piątek, 23 lutego 2024

Upomnieć się o zapomnianych

 „Zapomniane na śmierć” – Nora Roberts jako J. D. Robb

Wydaje mi się, że z dużą dozą prawdopodobieństwa potrafię się domyślić, czemu znani autorzy w jakimś punkcie swojej kariery próbują występować pod pseudonimami. Jeśli jest się znanym, popularnym pisarzem/pisarką, ale nie jest się idiotą, to w pewnym momencie pojawiają się pytania i wątpliwości: moja ostatnia książka znakomicie się sprzedawała, bo to była genialna, fantastyczna powieść, a może dlatego, że na tym etapie kariery, wszystko, co wyprodukuję, będzie się świetnie sprzedawać bez względu na realną jakość? Może to tylko znana marka, a nie geniusz pisarski? Może nie jestem już tak dobra/dobry, jak kiedyś? W takim przypadku, żeby upewnić się co do swojej realnej wartości pisarskiej, pisarz próbuje swoich sił pod pseudonimem właśnie, a bywa, że i w innym gatunku literackim. Romanowi Kacewowi (inne wcielenia to Émile Ajar i Romain Gary) udało się to idealnie. Próbowała J. K. Rowling, próbowała Nora Roberts. Jednak w tych przypadkach ich książki, wydawane pod pseudonimami, błąkały się gdzie na ostatnich miejscach list Amazonu, więc wydawcy albo autorki, musiały błyskawicznie zorganizować przeciek informacji, żeby ratować całe przedsięwzięcie. I nagle okazało się, że powieści Roberta Galbraitha oraz J. D. Robb są po prostu świetne. Tylko czemu takie nie były, gdy jeszcze nie wiedziano powszechnie, że prawdziwymi autorkami są celebrytki? Biznesowo wszystko się udało, ale nie zazdroszczę obu paniom realnego wyniku eksperymentu.

W „Zapomnianych na śmierć” Nora Roberts jako J. D. Robb (tak, na okładce widnieją oba te nazwiska zapewne po to, żeby każdy i z daleka widział, że to dzieło sławnej Nory Roberts, a nie jakiejś nieznanej J. D. Robb) sięgnęła w odrobinę inną stronę, niż typowe dla niej łagodne dość powieści sensacyjne z uczuciami w tle albo odwrotnie, a konkretnie w stronę fantastyki. Mało fantastycznej fantastyki, dodam od razu, bo akcja dzieje się wprawdzie w przyszłości, ale niezbyt odległej od czasów obecnych, a konkretnie to około 37 lat. W każdym razie samochody, a przynajmniej radiowozy policyjne, latają nad ulicami, z komputerami rozmawia się płynnie, auta i komisariaty wyposażone są w automaty kuchenne, serwujące kawę, posiłki lub puszki z colą, zamiast ochronnych gumowych rękawiczek używa się specjalnej substancji w aerozolu natryskiwanej na dłonie i później po prostu zmywanej, i takie tam…

Nowy Jork, rok 2061. Powoli do historii przechodzą wyniszczające wojny miejskie, miasto się odbudowuje i rewitalizuje. Obok jednego placu budowy w Hudson Yards, w kontenerze na śmieci, znalezione zostają zwłoki bezdomnej kobiety, której ktoś rozwalił głowę łomem. To była dobra kobieta, znana lokalnej policji, nawet przez gliniarzy wspierana, bo często informowała ich o zaobserwowanych w okolicy wykroczeniach. Chwilę później, podczas prac rozbiórkowych na sąsiedniej budowie, należącej do Roarke'a, odkryto szczątki kobiety i małego dziecka; możliwe, że ofiara była w ciąży, a nienarodzone dziecko zmarło wraz ze śmiercią matki. Jednak te szczątki wydają się pochodzić sprzed kilkudziesięciu lat.
Obie sprawy prowadzi porucznik Eve Dallas wraz ze swoją partnerką, Peabody. Choć zbrodnie dzieli kilkadziesiąt lat, Dallas ma przeczucie, że jakoś się one ze sobą łączą.

W przypadku książek, które planuję zrecenzować, z premedytacją nie czytam blurbów lub opinii innych czytelników, żeby się czymś nie zasugerować. Dlatego dopiero po dłuższym czasie i przeczytaniu ze dwudziestu procent powieści zorientowałem się, że to musi być część, i to nie pierwsza, jakiejś większej całości. Na przykład jacyś obcy ludzie rozpoznawali Dallas i jej męża, zachowywali się i reagowali, jakby ich wcześniej spotkali. W tej sytuacji musiałem trochę poszperać, bo w niektórych momentach nie za bardzo rozumiem, o co chodzi i dlaczego. Tak oto dowiedziałem się, że „Zapomniane na śmierć” jest to tom 53 cyklu „Oblicza śmierci”. Ups! Gdybym to wiedział wcześniej, to – mimo, że warsztat pisarski Nory Roberts bardzo cenię – na pewno bym po tę powieść nie sięgnął.

W powieści roi się od Singerów, Boltonów, Kincadów, Boltonów-Kinkadów, Singerów-Boltonów, bo to kilka pokoleń i rozmaite koligacje. Trochę mi się oni wszyscy mylili, właściwie nieomalże do końca. Jednak moim niekwestionowanym faworytem został Roarke: miliarder, którego stać na wszystko, policyjny specjalista od komputerów z wydziału informatyki śledczej i czasami – jako konsultant – podwładny porucznik Eve Dallas, a prywatnie… jej mąż. Mocne!

Przekręty budowlanych deweloperów, zbrodnie, rodzinne tajemnice i sekrety, rosyjska mafia… to powieść sensacyjna w amerykańskim stylu, którą naprawdę bardzo gładko i szybko się czyta, choć to ponad 500 stron. Dawno już nie obiecywałem sobie późnym wieczorem, że jeszcze tylko jeden rozdział, a później znowu jeszcze tylko jeden i tak do północy.











Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

poniedziałek, 12 lutego 2024

Fabian Risk w Helsingborgu

 „Ofiara bez twarzy” – Stefan Ahnhem

Inspektor Fabian Risk stracił pracę w sztokholmskiej policji po nieuzasadnionym, a przynajmniej niezrozumiałym wtargnięciu do ambasady Izraela. Właściwie nie tyle go wyrzucono, co pozwolono przenieść się na głęboką prowincję. Wybrał miasteczko, w którym się wychował i wraz z rodziną przeniósł do rodzinnego Helsingborga. Zmiana miała też pomóc naprawić sypiący się związek. Najpierw jednak Fabian Risk dostał sześć tygodni urlopu, więc zapowiadało się świetnie.

Z urlopu zdążył wykorzystać kilka godzin, bo odwiedziła go i poprosiła o pomoc szefowa wydziału kryminalnego w Helsingborgu. W szkole, do której trzydzieści lat wcześniej uczęszczał Risk, znaleziono zwłoki nauczyciela stolarki. Trup miał odcięte ręczną piłką obie dłonie, które chwilę później znaleziono w szkolnej łaźni.

Zamordowany nauczyciel był kiedyś kolegą klasowym Riska, ale to tylko takie potoczne określenie, bo kolegami tak naprawdę nie byli nigdy. W szkolnych czasach Risk trzymał się od niego z daleka. Jörgen Pålsson wraz z Glennem Granqvistem znęcali się przez wiele lat nad jednym z uczniów. Fabian Risk trochę się bał interweniować, ale przede wszystkim nie chciał się w tę sprawę nijak mieszać; wygodniej było nie widzieć albo udawać, że się nie widzi. Ciekawe, że podobne stanowisko zajmowało wielu nauczycieli.
Oprawcy mieli swoje specjalizacje. Jörgen Pålsson okładał pięściami, a miał w tym spore doświadczenie, natomiast Granqvist kopał (nosił okute blachą czerwone Martensy).

W tej sytuacji, gdy pierwszy sadysta stracił swoje pięści, policji, a zwłaszcza inspektorowi Riskowi, w naturalny sposób przyszło na myśl podejrzenie, że może teraz znajdą ciało Granqvista… bez nóg albo bez stóp. Tylko czy to nie za prosty i nie nazbyt wydumany motyw? Zemsta po ćwierćwieczu? W każdym razie tak zaczyna się pościg za seryjnym zabójcą, w którym inspektor Risk – nadal na urlopie – uczestniczy, a nawet odgrywa główną rolę.

Powieść sensacyjna (pierwszy tom cyklu o Fabianie Risku) raczej przeciętna, ani bardzo zła, ani specjalnie dobra. Ciekawe i nowatorskie wydało mi się to, że Stefan Ahnhem napisał swoją pierwszą książkę w stylu skandynawsko-amerykańskim. Elementy ich obu okazały się wyraźnie dostrzegalne. Moim zdaniem wyszło to „Ofierze bez twarzy” na dobre, jednak nie na tyle, żeby zrobić z niej dzieło znaczące.
Inspektor, główny bohater, irytująco nierozgarnięty; powieść zdecydowanie zbyt długa i rozwlekła, ze zbyt wieloma zbędnymi wątkami, natomiast główna fabuła niewątpliwie ciekawa. Ostatecznie… można przeczytać, ale niekoniecznie trzeba.

niedziela, 4 lutego 2024

II Rzeczpospolita i jej gwiazdy

 „Najpiękniejsze kobiety przedwojennej Polski” – Krzysztof Szujecki

Zawsze gdy widzę więcej niż kilka zdjęć osób, wykonanych w okresie międzywojennym albo i wcześniej, zastanawiam się, czy to jakiś inny gatunek ludzi, bo wydaje mi się, że to nie może być tylko kwestia ubioru i fryzury. Odnoszę wrażenie, że gdyby kogoś takiego, na przykład kobietę dwudziestoletnią w roku 1925, przebrać i uczesać współcześnie, to i tak jej odmienność rzucałaby się w oczy. Ale nie chodzi tylko o kobiety, mężczyźni też bywali wtedy… dziwni, ale tylko niektórzy.
Kiedyś egzotyczne z perspektywy obecnej bywały też imiona, ale już dość dawno temu dowiedziałem, że przed wojną, jedną i drugą, nowonarodzone dziecko, „przynosiło sobie imię na świat”, stosowne do dnia urodzin. Chłopiec urodzony 15 lutego otrzymywał imię Zygfryd, a dziewczynka byłaby Zygfrydą lub Pakosławą. Nie była to może zasada ściśle obowiązujące, ale jednak dość często stosowana.

Krzysztof Szujecki zaprezentował w swojej książce dziesięć kobiet. Są to kolejno:
– Zofia Batycka,
– Ina Benita (właściwie Inna Scudder, de domo Inna Florow-Bułhak),
– Ziuta (Józefa) Buczyńska,
– Helena Grossówna,
– Loda (Leokadia) Halama,
– Hanka Karwowska,
– Tola (Teodora) Mankiewiczówna,
– Nora Ney (właściwie Sonia Najman),
– Pola Nireńska (ur. jako Perla Nirensztajn),
– Lena (Helena) Żelichowska.

W większości tancerki, aktorki teatralne, rewiowe i filmowe, absolwentki elitarnych, a więc wyjątkowo kosztownych szkół i kursów. Prawie wszystkie pochodziły z zamożnych domów albo szybko i bogato wychodziły za mąż, miały więc czas i pieniądze na tego typu szkoły, na stosowne kreacje, na wyjazdy zagraniczne w celu doskonalenia umiejętności. Z czasem zaczynały zarabiać znaczne pieniądze, ale początkowo chodziło o realizację pasji życiowych, jakimi był taniec, występy, aktorstwo.

Czy były najpiękniejsze? To rzecz gustu. O gustach dyskutuje się jak najbardziej, tylko osoby wstydzące się własnych gustów, podejrzewające, że mogłyby okazać się gminne, próbują twierdzić inaczej, ale mniejsza z tym. W każdym razie wtedy uważano te panie za bardzo ładne, atrakcyjne, utalentowane, może nawet piękne.

Połowy z tych nazwisk nie kojarzyłem w ogóle, w kilku przypadkach coś mi świtało, ale dość mgliście; Lodę Halamę znam z autobiograficznej książki „Moje nogi i ja” wydanej po raz pierwszy chyba w połowie lat osiemdziesiątych.

Książka Szujeckiego zawiera więcej niż zbiór not biograficznych czy biogramów, ale niewiele więcej. Autor nie dokopał nie (może z jednym lub dwoma wyjątkami) jakichś mrocznych tajemnic, skrywanych perwersji, poufnych danych – to po prostu rzetelnie opracowany bogaty zbiór biograficznych informacji. Zapewne wiele z nich znaleźć można w powszechnie dostępnych źródłach, upewnia o tym bibliografia, ale i co z tego; mnie by się tak szukać i porządkować danych na pewno nie chciało. Dzięki Krzysztofowi Szujeckiemu mam gotowca, podsunięte pod nos wszystko, co trzeba, a nawet i więcej.

Ogromną zaletą książki są dobre technicznie, na ile to było możliwe, reprodukcje starych fotografii. Na szczęście jest ich całe mnóstwo. W ten sposób urokliwych bohaterek nie trzeba sobie wyobrażać jedynie po opisach.
I jeszcze jedna ważna zaleta „Najpiękniejszych kobiet…” – jest to książka (zarówno tekst jak i niektóre zdjęcia) nie tylko o tych dziesięciu kobietach, ale i o Polsce i Polakach w latach dwudziestolecia międzywojennego. Oczywiście tylko tych niektórych, bo przecież nie o sprzątaczkach, kucharkach czy służących.

Solidna, twarda okładka ze zdjęciem jakby z pornusa; kilka literówek. Tym niemniej jak najbardziej polecam, bo to znakomita rozrywka i trochę wiedzy.





---
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

sobota, 27 stycznia 2024

Wiem, jak i kiedy, ale po co???

 „Człowiek. Biografia” – Robin Dunbar

Jakiś niezgrabny wydał mi się polski tytuł, więc sprawdziłem. Oryginalny to „Human Evolution” – Ewolucja człowieka – chyba prościej, ale po co prościej, kiedy można ambitnie?
Tłumacz, Łukasz Lamża, jest też autorem króciutkiego „Wstępu do wydania polskiego”. Króciutkiego, zaznaczam, może z półtorej strony, w którym 5 (słownie: pięć) razy wpakował „warto”. Na tak rażący błąd stylistyczny reaguję sporą irytacją. Tym bardziej, że pleni się to ostatnio w polszczyźnie bez umiaru.

Czym różnią się poniższe zdania?
a) Warszawa jest stolicą Polski.
b) Warto zauważyć, że Warszawa jest stolicą Polski.
W zasadzie to liczbą znaków, a jeżeli autorowi tekstu płacą od znaków… Poza tym drugie wydaje się nie mieć sensu – gdyby z jakiegoś powodu nie warto byłoby dodać, zauważyć, zaznaczyć, to by nie dodano, nie zauważano, nie zaznaczono, to chyba logiczne i oczywiste. W książkę Dunbara tłumacz wpakował „warto” mnóstwo razy.

Dlaczego tak bardzo przeszkadzają mi błędy stylistyczne Łukasza Lamży? Jakość przekładu, bo z przekładem przecież mamy do czynienia w tym przypadku, zależy od umiejętności posługiwania się językiem polskim przez tłumacza, a to, na co zwróciłem uwagę wyżej, rodzi moje poważne wątpliwości.

Opowieść o ewolucji człowieka Dunbar, antropolog i psycholog (w kulturze popularnej znany z „Liczby Dunbara”), zaczyna od stwierdzenia:

Historia ewolucji człowieka fascynuje nas jak żadna inna: zdajemy się posiadać niedającą się zaspokoić ciekawość tego, kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Tradycyjnie, historię tę opowiada się zawsze, odwołując się nieustannie do „kości i kamieni”, które składają się na zapis archeologiczny. Nie bez przyczyny. Zwykle tylko one mogą nam dostarczyć poczucia pewności.

Natychmiast przychodzi na myśl trzecie fundamentalne pytanie: dokąd zmierzamy? – ale odpowiedzi na nie trzeba raczej szukać w innych książkach, bo w tej, tylko pośrednio.

Klasyczna archeologia i nauki pokrewne bezpiecznie i pewnie czuje się w obszarze „kości i kamieni” – tego typu twarde (właściwe słowo na właściwym miejscu) dowody trudno jest obalić, a i dyskutować z nimi nie ma jak. Poza granicami „kości i kamieni”, aż do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, zaczynały się spekulacje. Bywało, że sensowne, ale też fantastyczne, nieprawdopodobne, kwitowane przez świat nauki wzruszeniem ramion. Robin Dunbar prezentuje podejście jak gdyby pośrednie, to jest, owszem, spekulacje, ale zbudowane na realnej wiedzy i do niej zwykle ograniczone.
Niektóre człowiekowane miały większe mózgi od innych, a w miarę upływu milionów lat, coraz większe – fakt. Mózg jest niezwykle zasobożerny, potrzebuje do właściwego działania wiele energii – fakt. Skoro tak, to można założyć, że istoty te (z czasem także linia Homo) musiały modyfikować swoje zachowanie i sposób życia w taki sposób, by ich organizm (w tym mózg) otrzymywał potrzebną porcję energii. Wpływało to na zmiany bilansu albo budżetu czasowego – większą niż wcześniej część doby trzeba było poświęcać na zdobywanie pożywienia.

Zasadnicze, choć zdecydowanie nie jedyne, pytania i wątpliwości, jakie autor prezentuje w swojej pracy, to…

Dlaczego akurat ta jedna linia rozwojowa z grupy afrykańskich człowiekowatych podążyła tak niezwykłą ścieżką? I dlaczego tylko jedna grupka owych wczesnych homininów wyłoniła się z bezładnej radiacji australopiteków, aby skolonizować Stary Świat i stać się ostatecznie jedynym członkiem tej linii, która przetrwała zmiany klimatyczne w późniejszych fazach plejstocenu? Wreszcie zaś – dlaczego z grona pomyślnie rozwijających się linii rozwojowych, które wyłoniły się z rodzaju Homo w środkowym plejstocenie, tylko jedna – nasza własna – dotrwała do dziś?

Robin Dunbar potrafił znakomicie połączyć naukową precyzję (łącznie z wynikami współczesnych badań) z niewątpliwym talentem narratorskim. Opowieści o znaczeniu śmiechu, tańca, iskania, religii, zdobienia przedmiotów, wytwarzania biżuterii, są po prostu fascynujące. Podobnie jak relacje o procesie przebudowy miednicy, dostosowującej się do postawy pionowej, o zanikaniu chwytliwych stop, o zmniejszaniu się kłów, o zdobywaniu umiejętności chodu spacerowego, o pojawieniu się instytucji babci (znacznie wcześniej, niż przypuszczałem).
Książka wzbogacona tabelami i wykresami, dzięki którym czytelnik łatwiej jest w stanie zrozumieć przebieg czasowy opisywanych zmian ewolucyjnych.





Ciekawostka. Kawałek tekstu zgodnego z aktualną manierą albo fiksacją:
Trzeba zaznaczyć, że Robin Dunbar potrafił znakomicie połączyć naukową precyzję (łącznie z wynikami współczesnych badań) z niewątpliwym talentem narratorskim. Warto dodać, że opowieści o znaczeniu śmiechu, tańca, iskania, religii, zdobienia przedmiotów, wytwarzaniu biżuterii, są po prostu fascynujące. Należy zauważyć, że podobnie jak relacje o procesie przebudowy miednicy, dostosowującej się do postawy pionowej, o zanikaniu chwytliwych stop, o zmniejszaniu się kłów, o zdobywaniu umiejętności chodu spacerowego, o pojawieniu się instytucji babci (muszę zaznaczyć, że znacznie wcześniej, niż przypuszczałem).
Warto dodać, że książka wzbogacona jest tabelami i wykresami, dzięki którym czytelnik łatwiej jest w stanie zrozumieć przebieg czasowy opisywanych zmian ewolucyjnych.

czwartek, 25 stycznia 2024

Skąd wytrzasnęliśmy religie?

 „Religijni” – Robin Dunbar

Autora, brytyjskiego antropologa, znam z tzw. „Liczby Dunbara” – chodzi o realną liczbę relacji społecznych, w jakie może się w określonym czasie zaangażować człowiek.

Wszystkie religie swój początek zawdzięczają kultom budowanym wokół charyzmatycznego przywódcy. W większości przypadków byli to wędrujący święci mężczyźni, bardzo rzadko kobiety. W niektórych przypadkach nowe kulty wyłaniały się w wyniku sporów pomiędzy frakcjami już istniejącej religii. W innych przypadkach były one po prostu inspirowane przez jednostki głoszące nowe poglądy na życie i teologię, być może po czasie spędzonym na samotnej kontemplacji. To rozróżnienie jest prawdopodobnie trywialne, ponieważ prawie żaden założyciel nowej religii nie funkcjonuje w kulturowej próżni; wszyscy są osadzeni w istniejącym układzie wierzeń i praktyk, które albo rozwijają się w nowym kierunku, albo na siebie oddziaływają.

W „Religijnych” Dunbar stawia mnóstwo pytań, dotyczących religii – religii w ogóle, a nie jakiejś konkretnej, od czasów prehistorycznych do dziś. Następnie odpowiada na nie. Choćby takie: czy ludzie z natury są religijni, jakie potrzeby zaspakaja religia, czy współczesne religie wyewoluowały z dawnych (albo i nie tak bardzo) praktyk szamańskich, czy religia ma wpływ na mózg człowieka i wiele, wiele innych. Szczególnie ciekawy wydał mi się rozdział dotyczący sekt oraz te fragmenty, które dotyczą i próbują wyjaśnić, powody podziałów istniejących struktur religijnych.

W latach 70. Rock Thériault założył niewielki kult Dzieci z Ant Hill (Ant Hill Kids) na obrzeżach Quebecu, oparty na wierzeniach Adwentystów Dnia Siódmego. Wykazywał niezwykły stopień kontroli zachowań i przemocy wobec każdego, kto według niego błądzi, szpieguje lub chce go opuścić. Kary obejmowały zmuszanie członków do łamania nóg młotami kowalskimi, strzelanie sobie w ramiona i zjadanie martwego robactwa. Aby zademonstrować swoje uzdrawiające moce, poddawał dzieci i dorosłych amatorskim zabiegom chirurgicznym bez znieczulenia. Bezpośrednio lub pośrednio w wyniku jego działań jedno dziecko i trzy kobiety zmarły. Pozostali doznali straszliwych obrażeń (oprócz usunięcia ośmiu zębów jednej kobiecie amputowano rękę przy ramieniu za pomocą piły łańcuchowej). Pomimo to niektórzy z jego zwolenników pozostali mu wierni nawet po tym, gdy został skazany i uwięziony.

Rozważania Dunbara prowadzą czasami do wyjaśnień powodów specyficznych zachowań ludzkich związanych z codziennymi współczesnymi praktykami, wydawałoby się, że zupełnie niereligijnymi. Czyja kochanka nie ubierała rano koszuli partnera?

W południowoazjatyckich hinduistycznych kultach charyzmatycznych guru jest często sakralizowany i obdarzony „specjalnymi darami”, tak, że wyznawcy (zwłaszcza kobiety) odczuwają przemożne pragnienie „dotknięcia guru, przebywania blisko guru, jedzenia resztek jedzenia guru, założenia tego, co nosił guru, spania tam, gdzie spał guru”. Zostało to określone jako pragnienie proksemiczne i przypomina fakt, że kobiety (ale niemal nigdy mężczyźni) często pożyczają elementy garderoby swojego partnera, aby je założyć.

Niektóre wnioski, jakie wyciąga autor ze swoich wieloletnich badań, budzą moje zaskoczenie, opór albo przynajmniej wątpliwości, jednak absolutnie nie upierałbym się przy swoim zdaniu, mając pełną świadomość, że nie dysponuję wiedzą pozwalającą je kwestionować.

Pozycja ciekawa, natomiast zdecydowanie bardziej naukowa niż popularno-naukowa, co oznacza, że nie jest najłatwiejsza w odbiorze, choć bardzo wciągająca i intrygująca – przynajmniej momentami.

piątek, 19 stycznia 2024

Gdy zostaniesz całkiem sama

 „Ściana” – Marlen Haushofer

Nigdy nie słyszałem o autorce ani o jej książce. Gdyby nie to, że dostałem ją w prezencie (książkę, a nie autorkę), zapewne tak też by zostało. Ale dostałem, więc zacząłem czytać.

Powieść wielowymiarowa i niezwykle wręcz odważna; nie dałoby się jej właściwie napisać, bez determinacji i desperacji, by pokazać przynajmniej część swoich osobistych przemyśleń, refleksji i wniosków. Czytelnikowi jest znacznie łatwiej – może przecież przyznać, że też tak właśnie myślał lub czuł, sam przed sobą. Wprawdzie to też wymaga odwagi, ale nie aż tak wielkiej, jak wyznanie takich intymności komuś.

Około czterdziestoletnia, samotna kobieta przyjeżdża do letniego domku w górach wraz z kuzynką i jej mężem. Hugon i Luiza wybierają się do pobliskiej wioski do sklepu czy baru, ale bohaterka zostaje w domu. Szykuje dla wszystkich kolację, a następnie, zmęczona podróżą, kładzie się spać.
Rano okazuje się, że nadal jest w domu sama. Zaczyna się niepokoić i wreszcie wybiera się do wsi, sprawdzić, co się stało z kuzynką i jej mężem.
Po drodze spotka psa myśliwskiego z zakrwawionym pyskiem, a chwilę później sama nabija sobie guza o całkowicie niewidzialną przeszkodę. Pies pewnie wpadł na tę… ścianę, jak bohaterka nazwała tajemniczą przeszkodę.

Zaczyna się jak fantastyka postapokaliptyczna, ale to tylko pozory. Nie są znane powody czy też cele tego wydarzenia, to jest nagłego pojawienia się ściany. Z daleka jednak widać, że w najbliższej wsi dwie osoby zdecydowanie nie żyją. Kobieta przez chwilę rozważa kwestię powstania jakiejś nowej broni, która zabija ludzi, ale nie uszkadza nic ponadto, i napaści wrogiego kraju, ale czas mija, a nie pojawiają się żadni zwycięzcy. Ponadto nie wiadomo, jaki obszar objęła katastrofa czy też zjawisko, bo może kraj, może kontynent, a może całą Ziemię.

Kobieta, bohaterka powieści, zaczyna oswajać się z myślą, że jest ostatnim żywym człowiekiem i na stosunkowo niewielkim obszarze ograniczonym niewidzialną ścianą spędzi resztę życia. Nie jest tam zupełnie sama – towarzyszy jej pies, krowa i kotka.
Kobieta, żeby nie zwariować, zaczyna spisywać coś w rodzaju pamiętnika lub dziennika, który określiła jako raport. Miały to być relacje z wydarzeń, ale z czasem pojawia się w nim coraz więcej rozważań nad sensem człowieczeństwa, umiejętnością dostrzegania tego, co najważniejsze i życia w ogóle.

Dość istotny moment zwrotny pojawia się już na początku – kobieta zaczyna rozumieć, że w tej sytuacji nie ma już potrzeby ani sensu kogokolwiek okłamywać. Nie chodzi oczywiście o kłamstwa w złej wierze, ale wręcz przeciwnie, bo o takie, które popełnia się z związku z dobrym wychowaniem, z życzliwości, z pragnienia by nie sprawić komuś przykrości. Wtedy też odważnie odkrywa, że jej życie, to przed pojawieniem się ściany, pod żadnym względem nie było udane; osiągnęła bardzo niewiele z tego, czego chciała, a wszystko to, co osiągnęła, okazało się nie mieć wartości.

Bohaterka „Ściany” z konieczności zaczyna wieść życie, w którym wysiłek warto wkładać tylko w to, co najważniejsze. Rozpoznawać priorytety też musi się nauczyć. Właściciele zaopatrzyli dom lepiej niż dobrze i przeróżnych zapasów może starczyć nawet na rok lub więcej, ale… co dalej? Kobieta musi opiekować się zwierzętami, siać, sadzić, reperować dom, zbierać owoce i gromadzić opał.

Tej jesieni pojawiła się biała wrona. Lata zawsze z tyłu za innymi i całkiem sama opuszcza się na drzewo, od którego stronią jej towarzyszki. Nie mogę pojąć, dlaczego inne wrony jej nie lubią. Dla mnie jest ona wyjątkowo pięknym ptakiem, ale dla członków jej gatunku jest wstrętna. Widzę, jak sterczy samotna na świerku i wpatruje się w łąkę, smutny dziwoląg, który nie powinien istnieć – biała wrona. Czeka, aż całe stado odleci, wtedy przynoszę jej trochę jedzenia. Jest tak oswojona, że mogę się do niej zbliżyć. Niekiedy już podskakuje, kiedy widzi, że się zbliżam. Ona nie może wiedzieć, dlaczego jest odepchnięta, nie zna innego życia. Zawsze będzie odpychana i tak samotna, że mniej się boi człowieka niż swoich czarnych braci. Może budzi w nich taki wstręt, że nawet nie chcą zadziobać jej na śmierć. Czekam codziennie na białą wronę i wabię ją, a ona patrzy na mnie uważnie czerwonymi oczami. Mogę zrobić dla niej bardzo niewiele. Moje odpadki przedłużają może życie, którego nie powinno się przedłużać. Ale ja chcę, żeby biała wrona żyła, i marzę czasem, że w lesie istnieje druga taka i że obydwie się odnajdą. Nie wierzę w to, tylko bardzo sobie tego życzę*.

Niezwykle satysfakcjonująca i jakaś taka… dobra wydała mi się jej relacja ze zwierzętami – pełna miłości i szacunku, ale bez mdłej ckliwości. Nawet wobec tych zwierząt, na które musiała w końcu zacząć polować.

Powieść Haushofer jest w znacznej mierze psychologiczna i skupia się na problemach samotności, alienacji, codziennej walki ze zniechęceniem i poczuciem braku sensu.






---
* Marlen Haushofer, „Ściana”, przekład: Zofia Kania, PIW, 1990, s. 220.


wtorek, 16 stycznia 2024

Młody, brutalny Dziki Zachód

 „Szlak umrzyka” – Larry McMurtry

Poznałem wszystkie cztery części tetralogii Lonesome Dove w dość przypadkowej kolejności, po prostu jak wpadały mi w ręce. Nie była to kolejność chronologiczna, ani kolejność pisania/wydawania w USA kolejnych tomów. Wspominam o tym dlatego, żeby dać znać, że można i tak, bo kolejność w tym przypadku nie jest aż taka ważna; niezachowanie jej nie powoduje większych problemów ze zrozumieniem treści. Jasne, najlepiej byłoby chronologicznie: „Szlak umrzyka” „”Comanhe moon” („Księżyc Komanczów”), „Na południe od Brazos” i „Ulice Laredo”, ale jeśli się nie da, to nie ma co grymasić.

Akcja powieści dzieje się w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy to sławny Dziki Zachód był jeszcze bardzo młody. Młodzi byli też główni bohaterowie całego cyklu, Augustus McCrae i Woodrow Call, członkowie oddziału Texas Rangers, zwani tutaj strażnikami Teksasu.

„Szlak umrzyka” koncentruje się głównie na dwóch zbrojnych wyprawach, do El Paso oraz do Santa Fe. Celem było bogactwo – przecież wszyscy wiedzieli, że w Meksyku złoto i srebro można zbierać na ulicach. Pierwszą eskapadą kierował samozwańczy major i kompletny dureń, Randall Chevallie, drugą dowodził były pirat z Missisipi, pułkownik Calebb Cobb. Obie nieprzemyślane, niewłaściwie zaopatrzone, źle zorganizowane, przyniosły swoim uczestnikom poważne straty. W każdym razie do domów wróciło bardzo niewielu z nich. Indianie, głównie Komancze, Meksykanie, dzikie zwierzęta, mróz, głód, zdziesiątkowały oba te odziały. Najtrudniejszy okazał się Szlak Umrzyka, około dwustumilowy odcinek terenu, na którym nie było wody, nie było zwierząt, prawie nie było roślin, nieustannie za to obecni byli krwiożerczy Indianie pod wodzą budzącego grozę wodza znanego jako Garb Bizona – Buffalo Hump to jedna z kilku postaci historycznych w powieści.

W tym tomie tetralogii Augustus McCrae spotyka swoją wielką miłość, córkę właściciela sklepu, Clarę Forsythe. Woodrow Call wiąże się z kochającą go prostytutką, Maggie Tilton.

„Szlak umrzyka” stanowi – objętościowo – około połowę „Na południe od Brazos”, ale akcji jest w niej dwa razy więcej. W tej drugiej można było chłonąć klimat, nieśpiesznie poznawać bohaterów, nie tylko tych głównych, sposób ich życia, przyrodę. W pierwszej nie ma na to czasu, bez przerwy coś się dzieje, nieustannie bohaterowie muszą walczyć o przetrwanie i życie. Późną nocą trudno jest odłożyć dalszą lekturę na jutro, bo cały czas czytelnik znajduje się w środku jakiejś akcji.

W „Szlaku umrzyka” autor nie rekonstruuje wydarzeń historycznych, ale wykorzystuje niektóre z nich, do opowiedzenia własnej wersji lub wizji. Na przykład dwie rzeczywiste wyprawy na teren Meksyku i Nowego Meksyku autor połączył w jedną, znacznie krótszą. Podobnie jest z bohaterami – niektórzy są postaciami historycznymi, ale niewiele to znaczy. Pojawiający się na kartach powieści znany ranczer, Charles Goodnight, w czasie opisywanych zdarzeń miał zaledwie pięć lat.
Powieści nie można traktować jako źródła rzetelnej wiedzy historycznej, to po prostu bardzo dobry western dla dorosłych – opisy gwałtów, mordów i makabrycznych tortur, trwających nawet dwie doby, w których specjalizował się Apacz, Kopiący Wilk, wymagają sporo odporności.

Zaletą jest piękna, twarda oprawa, a wydawca użył stosunkowo grubego papieru, przez co powieść wydaje się zawierać więcej treści, niż jest jej w istocie, i sprawia wrażenie potężnego tomiszcza. Tak czy inaczej bawiłem się znakomicie.

niedziela, 7 stycznia 2024

Całkiem niedawno w stolicy

 „Dawno temu w Warszawie” – Jakub Żulczyk

Sięgnąłem po tę książkę tylko i wyłącznie dlatego, bo to dalsza część „Ślepnąc od świateł”. Choć uważam Jakuba Żulczyka za dobrego pisarza, to mnie akurat jego pisarska maniera zupełnie nie odpowiada. „Ślepnąc od świateł” to był znakomity serial – między innymi dlatego, że udziwnione dłużyzny, jakieś podwodne urojenia i wizje, dało się sprawnie przewijać i pomijać. W powieści było to, niestety, znacznie trudniejsze.

Bohaterem „Ślepnąc od świateł” był Jacek Nitecki, niedokończony student, niespełniony artysta, handlujący narkotykami wśród klientów z wyższych sfer warszawskich. I może byłaby ta historia nawet bardzo dobra, gdyby nie koszmarne dłużyzny. Jacek ma wiecznie jakieś złożone przemyślenia, mętne wizje z elementami smakowo-węchowymi (jest permanentnie niewyspany), snuje rozwlekłe dywagacje o życiu i bólu istnienia, i wszystko to było po prostu trudne do zniesienia. W każdym razie uważam, że to jeden z niewielu przypadków, kiedy to film zrealizowany na podstawie powieści, okazał się znacznie lepszy od niej.

Nie ma jeszcze filmu na podstawie „Dawno temu w Warszawie” (strzelanina w Marriocie lub akcja u Wietnamczyków i wiele innych, są wręcz stworzone do scen serialowych), więc bez większego entuzjazmu zacząłem czytać powieść. Akcja „Ślepnąc od świateł” kończy się około 2014 roku, w „Dawno temu w Warszawie” przenosimy się chwilowo do Argentyny, głównie jednak, w lata 2019-20, w środek epidemii covid19, głównie w stolicy Polski.

Narracja w pierwszej osobie, ale raz relacjonuje wydarzenia Marta Pazińska (nawet nie wiedziałem, że Pazina tak się nazywała), raz Kurtka, a raz Jacek Nitecki. W powieści pojawiają się też inne postacie znane czytelnikowi lub widzowi „Ślepnąc od świateł”: Piotrek, jeśli dobrze pamiętam, szef i dostawca Jacka, znacząca postać w warszawskim półświatku, Dario (Dariusz Kinski z Sopotu), typ stylizowany na gangstera pruszkowskiego (postać jeszcze bardziej karykaturalnie przerysowana), próbujący odzyskać władzę w mieście po wyjściu z więzienia; w dalszym tle także kilkoro innych. Ciekawą postacią jest niejaki Kurtka, którego wprawdzie nie było w części pierwszej, ale przypomina Pioruna jak brat bliźniak.

Pazińska prowadzi Azyl, to jest hostel interwencyjny – coś w rodzaju schroniska, noclegowni, domu doraźnej, chwilowej opieki dla osób LGBT. Oficjalnie tylko dla dorosłych, ale w praktyce często dla nastolatków, które wpadły w kłopoty, bo to ucieczka z domu (od rodzica przemocowca), ćpanie i handel ćpaniem, prostytucja… choć to pewnie niewłaściwe obecnie słowo, bo ktoś, kto daje dupy za pieniądze, według Jakuba Żulczyka, jest osobą seksworkerską – tak, naprawdę w książce pojawia się takie określenie. W każdym razie mieszkańcy Azylu zwykle są ofiarami, a na bakier z prawem miewają raczej okazjonalnie, niechcący, bez złej woli. Na Azyl, zlokalizowany w dobrym punkcie, ma apetyt niemoralny deweloper-milioner.

Jacek Nitecki dorabia się w Argentynie naprawdę wielkich pieniędzy, ale wraca do Warszawy na wieść o śmierci siostry i szwagra. Żulczyk zmienił postać Jacka w szerokim zakresie. Teraz jest to człowiek o innej osobowości i mentalności. Jako dostawca kokainy dla celebrytów odnosił sukcesy, bo był niesamowicie ostrożny, wszystko miał dokładnie zaplanowane i przemyślane. W tym tomie staje się momentami szalonym ćpunem skłonnym do brutalnej przemocy wobec innych.

Ośmiusetstronicowa powieść „Dawno temu w Warszawie” byłaby pewnie świetną historią kryminalną czy sensacyjną, gdyby wyczyścić ją z mętnych i rozwlekłych dywagacji psychologicznych, duchowych, intelektualnych, filozoficznych i innych Jacka Niteckiego, i nie tylko jego. Przyjmuję jednak do wiadomości, że dzięki tym właśnie elementom, powieść podoba się niektórym czytelnikom. I w porządku. To tylko mnie oniryczne wizje świadomości i podświadomości bohaterów nie wydają się potrzebne w powieści kryminalnej.

poniedziałek, 1 stycznia 2024

Glina, którego nie chcesz znać

 „Gorszy” – Piotr Górski

Drugi tom serii Sławomir Kruk. Pierwszy, zatytułowany po prostu „Kruk”, kończy się zatrzymaniem prokuratorki Marty Krynickiej i oskarżeniem jej o zamordowanie Alberta Adamiaka. W ostatniej scenie tomu pierwszego Marta, zamiast szukać pomocy u tatusia senatora, dzwoni do komisarza Kruka i już samo to wydaje się intrygujące.
„Gorszy” zaczyna się kilkadziesiąt godzin później – Kruk odwiedza Martę w areszcie i wypytuje o zdarzenia, w których brała udział. Choć technicznie wydaje się to zupełnie nieprawdopodobne (drzwi zamknięte od wewnątrz na solidny łańcuch, pozamykane okna), żeby Marta Krynicka była niewinna, Kruk wierzy, że to jednak nie ona zastrzeliła Adamiaka, z którym miała solidnie na pieńku. Chcąc jej pomóc, komisarz musi odnaleźć prawdziwego zabójcę Alberta Adamiaka i w ogóle – odkryć motywy całej afery.

Coś takiego, taki prymitywny chwyt, uważam za wyjątkowo niesmaczny. Jedna historia, podzielona sztucznie na pół i to w trakcie akcji, po to tylko, żeby czytelnik „musiał” wydać pieniądze na dwie książki, zamiast jednej. To by mogły być kolejne rozdziały, a nawet sąsiednie akapity, tej samej powieści. Lektura tego niby drugiego tomu cyklu, bez znajomości pierwszego, nie ma żadnego sensu. Tom pierwszy, zamiast na koniec zamykać zawarte w nim wątki, niektóre wręcz otwiera, więc zabierając się do jego lektury, trzeba koniecznie sprawić sobie od razu tom kolejny, bo inaczej nie będzie się to kupy trzymać, Nie lubię takich marketingowych zagrań, mocno nie podobają mi się próby manipulacji czytelnikami w wykonaniu autora i/lub wydawcy, zwłaszcza, jeśli mają na celu wyciągnięcie od niego pieniędzy.

Pozbyłbym się tej książki w moment, gdyby nie jedna przeszkoda – to naprawdę bardzo ciekawie napisana powieść sensacyjna. Piotr Górski dysponuje bogatą wyobraźnią, miewa znakomite pomysły, a jeśli jeszcze popracuje nad warsztatem, to może się stać postacią znaczącą w gronie autorów polskich powieści kryminalnych czy sensacyjnych.

W powieści znajdzie czytelnik wielu bohaterów tomu pierwszego, zarówno w szeregach policji i prokuratury, jak i przestępców. Szybko też okazuje się, że istnieją całkiem realne powiązania biznesowe polityków i bandziorów. W całym tym chaosie komisarz Kruk prowadzi na wpół prywatne śledztwo (przełożeni jakoś nie zachęcają go do grzebania w sprawie tego kalibru), które zresztą lawinowo się rozrasta.

Jest jeszcze jeden element talentu autora, ale ten odkryłem po przeczytaniu trzech książek, napisaniu o nich opinii, i wreszcie zerknięciu na recenzje innych czytelników. Okazało się dzięki nim (wielu, nie wszystkich), że Piotr Górski tak skonstruował postać Kruka, że ten właściwie budzi sympatię i zaufanie. Zły człowiek, zły policjant, być może sprawny śledczy. Komisarz, który biciem wymusza zeznania na niewinnej osobie. Który prowadzi jednocześnie wiele różnych spraw (to akurat jest prawdziwe), ale właściwie to nie prowadzi – olewa je po prostu, ignoruje, spycha na innych, bo sam zajęty jest sprawą młodej, atrakcyjnej prokuratorki. Dla Krynickiej to pewnie dobrze, ale dla wielu ofiar różnych przestępstw, jest to mało korzystne – ich sprawy nie zasłużyły na poważniejsze zainteresowanie pana komisarza.
Bezpośrednim przełożonym Kruka jest Zych, przyjaciel komisarza jeszcze z podwórka. Zych mógłby wiele razy awansować, ale gdyby „poszedł wyżej” nie miałby kto chronić Sławomira Kruka, przed konsekwencjami jego problematycznych postaw i zachowań.

Reasumując: dobra powieść sensacyjna – uznałbym pewnie, że nawet bardzo dobra, gdyby nie marketingowe sztuczki z niedokończonymi wątkami. A że z Krukiem nie chciałbym się zetknąć na żadnej płaszczyźnie, to już inna sprawa.