czwartek, 1 grudnia 2016

Prosta duchowość ignacjańska

„Jezuicki przewodnik po prawie wszystkim” – James Martin SJ

Podczas ignacjańskiego Fundamentu w Zakopanem, od rekolekcjonisty nazywanego tam poufale, lecz za jego zgodą, grubym Maćkiem, usłyszałem kawał: Ignacy Loyola (święty, założyciel zakonu jezuitów) trafił po śmierci do Nieba. Miał się rozlokować w przydzielonym mu apartamencie, a następnie zejść do refektarza na kolację. Kwatera okazała się skromna i Ignacy nieco był nią rozczarowany, ale… niech tam! Podekscytowany oczekiwaną wspólną wieczerzą z Bogiem nie zawracał tym sobie głowy. W refektarzu przygotowano dwa nakrycia – dla Boga i dla niego, ale w prawdziwe osłupienie wprawiło go menu: puszka szprotek i niezbyt świeży chleb. Tego już Ignacy nie zdzierżył i wyznał Bogu, że spodziewał się i oczekiwał w Niebie bardziej wykwintnego menu. Na to Bóg odparł beztrosko: a bo to dla nas dwóch tutaj warto gotować?

James Martin SJ wspomina starego jezuitę, który pytany, czy nie boi się zbliżającej się śmierci i bożego sądu odparł, że Boga się nie boi, to tylko św. Ignacy go niepokoi.

Cenię, szanuję i podziwiam ludzi, którzy naprawdę wiele wymagają od siebie, nie popadając przy tym w pychę, a wręcz przeciwnie – pełnych pokory, ale jednocześnie wesołych, pogodnych, potrafiących żartować z siebie. Przecież nawet sam tytuł książki jest kpiarski. Uważam też jezuitów za najlepiej wykształconych funkcjonariuszy Kk. Zmarły niedawno Fidel Castro edukację zdobył w szkołach jezuickich w Santiago de Cuba. Wielu znanych ludzi wykształcili jezuici.

„Jezuici podążają śladami św. Ignacego, wyznając duchowość praktyczną. Jeden z dowcipów opowiada o tym, jak franciszkanin, dominikanin i jezuita koncelebrowali mszę świętą. Nagle w całym kościele zgasło światło. Franciszkanin zaczął błogosławić daną mu szansę życia cechującego się jeszcze większą prostotą, dominikanin wygłosił uczoną homilię, objaśniając, w jaki sposób światłość we wszechświecie jest dziełem Boga, natomiast jezuita zszedł do piwnic, by wymienić bezpieczniki”[1].

Powiedziałbym, że z całego świata katolickiego najlepiej rozumiem się z jezuitami. Ich „filozofia” często okazuje się bardzo podobna do mojej, może nie w pełnym wymiarze, ale jednak wystarczająco, by rodziło to porozumienie, szansę na dogadanie się. Więc kiedy okazało się, że James Martin SJ, jak ja, żywi przekonanie, iż duchowość jest powszednia, codzienna i praktyczna, a do tego radosna i wesoła, kiedy okazało się, że potrafi śmiać się z siebie samego, z wielką przyjemnością i zapałem przystąpiłem do lektury „Jezuickiego przewodnika po prawie wszystkim”, ciesząc się przy tym, że to grube tomisko, więc na dłużej mi starczy. Poza tym autor ciepło wyraża się o kwakrach, a to zauważam i cenię zawsze.

„Choć miałem dostatecznie duże doświadczenie w osobistej modlitwie kontemplacyjnej oraz w zbiorowym oddawaniu czci Bogu w trakcie katolickich mszy świętych, kwakierska »zbiorowa cisza« (wspólna cicha modlitwa) była rodzajem kontemplacji, jakiej sobie nigdy wcześniej nie wyobrażałem. Ich tradycja ubogaciła moją własną”[2].

Zaintrygowało mnie coś jeszcze; fragment, który wydał mi się jakby znajomy:

„Podsumowując, chciałbym cię uspokoić, jeśli nie odczuwasz zbyt wielkiej bliskości z Bogiem w tym momencie, a nawet jeśli nigdy jej nie odczuwałeś lub jeśli masz wątpliwości związane z istnieniem Boga albo jesteś przekonany, że Bóg w ogóle nie istnieje. Po prostu czytaj. Resztę zostaw Bogu”[3].

Przypomniał mi on, przeczytane gdzieś dawno temu i zapamiętane, słowa Herberta Spencera: Jest zasada będąca barierą dla wszelkich informacji, odporna na wszelkie argumenty i która niechybnie zatrzyma człowieka w stanie wiecznej niewiedzy – ta zasada to wzgarda poprzedzająca dociekanie. Ot, takie moje skojarzenie.

Zakon nie był dla Jamesa Martina SJ pomysłem na życie „od zawsze”. Wychował się on w rodzinie religijnej, ale nie bardzo zaangażowanej. Kiedy w wieku dwudziestu jeden lat zginął tragicznie jego przyjaciel, rozstał się z Kościołem i Bogiem na pewien czas, nawet nie planując powrotu; wydawało się, że trwale został/stał się ateistą. Skończył studnia, podjął pracę dla General Electric i dopiero mając dwadzieścia sześć lat usłyszał coś istotnego, jakby przypadkiem, od koleżanki, coś intrygującego zobaczył niedługo potem w telewizji, przeczytał w konsekwencji książkę dość szczególną, bo autobiografię Thomasa Mertona „Siedmiopiętrowa góra”, i… tak właśnie, powoli i wyboiście, potoczyło się jego życie w kierunku nowicjatu w Towarzystwie Jezusowym.

W znacznej mierze podzielam jego przekonanie dotyczące religii:

„Ze smutkiem należy przyznać, że religia odpowiada za wiele okrucieństw z przeszłości oraz bolączek współczesnego świata. Wśród nich można wymienić prześladowanie Żydów, niekończące się wojny religijne, Inkwizycję, a także religijną nietolerancję i bigoterię, prowadzące do terroryzmu”[4].

Ma rację – moim skromnym zdaniem – twierdząc, że:

„Świętość nie oznacza też doskonałości: święci zawsze miewali wady, ograniczenia, zwyczajne ludzkie słabości. Świętość zawsze zadomawia się w ludzkiej naturze”[5].

To dla mnie szczególnie ważne w związku z tym, że żyję w kraju, w którym większość obywateli jest przekonana, iż święci byli ludźmi bez wad. Stąd nawet cudaczne polskie powiedzenie dotyczące wad charakteru: ja tam święty nie jestem i nie zamierzam być

Bardzo dobrze rozumiem przekonanie autora, jezuity: 
„Nie ma nic nienaturalnego w byciu złym na Boga z powodu cierpienia, jakiego doznajemy w naszym życiu. Gniew kiełkuje w nas wszystkich; złość jest oznaką tego, że żyjemy. Bóg poradzi sobie z twoim gniewem niezależnie od tego, jak wielkim ogniem on płonie”[6].

Nawet więcej – uważam, że twierdzenie, iż Bogu jestem tylko i wyłącznie wdzięczny za absolutnie wszystko, co mnie i moich bliskich w życiu spotyka, byłoby oszukiwaniem siebie i paskudną próbą oszukiwania Boga (siebie czasem oszukać się da, Boga raczej nie); uczciwości w modlitwie James Martin SJ również poświęca sporo uwagi.

Natomiast kompletnie nie zgadzam się z twierdzeniem, że nie ma duchowości bez religijności.

Oczywiście wartość tej książki nie sprowadza się do tego, że z czymś tam się w niej zgadzam, a z czymś innym nie, ale… sztuką jest różnić się mądrze i umieć swoje przekonania zaprezentować bez kleszego zadęcia, nie z moralnych wyżyn. Tak, wiem, kiedyś katoliccy autorzy tak właśnie pisali, ale to nie znaczy, że musi mi się to podobać.

James Martin SJ stara się odpowiedzieć w swoim przewodniku na mnóstwo pytań, choćby: co powinienem robić w życiu i jak to rozpoznać, jak podejmować korzystne decyzje, jak stawać się dobrym przyjacielem, jak być szczęśliwym, jak kochać, jak odnajdować Boga we wszystkich rzeczach i jak się z Nim zaprzyjaźnić; podejmuje temat wolności, obojętności i kontemplacji, a wszystko to jest przefiltrowane łagodnie przez pryzmat specyficznej ignacjańskiej duchowości.

„Jezuicki przewodnik po prawie wszystkim” zawiera także sesję pytań i odpowiedzi z autorem, pytania do osobistej refleksji (dla czytelnika albo w jakiejś czytelniczej grupie dyskusyjnej), ciekawostki na temat jezuitów oraz fragmenty życiorysów co ciekawszych postaci z historii Towarzystwa Jezusowego. 
 

Do lektury nie są potrzebne słowniki teologiczne, bo, co bardzo ważne, autor – no, również tłumacz – pisze językiem zwyczajnym, codziennym, dla wszystkich (zapewne) zrozumiałym. Jednak największą chyba zaletą książki jest to, że napisana została nie tylko dla katolików, a nawet nie tylko dla chrześcijan – wyznawcy innych religii, a także ateiści i agnostycy na pewno będą mogli znaleźć tu coś ciekawego dla siebie. 





---
1. James Martin SJ, „Jezuicki przewodnik po prawie wszystkim”, przeł. Łukasz Malczak, wyd. WAM, 2014, s. 6.
2. Tamże, s. 50.
3. Tamże, s. 36.
4. Tamże, s. 55.
5. Tamże, s. 93.
6. Tamże, s. 146.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz