piątek, 3 lipca 2020

Zabawa słowami pana Jerzego


„1000 słów” – Jerzy Bralczyk

Zaraz na początku, gdy czytałem treść hasła „arcydzieło”, przypomniała mi się dyskusja, dotycząca oceniania jako arcydzieło właśnie, bardzo przeciętnych pozycji. Taka ich ocena, co do tego nie mam wątpliwości, wynika z reguły wzajemności, tak zgrabnie opisanej przez Cialdiniego w „Wywieranie wpływu na ludzi”. A o arcydziele autor pisze:

Żeby coś arcydziełem nazwać, trzeba wziąć sporą odpowiedzialność na siebie. Tak mogą orzec wielcy specjaliści, w których kompetencje i obiektywizm wątpić się nie da, albo pokolenia odbiorców. Bo arcydzieło to coś bliskiego ideału, a skąd wiemy, jaki jest ideał? Arcydzieła są ponadczasowe, choć do czasu bywają silnie przypisywane: mówimy o arcydziełach epoki, na przykład średniowiecza. To takie dzieła, które nie tylko o epokach mówią, ale tworzą te epoki, tak jak same są przez epoki tworzone.

Tysiąc i jedno słowo/hasło. Coś w rodzaju specyficznego, prywatnego słownika (bo o słowach), w którym jest i o ich pisowni, i o gramatyce, i o etymologii, i o… tego lub innego pojęcia. Fantastyczna przygoda, werbalna uczta – jak słowami bawi się Jerzy Bralczyk, tak chyba nikt inny.

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Bo te żydy Jezusa ukrzyżowały


„Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota” – Paweł Piotr Reszka

W Bełżcu, Sobiborze i okolicy, w latach 1942-43, Niemcy bestialsko wymordowali setki tysięcy obywateli polskich wyznania mojżeszowego, może nawet z milion. Ciała ofiar palono lub zakopywano w masowych grobach. Niemcy odbierali Żydom (chrześcijanie i  inni też tam byli zabijani, ale Żydów było jednak najwięcej)  wszelkie kosztowności, ale przy takiej masie ludzi, wiele walorów udawało się jednak ofiarom ukryć. Od czasu, gdy Niemcy zaczęli się wycofywać, w zasadzie do dziś (a tak, tak!), Polacy z pobliskich wsi, i nie tylko, rozkopują miejsce pochówku ofiar, szukają złota (zęby, koronki, biżuteria), dolarów i innych walut. W płuczkach, jak sama nazwa wskazuje, płukano ludzkie kości, oczyszczając je z resztek tkanki, błota i zanieczyszczeń. Ułatwiało to znalezienie złota.

W pierwszej części książki – dziennikarskiego śledztwa – autor, który jako nastolatek podczas wakacji dowiedział się, że w Bełżcu zginęło wielu członków jego rodziny, rozmawia z kopaczami, tymi, którzy profanowali miejsce pochówku dla zdobycia złota, w pierwszej fazie, natychmiast po odejściu Niemców. W dalszej części są to wywiady ze świadkami tych zdarzeń, z drugim pokoleniem kopaczy i ich rodzinami, relacje z żałosnych prób ochrony tego miejsca przez nieudolne państwo, nielicznych procesów i jeszcze rzadszych wyroków.

„– Czy ktoś na wsi mówił, że to, co robicie, jest złe?
Nie. Może i księża powinni coś powiedzieć, ale nie zwracali na to uwagi.
– A co pan teraz o tym myśli?
To kopanie, to i tak nie pomogło ani nie zaszkodziło temu umarłemu. Nic złego nikt nie robił. To, com znalazł, to by i tak przepadło. Chociaż Żydzi też byli ludźmi. Każdy na drzwiach miał przybite przykazania”*.

Kiedy przeczytałem ten fragment, zaskoczyło mnie to, że… jakoś mnie to nie zdziwiło. Ksiądz (księża bardzo dobrze wiedzieli o ciągnącym się latami procederze) miałby jakoś zabraniać profanacji zwłok, odrąbywania głów szpadlem, żeby już w domu lub lesie na spokojnie, poszukać w ustach złotych koronek, zakazywać parafianom grzebania trupom w odbytach i pochwach? Przecież część zdobyczy lądowała na księżej tacy! A jeśli nawet nie były to złote zęby, to pieniądze uzyskane z ich sprzedaży.

Jeden z rozmówców autora stwierdził, że człowiek jest zły z natury. Rodzi się egoistą, kocha tylko siebie. Złe cechy ma rozwinięte od początku, za to dobra musi się nauczyć. Dobrym człowiekiem można się dopiero stać, ale trzeba wykonać pewną pracę. I, że wierzy, że każdy ma w sobie też zalążek dobra i od niego zależy, co z nim zrobi. Ale też nie każdy jest w stanie podjąć taki wysiłek i nie każdy czuje taką potrzebę. Moim zdaniem – ma rację. Nie wiem, jak to wygląda w przypadku innych nacji, nie znam ich zbyt dobrze, ale u Polaków jest właśnie tak. I nie, nie lokalnie… w Treblince też kopali.

Książka, której wielu nie przeczyta. Zwłaszcza tych, którzy pond prawdę, rzeczywistość i fakty, stawiają własne przekonania i propagandę partyjną.


--
* Paweł Piotr Reszka, „Płuczki. Poszukiwacze żydowskiego złota”, Wydawnictwo Agora, 2019, s. 18.

czwartek, 18 czerwca 2020

Co będzie gdy się nie spodoba?


„Nieśmiertelny diament” – Richard Rohr

Przyznam, że ten Rohr wiele razy ekstremalnie podniósł mi ciśnienie. To już nie był ten sam autor, z którym znajdowałem wspólny język w książce „Spadać w górę”. Parę razy nieomalże miałem ochotę krzyknąć: nie, nie zgadzam się! Oczywiście tego nie zrobiłem, bo zawsze jednak przypominałem sobie, że mowa jest o wierze i przekonaniach. Ja mam jakieś, Rohr często, bardzo często, zupełnie inne. I co z tego? Tu nie chodzi o rację, którą dałoby się w jakikolwiek sposób udowodnić lub wykazać. Takich przekonań, które ja mam inne albo nie rozumiem, jest w książce wiele, choćby to, że nasza dusza jest w jakiś sposób większa od nas samych, albo to, że Bóg jest całkowicie we mnie, ale jednocześnie całkowicie poza mną.

Stwierdzenie:

„…nawet właściwe postępowanie »fałszywej osoby« przynosi złe owoce”[1].

…jest jak najbardziej moje, zgadzam się z nim całkowicie, to efekt także moich przeżyć i doświadczeń. Natomiast to:

„Nikt z nas nie przechodzi na drugą stronę dzięki własnym staraniom czy zasługom, za sprawą własnej czystości czy doskonałości”[2].

…jest już nieco trudne do pojęcia. Skoro na drugą stronę przejdą wszyscy, bez względu na ich zachowanie, postawę życiową, starania lub odwrotnie, zupełny ich brak, to po co starać się być przyzwoitym człowiekiem?

Jest w książce rozdział „Pan przyzwolenia”, w którym Rohr zachwyca się tym, że Bóg akceptuje zło. Jednak argumentacji i przekonywania, dlaczego to jest takie wspaniałe, nie rozumiem. Przekonania (przytaczanego za Thomasem Mertonem – a czy to nie on właśnie jako pierwszy użył określenia „fałszywe ja”?), że lepiej jest być pijakiem niż odnieść sukces, też jakoś nie łapię, a może po prostu mam zupełnie inne. Ale teodycea (jak pogodzić wiarę w kochającego i miłującego, i wszystkomogącego Boga z ewidentnym istnieniem zła) to problem chrześcijaństwa od dwudziestu wieków. Nie oczekiwałem, że amerykański franciszkanin, Richard Rohr, nagle go rozwiąże. Choć z drugiej strony… szkoda, że mu się to nie udało.

Tytułowym nieśmiertelnym diamentem jest oczywiście nasze prawdziwe „ja”. Chociaż autor widzi pewne różnice, okazuje się, co było do przewidzenia, że chodzi w sumie o duszę człowieka. W „Nieśmiertelnym diamencie” Riachard Rohr konfrontuje ją z ego lub fałszywym „ja” człowieka.

„Większość ludzi pozostaje tak zauroczona swoim fałszywym (wymyślonym) »ja«, że albo wątpi w istnienie swego »ja« prawdziwego lub go nie akceptuje, albo w ogóle nie ma świadomości jego istnienia. Żyją w lęku i cierpią z powodu własnej wrażliwości. Tak bardzo angażujemy się w wytworzenie fałszywego »ja«, że nie dopuszczamy do siebie myśli o jego nieprawdziwości – że nie jest »mną«”[3].

I kontynuując…

„Świat fałszywego »ja« jest smutny i zagrożony rozpadem. A jednak we wnętrzu każdego z nas kryje się odpowiedź, której szukamy. Nasze problemy mają rozwiązanie – nie w świecie mody, lecz faktów. Nasze prawdziwe »ja« wie, że nie mamy dokąd tak pędzić. Jesteśmy już u siebie – wolni i spełnieni. Na tym polega istota dobrej nowiny”[4].

Dobra wiadomość jest taka, że prawdziwe „ja” posiada każdy człowiek, a zła taka, że nie da się do niego dotrzeć (odkryć) żadnym staraniem, czy to moralnym, czy religijnym. A przynajmniej nie da się według Richarda Rohra. Natomiast da się tego »ja« szukać.

Parę razy podczas lektury rozważałem przekonanie Rohra, że mamy wszystko tu i teraz, że jest cudownie, mamy nawet więcej niż jest nam potrzebne, że raj jest dostępny na Ziemi dla każdego, i podobne w tym stylu. I za każdym razem przypominało mi się cyniczne, ale absolutnie prawdziwe powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Możliwe, że i ja głosiłbym podobne idee, gdybym był bogatym Amerykaninem, obsługiwanym przez gromadę zakonnic, pracującym dla „firmy”, która nijak nie może zbankrutować. Wydaje mi się, że absolutne poczucie bezpieczeństwa materialnego (i chyba nie tylko materialnego) naprawdę zmienia optykę. To oczywiście nie jest zarzut, ale próba zrozumienia źródła jego przekonań, choćby częściowo.

Skoro istnieje coś takiego, jak prawdziwe »ja«, musi też funkcjonować »ja« fałszywe. Rohr tłumaczy jednak, że nie jest ono złym »ja«, wprost przeciwnie, nasze fałszywe »ja« bywa nawet dość dobre, może nawet na pewnym etapie wręcz konieczne, jednak nie może ono przekroczyć pewnej granicy. To fałszywe »ja« jest nie tyle złe, co po prostu fikcyjne. Ostatecznie nasze prawdziwe »ja« jest naszą absolutną tożsamością i tożsame jest z naszą duszą, natomiast fałszywe »ja« jest tożsamością relatywną, tożsamością, którą sami sobie stworzyliśmy. Oczywiście ma na proces jego powstawania znaczący wpływ środowisko, otoczenie, wychowanie, warunki lokalne, ale właśnie – jest to tożsamość determinowana przez to, co zewnętrzne.

Dość długi rozdział autor poświęca słabym punktom psychoterapii i udowadnia, dlaczego czasem dobry przewodnik duchowy, jak Rohr, będzie w stanie skuteczniej pomóc, od terapeuty, którym zresztą też jest. Ale wytyka też słabości chrześcijaństwa, pogrążonego w moralizatorstwie i nawołującego nieustanie do składania mało sensownych ofiar.

„Jak podpowiada mądrość ludowa, wszelkie poświęcenia i ofiary to nic innego jak zawiść, która tylko czeka na odpowiednią okazję”[5].


Czasem miałbym ochotę spytać Rohra, czemu nadal jest członkiem tego Kościoła, ale to, oczywiście zdaję sobie sprawę, bardzo jest naiwne...

Żyję w  Kościele, który największymi zaszczytami nagradza oczywiste grzechy »ducha«, a karze odmową dostępu do Stołu Pańskiego błędy ciała. Jezus czynił nieomal odwrotnie” [6]. 

Dobra, choć mocno wymagająca lektura. Nie trzeba się z autorem zgadzać, najważniejsza wartość „Nieśmiertelnego diamentu” polega na polemice, jaką czytelnik zaczyna toczyć sam ze sobą, właśnie w trakcie lektury.





--
[1] Richard Rohr, „Nieśmiertelny diament”, przekład Marek Chojnacki, WAM, 2013, s. 9.
[2] Tamże, s. 21.
[3] Tamże, s. 49.
[4] Tamże, s. 51.
[5] Tamże, s. 67.

[6] Tamże, s. 70.

piątek, 12 czerwca 2020

Zmarnowane szanse i okazje


„Prince Polonia” – Max Cegielski

Zaczęło się wyjątkowo zabawnie, bo pomyliły mi się imiona i przekonany byłem, że sięgam po książkę biograficzną na temat tego Cegielskiego (Hipolita), który założył w Poznaniu fabrykę maszyn i urządzeń wszelakich.

No to wreszcie postanowiłem poczytać blurb (tekst na okładce). Dowiedziałem się, że dla obalenia „komuny” w Polsce Wałęsa był równie ważny, jak kolczyki pani Jurksztowicz. Ups! Mocne! Połowa tekstu na okładce pisana jest jednak jasnoczerwonym drukiem na ciemnopomarańczowym tle, więc sobie z żalem darowałem, choć trochę szkoda mi było podobnych rewelacji. A książka okazała się bardzo dobra (choć nie o tym Cegielskim).

„Przylecieliśmy do Azji, żeby zmienić życie, zdobyć przyszłość, wcześniej byliśmy jej pozbawieni, ale nie spodziewaliśmy się, że czeka nas taka rewolucja”*.

Magda dołączyła do społeczności maturzystów w szkole Janka i Radka w czwartej klasie. Wielu chłopaków dzięki niej, a może przez nią lub dla niej, podejmowało różne decyzje, które wcześniej nawet im do głowy nie wpadły (choćby utworzenie zespołu Generacja). Magda, córka dyplomaty, wybierającego się na placówkę do Indii, okazała się katalizatorem poważnych zmian życiowych wielu dorastających nastolatków ze Szczecina. Był to koniec lat osiemdziesiątych, to jest czas wielkich przemian, wielkich nadziei…

Chłopaki zaczynają od drobnego przemytu do NRD i niektórzy na tym poziomie pozostają, ale Janek i Radek mają więcej wyobraźni i odwagi, więc wyruszają do Indii, a stamtąd, też z kontrabandą, do Singapuru. To były czasy, gdy kilkaset dolarów było w Polsce sumą poważną, a posiadając tysiąc-dwa można było myśleć o jakiejś własnej działalności gospodarczej. Czy te dolary zapewniły świetlaną przyszłość chłopakom? Tu warto poczytać notę biograficzną autora w Wikipedii. Tym niemniej wtedy wydawało się, że przed Polakami i Polską otwierają się wrota raju.

Lektura książki rodzi mnóstwo wspomnień, skojarzeń, przemyśleń, wniosków, i to jest jej walor dodatkowy. Za główny uważam rozrywkę oraz pewną dawkę świadomości – bo było zdecydowanie bardziej tak, jak opisuje to Max Cegielski, niż tak, jak próbuje prezentować przeszłość propaganda tej lub tamtej partii.

„W samochodzie, tak jak na chodnikach, czyściutko, żadnych czerwonych plam na tapicerce czy na ścianach, żadnych łupin orzechów kokosowych, petów, śmieci. Pięćset dolarów kary za rzucenie niedopałka na ulicę. Janek od razu pstryknął kiepem za okno i śmiał się zadowolony, że przechytrzył system”**.

Może autora to bawi, może razem z przyjacielem uważają to za świetny dowcip, ale ja mam jakby inne przekonania na temat wspólnego dobra i polskie buractwo mnie nie bawi i nie cieszy. Ta polska „wygrana z systemem” w Singapurze też nie wydaje mi się osiągnięciem znaczącym, ani godnym naśladowania.

Czasem nie wiem, czy autor kpi sobie z siebie i kolegów, czy pewne przekonania traktuje zupełnie serio. W poniższym przypadku, to chyba jednak drwina. W Singapurze, którym zachwycony był Radek, bo Janek zakochał się w Indiach…

„Szybko zobaczyli też swojskie, zrozumiałe napisy: »Peter Kong wita swoich starych i nowych klientów z Polski«, »Tutaj sprzedaje się telewizory i wideo dostosowane do polskich standardów«, »Specjalna oferta dla Polaków«. Nikt nie reklamował się po niemiecku z ofertą dla Niemców. Poczuli się narodem wybranym”***.

Drwina, bo nie wierzę, żeby autor nie zdawał sobie sprawy, dlaczego takie oferty są po polsku, a nie ma po niemiecku, i o czym to naprawdę świadczy.

Relacja z podbijania Dalekiego Wschodu (i nie tylko) odbywa się na dwa sposoby, bo albo w trzeciej osobie liczby mnogiej, albo w pierwszej osobie liczby pojedynczej, czyli albo Janek i Radek zwiedzali, albo ja (Radek) widziałem, słyszałem, byłem. Chronologia też nie zawsze jest liniowa, ale jedno i drugie skonstruowane zostało na tyle zgrabnie, że nie rodzi problemów ze zrozumieniem fabuły. Może nawet zmusza czytelnika do nieco większej koncentracji i uważności.

Wprawdzie spotkanie z ambitnym dyplomatą oraz niektóre przekręty są już czymś więcej niż tylko przygodą, tym niemniej w książce nie chodzi o to, jak się to skończy (kto zabił), ale o bezpowrotnie zaginiony świat początków polskiej transformacji, o narodziny klasy polskich biznesmenów tych czasów, którzy mocno wierzyli, że pierwszy milion trzeba ukraść, więc zanim stali się szanowanymi przedsiębiorcami, działali w szarej strefie… powiedzmy – ciemnoszarej.

„Prince Polonia” Maxa Cegielskiego warto przeczytać, żeby poznać, żeby sobie przypomnieć, żeby zrozumieć, żeby się rozerwać, pobawić… Dobre pióro, a więc – polecam.





---
* Max Cegielski, „Prince Polonia”, Marginesy, 2020, s. 80.
** Tamże, s. 78.
*** Tamże, s. 87.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Jak zacząć wszystko od nowa?


„Ostatni lot” –  Julie  Clark



Claire Taylor skończyła prestiżowy Vassar College. Jako historyk sztuki dostała pracę w domu aukcyjnym Christie’s. Kiedy w wypadku zginęła jej matka i siostra, załamała się. A Rory Cook tak pięknie opowiadał o swojej miłości do Maggie Moretti i o tym, jak ją stracił w pożarze, więc Claire… wyszła za niego. Nie wiem, czego się spodziewała – że nawzajem będą kołysać swój ból po stracie? Że Rory Cook przestanie być dziedzicem i spadkobiercą politycznego, i nie tylko, imperium Cooków, do czego przygotowywany był nieomalże od urodzenia, że przestanie być synem uwielbianej pani senator (Marjorie Cook zmarła na raka, kiedy syn był na pierwszym roku studiów), że da sobie spokój z planowaną karierą polityczną? Ostatecznie związek z nim okazał się głęboko nie satysfakcjonujący, a sam Rory objawił się jako kanalia i szuja…. Choć przecież młody, przystojny, bogaty, inteligentny, zabawny.

„Wiele lat emu postanowił, że będzie finansował studia wszystkim dzieciom i wnukom ludzi, którzy pracowali jako jego personel domowy. W rezultacie byli wobec niego bezwzględnie lojalni. Podczas naszych awantur zawsze grzecznie odwracali wzrok, a kiedy płakałam w łazience, udawali, że nic się nie dzieje”*.

A to świnia, prawda?!

I znowu chciałoby się spytać, czego w tej sytuacji i w tych warunkach oczekiwała Claire Cook? Że pokojówka da po pysku swojemu pracodawcy? Ale mniejsza z tym. Rory Cook naprawdę był kawałem gnoja i przemocowca (przemoc psychiczna i fizyczna), a więc Claire postanowiła uciec, starannie zacierając za sobą ślady. Przekonała się już bowiem, że oficjalne i legalne odchodzenie od niego nie uda się; próbowała, źle się to skończyło.
W ucieczce i planach zniknięcia pomaga jej dawna szkolna przyjaciółka, Tamara, oraz jej brat, Nico, związany z przestępczością zorganizowaną; taka rosyjska wersja Ala Capone.

Claire przypadkiem spotyka na lotnisku Eve – kobietę, która także ucieka i również chce zniknąć bez śladu, bo po prostu  ma problemy z wymiarem sprawiedliwości. . Eve robi to z powodu przestępczej przeszłości, uwikłania w sytuację naprawdę trudną, bez wyjścia. W ostatniej chwili kobiety wpadają na desperacki pomysł – zamienią się tożsamościami. Eva poleci do Puerto Rico jako Claire, natomiast Claire Cook (oczywiście pod fałszywym nazwiskiem) jako Eva wybierze się do Oakland. Plan wydaje się całkiem sensowny. Miałoby to jeszcze bardziej zmylić pogoń, a że ktoś będzie je ścigał, to nie ulegało wątpliwości. Pech chce, że jeden z samolotów uległ strasznej katastrofie, zginęli wszyscy pasażerowie. I teraz dopiero ta historia rozkręca się na całego.

„W tym momencie zdaję sobie sprawę, że wszystkie ścieżki prowadziły mnie właśnie do tego studia. Przez długi czas uważałam, że moje świadectwo nie wystarczy. Bałam się, że nikt nie będzie chciał wysłuchać prawdy i wyciągnąć do mnie pomocnej dłoni”**.

Kolejna ciekawa książka napisana przez kobietę, o kobietach – autorka opowiada dzieje Evy i Claire na zmianę – narracja jakby z dwóch krańcowo różnych punktów widzenia. Pojawia się też Kelly, Liz, Danielle, a zdecydowanie jest to rozrywka nie tylko dla kobiet. „Ostatni lot” nie pretenduje do miana arcydzieła, ale jest okazją do całkiem przyjemnego spędzenia kilku godzin. Niezły kawałek literatury przygodowej, sensacyjnej, romantycznej z mocnym przekazem społecznym. A tak! Bez problemu znaleźć można w powieści swego rodzaju krytykę współczesnego, wysokorozwiniętego społeczeństwa, w którym jednak nie wszyscy są równi. I nie mam tu na myśli Aborygenów lub Papuasów.







--
* Julie  Clark, „Ostatni lot”, przekład Paweł Wolak, Muza S.A., 2020, s. 38.
** Tamże, s. 410.

czwartek, 4 czerwca 2020

Tajemnice Anice i nie tylko jej


Może wydać się to nieco dziwne, ale w tym momencie życia takiej właśnie opowieści potrzebowałem. Na to zjawisko zwracałem uwagę już wcześniej – moja ocena książki zależy, w pewnej mierze, od tego, co ostatnio czytałem, co mi się przejadło, co znudziło, na jaką zmianę czekałem, na jaką miałem nadzieję. I tym razem prawie idealnie się udało.

Gianna Verelli i jej brat, Carlo, wychowali się w Barcelonie, ale korzenie ich rodziny sięgają do Włoch. Gianna ma pewne problemy osobiste (niechciana ciąża z Pau, podrzędnym aktorem i żonatym mężczyzną), kiedy na dokładkę umiera jej kochana babcia, zwana w rodzinie jako nonna (po włosku po prostu babcia), rodzinny sklep kolonialny trzeb szybko sprzedać, bo przynosi straty itp. Podczas porządkowania i likwidacji mieszkania po niej, Gianna znajduje klucz do starego młyna w niewielkiej włoskiej miejscowości Castelupo (w Ligurii) i tajemnicze zapiski bisnonny (prababci). Odkrywa też listy do tajemniczej Anice (po naszemu Anyż), którą ktoś najwyraźniej bardzo kochał. Rodzeństwo nic nie wie o żadnej Anice, nigdy o kimś takim nie słyszeli, oczywiście tylko tak im się do czasu wydaje, bo okazuje się, że… Jednak o ile Carla osoba ta i przeszłość rodziny nie interesuje w ogóle, to Gianna postanawia wyruszyć w podróż do Włoch, tropiąc rodzinne tajemnice i starając się znaleźć drzwi, do których pasował będzie zabytkowy, ciężki klucz.
Gianna jest postacią bardzo sympatyczną, od początku wzbudza życzliwość, tylko jedna jej cecha może się czytelnikom (bo czytelniczkom raczej nie) wydać irytująca: naiwne oczekiwania, że ktoś coś zrobi, ktoś zachowa się w określony sposób, ktoś powie…

„Przeczytałam tylko kilka pierwszych stron pamiętnika, ale nagle wiele wspomnień nabrało dla mnie sensu: zamiłowanie mojej prababci do roślin, osobliwy chrzest z użyciem ziemi, który mi zrobiła, kiedy byłam mała, przyjemność, jaką czerpała z uprawiania ziół i kwiatów, z gotowania, jej dar uzdrowicielki… Co jeszcze odkryję, dalej czytając pamiętnik?” *.

Trochę skromnie zarysowane zostały losy Carla Verelli, a byłoby co rozwijać, bo to i narkoman i przestępca, i przyzwoity bardzo młody mężczyzna, i wsparcie dla siostry. Za handel narkotykami został aresztowany. Nonna zaciągnęła kredyt hipoteczny, by pomóc mu się wydostać z opałów. Carlo przeszedł roczny odwyk, skończył prestiżową szkołę, otrzymał pożądane stypendium, dostał świetną pracę i spłacił babcię co do grosza.

„Ogród kobiet” to książka o kobietach głównie, bo mężczyźni pojawiają się w niej rzadko i dość przelotnie. Po prostu umarł – mawiała krótko o takim lub innym mężczyźnie ze swojej rodziny nonna. Jednak zdecydowanie nie jest to książka tylko dla kobiet. Zagadki, tajemnice, skrywane sekrety… choć nie zawsze mają wymiar kryminalny, to podąża się za nimi z niesłabnącym zainteresowaniem. Jest też solidny kawał pasjonującej historii i wielkiej polityki.

„To nie był kolejny zwykły przypadek, tylko przypadek, który stał się polityczny w rękach prasy i innych środowisk opiniotwórczych. Był to przypadek, który fasci Mussoliniego, uznali za przykład tego, jak należy zaprowadzić porządek we Włoszech”**.

Trudno jest opisać fabułę tej powieści, bo zagadek – stopniowo rozwiązywanych – jest w niej tak wiele, że wyzwaniem jest niezdradzanie ich.

Największą zaletą powieści nie jest jednak fabuła, zagadka kobiet Verelli, ale warsztat pisarski  Carli Montero. Tę książkę po prostu bardzo dobrze się czyta, wszystkie jej elementy zostały właściwie wyważone i dzięki temu w nieomalże każdej chwili, chce się wiedzieć, co będzie dalej. Jednocześnie jest to powieść bardzo pogodna, czytelnik w jakiś sposób wierzy, że wszystkie perypetie i kłopoty dobrze się skończą (choć z tym bywa różnie). Może dlatego, że coś w tym stylu powtarzała często nonna Gianie.

Jedno tylko z czasem zaczęło mi się wydawać coraz bardziej irytujące – wstawki… hm… kulinarne. Prawie każdy rozdział nosi nazwę jakiejś potrawy, po hiszpańsku, włosku lub francusku – nie odróżniam.  Ale możliwe, że czytelniczkom, gospodyniom domowym oraz kucharkom się to spodoba i stanowić będzie dodatkowy walor powieści. Choć z drugiej strony… przepisy nie są kompletne, to tylko ich zarys, ja bym na ich podstawie niczego nie ugotował ani nie upiekł, więc…

Zbyt mała czcionka i w zasadzie nie wiadomo, po co, skoro marginesy są wyjątkowo szerokie, nie chodziło więc o oszczędność miejsca.



--
* Carla Montero, „Ogród kobiet”, przekład Wojciech Charchalis, Rebis, 2020, s. 64.
** Tamże, s.377.

środa, 27 maja 2020

Czy mam jeszcze po co żyć?


„Człowiek w poszukiwaniu sensu” – Viktor Emil Frankl

Autor, Viktor Emil Frankl, był (zmarł w 1977 roku w Wiedniu) doktorem filozofii, profesorem neurologii i psychiatrii wydziału medycznego Uniwersytetu Wiedeńskiego, profesorem logoterapii American International University w Kalifornii. Uważany jest za twórcę tzw. trzeciej wiedeńskiej szkoły psychoterapii (pierwsza to psychoanaliza Freuda, druga to psychologia indywidualna Adlera).

Książka składa się z dwóch głównych części. Pierwsza to wspomnienia autora z okresu jego trzyletniego więzienia w niemieckich obozach koncentracyjnych, m.in. Auschwitz i Dachau. Druga (zawarta w wielu krótkich rozdziałach) jest prostym wprowadzeniem do logoterapii. Nazwa pochodzi od greckiego logos – sens. Frankl uważał, że wielu ludzi cierpi na rozmaite schorzenia, dolegliwości, zaburzenia psychiczne, gdyż zagubili sens swego życia… albo nigdy go nie mieli. Zadaniem psychologa logoterapeuty jest pomoc w odnalezieniu lub odkryciu tego sensu.

Kilka cytatów.
My, którzy żyliśmy w obozach koncentracyjnych, pamiętamy ludzi, którzy chodzili po barakach, pocieszając innych, oddając ostatni kawałek chleba. Być może było ich niewielu, ale są oni wystarczającym dowodem na to, że człowiekowi można zabrać wszystko za wyjątkiem jednej rzeczy: ostatniej z ludzkich wolności - wyboru swojej postawy w każdych okolicznościach, wyboru swojej drogi.

To, że jako istoty ludzkie jesteśmy wyjątkowi i jedyni w swoim rodzaju, wyróżnia nas spośród innych, nadając sens naszej egzystencji i wpływając w jednakowy sposób na naszą pracę twórczą, jak i na naszą zdolność do miłości. Kiedy uświadomimy sobie, że nie da się zastąpić jednego człowieka drugim, rola odpowiedzialności, jaką ponosimy za własne życie i jego podtrzymywanie, ukaże nam się w całej swej wielkości. Człowiek, który zda sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką ma wobec innej ludzkiej istoty, która go kocha i z niecierpliwością wyczekuje jego powrotu, albo wobec jakiejś nieukończonej pracy, nigdy nie będzie zdolny odebrać sobie życia. Wie już, dlaczego żyje, a to pozwoli mu znieść to, jak żyje.

W kwestii higieny psychicznej za wysoce błędne i niebezpieczne uważam przekonanie, jakoby człowiek potrzebował przede wszystkim równowagi lub, jak się to określa w biologii, homeostazy rozumianej jako stan pozbawiony wszelkich napięć. Tym, czego człowiek naprawdę potrzebuje, nie jest stan wewnętrznej równowagi, lecz raczej wewnętrzna walka, dążenie do osiągnięcia wartościowego dlań celu czy realizacji swobodnie wybranego zadania.

Ostatecznie życie sprowadza się do wzięcia na siebie odpowiedzialności za znalezienie właściwego rozwiązania problemów i zadań, jakie stale stawia ono przed każdym z nas.

Na koniec dwa, które uważam za wyjątkowo ważne:

Was Du erlebst, kann keine Macht der Welt Dir rauben- żadna siła na ziemi nie odbierze ci tego, czego doświadczyłeś.

Im bardziej zapominamy o sobie - oddając się sprawie, której pragniemy służyć, bądź też osobie, którą pragniemy kochać - tym głębsze jest nasze człowieczeństwo i tym bardziej urzeczywistniamy swój potencjał.

czwartek, 21 maja 2020

Duże pieniądze, duże ryzyko...


„Ślepnąc od świateł” – Jakub Żulczyk

Jacek przyjechał do Warszawy z Olsztyna. Studiował na ASP, ale studiów nie skończył. Wyobraził sobie z przerażającą jasnością, jaka przyszłość czekałaby go po studiach. Uznał, że czegoś takiego nie chce, że to nie dla niego. Przeanalizował sprawę i doszedł do wniosku, że w życiu liczą się tylko pieniądze. Najłatwiej i najszybciej ktoś taki jak on może zarobić je sprzedając narkotyki, a dokładniej, kokainę. Jacek jest pewien, że jeśli jest się mądrym, jeśli podejmuje się określone środki ostrożności, jeśli nie ćpa się swojego towaru, to można to robić w zasadzie bezkarnie. I mnóstwo zarabiać.

Filozofia Jacka właściwie sprawdza się prawie idealnie. Drobne problemy załatwia sam lub z pomocą twardych ludzi swojego hurtownika. Jeśli trzeba, to wynajętego adwokata. Poważne kłopoty zaczynają się dla Jacka, gdy jego najlepszy klient zabija w wypadku kobietę i rani dziecko – broniąc się „sprzedaje” swojego dostawcę. To może jeszcze jakoś dałoby się załatwić, ale z więzienia wychodzi właśnie Dario, kiedyś niebezpieczny gangster z Pruszkowa, i próbuje odzyskać swoje narkotyki i pieniądze, które dziwnym trafem znalazły się, przez chwilę, u Jacka.

O sobie i swoim życiu opowiada Jacek; narracja w książce odbywa się w pierwszej osobie. I może byłaby ta historia nawet niezła, gdyby nie koszmarne dłużyzny. Jacek ma wiecznie jakieś przemyślenia, wizje z elementami smakowo-węchowymi (jest permanentnie niewyspany), snuje mętne dywagacje o życiu i bólu istnienia, i… jest to trudne do zniesienia. Po prostu nudne.

O ile serial zrobiony na podstawie książki wydał mi się całkiem niezły, to sama powieść jest ciężkawa, nieprzekonująca, jakaś taka… sztucznie udziwniona. Nie polecam.

piątek, 15 maja 2020

Nie dam rady zostać buddystą


„Jak (nie) być buddystą” – Dzongsar Dżamjang Kjence Rinpocze

Wygląda na to, że żeby być buddystą wystarczy przyjąć cztery następujące prawdy:
- Wszystkie rzeczy złożone są nietrwałe.
- Wszystkie emocje to ból.
- Wszystkie rzeczy pozbawione są samoistnienia.
- Nirwana jest pozakoncepcyjna.

Żeby zgadzać się z tymi prawdami albo i nie zgadzać musiałbym najpierw zrozumieć o co tu naprawdę chodzi. W każdym razie pierwsza wydawała się najprostsza i najłatwiejsza do zaakceptowania – absolutnie wszystko jest złożone (z atomów, a atomy składają się z…) i obserwacja oraz doświadczenie podpowiadają, że nic nie jest trwałe na zawsze. Autor tłumaczy, że każda forma ma charakter złożony, a więc jest efektem połączenia co najmniej dwóch elementów. Kiedy takie elementy się łączą, powstaje coś nowego, na przykład deski + gwoździe = stół. A dalej… Ten „produkt końcowy” nie istnieje samodzielnie, niezależnie od tworzących go składników. Wiara, że stół istnieje w sposób niezależny, to błąd. Oczywiście! Stół nie istnieje bez desek i gwoździ. A że wszystko jest złożone, to i wszystko jest pozbawione samoistnienia i nietrwałe z założenia.
Tak… tylko… co z tego? Obawiam się, że nic. Rzecz jasna dla mnie – nic.

Tak się składa, że mam stół. Zgadzam się, że pozbawiony jest samoistnienia, bo składa się z drewna, śrub, kleju i czego tam jeszcze. Jestem pewien, że mój stół jest nietrwały. Ulegnie zniszczeniu za rok, za trzysta lat lub jutro. I nijak nie wpływa to na jego obecną przydatność. Świadomość złożoności i nietrwałości stołu nie zmienia moich relacji ze stołem dzisiaj, teraz.

Podczas lektury zauważyłem pewien schemat. Autor opisuje coś banalnego, wręcz oczywistego, nie budzącego wątpliwości, ale następnie wyciąga z tego dość ryzykowne, ale zwykle nieprawdziwe wnioski. Przykład. Siddhartha zgłębiał cierpienie i odkrył, że u jego źródła leżą emocje. To akurat wydaje się oczywiste. Ale, czy naprawdę wynika z tego, że wszystkie emocje są cierpieniem i wszystkie rodzą się z egoizmu? Tego przyjąć nie jestem w stanie. A co z radością z obdarowywania osób kochanych czymś, z czego się cieszą? Też jest to cierpienie wynikające z egoizmu?

O pozakoncepcyjnej nirwanie nie mam nic do powiedzenia – o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć.

Wygląda na to, że jednak – choćbym chciał – nie jestem w stanie być buddystą. Tym niemniej książkę zdecydowanie warto przeczytać, żeby wreszcie na temat buddyzmu sformułować własne zdanie, zamiast posługiwania się żałosnymi i często zupełnie nieprawdziwymi uogólnieniami.

poniedziałek, 11 maja 2020

Anetka Nowak - nowa nadzieja


„Jedyne wyjście” – Ryszard Ćwirlej

W jakiejś recenzji wyczytałem, że Ryszard Ćwirlej jest twórcą nowego zupełnie gatunku literackiego, kryminału milicyjnego, czy też policyjnego. Kompletna bzdura. W naszej kulturze jest mnóstwo powieści sensacyjnych/kryminalnych i milicyjnych („07 zgłoś się”, „Porucznik Sowa na tropie”), które powstawały w drugiej połowie dwudziestego wieku. Ich bohaterami byli właśnie dzielni milicjanci, rozwiązujący skomplikowane sprawy morderstw lub szpiegostwa, a bywało, że jednego i drugiego. Mam nadzieję, że Ćwirlej nie ma z tym nic wspólnego.

Rzecz dzieje się w 2012 roku (te uroki romansowania na Gadu-Gadu…) w Poznaniu i okolicach. W małym miasteczku uprowadzono siedemnastoletniego syna biznesmena polskiego – to trzeba zaznaczyć, bo biznesmenem to jest Bill Gates, a polski biznesmen, to człowiek, który zarobił trochę twardej waluty na Zachodzie, najczęściej nielegalnymi metodami, i dzięki temu uruchomił w kraju jakieś legalne przedsiębiorstwo. No, taki to biznesmen na miarę Koziej Wólki albo innej metropolii.
Chłopak zostaje porwany, przestępcy domagają się miliona okupu, zabraniają rodzinie kontaktować się z policją – standard. Ojciec wie (ciekawe skąd i tym bardziej, że nie jest to regułą), że jeśli wpłaci okup, to porywacze zamordują mu syna. Przypomina więc sobie niezbyt odległe czasy, kiedy to nie był jeszcze szanowanym polskim biznesmenem, uruchamia stare znajomości i postanawia rozwiązać problem samodzielnie z pomocą dawnych kumpli, którzy… porywają porywaczy, uwolnienie chłopaka zostawiając policji.

Historia porwania to okoliczność sprzyjająca kreacji nowych bohaterek: Anety Nowak, starszej posterunkowej z posterunku w Dusznikach i Marioli, rzeczniczki prasowej. Aneta ma niebywały zmysł obserwacji i fantastyczną zdolność dedukcji. Kiedy widzi, jak z pomieszczeń przy betoniarni wychodzi facet wyrzucić śmieci, w kominiarce na głowie, dedukuje, że to może być miejsce, w którym przetrzymywany jest porwany chłopak – nikt inny na coś takiego by nie wpadł, przecież wynoszenie śmieci w kominiarkach jest dość powszechne.

W każdym razie wydaje się, że ważniejszy jest w książce drugi wątek – zaginięcia młodych kobiet. Aneta Nowak, już w nowym miejscu pracy, dowiaduje się, że zaginęła jej koleżanka, Katarzyna, matka rocznego dziecka. Choć porzucenia dzieci są znacznie częstsze, niż wydaje się to kreatorom narodowego mitu o idealnych Matkach Polkach, tym razem Aneta ma rację – tym bardziej, że takich zniknięć było ostatnio w okolicy więcej. Oczywiście żaden tępy gliniarz nie domyślił się, że wydarzenia te jakoś ze sobą się łączą.
Nowak szybko odkrywa, że jej koleżanka prowadziła podwójne życie, że (za plecami męża rzecz jasna) umówiła się z nieznanym mężczyzną, poznanym w internecie.

Fakt, że policjanci nie za bardzo sobie z czymkolwiek radzą bez Anetki nie jest niczym specjalnie dziwnym, bez przerwy piją, planują picie, leczą gigantyczne kace po ostatnim piciu… Jeszcze trochę, a „policjant” stałby się synonimem słowa „alkoholik”. Tu chyba Ćwirlej nieco przesadził, a może to tylko ja naiwnie wolałbym wierzyć, że o moje i rodziny bezpieczeństwo dba ktoś kompetentny, a nie gromada ochlapusów.


Reasumując – całkiem niezły kryminał (nie wiem, czemu „feministyczny”, wszak powieści, których głównymi bohaterkami są kobiety jest mnóstwo i nikt nie nazywa ich feministycznymi), odrobinę przegadany dla osiągnięcia modnej ostatnio objętości książki, ale też nie jest to wada tragiczna. Nie była mi koniecznie potrzebna informacja o kolorze filiżanek lub kubków na posterunku, ani czemu starsza posterunkowa przynosi własny cukier w słoiku, ale to są głupstwa. Ostatecznie może nie trzeba koniecznie książki przeczytać, ale zdecydowanie można, bo to niezła rozrywka na kilka godzin.

sobota, 2 maja 2020

Nie każda matka kocha dzieci


„Bliżej, niż myślisz” – Ewa Przydryga

Odkąd sięgam pamięcią, obserwuję, przeżywam i piszę. Dlaczego? Najłatwiej byłoby mi wyjaśnić to jakąś wewnętrzną potrzebą, która ze zmiennym powodzeniem, pomaga mi uporać się z własną, raczej skomplikowaną rzeczywistością [1].

Zdania te przypomniały mi dawno zapomniane złośliwo-prawdziwe powiedzenie: z wewnętrznej potrzeby piszą grafomani, bo prawdziwi pisarze piszą za pieniądze.

Więc w dobrym humorze i z odpowiednim nastawieniem czytałem dalej:

Sięgam do skrzynki na listy. Zza jej plastikowego języczka wystaje moje imię i nazwisko, znak tego, że zaczynam od nowa [2].

Obawiam się, że nie wiem, co to znaczy. Choć zdanie jest po polsku, ja go jakoś nie rozumiem. Pewnie za głupi jestem.

Nie ma pojęcia też, że wiem o kłamstwach, na których nakryłam ją, prosząc o dowód osobisty. Odpowiedziała, że wraz z samochodem ukradziono jej wszystkie dokumenty. Przypuszczam, że to ściema… [3].

Zaraz, zaraz… To nakryłam ją, czy tylko coś tam przypuszczam, czy tylko się mi coś wydaje? Jeżeli wydaje mi się, że ktoś kłamie, to absolutnie nie znaczy, że go na tym nakryłem. Jeśli przypuszczam, że moja dziewczyna mnie zdradza, to znaczy, że ją na tym nakryłem? To jakiś bełkot, ale… może kobiety tak funkcjonują, ja tam nie wiem…

O niezrozumiałym „zachowaniu” telefonu komórkowego nie chce mi się rozwodzić – na przyszłość sugerowałbym sprawdzić, co się dzieje, gdy rozmówca się rozłączy.

Jestem jednak pewien, że tego typu wpadek, nie zauważą niewyrobieni niedzielni czytelnicy.

Po trudnych przeżyciach w Poznaniu Nika Wermer (narracja w pierwszej osobie) przenosi się do Gdyni. Remontuje stary, zdewastowany pensjonat i zaczyna go prowadzić. Nika jest w stanie wojny prawie ze wszystkimi ze swojego otoczenia, włącznie z matką, a może z nią przede wszystkim, wyjątek stanowi studentka weterynarii, Natalia. Powinna poddać się terapii, ale tego nie robi albo rzadko, łyka leki psychotropowe, które popija wielkimi dawkami alkoholu, nie zawsze odróżnia własne rojenia od rzeczywistości.
Pewnego razu budzi się z pijackiego snu i widzi na monitoringu scenę wynoszenia ciała swojej jedynej pensjonariuszki. Zawiadamia policję, że w pensjonacie popełniono zbrodnię. Policja oczywiście jej nie wierzy, karty pamięci monitoringu znikają, w pokoju nie ma śladów pobytu kogokolwiek; Nika oczywiście ma rację… Z pomocą genialnego hakera i jakiejś magicznej aplikacji, Wermer dowiaduje się, że ofiarą zabójstwa jest tajemnicza Dominika Kalita, nieżyjąca zresztą od dwóch lat, ale… nie na pewno, bo ciała nie odnaleziono.

Lekturę utrudnia fakt mieszania się rojeń głównej bohaterki z rzeczywistością, czasem czytelnik nie może być pewien, czy coś wydarzyło się naprawdę, czy może tylko ubrdało się Wermer pod wpływem alkoholu, jakichś psychotropów albo jednego i drugiego.

Poza przeciętną warstwą kryminalną jest w książce znakomita część poświęcona relacjom córki z przemocową matką. Te fragmenty są na naprawdę wysokim poziomie. Może na takich zagadnieniach autorka powinna się skupić, zamiast produkować umiarkowanie wciągające sensacje? W każdym razie wydaje mi się, że w tym temacie Ewa Przydryga naprawdę ma coś do powiedzenia. Nie jest dla mnie ważne, czy to doświadczenia osobiste, kogoś z dalszej rodziny, czy jakichś znajomych. Emocjonalny kontakt z treścią widoczny jest właściwie tylko w tych momentach. I tak sobie myślę, że może małymi kroczkami, zacznie to otumanione społeczeństwo odkrywać, że hasło „każda matka kocha swoje dzieci” nie jest prawdą. Znam to z życia, nie z literatury, może aż za bardzo. Znam matki, dla których opinia sąsiadek blokowych lub z kościelnej ławy, ważniejsza jest od życia i zdrowia własnego dziecka. Ale… nieważne.
Matka Wermer cierpi, być może, na projekcję atrybutywną. Jeśli nawet tak, to i co z tego? Bardzo długo to trwało i opornie, ale jakoś wreszcie nauczyłem się, że wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem.

„Bliżej, niż myślisz” to całkiem przeciętny kryminał dla kobiet, które zapewne masowo będą się utożsamiały, współodczuwały, wzruszały i przeżywały. Niechlujne pisarstwo zapewne zniknie w finalnej wersji powieści i pozostanie historia na tyle ciekawa, że mimo wszystko chce się czytać dalej, żeby tylko dowiedzieć się, jak się to skończy.

Jak to czasem bywa, mam drobny kłopot z oceną, jeśli system zawiera zarówno liczby, jak i formę opisową. „Przeciętna” to lepiej niż „może być”, czy gorzej? W każdym razie „Bliżej, niż myślisz” pasuje mi mniej więcej do środka skali dziesięciostopniowej, czyli tutaj akurat wychodzi „przeciętna”. Ano, właśnie… Ja bym powiedział, że „Bliżej, niż myślisz” właśnie „może być” – nie jest to oczywiście żadne arcydzieło, ale taka sobie, całkiem niezła rozrywka na kilka godzin. Z paroma bardzo dobrymi momentami.





---
1. Ewa Przydryga, „Bliżej, niż myślisz”, 2020, wyd. Muza, s. 21.
2. Tamże, s. 22.
3. Tamże, s. 24.

niedziela, 12 kwietnia 2020

I po co niby cała ta powódź?!


„Powódź” – Paweł Fleszar


Autor ma spory potencjał (prawdopodobnie), wyobraźnię i ciekawe pomysły na fabułę (na pewno) i… nie umie pisać (możliwe, że jeszcze nie). Książka robi wrażenie szkicu albo streszczenia. Ewidentnie brakuje tu jakiegoś wypełnienia, rozszerzenia, bo relacja z najważniejszych wydarzeń, w telegraficznym skrócie i tempie, rodzi jednak pewien niedosyt. Gdyby historia ta miała nie nieco ponad 200 stron, ale 300-350, byłaby zapewne w sam raz. Pozostaje mieć nadzieję, że autor będzie warsztat doskonalił.

Przed każdym rozdziałem Fleszar umieścił jakieś wycinki z gazet i kartki z kalendarza. Czasem mają one związek z akcją powieści, a czasem nie bardzo. Bez nich książka byłaby jeszcze skromniejsza objętościowo.
Mam też wrażenie, że napisana została dla mieszkańców Krakowa, pamiętających powódź (jedną, drugą lub obie). Dla reszty świata wiele dywagacji, że tak powiem lokalnych, nie ma większego znaczenia.

Jakub i Krystian byli najlepszymi przyjaciółmi – dopóki bawili się w Indian. Później, jak to czasem bywa, ich drogi się rozeszły z powodów męsko-damskich. Po wielu latach zerwanych kontaktów, Krystian dowiaduje się, że Jakub popełnił samobójstwo, bo jakiś zły człowiek zabrał mu dziewczynę. Krystian, nieudaczny zawodowy podoficer wojska polskiego, bierze urlop w swojej jednostce i wyrusza do Krakowa, wyjaśnić sprawę.

Zadziwiające wydawało mi się to, że Krystian, czyli nikt, wypytuje ludzi o Jakuba, a oni na te przesłuchania się godzą, czasem nawet chętnie. A jeśli niechętnie, to zostają zastrzeleni przez nieznanych sprawców. Krystian, przy którym rzecz się stała, jakoś nie zwrócił na to uwagi i opisane jest to tak jakoś… nijako.

Sfilmowane gwałty, handel żywym towarem, brutalne przestępstwa, powódź (nie wiem, po co), pomagająca w śledztwie znudzona nastolatka i nie tylko… mogło być zapewne całkiem nieźle, ale wyszło… no, tak sobie. Jeśli nie odłożyłem książki w połowie, to tylko dlatego, że jednak mnie wciągnęło i chciałem dowiedzieć się, jak się skończy cała ta afera.

czwartek, 19 marca 2020

Zakochana, oszukana, głupia?

„Osaczona” – Pola Roxa

Kolejna bajka o Kopciuszku połączona z twarzami Greya, czyli w wersji dla dorosłych. Początkowo wydawało mi się, że jest to – jak książki tego typu nazywała moja babcia – romans dla panien służących, ale kiedy pojawił się wątek kryminalny oraz szalony seks, relacja Karoliny nabrała rumieńców. Oczywiście nadal jest to romans, chociaż raczej dla znudzonych i sfrustrowanych polskich gospodyń domowych (pisany przez jedną z nich, jak sądzę), bo panien służących jakoś u nas ostatnio brak. Ale uwaga! Nie oznacza to jakiejś szczególnie negatywnej oceny tej książki, choć oczywiście arcydzieło to to nie jest, chodzi mi raczej o docelową grupę odbiorców. Wiele kobiet czyta romanse, wielu mężczyzn czyta kryminały i powieści sensacyjne, ale to nie jest ocena, ale stwierdzenie faktu, który wynika z odmiennej psychiki i zwykle różnych potrzeb emocjonalnych. Po prostu. A jako księgarz (dziś prawdziwych księgarzy już nie ma…) zawsze uważałem i uważam, że lepiej czytać coś niż nic. Ambitna literatura nie jest dla wszystkich i bardzo dobrze – odrobina zwykłej rozrywki też jest potrzebna.

Dawno, dawno temu w moim życiu pojawiło się jedno pytanie i dwa stwierdzenia: „Jak długo jeszcze chcesz grać rolę ofiary?”, „Tak cię traktują, jak sobie na to pozwalasz” i „O nic nie prosisz – nic nie dostajesz”. Banale pewnie, ale… może trafiły na właściwy czas, żebym je usłyszał i zrozumiał. Przypomniały mi się one podczas lektury „Osaczonej”.

Bohaterka tej powieści, Karolina Dąbrowska, na własne życzenie ustawiła się w życiu w roli ofiary. Sfrustrowana brakiem pieniędzy i uwagami męża narzeka, że inni w jej korporacji zarabiają więcej, ale… poprosić o podwyżkę się boi.  Do męża, Bartka, który zachowuje się coraz częściej jak palant i dupek, też ma pretensje i też nie potrafi mu się zdecydowanie postawić. Podobnie jest ze znajomą, z którą dojeżdża do pracy pociągiem, zanudzającą opowieściami o swoich bąbelkach.

Podczas krótkiego urlopu w Bułgarii Karolina spotyka przystojnego Gre…. eee… Waldka i żałuje, że nie dała mu się uwieść. Po powrocie do Warszawy Karolina dowiaduje się, że przyjaciółka z pracy wykolegowała ją w paskudny sposób z awansu, do tego sypia z jej mężem, Bartkiem. Wtedy dopiero zdobywa się na zdecydowaną reakcję. Męża wywala z domu, za namową siostry wybiera się do dyskoteki, żeby odreagować rozstanie, zdradę. W dyskotece, oczywiście, spotyka Waldka, który właśnie z Gdańska przyjechał do stolicy w jakichś interesach, w ubikacji robi mu loda z połykiem i zabiera na chatę. Waldek liże nieziemsko, czyli wszystko zgodnie z typową fabułą.
Karolina rzuca pracę, rozwodzi z Bartkiem, wyjeżdża z Warszawy i wreszcie wprowadza do Waldka.
Gdyby odtąd żyli długo i szczęśliwie, byłaby ta opowieść zupełnie beznadziejna, jednak… okazuje się, że Waldemar ma też drugie życie, czyli po prostu średni romans zmienia się w kryminał, całkiem niezły zresztą, choć, jak większość kryminałów, nieco naciągany.

W sumie jest to rozrywka bardzo lekka, łatwa i przyjemna. Dobra zabawa na kilka godzin, po której w pamięci nie zostaje jednak zupełnie nic.

piątek, 13 marca 2020

Opowieść o wrednej siostrze

„Podstęp” – Maria Adolfsson

To dziwne, ale przez całą lekturę pojawiały mi się podejrzenia, że ta książka napisana jest przez Polaka. I to nie tylko ze względu na „no” (dwunastotomowa encyklopedia, kpiny z dobrej zmiany itd.). Jeśli autor nie jest Polakiem, to tłumaczka nieźle sobie poszalała…

No, cześć, tu Karen Eiken Hornby [1].

Od „no” (no, co chcesz…, no, co tam… itp.) zaczynają rozmowy telefoniczne wyłącznie niektórzy (źle wychowani) Polacy, bo cywilizowani, kulturalni ludzie mówią „słucham”, „halo”, „ahoy”, dzień dobry, czy wiele innych.

Już z tekstu na okładce dowiadujemy się dokładnie, o co chodzi. Więc… nieistniejąca, ale jakby skandynawska, wyspa Doggerland, lokalne święto, rajd po lokalach, pijana kobieta, pięćdziesięcioletnia Karen Eiken Hornby, komisarz policji, ląduje w hotelowym łóżku  ze swoim szefem, naczelnikiem wydziału, Jounasem Smeedem.  Następnego dnia, rano, brutalnie zostaje zamordowana była żona Jounasa. W tych okolicznościach główny boss policji doggerlandzkiej musi odsunąć od sprawy naczelnika i powierzyć śledztwo Karen Eiken Hornby, co zresztą wyraźnie jej się nie podoba. Przypadkowego seksu z szefem też żałuje.

Śledztwo ciągnie się i wlecze niemiłosiernie; w książce pełno jest długaśnych opisów, zbędnych zupełnie dla rozwoju akcji i dodanych chyba tylko po to, by powieść osiągnęła modną ostatnio, „ceglaną” objętość. Zaczynam mieć wrażenie, że obecnie żaden polski wydawca nie wypuściłby na rynek skromnych objętościowo, ale genialnych, powieści Agaty Christie. Dziwna maniera… 
W książce pojawia się mnóstwo postaci, ale w bardzo niewielu wypadkach cokolwiek wiadomo o ich wyglądzie. Trudno sobie wyobrazić osobę, o której nie wiadomo kompletnie nic, poza skandynawsko-amerykańskim imieniem i nazwiskiem.

Narracja w powieści toczy się dwutorowo. Główna akcja dzieje się mniej więcej obecnie, ale czasem cofa się o kilkadziesiąt lat, do roku 1970, gdy na wyspie próbowała znaleźć swoje miejsce tajemnicza komuna. Oczywiście łatwo się domyślić, że wydarzenia te w pewnym momencie zaczną się splatać.

Mniej więcej w połowie lektury coś powoli zaczyna się zmieniać. Nie, nadal nic się nie dzieje, śledztwo w dalszym ciągu nie przynosi właściwie żadnych rezultatów, a najciekawszym wydarzeniem jest zakup ekspresu do kawy na potrzeby wydziału policji, ale… zacząłem przyzwyczajać się do kilkorga bohaterów tej powieści. I, zamiast dać sobie spokój z tą nudną historią, czytałem dalej, bo może w następnym rozdziale…, bo chyba u tej lub innej osoby coś się wydarzy…, bo zapewne wreszcie on lub ona… W każdym razie lektura zaczyna być wciągająca i pojawia się jednak potrzeba odkrycia, zrozumienia, co tu się właściwie dzieje. Tak, w drugiej połowie powieści zaczyna być ona całkiem niezła. Zakończenie też jest OK. Tym niemniej, choć zdecydowanie nie żałuję czasu poświęconego na „Podstęp” (końcówka była naprawdę emocjonująca), wcale nie jestem pewien, czy miałbym ochotę czytać kolejny tom traktujący o ciężkiej pracy policjantów z Doggerlandu.








--
1. Maria Adolfsson. „Podstęp”, Wydawnictwo: W.A.B., przekład Agata Teperek, 2020, s, 32.

poniedziałek, 9 marca 2020

Kwakrów poszukiwania Ciszy


„Bóg jest Ciszą” – Pierre Lacout

Niewielka objętościowo książeczka jest zbiorem artykułów, esejów Pierre’a Lacout na temat Ciszy, ciszy i ich znaczenia. Składają się na nią:
1. Bóg jest Ciszą
2. Ciszy naszej powszedniej daj nam dzisiaj
3. Przygotowanie do ciszy
4. Psychologia ciszy
5. Przeszkody
6. Sztuka wykorzystywania przeszkód
7. Stopnie ciszy
8. Cisza Jezusa
9. Cisza i pacyfizm

Zmarły w 2009 roku Pierre Lacout pod koniec studiów wstąpił do zakonu karmelitów; przygotowywał się do kapłaństwa w Rzymie i we własnej diecezji we Francji, jednak kurs psychoanalizy w Genewie wpłynął znacząco na zmianę jego postawy duchowej i życiowej. Ostatecznie rozstał się z katolicyzmem na rzecz kwakierstwa. Był żonaty, nauczał literatury francuskiej w College Pierre Viret.

Pierre Lacout nie prezentuje w swojej pracy jakiejś obowiązującej doktryny kwakrów, czy oficjalnego stanowiska Przyjaciół w poruszanych tematach (nawet gdyby coś takiego istniało, a u kwakrów liberalnych nie istnieje), ale pomaga zrozumieć kwakierskie pojmowanie ciszy, choć może powinienem napisać „Ciszy”, bo nie chodzi tu tylko o brak dźwięków. W każdym razie są to dość prostym językiem spisane myśli do rozważenia, do zastanowienia się i przemyślenia, może nawet do medytacji.

wtorek, 3 marca 2020

Unai i Diago - baskijski zmrok


„Władcy czasu” – Eva Garcia Saenz de Urturi

Podczas lektury wszystkich tomów trylogii jedno nie ulega wątpliwości – ogromny sentyment autorki, może nawet miłość, do miasta. Vitoria jest obecna w jej książkach bardziej, niż gdyby chodziło tylko o miejsce zbrodni. To miasto jest znaczącą „osobą dramatu”. Podobnie było z przedwojennym Wrocławiem (Breslau) w cyklu powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku. Podobno miejsce to tylko miejsce, ale z Vitorią jest inaczej. Chciałem wrócić do Vitorii może nawet bardziej niż do profilera Krakena.

Jak i w poprzednich tomach trylogii Białego Miasta głównym bohaterem jest inspektor Unai López de Ayala (pseudo Kraken) z Wydziału Kryminalnego w Vitorii, stolicy wspólnoty autonomicznej Kraju Basków, mieście poświęconym Białej Panience, Virgen Blanca. W dochodzeniach pomaga mu Estibaliz Ruiz de Guana, jedna z lepszych i najwytrwalszych śledczych. On jest lub był dobry w profilowaniu, ona specjalizuje się w wiktymologii. Po postrzale Kraken cierpiał na afazję Broki. Dzięki długiej i trudnej pracy z logopedą udało mu się prawie przezwyciężyć to zaburzenie, ale… właśnie – prawie. We „Władcach czasu” inspektor wydaje się jakoś dziwnie mało rozgarnięty. Momentami jest to wręcz irytujące. Alba Diaz de Salwatierra, dawniej szefowa i kochanka Krakena, jest obecnie jego żoną, mają dwuletnią córeczkę, Delbę.

„Władcy czasu” to także tytuł historycznej powieści Diego Veilaza (jest to oczywiście pseudonim literacki, mający się kojarzyć z głównym bohaterem powieści, Diagiem Velą), której akcja rozpoczyna się w roku 1192 i toczy w okolicach obecnej Vitorii. Książka ukazała się kilka dni wcześniej, ale już zawładnęła umysłami i rozmowami Vitorczyków.

„Nazywam się Diago Vela, mówią mi don Diago Vela, mnie wszak tytuły są obojętne. Zacząłem spisywać wszystko, co się tu działo od dnia, gdy po dwóch latach niebytności powróciłem do starej osady Gasteiz czy też, jak nazywali ją poganie, Gaztel Haitz, czyli Wzgórza Zamkowego.  Wracałem przez Akwitanię i przeszedłszy Dolną Nawarrę, ominąłem Tudelę. Nie chciałem stanąć przed obliczem leciwego króla Sancha, jeszcze nie. Oddałem jego córkę Berenguelę potworowi, który miał ją zaślubić. Ryszardowi zwanemu Lwie Serce. I zapewniam, że wcale nie ze szlachetnych pobudek”*.

Unai López de Ayala, wraz z rodziną, wybrał się na spotkanie z autorem historycznej powieści, zorganizowanym przez wydawcę w pałacu Villa Suso, przy placu Matxete. Po godzinie oczekiwania okazało się, że sam wydawca nie zna Diego Veilaza, nigdy go nie widział, a wielce tajemniczy autor nie pojawił się na spotkaniu. Chwilę później w toalecie znalezione zostają zwłoki jednego z najbogatszych ludzi w Hiszpanii, władca imperium sieciówek został otruty kanteradyną, to jest środkiem na potencję popularnym w średniowieczu. Powiązania z akcją powieści Veilaza są oczywiste.

Akcja powieści „Władcy czasu” – Evy Garcii Saenz de Urturi toczy się dwutorowo – z jednej strony to współczesny kryminał, z drugiej wydarzenia opisywane w książce historycznej przez Diego Veilaza. Kolejny seryjny zabójca wzoruje się wyraźnie na historii, na zdarzeniach z XII wieku.
Jedna z ofiar umiera otruta środkiem na potencję sporządzonym z kanteradyny, zwanej hiszpańską muchą (właściwie są to suszone, mielone chrząszcze gatunku pryszczel lekarski; preparat ze sproszkowanych chrząszczy jest jednym ze składników trucizny Aqua tofana), dwie inne sprawca zamurowuje żywcem, jedną topi w beczce razem z psem, kotem, kogutem i żmiją… Po co? Dlaczego? Czemu służyć ma to… przedstawienie?

Estibaliz Ruiz de Guana wikła się w bardzo niebezpieczny romans, Unai López de Ayala odkrywa, że historyczna powieść "Władcy czasu" ma wiele wspólnego z jego własną przeszłością, przy okazji poznaje fascynującą tajemnicę donżonu Nograro…

Bardzo dobra powieść, po prostu. Jedyne, co mógłbym jej zarzucić, to przesadna objętość. Moim zdaniem bez szkody dla jakości można ją było skrócić o jakieś dwadzieścia procent.

Otwarta pozostaje kwestia czytania „Władców czasu” bez znajomości dwóch pierwszych tomów trylogii. Mnie się wydaje, że owszem, da się to zrobić, ale… mogą pojawić się poważne kłopoty ze zrozumieniem pewnych wątków.



--
* Eva Garcia Saenz de Urturi, „Władcy czasu”, przekład Katarzyna Okrasko, Muza, 2020, s. 17.

środa, 12 lutego 2020

Granice internetowego amoku

„Reputacja” – Marcin Kiszela

Jeśli na swoim domowym komputerze napiszę odezwę wzywającą do obalenia władzy, a później wystraszę się tego, co zrobiłem i skasuję plik (dokument tekstowy) zawierający odezwę, to jest wywalę go do systemowego kosza, a następnie opróżnię kosz, to czy jestem bezpieczny, czy naprawdę skutecznie zatarłem ślady swojej wywrotowej działalności? Ano, niestety – nie. To tylko system operacyjny komputera, zapewne jakiś Windows, został nauczony, że plik nie istnieje. Jednak tak naprawdę nadal jest na dysku twardym – tylko system go „nie widzi”. Wystarczy odpowiedni program, a są takie, łatwo dostępne, legalne, czasem nawet darmowe, by odzyskać obciążający mnie dokument.
Użytkownicy komputerów, zorientowani w tym temacie na poziome średniej krajowej, wiedzą, że cokolwiek wyślą („wrzucą”) do internetu – pozostanie tam właściwie na zawsze. Jeśli nie w oryginale, to w jakichś kopiach, archiwaliach, udostępnieniach itp. Ktoś, kto potrafiłby, byłby w stanie, „znikać” z internetu, blokować skutecznie dowolne treści, materiały, i to nie tylko swoje własne, ale zamieszczane tam, opublikowane przez innych ludzi, miałby władzę nieomalże boską*.

Alicja, samozwańcza specjalistka od zarządzania reputacją (w książce nie ma mowy, skąd te umiejętności, predyspozycje, doświadczenie wzięła) strzeże medialnego wizerunku gwiazdy, piosenkarki, celebrytki. Skutecznie pilnuje całego internetu, by nie pojawiło się w nim nic, co mogłoby zagrozić medialnemu wizerunkowi idola milionów, zjawiskowej Mileny Bilkiewicz.

Wszystkim się wydaje, że znają Milenę i rozumieją, i że ją kochają tak mocno, jak ona ich. Ale - no właśnie - to od początku była iluzja. Wiem, o czym mówię, bo przez długie lata zajmowałam się tym, jak była postrzegana. Pielęgnowałam prawdziwość tej sztucznej, choć wiarygodnej kreacji. Ci wszyscy fani... oni widzieli i słyszeli wyłącznie to, co ja zdecydowałam się puścić w obieg.

Alicja, zmagająca się z depresją po śmierci kilkunastoletniego syna, dzień i noc waruje u bram internetu usuwając z niego nie tylko nieprzemyślane wystąpienia, czy ryzykowne pomysły Mileny na jej kontach społecznościowych, ale też wszelkie inne nieprzychylne publikacje użytkowników sieci.

Pewnej nocy Alicja dostaje nagranie, z którego wynika, że Milenę porwał szaleniec i grozi jej realne niebezpieczeństwo. Rozmowa z ochroniarzem gwiazdy  potwierdza fakt porwania. Milena wymknęła się ze swojej willi, by spotkać się z dostawcą „prochów” i to ten moment wykorzystał porywacz.
Alicja postanawia nie zawiadamiać policji, uważa, że odnajdzie piosenkarkę sama, może z pomocą współpracowników, managera Michała i ochroniarza Sebastiana.

Dalsza akcja to relacja z kilku- lub kilkunastogodzinnych poszukiwań Mileny, co wiąże się z odkryciami coraz bardziej przerażających sekretów z przeszłości gwiazdy. I nie tylko jej.
Powieść zbudowana została w formie rozmów, wywiadów pisarza z głównymi osobami dramatu: Alicją, Michałem, Sebastianem, Szymonem (chorym psychicznie testerze gier komputerowych, który właśnie stracił pracę).

Nie znałam jej tak naprawdę. Znałam tylko to, co chciała mi pokazać.

Za dużo wulgaryzmów. Na dwoje babka pierdoliła – po co to? Bohaterami są w końcu dorośli ludzie koło czterdziestki, a nie gimnazjaliści. Poza tym powieść całkiem niezła, jeśli pominąć przerysowania, przejaskrawienia w opisie postaci Alicji i Mileny.




--- 
*







czwartek, 30 stycznia 2020

Świat zaburzonej psycholożki

„Krok trzeci” – Bartosz Szczygielski

Na początek dygresje. Związane z omawianą książką mniej lub bardziej, a może i wcale. Można je sobie darować.

Znajomy psycholog (doktor, psychologia kliniczna, wykładowca) stwierdził kiedyś, że przynajmniej połowa osób, studiujących psychologię, wybiera ten kierunek studiów, bo mniej lub bardziej świadomie chce naprawić siebie albo swoją rodzinę. I że efekty tego są opłakane – nie potrafią skutecznie pomoc sobie (choć może więcej rozumieją, ale to nie załatwia sprawy), a i zawodowymi psychologami są zwykle miernej jakości.

Mrożek twierdził, że większość jest głupia, a im większa większość, tym głupsza. Pewnie miał rację, ale jest jednak w Polsce niewielki odsetek ludzi czytających książki i, nawet jeśli nie jest to lektura szczególnie ambitna, lepiej nie uważać ich i nie traktować jak durniów. Nachalna, agresywna, ale dość prymitywna w sumie kampania reklamowa, w której każda książka to arcydzieło i bestseller, a jej autor to (według wydawcy) arcymistrz, królowa, geniusz, powoduje zniechęcenie, zniecierpliwienie, rozdrażnienie i – przede wszystkim – spadek zaufania. Jest mnóstwo książek średnich, takich na ocenę 5-7 w skali dziesięciostopniowej. I czytelnicy byliby z nich zadowoleni, ale… jeśli najpierw wmawiano im, że to arcydzieło, którego autor jest królem i geniuszem… Za 6-7 tygodni wydawca będzie zachwalał innego króla-geniusza-mistrza.

Dla twórcy najgorszą chyba oceną jest obojętność. Wzruszenie ramion i pytanie: „eeee… no i co w związku z tym?” po obejrzeniu obrazu lub filmu, po przeczytaniu książki, to kompletna katastrofa. Dzieło, które nie wywołuje żadnych emocji, czy uczuć, to knot.

To teraz „Krok trzeci”…
Magda Bułhak, lat 38, pracuje we własnym, prywatnym gabinecie jako psycholożka, psychoterapeutka, choć bez specjalnej specjalizacji. Zadziwiające to, zważywszy na fakt, że ma poważne problemy psychiczne i emocjonalne sama z sobą. Wiecznie czegoś zapomina, całe lata z jej przeszłości stanowią po prostu czarną dziurę. Nie ma pojęcia, gdzie w garażu stoi jej i Damiana (męża) samochód i boi się tam wejść. Zakupy robi mąż, bo ona zupełnie sobie z tym wyzwaniem nie radzi. Nic nie pamięta ze szkoły, a jakim cudem pamięta coś ze studiów, wiadomości, umiejętności, doświadczenia niezbędne do wykonywania zawodu, detalicznie nie wiadomo (do czasu).
Kiedy pod łóżkiem znajduje majtki innej kobiety… dołącza je do prania i obwinia siebie, że widocznie nie jest dla Damiana wystarczająco atrakcyjna. Narzeka na nadwagę… żrąc kolejne ciastka… Później meble w domu nieznacznie zmieniają miejsce, na łóżku pojawia się ogromny obcięty penis, Damian znika bez śladu (czy on w ogóle istniał?), pojawia się za to tajemnicza, bardzo uczynna Nina – podobno dawna szkolna przyjaciółka Magdy, ale… Rojenia psychicznie zaburzonej kobiety mieszają się z faktami, z rzeczywistością.

O obojętności nie ma mowy – lektura rodzi początkowo (i zbyt długo) irytację i zniecierpliwienie.

Po przeczytaniu około jednej trzeciej powieści dowiedziałem się od autora (tak, dopiero teraz!), że te dziwne stany Magdy są wynikiem poważnego wypadku samochodowego, który spowodowała po pijanemu. I że było to… uwaga!... kilka tygodni temu. Ups! Podobna dziwność miała miejsce ze skarpetkami. Damian jest pedantycznie czysty i porządny, przeszkadza mu każdy okruch i najmniejsza plamka, ale… kiedy Nina z Magdą przeszukują dom (sprzątany przez Magdę perfekcyjnie i wiele razy), znajdują męskie skarpetki aż sztywne z brudu. Ups!
Magda uważa swoje małżeństwo za bardzo dobre, a męża za wspaniałego faceta, ale… Przy Damianie wszystko było stabilne. Traktował ją dobrze, pomagał finansowo, czasem nawet przeleciał. Wprawdzie w ogóle jej nie przytulał, ale z tym mogła się jakoś pogodzić*. Ups! Ale może ludzie różnie wyobrażają sobie cudowne związki…

Nie wiem, czy to działanie zamierzone, czy niedostatki warsztatowe młodego autora, ale profesjonalny redaktor powinien tak poważne niekonsekwencje i braki wychwycić. I upewnić się, że autor tak właśnie chciał i to w określonym celu. Oczywiście niektóre z takich dziwności można zrozumieć, kiedy pozna się już zakończenie, to jest rozwiązanie zagadki, ale jednak nie wszystkie.
Zdarzają się w powieści wydarzenia, które kompletnie do niczego nie służą, na przykład pierwsza wyprawa Magdy na policję. Idzie ona wymyślonym przez siebie skrótem przez jakieś blokowisko, gubi się i pyta o drogę przyjaznego menela – przyjaznego dopiero po tym, kiedy wyjawiła, że chodzi o komisariat policji, bo wcześniej było mniej miło. Eeee… i co w związku z tym?

Ostatecznie jednak tylko ta ważna informacja o wypadku Magdy, ujawniona tak późno, powstrzymała mnie przed porzuceniem książki. Pojawiła się nadzieja, że w całym tym zamieszaniu coś wreszcie zacznie być sensowne, wiarygodne, mniej chaotyczne i mętne. Wpadło mi też do głowy, że może to być jeden z pierwszych tropów, prowadzących do rozwiązania.

Bartosz Szczygielski miał ciekawy pomysł na fabułę. Zrealizował go nieźle, choć można było lepiej. W każdym razie autor ma potencjał, a kiedy jeszcze podszlifuje warsztat albo zmieni redaktora, albo jedno i drugie, to efekty mogą wyjść z tego naprawdę intrygujące.  „Krok trzeci” to debiut Szczygielskiego – może nie bezwzględny, ale pierwszy raz w życiu próbuje swoich sił w thrillerze psychologicznym. Można dać mu szansę. A książka niezła, oczywiście całkowicie fikcyjna i nieprawdopodobna, ale dla rozrywki… czemu nie; byle nie zrazić się pierwszymi stronami.


--
* Bartosz Szczygielski, „Krok trzeci”,  WAB, 2020, s. 271.