czwartek, 11 grudnia 2014

Droga do wspólnoty z Bogiem

„W krainę ciszy. Przewodnik po chrześcijańskiej praktyce kontemplacji” – Martin Laird OSA

Uważam się za chrześcijanina, zależało mi więc na książce, która rzetelnie opisywałaby liczne praktyki medytacji i kontemplacji chrześcijańskiej, bo jedna z dziesiątków (może i setek) pozycji zalegających księgarniane półki, traktująca o egzotycznych technikach Dalekiego Wschodu, nie byłaby w moim przypadku przydatna do niczego, może tylko do zaspokojenia ciekawości.  Kryterium przydatności wydaje mi się ważne, bo medytację sam praktykuję i chciałbym to robić lepiej. Z nadzieją i radosnym oczekiwaniem sięgnąłem więc po „W krainę ciszy”, ale… zaczęło się źle. Nawet bardzo źle.

Już w pierwszych zdaniach wstępu autor stwierdza, że kontemplacja jest najbardziej dociekliwą, najsubtelniejszą, ale też najprostszą ze sztuk duchowych. Jedno zdanie i dwa problemy – jakim cudem to, co najdociekliwsze i najsubtelniejsze może być najprostsze, i co to są te „sztuki duchowe”? Przyznam, że irytuje mnie arogancja, z którą niektórzy duchowni stawiają znak równości między duchowością a religijnością, jakby człowiek niereligijny nie mógł być, z założenia, istotą duchową.
Następne: „Dążenie do wspólnoty z Bogiem w ciszy serca jest nam dane przez samego Stwórcę, tak jak zdolność rododendrona do kwitnienia…”[1]. Zaraz, zaraz… Stwórca obdarował rododendron zdolnością do kwitnienia, ale ludzi nie obdarzył zdolnością do wspólnoty z Bogiem, a jedynie dążeniem do tego celu, więc gdzie tu analogia? I czymże niby jest ta cała „cisza serca”? Jest XXI wiek, środek Europy, wiem, czym jest serce i jaka jest jego funkcja w organizmie człowieka. Wiem też, co się dzieje, kiedy serce milknie, to jest przestaje bić.

Pod koniec wstępu zorientowałem się, że czytanie książki Lairda w taki sposób nie ma wielkiego sensu, a może i żadnego. Odłożyłem ją na kilkanaście dni, a ponowną lekturę rozpocząłem ze świadomością sugestii, którą otrzymałem dawno temu w specyficznych i niezwiązanych z czytelnictwem warunkach: szukaj podobieństw, a nie różnic. Szukając podobieństw i porozumienia, nie koncentrując się na tym, co mi się nie podoba, z czym się nie zgadzam, co mi nie pasuje, mogłem kontynuować poznawanie przekonań prezentowanych przez Martina Lairda. Wtedy dopiero zacząłem znajdować naprawdę wartościowe rzeczy.

„W centrum uwagi znajdą się zwłaszcza praktyczne problemy, z jakimi wielu z nas się zmaga, kiedy próbuje zachować ciszę. Mowa tu o wewnętrznym chaosie kłębiącym się w naszych głowach niczym podczas szalonego przyjęcia, którego okazujemy się zakłopotanymi gospodarzami”[2].

Dokładnie tak! Od dawna zdaję sobie sprawę, że do udanej medytacji albo kontemplacji niezbędna jest także dyscyplina emocjonalna i duchowa. Umysł (Laird pewnie nazwałby to sercem) opanowany lękami, wyrzutami sumienia, urazami, lękami, strachem przed konsekwencjami niedawnych postaw i zachowań, złością, planami na bliższą i dalszą przyszłość, poczuciem krzywdy, niepewnością, wstydem, żalem po stratach, czyli tym wszystkim, co często przepełnia nam głowę, może okazać się kompletnie niezdolny do medytacji. Czemu także? Bo niezbędna jest – według mnie – dyscyplina języka i uszu.

„W krainie ciszy” znajdowałem perełki. Choćby to:
„Jedność z Bogiem nie jest czymś, co należy zdobyć, ale czymś, z czego trzeba zdać sobie sprawę. Rzeczywistość, na którą wskazuje termin »jedność« (z mnóstwem innych metafor), już istnieje” [3].

Przypominam sobie, jak wiele wysiłku kosztowało mnie kiedyś podobne odkrycie, a tu proszę – jest gotowe zdanie, wystarczyło poczekać, kupić książkę i przeczytać. Odrobinę w tym momencie żartuję. Wiem przecież, że gdybym wcześniej nie rozważał tej kwestii, to teraz, podczas lektury, wcale nie musiałbym jej zrozumieć ani nawet zauważyć. To z kolei rodzi podejrzenie, że rozważania ojca Lairda mogą okazać się momentami trudne dla niewyrobionego czytelnika, stykającego się z tematem medytacji i kontemplacji po raz pierwszy.

W pewnym momencie autor opisuje trzy elementy kontemplacji, to jest postawę, słowo modlitwy i oddech. Uważam modlitwę za element rozpraszający, ale pojedyncze słowo…  to zmienia postać rzeczy albo zmieniać może. Bo jednak fraza zbudowana z kilku słów, całe zdanie… nie, chyba jednak nie.

„Diadoch zdaje sobie sprawę z tego, że umysł nie potrafi pozostać bezczynny. Zatem należy mu dać coś do zrobienia: niech w ciszy powtarza krótką frazę” [4].

Także zdaję sobie z tego sprawę, o taką właśnie niezdolność do pełnego wyłączenia umysłu, potknąłem się na początku, przy pierwszych już próbach. Dałem wówczas mojemu umysłowi kamień, zwyczajny kamień, nieciekawy, nawet nie ładny, nie dało się nim ekscytować.

Wspomniałem na początku o specyficznych problemach, jak gdyby oporze w odbieraniu przekonań autora, a zwłaszcza identyfikowaniu się z nimi. Owszem, uległy one z czasem znacznemu złagodzeniu, ale nie zniknęły całkowicie. Ich charakter najtrafniej zapewne oddają słowa innego księdza zawarte w innej książce: „Dopiero gdy pozbędziemy się pewności właścicieli prawdy, gdy uświadomimy sobie, że jesteśmy w drodze, a nie u celu…” [5].

„W krainę ciszy” – książka zdecydowanie warta przestudiowania, choć momentami trudna.

 

 

--
1. Martin Laird OSA, „W krainę ciszy. Przewodnik po chrześcijańskiej praktyce kontemplacji”, przekład Tomasz Mucha, wyd. WAM, 2014, s. 13.
2. Tamże, s. 18.
3. Tamże, s. 27.
4. Tamże, s. 92.
5. Tomáš Halík, „Hurra, nie jestem Bogiem!”, wyd. Agora SA, 2013, przekład Tomasz Dostatni OP, s. 81.

niedziela, 7 grudnia 2014

Jack Reacher, dywany, kobiety

„Siła perswazji” – Lee Child

Jack Reacher, były żandarm wojskowy, człowiek niesamowicie sprawny, doświadczony i ponadprzeciętnie inteligentny, udaremnia porwanie chłopaka z uczelnianego kampusu w Nowej Anglii. Zabija przy tym wszystkich (albo prawie) porywaczy, ale też – w wyniku tragicznej pomyłki – policjanta. Ucieka wtedy z miejsca zdarzenia, zabierając ze sobą młodego studenta, którego odwozi do domu.

Czytelnikom innych powieści tegoż autora z Reacherem w roli głównej od razu powinna rzucić się w oczy sztuczność całej tej sytuacji, jakiś wyraźny fałsz. I bardzo słusznie, bo już w drugim rozdziale okazuje się, że cała ta akcja została zainscenizowana po to tylko, by dotrzeć do ojca chłopca, a poprzez niego do Francisa Xaviera Quinna, najbardziej wrednego typa, jakiego Jackowi zdarzyło się w życiu spotkać. Problem w tym, że Ouinn od dawna powinien nie żyć… 

Jack Reacher walczy dzielnie ze złymi facetami i demonami własnej przeszłości, przeżywa miły romans i zostawia ten świat nieco bezpieczniejszym niż dotąd. 

Literatura sensacyjna z zacięciem przygodowym; lekka, ale przyjemna. Jakim cudem oryginalny tytuł „Persuader” przeistoczył się w „Siłę perswazji” odgadnąć nie potrafię (persuader to broń, rodzaj strzelby, która pojawia się w książce i odgrywa tam znaczącą rolę).

środa, 26 listopada 2014

Uroki kopulacji z goblinami

„Śmierć o północy” – Laurell K. Hamilton

Czwarta, z liczącego jak dotąd  dziewięć tomów, część cyklu o Meredith NicEssus (Merry Gentry).

W kopcu faerie, w czasie konferencji prasowej, w niewytłumaczalny sposób ginie jedna istota magiczna oraz człowiek, fotoreporter. Księżniczka Meredith postanawia wezwać na pomoc policję, co jest swego rodzaju ewenementem i szokiem dla sidhe.

Policja prowadzi śledztwo, sidhe knują i spiskują, walka o władzę nad dworem Unseelie między zwolennikami księcia Cela i Meredith staje się coraz bardziej zacięta i krwawa, mnożą się zamachy. Księżniczka z niepokojem szykuje się do oficjalnej wizyty na dworze Seelie.
Merry nadal usilnie stara się zajść w ciążę i w tym celu kopuluje namiętnie i ochoczo z kolejnymi strażnikami, ale nie zapomina też o ulubionym seksie oralnym, który powoduje, że kolejni faerie odzyskują siły… może nie tyle magiczne, bo te mieli przecież od wieków, ale wręcz boskie.

Odnoszę wrażenie, że z każdym kolejnym tomem spółkowania przybywa, coraz więcej jest też seksu oralnego i grupowego, nieomalże na granicy pornografii, a może i poza nią…

środa, 19 listopada 2014

O praktykowaniu duchowości

„O duchowości z krwi i kości” – Dariusz Piórkowski SJ

Może to tani sentymentalizm, ale ma dla mnie znaczenie fakt, że Dariusz Piórkowski urodził się na Opolszczyźnie i przez pewien czas był duszpasterzem akademickim w Opolu. Dawno, dawno temu jezuici użyczyli miejsca w Xaverianum (Jezuicki Ośrodek Formacji i Kultury w Opolu) grupie „Kwiaty na betonie”, zresztą… nadal czasem tam bywam. Kolejny sentyment mam do „Czarodziejskiej góry” Manna, bo to dzięki tej lekturze narodziło się moje… swego rodzaju uznanie dla gruntownie wykształconych, inteligentnych ojców jezuitów.

Od kilku lat z pasją wyszukuję i ze sporym zainteresowaniem czytam rozmaite publikacje dotyczące duchowości, która – w moim przekonaniu i praktykowaniu – jest zwyczajna, powszednia i codzienna, i (jak sądzę) niewiele ma wspólnego z bombastycznym, egzaltowanym mistycyzmem. Przyznaję od razu, że nie jest to łatwe w kraju, w którym ponad dziewięćdziesiąt procent obywateli deklaruje się jako katolicy, choć wielu z nich objawia wyraźne, choć niezupełnie zrozumiałe przeze mnie, objawy jak gdyby alergii na katolicyzm. Ale… mniejsza z tym.

Oddając głos autorowi: „…duchowość z krwi i kości to nic innego jak żywa wiara w to, że Boga »można widzieć i spotkać w praniu, smutku i jagodach«, jak pewnego dnia ujęła to grupa opolskich studentów, parafrazując wiersz ks. Jana Twardowskiego. To kochać Boga w stworzeniach, a stworzenia w Bogu – jak powtarzał św. Ignacy Loyola. W tej książce będzie więc mowa o duchowości, która nie polega na ucieczce od świata czy mistycznych doświadczeniach oderwanych od zwykłości codziennego życia”*.

Do kogo adresowana jest książka Piórkowskiego? Na pewno do wszystkich zainteresowanych praktycznym podejściem do duchowości, w tym przypadku katolickiej i jezuickiej – ważne wydaje się zwłaszcza to drugie. Czy jej lektura jest dobrym pomysłem dla początkujących? Wydaje mi się, że nie, że chyba jednak lepiej by było, gdyby była to druga albo nawet trzecia książka dla kogoś, kto zainteresował się praktykowaniem duchowości. Oczywiście mogę się mylić. Czemu tak uważam? Wydaje mi się, że przydatna być tu może pewna praktyka, podjęte już określone działania. Podam może przykład, dzięki któremu łatwiej będzie zrozumieć, czemu upieram się przy określeniu „praktyka” i dlaczego nie ma ona tak wiele wspólnego z chadzaniem po kościołach, jak mogłoby się to wydawać.

Wśród moich znajomych i przyjaciół (płci obojga) wielu jest takich, którzy prowadzą regularnie tak zwany „dzienniczek wdzięczności”; sam koncentruję się (oczywiście nie tylko) na wdzięcznościach podczas codziennej wieczornej modlitwy i obrachunku moralnego. Dariusz Piórkowski napisał: „Dobrą szkoła nieustannej modlitwy jest ignacjański rachunek sumienia, który zmierza do wyrobienia w sobie wrażliwości na zauważalne działania Boga pośrodku codziennego życia. Fundamentem tej modlitwy jest wdzięczność, która wyrabia w człowieku pozytywne podejście do rzeczywistości. Niektórzy nazywają tę postawę »wdzięczną czujnością«, ponieważ z jej pomocą staramy się przyjrzeć mijającemu dniowi, wierząc że był w nim obecny Bóg, który mówił i działał w najróżniejszych wydarzeniach”**.

Dodałbym tylko, że duchowe praktykowanie wdzięczności, znakomicie zabezpiecza przed ciągotami do odgrywania roli ofiary i użalania się nad sobą.

Istotnych i poruszających tematów jest w książce Piórkowskiego wiele, choćby zwrócenie uwagi na obecność we własnym życiu wyrażającą się w uważności, przytomności, a nawet czujności; jest w niej mowa o gniewie, jako rzeczy ludzkiej, o zniechęceniu, o własnej tożsamości, o granicach ludzkiej wolności, o ludziach przegranych (a czy są tacy?), o różnicy między pielgrzymką a włóczęgą i wiele innych. Nie zawsze z Piórkowskim się zgadzam, zawsze jednak jego wersja, postawa, przekonanie, skłaniają do zastanowienia, rozważenia.

Na koniec jeden jeszcze cytat, który wywarł na mnie spore wrażenie, być może dlatego, że pojawił się przed moimi oczami w bardzo odpowiednim czasie. „Tak to już chyba z nami jest, że póki żyjemy, nie unikniemy napięcia między pragnieniem zadomowienia a odzywającym się ciągle niespełnieniem. Zadomowienie jest potrzebne, ale zawsze musi być ono względne, tymczasowe. Nigdy absolutne i wieczne”***.
 

 

 

 

 

--
* Dariusz Piórkowski SJ, „O duchowości z krwi i kości”, Wydawnictwo WAM, 2011, s. 8-9.
** Tamże, s.18.
*** Tamże, s. 40.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Walka o królestwo Unseelie

„Dotknięcie mroku” – Laurell K. Hamilton

Księżniczka Meredith NicEssus (córka Essusa), znana w Los Angeles jako detektyw Merry Gentry, toczy bezpardonową walkę o tron dworu Unseelie z księciem Celem, który nawet uwięziony i torturowany przez własną matkę za próbę zabicia Meredith, nadal okazuje się śmiertelnym zagrożeniem.  

Władzę i tron Unseelie Merry zdobędzie jeśli zajdzie w ciążę wcześniej, niż Cel stanie się ojcem. Królowa Andais, notabene ciotka Meredith, obdarowała ją kilkoma ze swoich Kruków, to jest ochroniarzy i kochanków. Merry spółkuje z nimi namiętnie, ale zaczyna mieć wątpliwości, czy ją kochają – ten, który ją zapłodni, zostanie królem. Poza tym seks uprawiany tylko dla zapłodnienia przestaje ją ekscytować; pragnie poczuć w ustach męski penis, najlepiej wraz z jądrami, a w gardle strugę nasienia. Przegrywa więc pewien zakład i zdobywa to, o co chodziło, a nawet więcej bo podwójną penetrację i ejakulację. Okazuje się, że w ten sposób jej magiczne moce rosną i Merry przywraca boskość kolejnym kochankom/strażnikom.
Wszystko to mogłoby być nawet mocno podniecające, ale trzeba pamiętać, że – choć niesamowicie przystojni, męscy i seksualnie sprawni – faerie jednak nie są ludźmi.

Oferując ciało i… hm… płyny ustrojowe goblinom Kuraga, Krwawym Motylom oraz innym takim, Meredith nawiązuje sojusze, dzięki którym udaje się udaremnić próbę przejęcia władzy w królestwie. Przez chwilę królowa Andais i jej siostrzenica grają w jednej drużynie, ale nie ma się co łudzić – matka nadal pragnie tronu dla swojego syna.

Oczywiście ciąg dalszy nastąpi.

czwartek, 13 listopada 2014

Tragedia Ryszarda Riedla

„Rysiek” – Jan Skaradziński
 
Książka Skaradzińskiego jest biografią Ryszarda Riedla, autora tekstów oraz wokalisty zespołu Dżem, w pewnym sensie zapewne socjopaty*. Niewątpliwie miał talent – głównie wokalny, ale też i pewną charyzmę, która porywała słuchaczy, uczestników koncertów; ładnie rysował, grał na organkach. Choć występy Dżemu oraz innych kapel, z którymi występował, nie trafiły w mój gust muzyczny (może z drobnymi wyjątkami), to jednak nie mam wątpliwości, że dla polskiej muzyki rozrywkowej i w swoich czasach był kimś wybitnym, porównywalnym może nawet do Czesława Niemena.

Jako człowiek… no, cóż… kompletnie niezdolny do podporządkowania się jakimkolwiek zasadom życia w społeczeństwie. Nie skończył nawet szkoły podstawowej (w dostępnym na YouTube, dokumentalnym filmie „Się macie ludzie” z 2004 roku, matka Ryszarda Riedla mówi, że to cud, że w ogóle nauczył się czytać i pisać). Zafascynowany Indianami, miłośnik westernów. Jeśli, na żądanie ojca, podejmował jakąś pracę, to liczyć ją można było raczej w dniach i godzinach niż miesiącach. Lekceważący podstawowe zasady higieny (jego trampki kładziono na parapecie, ale mieszkanie, które odwiedzał, i tak przenikał smród – to już z książki Skaradzińskiego), w przepoconych ciuchach, z koszmarnie popsutymi zębami, co widoczne jest na paru filmach nagranych podczas koncertów (zęby Rysiek wyremontował sobie dopiero pod koniec życia).

W pewnym okresie życia zarabiał dużo, zdarzało się, że przynosił do domu kwoty, będące wielokrotnością pensji górniczej. Jego żonie czasem udawało się coś z tego przeznaczyć na czynsz.

Ryszard Riedel często spóźniał się albo w ogóle nie zjawiał na swoich koncertach (na oba swoje śluby też się spóźnił) – cóż… narkoman, pewnie ze czterdzieści razy na odwykach i detoksach. Namawiał (skutecznie) do ćpania swoją żonę.
Zmarł nie będąc już właściwie członkiem zespołu Dżem – grupa zawiesiła współpracę ze swoim frontmanem z powodu jego postępującego uzależnienia oraz kompletniej nieprzewidywalności i nieodpowiedzialności. Polska, przed zmianami i po nich, nie była odpowiednim miejscem do praktykowania niefrasobliwego, hippisowskiego romantyzmu, ale czy gdziekolwiek i kiedykolwiek istniało albo istnieje takie miejsce?

Książka nie kończy się wraz ze śmiercią Ryszarda Riedla – ciąg dalszy to dociekania, kto przyniósł mu do szpitala narkotyki kilka dni przed śmiercią, historia prawniczych przepychanek żony Riedla z zespołem Dżem, relacja z cmentarza: z grobu Riedla często usuwać trzeba było ślady alkoholowych albo narkomańskich libacji, wreszcie dorobek artystyczny – płyty, koncerty, występy z innymi niż Dżem kapelami.

Książkę Jana Skaradzińskiego oceniłbym jako ciekawą, zwłaszcza dla fanów Ryśka, jeśli takowi jeszcze żyją, ale jednak literacko przeciętną i momentami niepełną. Jest to raczej opowieść o człowieku, składająca się często z luźnych wspomnień osób z jego kręgu, rodziny, a nie jego kompletna, wyczerpująca biografia. I bardzo, bardzo smutna…

--
* Socjopatia (zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN: http://sjp.pwn.pl/sjp/socjopatia;2575740.html ) to zaburzenie osobowości polegające na nieprzystosowaniu się jednostki do życia w społeczeństwie. 

piątek, 31 października 2014

Jack Reacher i porywacze

„Bez litości” – Lee Child

Jack Reacher, były oficer żandarmerii, sprawny, inteligentny, silny, bezwzględny, wędrując po kraju właściwie bez celu, staje się przypadkowym świadkiem zdarzenia, które – jak to się później okazało – było elementem akcji przekazywania części okupu za porwaną matkę i córkę.
Żonę i dziecko, ośmioletnią dziewczynkę, porwano Edwardowi Lane, pozbawionemu skrupułów dowódcy oddziału najemników. Pomimo wypłacenia przez niego ogromnego okupu, w sumie dziesięć i pół miliona dolarów, Kate i Jade nie zostały uwolnione, nie wróciły do domu.
Reacher postanawia pomóc (choć nie za darmo) Edwardowi Lane odnaleźć porywaczy i – jak sądzi – zabójców, jednak z czasem dowiaduje się coraz więcej o swoim zleceniodawcy. W związku z tym sytuacja coraz bardziej się komplikuje, a jej finał okazuje się wyjątkowo zaskakujący, chociaż… Pewne poszlaki, wskazówki, tropy, autor jednak czytelnikowi pozostawił.