czwartek, 18 kwietnia 2019

Znów coś przemija z wiatrem...

„Złote Wybrzeże” – Nelson DeMille

Johna Grishama wszyscy znali jako autora znakomitych thrillerów prawniczych. Aż tu nagle pojawił się „Malowany dom” (później „Czuwanie” znane też jako „Chłopcy Eddiego”) i wielu czytelników było potężnie rozczarowanych. Czyja to wina, kto spie… sprawę? Autor? Tłumacz? Wydawca? Tak, oczywiście, że ten ostatni. Z premedytacją nie zawiadomił jasno i wyraźnie potencjalnych nabywców, że ta akurat pozycja Grishama, to powieść społeczna, obyczajowa. Oczywiście nie było i nie ma takiego obowiązku, nie wymaga takich działań żadne prawo, ale… nieładnie. 
Nelsona DeMille wielu czytelników znało jako autora powieści sensacyjnych, thrillerów. A tu nagle polski wydawca bez ostrzeżenia wypuścił na rynek „Złote Wybrzeże”, książkę, która thrillerem zdecydowanie nie jest. Może raczej powieścią psychologiczną i socjologiczną z elementami romansu dla mężczyzn.

Złote Wybrzeże na Long Island obejmuje północną linię brzegową hrabstwa Nassau i łańcuch niskich wzgórz, które wznoszą się obszarze do dziesięciu mil od lądu. Kiedyś (początki dwudziestego wieku) skupisko władzy, bogactwa oraz – rozumianej na wzór amerykański – arystokracji. Stare rody i fortuny tak wielkie, że właściciele okazałych willi z basenami w Beverly Hills, są w porównaniu z nimi żebrakami. Na Złotym Wybrzeżu domy nie mają numerów – poczcie muszą wystarczyć nazwy rezydencji.

Głównym bohaterem i narratorem jest John Sutter, odnoszący sukcesy prawnik z Wall Street (i nie tylko). Jego przodkowie zamieszkiwali na Long Island od siedemnastego wieku, co tutaj ma kolosalne znaczenie. Jon jest dość zamożny, ale nie bogaty. Mieszka z żoną (lady Stanhope) i dorastającymi dziećmi w skromnym, piętnastopokojowym domku gościnnym położonym na ziemiach należących do teściów. Pałac, Stanhope Hall, czeka na nabywcę.

Około czterdziestoletni John Sutter trochę zaczyna się w życiu nudzić (wcześniejszy kryzys wieku średniego?), ma pewne problemy w związku, czegoś zdaje się szukać, nie bardzo jednak wiedząc, czego. Wtedy rezydencję w sąsiedztwie, pałac Alhambra, kupuje bezwzględny szef mafii, Frank Bellarosa. Jego obecność działa jak katalizator… spraw, zdarzeń, narastających kłopotów.  Mafioso najpierw, niewinnie, poprosił Suttera, by ten reprezentował go w pewnej legalnej transakcji, ale wreszcie sięgnął po duszę prawnika… i jeszcze więcej.

Dobra książka. Mam do niej sentyment. Czytałem pierwszy raz mnóstwo lat temu, ale czasem wracam do co ciekawszych fragmentów. Lubię Johna Suttera, a zwłaszcza jego specyficzne poczucie humoru i wnioski, jakie wyciąga z obserwacji otaczającego świata. Jest w książce także wątek kryminalny, ale jakby przy okazji, dodatkowo – do końca upierał się będę, że ta powieść nie jest thrillerem. Porównanie do powieści Fitzgeralda „Wielki Gatsby” wydaje mi się sensowne, choć niezbyt dokładne.

środa, 10 kwietnia 2019

Polski Brudny Harry na tropie


„Ekspozycja” – Remigiusz Mróz

Dawno, dawno temu dowiedziałem się, że Amerykanie dziwią się Polakom, że ci rozróżniają fotografię i fotografikę, zamiast po prostu dzielić fotografię na dobrą i złą. Po latach, kiedy naczytałem się współczesnych powieści polskich, wątpliwości wróciły – czy powieści dzielą się po prostu na dobre i złe, czy może jednak jest to odrobinę bardziej skomplikowane i, na przykład, ich twórcy dzielą się na artystów i rzemieślników, na pisarzy i autorów? Oczywiście każdy pisarz jest autorem, ale chyba nie każdy autor jest pisarzem…
Moje rozważania i wątpliwości dotyczą głównie autorów polskich, ale nie dlatego, że uważam ich za znacząco gorszych od całej reszty, ale ze względu na wkład w ostateczny kształt dzieła, tłumacza – w przypadku powieści niepolskojęzycznych. Starsi miłośnicy fantastyki pamiętają zapewne, jak bardzo spieprzyć sprawę może autor przekładu.
Temat ten powrócił do mojej świadomości, wypłynął jakby na jej powierzchnię, gdy czytałem Sumlińskiego – bardzo możliwe, że człowiek ten ma rację, ale pisze bardzo źle, a poza tym… http://kompromitacje.blogspot.com/2016/01/sumlinski-plagiator-patologiczny.html. Ostatecznie i ponad wszelką wątpliwość, Wojciech Sumliński jest autorem, ale – moim niezwykle skromnym zdaniem i tak, jak ja to rozumiem – pisarzem nie jest w najmniejszym nawet stopniu.
Głowacki, Tokarczuk, Dukaj, Myśliwski, Libera – to pisarze. Czy Grochola albo Mróz są pisarzami, czy tylko autorami?

Na krzyżu na szczycie Giewontu ktoś powiesił nagie zwłoki docenta Chilmoniuka, z Uniwersytetu Rzeszowskiego, specjalisty od zwojów znad Morza Martwego (Qumran) i numizmatów z tamtych czasów. W jego gardle komisarz Wiktor Forst znalazł kopię starożytnej monety.
Z tajemniczych powodów (tajemniczych do czasu) Forst zostaje zawieszony, co nie przeszkadza mu prowadzić śledztwa w stylu, wypisz-wymaluj, Brudnego Harry’ego. Namawia do współpracy Olgę Szrebską, dziennikarkę łaknącą zawodowych sukcesów.
Huraganowa akcja non-stop, trupów z monetami w ustach przybywa, okazuje się, że takich zbrodni było mnóstwo, także w odległej przeszłości, dzielna para w tajnej misji przedziera się przez Białoruś do Rosji…

Myślę, ze Remigiusz Mróz miał całkiem dobry pomysł, ale zrealizował go… hm… tak sobie.  Powieść wydaje się nie do końca przemyślana, ale przede wszystkim... niedopracowana. Podam może jeden przykład. Białorusini obiecali udostępnić Forstowi i Szrebskiej swoje akta i zrobili to. Okazało się, że akta białoruskich służb specjalnych są po białorusku. Forst uznał to za niewątpliwy dowód wielkiego spisku. Ups!

Niezła rozrywka, jeśli nie czepiać się detali i traktować ją z przymrużeniem oka. Można przeczytać, ale niekoniecznie trzeba.

A wracając na moment do rozważań z początku tej gawędy, zastanawiam się, kiedy zaszła zmiana, kiedy autorzy i wydawcy odkryli, że można znacząco obniżyć jakość, nie tracąc przy tym za bardzo na liczbie sprzedawanych egzemplarzy? Bo wielu czytelnikom i tak się podoba, i tak są zadowoleni…

piątek, 5 kwietnia 2019

Dzieci zbrodniarzy wojennych


„Dzieci Hitlera” – Gerald Posner

Wisława Szymborska w wierszu „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej” napisała: Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. W pełni się zgadzam. Jeśli nawet czasem podczas lektury zastanawiałem się przez chwilę, jak ja bym postąpił, zachował się w określonej sytuacji, to do tych swoich pomysłów nie przywiązywałem się za bardzo, bo wiem już od dawna, że tak naprawdę nie wiem, co by było, gdyby… Zdarzały mi się w życiu sytuacje i okoliczności, w których przyjąłem postawę zupełnie odmienną od tej, którą byłem sobie w stanie wyobrazić.

Książka zawiera jedenaście rozmów, wywiadów, z dorosłymi dziećmi nazistowskich prominentów, m.in. z synami Hansa Franka, synem Josefa Mengele, synami Karla Saura (zastępcy Speera), córką Hjalmara Schachta (jednego z bardzo niewielu uniewinnionych w Norymberdze, geniusza finansowego), synem admirała Karla Dönitza, synem Clausa von Stauffenberga, synem Rudolfa Hessa (nie mylić z Rudolfem Hössem, komendantem obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau), córką Ernsta Mochara (mniej w Polsce znany), córką Hermanna Göringa oraz córką Maxa Drexela.

Wszystkie relacje/rozdziały zbudowane są według identycznego schematu: sylwetka ojca ze szczególnym uwzględnieniem zbrodni wojennych, a następnie opowieść dziecka (dorosłego, często starszego człowieka) o ojcu, o swoich z nim relacjach, o ocenie życia i postawy ojca oraz o własnym życiu i problemach w związku z powiązaniem z rodzicem nazistą.

Dzieci zbrodniarzy prezentują postawy skrajnie odmienne. Syn Rudolfa Hessa uważa ojca za człowieka pokoju niesprawiedliwie osądzonego przez zwycięzców. Jeden z synów Hansa Franka usprawiedliwia, a nawet podziwia ojca, a drugi ostro go potępia. Syn Josefa Mengele, po próżnych staraniach porozumienia z ojcem (raczej po próbach zmuszenia go, by uznał swoją winę) ostatecznie go odrzuca.
Specyficzna jest relacja syna Clausa Stauffenbegra – jest wręcz dumny ze swojego ojca, który podjął próbę zgładzenia Hitlera i zapłacił za to życiem. Ale to jest sytuacja wyjątkowa. Ciekawa jest opowieść córki Ernsta Mochara o dwudziestu ponad latach kłótni z ojcem, który może nie był zbrodniarzem, ale fanatycznym nazistą został do końca życia, sprzeczał się z faktami, negował rzeczywistość. Ojciec Dagmar Drexel (rzeźnik z Ukrainy, dowódca grup specjalnych mordujących cywili) też twierdził, że właściwie nie zrobił nic złego.

Gerald Posner rozmawiał z tymi ludźmi, którzy zgodzili się na ujawnienie imion i nazwisk. Ograniczył się też wyraźnie do dzieci prominentnych nazistów (z wyjątkiem Mochara). Dlatego relacji jest tak niewiele.

Być może z równą ciekawością, może i większą, przeczytałbym wyznania synów i córek esesmanek z obozów koncentracyjnych, niemieckich zbrodniarek, jednak autor z jakiegoś powodu postanowił ograniczyć się do mężczyzn.