wtorek, 14 czerwca 2011

023 Chyba nie w tę stronę

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 023.

Kilka lat temu Poczta Polska wprowadziła nową usługę: przesyłki priorytetowe. Właściwie nowa była tylko nazwa, bo wcześniej istniało coś podobnego, czyli przesyłki ekspresowe, ale szumu wokół tego pomysłu zrobiono tyle, że faktycznie mógł się wydawać czymś nowym i odkrywczym. W związku z tym, natychmiast pochwaliłem się członkom rodziny, mieszkającym w cywilizowanych krajach europejskich, jak to doganiamy zgniły zachód. W pierwszej chwili myślałem nawet, że wręcz przeganiamy, bo okazało się, że u nich taka usługa w ogóle nie istnieje, jednak szybko okazało się, że to, co u nas jest dodatkowo płatną przesyłką priorytetową, tam mieści się w normalnym zakresie usług świadczonych przez pocztę w ramach standardowej opłaty.  

Kosztowna usługa, zgodnie z którą przesyłka miała być traktowana jako priorytetowa, polegała na tym, że listy nadane do godziny siedemnastej miały być dostarczane do adresata następnego dnia. Pewnego razu, o poranku, straciłem w urzędzie pocztowym mnóstwo czasu próbując dowiedzieć się, czy moja przesyłka nadana jako priorytetowa będzie dostarczona w dniu następnym. Pani z okienka z uporem powtarzała, że powinna zostać dostarczona. Szczególny ton, z jakim wypowiadała owo powinna skłonił mnie do dalszych indagacji, z których w sumie dowiedziałem się co następuje: wniesienie dodatkowej opłaty za przesyłkę priorytetową Poczty Polskiej do niczego zupełnie nie zobowiązuje. Przesyłka może zostać dostarczona dnia następnego, ale nie musi i jeśli faktycznie adresat otrzyma ją po dniach pięciu, nie przysługuje mi z tego tytułu prawo do żądania zwrotu pieniędzy za niewyświadczoną usługę. Czyli: ja muszę dodatkowo zapłacić za priorytet, a Poczta usługę priorytetowo wykonać może. Ale nie musi.

Bardzo szybko okazało się, że z praktyczną realizacją tej usługi są poważne problemy, a więc graniczną godzinę, do której przesyłkę priorytetową należało nadać w urzędzie pocztowym, zmieniono z siedemnastej na piętnastą. Niewiele to zmieniło, jeśli w ogóle. Listy priorytetowe nadal docierały do adresatów następnego dnia, albo i nie. W miarę upływu czasu, gdy nowość straciła powab świeżości, coraz częściej – nie.

Kolejnym elementem ewolucji było znikanie skrzynek pocztowych. Za komuny wisiały takie na murach domów. Czerwone. Kilka dni temu wędrowałem z listem w garści po mieście, szukając skrzynki pocztowej. W miejscach, w których były od zawsze, teraz ich nie było. Miejscami nawet zostały po nich ślady w postaci niepomalowanego tynku. Tak doszedłem do poczty. Tu kolejne zaskoczenie. Dawniej przed urzędami pocztowymi stały skrzynki na listy oklejone informacjami na temat prawidłowego adresowania listów oraz godzin, w których ze skrzynki wybierane są listy; zwykle wymienionych było kilka, na przykład: 10:00, 12:00, 14:00, 16:00, 18:00. Skrzynki stojące przed urzędem pocztowym stoją nadal, nadal można na nich zobaczyć, jak prawidłowo zaadresować list i jest też informacja, że… listy wyjmowane są raz na dobę, o godzinie 14:00, a wrzucone do skrzynki po tej godzinie, będą traktowane jako nadane dnia następnego. Ups!
Mogę zrozumieć, że w ramach redukcji kosztów, znikają skrzynki pocztowe z murów, ale że skrzynka stojąca obok urzędu pocztowego, jakieś 40 centymetrów od wejścia do niego, jest opróżniana przez pracowników tego urzędu raz na dobę, tego pojąć nie mogę. 

Na koniec przypomnę jeszcze ludziom starszym, a nowych uświadomię, że przed laty znaczki pocztowe kupić można było dosłownie w każdym kiosku. Teraz dostępne są one tylko w urzędach pocztowych, gdzie stać trzeba po nie w gigantycznych kolejkach.

Czy Wy też macie wrażenie, że ta ewolucja jakby nie w tę stronę zmierza, co powinna?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz