niedziela, 16 sierpnia 2026

Takie tam... babskie pisanie

 „Przepraszam za brzydkie pismo” – Antonina Tosiek

Rozczarowany i zawiedziony esejem „Chłopki” Kuciel-Frydryszak, gdzie niuanse dokazują się mało istotne, bo gra toczy się o stworzenie i uogólnienie symbolu, a nie o historyczną rzetelność, jednakże nadal zainteresowany tematem, wyszukałem średniej wielkości tom dotyczący pamiętników wiejskich kobiet. Historie w nim poruszane pisane były na różne konkursy głównie w latach 1933-1995.

W „Przepraszam za brzydkie pismo” mówię o mieszkankach wsi, starając się nie zagłuszyć ich suwerennych, samodzielnie tworzonych opowieści pamiętnikarskich. Nie zależy mi jednak na „oddawaniu głosu” zapomnianym bohaterkom ani też na rozpisywaniu ludowej historii kobiet jako opowieści pobocznej czy alternatywnej. Obie te strategie wydają mi się infantylizujące i protekcjonalne. Po pierwsze, wiara w to, że umożliwimy osobom wykluczonym z oficjalnego dyskursu snucie niezależnej opowieści, jest bardzo naiwna [1].

„Przepraszam za brzydkie pismo” nie zawiera pełnych wspomnień czy pamiętników kobiet ze wsi. Książka Antoniny Tosiek to jej analizy i syntezy pewnych zdarzeń, zjawisk lub okresów, ilustrowane fragmentami pamiętników chłopek. Zajmuje się ona (Tosiek) takimi zagadnieniami jak pamiętniki o pracy, pamiętniki o edukacji, o życiu społecznym i kulturalnym, o ciele i relacjach, o potrzebie opowieści…

Julianna, Danka i Teresa pisały pamiętniki w tajemnicy przed mężami. Julianna nocą, Danka rano, czekając, aż wystarczająco rozpali się pod piecem, a Teresa w PKS-ie wiozącym ją do pracy w pobliskiej masarni i z powrotem. Julianna w roku 1936, Danka w 1962, Teresa w 1983. Bały się. Raz – gniewu za marnowanie czasu albo pieniędzy na materiały do pisania, znaczek i kopertę. Dwa – bo dobrze wiedziały, że męża z równowagi wyprowadzić może najmniejsza rzecz, a co dopiero wypisywanie do obcych, do Warszawy. Lepiej dmuchać na zimne, zapobiegać, zamiast później leczyć. Julianna – okładem z roztartych liści babki lancetowatej, Danka – maścią nagietkową z apteki w Brzesku, a Teresa – świńskim żebrem prosto z własnej zamrażarki. Przede wszystkim jednak bały się wstydu. Co, jeśli zdobędą się na odwagę, opowiedzą w pamiętniku całe swoje dotychczasowe życie, a ktoś uzna je za błahe albo nieciekawe? Takie upokorzenie lepiej znosić w pojedynkę [2].

W Polsce popularność twórczości pamiętnikarskiej osiągnęła poziom prawdopodobnie nie spotykany nigdy dotąd i nigdzie w Europie. Nie chodziło o samo pisanie pamiętników, ale o wspieranie tego rodzaju twórczości przez urzędy, instytucje, media, państwo, po prostu, na przykład przez organizację konkursów. Oczywiście nie wszystkie te akcje i pamiętniki pisane były przez chłopstwo (np. pamiętniki czy wspomnienia księgarzy). Prawdziwy rozkwit popularności pamiętnikarstwa konkursowego przypadł na lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku. Tylko w roku 1969 ogłoszono ponad sto takich inicjatyw.

Krystyna nie potrafiła zrozumieć zarówno decyzji nowych właścicieli spółdzielni, jak i solidarnościowych władz, w których jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej pokładała olbrzymie nadzieje: „[…] wszyscy go [Lecha Wałęsę przyp. A.T.] będziemy przeklinali po wszystkie jego dni. Zniszczył zakłady pracy, połowa ludzi to nędzarze, część dostaje kuroniówkę na odczepne i przepija od ręki. Została zniszczona taka piękna mleczarnia w Tomaszowie i przepadły nasze udziały, nasza krwawica. A co oni robią wariaci? Jeden po drugim niszczy i nic nie będzie. Owszem. Głód i nędza na pewno [3].

Dzięki pamiętnikom kobiet wiejskich można zorientować się, jak oceniane były wydarzenia w Polsce w ogóle, a te dotyczące wsi, w szczególności. Zwykle jednak dotyczyły spraw i zdarzeń codziennych.

Kiedy redakcja „Wiadomości Literackich” ogłosiła, że nagrodę za najlepszą polską książkę roku 1936 otrzymał drugi tom monografii Pamiętniki chłopów, pomijając między innymi tytuły autorstwa Zofii Kossak, Melchiora Wańkowicza, Poli Gojawiczyńskiej czy Czesława Miłosza, spora część środowiska literackiego nie kryła oburzenia. W licznych artykułach prasowych powracały te same argumenty: pamiętniki nie mogą być rozpatrywane jako przykład sztuki literackiej, bo zostały przecież stworzone przez klasę chłopską, nie zaś świadomych swojego fachu pisarzy, a poza tym – opowiadają czyjeś prawdziwe doświadczenia, więc bliżej im do reportażu (gatunku niższego) niż prozy [4].

Twórczość pamiętnikarska była popularna w Polsce, od końca pierwszej wojny światowej do 1995 roku – mniej więcej. Były to zapewne dziesiątki tysięcy tekstów; nie wszystkie one nadawały się do oficjalnej publikacji, ale to nie znaczy, że nie można ich było wykorzystać w inny sposób. Nie zdawałem sobie sprawy, że wszystkie te materiały zostały zniszczone po transformacji ustrojowej. No, może nie wszystkie – Tosiek szacuje, że około dziewięćdziesiąt procent.

Wielu rzeczy wcześniej nie wiedziałem, na przykład tego, że rzez wiele lat czasopismo Przyjaciółka” wydawane było w dwóch różnych wersjach, dla czytelniczek z miast i miasteczek oraz dla chłopek – prostsze treści, więcej porad, choćby o potrzebie utrzymywania higieny osobistej lub o gotowaniu. Od razu przypomniała mi się Biblia Niewolników, to jest skrócona i mocno uproszczona wersja Pisma Świętego wydana z poparciem Kościoła, w 1807 roku w Londynie, dla czarnoskórych niewolników z kolonii. Usunięto z niej fragmenty o wolności i buncie, a stan niewolniczy uznany był za słuszny i stworzony przez Boga.

Ważnym elementem publikacji są reprodukcje zdjęć. Oryginalnych kartek z zapisem pamiętników, wnętrz chłopskich chat, wspólnej pracy (międlenie lnu, pasanie gęsi), z jakiejś wycieczki, z występu Koła Gospodyń Wiejskich, z pogrzebu dziecka itd. Szkoda, że nie więcej.





---
[1] Antonina Tosiek, „Przepraszam za brzydkie pismo”, wyd. Czarne, Wołowiec, 2025, rozdział „Wejście w opowieść”.
[2] Tamże, rozdział „Część Pierwsza”.
[3] Tamże, rozdział „Część Trzecia”.
[4] Tamże, rozdział „Wyjście z opowieści”.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Ciąża przeszkadza w zabijaniu

„Zgoda na zabijanie” – Vince Flynn

Ósmy tom cyklu o Mitchu Rappie, który da się czytać bez znajomości wcześniejszych. Rapp to coś w rodzaju Jamesa Bonda lecz w wydaniu amerykańskim. Człowiek nieprawdopodobnie sprawny i inteligentny z licencją na zabijanie w interesie amerykańskiej demokracji.

W „Zgodzie na zabijanie” tymi złymi są muzułmańscy fanatycy i terroryści, tak w ogóle, a w szczególności pewien Saudyjczyk, któremu Rapp zabił syna. Oszalały z żądzy zemsty ojciec wyznaczył w sumie dwadzieścia milionów dolarów za głowę Mitcha Rappa. Zadanie to podejmuje się wykonać zagadkowa para, małżeństwo profesjonalistów światowej klasy.

Powieść sensacyjna niezwykle wciągająca, zupełnie nierealna, ale niewątpliwie rozrywkowa w swojej klasie. Na jedną tylko większą naiwność zwróciłem uwagę. Żona Rappa, znana dziennikarka oraz profesjonalistka od zabójstw na zlecenie, w tym samym czasie zachodzą w ciążę. Dramatyczne akcje co trochę przerywane są napadami torsji obu pań. Być może równie dramatyczne.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Erika Foster i mrożone koty

 „Martwy świadek” – Robert Bryndza

Wydawca na okładce zamieścił prawie wszystkie informacje o fabule, może poza samym nazwiskiem mordercy, więc po prostu mogę tylko napisać to samo, ale swoimi słowami.
„Martwy świadek” to siódmy tom z serii o Erice Foster, ale najwyraźniej nie trzeba ich czytać w kolejności wydawania.

Główna inspektor policji, Erika Foster, Słowaczka z podwójnym obywatelstwem, po śmierci męża, też policjanta, kupiła dom w Londynie, w spokojnej dzielnicy Blackheath. Jeszcze się nawet nie rozpakowała, więc zjeść kolację wybrała się dwie ulice dalej, do fast-foodu serwującego frytki. W drodze powrotnej z pobliskiego budynku usłyszała krzyki. Tess Clarke znalazła zwłoki swojej siostry, Victorii Clarke, zamordowanej brutalnie we własnym domu, na kanapie.

Gdy na miejsce zbrodni zjechała się już cała ekipa, policjanci zatrzymali sąsiada Vicky Clarke, który dziwnie się zachowywał, był agresywny i w torbie na śmieci próbował wynieść zamarznięte kocie zwłoki. Policja od lat poszukiwała zabójcy setek kotów, więc od razu zatrzymała sąsiada, Charlesa Wakefielda. Jeszcze przed świtem okazało się, że jest on bratem głównego szefa policji, więc prawie natychmiast wyszedł na wolność.

Ofiara zbrodni, Vicky Clarke, zajmowała się nagrywaniem podcastów kryminalnych. Odkryła i opublikowała coś na temat masowego mordercy kotów, ale też o mężczyźnie, który prześladował studentki w południowym Londynie. Następnie włamywał się do nich i…. Z mieszkania ofiary zniknęły pendrive’y i inne nośniki danych.

Erika Foster prowadzi śledztwo wraz z zespołem i szybko odkrywa, że w tej sprawie wszystko jest znacznie bardziej pogmatwane, niż mogłoby się z początku wydawać. Sprawa Charlesa Wakefielda, wynoszącego zamrożone kocie zwłoki, to drobiazg wobec faktu, który ustalił anatomopatolog podczas sekcji – zwłoki, które badał, to nie Victoria Clarke. Od tego momentu akcja zaczyna przypominać rollercoaster i staje mocno wciągająca. Jest to powieść skoncentrowana na akcji, typowo rozrywkowa, złożonych analiz psychologicznych bohaterów, w niej nie ma. To może być jej zaletą lub wadą, zależnie od oczekiwań czytelnika.

Co do oceny „Martwego świadka” mam ambiwalentne odczucia, bo z jednej strony niewątpliwie godna uwagi wyobraźnia autora, a więc nietuzinkowa fabuła, ale z drugiej… Znalazłem w książce elementy, które mi się nie podobały. Może nie tyle błędy, ale treści niejasne, niezupełnie zrozumiałe. Odpowiada za to albo autor albo tłumacz, bo według informacji w stopce, redaktora czy korektora nie było. Przykład pierwszy: „wokół unosił się charakterystyczny zapach kogoś obcego” – obcego… dla kogo obcego? Bo chyba nie chodzi o Xenomorfa? Policjantki wchodzą do mieszkania Charlesa Wakefielda zatrzymanego godzinę wcześniej i… czego się spodziewają, zapachu szefa? Swojego dziecka, męża? Czym w ogóle charakteryzuje się zapach kogoś obcego, skoro jest niby taki charakterystyczny? Przykład drugi: w przeszukiwanym mieszkaniu policjantki znajdują kapelusz z metką Juniper&Brown Hatters St James Street, London. Wtedy jedna z nich krzyczy: Uwaga: awokado! [s. 47]. Tego nie rozumiem już zupełnie.

Tak więc brak redakcji lub/i doświadczenia tłumacza, obniżają ocenę tej, całkiem niezłej, powieści o jeden-dwa punkty.

środa, 29 lipca 2026

Fantastyka socjologiczna

 „Historia twojego życia” – Ted Chiang

„Zbiór opowiadań określony jako precyzyjnie skonstruowany eksperyment myślowy” [1].

Eksperyment myślowy? Kogoś poniosła fantazja i ze zwykłego zbioru opowiadań fantastyczno-socjologicznych próbuje zrobić coś ambitnego, ale… niech będzie. Każde z nich, albo prawie każde, to nawiązanie do tematu, z którym już się gdzieś, kiedyś zetknąłem. To nie temat jest tu odkrywczy i nowatorski, ale sposób, w jaki został opisany. Ktoś nie słyszał o wieży Babel? Nie czytał o człowieku, który zdobył nieprawdopodobną inteligencję?
Jedne opowiadania lepsze, inne nieco mniej, bo z dłużyznami, ale w sumie rozrywka niezła. W kilku przypadkach można nawet liczyć na odrobinę inspirującej refleksji.

„Wieża Babilonu”. Elamiccy górnicy pod wodzą Hillaluma przybywają do Babilonu, gdzie od pokoleń budowana jest wieża, która ma sięgnąć nieba. Ich zadaniem jest przebicie się przez sklepienie, do którego właśnie dotarli budowniczowie. Hillalum przedostaje się na drugą stronę i…

„Były też chwile, kiedy wydawało się, że sklepienie jest wznoszącą się przed nim pionową ścianą urwiska o niewyobrażalnej wysokości, podobnie jak ledwie widoczna w dole ziemia, i że wieża to mocno naciągnięta lina między nimi” [2].

„Zrozum”. Po podaniu eksperymentalnego preparatu, hormonu K, który miałby pomóc rekonstruować uszkodzony mózg (uszkodzony w wyniku wypadku lub choroby), nieprawdopodobnie rośnie inteligencja pacjenta, Leona, oraz inne jego możliwości umysłowe. Wkrótce dowiaduje się on też, że na świecie jest ktoś, inny pacjent, o podobnych możliwościach, a to stanowi specyficzne zagrożenie.

„Dzielenie przez zero”. Wbrew pozorom nie jest to opowiadanie o matematyce, zaczyna się zresztą od cudacznego założenia.

„Istnieje pewien powszechnie znany dowód na to, że dwa równa się jeden. Jeśli wstępnie założymy, że a=1 oraz b=1, w efekcie otrzymamy równanie a=2, wobec czego 1=2” [3].

Dziwoląg. Co ma b do a? A jakby b=7, to a=33? A jakby c=12, to a=99? Być może czegoś tu brakuje, jakichś dodatkowych założeń, które wiązałyby w jakiś sposób a i b.

Ważniejsze jest jednak coś innego. Opowiadanie pokazuję poważny problem psychologiczny, umysłowy, ambicjonalny i moralny naukowca, który po latach błyszczenia na naukowym firmamencie odkrywa, że mylił się kompletnie i to właściwie we wszystkim. I to jest do przemyślenia.

„Historia twojego życia”. Pozornie dwa nurty. W jednym lingwistka, doktor Louise Banks, opowiada córce jej życie. Robi to w dziwny sposób – w czasie przyszłym, na przykład: będziesz miała wtedy 25 lat. Wątek drugi, to spotkanie z obcymi, których ludzie nazywają siedmionogami. Louise Banks uczy się ich języka, a właściwie języków, bo siedmionogi A(język mówiony) jest zupełnie czym innym niż siedmionogi B (język pisany, choć raczej obrazowy).

Liczba kończyn i wygląd to głupstwo, bo obcy okazują się znacznie bardziej obcy niż kiedykolwiek wpadło to do głowy autorom powieści s-f. Kwestia porozumienia z istotami kompletnie innymi, jest do zastanowienia.

Ciekawy jest sposób, w którym autor odwołuje się do Zasady Najmniejszego Czasu Fermata. Zgodnie z nią światło podróżujące między dwoma punktami wybiera taką drogę, której pokonanie zajmuje najmniej czasu, nawet gdy po drodze zmienia się środowisko: woda, szkło, powietrze. To zagadnienie jest niezwykle intrygujące, bo żeby światło wybrało i wyliczyło drogę z najkrótszym czasem, to najpierw musi znać punt docelowy. A niby skąd? Czy przyszłość jest określona jeszcze zanim się wydarzy?

Bardzo dobre opowiadanie, bo wymaga odrobiny zastanowienia, to jest zupełnie inaczej niż w przypadku „Wieży Babilonu”.

„Siedemdziesiąt dwie litery”. Wariacja na temat opowieści o Golemie. Tematem jest eugenika, inżynieria genetyczna i nomenklatura. Przy okazji – 72 litery zawiera alfabet Khmerów.

„Thorburn, może ty nam powiesz, czym jest doktryna liter?
-Jak każda rzecz jest obrazem Boga, tak każde imię jest obrazem boskiego imienia.
- A prawdziwe imię przedmiotu?
- Obrazuje boskie imię w ten sam sposób, w jaki sam przedmiot jest obrazem Boga.
- A czym charakteryzuje się prawdziwe imię?
- Obdarza przedmiot cząstką bożej mocy” [4].

„Ewolucja ludzkiej nauki”. Króciutkie opowiadanie poruszające jedno tylko zagadnienie. Na ziemi żyją ludzie i metaludzie o niesamowitej wiedzy, inteligencji, umiejętnościach. Zwykli ludzie już nie rozumieją nauki metaludzi, owszem, korzystają z ich urządzeń, ale nie wiedzą, jak i dlaczego one działają. Pytanie: czy w tych warunkach normalni ludzie powinni nadal prowadzić jakieś swoje badania, rozwijać własną, opóźnioną naukę, czy to w ogóle ma sens?

„Piekło to nieobecność Boga”. Opowiadanie o tym, jak wiara poddana zostaje niesamowitej weryfikacji. Z ziemi czasem można podejrzeć piekło, które wydaje się bardzo podobne do zwykłego życia. Od czasu do czasu na ziemi pojawiają się aniołowie. Ich pojawienie się wywołuje czasem cuda, na przykład czyjeś uzdrowienie, ale jednak więcej ludzi traci życie i zdrowie podczas takiej manifestacji.

„Bóg nie jest sprawiedliwy. Bóg nie jest dobry. Bóg nie jest miłosierny. Zrozumienie tej prawdy jest podstawą prawdziwej pobożności” [5].

„Co ma cieszyć. Reportaż”. W życiu wygrywają najpiękniejsi. Oczywista oczywistość. Jak i to, że trudno takie kryterium uznać za sprawiedliwe. Kaliognozja to zabieg (chyba neurochirurgiczny), który eliminuje różnice między pięknymi a zwyczajnymi ludźmi. Człowiek poddany kalio rozróżnia rysy twarzy i mimikę, ale wszystkie twarze wydają mu się zwyczajne i przeciętne. Nikt nie jest ładniejszy od kogoś innego.
Tekst składa się z wypowiedzi różnych ludzi na temat sensu i przyszłości kaliognozji.

„Notatki na marginesie opowiadań”. Luźne zapiski dotyczące, zwykle, genezy opowiadań.


Ogólnie zbiór dość... eklektyczny, jednak nie żałuję czasu poświęconego na lekturę; rozrywka bywała przednia, momentami.  



---
[1] Ted Chiang, „Historia twojego życia”, Zysk i S-ka, przekład Michał Jakuszewski i inni, 2026, tekst na okładce (blurb).
[2] Ted Chiang, „Historia twojego życia”, Zysk i S-ka, przekład Michał Jakuszewski i inni, 2026, s. 26.
[3] Tamże, s. 105.
[4] Tamże, s. 207.
[5] Tamże, s. 317.





Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

piątek, 24 lipca 2026

Wybitnym wolno dużo więcej

 „Ludzie na drzewach” – Hanya Yanagihara

Debiutancka powieść autorki, a mimo to – moim niezwykle skromnym zdaniem – ciekawsza od „Małego życia”, które czytałem niedawno.

Bethesda, Maryland – doktor Abraham Norton Perina, słynny immunolog i emerytowany dyrektor Centrum Immunologii i Wirusologii Narodowego Instytutu Zdrowia w Bethesda, w stanie Maryland, został wczoraj aresztowany pod zarzutem nadużyć seksualnych. Dr. Perinie, 71 lat, postawiono zarzuty trzykrotnego gwałtu, trzykrotnego odbycia stosunku seksualnego z nieletnimi, dwóch napaści seksualnych i dwukrotnego narażenia zdrowia i życia osoby małoletniej. Zarzuty sformułowano na podstawie zeznań jednego z adoptowanych synów dr. Periny [1].

Doktor Perina, laureat Nagrody Nobla, badając latami lud Opa’ivu’eke z Ivu’ivu na jednej z wysp mikronezyjskiego państwa U’ivu, odkrył syndrom Seleny, nazwany tak od nieśmiertelnej i wiecznie młodej bogini księżyca z mitologii greckiej. Tubylcy, którzy jedli mięso pewnego gatunku żółwia, pozostawali relatywnie młodzi setki lat, choć umysłowo czy emocjonalnie starzeli się w mniej więcej naturalnym tempie. Perina spędził na badaniach w Mikronezji wiele lat, tam też adoptował czterdzieścioro troje dzieci, sierot lub dzieci wyjątkowo biednych członków plemienia Opa’ivu’eke.

Doktor medycyny, Ronald Kubodera, przyjaciel i protegowany Nortona Periny, zafascynowany swoim mentorem, twierdzący, że pedofil skazany na dwa lata więzienia, potraktowany został skandalicznie niesprawiedliwie, namówił go, żeby czas spędzony w więzieniu, wykorzystał na spisanie autobiografii czy pamiętnika, co też noblista zgodził się robić. Ronald Kubodera pełnił rolę redaktora kolejnych części opowieści Periny.

I tak w kwietniu, po dwóch miesiącach odsiadywania przezeń wyroku, spytałem go w liście (pisałem do niego codziennie), czy nie zechciałby jednak rozważyć kwestii pamiętników. Które, jak podkreśliłem, nie tylko stanowiłyby istotny wkład w literaturę i naukę, ale dowiodłyby osobom zainteresowanym, że Norton nie jest tym, kogo świat tak usilnie chce w nim widzieć. Dodałem, że poczytałbym sobie za zaszczyt możliwość przepisywania jego rękopisów na maszynie i, gdyby mi na to pozwolił, subtelnego ich redagowania, jak to czyniłem wcześniej z jego artykułami do pism naukowych. Byłoby to dla mnie, napisałem, fascynujące zajęcie, a dla niego być może jakaś rozrywka [2].

Zasadniczą treścią „Ludzi na drzewach” są pamiętniki doktora Nortona Periny.

Powieść, momentami nieco przegadana, koncentruje się w zasadzie na jednym temacie, pytaniu: czy ludziom wielkim, wybitnym, wyjątkowym, wolno więcej, czy należałoby ich traktować inaczej niż zwykły motłoch?





---
[1] Hanya Yanagihara, „Ludzie na drzewach”, przekład Jolanta Kozak, wyd. WAB, 2021.
[2] Tamże.

wtorek, 21 lipca 2026

Zwykłe życie w Nowym Jorku

 „Małe życie” – Hanya Yanagihara

I właściwie tego wstydził się najbardziej: nie lichej znajomości seksu, nie zdradzieckiej postawy wobec własnej rasy, nie nieumiejętności odłączenia się od rodziców czy zarobienia własnych pieniędzy i zachowywania się jak byt autonomiczny. Wstydził się tego, że kiedy siedział z kolegami wieczorem i oni zagłębiali się we własne ambicje i wyśnione konstrukcje, kreślili i planowali swoje nieprawdopodobne budowle, on nie robił nic. Utracił zdolność wyobrażania sobie czegokolwiek. Tak więc co wieczór, kiedy inni tworzyli, on kopiował: rysował budynki, które widział podczas podróży, budynki wymarzone i wzniesione przez innych ludzi, budynki, w których mieszkał albo bywał gościem. Ciągle od nowa tworzył coś, co już zostało stworzone, nie starając się nawet tego ulepszać, po prostu małpując. Miał dwadzieścia osiem lat; wyobraźnia go opuściła; był kopistą. To go przerażało. JB miał swoją serię obrazów. Jude miał swoją pracę. Willem swoją. A jeśli on, Malcolm, już nigdy niczego nie stworzy?*.

Powieść społeczno-obyczajowa o młodych Amerykanach i Nowym Jorku.

Czterech przyjaciół: Malcolm, Willem, Jude i JB. Przed trzydziestką; różne kolory skóry, co na pewno zachwyciło recenzentów. Po prostu żyją w Nowym Jorku, głównie na Manhattanie, ale nie tylko, i próbują zrobić w życiu jakąś karierę, przestać wreszcie być nikim, jakoś się urządzić, sensownie zorganizować swoje życie. To najzupełniej zwyczajne życie – nie jestem przekonany, czy „małe” (pomysł autorki?) jest odpowiednie.

Jeśli autorka/autor postanowi opisywać zwyczajność i codzienność, to raczej marne szanse, że porwie czytelników; raczej wielu rozczaruje. Mocnym punktem „Małego życia” jest warsztat pisarski i zmysł obserwacji Yanagihary, ale nie wielkie, ważne, zaskakujące wydarzenia, gwałtowne zwroty akcji, zapierające dech w piersiach sceny, dramatyczne zakończenie. Ta powieść jest zwyczajna, jak życie; nie znajdzie w niej czytelnik niczego porywającego, a kiedy – mniej więcej w połowie – zacznie zdawać sobie sprawę, że jest ono, to życie, w pewnym sennie podobne do własnego, to i oceny polecą w dół.

Lektura nieco depresyjna, jakby szarówkowo-jesienna, ale byłem uprzedzony, więc i oczekiwania miałem całkiem rozsądne. W każdym razie raczej w niedługim czasie sięgnę też po inną powieść tej autorki.



---
* Hanya Yanagihara, „Małe życie”, przełożyła Jolanta Kozak, wyd. WAB, 2022.

czwartek, 16 lipca 2026

Przyjaciółki i nieprzyjaciółki

 „W snach to ja trzymam nóż” – Ashley Winstead 

Oficjalne zaproszenie na zjazd absolwentów Uniwersytetu Duquette, który odbędzie się w dniach 5–7 października. Poniżej znajdował się czerwony szkic Wieży Blackwell, tak wysoki, że niemal wbił się między litery. Z przyjemnością będziemy gościć Szanowną Panią na tradycyjnym zjeździe absolwentów, cieszącym się dużą sympatią byłych studentów Duquette. Załączamy zaproszenie na przyjęcie z okazji dziesięciolecia ukończenia studiów przez rocznik 2009, by ponownie przeżyć dawne przygody i świętować liczne sukcesy naszych absolwentów – w tym koleżanek i kolegów z Pani rocznika – odniesione po opuszczeniu Karmazynowego Kampusu*.

Główną bohaterką jest Jessica Miller, trzydziestodwuletnia obecnie, zadbana w sposób, na jaki pozwalają jej wysokie zarobki doradczyni w Nowym Jorku: włosy rozjaśnione, zęby wybielone, gładka skóra, sylwetka nie chuda, jak to miała w wieku lat osiemnastu, lecz jędrna i smukła. Na kampusie i uczelni Jessica należała do paczki, którą nazywano tam Siódemką ze Wschodniego (na studiach należała do East House, Domu Wschodniego), którą tworzyli: Coop, Heather, Mint, Caro, Frankie, Jack i Jessika. Wszyscy młodzi, przebojowi, pewni siebie. Wiadomo było, że skończą studia z dobrymi lokatami i zrobią karierę. Nie przypuszczali, że w ich małym gronie znajdzie się morderca i ofiara, a przynależność do Siódemki ze Wschodniego przestanie być pożądana.

Jessica Miller ma poważne problemy z samooceną, to jest poczuciem własnej wartości. Raz jest z siebie dumna, zadowolona i szczęśliwa z realnych przecież osiągnięć, by po chwili popaść w przygnębienie, gdy wydaje jej się, że jest przeciętna, zwyczajna, a nawet mierna i beznadziejna. Na tę drugą wersję też znajduje argumenty.

Na studenckim kampusie zamordowana została Heather, jedna ze studentek, należąca do grupy Siódemka ze Wschodniego. Policja podejrzewała jej ostatniego chłopaka (mocno się pokłócili kilka godzin wcześniej), ale ostatecznie nie udało mu się niczego dowieść i sprawa pozostała nierozwiązana, aż do…

Fabuła przebiega dwutorowo – jedne rozdziały opisują zjazd absolwentów i rozmaite relacje między byłymi studentami (głównie zawiść i złośliwości dawnych koleżanek), inne dotyczą przeszłości, czasu sprzed dekady, kiedy to Jessica Miller rozpoczynała, i kontynuowała, naukę na Uniwersytecie Duquette.

Całkiem niezła powieść kryminalna, wbrew pozorom nie tylko dla kobiet, choć złożone uczucia i emocje między dziewczynami i młodymi kobietami, mogą być czasem trudne do zrozumienia dla czytelników, mężczyzn.




---
* Ashley Winstead, „W snach to ja trzymam nóż”, przekład Agnieszka Brodzik, Znak, Kraków, 2023.

wtorek, 14 lipca 2026

Odcinek Światów A. Pilipiuka

 „Drogi przez morze” – Andrzej Pilipiuk

Sięgnąłem po Pilipiuka, bo naszła mnie ochota na… Pilipiuka. Nie wiedziałem, że produkuje też opowiadania o architekcie, introligatorze i poszukiwaczu historycznych artefaktów, Robercie Stormie.

Zbiorek trzech opowiadań. „Król gór” o chłopcach, którzy na zajęciach praktycznych w szkole pilnikami próbują zrobić dla siebie młotki, o Liczyrzepie i skarbach Karkonoszy, i o Ziemiach Uzyskanych. Drugie opowiadanie, „Czarny jatagan” to historyjka detektywistyczna, w której Storm z łatwością odnajduje zaginiony czarny jatagan, historyczną pamiątkę, którą skradziono z kościoła. I wreszcie trzecie, „Drogi przez morze”, wyraźnie główne, bo dwa wcześniejsze robią za wypełniacze, o epidemii covid-19, ratunkowej wyprawie Storma do Wenecji, po przyjaciela, Arka, który tam zachorował. Wlokło się to i wlokło, Storm kombinował, jak z Arkiem wydostać się z Wenecji, prezentując przy okazji swoje przekonania polityczne, w końcu sam się zaraził. Kiedy z prób wyjazdu nic nie wychodziło i robiło się tak nudno, że już miałem sobie darować resztę, pojawił się Przewoźnik Dusz i teleportował ich obu do Szwecji, gdzie wyzdrowieli. Za to w Wenecji wystawiono im akty zgonu i zwłoki skremowano (ups!). W opowiadaniu pojawił się wątek tajemniczego doktora Skórzewskiego, ale jak się pojawił, tak się urwał.

Eksperyment ciekawy, ale z innych „dzieł” z serii "Światy Pilipiuka" rezygnuję zdecydowanie i w ciemno.

piątek, 10 lipca 2026

Niech to państwo nam daje!!!

Kiedyś na portalach książkowych częściej brałem udział w dyskusjach na temat zarobków pisarzy, o czym pewne pojęcie akurat mam, i zwykle pisałem coś w tym stylu:

a) Dane z roku 2024. Każdego dnia wydawanych jest 68 tytułów. Także w niedziele i święta, dla równego rachunku. 93% (szacunek mój) to śmieci, romansidła pisane przez gospodynie domowe i poprawiane przed redaktorów. Co nie oznacza, żeby nabrały jakiejkolwiek wartości. Grafomanom coraz bardziej przestaje wystarczać, że w swoim i rodziny przekonaniu, są pisarzami. Chcą jeszcze za te swoje twory dostawać pieniądze.

b) Jęki typu „komuno wróć”, czyli niech państwo COŚ zrobi, żeby nam dawali pieniądze. Poza niewielkimi wyjątkami grupa autorek i autorów nie rozumie i zrozumieć nie chce realiów gospodarki rynkowej. I nazywanie ich królowymi polskiego romansu i mistrzami polskiego kryminału nic tu nie zmienia. Po prostu – miernota słabo się sprzedaje. W czym zapewne nic dziwnego.
Fakt, że w ogóle się sprzedaje, to akurat specyfika naszych czytelników, którzy potrafią, owszem, poznać i odkryć ciekawy pomysł, nietuzinkową fabułę, ale zwykle nie odróżniają dobrego warsztatu pisarskiego od złego, dobrego pisarstwa od grafomanii. No, nie wszyscy, rzecz jasna.

Czy coś z tego wynika? Ano zupełnie nic. Miernoty coraz więcej, książki coraz droższe i tylko pytania takie same: czemu nie zarabiamy kroci???

To są książki, które w Klubie Recenzenta można dostać za darmo. Za wysyłkę też wydawca zapłaci. Byle napisać o nich jakąś opinię. I… nikt ich nadal nie chce. Tygodniami i miesiącami tam wiszą.


sobota, 4 lipca 2026

Gdy ufać nie możesz nikomu

 „Zaufaj mi” – Jeff Abbott

Henry Shawcross kieruje firmą analityczno-doradczą, która na zlecenie rządu bada zjawisko terroryzmu i stara się przewidzieć kolejne zamachy czy ataki. Shawcross, niegłupi facet, odkrywa szybko, że największą skuteczność swoich badań będzie osiągał wtedy, kiedy sam te ataki terrorystyczne będzie planował i (z dobranym zespołem) organizował.

Luke Dantry, student psychologii i pasierb Henry'ego Stawcrossa, wykonuje dla ojczyma pewne badania i obserwacje w internecie. Stawcross proponuje mu nawet pracę na pełny etat.

Wszystko komplikuje się, gdy do akcji włącza się jeszcze jedna organizacja terrorystyczna. Luke Dantry zostaje porwany, za jego życie porywacze żądają 50 milionów dolarów. Stawcross nie próbuje negocjować, przeciągać sprawy – po prostu oznajmia, że nie zapłaci. Luke słyszy tę rozmowę i czuje się zdradzony.

W tym momencie następuje magiczna zmiana. Luke Dantry, wprawdzie 190 centymetrów wzrostu, ale ciamajda i ciepłe kluchy, zmienia się w Rambo. Ucieka porywaczom, walczy z nimi i świetnie sobie z tym radzi – w końcu ma szczytny cel: uratować swoje życie, oczyścić dobre imię, odkryć, co naprawdę stało się z rodzicami i jeszcze takie tam… uratować świat, a przynajmniej Amerykę.

Powieść nie jest może zła, ale mocno naiwna i przesadnie pokomplikowana, za to z bardzo dynamiczną akcją.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Problematyczne pomysły pań

 „Ślepy trop” – Jørn Lier Horst

Line, wnuczka komisarza Williama Wistinga, początkująca dziennikarka śledcza, kupuje dom w Larviku, bardzo blisko domu swojego dziadka. Line jest w dziewiątym miesiącu ciąży z jakimś Amerykaninem, który na scenie się nie pojawia.
Sofie Lund, wnuczka znanego przestępcy, Franka Mandta, dziedziczy po nim dom – osiemdziesięcioletni Mandt uległ wypadkowi w swoim domu, spadł ze schodów do piwnicy i zmarł z powodu licznych obrażeń. Sofie Lund, samotna matka rocznej córeczki Mai, dziadka nienawidziła i nienawidzi nadal, nazywając Starcem i ma to wydźwięk bardzo negatywny. Frank Mandt wrobił w przestępstwo narkotykowe matkę Sofie, a swoją córkę, i przez niego trafiła ona do więzienia, gdzie popełniła samobójstwo. Odziedziczony po Starcu dom też jest nieopodal domu Line. Młode kobiety spotykają się przypadkiem na mieście, przypominają, że kiedyś chodziły razem do szkoły, zaprzyjaźniają się, spędzają razem wiele czasu.

Podczas remontu i wywożenia gratów po Starcu, w piwnicy dawnego domu Mandta Sofie Lund odkrywa sejf tak duży, że wynieść z budynku raczej się go nie da bez burzenia ścian. Sejf jest zamknięty, więc Sofie wzywa ślusarza, specjalistę, któremu po kilku godzinach udaje się otworzyć sejf. Obecna jest też przy tym Line.
Kobiety znajdują w sejfie pistolet, mnóstwo pieniędzy, z czego część znaczona specjalną farbą, jak się to robi w przypadku łupów z napadów lub okupów, jakieś dokumenty i kasety magnetofonowe z nagraniami – na razie nie wiadomo, czego.

W tym momencie zaczynają się w powieści Horsta dziać dziwności. Nie wiem, czy to młode Norweżki są tak pokręcone, czy może macierzyństwo tak na nie wpływa, ale kobiety zaczynają wymyślać, nie wiadomo po co, zupełnie nieprawdopodobne historie. Może jeszcze dałoby się zrozumieć Sofie Lund, o której za wiele nie wiadomo, ale wnuczka komisarza policji, dziennikarka??? Najpierw planują wyrzucić pistolet do morza. Ostatecznie jednak Line oddaje go dziadkowi (komisarzowi), zastrzegając anonimowość. Policja szybko odkrywa, że broni używano podczas przestępstw, więc dalsze granie wariata i udawanie, że nie wiadomo, skąd pochodzi, nie jest już możliwe.
Znaczone pieniądze, ogromną sumę, panie postanawiają wysłać anonimowo w prezencie jakiejś organizacji zajmującej się zwalczaniem narkomanii. Organizacja, co oczywiste, natychmiast zawiadamia policję. Itp.

Komisarz William Wisting, główny bohater Horsta, wraz ze swoim zespołem od miesięcy poszukuje taksówkarza i jego samochodu. Policja podejrzewa, że taksówkarz mógł być powiązany z ciemnymi sprawkami Franka Mandta, ale dowodów na to nie ma żadnych.

Powieść, na poważnie, zaczyna się, gdy przypadkowo zostają znalezione zwłoki taksówkarza, a niedługo potem, w szopie dzierżawionej przez Mandta, jego taksówka.

„Ślepy trop” to typowy skandynawski kryminał. Ciekawa, bardzo ciekawa fabuła, ale… sporo dłużyzn, wątków bez znaczenia dla opisywanej akcji, i prawie żadnej sensacji. Policjanci w powieści Horsta są urzędnikami państwowymi, to nie są gliniarze pokroju Brudnego Harry’ego. Jednym się to spodoba, innym niekoniecznie.

niedziela, 21 czerwca 2026

Blaski i cienie w życiu agenta

 „Wilczy bilet” – Kacper Młyńczak

Powieść szpiegowsko-sensacyjno-przygodowa, dotycząca polskich służb, ich tajnych operacji, różnych agencji oraz zawirowań w tym środowisku, wywołanych zmiennymi układami politycznymi. Oczywiście wszystko to mocno przerysowane, ale to przecież miała być rozrywka, a nie dokument. Tak więc powieścią rozrywkową „Wilczy bilet” jest całkiem niezłą. Z tych, co to trudno się oderwać, bo czytelnikowi naprawdę zależy, żeby dowiedzieć się, jak się to ostatecznie zakończy.

Major Leopold Kryński próbował ewakuować agenta polskich służb, Wadima, z Ukrainy, któremu wydawało się, że został zdemaskowany. Podczas tej akcji, nieautoryzowanej zresztą przez polskie służby, coś mocno poszło nie tak – ranni ukraińscy policjanci i cywile, trup w rzece, skandal dyplomatyczny. Kryński, zwany w środowisku jako Leo („Psy”, Franciszek Maurer ksywa Franc, stworzyły pewną manierę) musiał odejść ze służby i obiecać, że nie pojedzie nigdy więcej do Ukrainy. W zamian obiecano mu, że nie będzie śledztwa i oskarżeń w jego sprawie. Jednak do dżentelmeńskich umów, jak to często powtarza się w powieści, potrzeba przynajmniej dwóch dżentelmenów. Kapitan Orest Ziętara, zaprzysięgły wróg Kryńskiego i jego metod, postanowił wznowić sprawę i doprowadzić do przykładnego ukarania byłego majora wywiadu, który teraz zarabia na skromniutkie utrzymanie jako korektor w wydawnictwie poradników dla tych, którzy chcą zmienić swoje życie, ale dopiero od jutra, bo najpierw muszą przeczytać, jak to się robi.

Kornel Lipiński, polski miliarder, proponuje Kryńskiemu zadanie odszukania swojego syna, Mikołaja, młodego dziennikarza śledczego, z którym kontakt nagle się urwał. Brak adrenaliny, praca korektora raczej jej nie dostarcza, ale także pieniędzy, skłania Leopolda Kryńskiego do przyjęcia oferty. Szybko jednak okazuje się, że ślad wiedzie do Ukrainy i nie chodzi o proste porwanie dla okupu, ale skomplikowaną grę operacyjną rosyjskich służb specjalnych.

Jak na debiut powieść napisana została całkiem sprawnie, może nawet wyjątkowo dobrze. Wprawdzie miałem zamiar wtrącić coś o lokowaniu produktu, ale dałem spokój.

„Obrócił Red Roses Speedway Wingsów na drugą stronę. Ucieszył się to na niej był jego ulubiony numer na płycie – instrumentalny Loup (1st Indian on the Moon). Podkręcił głośność i wrócił do laptopa” [1].

„Wyjął z kieszeni IQOS-a. Zajrzał do barku w salonie. Koniak – Martel XO, whisky Cardhu 18YO, szampan – Bollinger 2004, wódki – Grey Goose oraz Baczewski” [2].

Młodemu autorowi po prostu wydawało się, że historia stanie się lepsza, jeśli napcha do niej sławnych i wyjątkowo drogich marek. Marek alkoholi, ubrań, zegarków, samochodów itp. Wyszło odrobinę infantylnie, ale to stosunkowo drobny mankament.

„Ukrainiec zauważył, że jego tymczasowy przełożony zachowuje się w ten sposób, kiedy zamierza powiedzieć coś przenikliwego. Zazwyczaj kończyło się właśnie na zamiarach, bo złote myśli Kryńskiego niosły wiele słów, lecz mało treści.
/…/
Pierwszy raz zdarzyło się, by zamiast rzucić głupi żart, miałki aforyzm albo szorstki rozkaz, zwyczajnie poprosił o opinię” [3].

Kacper Młyńczak całkiem sprawnie uniknął, często popełnianego przez nowicjuszy błędu, to jest nie zaprezentował głównego bohatera, jako połączenia Rambo, Jamesa Bonda, Johna Wicka i kogo tam jeszcze. Kryński nie jest herosem czy nadczłowiekiem, cechuje go sporo wad i słabości, a jedną z nich jest rozwijająca się choroba alkoholowa. Jak wiadomo, alkoholicy zawalają mnóstwo spraw życiowych i zawodowych, bo w najbardziej nieodpowiednich momentach po prostu muszą się napić.

Historia kończy się satysfakcjonująco, ale z drobną furtką, która w przyszłości mogłaby umożliwić kontynuację losów czy przygód Leopolda Kryńskiego. Nie miałbym nic przeciwko temu, a jeśli Młyńczak napisze coś jeszcze, to chętnie przeczytam. Dobra robota.



---
[1] Kacper Młyńczak, „Wilczy bilet”, Muza, 2026, s 108.
[2] Tamże, s. 168.
[3] Tamże, s. 210.

czwartek, 18 czerwca 2026

Co naprawdę liczy się w życiu

 „Listonosz” – David Brin

„Nie było już zbyt ważne, jaka była tego przyczyna – wielki meteoryt, potężny wybuch wulkanu czy wojna atomowa. Równowaga temperatury i ciśnienia załamała się. Rozszalały się potężne wichry. Na całej północy zaczął padać brudny śnieg. Gdzieniegdzie nie ustawał nawet podczas lata” [1].

Wojna atomowa wybuchła, gdy Gordon Krantz, główny bohater, miał osiemnaście lat i zaczynał naukę w college’u. Do tego doszła epidemia zabójczego wirusa, który twórcom wymknął się spod kontroli i zabijał zarówno wrogów, jak i swoich. Zbiory pogarszały się z roku na rok. Jednak te elementy nie wystarczyłyby, żeby tak totalnie zniszczyć świat. W społeczeństwie pojawił się wróg wewnętrzny – Nathan Holn i jego zwolennicy czy wyznawcy.

Katastrofa, a właściwie apokalipsa i zagłada, miała miejsce około szesnaście lat temu. Trzydziestokilkuletni obecnie Gordon Krantz, połowę życia spędził w głuszy, z dnia na dzień walcząc o przetrwanie. Czasami, w nielicznych, rozsianych z rzadka osadach ludzkich, nakarmiono go lub wynagrodzono przydatnymi drobiazgami, w zamian za historie, które świetnie potrafił opowiadać.

Pewnego razu Gordon został napadnięty przez bandytów i obrabowany z większości rzeczy, które umożliwiały mu przeżycie. Udało mu się uciec, ale bez swojego sprzętu był skazany na śmierć w ciągu doby lub dwóch. Ruszył za bandytami, gotów do walki z nimi na śmierć i życie, ale zgubił ich ślady. Natknął się za to na wrak furgonetki pocztowej, a w niej na szkielet listonosza. Jego skórzana kurtka i mundur z emblematami państwowej amerykańskiej poczty były coraz rzadziej spotykanym wspomnieniem po zaginionym świecie.

Ważne w powieści wydaje się to, że Gordon nie był komandosem, weteranem wojny w Zatoce, Pustynnej Burzy lub kimś takim. David Brin zręcznie uniknął tak sztampowego rozwiązania. To humanista i to momentami naiwny – nawet z bandytami (na szczęście nie byli to holniści) próbował się jakoś porozumieć, dogadać. Owszem, ruszył za nimi w pogoń, ale czy naprawdę byłby w stanie zabić któregoś z nich mimo posiadania broni?

Gordon nosił kurtkę listonosza bez żadnych ukrytych motywów, po prostu dla ochrony przez zimnem. W osadzie Pine View, gdzie bawił mieszkańców swoją interpretacją Makbeta i mową Lincolna, zauważył, że w tym stroju ludzie traktują go w sposób szczególny. Poczta, listonosze, to element normalnego świata, takiego zorganizowanego, z odpowiedzialnymi urzędnikami, a pojawienie się listonosza to nadzieja, że taki świat mógłby powrócić.

David Brin sugeruje wyraźnie, że cywilizacja ludzi, to nie tylko gospodarka, technologia i przewaga militarna, że liczą się też inne wartości – duchowe, a nie materialne.

W czasach miernoty i bylejakości książka bez rażących błędów, dobrze wydana z twardą okładką i ciekawą na niej grafiką, zwraca uwagę na plus. Powieść wydana po raz pierwszy w 1985 roku, ale podczas lektury trudno byłoby to odkryć – dziś wydaje się równie aktualna.




---
[1] David Brin, „Listonosz”, przekład Michał Jakuszewski, Zysk i s-ka, Poznań 2026, s. 7.
 




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

czwartek, 11 czerwca 2026

Spojler wręcz absurdalny!

 „Instynkt zabójcy” – Joseph Finder

Opis na okładce
Jeśli ktoś przeczyta opis z tyłu książki, to samą powieść może sobie darować. Gdyby jeszcze przeczytał pierwszy rozdział, czy może wstęp, wiedziałby też, jak się fabuła rozegrała i skończyła. Kompletne nieporozumienie.

Ta powieść nie jest zła, albo nie byłaby zła, gdyby udało się ją przeczytać z pominięciem opisu i tego pierwszego tekstu, ale to nierealne. W tej sytuacji do poznania pozostają jedynie drobne detale.

Jedyne, co nie zostało dokładnie zaprezentowane w opisie, to pewne elementy dotyczące ciekawych technik marketingowych i manipulacji negocjacyjnych.

Ciekawostka – na stronie wydawcy nie znalazłem żadnej informacji, że kiedykolwiek taką powieść wydał. A może to inny Albatros?

sobota, 6 czerwca 2026

Bandyci, policjanci i zdrajcy

 „Zdrajca” – Jørn Lier Horst

Dość szybko zorientowałem się, że powieści, w których głównym bohaterem jest komisarz William Wisting, Horst napisał znacznie więcej, ale nie przeszkadzało mi to w lekturze. „Zdrajca” to osobna, zamknięta całość.

Rzecz dzieje się w Larviku i okolicy. Po ulewnych deszczach przepust nie wytrzymał i woda porwała skarpę oraz wiele domów. Kilkanaścioro mieszkańców trafiło wprawdzie do szpitali z obrażeniami różnego typu, ale nikomu z nich nie groziła śmierć. Policja dumnie obwieściła, że odnalazła i zaopiekowała się wszystkimi ofiarami katastrofy. Jednak nie do końca było to prawdą, bo następnego dnia odnalezione zostały zwłoki mężczyzny. Nikt go nie znał, nie był stałym mieszkańcem, a zginął od strzału w głowę dwa dni przed katastrofą. To całkowicie zmieniło sprawę. Nie szukano już aż tak intensywnie odpowiedzialnych za niewystarczające zabezpieczenia budowlane i powstanie osuwiska, bo na planie pierwszym pojawiła się sprawa morderstwa.

Larvik to około pięćdziesięciotysięczne norweskie miasto i gmina w regionie Vestfold. Mieszka tam, a przynajmniej mieszkał, Jørn Lier Horst, autor powieści i kilka innych, znanych postaci. W „Zdrajcy” w Larviku prawie stale pada deszcz.

Zastrzelony mężczyzna wydawał się poszukiwanym za zabójstwo Szwedem, ale gdy do zespołu Wistinga dołączyli policjanci śledczy i prawniczka ze Szwecji, okazało się, że prawda wygląda zupełnie inaczej.
À propos – z Amerykaninem Skandynawowie mówili po angielsku, ale nie znalazłem informacji, w jakim języku porozumiewali się Szwedzi i Norwegowie. Nie znam się na tym zupełnie, wiec może szwedzki i norweski są tak podobne, że obywatele tych nacji porozumiewają się bez problemów?

Specyficzna powieść kryminalna i sensacyjna, bo prawie od początku wiadomo, kim są sprawcy. Wiadomo też, że tworzą grupę zajmującą się porwaniami dla okupu. Akcje mają znakomicie przygotowane i przeprowadzone; porywają osoby bardzo bogate, lub członków ich rodzin, za które mogą otrzymać gigantyczne odszkodowania. Dwie takie akcje przeprowadzili w Szwecji, a teraz czas nadszedł na Norwegię. Tak więc wiadomo, kim są bandyci, ale nie wiadomo, gdzie są. Policja nie dysponuje też żadnymi dowodami przeciwko nim.
Całą sytuację komplikują podejrzenia komisarza Williama Wistinga, że w norwesko-szwedzkiej grupie dochodzeniowej zainstalował się kret, ktoś, kto przekazuje wyniki pracy śledczych, przestępcom.

Powieść zdecydowanie mniej typowa niż wiele kryminałów skandynawskich, bo bez rozbudowanych wielce wątków społeczno-psychologiczno-obyczajowych. Trochę dłużyzn.

„Zdrajca” nie powalił mnie na kolana, ale kiedyś pewnie sięgnę po jakąś inną powieść tego autora, żeby ostatecznie się upewnić i zdecydować. Na okładce napisano, że to jedna z najlepszych książek Horsta, a ja tylko mam nadzieję, że tak nie jest.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Prawo, bezprawie i przemoc

„Toast” (Prawo i pięść) – Józef Hen

Hen napisał scenariusz filmowy (taki nieco bardziej rozbudowany) pod tytułem "Toast" i taką właśnie wersję czytałem. Film ostatecznie wszedł na ekrany pod tytułem "Prawo i pięść". Nazywają go polskim westernem. Podobnie jak "Wilcze echa".

"Toast" opowiada dość brutalną, ale i odrobinę przygodową historię przejmowania przez grupę Polaków niemieckiego miasteczka uzdrowiskowego, na Ziemiach Uzyskanych. W grupie tej znalazł się oszust, szabrownik, jakieś kobiety, dwóch byłych więźniów obozów koncentracyjnych. W miasteczku natykają się na Niemca - kelnera, Żyda - hydraulika.

Powiedziałbym, że to bardzo wiarygodna historia z niewielką dawką propagandy.

niedziela, 31 maja 2026

Boimy się czegoś wszyscy

 „Lęk” – Antoni Kępiński

Popularnonaukowa publikacja na temat lęku, jego odmian, przyczyn powstawania, fundamentalnej roli w życiu itd. Najważniejsze jednak jest to, że w odróżnieniu od setek współczesnych poradników, nie zawiera naiwnych informacji, jak przestać się bać od poniedziałku.

poniedziałek, 25 maja 2026

Łagry - podejście z dystansu

 „Gułag” – Anne Applebaum

W związku z tematem istnieje, jak mi się wydaje, podział bardzo ostry i wyraźny: na tych, którzy przeczytali uważnie trzy tomy „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna oraz na tych, którzy tej pozycji nie znają. Ci, którzy nie znają, mogą zapewne bardziej obiektywnie ocenić „Gułag” Anne Applebaum. Ja, i kilkoro znajomych, każdą książkę na tematy radzieckich łagrów, także „Gułag”, oceniamy w porównaniu i odniesieniu do Sołżenicyna. „Archipelag Gułag” po prostu wywarł niezacieralne piętno.

Opracowanie Anne Applebaum jest bardziej naukowe, bardziej faktograficzne, bardziej dokumentalne niż powieść Sołżenicyna. Autorka pisała z wyraźnie większym dystansem, podczas gdy „Archipelag Gułag” jest niezwykle osobisty i emocjonalny. Sołżenicyn to literatura, a Applebaum, może za wyjątkiem jednego rozdziału, to raczej opracowanie popularno-naukowe.

„Gułag” zawiera sporo porównań do niemieckich obozów koncentracyjnych; wydaje mi się, że większość ilustruje różnice systemowe, bo podejście do tego lub innego więźnia może być akurat podobne. Zabrakło mi porównania, choć to skala zupełnie inna, obozów radzieckich, niemieckich i polskiego obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, gdzie przeciwników politycznych pozbywali się piłsudczycy. W latach 1934–1939 w Berezie Kartuskiej funkcjonował obóz zwany Miejscem Odosobnienia w Berezie Kartuskiej, przeznaczony głównie dla więźniów politycznych będących przeciwnikami rządów sanacyjnych. Ale trudno, nie można mieć wszystkiego.

„Gułag” Applebaum polecam wszystkim, którzy nie mają wiedzy na temat radzieckich obozów. Jednak, jeśli to możliwe, najpierw proponowałbym „Archipelag Gułag” albo chociaż „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.

wtorek, 19 maja 2026

Zbrodnia w pisarskim świecie

 „Szachy pod wulkanem” – Håkan Nesser

Pisarz, Franz J. Lunde, pisze powieść o pisarzu, o identycznych inicjałach, który pisze powieść. Powieść Johna Leandera Franzena. (jakby alter ego Lundego) nosi tytuł „Ostatnie dni i śmierć literata”. Jedne rozdziały powieści dotyczą Lundego, a inne F.J.L. Pomieszanie fragmentów powieści powieściowej postaci z pamiętnikami innej stwarza pewne problemy.
Franz J. Lunde opisuje w swojej książce morderstwo, twierdzi, że doskonałe, a to wywołuje reakcję – na spotkaniach autora z czytelnikami pojawia się tajemnicza kobieta, która dopytuje, czy miał coś wspólnego z tą zbrodnią. Powtarza się to w różnych miejscach i zaczyna nosić znamiona nękania.
Po jednym z takich spotkań Lunde znika.

Zastanawiałem się nad mocno zwariowanym pomysłem spisku lub zmowy pisarzy skandynawskich, autorów powieści sensacyjnych. Musiałoby to mieś miejsce na przełomie XX i XXI wieku, bo wcześniej skandynawskie kryminały były mniej więcej normalne, o zwykłej wtedy, europejskiej objętości. Do dziś pamiętam parę Maj Sjöwall i Per Wahlöö i ich „Śmiejącego się policjanta” i „Człowieka z Säffle” albo Marię Lang i „Dość zabójstw”. Kilka-kilkanaście lat później sensacyjne powieści Skandynawów zaczęły się kojarzyć z opasłymi tomami i tematyką głównie społeczno-obyczajowo-psychologiczną z umiarkowanie ważnym elementem sensacji.

Sprawę problematycznego zaginięcia Lundego (raz już kiedyś zniknął na kilka miesięcy) prowadzi sceptyczny komisarz Gunnar Barbarotti, mający nadzieję na jakieś odkrycie, dzięki lekturze „Ostatnich dni i śmierci literata”.
Wkrótce potem na listy zaginionych trafia poetka, a wreszcie krytyk, a więc osoby z kręgu pisarsko-wydawniczego. Nic nie wskazuje na to, by się znali i coś ich łączyło, ale wykluczone to nie jest i sprawdzić trzeba.
Wszystko komplikuje się przez rozwijającą się wtedy właśnie falę epidemii Covid-19.

Choć wątków społecznych nie znalazłem w powieści wielu, to i tak uważam, ze zawiera ona nużące dłużyzny. Rozwiązania czytelnik nie jest w stanie odkryć samodzielnie, bo właściwie zupełnie nic do niego nie prowadzi i pojawia się ono pod sam koniec książki, jakby sprawa rozwiązała się przypadkowo. Koniec nie zamyka wszystkich wątków, nie wszystko wyjaśnia.

Skuszony entuzjastycznymi, a przynajmniej dobrymi recenzjami, przeczytałem kilka powieści Håkana Nessere, więc nie dam sobie powiedzieć, że nie dałem pisarzowi trzeciej, czwartej, piątej szansy. Wydaje mi się jednak, że ta będzie ostatnia.

wtorek, 12 maja 2026

Genialna Anita i durni faceci

 „Zamknięte w lodzie” – Izabela Janiszewska

Jezioro Świętajno, mroźna zima. Marianna Stasiak, wraz z drugą nauczycielką, zabrała gromadę ośmioletnich dzieci, by te ślizgały się na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Jakiś strażak zapewnił opiekunki, że lód jest wystarczająco gruby, więc będą się świtanie bawić. Co było do przewidzenia, lód okazał się nie dość gruby.
Padał śnieg.

Zastanawiałem się, w którym roku się to dzieje, kiedy dwie nauczycielki mogły zabrać gromadę maluchów na zamarznięte jezioro. W moim mieście miało miejsce coś podobnego, ale chodziło o rzekę, a nie jezioro, i było to przed pierwszą wojną światową. Obecnie żadna chyba nauczycielka nie zrobiłaby czegoś równie nieodpowiedzialnego.

Młoda policjantka, Anita Bauer, wezwana zostaje do swojego pierwszego trupa. Dziewczyna całkiem niedawno przeniosła się z prewencji do zespołu techniki kryminalistycznej. Obok paśnika dla zwierząt myśliwi odkryli zwłoki kobiety z podciętym gardłem. Doświadczeni śledczy, w tym były kochanek Anity, od ręki diagnozują samobójstwo, bo wiadomo przecież, że podrzynanie sobie gardła, to typowa metoda, jaką wybierają kobiety - samobójczynie. Anita Bauer, która doświadczenia nie ma jeszcze kompletnie żadnego, dostrzega ślady, których nie widzi nikt z profesjonalistów, wyciąga wnioski, które starym policjantom nie przyszłyby do głowy, czyli ewidentnie jest najlepsza w zespole, co jest przecież typowe dla młodych policjantek zwłaszcza, kiedy są jedynymi kobietami w grupie.
Padał śnieg.

Prywatny gabinet psychologa, Macieja Wajdy, odwiedza późnym wieczorem Wiktor Hoffman, tajemniczy klient, który prosi o pomoc, bo zniknęły mu z życia dwa tygodnie (nie wie, gdzie był, co robił – coś takiego nazywane jest fugą dysocjacyjną) i obawia się, że mógł w tym czasie i stanie zrobić komuś krzywdę, bo odkrywa ślady krwi na ubraniu i pod paznokciami. Wajda zgodził się pomóc mu odzyskać pamięć.
Padał śnieg.

Kobietę leżącą na torach przejechał pociąg InterCity. Ofiarą okazała się Oliwia Staroń, młoda ekspedientka w Inmedio, w Galerii Mokotów. Kiedy maszynista uruchomił sygnalizację i zaczął hamować, co oznaczało niesamowity hałas, kobieta na chwilę uniosła głowę, ale zaraz znów położyła ją na szynie. Skład straszliwie zmasakrował zwłoki, których fragmenty znajdowano na przestrzeni kilkuset metrów. Anita trzymała się dość długo, ale wreszcie nie dała rady opanować torsji.
Padał śnieg.

Dość typowy schemat powieści sensacyjnej. Prolog, skok w czasie, trzy-cztery rozdziały dotyczące różnych spraw i tematów, i wreszcie łączenie wszystkiego w jedną całość. W tym przypadku wątki zaczęły się splatać wyjątkowo szybko. Psycholog Wajda zajął się nowym klientem, bo miał nadzieję, że to pomoże mu uporać się z własną fugą sprzed dwudziestu lat. Anita Bauer z wyjątkową determinacją zajmuje się sprawą kobiety z poderżniętym gardłem, bo ta przypomina jej starszą siostrę, która zginęła tragicznie wiele lat temu. Zapomina jakby przy tym, że jest technikiem kryminalistycznym, a nie oficerem dochodzeniowo-śledczym, którą to rolę uparcie stara się odgrywać i jest w tym najlepsza.
W samochodzie ofiary znaleziona zostaje wizytówka psychologa Wajdy, ale i coś stamtąd zniknęło, ale na to zwraca uwagę jedynie genialna Anita Bauer. W każdym razie jest to dopiero początek powieści.

Kierowanie się wskazówkami mistrzów ma sens. Alfred Hitchcock podobno wymyślił najlepszą receptę na thriller: film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć – w tym przypadku chodzi o powieść, ale zasada sprawdza się znakomicie, bo dałem się wciągnąć łatwo i szybko, i naprawdę interesowało mnie, co będzie dalej oraz, o co w ogóle chodzi. Jeśli komuś nie przeszkadza pewna dawka feminizmu – mnie nie przeszkadza, sam jestem po części feministą – to powieść powinna się podobać. Genialna Anita sprawniej myśli niż starzy rutyniarze? Nie takie to znowu niemożliwe.

Niewielkie potknięcia – kominek i żeliwna koza, to jednak nie jest to samo; psycholog nie jest lekarzem, więc psychologowie mają klientów, a nie pacjentów (s. 29). Autorka/autor może się pomylić, ale za co biorą pieniądze redaktorzy i korektorzy, a w tym przypadku to cztery osoby, to ja często nie potrafię odgadnąć. Rosnącą nieudolność przedstawicieli tej profesji obserwuję od lat kilkunastu.

piątek, 8 maja 2026

Depresyjne szwedzkie życie

 „Półmorderca” – Håkan Nesser

Oswoiłem się, a raczej pogodziłem, że skandynawskie kryminały w znacznej mierze są powieściami społeczno-obyczajowymi, ale żeby aż tak?!

Głównym bohaterem jest staruszek, Adalbert Hanzon (wcześniej Hansson). Mieszka w niewielkiej miejscowości, bardzo blisko swojego znajomego, bo tak zapewne można by go nazwać, równolatka, którego nie lubi, z wzajemnością zresztą. Mimo to starsi panowie spotykają się często, piją alkohol, przekomarzają się lub obrażają… Wyjątkowo smutne wydaje się to, że utrzymują tę znajomość nie z sympatii, ale z determinacji – obaj nie mają już nikogo bliskiego, więc w jakimś sensie są na siebie skazani. Wprawdzie Adalbert ma jakąś kuzynkę, ale egzaltowania i niezbyt rozsądna młoda kobieta nie wypełnia jego potrzeb towarzyskich.

Adalbert Hanzon czyta książki, często bywa w bibliotece, rozwiązuje krzyżówki, odwiedza kawiarnię (kawa i ciastko), gdzie czyta gazetę, odwiedza tego swojego niewydarzonego sąsiada i z nim pije. Właściwie smutne to i beznadziejne. Jednak pewien jestem, że taki właśnie klimat autor tworzył od początku, celowo i z rozmysłem. Ponury cytat, sztandarowy, można by rzec, obecny też na okładce książki, pokazuje to wyraźnie:

Pamiętaj, mój chłopcze, że nigdy nic nie znaczyłeś dla świata. Zupełnie nic.

Skoro taki właśnie przekaz, i wiele bardzo podobnych, otrzymuje chłopak od ojca i to od wczesnego dzieciństwa, to trudno spodziewać się opowieści o szczęśliwym, udanym, satysfakcjonującym, życiu.

Pewnego razu bohater postanawia, że napisze książkę o swoim życiu i pomysł ten zaczyna realizować. Cierpi już na demencję, więc wspomnienia czasem mu się plączą, ale to pisanie książki jest okazją do wprowadzenia drugiego planu czasowego – wydarzeń z bardzo odległej przeszłości.
Staruszek wspomina w tej swojej relacji, wielką miłość i związek z Andreą Altman, sprzed czterdziestu pięciu lat. Impulsem uruchamiającym wspomnienia było dziwne zdarzenie – Adalbert zobaczył niedawno Andreę na ulicy swojego miasteczka; wcześniej, i to całymi latami, nie wiedział, co się z nią dzieje i czy w ogóle jeszcze żyje.

Po przeczytaniu czterdziestu procent powieści dowiedziałem się, że Hanzon siedział kiedyś w więzieniu, a w drugiej połowie wychodzi dopiero na jaw, za co siedział. Więc ostatecznie jakiś wątek kryminalny jednak się pojawił w tej stosunkowo niewielkiej powieści (ok. 250 stron). Kryminalny, powtórzę, bo sensacyjnym nazwać byłoby go trudno.

Przeczytałem kilka książek tego autora, cenię go za warsztat pisarski i właśnie postanowiłem, że spróbuję jeszcze jedną, a jeśli okaże się tak nudna jak „Półmorderca”, to z Håkanem Nesserem rozstanę się bez żalu na zawsze.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Opowieść o Dusicielu z Woli

 „Dom bestii” – Katarzyna Bonda

Czytałem tej autorki średniej jakości opowiadanie zawarte w zbiorku „Opowiem ci o zbrodni” oraz „Polskie morderczynie” – zestaw czternastu relacji na temat siermiężno-topornych działań i motywów polskich morderczyń. Brak w ich działaniach poważnej tajemnicy, skomplikowanej intrygi, gry z organami ścigania lub detektywem. Jest za to wyraźny niedobór wykształcenia (może z wyjątkiem lekarki pogotowia, atrakcyjnej Małgorzaty, która zabiła żonę swojego kochanka), wódka, chciwość, zemsta, przemoc i patologia domowa. Ale… to nie wina Katarzyny Bondy, przecież. Sięgnąłem więc po „Dom bestii”, pełnowymiarową powieść, by ostatecznie zorientować się, jak pisze pani, okrzyknięta przez pewien portal czytelniczy, królową polskiego kryminału. Zapewne nie jest to już wyróżnienie znaczące, zwłaszcza, że w tymże portalu, redaktorzy zaczęli tak nazywać prawie każdą autorkę, co doprowadziło w krótkim czasie do całkowitej degradacji tego tytułu. Obecnie raczej odstrasza niż wyróżnia.

Jacek z pasją tańczy z Marlenką Sawicz w klubie Milonga i świetnie im to wychodzi. Jest w niej zadurzony po uszy i gdyby tylko chciała, rzuciłby dla niej żonę i dzieci, jednak Marlenka nie jest zainteresowana. Tańce – tak, ale nic więcej; Marlenka ma męża, a może miała… jeszcze rok temu.

„To jest też wersja dla jej męża, młodszego od Marlenki o dziesięć lat spasionego małpoluda, który wygląda jak jej ojciec” [1].

Edyta Rytel, żona Jacka, zgłasza na policji zaginięcie męża. Był wczoraj na tych swoich tańcach. Wrócił samochodem i zaparkował tam, gdzie zawsze, ale do domu już nie dotarł. Jej zgłoszenie przyjmuje aspirant Aleksander Keller z wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw. Keller informuje Edytę, bo zapewne w polskiej policji powszechnie udziela się takich informacji, że osobiście zna Marlenę Sawicz, albowiem rok wcześniej prowadził sprawę zaginięcia jej męża, który zniknął wraz z dorosłą córką.
Zaczyna się robić ciekawie, bo to drugi mężczyzna jakoś tam związany z Marlenką, który zaginął. Niestety, w tym momencie fabuła cofa się o prawie dziesięć lat.

Biseksualny i cyniczny Julian Sawicz, mąż Marlenki, podrywa szesnastoletniego kolegę, Norberta Marciniaka (obaj udzielają się w lokalnym kościele, Norbert był ministrantem, śpiewa w chórze, planuje karierę kapłańską) i proponuje mu seks w trójkącie. Twierdzi, że mają z Marlenką otwarty związek i ona lubi takie urozmaicenia. Spekulują też o szczególnych potrzebach erotycznych księdza Rafała, gwałcącego notorycznie Norberta. Przeleciało mi przez myśl, że tytułowy „Dom Bestii" to może parafia?

„Jestem żoną Juliana od ośmiu lat i możesz być pewien, że kiedyś też w to wierzyłam. Przyjaźnie Juliana trwają bardzo krótko, a zanim się zorientujesz, będziesz już jego własnością. Użyje cię jak ścierki do zmywania, a potem wyrzuci” [2].

W tym momencie próbowałem sobie uporządkować linię czasu i zorientować, w jakim wieku są bohaterowie, głównie Marlenka i Julian, bo Norbert wiadomo, że szesnaście, ale przyznaję od razu, że mi się to nie udało. Więc po tym, jak doczytałem, że Marlenka jest w wieku matki Norberta, dałem spokój.

Julian i Marlenka, ludzie ewidentnie zamożni, zabierają Norberta z parafii oraz biednego domu, i lokują w swoich apartamentach. Norbert trochę pomaga Julianowi w interesach, trochę zajmuje się domem, odwozi do szkoły córką Sawiczów, ale przede wszystkim uprawia seks z nimi obojgiem lub w większym gronie.
Już zacząłem się zastanawiać, o co w ogóle w tej książce chodzi, gdy pojawił się policjant, Stelmach, domagający się od Juliana haraczu – a więc jednak będzie kryminał, choć nie od razu.

Mijają lata, Norbert już mieszka z Marlenką, ale jej córka dorosła i na temat życia matki ma najwyraźniej swoje, niezbyt pochlebne, zdanie.

„Nigdy więcej nie mów mi złych rzeczy o tacie. Żyje, jak chce, ale przynajmniej jest szczery i nie udaje świętoszka. Za to ty jesteś zboczoną hipokrytką i nie masz prawa mnie pouczać! Sypiałaś nie tylko z Bolem i ojcem. Było wielu innych. Myślisz, że nie widziałam księży, zakonnic, młodych kleryków i ludzi z ogłoszenia, wszystkich tych pierdolonych swingersów? Kurwisz się, niszczysz życie moje i taty, a potem idziesz do kościoła, spowiadasz się z grzechów i udajesz Marię Magdalenę” [3].

I znowu zastanawiałem się, o co w tej powieści chodzi. Czy jest społeczno-obyczajowa z mocnym akcentem na obłudę, zakłamanie, hipokryzję katolików? Ale wtedy dorosły już Norbert, były kandydat na księdza, człowiek spokojny, cichy, życzliwy, wyrozumiały, kochający Marlenkę i córkę, nagle przeistacza się w groźnego przestępcę. Pojawia się z pistoletami, kogoś porywa, kogoś torturuje… Dziwaczne to wszystko. Ludzie się zmieniają, owszem, ale nie tak nagle.

Wtedy zrobiłem coś, czego nie robię prawie nigdy. Nie mogąc odgadnąć, o co tu w ogóle chodzi, poszukałem informacji o opisywanych wydarzeniach i odkryłem, że „Dom bestii” oparty jest na faktach. Mariusz B. (Dusiciel z Woli, bądź Dusiciel z Warszawy), w latach 2006–2008, zamordował 4 osoby. Skazano go za to na dożywocie.

Wtedy pojąłem, że autorka starała się pokazać, w formie powieściowej, kryminalnej, proces przemiany chłopaka z bardzo biednej rodziny, molestowanego przez księży, w bezwzględnego zabójcę. Nie bardzo się to udało – jak wspomniałem, Norbert nagle, ze strony na stronę, staje się bezwzględnym bandytą, i to wydaje się mocno naciągane.

Problem polega na tym, że prawdziwe przestępstwa i ich ujawnianie nie są ciekawe. To miesiące, a nawet lata pracy mnóstwa ludzi, to dziesiątki, a może setki przesłuchań, z których – w większości – nic nie wynika; to tak, jak urwane wątki w powieści: sprawdzić trzeba było, ale często efektów nie ma z tego żadnych. W śledztwie to normalne, w powieści – nudne. Dziesiątki tysięcy stron dokumentów różnego typu oraz – przede wszystkim – czas. Mariusz B. pierwszej zbrodni dokonał w 2006 roku, ale skazany został dopiero w 2014.

Ostatecznie jest to tak, że im bardziej powieść sensacyjna oparta i zbudowana jest na faktach, tym mniej jest ciekawa i wciągająca. Bondzie wyszedł ten melanż… umiarkowanie. Niewątpliwie powieść byłaby znacznie ciekawsza, gdyby wywalić z niej ze trzydzieści procent dłużyzn. Cóż z tego, że zawierają prawdę, skoro są nieciekawe?







---
[1] Katarzyna Bonda, „Dom bestii”, Muza, 2026, s.11.
[2] Tamże, s. 70.
[3] Tamże, s. 114.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Rósa Þrastardóttir i jej lalka

 „Diabelska lalka” – Yrsa Sigurðardóttir

Czytałem tej autorki „Wzgórze wisielców” i „Rozgrzeszenie”. Nie były złe, ale na kolana też nie powalały. Więc sięgnąłem po „Diabelską lalkę”. Na początku lektury zdarzyło mi się coś szczególnego, co czasem, ale bardzo rzadko przeżywam – bohaterów witałem jak starych znajomych. Jakbym odwiedził urząd, w którym kiedyś pracowałem i spotkał tam znajome sprzed lat osoby. Siedziały przy swoich biurkach, jak zawsze, jakby nie minęło naprawdę dużo czasu. I nijak się nie zmieniły. Była więc w powieści niewychowana Erla, szefowa działu kryminalnego, przełożona Huldara, młody policjant Gudlaugur i wreszcie Freyja Styrmisdóttir, psycholożka dziecięca pomagająca często policji.

Erla nienawidzi podwładnych, zachowuje się wobec nich grubiańsko i arogancko, zdarzają się też wulgaryzmy. Kobieta najwyraźniej nie radzi sobie na stanowisku, które jej powierzono. Drwi z ludzi, szydzi, wrzeszczy i wściekle warczy.
Freyja opiekuje się Sagą, córką brata przestępcy i jego wężem oraz suczką Molly.
Huldar nadal nie może patrzeć na zwłoki, co w przypadku policjanta z wydziału zabójstw, wydaje się dosyć problematyczne. Nie rezygnuje z dość nieudolnych prób poderwania Freyji Styrmisdóttir. Freyja może i dałaby się uwieść, ale właśnie postanowiła zrobić sobie trzydziestodniową przerwę w kopulacji, więc tym razem Huldar stara się na próżno. Kiedyś mu się udało, ale to już przeszłość.
Gudlaugur, młody policjant, pederasta, wydaje się odrobinę mniej (niż w poprzednich tomach) skrępowany swoją orientacją seksualną, ale nadal zakompleksiony, wycofany, jakby nieco nieobecny.

Akcja dzieje się w Islandii, zwykle, choć nie zawsze, w Rejkiawiku.

Łódź rybacka, stary rybak, matka Rósy, której ojciec zmarł na skutek nieszczęśliwego wypadku pięć lat wcześniej, i ona sama. Znajdują w sieci mocno pokiereszowaną lalkę pokrytą pąklami. Dziewczynka upiera się, żeby koszmarną lalkę zabrać do domu.

Jakieś odludzie. Dwoje turystów nasłuchało się bzdur o Islandii i wybrali się tam z kiepskim sprzętem, który dostali od kogoś za darmo. Brak doświadczenia, nieznajomość… niczego. Młodzi ludzie stają się ofiarami, początkowo nie wiadomo czego. Ich poniszczone rzeczy znajduje obok swojej ziemi jakiś farmer.

Na morskim dnie odkryto fragmenty ludzkich ciał. Huldar i Erica biorą udział w akcji przeczesywania dna morskiego.

Nastolatek składa zawiadomienie o molestowaniu przez opiekuna w jakimś domu opieki.

Specjalną rolę gra w powieści szesnastoletnia dziewczyna, Rósa Þrastardóttir, która pojawia się we wszystkich tych sprawach i zagadkach. Policja próbuje rozwikłać kryminalną układankę i cały czas poszukuje Rósy, która kolejny raz zaginęła. Bardzo długo znalezienie jej okazuje się przekraczać możliwości stołecznej policji w mieście liczącym niewiele ponad sto tysięcy mieszkańców.

Pomysł na fabułę autorka miała całkiem niezły. Powieść też byłaby wciągająca, gdyby nie dłużyzny i wątki bez żadnego znaczenia dla sensacyjnej akcji. Skandynawskie kryminały najwyraźniej koniecznie muszą zawierać jakieś treści i wątki społeczno-obyczajowe, psychologiczne, romantyczne, socjologiczne i inne – poza sensacyjnymi.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Taka sobie biografia poetki

 „Uparte serce” – Kalina Błażejowska

Jest rzeczą znaną, że w biografii osoby dorosłej nie da się zawrzeć wszystkiego, i nie ma znaczenia, czy był to ktoś znaczący, czy nie. Więc kwestia pierwsza to wybór – co opisać, a co pominąć. Druga, choć wcale nie mniej ważna, to warsztat pisarski, to jest, jak opisać.

Halina Poświatowska była autorką czterech tomików wierszy: „Hymn bałwochwalczy”, „Dzień dzisiejszy”, „Oda do rąk” i „Jeszcze jedno wspomnienie” (wydanie pośmiertne) oraz autobiograficznej „Opowieści dla przyjaciela”, pisanej dla Ireneusza Morawskiego.

Uwielbiam „Opowieść dla przyjaciela”, a wierszy Poświatowskiej nie lubię i pewnie nie rozumiem. Intrygowała mnie ona sama, co podobno w jej przypadku zdarzało się często.
Przeczytałem prawdopodobnie wszystkie biografie Poświatowskiej, choćby Marioli Pryzwan, Grażyny Borkowskiej, Izoldy Kiec, jeden z esejów w „Legendarni i tragiczni” itd. ale „Uparte serce” uważam za najsłabszą z nich. Może nie złą w sensie ogólnym, ale słabą w porównaniu do tych innych, które poznałem. Nie zawiera nawet informacji, z jakiego powodu Poświatowska zmieniła imię. Bardzo mocno ocenzurowała liczbę jej erotycznych związków itd.