawsze poruszane są wątki psychologiczne lub społeczne. Tutaj, co nie spodoba się feministkom i wyznawczyniom kultu Matki Polki, okazuje się, że toksyczna (wredna) jest zarówno babcia Milo, jak i Irene, matka Caroline.

Ostatecznie „To jej wina” jest powieścią bardzo dobrą, wielowątkową, inspirującą. I – jeśli się nie mylę – chronologicznie czwartą pozycją autorstwa tej pisarki (kolejna powinna ukazać się w sierpniu), więc może dlatego przemyślaną i dopracowaną. Polecam i mam nadzieję, że wydane zostaną po polsku też inne.





---
* Andrea Mara, „To jej wina”, przekład Daria Kuczyńska-Szymala, Muza, 2022, s. 44.

 

 

#ToJejWina, @wydawnictwomuza, @muza.shadows

poniedziałek, 18 lipca 2022

Znajdź trzydzieści szczegółów

 „Nie wierzcie jej” – Jane Heafield

Wydaje mi się, że „Nie wierzcie jej” nie można nazwać powieścią sensacyjną. Ani w ogóle powieścią. Przypomina mi raczej specyficzny eksperyment literacki albo jakąś zabawę w zagadki: znajdź trzydzieści detali, którymi różnią się te relacje. Czasem jest to zabawne, częściej irytujące, momentami po prostu nużące. Może jako opowiadanie-gra jakoś by się to jeszcze sprawdziło, ale prawie czterysta stron czegoś takiego, to doprawdy dużo za dużo.

W tekście na okładce wydawca opisał jakieś 94% fabuły. Więc wystarczy przeczytać tych kilkanaście zdań, by dowiedzieć się, o czym jest książka. Jedyne, czego nie zawiera blurb, to odpowiedzi na pytanie „kto zabił?”, czyli rozwiązania zagadki.

Tom Packham nie wrócił z pieszej wycieczki. Nie zjawił się w niedzielę na pokazie monster trucków (to takie przerośnięte pick-upy z wielkimi kołami), a będąc współwłaścicielem jednego z takich samochodów, nigdy tego typu imprez nie opuszczał. Następnego dnia nie stawił się w swojej pracy, to jest agencji nieruchomości. Z nikim się nie kontaktował, po prostu zniknął bez śladu, zostawiając w domu telefon i insulinę, niezbędne w jego przypadku lekarstwo na cukrzycę.
Żona Toma, Lucy, uważa, że mąż miał/ma romans i ją porzucił. Siostra Toma, Mary, jest przekonana, że jej brat nie żyje i to z winy żony.

…kiedy matka Toma i Mary zachorowała, oboje dostali od rodziców po domu. Tom mądrze zainwestował uzyskane ze sprzedaży pieniądze w agencję nieruchomości. To był znakomity ruch. O decyzjach Mary nie dało się powiedzieć tego samego.
\...\
Mary uznała, że pora zacząć wydawać pieniądze. Podróżowała, kupowała drogie przedmioty, fundowała wystawne imprezy dla swoich przyjaciół. Potem źródełko wyschło, znajomi ją opuścili, bo większość się ustatkowała, a Mary, bez domu i środków na utrzymanie, musiała nadal mieszkać z rodzicami[1].

W sytuacji opisanej w cytacie, Mary, nie mogąc nienawidzić brata, skupiła całą swoją złość na szwagierce. Twierdzi i rozpowiada, że Lucy, którą nawet w rozmowach z obcymi ludźmi nazywa Lucyferką, zamordowała swojego o osiemnaście lat młodszego męża. Co aż wali po oczach, to brak u Mary jakiegokolwiek smutku lub rozpaczy na taką ewentualność, jest tylko nienawiść. W pewnym momencie pomyślałem, że gdyby okazało się, że Tomowi nic nie jest, Mary byłaby zawiedziona, że nie może wpakować Lucy do więzienia. A Lucy, co chyba oczywiste w tych warunkach, nie życzy sobie kontaktów z Mary, która ją śledzi i nęka.

Narracja w książce zbudowana została w konwencji dwutorowej. Narratorkami, w pierwszej osobie, są naprzemiennie Lucy i Mary. Czytelnik zyskuje dostęp do ich myśli, wspomnień, zachowań i planów, ale nie ma to wielkiego znaczenia, skoro tekstem na okładce został ostrzeżony, że obie one kłamią.

Być może niektórzy będą się nieźle bawić, tropiąc okruchy prawdy w relacjach obu kobiet i próbując odgadnąć, co, jak i dlaczego stało się z Tomem. Jednak to, co autorce wydawało się zawiłymi manipulacjami, ja postrzegałem często jako zwykłą głupotę. Przykład: Tom zostawił telefon i insulinę; jego żona, zamiast wzruszyć ramionami i stwierdzić krótko, że nie wie, czemu tak zrobił, próbuje wymyślać jakieś niby logiczne usprawiedliwienia działania Toma, co w tych okolicznościach wygląda niewiarygodnie, a nawet podejrzanie, a po co to?
W taki oto sposób Jane Heafield zwodzi czytelników, podsuwa fałszywe tropy, ale robi to jakoś mało finezyjnie. Zakończenie tej historii jest przewidywalne, a momentami trochę jakby mało logiczne.




--
[1] Jane Heafield, „Nie wierzcie jej”, przekład Jacek Żuławnik, Muza, 2022, s. 108.







#NieWierzcieJej, @wydawnictwomuza, @muza.shadows

czwartek, 14 lipca 2022

Świadkowie Jehowy w wizjach

 „Apostatka” – Vanitas

Sięgając po „Empuzjon” Tokarczuk, oczekiwałem przeżyć literackich, miałem nadzieję na sztukę. I słusznie. W przypadku „Króla” Twardocha chodziło mi zarówno o warsztat pisarski autora, jak i fabułę powieści (ciąg zdarzeń, sytuacji, opis konkretnych działań i zachowań). Też się nie zawiodłem. Wiedząc, że apostazja to odstępstwo od wiary, od wyznawanych zasad lub przekonań, nie liczyłem w „Apostatce” na fajerwerki kunsztu i pisarski geniusz autorki. Chciałem lepiej i więcej, bo trochę już wiem, poznać, zrozumieć świat Świadków Jehowy, znanych wcześniej jako Badacze Pisma Świętego.

Vanitas, pseudonim autorki, pochodzi z Księgi Koheleta: vanitas vanitatum et omnia vanitas – marność nad marnościami i wszystko marność. Kohelet, mędrzec ze Starego Testamentu, który zdobył wiedzę o świecie i ludziach nie z ksiąg, ale z własnych doświadczeń (widziałem wszystkie sprawy, które się dzieją pod słońcem), sugeruje pogodzenie się ze światem, jaki by on nie był, i przyjmowanie z pokorą zarówno chwil szczęścia, jak i smutku. Na ziemi wszystko to jest marnością, a prawdziwej radości można oczekiwać tylko u Boga, w życiu wiecznym.

Interesują mnie techniki, sposoby i metody działania religii, sekt i wyznań. Zdaję też sobie sprawę, że ocena i same określenia zawsze zależą od oceniającego, bo przecież NASZA religia jest tą jedyną i prawdziwą, a wszyscy inni to sekciarze. Techniki działania religii, sekt i wyznań bywają różne, ale cel zawsze jest ten sam – pieniądze i władza.

Na okładce książki widać kokainową „kreskę” w kształcie krzyża, czyli już wiem - Karol Marks i jego stwierdzenie, że religia to opium mas, opium ludu (niem. Opium des Volkes). Umiarkowanie ambitne, ale przypomniałem sobie, że to miała być rzetelna relacja, a nie ambitne dzieło literackie. 

Adam i Ewa Sydlikowie, mimo pracy na trzech etatach oraz drobnych przestępstw, wiecznie borykają się z problemami finansowymi. Do tego kłopoty rodzinne, z pijanym stale ojcem Ewy, z dziećmi, gospodarstwem, domem itd. Kiedy Adam wpada na granicy z Niemcami (granica z Niemcami?!) z kontrabandą i traci przemycane papierosy oraz nie swój samochód, problemy kumulują się. Zwłaszcza że kilka dni wcześniej w idiotyczny sposób pozbył się dobrej pracy. Mniej więcej w tym samym czasie nawiązali z Sydlikami kontakt Świadkowie Jehowy. Adam, początkowo mocno sceptyczny, po wpadce na granicy, staje się jakby bardziej podatny na zrozumienie, wsparcie, pomoc i poczucie przynależności, jakie oferują członkowie sekty. I kiedy już miałem nadzieję, że wreszcie dowiem się więcej o technice działania Świadków Jehowy, w powieści nagle następuje przeskok o lat kilkanaście.

Dorosła Julka Sydlik studiuje, zmienia psychologów, szuka dla siebie pasującej religii, ćpa kokainę, zakłada fundację, która ma pomagać ofiarom sekt.
Adam i Ewa Sydlikowie mają się świetnie, dwa auta w garażu, własna fabryka itd. W tych warunkach trudno się dziwić ich zacieśniającemu się związkowi ze Świadkami Jehowy – mają przecież namacalny dowód na to, że po wejściu na właściwą drogę, Jehowa zaczął im pomagać.
Kontakt z córką, która odsunęła się od Boga, zdradziła Go? Zgodnie z zaleceniami zboru nie bardzo. Czasem Ewa, jakiś krótki telefon do córki, ale w tajemnicy przed Adamem, bo ten stał się wyznawcą wręcz fanatycznym.
Jednak problem w tym, że zaczęło się dziwnie, co najmniej dziwnie.

Uniosła wzrok – za oknem PRL przeplatany ekranami, szkłem i betonem. Przez łzy i krople na szybie świecił zamglony napis na bilbordzie 3D…[1].

Zaraz, zaraz… PRL i bilbordy 3D? PRL, a sąd w Poznaniu zasądza alimenty i koszty sądowe w euro? PRL, w którym żebrak wyciąga w stronę przechodnia nie kapelusz, ale smartfon z kodem QR? Windy, w których sztuczna inteligencja rozpoznaje twarze i wita pasażerkę po imieniu? Wirtualne manekiny i zaawansowane technologicznie systemy kontroli obywateli? Nanotechnologiczne syntezatory śpiewu? Zamówione towary dostarczają drony? Jakieś konta obywatelskie? Co jest?! Wreszcie zrozumiałem – to nie jest rzetelna relacja z wnętrza sekty! To po prostu literatura s-f!!!

Mój zapał natychmiast obniżył się o kilkadziesiąt procent. Lubię fantastykę, ale tym razem nastawiłem się na coś innego. Skoro to jakaś alternatywna rzeczywistość, to i reszta rewelacji, zawartych w książce, jest albo może być… alternatywna. Jednak przede wszystkim nie można treści książki traktować, jako zestawu rzeczowych i wiarygodnych informacji. Osoby, które znają dobrze środowisko Świadków Jehowy, i chyba tylko one, zapewne bez problemu odróżnią fakty od fantazji (fantastyki), ale ja do nich nie należę. Sięgnąłem po tę książkę WŁAŚNIE po to, żeby poznać, dowiedzieć się, zrozumieć. I to nie bardzo się udało. Właściwie to zupełnie nie wyszło.

Wyprowadził z niej krowę o kobiecej twarzy i piersiach. Z jej pleców wyrastały białe skrzydła, a nad jej ogonem rozpościerał się zielony, pawi pióropusz. Jej złote naszyjniki zaszeleściły, gdy trąciła Julię czołem w ramię. Dziewczyna odskoczyła przerażona[2].

Zaleta? „Apostatkę” czyta się szybko i zwykle bez wysiłku. Natomiast w kwestii rzetelnej i realnej wiedzy na temat Świadków Jehowy, to byłbym bardzo, bardzo ostrożny.







--
[1] Vanitas, „Apostatka”, Novae Res , 2021, s. 11.
[2] Tamże, s. 368.



Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.


niedziela, 10 lipca 2022

Pedały, cioty, luje, geje i reszta

 „Lubiewo bez cenzury” – Michał  Witkowski

Dawno, dawno temu mój znajomy, obserwując niezwykle barwną, wręcz egzotyczną paradę LGBT, powiedział: ja jestem homoseksualistą, ale ci z piórkami w dupach, obwieszeni łańcuchami, to prymitywne pedały. Krępowałem się prosić o wyjaśnienie, więc zostałem ze swoją niewiedzą. Aż do lektury „Lubiewa”.

Osoby homoseksualne były i będą – tak Bóg stworzył ten świat. Faktem jest, że przydają się różnym faszystom, neobolszewikom, wyznawcom partii narodowo-socjalistycznej. Można nimi straszyć naród, można się czuć od nich lepszym i gardzić, można ich nienawidzić… Gdyby ich nie było, zapewne trzeba by było kogoś takiego wymyślić.

Nie interesowałem się tematem homoseksualizmu w zasadzie nigdy, więc bezrefleksyjnie w bardzo rzadkich rozmowach używałem zamiennie określeń: pedał, ciota, gej, homoseksualista, pederasta i innych, w zależności od poziomu rozmowy i rozmówców. Pojęcia nie miałem, że gej i ciota, na przykład, to zupełnie nie to samo.

Geje są wytworem późnej fazy liberalnego, konsumpcyjnego kapitalizmu w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej, obecnie także w Polsce. Ich kultura to w zasadzie popkultura amerykańska, ludzie ci są bardzo słabo zindywidualizowani, raczej przejmują wzorce (mody, zachowania, nawet miny, marki itd.) grupowe, dlatego stanowią wyraźny target dla rynku, tzw. pink money (podwójne dochody, brak dzieci). Geje - w przeciwieństwie do ciot - w pełni akceptują kapitalistyczne społeczeństwo, którego są wytworem, wyznają wartości mieszczańskie i nie chcą uchodzić za buntowników. Cioty zaś są zadrą w tkance społecznej, a przynajmniej tak same siebie interpretują, jako śmieci, punki, buntowniczki, wyrzucone przez społeczeństwo na margines i akceptujące tę sytuację[1].

Kolejne określenia i pojęcia poznawałem już w trakcie lektury, choćby… luj:

Luj to sens naszego życia, luj to byczek, pijany byczek, męska hołotka, żulik, bączek, chłopek, który czasem wraca przez park albo pijany leży w rowie, na ławce na dworcu czy w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Nasi Orfeusze pijani! Bo przecież ciota nie będzie się lesbijczyła z inną ciotą! Potrzebujemy heteryckiego mięsa! Byle był prosty jak dąb, nieuczony, bo z maturą to już nie chłop, tylko jakiś inteligencik. Najlepiej, żeby był bandyta. Żadnych min nie może robić, musi mieć gębę jak udo, po prostu obciągnięty skórą futerał, nic tam się nie może ukazywać, żadne uczucie! I gdzie znajdziesz takiego w tych barach dla pedałów?[2].

Autor, Michał Witkowski, sam pederasta, o ksywie Michaśka Literatka (wcześniej Śnieżka), rozmawia z ciotami, naciąga je (ich?) na wspomnienia z czasów PRL-u albo z wczoraj. Miejscem akcji zwykle jest Wrocław i Międzyzdroje, ale nie tylko. Wiele epizodów, opowiadanych przez Lukrecję von Szretke, Dżesikę, Patrycję, Cygankę, Lady Pomidorową i innych, to zabawne anegdotki z tego dziwnego środowiska, ale cioty padają też ofiarami pobić, kradzieży, napadów, umierają z powodu zarażenia HIV lub śmiercią samobójczą; życie cioty to nie tylko zabawa.

Momentami raziły mnie – brzydziły, co tu udawać – pewne szczegóły fizjologiczne. Podobno pierwsze wydanie „Lubiewa” było ich pozbawione, ale pewności nie mam.

Poza kawałkami humorystycznymi, książki nie czytało mi się lekko, łatwo i przyjemnie, jednak zdecydowanie nie żałuję lektury. Homoseksualiści są częścią świata, w którym żyję, a skoro tak, to może powinienem zdobyć o nich jakieś sensowne, realne pojęcie, zamiast prymitywnych przekonań, ale zwłaszcza wolne od politycznych manipulacji.







---
[1] Michał Witkowski, „Lubiewo bez cenzury”, wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 397.
[2] Tamże, s. 27.


sobota, 9 lipca 2022

Polska i jej Polacy, inna wersja

 „Król” – Szczepan Twardoch

Narrator, bardzo stary Żyd, opowiada o czasach swojej młodości i sprawności. Co trochę informuje czytelnika, że czegoś nie pamięta, że nie wie, czy był świadkiem pewnych wydarzeń, czy tylko mu o nich opowiadano, a to podsunęło mi myśl, że może narrator i główny bohater powieści, to jednak ta sama osoba. Jednak nie to jest najważniejsze. Nie ma też większego, a może i żadnego, znaczenia, dryfujący po niebie kaszalot, Litani (hebr. Lewitani, czyli… Lewiatan). Z nim, czy bez niego, książka nie byłaby ani lepsza, ani gorsza. Żadna to też zagadka, czy wyzwanie dla czytelników. Twardoch zaczyna od cytatu z „Moby Dicka” Melville'a: „Któż nie jest niewolnikiem?”.

Dookoła ringu zgromadziły się dwie Warszawy mówiące dwoma językami, żyjące w osobnych światach, czytające inne gazety i darzące się nawzajem w najlepszym razie obojętnością, w najgorszym – nienawiścią, a zwykle po prostu pełną dystansu niechęcią, jakby mieszkały nie ulica w ulicę, tylko rozdzielone oceanem[1].


Co jest ważne w „Królu”? Dylematy moralne i poszukiwanie własnej tożsamości. Także próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, czy jestem tym, co robię albo, na ile jestem tym, co robię? Drugi, równie ważny wątek z wielu, to historia Polski (ograniczona fabułą do Warszawy) w ostatnich latach przed drugą wojną światową.

Główny bohater, Jakub Szapiro, bokser w żydowskim klubie sportowym Makabi oraz gangster, jest postacią fikcyjną, podobnie jak narrator (do czasu), Mojżesz Bernsztajn, osierocony za sprawą Szapiry, siedemnastoletni chłopak z Nalewek, czy właścicielka domu schadzek, Ryfka Kij. Natomiast Jan „Kum” Kaplica, to wyraźnie Łukasz Siemiątkowski, znany również jako Tata Tasiemka. Doktor Radziwiłek, to ówczesny gangster i brutalny przestępca, doktor Łokietek. Podobnie jest z bandytą, Pantaleonem Karpińskim. Historycznymi postaciami pojawiającymi się w powieści, są też marszałek Śmigły-Rydz, pułkownik Adam Koc, Felicjan Sławoj-Składkowski, nacjonalista Bolesław Bogdan Piasecki, przywódca Falangi i inni.

Nie ma dobrych ludzi. Są sami źli. Wszyscy są źli[2].

Czy bandyci – kryminalni i polityczni – są lepsi od opryszków z żydowskich dzielnic? A niby czym się różnią? Przecież źli są wszyscy. Jednak różnią się i to bardzo. Poziomem obłudy.

„Król” jest powieścią o walkach o władzę w Polsce pod koniec lat trzydziestych i walce o panowanie nad przestępczym półświatkiem. Także o odrażającym antysemityzmie wielu Polaków w tamtych czasach, o polskim antysemityzmie publicznym, oficjalnym i wręcz instytucjonalnym, w tym o gettach ławkowych (specjalne gorsze miejsca dla Żydów na uczelniach). Jest o polskim obozie koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej i potwornym traktowaniu jego więźniów…

Powieść bardzo dobra, warsztat pisarski w pełni zadowalający. A że autor odrobinę przerysował sytuację polityczną w latach 1936-8, to i co z tego. Polecam.

Na sam koniec pozwolę sobie zdradzić, że jeziorko Maroko nie znajduje się w Palestynie, ale na katowickim Osiedlu Tysiąclecia.







---
[1] Szczepan Twardoch, "Król", Wydawnictwo Literackie, 2016, s. 8.
[2] Tamże, s. 367.