czwartek, 4 czerwca 2020

Tajemnice Anice i nie tylko jej


Może wydać się to nieco dziwne, ale w tym momencie życia takiej właśnie opowieści potrzebowałem. Na to zjawisko zwracałem uwagę już wcześniej – moja ocena książki zależy, w pewnej mierze, od tego, co ostatnio czytałem, co mi się przejadło, co znudziło, na jaką zmianę czekałem, na jaką miałem nadzieję. I tym razem prawie idealnie się udało.

Gianna Verelli i jej brat, Carlo, wychowali się w Barcelonie, ale korzenie ich rodziny sięgają do Włoch. Gianna ma pewne problemy osobiste (niechciana ciąża z Pau, podrzędnym aktorem i żonatym mężczyzną), kiedy na dokładkę umiera jej kochana babcia, zwana w rodzinie jako nonna (po włosku po prostu babcia), rodzinny sklep kolonialny trzeb szybko sprzedać, bo przynosi straty itp. Podczas porządkowania i likwidacji mieszkania po niej, Gianna znajduje klucz do starego młyna w niewielkiej włoskiej miejscowości Castelupo (w Ligurii) i tajemnicze zapiski bisnonny (prababci). Odkrywa też listy do tajemniczej Anice (po naszemu Anyż), którą ktoś najwyraźniej bardzo kochał. Rodzeństwo nic nie wie o żadnej Anice, nigdy o kimś takim nie słyszeli, oczywiście tylko tak im się do czasu wydaje, bo okazuje się, że… Jednak o ile Carla osoba ta i przeszłość rodziny nie interesuje w ogóle, to Gianna postanawia wyruszyć w podróż do Włoch, tropiąc rodzinne tajemnice i starając się znaleźć drzwi, do których pasował będzie zabytkowy, ciężki klucz.
Gianna jest postacią bardzo sympatyczną, od początku wzbudza życzliwość, tylko jedna jej cecha może się czytelnikom (bo czytelniczkom raczej nie) wydać irytująca: naiwne oczekiwania, że ktoś coś zrobi, ktoś zachowa się w określony sposób, ktoś powie…

„Przeczytałam tylko kilka pierwszych stron pamiętnika, ale nagle wiele wspomnień nabrało dla mnie sensu: zamiłowanie mojej prababci do roślin, osobliwy chrzest z użyciem ziemi, który mi zrobiła, kiedy byłam mała, przyjemność, jaką czerpała z uprawiania ziół i kwiatów, z gotowania, jej dar uzdrowicielki… Co jeszcze odkryję, dalej czytając pamiętnik?” *.

Trochę skromnie zarysowane zostały losy Carla Verelli, a byłoby co rozwijać, bo to i narkoman i przestępca, i przyzwoity bardzo młody mężczyzna, i wsparcie dla siostry. Za handel narkotykami został aresztowany. Nonna zaciągnęła kredyt hipoteczny, by pomóc mu się wydostać z opałów. Carlo przeszedł roczny odwyk, skończył prestiżową szkołę, otrzymał pożądane stypendium, dostał świetną pracę i spłacił babcię co do grosza.

„Ogród kobiet” to książka o kobietach głównie, bo mężczyźni pojawiają się w niej rzadko i dość przelotnie. Po prostu umarł – mawiała krótko o takim lub innym mężczyźnie ze swojej rodziny nonna. Jednak zdecydowanie nie jest to książka tylko dla kobiet. Zagadki, tajemnice, skrywane sekrety… choć nie zawsze mają wymiar kryminalny, to podąża się za nimi z niesłabnącym zainteresowaniem. Jest też solidny kawał pasjonującej historii i wielkiej polityki.

„To nie był kolejny zwykły przypadek, tylko przypadek, który stał się polityczny w rękach prasy i innych środowisk opiniotwórczych. Był to przypadek, który fasci Mussoliniego, uznali za przykład tego, jak należy zaprowadzić porządek we Włoszech”**.

Trudno jest opisać fabułę tej powieści, bo zagadek – stopniowo rozwiązywanych – jest w niej tak wiele, że wyzwaniem jest niezdradzanie ich.

Największą zaletą powieści nie jest jednak fabuła, zagadka kobiet Verelli, ale warsztat pisarski  Carli Montero. Tę książkę po prostu bardzo dobrze się czyta, wszystkie jej elementy zostały właściwie wyważone i dzięki temu w nieomalże każdej chwili, chce się wiedzieć, co będzie dalej. Jednocześnie jest to powieść bardzo pogodna, czytelnik w jakiś sposób wierzy, że wszystkie perypetie i kłopoty dobrze się skończą (choć z tym bywa różnie). Może dlatego, że coś w tym stylu powtarzała często nonna Gianie.

Jedno tylko z czasem zaczęło mi się wydawać coraz bardziej irytujące – wstawki… hm… kulinarne. Prawie każdy rozdział nosi nazwę jakiejś potrawy, po hiszpańsku, włosku lub francusku – nie odróżniam.  Ale możliwe, że czytelniczkom, gospodyniom domowym oraz kucharkom się to spodoba i stanowić będzie dodatkowy walor powieści. Choć z drugiej strony… przepisy nie są kompletne, to tylko ich zarys, ja bym na ich podstawie niczego nie ugotował ani nie upiekł, więc…

Zbyt mała czcionka i w zasadzie nie wiadomo, po co, skoro marginesy są wyjątkowo szerokie, nie chodziło więc o oszczędność miejsca.



--
* Carla Montero, „Ogród kobiet”, przekład Wojciech Charchalis, Rebis, 2020, s. 64.
** Tamże, s.377.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza