niedziela, 22 grudnia 2024

Podstawowa wiedza o sztuce

 „Oczy Mony” – Thomas Schlesser

„Świat Zofii” – powieść norweskiego pisarza Josteina Gaardera z 1991 roku (przekład polski ukazał się w 1995 roku) to coś w rodzaju popularnego wprowadzenia lub wstępu do filozofii. „Oczy Mony” francuskiego historyka sztuki Thomasa Schlessera to w sumie coś bardzo podobnego, ale w dziedzinie sztuki.

Wątek fabularny, moim skromnym zdaniem, nieco naiwny, ale chodzi w książce o sztukę, dzieła, artystów, a nie o los dziesięcioletniej Mony, która wkrótce straci wzrok, ale zanim się to stanie, odwiedza z dziadkiem muzeum.
Nie jestem pewien, czemu autor te właśnie dzieła i tych artystów wybrał, ale książka i tak wartościowa.

środa, 18 grudnia 2024

Hawana, zabójstwo i pederaści

 „Trans w Hawanie” – Leonardo Padura

Za zakończoną rękoczynami sprzeczkę z innym policjantem porucznik Mario Conde – główny bohater powieści – zostaje na pół roku karnie skierowany do pracy papierkowej. Jego wygnanie trwa jednak znacznie krócej. Przełożony zawiesza mu karę ze względu na konieczność pilnego rozwiązania wyjątkowo paskudnej sprawy.

Zmarły, zgodnie z danymi z dowodu osobistego, nazywał się Alexis Arayán Rodrígez. Teraz był już jedynie czerwonym pakunkiem, z którego wystawały białe, dobrze umięśnione nogi, kontrastujące z kolorem spalonej przez słońce trawy. Kobieca twarz, sina i napuchnięta, wieńczyła postać. Szyję krępowała mocno zaciśnięta czerwona wstążka śmierci
. [1].

Zwłoki uduszonego Rodrígeza, syna prominentnego kubańskiego dyplomaty, znalezione zostają w centrum miasta, w parku. Nie ulegało wątpliwości, że był pederastą, ale – według opinii znajomych – jeśli w ogóle był transwestytą, to tylko w domowym zaciszu; nigdy nie wyszedłby na ulicę w przebraniu kobiecym. Ale tak właśnie przystrojone było ciało. I tę właśnie sprawę powinien rozwikłać porucznik Conde do spółki z sierżantem Manuelem Palaciosem.

W pewnym sensie powieść ma jeszcze jednego znaczącego bohatera – jest nim wybitny pisarz i dramaturg, Alberto Marqués; władza najpierw wychwalała go pod niebiosa, stawiała na piedestale, by później strącić w otchłań zapomnienia. Za brak politycznej poprawności, rzecz jasna. Porucznik wiele razy powtarza, że nie lubi pedałów, ale…

Conde zrozumiał, że historia ta sprawia, iż on sam jest jeszcze bardziej nijaki, niż dotąd sądził. Zrozumiał też, że pomimo niechęci do pedalstwa Alberta Marquésa, odczuwa cichą solidarność z tym buntownikiem, że zbliża go ona do dramaturga. Przez moment pożałował nawet, że może znaleźć na niego haka, powiązać go z morderstwem, a w konsekwencji, z całym tym jego pedalstwem, frustracją, dumą i brzydotą zamknąć go w więzieniu, gdzie z jego pośladków zrobią donicę, a usługi sodomitów, choć nie z zaskoczenia, będą gratisowe… [2].

Hawana końca lat osiemdziesiątych, dominująca kultura kubańskiego macho – transwestytami i homoseksualistami brzydzą się wszyscy, przynajmniej na pokaz i nawet ci, którzy z ich usług korzystają – rodzi specyficzną atmosferę, społeczny klimat. I „Trans w Hawanie” jest bardziej powieścią społeczno-obyczajową niż typowym kryminałem. Owszem, wątek kryminalny jest w niej obecny, ale nienachalnie, że tak powiem. Poszukiwanie sprawcy, wbrew pozorom, nie jest aż tak ważne, bo w powieści liczą się relacje między ludźmi, zwyczajne życie w Hawanie, przekonania, postawy. A jeśli kogoś skusiła reklama kubańskiego kryminału, to może się poczuć nieco zawiedziony. Proporcje kryminału i reszty przypominają w tym przypadku niektóre sensacyjne powieści skandynawskie.






---
[1] Leonardo Padura, „Trans w Hawanie”, przekład Marcin Sarna, Znak, 2010, s.29.
[2] Tamże, s. 61-62.

sobota, 14 grudnia 2024

Kuba - cygara, rum i zbrodnia

 „Wichura w Hawanie” – Leonardo Padura

…suchy i duszący wiatr, pewnie wysłany wprost z pustyni, żeby przypomnieć o ofierze Mesjasza, wtargnął do dzielnicy miasta i zawirował wśród nieczystości i niepokojów. Leżący na ulicach piasek i zadawnione urazy pomieszały się z obsesjami, strachem i stosami śmieci zalegającymi metalowe zbiorniki, ostatnie suche zimowe liście fruwały wśród martwych zapachów garbarni, znikły gdzieś wiosenne ptaki, jakby przeczuwały trzęsienie ziemi [1].

Piasek i zadawnione urazy z obsesjami… Zaiste, Wielkim Pisarzem trzeba być, żeby napisać coś takiego i żeby nie wyszło to bombastycznie i tandetnie.

Akcja powieści dzieje się w socjalistycznej lub, jak kto woli, komunistycznej Kubie, głównie w Hawanie, pod koniec lat osiemdziesiątych, choć zdarzają się retrospekcje sięgające wiele lat wstecz,. Głównym bohaterem jest policjant, melancholiczny porucznik, Mario Conde, a jego partnerem sierżant Manuel Palacios.

Ktoś torturował, zgwałcił i wreszcie zabił młodą Lissette Delgado, nauczycielkę w liceum, do którego kilkanaście lat wcześniej uczęszczał Mario Conde. W jej mieszkaniu znaleziono ślady szampańskiej imprezy i narkotyków. Policjant otrzymuje polecenie wykrycia sprawcy, a zawodowy instynkt od samego początku podpowiada mu, że to będzie wyjątkowo trudna i śmierdząca sprawa.

W grudniu tego, 1989, roku Lissette Núñez Delgado skończyłaby dwadzieścia pięć lat. Urodziła się w Hawanie w 1964, kiedy Conde miał lat dziewięć… Dwa lata temu dziewczyna zrobiła licencjat z chemii w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Hawanie i wbrew obowiązkowemu przydziałowi pracy w szkole na wsi i posady w głębi kraju została od razu zatrudniona w liceum w dzielnicy La Vibora… [2].

Bardzo dawno temu, w latach pięćdziesiątych, absolwenci w Polsce też otrzymywali nakazy pracy w określonych miejscach; jeśli Delgado mogła ominąć system, zostać w stolicy zamiast odpracowywać darmową szkołę na jakimś zadupiu, to oznacza, że w jej rodzinie ktoś miał znaczącą pozycję. To komplikowało sprawę jeszcze bardziej.

Padura zastosował specyficzną narrację – raz w trzeciej osobie, a raz w pierwszej, dzięki czemu czytelnik poznaje zarówno działania policjanta, jak i jego myśli, wspomnienia, marzenia, fantazje… tak, erotyczne też.

„Wichura w Hawanie” to drugi tom cyklu „Mario Conde”. W pierwszym policjantowi nie wyszedł związek z Tamarą, w drugim zakochuje się bez pamięci w Karinie, saksofonistce i miłośniczce jazzu. Wydawałoby się więc, że jest to połączenie kryminału z romansem, ale moim zdaniem główny wątek to jednak Hawana i Kuba, i jest to powieść także, a może przede wszystkim, społeczno-obyczajowa.





---
[1] Leonardo Padura, „Wichura w Hawanie”, przekład Danuta Rycerz, Znak, 2009, s. 9.
[2] Tamże, s. 30-31.


czwartek, 12 grudnia 2024

Samuraje - przekonania i fakty

 „Samuraje” – Leonardo Vittorio Arena

Konflikty i starcia wybuchały z byle przyczyny, klany skakały sobie do oczu z powodu drobnych nieporozumień. Każdy konflikt rozwiązywano z użyciem siły. Naturalne jest więc, że czczono bożka wojny. Ten zaś zrodził się człowiekiem, a przynajmniej zjawił się w ludzkim ciele
[1].

Pierwszym, który okrył sławą nazwisko Minamoto, był Yoshiie (1041-1108). Zyskał ją w brutalnym konflikcie międzyklanowym. Jego ojciec otrzymał nominację na stanowisko gubernatora prowincji i został mianowany cesarskim namiestnikiem w miejsce skorumpowanego Abego Yoritokiego. Zapoczątkowało to międzynarodowy konflikt [2].

Przezornie dałem sobie spokój z rozważaniami, o jakież to narody mogło chodzić (dwie rodziny/rody/klany, to jednak nie narody) i czytałem dalej z maksymalną dawką dobrej woli, na jaką było mnie stać. Zwłaszcza, że sentyment do samurajów, a raczej ich filmowych, wyidealizowanych wersji, został mi od dzieciństwa.

Leonardo Vittorio Arena napisał beletryzowaną… bardzo beletryzowaną historyczną opowieść o japońskich samurajach.

Yoshitsune usłyszał tętent galopujących koni. Zatrzymał się na moment, jakby chciał odetchnąć. Ale musiał biec dalej. Tropił go zaciekły wróg. Yoshitsune pamiętał lepsze czasy, w jego uszach wciąż brzmiał zgiełk dawnych bitew. Pokonał znienawidzonych Tairów, nieprzyjaciół zagrażających jego klanowi. A potem? Któż jeszcze mógł mu zagrozić? Przedzierał się przez gęstwinę jak ranny zwierz [3].

To świetnie, że autor tak dobrze znał uczucia i wspomnienia Yoshitsune, ale… to było pewnie z tysiąc lat temu albo i więcej, mamy więc do czynienia z wyobraźnią Areny, a nie z historią. Ale za to książkę stosunkowo łatwo się czyta, a na pewno wyglądałoby to całkiem inaczej w przypadku dzieła ściśle historycznego. Ostatecznie nazwałbym tę pozycję popularyzatorską.

Kasta wojowników, według autora, zawiązała się w II wieku p.n.e. Jednak Arena sięga w przeszłość jeszcze dalej, do czasów bogów i mitycznych (albo i nie) herosów. W XIX wieku naszej ery tytuły i przywileje samurajów zostały formalnie zniesione.
Nie mam wątpliwości, że Arena świetnie zna temat – jego książka naładowana i przeładowana jest faktami, nazwami, nazwiskami, wydarzeniami, konfliktami, zdradami, knowaniami, intrygami, czysto oportunistycznymi zachowaniami, wiarołomstwem, czyli po prostu polityką. To przeładowanie zrozumiałe jest w pełni u fascynata i entuzjasty, ale spamiętać tego wszystkiego się nie da.
Można byłoby się zastanawiać, jak te wszystkie świństwa mają się do legendarnego, i zdaje się tylko legendarnego, honoru samuraja, ale to oznacza jedynie, że nie rozumiemy kolosalnych różnic pomiędzy mentalnością Europejczyków, a Japończyków. Jeśli zdradziłeś i wygrałeś – wszystko jest w porządku, jeśli przegrałeś i popełniłeś seppuku – też jest w porządku. Skazą na honorze jest przegrana i… dalsze życie. Ot, taka różnica między cywilizacją i mentalnością życia i mentalnością śmierci.

Przyzwyczailiśmy się myśleć o samurajach, jako o wojownikach, artystach, filozofach, poetach, strategach. W pewnym okresie było to nawet częściowo prawdą, ale wcześniej samuraje to byli ochroniarze i służący, których nie można było dopuszczać zbyt blisko dworów, ze względu na brak wychowania i zwykłe prostactwo.

Spis treści:
Wprowadzenie
Rozdział I. Yoshitsune, zaszczuta bestia
Rozdział II. Masashige: partyzant cesarza Godaigo
Rozdział III. Wrogowie na życie i śmierć
Rozdział IV. Kamikaze na morzu
Rozdział V. Nobunaga: głód władzy
Rozdział VI. Największy kampaku japonii
Rozdział VII. Kronika dwóch inwazji
Rozdział VIII. Herbatka z Hideyoshim
Rozdział IX. Ieyasu, suzeren
Rozdział X. Shimabara: chrześcijańska rewolta
Rozdział XI. Musashi, nadczłowiek
Rozdział XII. Zemsta wolnych ludzi
Rozdział XIII. Ostatni samuraj
Bibliografia
Glosariusz
Kalendarium
Szczegółowe kalendarium

Ostatecznie uważam, że autor w niezupełnie właściwych proporcjach posłużył się faktami historycznymi i własną wyobraźnią, ale ostatecznie to i tak całkiem niezła książka, dzięki której można rozwiać wiele mitów i przekonań na temat samurajów, po prostu dowiedzieć się, poznać, zrozumieć.





---
[1] Leonardo Vittorio Arena, „Samuraje”, przekład: Mateusz Kłodecki, wydanie IV, RM, 2024, s. 17.
[2] Tamże, s. 12.
[3] Tamże, s, 22.




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.


poniedziałek, 9 grudnia 2024

Zanim wybuchły bomby A

 „Oppenheimer. Triumf i tragedia ojca bomby atomowej” – Kai Bird, Martin J. Sherwin

»Sam jego wygląd fizyczny, jego głos i sposób bycia sprawiły, że zakochiwali się w nim mężczyźni, kobiety, niemal wszyscy«. Dodał jednak: »Im dłużej go znałem i im bardziej się do niego zbliżałem, tym mniej o nim wiedziałem«. Cherniss, bystry obserwator, wyczuł, że Robert jest pełen zahamowań. Jego zdaniem był człowiekiem »o bardzo bystrym umyśle«. Ludzie uważali go za skomplikowanego tylko dlatego, że miał rozległe zainteresowania i ogromną wiedzę. Jednak w sferze emocjonalnej »chciał być prostym człowiekiem, prostym w dobrym sensie tego słowa«. Robert »bardzo chciał mieć przyjaciół« - powiedział Cherniss, jednak mimo nadzwyczajnego uroku osobistego »nie bardzo wiedział, jak ich zdobyć«
*.

Bardzo dokładna i bardzo rozbudowania biografia jednego z twórców bomby atomowej, dyrektora naukowego Projektu Manhattan. Prawie osiemset stron! To oznacza, że choć Oppenheimer jest w niej postacią kluczową, obecną zawsze i wszędzie, to jest to również niezwykle wartościowy materiał o Ameryce i Amerykanach (pochodzenia żydowskiego, niemieckiego i wielu innych), wybitnych naukowców z różnych dziedzin, polityków, w pierwszej połowie dwudziestego wieku i po połowie – Oppenheimer zmarł w 1967 roku.

W trakcie lektury zrozumiałem, że ta pozycja musiała być tak obszerna, bo bez tła politycznego, bez kontekstu osobistego i społecznego, nie miałaby większego sensu.




---
* Kai Bird, Martin J. Sherwin, „Oppenheimer. Triumf i tragedia ojca bomby atomowej”, przekład Janusz Błaszczyk, wyd. Replika, 2022, s. 106.

piątek, 6 grudnia 2024

Pierwsze kroki Geralta z Rivii

 „Rozdroże kruków” – Andrzej Sapkowski

„Rozdroże kruków” to prequel (neologizm złożony z przedrostka „pre-” łac. „przed” i „sequel” - "kontynuacja", oznaczający utwór literacki lub filmowy opowiadający wydarzenia wcześniejsze niż opisane w pierwowzorze) wszystkich wcześniejszych książek o Wiedźminie, zarówno powieści jak i zbiorów opowiadań.

Autor zaprezentował tu młodego Geralta, który stosunkowo niedawno ukończył szkolenie wiedźmińskie pod kierunkiem Vesemira w siedliszczu wiedźminów, w Kaer Morhen. We wszystkich późniejszych częściach wiedźmińskiej sagi Geralt z Rivii był doświadczonym wiedźminem, człowiekiem kulturalnym, obytym nawet na dworach królewskich i książęcych. W „Rozdrożu kruków” poznajemy umiarkowanie lotnego chłopka roztropka, który nie rozumie wielu słów, nie zna wielu potraw, nie zawsze wie, jak się zachować, gada jak parobek („no weź…”), mieczem robi nawet skutecznie, ale bez finezji. Powieść zaczyna się od tego, że został pojmany przez plebs i żołdactwo, i prawie powieszony, bo zachciało mu się ratować z opresji dziewkę i jej ojca. Z poważnego kłopotu uratował go stary wiedźmin, Preston Holt. Uratował i zaprosił do współpracy.
Z czasem okazuje się, że z Geralta wiedźmin też jakiś taki… wybrakowany – mimo wypicia stosownych eliksirów, w pewnych sytuacjach, zdarzają mu się napady paniki.

Dygresja. Po latach pracy w księgarniach, po tysiącach rozmów z czytelnikami, odkryłem, że dzielą się oni na dwie grupy: tych, których interesuje, co będzie dalej (kto zabił?) oraz tych, którzy poza fabułą dostrzegają też warsztat pisarski, odróżniają dodatkowo powieści dobrze i miernie napisane.
Tym pierwszym „Rozdroże kruków” zapewne będzie się podobać, może nawet bardzo. Tym drugim już niekoniecznie. Bo pisarstwo Sapkowskiego się zmieniło. Powieść jest poprawnie napisana, fabuła może i ciekawa… momentami. Ale jakoś w tym wszystkim zabrakło lekkości, polotu, humoru, rozmachu… geniuszu.

„Rozdroże kruków” przypomina mi prequele i sequele „Diuny” napisane przez Briana Herberta i Kevina Andersona lub „Ojca chrzestnego” autorstwa Marka Winegardnera. Owszem, fabuła się zgadza, ale to już zupełnie nie to pisarstwo. Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli – ta powieść nie jest taka zła, jest po prostu gorsza od pierwszych tomów opowieści o wiedźminie.

wtorek, 3 grudnia 2024

Nieunikniona zagłada świata

 „Rok potopu” – Margaret Atwood

„Rok potopu” to drugi tom trylogii lub cyklu MaddAddam (pierwszy tom to „Oryks i Derkacz”, a trzeci „MaddAddam”), ale bez większego problemu da się go czytać bez znajomości pierwszego. Opisuje dystopijny i postapokaliptyczny świat, jaki czeka nas za jakieś kilkadziesiąt lat.

Głównymi bohaterkami są dwie kobiety, Toby i Ren, ale w tej historii ma znaczenie wiele innych kobiet i dziewcząt. Toby to relacja zewnętrzna, w trzeciej osobie, natomiast Ren w pierwszej. Powieść zaczyna się w Roku Bezwodnego Potopu (śmiertelna pandemia i inne klęski), ale w kolejnych rozdziałach Ren i Toby na zmianę relacjonują wydarzenia bieżące oraz wcześniejsze, sięgające aż do początków działalności zgromadzenia sekty Bożych Ogrodników.

Boży Ogrodnicy to grupa religijna o doktrynie stanowiącej połączenie wegetarianizmu, ekologii i Biblii. Nie wolno im zabijać ani jeść nikogo i niczego, co ma twarz. Jej przywódcą duchowym jest Adam Pierwszy, który prorokuje zagładę zdeprawowanej ludzkości, Jego wizja spełnia się, prawie wszyscy ludzie na ziemi giną. Wydaje się, że Toby i Ren przetrwały jakoś tę apokalipsę po prostu przez przypadek. Teraz próbują jedynie jakoś żyć dalej.

Możliwe, że „Rok potopu” Margaret Atwood to przesłanie i ostrzeżenie dla ludzi, a także przepowiednia, co stanie się z nami wszystkimi, jeśli nie przestaniemy dewastować swojej planety.
Nieco irytujące jest to, że przestrogi Atwood nie będą miały żadnego skutku, żadnego wymiernego efektu.

poniedziałek, 2 grudnia 2024

Wybrane obrazki z życia II RP

 „Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski” – Jan i Maja Łozińscy

Drażni głównie nie fakt flirtu ze służącą, ale małżeństwo. Gdyby jej tylko zrobił dziecko i potem dziewczyna poszła na ulicę, jak to już nieraz w filmach bywało, wszystko byłoby w porządeczku. Pogarda dla służących jest czymś aż zastanawiającym w naszym ponoć demokratycznym świecie podoficerskim. […] Aby uniknąć na przyszłość dalszych nieporozumień, proponujemy tabelkę, komu z kim wolno mieć stosunek płciowy. A więc: prosty szeregowiec – posługaczka, starszy żołnierz – praczka, kapral – kucharka, plutonowy – panna służąca, a sierżant w piechocie lub wachmistrz w kawalerii może już tylko z panią domu [1].

Cóż… jaki kraj i czasy, tacy dżentelmeni.

Książka dotyczy historii, ale rzetelnym opracowaniem historycznym zdecydowanie nie jest. Bardzo powierzchowna, tendencyjna i uproszczona, przedstawia tylko jedną stronę medalu i to tylko od strony znakomitej zabawy.
Pijackie ekscesy dyplomowanego doktora okulistyki, literata i malarza, alkoholika, późniejszego generała Wieniawy-Długoszowskiego, mogą się wydawać wielce zabawne tylko ze znacznego dystansu i tylko osobom, których one bezpośrednio nie dotyczyły.
Poza tym… na temat Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, a może i wszystkich innych opisywanych w książce mężczyzn, więcej informacji znaleźć można w Wikipedii niż w publikacji Łozińskich.

Jan i Maja Łozińscy prezentują w kolejnych rozdziałach swojej książki sylwetki kawalerzystów, poetów, gwiazdorów, sportowców, dyplomatów, a na końcu fragmenty, popularnych w latach międzywojennych, swoistych poradników dla mężczyzn – w co się ubrać w określonych okolicznościach, jak się zachowywać, w co grać, jakie i komu dawać prezenty, jak urządzić męski gabinet itd. Coś w rodzaju podręcznika savoir-vivre’u lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku.

Autorzy fakty przeplatają anegdotami, zmysłem gawędziarskim dysponują ponad wszelką wątpliwość, więc „Ułanów, poetów, dżentelmenów” czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Tym bardziej, że książka, prawie album, wzbogacona została o reprodukcje fotografii opisywanych osób, ale też plakatów, reklam, karykatur, okładek czasopism. W każdym razie miła rozrywka, ale z kształtowaniem sobie przekonania, że już wiem, jak wyglądało życie II Rzeczpospolitej, byłbym bardzo, bardzo ostrożny.






---
[1] Jan i Maja Łozińscy, „Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski”, PWN, 2024, s. 25.


niedziela, 1 grudnia 2024

Rozważania o sensie życia

 „Drugie imię. Septologia 1-2” – Jon Fosse

Pierwszy tom prozatorskiego dzieła literackiego Jona Fosse’go, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury z 2023 roku.

Kim jestem? Co muszę zrobić, żeby stać się sobą? To dwa fundamentalne pytania, które przyszły mi do głowy już po przeczytaniu kilku kartek.

Myślę głównie obrazami. Przez wiele lat byłem przekonany, że wszyscy tak mają. Myśleć wyrazami i zdaniami nauczyłem się dopiero wtedy, kiedy zacząłem pisać tu i ówdzie, i była to raczej forma wtórna. Dzięki zdolności myślenia obrazami byłem w stanie poznać „Eroikę” Kuśniewicza i „Drugie imię” Fossego. Są to książki do „zobaczenia”, a nie tylko składania wyrazów w ciągi znaczeniowe. W obu tych przypadkach treść jest zapisem strumienia myśli autorów. Bywa że myśli chaotycznych, rwących się, powtarzających, sięgających w przeszłość lub przyszłość, to jest właśnie takich, jakie miewa człowiek.

Bohater, a może bohaterowie, ale o tym za chwilę, jeżdżą, chodzą, wykonują setki zwyczajnych, codziennych czynności, rozmawiają, myślą. O brązowej torbie nieznajomego mężczyzny, o bólu istnienia, o tworzeniu, o kobiecie na huśtawce, o Bogu, o sztuce, o uzależnieniu, o życiu, o wierze, o determinantach ludzkiego losu… o wszystkim. I to wielokrotnie, bo wątki stale się powtarzają – jak to w myślach. Gdybym dysponował elektroniczną wersją tej książki, z ciekawością sprawdziłbym, ile razy pojawia się w niej „myślę”.

Wspomniałem o bohaterze lub bohaterach. Do końca nie byłem pewien, jak to z nimi/nim jest/było. Początkowo wydaje się to proste – bohaterem jest samotny malarz z miejscowości Dylgia. Kontaktuje się właściwie tylko z Åsleikiem, rybakiem i właścicielem galerii obrazów w Bjørgvin, Bayerem. Wkrótce jednak okazuje się, że w Bjørgvin żyje drugi Asle. Jeden Asle nawrócił się, stał się religijny, zrezygnował z alkoholu, odniósł sukces. Drugi Asle wręcz przeciwnie. Jak wspomniałem, do końca nie byłem pewien czy to dwie realne osoby, czy może drugi Asle jest odmienną wersją tego samego życia. Co znamienne, ich nadchodzące spotkanie nie rozwiązuje dylematu.

Wrażenie swobodnego strumienia jaźni Jon Fosse spotęgował, nie jestem pewien czy potrzebnie, zabiegami technicznymi. Tekst nie ma podziału na akapity, zdania nie zaczynają się od dużej litery, a i z interpunkcją bywa różnie. Nie ułatwia to odbioru sensu treści, ale niewątpliwie jest ambitne.

Na okładce można zobaczyć, w wersji czarno-szarej, obraz Aslego, na który składają się dwie linie, brązowa i fioletowa. W miejscu ich przecięcia kolory się zlewają i łączą w sposób, który malarzowi bardzo się podoba.

Fosse zawarł swoją „Septologię” (cokolwiek to znaczy) w siedmiu częściach, które wydawane są zwykle w trzech tomach. Po kolejne prawie na pewno nie sięgnę.