środa, 20 grudnia 2017

O łapaniu za jaja kilku srok

„Gniazdo szerszeni” – Patricia Cornwell

Gniazdo szerszeni jest to symbol, znak malowany na samochodach i umieszczany na mundurach policji w miasteczku Charlotte, rozwijającego się dynamicznie centrum bankowo-przemysłowego w Karolinie Północnej. Zdaje się, że nie wykonano go zbyt realistycznie, bo część z noszących go funkcjonariuszy nie wie dokładnie, co on oznacza i jakie jest jego pochodzenie.

W Charlotte ktoś, nazywany przez dziennikarzy „Czarną Wdową”, morduje strzałami w głowę przyjezdnych biznesmenów oraz maluje im na genitaliach sugestywne obrazki. W poszukiwania mordercy zaangażowana jest komendantka lokalnej policji, Judy Hammer i jej dwie żrące się ze sobą zastępczynie, ale szczególnie 42-letnia Virginia West oraz początkujący, młody, ponoć niezwykle przystojny dziennikarz, jednocześnie policjant-wolontariusz, Andy Brazil.

Jednak kryminalny wątek obejmuje może z połowę tej powieści (zdecydowanie zbyt długiej), bo jest w niej jeszcze kilka innych, o charakterze społeczno-obyczajowo-psychologicznym. A to matka alkoholiczka, a to powolna degrengolada związku silnej kobiety i słabego mężczyzny, a to konieczność i umiejętność lawirowania między uległymi wobec lokalnych bonzów władzami miasta (ciekawe, że im wyższe stanowisko, tym większy dureń), agresywną prasą oraz paskudnie nielojalnymi współpracownikami i podwładnymi, a to nieprzekonująco przedstawiona konieczność wybierania między karierą a życiem rodzinnym…

Pierwszy tom cyklu „Andy Brazil” (a może „Judy Hammer”, bo informacje na ten temat w polskich i amerykańskich mediach bywają sprzeczne). W każdym razie po kolejne już nie sięgnę, choć uważam, że kobietom – przez te rozbudowane nad miarę wątki emocjonalne i psychologiczne – może się „Gniazdo szerszeni” podobać. Nie, książka nie jest aż tak bardzo zła, ale wolę swój uciekający czas poświęcić dziełom innych autorów. Wcześniejszy cykl Patricii Cornwell, o przygodach nieustraszonej dr Scarpetty, był chyba jednak ciekawszy.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Może mi ktoś to jakoś wyjaśnić?

Wojewoda Adrian Czubak poinformował, że zgodnie z prawem jakie daje mu ustawa dekomunizacyjna, wydał zarządzenia w sprawie zmian nazw trzech ulic w Opolu.

1. Ulica Dąbrowszczaków zmieni nazwę na ul. Zawiszaków. 
2. Ulica Obrońców Stalingradu będzie przemianowana na ul. Jerzego i Ryszarda Kowalczyków. 
3. W przypadku ulicy prof. Kulczyńskiego zdecydował, że nowym patronem ulicy będzie biskup Franciszek Jop, pierwszy ordynariusz diecezji opolskiej.

Ad. 1
Dąbrowszczacy to, według Wikipedii*: XIII Brygada Międzynarodowa im. Jarosława Dąbrowskiego (potocznie: Dąbrowszczacy) – ochotnicze oddziały wojskowe, tworzone głównie przez Polaków, w tym emigrantów, a także inne osoby posiadające obywatelstwo II RP, uczestniczące w wojnie domowej w Hiszpanii w latach 1936–1939 i walczące w składzie Brygad Międzynarodowych po stronie wojsk republikańskich przeciwko zbuntowanym oddziałom nacjonalistycznym dowodzonym przez gen. Francisco Franco, wspieranym przez nazistowski rząd III Rzeszy i faszystowski rząd Włoch.
Przyznam, że nie rozumiem. Dąbrowszczacy w latach trzydziestych ubiegłego wieku walczyli w Hiszpanii z włoskimi faszystami i z tego powodu w nowej Polsce uznawani są za komunistów?
A Zawiszacy to**: Stowarzyszenie Harcerstwa Katolickiego „Zawisza”. Bez komentarza.

Ad. 2
Stalingrad był broniony przez żołnierzy i mieszkańców tego miasta przed hitlerowcami. Jeśli ludzie bronią swoich domów, rodzin, miasta przed zbrodniczym najeźdźcą, to coś w tym złego? Myśmy, Polacy, też próbowali bronić się przed Niemcami – czy to czyni ze wszystkich Polaków, obrońców Westerplatte, poczty w Gdańsku, Warszawy itd., komunistów?
Bracia Kowalczykowie wysadzili aulę WSP w Opolu. Ich bomba wybuchła zbyt wcześnie (w nocy), więc nie było ofiar w ludziach. Czy to tylko mnie się wydaje, że wysadzanie obiektów użyteczności publicznej, to po prostu terroryzm?

Ad. 3
Stanisław Kulczyński - botanik, wykładowca na UJ, członek PAN.  W czasie wojny był delegatem Rządu RP na wychodźstwie na Obszar Lwowski. W okresie sowieckiej okupacji Lwowa nadal prowadził działalność naukową. W pracy naukowej zajmował się systematyką roślin, ekologią, fitosocjologią (głównie Tatr) i paleobotaniką.
Biskup… właściwie tyle chyba wystarczy, dalszy komentarz jest przecież zbędny.


W Strzelcach Opolskich na siłę i wbrew woli mieszkańców ma być zmieniona nazwa ulicy Jana Rychla. Jan Rychel to były mieszkaniec miasta, którego Niemcy zamknęli w obozie zagłady za szerzenie polskości. Cudem przeżył, a po wojnie rozwijał w Strzelcach bankowość spółdzielczą. Dostał się nawet do Sejmu PRL, ale został wyrzucony za opozycyjną postawę. Zdaniem mieszkańców miasta - to osoba zasłużona dla polskości.



Mógłby mi ktoś wyjaśnić, o co tu naprawdę chodzi? Co tu się dzieje? Po co to wszystko? Ja najwyraźniej za głupi jestem i nie kumam… :-(





--

piątek, 8 grudnia 2017

Dawno, dawno temu, tak blisko

„Wieko. Felietony dla częściowo zmarłych oraz ledwo żywych” – Marian Buchowski

Dla kogo jest ta książka?

a) Dla ludzi w średnim wieku i starszych. Żeby zrozumieli, że to nie oni zwariowali, że z ich pamięcią nic się dziwnego nie porobiło.
b) Dla młodszych nieco, choć może nie nastolatków (chyba że tych bardziej rozgarniętych), żeby dotarło do nich, że rzeczywistość i oficjalna propaganda (tej czy innej opcji politycznej) to jednak niezupełnie to samo.
c) Dla tych, którzy lubią i potrafią się pośmiać, także z samych siebie.

Marian Buchowski – publicysta (jego teksty drukowały „Opole”, „Trybuna Opolska”, „Odra”, „Indeks”, „Kultura”, „Polityka” i wiele innych), pisarz, poeta, autor fascynujących książek o Edwardzie Stachurze i jego czasach, laureat wielu prestiżowych nagród. „Wieko” jest zbiorem jego felietonów z lat… Ano, właśnie, spróbujmy to odgadnąć na podstawie dwóch cytatów.

„Czekam więc z utęsknieniem także na czasopismo autentycznie opozycyjne i wiarygodne, którego opozycyjność będzie wynikała wyłącznie z troski o lepsze jutro nas wszystkich, a nie tylko niektórych z nas. Dziś serwuje mi się nieomal wyłącznie propagandowy jad lub wazelinę, a ja (i – jak słyszę – jest takich coraz więcej) po takim menu najzwyczajniej rzygam”[1].

„…jak długo jeszcze, nienawiść do wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z PZPR, będzie mogła stanowić główną siłę napędową dla wielu przedstawicieli niedawnej opozycji?”[2]

Kto zorientował się albo domyślił, że te teksty powstały (i były drukowane!!!) ponad ćwierć wieku temu, ten wygrywa.

Istotna uwaga. Marian Buchowski nie należy do miłośników tzw. „komuny”, fakt, że drwi z postkomunistycznej sceny politycznej w Polsce (i nie tylko) nie oznacza jeszcze, że jest komunistą. To akurat zastrzeżenie zrobiłem ze względu na tych czytelników, których propaganda skutecznie przekonała, że „jak nie jesteś z nami, to jesteś przeciwko nam”. Jeśli komuś nie podoba się PO, to nie znaczy automatycznie, że jest zwolennikiem PiS – i odwrotnie; podobnie jest właśnie z „komuną”.

„Wieko” zawiera felietony nie tylko polityczne. Uwielbiam humor Buchowskiego, bo plasuje się on na naprawdę dobrym poziomie, choć czasem trzeba się nieźle nagłówkować, żeby zorientować się, że autor robi sobie jaja, kpi, ironizuje, szydzi z kogoś lub czegoś. Ten akurat żart, kończący tekst na temat równouprawnienia, nie powinien stanowić wyzwania dla nikogo: „Precz z dotychczasową karykaturą równouprawnienia kobiet: niech każdy robi to, do czego został stworzony. A więc: górnicy – do gór, literaci – do piór, rolnicy – do ról, a kobiety – na piedestał!”[3]. Albo hasło: „Mniej zer na banknotach – więcej na stanowiskach”[4].

Boki zrywałem ze śmiechu podczas lektury tekstu „Okolice Europy”, traktującego o możliwościach spędzenia wolnego czasu po godzinie 23:00 w Opolu. Okazuje się, że w tym czasie można pójść do „Europy”, to jest znanej restauracji z kawiarnią w centrum miasta, albo do Nocnego Pogotowia Stomatologicznego (kawiarnia „Europa” istnieje do dziś, Nocne Pogotowie Stomatologiczne, niestety, nie). W obu tych miejscach można było szybko stracić zęby – w „Europie” bez książeczki ubezpieczeniowej. Natomiast Pogotowie nie zapewniało tańców.

Ważnym i arcyzabawnym elementem książki są kapitalne ilustracje Leszka Ołdaka, grafika, plakacisty, rysownika, ilustratora.


--
[1] Marian Buchowski, „Wieko”, wyd. Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Emanuela Smolki w Opolu, 2017, s. 15.
[2] Tamże, s. 12-13.
[3] Tamże, s. 183.
[4] Tamże, s. 29.

wtorek, 5 grudnia 2017

Stanisław Grzesiuk - swój chłop

„Grzesiuk. Król życia” – Bartosz Janiszewski


Stanisław Grzesiuk (1918-1963) – autor trzech książek: „Boso, ale w ostrogach”, „Pięć lat kacetu” i „Na marginesie życia”. Aktywny członek partii komunistycznych (PPR i PZPR), radny Rady m.st. Warszawy, zastępca dyrektora (a nie skończył nawet szkoły zawodowej!) kilku placówek służby zdrowia. Ateista, wrogo nastawiony do polskiego kleru katolickiego. Z pewnym talentem, ale głównie z zamiłowaniem wykonywał uliczne piosenki warszawskie. Grywał na bandżoli i mandolinie. Całe życie nadużywał alkoholu. Zmarł z powodu gruźlicy.

Grzesiuk – a raczej jego książki, bo nie on sam – był elementem mojego wychowania i dorastania prawie tak ważnym jak Winnetou, Zorro, Huckleberry Finn czy kilku innych jeszcze bohaterów powieści i filmów dla młodzieży. „Boso, ale w ostrogach” podsunęła mi matka, kiedy miałem 13-16 lat. O tym, że napisał jeszcze dwie inne książki, dowiedziałem się już sam, wiele lat później. Wszystkie trzy przeczytałem po kilka razy, choć „Boso, ale w ostrogach” pozostała tą, z którą czułem się najbardziej związany emocjonalnie. Dość długo też nie zdawałem sobie sprawy, że opowieści tych autor nie pisał chronologicznie, że zaczął od wspomnień obozowych. W każdym razie wszystkie one w moim życiu to były, i są w jakimś sensie nadal, elementy ważne, na nich, między innymi, budowałem postawę męskiej dumy i honoru. Mnóstwo lat przekonany byłem, że Grzesiuk opisywał w swoich książkach prawdę i tylko prawdę, przecież pisał o sobie i dobrze, i źle, dlatego właśnie wydawał mi się absolutnie wiarygodny.

Miałem kiedyś znajomego warszawiaka. Pewnego razu zwierzyłem mu się ze swoich „grzesiukowych” sentymentów i pomysłu, żeby przy jakiejś okazji poszukać w stolicy miejsc opisywanych w „Boso, ale w ostrogach”. Dowiedziałem się wtedy, że nawet jeśli jakieś fragmenty miasta przetrwały wojnę, to i tak wyglądają obecnie zupełnie inaczej, niż przed wojną, ale też że Grzesiuk mocno tę swoją historię zafałszował, że w rzeczywistości aż tak idealny (jak w tych swoich książkach) jednak nie był. W pierwsze uwierzyłem bez zastrzeżeń, w drugie… niezupełnie.

Pierwszy raz zobaczyłem żywego Grzesiuka jakieś 4-5 lat temu na Youtube (https://www.youtube.com/watch?v=NsIjKIO4YnM ). Ten tłustawy pot na twarzy, typowy dla nałogowych pijaków na kacu, chrapliwy „przepalony” głos… No, nie zrobił na mnie dobrego wrażenia, wyobrażałem go sobie inaczej. Od tego momentu byłem już w stanie stopniowo weryfikować swoje dziecinne wyobrażenia o Staśku Kozaku z Tatrzańskiej ulicy. Podobnie zresztą było z Himilsbachem, z „autorką” książki „My, dzieci z dworca ZOO” i paroma innymi idolami młodych lat. Czas byłby się przyzwyczaić, nieprawdaż?

Po książkę Janiszewskiego sięgnąć musiałem. Mógłbym sobie darować biografie całej gromady autorek współczesnych powieści kobiecych, ale Grzesiuka – nigdy w życiu! Więc przeczytałem i przyznaję, że mam w związku z lekturą mieszane uczucia (mieszane uczucia są ponoć wtedy, gdy się narobi w gacie, bo z jednej strony to ulga, ale z drugiej – wstyd). Czy to naprawdę rzeczowa, obiektywna biografia, czy może opowieść jeszcze jednego wielbiciela Grzesiuka, prywatna, osobista i bardzo tendencyjna?

Bartosz Janiszewski nieustannie miota się między dwoma trudnymi do pogodzenia postawami. Z jednej strony chyba jednak zależy mu na prawdzie, ale z drugiej – kiedy ta prawda mocno mu się nie podoba – stara się tłumaczyć Grzesiuka, usprawiedliwiać go. Ukradł kobiecie pieniądze z torebki? No… tak, ale jej się to należało, bo nie chciała dać zarobić chłopakom na kortach. Przyjmował hurtowe dawki etanolu, czyli po prostu był pijakiem? No… tak, ale upijał się zawsze na wesoło. Nie był wirtuozem gry na bandżoli i śpiewu? No… tak, ale tysiące ludzi lubiły go jednak słuchać. Nieprawdziwie opisał biedę w swoim rodzinnym domu, a z ojca zrobił nieomalże sadystę alkoholika, tak że nawet pozostali członkowie rodziny mieli do niego o ten fałsz poważne pretensje? No… tak, ale… Bił innych więźniów w obozie koncentracyjnym? No… tak, ale…

Książki Grzesiuka są nadal bardzo dobre. Książka Janiszewskiego o Grzesiuku to też pozycja bardzo dobra i warta poznania ponad wszelką wątpliwość. Może rzeczywiście za dużo w niej osobistych sentymentów autora, ale jeśli pamiętać, że nie jest dokumentem w ścisłym tego słowa znaczeniu, to wszystko w porządku i czyta się znakomicie. Tym bardziej, że zawiera wiele archiwalnych zdjęć. To tylko ja muszę się co rusz rozstawać z jakimiś naiwnymi i romantycznymi przekonaniami z dzieciństwa na temat pisarzy, poetów, aktorów, co czasem bywa przykre.

piątek, 17 listopada 2017

Uwaga na portierów i kelnerów!

„Monsieur René” – Peter Ustinov

Ustinov, aktor, pisarz, producent, reżyser, pomysł miał zaiste niezły, ale wykonanie… bardzo przeciętne.

Monsieur René, prezes Międzynarodowego Bractwa Konsjerżów i Portierów, po śmierci żony i po przejściu na emeryturę zamieszkał w przytulnym domu pod Genewą. Willą z widokiem na jezioro opiekuje się gospodyni, niegdyś ofiara przemocy ze strony męża katolika, a obecnie nieszczęśliwie zakochana w swoim pracodawcy. René, najwyraźniej znudzony albo może targany wyrzutami sumienia, obmyśla plan wykorzystania w imię prawa i sprawiedliwości tych wszystkich informacji, które pozyskał w swoim zawodzie. Wiadomo przecież, że portierzy, kelnerzy, szatniarze, konsjerże itp. bardzo dużo słyszą, widzą i wiedzą. Do spisku René dopuszcza kilku przyjaciół, pana Alonso, pana Butlera, pana Arrigo oraz swojego siostrzeńca, Luisa, ucznia szkoły hotelarskiej, notabene złodzieja zakochanego w nosicielce wirusa HIV. Wkrótce po pierwszym spotkaniu dołączyła do nich Agnes Schanderbach, ochmistrzyni w Bellerive Davel, kobieta tragicznie uwikłana we własną przeszłość. Z czasem siatka miała się rozrastać.

Już po drugim spotkaniu, a może i wcześniej, na trop pociesznych spiskowców wpadł – nie mam pojęcia, jak – komisarz Mildenegger, sfrustrowany alkoholik przed emeryturą. W związku z tym panowie (poza René i Agnes)  tracą zapał do swojego przedsięwzięcia, a ciekawie rozwijający się kryminał zmienia się w beznamiętny romans. 

Jednak po Ustinovie spodziewałem się czegoś lepszego.

niedziela, 5 listopada 2017

Nie tylko pijacy mają przesrane

„Legenda o świętym pijaku i inne opowiadania” – Joseph Roth

Joseph Roth, austriacki pisarz i dziennikarz żydowskiego pochodzenia, opowiadania zawarte w zbiorze „Legenda o świętym pijaku” napisał w konwencji prozy realistycznej. Dziwny to język i sposób narracji (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że i tłumacz miał w ostatecznym wyniku swój udział), trudny w odbiorze – te teksty nie są porywające. Momentami wydaje się, że to relacja kogoś bardzo prostego, operującego stosunkowo niewielkim zasobem słów, z licznymi powtórzeniami. Może tak właśnie opowiadałby o swoim życiu w Paryżu górnik Andrzej Kartak z Olszowic, obecnie bezrobotny i bezdomny, nocujący pod mostami – z utworu tytułowego. Melancholijne opowiadania Rotha przesycają beznadzieja i rezygnacja – wszystko jest przegrane, nic nie ma sensu…

„Bo ludzie do niczego się tak łatwo nie przyzwyczajają jak do cudów, jeśli im się zdarzą raz, dwa albo trzy razy. Ba! Mają taką naturę, że gniewają się nawet, kiedy nie przypada im nieustannie w udziale to wszystko, co zdawało się obiecywać przypadkowe i chwilowe zrządzenie losu”*.

Zawartość zbioru:
„Prymus” (wierne odwzorowanie asystenta uniwersyteckiego, późniejszego hitlerowca, u którego Roth studiował),
„Legenda o świętym pijaku” (o pijaku, pijaństwie i traconych szansach),
„Kwiecień. Historia pewnej miłości”,
„Barbara” (o dziewczynie wydanej za mąż bez miłości, która poświęca swoje życie synowi),
„Triumf piękności”,
„Ślepe zwierciadło”,
„Kariera”,
„Lewiatan”,
„Wspaniały dom naprzeciwko”,
„Poziomki”,
„Dzisiaj rano nadszedł list” (miał to być początek powieści, której autor napisać nie zdążył).


Joseph Roth zmarł w 1939 r. w Paryżu, w wieku 45 lat, na zapalenie płuc, którego nie udało się wyleczyć w związku z zaawansowanym alkoholizmem pisarza.



-- 
* Joseph Roth, „Legenda o świętym pijaku i inne opowiadania”, przekład Tadeusz Zawierucha, wyd. Czytelnik, 1984, s. 47.

sobota, 4 listopada 2017

Sekty działają także w Kanadzie

„Dzień śmierci” – Kathy Reichs

Zaczyna się bardzo dobrze – doktor Temperance Brennan, antropolożka sądowa, szuka grobu, a następnie zajmuje się ekshumacją zwłok zakonnicy, która przed wiekiem bardzo przysłużyła się lokalnej społeczności podczas epidemii; z tego powodu możliwa jest jej beatyfikacja. Jednak wątek Elizabeth Nicolette okazuje się poboczny, marginalny, bo doktor Brennan zaczyna znajdować i zajmować się zwłokami stosunkowo świeżymi, które pojawiają się w jej życiu w ilościach hurtowych. W tym celu kursuje często między Quebec, Południową Karoliną, Montrealem… Zastanawiające jest, jak godzi to wszystko z pracą ze studentami, opieką nad kotem i dorastającą córką, kontrolowaniem stukniętej siostry, niewygasłą miłością do byłego męża. 

Czyta się nieźle, rozrywka może niewyszukana, ale na dobrym poziomie. Na podstawie tej i innych książek Kathy Reichs, z Tempe w roli głównej, nakręcony został amerykański serial telewizyjny produkcji Fox Broadcasting Company, pod tytułem „Kości” (ang. Bones). Nowe wydanie książki „Dzień śmierci” nosi tytuł „Śmierć za dnia”.

środa, 18 października 2017

Mini wykłady o maxi sprawach

Kołakowski – „Mini wykłady o maxi sprawach” (seria druga)
  
O zabobonach.

Nad drzwiami swojego domu Niels Bohr powiesił podkowę, bo to jakoby przynosi szczęście. Jeden z gości zapytał zdziwiony:
- Czyżby pan, taki wielki uczony, wierzył, że podkowa przynosi szczęście?
- Nie – odpowiedział Bohr – Ale powiedziano mi, że podkowa przynosi szczęście także tym, którzy w to nie wierzą.

Poza tą, uroczą zresztą, anegdotą nic porywającego w eseju o zabobonach nie znalazłem. Ot, oczywiste sprawy. Zabobony rodzą się i umierają, istnieją w określonym czasie i miejscu. Można je rozpatrywać z wielu punktów widzenia i odniesienia. I to tyle. 
Trochę się, przyznaję, zawiodłem. 

niedziela, 15 października 2017

Wałęsa i inni w oczach Janusza

„Przyszłem. Czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy” – Janusz Głowacki

Podtytuł („…jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”) pozornie wyczerpująco informuje, o czym jest ta książka, ale uwaga! Jeśli coś jest tak proste i oczywiste, to na pewno nie jest tak proste i oczywiste, ponad wszelką wątpliwość chodzi o coś więcej – zwłaszcza u Głowackiego – może nawet o coś zupełnie innego…

„Przyszłem”, jak wiele książek Janusza Głowackiego, to książka o Polakach. Najpierw, z rozpędu, napisałem, że o Polsce i Polakach, ale to nieprawda – Polska jest w porządku, zwyczajny kraj, jakich wiele: morze, lasy, jeziora, góry… To Polacy są problemem, nie Polska. A więc książka o Polakach. Trochę cyniczna, nieco złośliwa, prześmiewcza i szydercza – o nas samych, niestety. O autorze też – był przecież Polakiem. Momentami trochę jakby mało polskim, bo potrafił się śmiać z samego siebie, a to, między Bugiem a Odrą nie jest zdolnością występującą zbyt często, ale niewątpliwie wybitnym Polakiem.

„I jako człowiek wyrachowany kombinuję, że może w sprawie tej książki też by mi się udało Boga na swoją stronę przeciągnąć. W końcu co mu zależy, wrabiamy go w każde świństwo, które sami robimy. A przecież Bóg niewinny jest. Dał nam wolną wolę i tyle. Ach Boże, żeby nie ci księża, to bym nie miał nic przeciw Kościołowi”[1].

„Atak Al-Kaidy zjednoczył Amerykanów. A u nas? No, wiadomo. Smoleńsk podzielił to, co jeszcze było do podzielenia. Zaczyna się wielki spektakl, więc najpierw pochówek na Wawelu, z królami i Piłsudskim. Za dużo? Nie, za mało, trzeba krwi, więc narada dworu i decyzja. Samolot strącili takim czy innym sposobem Putin i KGB” [2].

„Ja nie jestem scenarzystą zawodowym. Czasem coś do kina napiszę i tyle. Scenarzystów prawdziwych zżera ambicja. Wkurwia ich, że się ich lekceważy, że się o nich nie pamięta. A przecież bez dobrego scenariusza nic dobrego by nie nakręcono. To jest akurat bzdura, ze złego scenariusza może być dobry film i odwrotnie. Scenarzyści biegają i narzekają, że reżyser ich nie rozumie, nie docenia, psuje ich genialne pomysły. Że nikogo nie obchodzą nazwiska tych, co pisali dla Buñuela, Felliniego, Spielberga albo Wajdy. Ale zapewniam Państwa, że tak myślą tylko ludzie mali, chciwi sławy, wyrachowani, próżni, zawistni, bez talentu. I bardzo mi przykro, że ja też tak myślę” [3].

Ta wyliczanka polskich wad narodowych przypomniała mi zdarzenie sprzed wielu lat. Odbywałem wtedy obowiązkową, zasadniczą służbę wojskową. Nie podobało mi się to w najmniejszym nawet stopniu, z wielu różnych powodów, których wyliczać mi się teraz po prostu nie chce, więc wykombinowałem sposób na to, by być w tym wojsku i nie być jednocześnie, albo przynajmniej być jak najmniej. W tym celu wyłudzałem zwolnienia lekarskie. Bezczelnie, z tupetem symulowałem takie lub inne choroby, domagałem się recept oraz zwolnień ze służby – kiedyś wypisywano je na drukach L4 – starsi Polacy pamiętają. Ostatecznie udało mi się w ten sposób nie służyć ponad sto dni. Pamiętam lekarza, który na mój widok teatralnie wzdychał, ale… mniejsza z tym.

Zaskoczyła mnie wtedy postawa kolegów z jednostki (tak się to nazywało – „koledzy”, choć z koleżeństwem nie miało zwykle nic wspólnego), mimo, że z powodu mojej absencji chorobowej nikt z nich nie miał więcej pracy, ani jakichkolwiek dodatkowych obowiązków, z czasem odnosili się do mnie coraz bardziej niechętnie, a w końcu wrogo. Nie potrafiłem tego pojąć, ale tylko do czasu lektury „Boso, ale w ostrogach”. Stanisław Grzesiuk opisuje w tej książce coś bardzo podobnego: migał się od ćwiczeń wojskowych, chodził na lewiznę, urywał się z zajęć, więc „koledzy z wojska” próbowali go za to pobić. Ale dlaczego??? Odpowiedzią jest, wańkowiczowskie chyba, powiedzenie: „w narodzie polskim jest morze bezinteresownej zawiści”.

Zawiść; on ma, a ja nie mam. Chciałbym to mieć, ale zdobyć się boję, jednak przecież do strachu się nie przyznam, nawet, a może zwłaszcza, przed samym sobą. Zawiść nigdy nie jest globalna ani abstrakcyjna, przedmiotem zawiści jest najczęściej konkretna osoba. Człowiek zawistny jest zawsze nieszczęśliwy, bo nie potrafi cieszyć tym, co ma, jeśli tylko – w jego mniemaniu – ktoś inny ma więcej, lepiej lub na coś tam potrafi się zdobyć. Jeżeli nawet zawistnikowi uda się jakoś osiągnąć to, co jest przedmiotem jego zawiści, nie ucieszy się, lecz natychmiast znajdzie sobie kogoś innego, by owo uczucie, ale także cel życiowy, broń Boże, mu nie wygasły.
Zawiść właściwie zawsze związana jest z oszukiwaniem samego siebie – zawistnicy za każdym razem występują w imię jakiegoś nadrzędnego interesu, wspólnego dobra, czy czegoś takiego, bo przecież do uczuć tak niskich jak zawiść nigdy by się nie przyznali. Jako Polak, mieszkający w Polsce, z zawiścią stykam się właściwie na co dzień.


„Przyszłem” – książka zdecydowanie warta przeczytania, bez względu na to, co kto myśli o Wajdzie, Wałęsie, Kościele, polityce, czy naszej polskiej zawiści, choćby ze względu na mistrzowskie operowanie słowem.




--
1. Janusz Głowacki, „Przyszłem”, Świat książki, 2013, s. 6.
2. Tamże, s. 59. 
3. Tamże, s. 156.