poniedziałek, 12 maja 2008

008 Tajemniczy przedmiot

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 008.


Stałem w sklepie i patrzyłem na... na to coś, usilnie starając się, żeby mój brak zrozumienia nie rzucał się za bardzo w oczy – mimo sędziwego wieku jestem nadal człowiekiem nieśmiałym i czasem krępuje mnie zainteresowanie innych, obcych osób. Zwłaszcza, że sklep był elegancki, że nie powiem ekskluzywny i pokazywanie obsłudze oraz klientom, że jestem ciołkiem, który nawet towaru rozpoznać nie potrafi, było ostatnią rzeczą, na której mi zależało.
Przywoływanie którejś z młodych dam najwyraźniej zatrudnionych w sklepie – w sklepie? w salonie raczej! – i zadawanie prostackich pytań typu: „a co to jest?” rzecz jasna absolutnie nie wchodziło w grę.

Przedmiot podobał mi się, jego wyrafinowane, opływowe kształty i delikatne beżowe zabarwienie masy plastycznej, z której został wykonany, wywoływały we mnie same pozytywne wibracje i coś jakby ciepłe i przyjazne skojarzenia. Pewne części robiły wrażenie ruchomych, ale bałem się to sprawdzać, żeby czegoś nie popsuć czy nie uszkodzić.

Rozglądałem się na boki dyskretnie mając nadzieję natrafić wzrokiem na jakąś metkę, z której dowiedziałbym się wreszcie, co to jest, ale niestety. Znalazłem za to cenę. Znacznie przekraczała moje możliwości finansowe. Niestety...

Czas było rozstać się z urokliwym przedmiotem. Nie zaspokoiwszy palącej ciekawości, a co za tym idzie mocno rozczarowany i zawiedziony, właśnie odchodziłem od stolika, na którym był eksponowany, kiedy za moimi plecami rozległ się podekscytowany głos kobiecy: „Kazik, patrz jaki zajebisty pojemnik na papier toaletowy! Kupimy go do dolnej łazienki, będzie pasował do tych nowych kafelków!”

Wróciłem się. No tak! Teraz wszystko było jasne i oczywiste! Pojemnik był śliczny, a jego identyfikacja w niczym nie umniejszyła uroku, a nawet czaru przedmiotu. Rozstawałem się z nim z autentycznym żalem.

Wracałem do domu ogarnięty wspomnieniami. Pamiętam dość dobrze, jak moja matka przyniosła do domu urządzenie o podobnym przeznaczeniu. Miałem wtedy 8-9 lat i asystowałem wujkowi, który w łazience, obok sedesu wiercił w ścianie dziurę, na której miał zawisnąć nowy nabytek.

Wtedy nie miałem wątpliwości, co jest do czego. Urządzenie składało się bowiem z prostokątnego kawałka sklejki, do którego przymocowane były dwa elementy. Pierwszy z nich stanowiło ruchome ramię w kształcie litery „L” wykonane z niklowanego żelaznego pręta. Łatwo się było domyślić, że ma się na nim wieszać rolkę papieru toaletowego.

Drugim elementem był również niklowany i błyszczący klips lub zatrzask – rodzaj szczypiec. Jedna jego część była przymocowana na stałe do podłoża, a druga ruchoma. Obie zakończone zębami i wyposażone w prosty mechanizm sprężynowy, dzięki któremu po zwolnieniu nacisku na uchwyt szczęki same się zaciskały.
Patent ten stosowany jest zresztą do dziś - często można coś takiego zobaczyć w dużych sklepach lub na placu budowy. Gruba tekturka z zatrzaskiem, dzięki któremu kartki się nie rozsypują.
Takim klipsem w łazience przypinało się pocięte lub podarte na odpowiedniej wielkości kawałki stron gazetowych.

W tamtych czasach papier toaletowy nie należał do artykułów pierwszej potrzeby, obecnych w każdym domu. Wprost przeciwnie. Nie wiem, z czego to wynikało. Niestety zupełnie nie jestem w stanie przypomnieć sobie ceny papieru toaletowego w tamtych czasach. Wydaje mi się jednak, że chodziło tu raczej nie o cenę, ale o pewną nowość, która jeszcze nie zdobyła sobie powszechnego uznania.

W owych czasach matka kupowała gazetę codzienną, a poza tym obowiązkowo kilka tygodników i miesięczników. Bardzo dobrze pamiętam z tamtych czasów, stale obecne u nas w domu tytuły takie, jak: „Perspektywy”, „Przekrój”, „Forum”, „Panorama”, „Karuzela”, „Szpilki”, „Film”, "Ekran" i inne.
Tak, lub podobnie, było w wielu domach moich kolegów. Starych gazet i czasopism zawsze mieliśmy dużo, więc w tej sytuacji kupowanie jeszcze specjalnie papieru, który z samego swojego przeznaczenia i tak jest tylko i wyłącznie do d... , wydawało nam się czymś całkowicie bezsensownym i nawet bawiło.

Mam wrażenie, że podobny stosunek do papieru toaletowego mieliśmy nie tylko my, dzieci, ale i wielu dorosłych.

Nowy przedmiot w naszym gospodarstwie domowym ostatecznie zawisł na ścianie łazienki – wujek miał spore zdolności manualne i z tym drobnym problemem uporał się szybko. Dość długo wykorzystywaliśmy tylko jedną jego część – szczypce trzymające pocięte strony gazetowe.

Pierwsza rolka papieru toaletowego zjawiła się u nas sporo później, a to przy okazji planowanej wizyty jakichś gości. Nie pamiętam czy goście docenili nasz gest i wysiłek włożony w zapewnianie im komfortu i wygody, ale była to okazja, żebym i ja sprawdził i zobaczył, jak to jest.

A było źle. Jakość papieru toaletowego była wtedy taka, że… może nie wdając się w techniczne szczegóły powiem tylko, że po jego użyciu musiałem bardzo długo i dokładnie szorować ręce. Pewnie z tego też powodu ta, pierwsza w moim życiu, rolka papieru toaletowego wisiała u nas w łazience dość długo – ze „Szpilkami” przegrała na całej linii. I to nie tylko dlatego, że „Szpilki” można było „przedtem” poczytać…