czwartek, 21 stycznia 2010

Jak to na wojence ładnie

„Batalion marszowy” – Sven Hassel


Jedna z wielu wspomnieniowych książek Svena Hassela, Duńczyka, byłego żołnierza karnej kompanii Wermachtu, pokazująca ludzi i wydarzenia z czasów drugiej wojny światowej, ale od tej drugiej, to jest niemieckiej strony.
Stali bohaterowie opowiadań Hassela – Stary, Porta, Legionista, Mały, Barcelona i sam Sven – tym razem biją się na froncie wschodnim i w Rumunii. Pewien czas spędzają też w więzieniu wojskowym Torgau, gdzie wykorzystywani są do pilnowania więźniów oraz wykonywania wyroków śmierci.

„Batalion marszowy” czyta się znakomicie, zresztą… trzeba nie lada talentu, żeby opisać psychopatycznych niemieckich morderców tak, by sympatia czytelnika była nieustająco po ich stronie.



niedziela, 17 stycznia 2010

Mój czas nieutracony

„W stronę Swanna” – Marcel Proust


W jednym z najlepszych filmów na świecie („Dawno temu w Ameryce”) jest taki moment, w którym Klucha wraca do Nowego Jorku po kilkudziesięciu latach ukrywania się. Gruby Moe pyta go, co robił przez cały ten czas i Klucha odpowiada, że kładł się wcześnie spać. No, cóż… związek z pierwszym tomem „W poszukiwaniu straconego czasu” jest oczywisty i nie budzi wątpliwości.

O czym jest książka? O tym, że każdy czas miniony jest tak naprawdę czasem straconym. Czy wypełnią go bezsenne godziny i obserwacja cieni przesuwających się w szparze drzwi, czy miłość Odety, to w sumie… Czas jest też głównym bohaterem powieści, w której jedynym stałym elementem jest zmiana.

Nie, nie będę czytał kolejnych tomów. Może po prostu z lenistwa, bo jednak Proust wymaga ode mnie pewnego wysiłku, ale przede wszystkim chyba jednak z obawy, że zechcę wrócić pod Łuk Triumfalny, na Pola Elizejskie, a zwłaszcza do Combray. Z niepokoju, że zacznę tęsknić do Odety i Gilberty, a może nawet trochę Swanna. A na tak bezsensowne tracenie czasu jednak pozwalać sobie nie chcę. Bo tego świata tak naprawdę nie ma. I chyba nigdy nie było…

Zauroczył mnie też język Prousta. Te jego oszczędne, lapidarne zdania… Oto zresztą jedno z nich:

„Pokoje zimowe, gdzie, leżąc w łóżku, wtula się głowę w gniazdko uwite z najrozmaitszych rzeczy: z rogu poduszki, z kapy, z kawałka szala i z numeru »Dẻbats roses«, przy czym spaja się wszystko razem, techniką ptaków, ugniatając to sobą bez końca; gdzie w mroźny czas miło jest czuć się bezpiecznym niby jaskółka morska w swoim ciepłym gniazdku pod ziemią i gdzie opodal ognia płonącego całą noc w kominku śpi się w płaszczu ciepłego i dymnego powietrza, przeszywanego blaskami rozpalających się kolejno polan, niby w bezściennej alkowie, w gorącej jaskini wyżłobionej w łonie samego pokoju, w upalnej i ruchomej w swych kręgach cieplnych strefie, wietrzonej podmuchami, które nam chłodzą twarz, a płyną z kątów, z okolic okna lub z miejsc oddalonych od ognia i już ochłodzonych; pokoje letnie, gdzie miło jest czuć się zespolonym z ciepłą nocą, gdzie blask księżyca, wsparty na uchylonych okiennicach, rzuca aż do stóp łóżka swoją zaczarowaną drabinę; gdzie śpi się prawie na wolnym powietrzu, niby sikora kołysana wiatrem na czubku promienia; czasami pokój Louis XVI, tak wesoły, że nawet pierwszego wieczora nie czułem się w nim zbyt nieszczęśliwy; gdzie kolumienki lekko podtrzymujące sufit rozchylały się z takim wdziękiem, aby wskazywać i chronić miejsce łóżka; czasami, przeciwnie, ów pokój mały, a tak wysoki, wznoszący się stożkowato na wysokość dwóch pięter i częściowo wyłożony mahoniem, gdzie od pierwszej sekundy czułem się moralnie zatruty nieznanym zapachem bagna przeciw molom, przekonany o wrogości fioletowych firanek i o bezczelnej obojętności zegara skrzeczącego głośno, tak jakby mnie tam nie było; gdzie dziwaczne i bezlitosne lustro o czworograniastych nogach, zagradzając ukośnie jeden kąt pokoju, żłobiło sobie nieprzewidziane miejsce w błogiej pełni mego zwykłego pola widzenia; gdzie myśl, siląc się przez godziny całe zmienić miejsce, naciągnąć się wzwyż, aby przybrać ściśle kształt pokoju i wypełnić go wreszcie aż do szczytu olbrzymiego leja, wycierpiała tam wiele ciężkich nocy, gdy leżałem wyciągnięty w łóżku, z podniesionymi oczami, z czujnym uchem, z opornymi nozdrzami, z bijącym sercem, dopóki wreszcie przyzwyczajenie nie zmieniło koloru firanek, nie kazało zmilczeć zegarowi, nie nauczyło litości skośnego i okrutnego lustra, nie stłumiło, o ile nie wygnało zupełnie, zapachu bagna i nie zmniejszyło znacznie pozornej wysokości sufitu”.



Rozsypane fotografie

„Tango raz jeszcze” – Julio Cortazar


Dziesięć króciutkich utworów, przypominających stare fotografie, które przypadkiem wysypały się z pudełka. Właściwie nie tyle chodzi o same fotografie, co związane z nimi uczucia i wspomnienia. To trochę tak, jakby właściciel obrazków starał się w kilkudziesięciu zdaniach opowiedzieć o nich przypadkowemu obserwatorowi.
Utwory ulotne i zwiewne sąsiadują tu z mrocznymi i przygnębiającymi. Ma to pewien urok, ale… Do arcydzieł tej książki jednak bym nie zaliczył.



Japończycy o miłości...

„Chrestomatia współczesnych opowiadań japońskich”


Tytuł niewątpliwie robi wrażenie (bo taki… ambitny), ale nie jest do końca ścisły, bo chrestomatia, to zwykle wybór fragmentów utworów – w odróżnieniu od określenia miscellanea, które oznacza zbiór różnych utworów, różnych autorów. W każdym razie w zbiorku, o którym mowa, zawarte są opowiadania i nowele w całości, a nie ich fragmenty.

Era Meji, która rozpoczęła się w Japonii w 1868 roku, przyniosła zmiany, które porównać można do rewolucji kulturalnej w Chinach. Polityka izolacjonizmu i pogardliwego odrzucania wszystkiego, co nie japońskie, uległa odwróceniu o 180 stopni. Japończycy zaczęli otwierać się na Zachód, a nawet z determinacją i zapałem godnym niewątpliwie lepszej i słuszniejszej sprawy, bałwochwalczo go naśladować.
W tym właśnie czasie zniszczono, lub wyrzucono, co na jedno wychodzi, mnóstwo przedmiotów, które zaliczyć można do wyrobów rzemiosła artystycznego, ale nawet dzieł sztuki. Na śmietniku lądowały cudowne, dwustuletnie jedwabne kimona, bo szczytem marzeń okazał się nagle garnitur z taniego amerykańskiego domu towarowego.

Przewrót nastąpił też w literaturze i sztuce, a japońscy pisarze naśladować zaczęli romantyczne powieści europejskie. Wynikało z tego wiele problemów, pojawiła się potrzeba stworzenia japońskich odpowiedników pojęć, które wcześniej w tym kraju nie istniały, na przykład „miłość” czy „czystość” (w znaczeniu dziewictwa, lub wstrzemięźliwości płciowej).

„Chrestomatia współczesnych opowiadań japońskich”, to zbiorek dziesięciu utworów o miłości. O miłości takiej, jak ją rozumieli, czy próbowali zrozumieć, z różnym zresztą skutkiem i efektem, japońscy pisarze w erze Meji i następującej po niej erze Taishŏ, czyli na przełomie XIX i XX wieku.

Poziom utworów jest bardzo różny, ale ich ocenę pozostawiam czytelnikom. Natomiast sam zbiór jest niewątpliwie ciekawym… eksperymentem.



czwartek, 14 stycznia 2010

Zapomniana apokalipsa

„Mała apokalipsa” – Tadeusz Konwicki


Czas i miejsce akcji: Warszawa, jeden dzień w roku bliżej nieokreślonym; pewnie gdzieś pomiędzy 1979, a 1999. Mniej więcej.

Groteskowa i oniryczna nowelka o pisarzu (dawny sympatyk reżimu, dziś niby dysydent, ale właściwie człowiek zupełnie wyobcowany i zagubiony), który rano dowiaduje się od znajomych opozycjonistów, że tegoż wieczora powinien dokonać aktu samospalenia w proteście przeciwko… pomysłowi przyłączenia Polski do ZSRR. Pisarz zdaje sobie sprawę, że ofiarowana mu rola jest rolą kozła ofiarnego, ale przemierza miasto z kanistrem benzyny i zdobytymi w Peweksie zapałkami, szukając… może prawd ostatecznych, a może odrobiny sensu. Ale w tym świecie, brudnym, szarym, beznadziejnym i brzydkim, nic już chyba nie ma sensu, a ideały zdewaluowały się tak, jak większość wartości, którymi kierowali się żałośni w sumie konspiratorzy.

„Mała apokalipsa” zrobiła w latach osiemdziesiątych furorę. Konfiskowana przez bezpiekę, rozprowadzana w drugim obiegu, była pozycją, którą trzeba było mieć. Mieć, bo z czytaniem bywało już różnie. I tylko czasem zastanawiam się, jak odebrana zostałaby dzisiaj, gdyby jej pierwsze wydanie przypadło na zimę roku 2010. Ile osób by ją kupiło? Ile przeczytało.

Ale są w niej znakomite „kawałki”. Jak chociażby to:

„Po co w ogóle ich słuchałem? Jak zwykle zabrakło mi charakteru? A co to jest charakter? Przecież doskonale wiem, dawno zrozumiałem. Charakter to brak wątpliwości, charakter to uporczywość trwania przy swoim zamiarze choćby nie wiem jak bezsensownym, charakter to brak wyobraźni, charakter to wrodzona tępota, charakter to nieszczęście ludzkości.
[...]
Charakter się przeżył. W dawnych prymitywnych czasach zmagań z wszechmocną przyrodą i z biologiczną słabością człowieka charakter był pożyteczny, przynosił korzyść, popychał do przodu w koszmarnym mozole ciężki głaz niemocy ludzkiej. Nauczyliśmy się chwalić, wielbić charakter, padać przed nim plackiem, czynić z niego fetysz. A dziś nikt nie ma odwagi skompromitować charakteru, choć stał się kategorią psychologiczną najzupełniej wsteczną, po prostu reakcyjną. W dzisiejszym wieloznacznym świecie charakter to despotyzm, tyrania i totalna nietolerancja”.



wtorek, 12 stycznia 2010

O braku miłości i głupocie

„O miłości i innych demonach” – Gabriel Garcia Marquez


Jeśli opowiadanie jest o miłości, to o jakiejś chorej, wynaturzonej, kalekiej. W czasie lektury odnosiłem często wrażenie, że chodzi właśnie o brak miłości, albo o jej zastępowanie wynaturzonymi popędami. Poza tym Marquez pisze o ciemnocie, zabobonach, głupocie, obłudzie, zakłamaniu, hipokryzji, fanatyzmie katolickiego XVIII wieku, a zwłaszcza Świętej Inkwizycji.
Jest to też opowieść o dziewczynce o pięknych rudych włosach, którą ugryzł wściekły pies, uwiódł zakonnik, i która umarła z miłości, albo przez ludzką głupotę.

Autor tak pisał o jej przyjściu na świat:

„W nieoczekiwanie deszczowym dniu, pod znakiem Strzelca, urodziła się przedwcześnie i z trudem Sierva Maria de Todos los Angeles. Wyglądała jak bezbarwna kijanka, a owinięta wokół szyi pępowina omal jej nie zadusiła.
»To dziewucha - powiedziała akuszerka. - Ale nie będzie żyć«.
To właśnie wtedy Dominga de Adviento przyrzekła swym świętym, że jeśli obdarzą dziecko łaską życia, dziewczynka nie zetnie włosów aż do swej nocy poślubnej. Ledwie złożyła ślubowanie, kiedy mała uderzyła w płacz. Rozradowana Dominga de Adviento zaśpiewała: »Będzie świętą!«. Markiz, który poznał dziecko już wymyte i ubrane, był znacznie mniej jasnowidzący.
»Będzie kurwą - powiedział. - O ile Bóg obdarzy ją życiem i zdrowiem«.
Dziewczynka, córka arystokraty i plebejki, miała dzieciństwo podrzutka. Matka znienawidziła ją już z chwilą, gdy po raz pierwszy i ostatni dała jej piersi i kazała ją natychmiast od siebie odstawić w obawie, że ją zabije. Dominga de Adviento wykarmiła ją, ochrzciła w Chrystusie i poświęciła Olokun, bóstwu yoruba o nieokreślonej płci, którego twarz miała być tak straszna, iż pozwalało się widywać tylko w snach, a i to zawsze w masce. Przeniesiona na podwórzec niewolników Sierva Maria nauczyła się tańczyć, nim zaczęła mówić, nauczyła się jednocześnie trzech języków afrykańskich, picia koguciej krwi na czczo i prześlizgiwania się pomiędzy chrześcijanami niczym niematerialna istota, bo ani jej nie widzieli, ani nie czuli. Dominga de Adviento otoczyła ją radosnym dworem czarnych niewolnic, służących krwi mieszanej, posługaczek indiańskich, które kąpały ją w wodach szczęścia, oczyszczały werbeną Yemayó i pielęgnowały niczym krzew różany wartki potok włosów, które, gdy miała pięć lat, sięgały jej już do pasa. Co jakiś czas niewolnice wieszały jej kolejny naszyjnik jednego ze swych bogów, co dało w pewnym momencie liczbę szesnastu”.



niedziela, 10 stycznia 2010

Jak powstało Las Vegas?

„Bugsy” – Henry Sergg


„Bugsy” to przezwisko. Ponad wszelką wątpliwość pejoratywne. Stosunkowo łagodnym tłumaczeniem na język polski (inne są po prostu wulgarne) jest – „szajbus”. „Bugsy” w książce Sergga to Benjamin Siegel, amerykański gangster pochodzenia żydowskiego. Urodził się w 1906 roku, zastrzelono go, we własnym domu zresztą, w 1947. Znajomy i współpracownik sycylijskich mafiosów z rodziny Genovese.
Znany i sławny głównie dzięki swojej wizji, jak najbardziej urzeczywistnionej i zrealizowanej – Las Vegas, a w nim pierwszego wielkiego hotelu-kasyna Flamingo. Później dalszych.
Książka Sergga jest literacką (bardziej literacką niż dokumentalną) biografią Siegela. Średniej jakości, jeśli chodzi o warsztat autorski, ale niewątpliwie ciekawa pozycja dla miłośników klimatów mafijnych.



poniedziałek, 4 stycznia 2010

Nudnawy polski kryminał

„Numerator” – Margaret Todd


Umierają ludzie. Różni ludzie, w różny sposób, w różnych okolicznościach. Przy zwłokach znajdowane są kartki z numerami. Śledztwo prowadzi dwoje niezwykle sympatycznych policjantów oraz nieprawdopodobnie przystojny prokurator o nazwisku… a jakże, Boruta.
Inni bohaterowie noszą nazwiska takie, jak na przykład Grzegorz Grzegorczyk, czy Hubert Hutnicki.

Kiepski kryminał z ustawicznym jęczeniem i narzekaniem na upadek obyczajów.



niedziela, 3 stycznia 2010

Jak to na Ukrainie bywało

„Wilcze gniazdo” – Jacek Komuda


Powieść historyczno-przygodowa z gatunku płaszcza i… szabli. Wiek siedemnasty, kresy szlacheckiej Rzeczpospolitej, a dokładniej Ukraina. Kolejne powstanie kozackie, a w międzyczasie wielka miłość, zajazdy, pojedynki, warcholstwo, pijaństwo, arogancja, ciemnota, zabobony i sobiepaństwo, to jest polskie cechy narodowe w całej okazałości.

Tylko, czemu w bibliotece książka ta była w dziale s-f? Nie wiem do dziś… Nie jestem też do końca pewien, czy autor miał jakąś spójną, sensowną koncepcję tej opowieści zasiadając do jej pisania. Bo, że nie miał na końcu, nie ulega wątpliwości.