czwartek, 12 lipca 2007

Profity bez wysiłków

O profitach bez wysiłku, czyli jak odkryłem, że jestem normalny.

Kiedy byłem dzieckiem i nastolatkiem wiele razy słyszałem w formie zarzutu czy wyrzutu, a może nawet pretensji kierowanej bezpośrednio do mnie, stwierdzenie: „wy młodzi to byście wszystko chcieli za darmo, bez wysiłku”. Często mówiła tak moja babka, a wyraz wstrętu, który malował się wtedy na jej twarzy wyraźnie pokazywał, co myśli o takich postawach i jak je ocenia.

Najczęściej gwałtownie zaprzeczałem, mówiłem, że wcale tak nie myślę, że źle się wyraziłem, źle mnie zrozumiała, lub coś w tym stylu. Raz tylko, przez krótką chwilę, pozwoliłem sobie upierać się przy swoim. Wykrzyczałem wtedy babce niesamowicie zdenerwowany, że tak, ja chcę mieć różne rzeczy za darmo, że nie rozumiem, czemu mam chcieć ciężko pracować na loda, kurtkę, zabawkę, spodnie, czy czekoladę.
Chciałem, żeby zrozumiała, że ja uznaję konieczność pracowania po to, żeby zarobić pieniądze na rzeczy niezbędne i przyjemności i z tą koniecznością się godzę (choć z oporami), ale gdybym miał wybór i to samo mógłbym dostać bez pracy i wysiłku, to tak właśnie bym wolał.
Potem wybiegłem. Z babką się w ten sposób nie rozmawiało na żaden temat, a przynajmniej ja sobie, jako nastolatek, na to nie pozwalałem. Nie pamiętam, żeby mnie kiedykolwiek uderzyła, ale to nie znaczy, że się jej nie bałem.

Z babką nigdy już do tego tematu nie wróciliśmy, ale identycznie sformułowany zarzut pod adresem swoim i innych młodych, słyszałem od wielu dorosłych jeszcze setki razy. Uznałem wtedy, że skoro wszyscy uważają tak właśnie, a tylko ja inaczej, to widocznie jestem nienormalny. Doszedłem też do wniosku, że lepiej będzie dla mnie tą nienormalność ukrywać – ludzie „inni” zawsze mają gorzej, trudniej, a po co mi to?
W taki oto sposób nigdy nie ujawniałem swojego zdania na ten temat kolegom ze szkoły czy podwórka, a potem współpracownikom. Prawdę mówiąc nawet wiele wysiłku wpakowałem, żeby przekonać samego siebie, wmówić sobie, że ja też cenię tylko dobra zdobyte i okupione ciężką praca, a to, co dostałem za darmo właściwie jest bezwartościowe... ale prawdę mówiąc nigdy mi się to w pełni nie udało.

Byliśmy już obaj po trzydziestce, kiedy zorientowałem się, że podobne, choć może nie tak samo ekstremalne, zdanie na ten temat ma mój młodszy brat. Uznałem wtedy tylko, że to najwyraźniej rodzinny, może nawet genetyczny defekt występujący u niektórych osobników w naszej familii i nigdzie indziej.

03.11.2007 wieczorem czytałem bez zbytniego zapału książkę, po którą sam na pewno nigdy bym nie sięgnął, a którą poprzedniego dnia pożyczyła mi koleżanka. Nosi ona dziwny nieco tytuł „Pozwól, że opowiem ci…”, a jej autorem jest Jorge Bucay – lekarz psychiatra i psychoterapeuta Gestalt.
Na stronie 36 znalazłem taki oto tekst:

„… na początek konieczne jest usunięcie pułapki, którą zastawiono na nas, kiedy byliśmy jeszcze bardzo mali. Tą pułapką jest głęboko zakorzeniona w nas idea będąca częścią naszej dosadnej kultury i samo przez się zrozumiałej: docenia się tylko to, co się osiąga wysiłkiem.
Amerykanie powiedzieliby na to bull-shit. Każdy może stwierdzić zgodnie z własnym odbiorem rzeczywistości, że to nieprawda, a jednak budujemy swoje życie tak, jakby to była prawda niepodważalna.
Kilka lat temu opisałem kliniczny syndrom…”. I tak dalej.

Nie byłem nienormalny… Przez te wszystkie lata to nie ja byłem nienormalny!!!

Tylko dlaczego na uznanie tego faktu musiałem czekać tak długo?