piątek, 12 czerwca 2020

Zmarnowane szanse i okazje


„Prince Polonia” – Max Cegielski

Zaczęło się wyjątkowo zabawnie, bo pomyliły mi się imiona i przekonany byłem, że sięgam po książkę biograficzną na temat tego Cegielskiego (Hipolita), który założył w Poznaniu fabrykę maszyn i urządzeń wszelakich.

No to wreszcie postanowiłem poczytać blurb (tekst na okładce). Dowiedziałem się, że dla obalenia „komuny” w Polsce Wałęsa był równie ważny, jak kolczyki pani Jurksztowicz. Ups! Mocne! Połowa tekstu na okładce pisana jest jednak jasnoczerwonym drukiem na ciemnopomarańczowym tle, więc sobie z żalem darowałem, choć trochę szkoda mi było podobnych rewelacji. A książka okazała się bardzo dobra (choć nie o tym Cegielskim).

„Przylecieliśmy do Azji, żeby zmienić życie, zdobyć przyszłość, wcześniej byliśmy jej pozbawieni, ale nie spodziewaliśmy się, że czeka nas taka rewolucja”*.

Magda dołączyła do społeczności maturzystów w szkole Janka i Radka w czwartej klasie. Wielu chłopaków dzięki niej, a może przez nią lub dla niej, podejmowało różne decyzje, które wcześniej nawet im do głowy nie wpadły (choćby utworzenie zespołu Generacja). Magda, córka dyplomaty, wybierającego się na placówkę do Indii, okazała się katalizatorem poważnych zmian życiowych wielu dorastających nastolatków ze Szczecina. Był to koniec lat osiemdziesiątych, to jest czas wielkich przemian, wielkich nadziei…

Chłopaki zaczynają od drobnego przemytu do NRD i niektórzy na tym poziomie pozostają, ale Janek i Radek mają więcej wyobraźni i odwagi, więc wyruszają do Indii, a stamtąd, też z kontrabandą, do Singapuru. To były czasy, gdy kilkaset dolarów było w Polsce sumą poważną, a posiadając tysiąc-dwa można było myśleć o jakiejś własnej działalności gospodarczej. Czy te dolary zapewniły świetlaną przyszłość chłopakom? Tu warto poczytać notę biograficzną autora w Wikipedii. Tym niemniej wtedy wydawało się, że przed Polakami i Polską otwierają się wrota raju.

Lektura książki rodzi mnóstwo wspomnień, skojarzeń, przemyśleń, wniosków, i to jest jej walor dodatkowy. Za główny uważam rozrywkę oraz pewną dawkę świadomości – bo było zdecydowanie bardziej tak, jak opisuje to Max Cegielski, niż tak, jak próbuje prezentować przeszłość propaganda tej lub tamtej partii.

„W samochodzie, tak jak na chodnikach, czyściutko, żadnych czerwonych plam na tapicerce czy na ścianach, żadnych łupin orzechów kokosowych, petów, śmieci. Pięćset dolarów kary za rzucenie niedopałka na ulicę. Janek od razu pstryknął kiepem za okno i śmiał się zadowolony, że przechytrzył system”**.

Może autora to bawi, może razem z przyjacielem uważają to za świetny dowcip, ale ja mam jakby inne przekonania na temat wspólnego dobra i polskie buractwo mnie nie bawi i nie cieszy. Ta polska „wygrana z systemem” w Singapurze też nie wydaje mi się osiągnięciem znaczącym, ani godnym naśladowania.

Czasem nie wiem, czy autor kpi sobie z siebie i kolegów, czy pewne przekonania traktuje zupełnie serio. W poniższym przypadku, to chyba jednak drwina. W Singapurze, którym zachwycony był Radek, bo Janek zakochał się w Indiach…

„Szybko zobaczyli też swojskie, zrozumiałe napisy: »Peter Kong wita swoich starych i nowych klientów z Polski«, »Tutaj sprzedaje się telewizory i wideo dostosowane do polskich standardów«, »Specjalna oferta dla Polaków«. Nikt nie reklamował się po niemiecku z ofertą dla Niemców. Poczuli się narodem wybranym”***.

Drwina, bo nie wierzę, żeby autor nie zdawał sobie sprawy, dlaczego takie oferty są po polsku, a nie ma po niemiecku, i o czym to naprawdę świadczy.

Relacja z podbijania Dalekiego Wschodu (i nie tylko) odbywa się na dwa sposoby, bo albo w trzeciej osobie liczby mnogiej, albo w pierwszej osobie liczby pojedynczej, czyli albo Janek i Radek zwiedzali, albo ja (Radek) widziałem, słyszałem, byłem. Chronologia też nie zawsze jest liniowa, ale jedno i drugie skonstruowane zostało na tyle zgrabnie, że nie rodzi problemów ze zrozumieniem fabuły. Może nawet zmusza czytelnika do nieco większej koncentracji i uważności.

Wprawdzie spotkanie z ambitnym dyplomatą oraz niektóre przekręty są już czymś więcej niż tylko przygodą, tym niemniej w książce nie chodzi o to, jak się to skończy (kto zabił), ale o bezpowrotnie zaginiony świat początków polskiej transformacji, o narodziny klasy polskich biznesmenów tych czasów, którzy mocno wierzyli, że pierwszy milion trzeba ukraść, więc zanim stali się szanowanymi przedsiębiorcami, działali w szarej strefie… powiedzmy – ciemnoszarej.

„Prince Polonia” Maxa Cegielskiego warto przeczytać, żeby poznać, żeby sobie przypomnieć, żeby zrozumieć, żeby się rozerwać, pobawić… Dobre pióro, a więc – polecam.





---
* Max Cegielski, „Prince Polonia”, Marginesy, 2020, s. 80.
** Tamże, s. 78.
*** Tamże, s. 87.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Jak zacząć wszystko od nowa?


„Ostatni lot” –  Julie  Clark



Claire Taylor skończyła prestiżowy Vassar College. Jako historyk sztuki dostała pracę w domu aukcyjnym Christie’s. Kiedy w wypadku zginęła jej matka i siostra, załamała się. A Rory Cook tak pięknie opowiadał o swojej miłości do Maggie Moretti i o tym, jak ją stracił w pożarze, więc Claire… wyszła za niego. Nie wiem, czego się spodziewała – że nawzajem będą kołysać swój ból po stracie? Że Rory Cook przestanie być dziedzicem i spadkobiercą politycznego, i nie tylko, imperium Cooków, do czego przygotowywany był nieomalże od urodzenia, że przestanie być synem uwielbianej pani senator (Marjorie Cook zmarła na raka, kiedy syn był na pierwszym roku studiów), że da sobie spokój z planowaną karierą polityczną? Ostatecznie związek z nim okazał się głęboko nie satysfakcjonujący, a sam Rory objawił się jako kanalia i szuja…. Choć przecież młody, przystojny, bogaty, inteligentny, zabawny.

„Wiele lat emu postanowił, że będzie finansował studia wszystkim dzieciom i wnukom ludzi, którzy pracowali jako jego personel domowy. W rezultacie byli wobec niego bezwzględnie lojalni. Podczas naszych awantur zawsze grzecznie odwracali wzrok, a kiedy płakałam w łazience, udawali, że nic się nie dzieje”*.

A to świnia, prawda?!

I znowu chciałoby się spytać, czego w tej sytuacji i w tych warunkach oczekiwała Claire Cook? Że pokojówka da po pysku swojemu pracodawcy? Ale mniejsza z tym. Rory Cook naprawdę był kawałem gnoja i przemocowca (przemoc psychiczna i fizyczna), a więc Claire postanowiła uciec, starannie zacierając za sobą ślady. Przekonała się już bowiem, że oficjalne i legalne odchodzenie od niego nie uda się; próbowała, źle się to skończyło.
W ucieczce i planach zniknięcia pomaga jej dawna szkolna przyjaciółka, Tamara, oraz jej brat, Nico, związany z przestępczością zorganizowaną; taka rosyjska wersja Ala Capone.

Claire przypadkiem spotyka na lotnisku Eve – kobietę, która także ucieka i również chce zniknąć bez śladu, bo po prostu  ma problemy z wymiarem sprawiedliwości. . Eve robi to z powodu przestępczej przeszłości, uwikłania w sytuację naprawdę trudną, bez wyjścia. W ostatniej chwili kobiety wpadają na desperacki pomysł – zamienią się tożsamościami. Eva poleci do Puerto Rico jako Claire, natomiast Claire Cook (oczywiście pod fałszywym nazwiskiem) jako Eva wybierze się do Oakland. Plan wydaje się całkiem sensowny. Miałoby to jeszcze bardziej zmylić pogoń, a że ktoś będzie je ścigał, to nie ulegało wątpliwości. Pech chce, że jeden z samolotów uległ strasznej katastrofie, zginęli wszyscy pasażerowie. I teraz dopiero ta historia rozkręca się na całego.

„W tym momencie zdaję sobie sprawę, że wszystkie ścieżki prowadziły mnie właśnie do tego studia. Przez długi czas uważałam, że moje świadectwo nie wystarczy. Bałam się, że nikt nie będzie chciał wysłuchać prawdy i wyciągnąć do mnie pomocnej dłoni”**.

Kolejna ciekawa książka napisana przez kobietę, o kobietach – autorka opowiada dzieje Evy i Claire na zmianę – narracja jakby z dwóch krańcowo różnych punktów widzenia. Pojawia się też Kelly, Liz, Danielle, a zdecydowanie jest to rozrywka nie tylko dla kobiet. „Ostatni lot” nie pretenduje do miana arcydzieła, ale jest okazją do całkiem przyjemnego spędzenia kilku godzin. Niezły kawałek literatury przygodowej, sensacyjnej, romantycznej z mocnym przekazem społecznym. A tak! Bez problemu znaleźć można w powieści swego rodzaju krytykę współczesnego, wysokorozwiniętego społeczeństwa, w którym jednak nie wszyscy są równi. I nie mam tu na myśli Aborygenów lub Papuasów.







--
* Julie  Clark, „Ostatni lot”, przekład Paweł Wolak, Muza S.A., 2020, s. 38.
** Tamże, s. 410.

czwartek, 4 czerwca 2020

Tajemnice Anice i nie tylko jej


Może wydać się to nieco dziwne, ale w tym momencie życia takiej właśnie opowieści potrzebowałem. Na to zjawisko zwracałem uwagę już wcześniej – moja ocena książki zależy, w pewnej mierze, od tego, co ostatnio czytałem, co mi się przejadło, co znudziło, na jaką zmianę czekałem, na jaką miałem nadzieję. I tym razem prawie idealnie się udało.

Gianna Verelli i jej brat, Carlo, wychowali się w Barcelonie, ale korzenie ich rodziny sięgają do Włoch. Gianna ma pewne problemy osobiste (niechciana ciąża z Pau, podrzędnym aktorem i żonatym mężczyzną), kiedy na dokładkę umiera jej kochana babcia, zwana w rodzinie jako nonna (po włosku po prostu babcia), rodzinny sklep kolonialny trzeb szybko sprzedać, bo przynosi straty itp. Podczas porządkowania i likwidacji mieszkania po niej, Gianna znajduje klucz do starego młyna w niewielkiej włoskiej miejscowości Castelupo (w Ligurii) i tajemnicze zapiski bisnonny (prababci). Odkrywa też listy do tajemniczej Anice (po naszemu Anyż), którą ktoś najwyraźniej bardzo kochał. Rodzeństwo nic nie wie o żadnej Anice, nigdy o kimś takim nie słyszeli, oczywiście tylko tak im się do czasu wydaje, bo okazuje się, że… Jednak o ile Carla osoba ta i przeszłość rodziny nie interesuje w ogóle, to Gianna postanawia wyruszyć w podróż do Włoch, tropiąc rodzinne tajemnice i starając się znaleźć drzwi, do których pasował będzie zabytkowy, ciężki klucz.
Gianna jest postacią bardzo sympatyczną, od początku wzbudza życzliwość, tylko jedna jej cecha może się czytelnikom (bo czytelniczkom raczej nie) wydać irytująca: naiwne oczekiwania, że ktoś coś zrobi, ktoś zachowa się w określony sposób, ktoś powie…

„Przeczytałam tylko kilka pierwszych stron pamiętnika, ale nagle wiele wspomnień nabrało dla mnie sensu: zamiłowanie mojej prababci do roślin, osobliwy chrzest z użyciem ziemi, który mi zrobiła, kiedy byłam mała, przyjemność, jaką czerpała z uprawiania ziół i kwiatów, z gotowania, jej dar uzdrowicielki… Co jeszcze odkryję, dalej czytając pamiętnik?” *.

Trochę skromnie zarysowane zostały losy Carla Verelli, a byłoby co rozwijać, bo to i narkoman i przestępca, i przyzwoity bardzo młody mężczyzna, i wsparcie dla siostry. Za handel narkotykami został aresztowany. Nonna zaciągnęła kredyt hipoteczny, by pomóc mu się wydostać z opałów. Carlo przeszedł roczny odwyk, skończył prestiżową szkołę, otrzymał pożądane stypendium, dostał świetną pracę i spłacił babcię co do grosza.

„Ogród kobiet” to książka o kobietach głównie, bo mężczyźni pojawiają się w niej rzadko i dość przelotnie. Po prostu umarł – mawiała krótko o takim lub innym mężczyźnie ze swojej rodziny nonna. Jednak zdecydowanie nie jest to książka tylko dla kobiet. Zagadki, tajemnice, skrywane sekrety… choć nie zawsze mają wymiar kryminalny, to podąża się za nimi z niesłabnącym zainteresowaniem. Jest też solidny kawał pasjonującej historii i wielkiej polityki.

„To nie był kolejny zwykły przypadek, tylko przypadek, który stał się polityczny w rękach prasy i innych środowisk opiniotwórczych. Był to przypadek, który fasci Mussoliniego, uznali za przykład tego, jak należy zaprowadzić porządek we Włoszech”**.

Trudno jest opisać fabułę tej powieści, bo zagadek – stopniowo rozwiązywanych – jest w niej tak wiele, że wyzwaniem jest niezdradzanie ich.

Największą zaletą powieści nie jest jednak fabuła, zagadka kobiet Verelli, ale warsztat pisarski  Carli Montero. Tę książkę po prostu bardzo dobrze się czyta, wszystkie jej elementy zostały właściwie wyważone i dzięki temu w nieomalże każdej chwili, chce się wiedzieć, co będzie dalej. Jednocześnie jest to powieść bardzo pogodna, czytelnik w jakiś sposób wierzy, że wszystkie perypetie i kłopoty dobrze się skończą (choć z tym bywa różnie). Może dlatego, że coś w tym stylu powtarzała często nonna Gianie.

Jedno tylko z czasem zaczęło mi się wydawać coraz bardziej irytujące – wstawki… hm… kulinarne. Prawie każdy rozdział nosi nazwę jakiejś potrawy, po hiszpańsku, włosku lub francusku – nie odróżniam.  Ale możliwe, że czytelniczkom, gospodyniom domowym oraz kucharkom się to spodoba i stanowić będzie dodatkowy walor powieści. Choć z drugiej strony… przepisy nie są kompletne, to tylko ich zarys, ja bym na ich podstawie niczego nie ugotował ani nie upiekł, więc…

Zbyt mała czcionka i w zasadzie nie wiadomo, po co, skoro marginesy są wyjątkowo szerokie, nie chodziło więc o oszczędność miejsca.



--
* Carla Montero, „Ogród kobiet”, przekład Wojciech Charchalis, Rebis, 2020, s. 64.
** Tamże, s.377.

środa, 27 maja 2020

Czy mam jeszcze po co żyć?


„Człowiek w poszukiwaniu sensu” – Viktor Emil Frankl

Autor, Viktor Emil Frankl, był (zmarł w 1977 roku w Wiedniu) doktorem filozofii, profesorem neurologii i psychiatrii wydziału medycznego Uniwersytetu Wiedeńskiego, profesorem logoterapii American International University w Kalifornii. Uważany jest za twórcę tzw. trzeciej wiedeńskiej szkoły psychoterapii (pierwsza to psychoanaliza Freuda, druga to psychologia indywidualna Adlera).

Książka składa się z dwóch głównych części. Pierwsza to wspomnienia autora z okresu jego trzyletniego więzienia w niemieckich obozach koncentracyjnych, m.in. Auschwitz i Dachau. Druga (zawarta w wielu krótkich rozdziałach) jest prostym wprowadzeniem do logoterapii. Nazwa pochodzi od greckiego logos – sens. Frankl uważał, że wielu ludzi cierpi na rozmaite schorzenia, dolegliwości, zaburzenia psychiczne, gdyż zagubili sens swego życia… albo nigdy go nie mieli. Zadaniem psychologa logoterapeuty jest pomoc w odnalezieniu lub odkryciu tego sensu.

Kilka cytatów.
My, którzy żyliśmy w obozach koncentracyjnych, pamiętamy ludzi, którzy chodzili po barakach, pocieszając innych, oddając ostatni kawałek chleba. Być może było ich niewielu, ale są oni wystarczającym dowodem na to, że człowiekowi można zabrać wszystko za wyjątkiem jednej rzeczy: ostatniej z ludzkich wolności - wyboru swojej postawy w każdych okolicznościach, wyboru swojej drogi.

To, że jako istoty ludzkie jesteśmy wyjątkowi i jedyni w swoim rodzaju, wyróżnia nas spośród innych, nadając sens naszej egzystencji i wpływając w jednakowy sposób na naszą pracę twórczą, jak i na naszą zdolność do miłości. Kiedy uświadomimy sobie, że nie da się zastąpić jednego człowieka drugim, rola odpowiedzialności, jaką ponosimy za własne życie i jego podtrzymywanie, ukaże nam się w całej swej wielkości. Człowiek, który zda sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką ma wobec innej ludzkiej istoty, która go kocha i z niecierpliwością wyczekuje jego powrotu, albo wobec jakiejś nieukończonej pracy, nigdy nie będzie zdolny odebrać sobie życia. Wie już, dlaczego żyje, a to pozwoli mu znieść to, jak żyje.

W kwestii higieny psychicznej za wysoce błędne i niebezpieczne uważam przekonanie, jakoby człowiek potrzebował przede wszystkim równowagi lub, jak się to określa w biologii, homeostazy rozumianej jako stan pozbawiony wszelkich napięć. Tym, czego człowiek naprawdę potrzebuje, nie jest stan wewnętrznej równowagi, lecz raczej wewnętrzna walka, dążenie do osiągnięcia wartościowego dlań celu czy realizacji swobodnie wybranego zadania.

Ostatecznie życie sprowadza się do wzięcia na siebie odpowiedzialności za znalezienie właściwego rozwiązania problemów i zadań, jakie stale stawia ono przed każdym z nas.

Na koniec dwa, które uważam za wyjątkowo ważne:

Was Du erlebst, kann keine Macht der Welt Dir rauben- żadna siła na ziemi nie odbierze ci tego, czego doświadczyłeś.

Im bardziej zapominamy o sobie - oddając się sprawie, której pragniemy służyć, bądź też osobie, którą pragniemy kochać - tym głębsze jest nasze człowieczeństwo i tym bardziej urzeczywistniamy swój potencjał.

czwartek, 21 maja 2020

Duże pieniądze, duże ryzyko...


„Ślepnąc od świateł” – Jakub Żulczyk

Jacek przyjechał do Warszawy z Olsztyna. Studiował na ASP, ale studiów nie skończył. Wyobraził sobie z przerażającą jasnością, jaka przyszłość czekałaby go po studiach. Uznał, że czegoś takiego nie chce, że to nie dla niego. Przeanalizował sprawę i doszedł do wniosku, że w życiu liczą się tylko pieniądze. Najłatwiej i najszybciej ktoś taki jak on może zarobić je sprzedając narkotyki, a dokładniej, kokainę. Jacek jest pewien, że jeśli jest się mądrym, jeśli podejmuje się określone środki ostrożności, jeśli nie ćpa się swojego towaru, to można to robić w zasadzie bezkarnie. I mnóstwo zarabiać.

Filozofia Jacka właściwie sprawdza się prawie idealnie. Drobne problemy załatwia sam lub z pomocą twardych ludzi swojego hurtownika. Jeśli trzeba, to wynajętego adwokata. Poważne kłopoty zaczynają się dla Jacka, gdy jego najlepszy klient zabija w wypadku kobietę i rani dziecko – broniąc się „sprzedaje” swojego dostawcę. To może jeszcze jakoś dałoby się załatwić, ale z więzienia wychodzi właśnie Dario, kiedyś niebezpieczny gangster z Pruszkowa, i próbuje odzyskać swoje narkotyki i pieniądze, które dziwnym trafem znalazły się, przez chwilę, u Jacka.

O sobie i swoim życiu opowiada Jacek; narracja w książce odbywa się w pierwszej osobie. I może byłaby ta historia nawet niezła, gdyby nie koszmarne dłużyzny. Jacek ma wiecznie jakieś przemyślenia, wizje z elementami smakowo-węchowymi (jest permanentnie niewyspany), snuje mętne dywagacje o życiu i bólu istnienia, i… jest to trudne do zniesienia. Po prostu nudne.

O ile serial zrobiony na podstawie książki wydał mi się całkiem niezły, to sama powieść jest ciężkawa, nieprzekonująca, jakaś taka… sztucznie udziwniona. Nie polecam.

piątek, 15 maja 2020

Nie dam rady zostać buddystą


„Jak (nie) być buddystą” – Dzongsar Dżamjang Kjence Rinpocze

Wygląda na to, że żeby być buddystą wystarczy przyjąć cztery następujące prawdy:
- Wszystkie rzeczy złożone są nietrwałe.
- Wszystkie emocje to ból.
- Wszystkie rzeczy pozbawione są samoistnienia.
- Nirwana jest pozakoncepcyjna.

Żeby zgadzać się z tymi prawdami albo i nie zgadzać musiałbym najpierw zrozumieć o co tu naprawdę chodzi. W każdym razie pierwsza wydawała się najprostsza i najłatwiejsza do zaakceptowania – absolutnie wszystko jest złożone (z atomów, a atomy składają się z…) i obserwacja oraz doświadczenie podpowiadają, że nic nie jest trwałe na zawsze. Autor tłumaczy, że każda forma ma charakter złożony, a więc jest efektem połączenia co najmniej dwóch elementów. Kiedy takie elementy się łączą, powstaje coś nowego, na przykład deski + gwoździe = stół. A dalej… Ten „produkt końcowy” nie istnieje samodzielnie, niezależnie od tworzących go składników. Wiara, że stół istnieje w sposób niezależny, to błąd. Oczywiście! Stół nie istnieje bez desek i gwoździ. A że wszystko jest złożone, to i wszystko jest pozbawione samoistnienia i nietrwałe z założenia.
Tak… tylko… co z tego? Obawiam się, że nic. Rzecz jasna dla mnie – nic.

Tak się składa, że mam stół. Zgadzam się, że pozbawiony jest samoistnienia, bo składa się z drewna, śrub, kleju i czego tam jeszcze. Jestem pewien, że mój stół jest nietrwały. Ulegnie zniszczeniu za rok, za trzysta lat lub jutro. I nijak nie wpływa to na jego obecną przydatność. Świadomość złożoności i nietrwałości stołu nie zmienia moich relacji ze stołem dzisiaj, teraz.

Podczas lektury zauważyłem pewien schemat. Autor opisuje coś banalnego, wręcz oczywistego, nie budzącego wątpliwości, ale następnie wyciąga z tego dość ryzykowne, ale zwykle nieprawdziwe wnioski. Przykład. Siddhartha zgłębiał cierpienie i odkrył, że u jego źródła leżą emocje. To akurat wydaje się oczywiste. Ale, czy naprawdę wynika z tego, że wszystkie emocje są cierpieniem i wszystkie rodzą się z egoizmu? Tego przyjąć nie jestem w stanie. A co z radością z obdarowywania osób kochanych czymś, z czego się cieszą? Też jest to cierpienie wynikające z egoizmu?

O pozakoncepcyjnej nirwanie nie mam nic do powiedzenia – o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć.

Wygląda na to, że jednak – choćbym chciał – nie jestem w stanie być buddystą. Tym niemniej książkę zdecydowanie warto przeczytać, żeby wreszcie na temat buddyzmu sformułować własne zdanie, zamiast posługiwania się żałosnymi i często zupełnie nieprawdziwymi uogólnieniami.

poniedziałek, 11 maja 2020

Anetka Nowak - nowa nadzieja


„Jedyne wyjście” – Ryszard Ćwirlej

W jakiejś recenzji wyczytałem, że Ryszard Ćwirlej jest twórcą nowego zupełnie gatunku literackiego, kryminału milicyjnego, czy też policyjnego. Kompletna bzdura. W naszej kulturze jest mnóstwo powieści sensacyjnych/kryminalnych i milicyjnych („07 zgłoś się”, „Porucznik Sowa na tropie”), które powstawały w drugiej połowie dwudziestego wieku. Ich bohaterami byli właśnie dzielni milicjanci, rozwiązujący skomplikowane sprawy morderstw lub szpiegostwa, a bywało, że jednego i drugiego. Mam nadzieję, że Ćwirlej nie ma z tym nic wspólnego.

Rzecz dzieje się w 2012 roku (te uroki romansowania na Gadu-Gadu…) w Poznaniu i okolicach. W małym miasteczku uprowadzono siedemnastoletniego syna biznesmena polskiego – to trzeba zaznaczyć, bo biznesmenem to jest Bill Gates, a polski biznesmen, to człowiek, który zarobił trochę twardej waluty na Zachodzie, najczęściej nielegalnymi metodami, i dzięki temu uruchomił w kraju jakieś legalne przedsiębiorstwo. No, taki to biznesmen na miarę Koziej Wólki albo innej metropolii.
Chłopak zostaje porwany, przestępcy domagają się miliona okupu, zabraniają rodzinie kontaktować się z policją – standard. Ojciec wie (ciekawe skąd i tym bardziej, że nie jest to regułą), że jeśli wpłaci okup, to porywacze zamordują mu syna. Przypomina więc sobie niezbyt odległe czasy, kiedy to nie był jeszcze szanowanym polskim biznesmenem, uruchamia stare znajomości i postanawia rozwiązać problem samodzielnie z pomocą dawnych kumpli, którzy… porywają porywaczy, uwolnienie chłopaka zostawiając policji.

Historia porwania to okoliczność sprzyjająca kreacji nowych bohaterek: Anety Nowak, starszej posterunkowej z posterunku w Dusznikach i Marioli, rzeczniczki prasowej. Aneta ma niebywały zmysł obserwacji i fantastyczną zdolność dedukcji. Kiedy widzi, jak z pomieszczeń przy betoniarni wychodzi facet wyrzucić śmieci, w kominiarce na głowie, dedukuje, że to może być miejsce, w którym przetrzymywany jest porwany chłopak – nikt inny na coś takiego by nie wpadł, przecież wynoszenie śmieci w kominiarkach jest dość powszechne.

W każdym razie wydaje się, że ważniejszy jest w książce drugi wątek – zaginięcia młodych kobiet. Aneta Nowak, już w nowym miejscu pracy, dowiaduje się, że zaginęła jej koleżanka, Katarzyna, matka rocznego dziecka. Choć porzucenia dzieci są znacznie częstsze, niż wydaje się to kreatorom narodowego mitu o idealnych Matkach Polkach, tym razem Aneta ma rację – tym bardziej, że takich zniknięć było ostatnio w okolicy więcej. Oczywiście żaden tępy gliniarz nie domyślił się, że wydarzenia te jakoś ze sobą się łączą.
Nowak szybko odkrywa, że jej koleżanka prowadziła podwójne życie, że (za plecami męża rzecz jasna) umówiła się z nieznanym mężczyzną, poznanym w internecie.

Fakt, że policjanci nie za bardzo sobie z czymkolwiek radzą bez Anetki nie jest niczym specjalnie dziwnym, bez przerwy piją, planują picie, leczą gigantyczne kace po ostatnim piciu… Jeszcze trochę, a „policjant” stałby się synonimem słowa „alkoholik”. Tu chyba Ćwirlej nieco przesadził, a może to tylko ja naiwnie wolałbym wierzyć, że o moje i rodziny bezpieczeństwo dba ktoś kompetentny, a nie gromada ochlapusów.


Reasumując – całkiem niezły kryminał (nie wiem, czemu „feministyczny”, wszak powieści, których głównymi bohaterkami są kobiety jest mnóstwo i nikt nie nazywa ich feministycznymi), odrobinę przegadany dla osiągnięcia modnej ostatnio objętości książki, ale też nie jest to wada tragiczna. Nie była mi koniecznie potrzebna informacja o kolorze filiżanek lub kubków na posterunku, ani czemu starsza posterunkowa przynosi własny cukier w słoiku, ale to są głupstwa. Ostatecznie może nie trzeba koniecznie książki przeczytać, ale zdecydowanie można, bo to niezła rozrywka na kilka godzin.

sobota, 2 maja 2020

Nie każda matka kocha dzieci


„Bliżej, niż myślisz” – Ewa Przydryga

Odkąd sięgam pamięcią, obserwuję, przeżywam i piszę. Dlaczego? Najłatwiej byłoby mi wyjaśnić to jakąś wewnętrzną potrzebą, która ze zmiennym powodzeniem, pomaga mi uporać się z własną, raczej skomplikowaną rzeczywistością [1].

Zdania te przypomniały mi dawno zapomniane złośliwo-prawdziwe powiedzenie: z wewnętrznej potrzeby piszą grafomani, bo prawdziwi pisarze piszą za pieniądze.

Więc w dobrym humorze i z odpowiednim nastawieniem czytałem dalej:

Sięgam do skrzynki na listy. Zza jej plastikowego języczka wystaje moje imię i nazwisko, znak tego, że zaczynam od nowa [2].

Obawiam się, że nie wiem, co to znaczy. Choć zdanie jest po polsku, ja go jakoś nie rozumiem. Pewnie za głupi jestem.

Nie ma pojęcia też, że wiem o kłamstwach, na których nakryłam ją, prosząc o dowód osobisty. Odpowiedziała, że wraz z samochodem ukradziono jej wszystkie dokumenty. Przypuszczam, że to ściema… [3].

Zaraz, zaraz… To nakryłam ją, czy tylko coś tam przypuszczam, czy tylko się mi coś wydaje? Jeżeli wydaje mi się, że ktoś kłamie, to absolutnie nie znaczy, że go na tym nakryłem. Jeśli przypuszczam, że moja dziewczyna mnie zdradza, to znaczy, że ją na tym nakryłem? To jakiś bełkot, ale… może kobiety tak funkcjonują, ja tam nie wiem…

O niezrozumiałym „zachowaniu” telefonu komórkowego nie chce mi się rozwodzić – na przyszłość sugerowałbym sprawdzić, co się dzieje, gdy rozmówca się rozłączy.

Jestem jednak pewien, że tego typu wpadek, nie zauważą niewyrobieni niedzielni czytelnicy.

Po trudnych przeżyciach w Poznaniu Nika Wermer (narracja w pierwszej osobie) przenosi się do Gdyni. Remontuje stary, zdewastowany pensjonat i zaczyna go prowadzić. Nika jest w stanie wojny prawie ze wszystkimi ze swojego otoczenia, włącznie z matką, a może z nią przede wszystkim, wyjątek stanowi studentka weterynarii, Natalia. Powinna poddać się terapii, ale tego nie robi albo rzadko, łyka leki psychotropowe, które popija wielkimi dawkami alkoholu, nie zawsze odróżnia własne rojenia od rzeczywistości.
Pewnego razu budzi się z pijackiego snu i widzi na monitoringu scenę wynoszenia ciała swojej jedynej pensjonariuszki. Zawiadamia policję, że w pensjonacie popełniono zbrodnię. Policja oczywiście jej nie wierzy, karty pamięci monitoringu znikają, w pokoju nie ma śladów pobytu kogokolwiek; Nika oczywiście ma rację… Z pomocą genialnego hakera i jakiejś magicznej aplikacji, Wermer dowiaduje się, że ofiarą zabójstwa jest tajemnicza Dominika Kalita, nieżyjąca zresztą od dwóch lat, ale… nie na pewno, bo ciała nie odnaleziono.

Lekturę utrudnia fakt mieszania się rojeń głównej bohaterki z rzeczywistością, czasem czytelnik nie może być pewien, czy coś wydarzyło się naprawdę, czy może tylko ubrdało się Wermer pod wpływem alkoholu, jakichś psychotropów albo jednego i drugiego.

Poza przeciętną warstwą kryminalną jest w książce znakomita część poświęcona relacjom córki z przemocową matką. Te fragmenty są na naprawdę wysokim poziomie. Może na takich zagadnieniach autorka powinna się skupić, zamiast produkować umiarkowanie wciągające sensacje? W każdym razie wydaje mi się, że w tym temacie Ewa Przydryga naprawdę ma coś do powiedzenia. Nie jest dla mnie ważne, czy to doświadczenia osobiste, kogoś z dalszej rodziny, czy jakichś znajomych. Emocjonalny kontakt z treścią widoczny jest właściwie tylko w tych momentach. I tak sobie myślę, że może małymi kroczkami, zacznie to otumanione społeczeństwo odkrywać, że hasło „każda matka kocha swoje dzieci” nie jest prawdą. Znam to z życia, nie z literatury, może aż za bardzo. Znam matki, dla których opinia sąsiadek blokowych lub z kościelnej ławy, ważniejsza jest od życia i zdrowia własnego dziecka. Ale… nieważne.
Matka Wermer cierpi, być może, na projekcję atrybutywną. Jeśli nawet tak, to i co z tego? Bardzo długo to trwało i opornie, ale jakoś wreszcie nauczyłem się, że wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem.

„Bliżej, niż myślisz” to całkiem przeciętny kryminał dla kobiet, które zapewne masowo będą się utożsamiały, współodczuwały, wzruszały i przeżywały. Niechlujne pisarstwo zapewne zniknie w finalnej wersji powieści i pozostanie historia na tyle ciekawa, że mimo wszystko chce się czytać dalej, żeby tylko dowiedzieć się, jak się to skończy.

Jak to czasem bywa, mam drobny kłopot z oceną, jeśli system zawiera zarówno liczby, jak i formę opisową. „Przeciętna” to lepiej niż „może być”, czy gorzej? W każdym razie „Bliżej, niż myślisz” pasuje mi mniej więcej do środka skali dziesięciostopniowej, czyli tutaj akurat wychodzi „przeciętna”. Ano, właśnie… Ja bym powiedział, że „Bliżej, niż myślisz” właśnie „może być” – nie jest to oczywiście żadne arcydzieło, ale taka sobie, całkiem niezła rozrywka na kilka godzin. Z paroma bardzo dobrymi momentami.





---
1. Ewa Przydryga, „Bliżej, niż myślisz”, 2020, wyd. Muza, s. 21.
2. Tamże, s. 22.
3. Tamże, s. 24.

niedziela, 12 kwietnia 2020

I po co niby cała ta powódź?!


„Powódź” – Paweł Fleszar


Autor ma spory potencjał (prawdopodobnie), wyobraźnię i ciekawe pomysły na fabułę (na pewno) i… nie umie pisać (możliwe, że jeszcze nie). Książka robi wrażenie szkicu albo streszczenia. Ewidentnie brakuje tu jakiegoś wypełnienia, rozszerzenia, bo relacja z najważniejszych wydarzeń, w telegraficznym skrócie i tempie, rodzi jednak pewien niedosyt. Gdyby historia ta miała nie nieco ponad 200 stron, ale 300-350, byłaby zapewne w sam raz. Pozostaje mieć nadzieję, że autor będzie warsztat doskonalił.

Przed każdym rozdziałem Fleszar umieścił jakieś wycinki z gazet i kartki z kalendarza. Czasem mają one związek z akcją powieści, a czasem nie bardzo. Bez nich książka byłaby jeszcze skromniejsza objętościowo.
Mam też wrażenie, że napisana została dla mieszkańców Krakowa, pamiętających powódź (jedną, drugą lub obie). Dla reszty świata wiele dywagacji, że tak powiem lokalnych, nie ma większego znaczenia.

Jakub i Krystian byli najlepszymi przyjaciółmi – dopóki bawili się w Indian. Później, jak to czasem bywa, ich drogi się rozeszły z powodów męsko-damskich. Po wielu latach zerwanych kontaktów, Krystian dowiaduje się, że Jakub popełnił samobójstwo, bo jakiś zły człowiek zabrał mu dziewczynę. Krystian, nieudaczny zawodowy podoficer wojska polskiego, bierze urlop w swojej jednostce i wyrusza do Krakowa, wyjaśnić sprawę.

Zadziwiające wydawało mi się to, że Krystian, czyli nikt, wypytuje ludzi o Jakuba, a oni na te przesłuchania się godzą, czasem nawet chętnie. A jeśli niechętnie, to zostają zastrzeleni przez nieznanych sprawców. Krystian, przy którym rzecz się stała, jakoś nie zwrócił na to uwagi i opisane jest to tak jakoś… nijako.

Sfilmowane gwałty, handel żywym towarem, brutalne przestępstwa, powódź (nie wiem, po co), pomagająca w śledztwie znudzona nastolatka i nie tylko… mogło być zapewne całkiem nieźle, ale wyszło… no, tak sobie. Jeśli nie odłożyłem książki w połowie, to tylko dlatego, że jednak mnie wciągnęło i chciałem dowiedzieć się, jak się skończy cała ta afera.