piątek, 1 lutego 2019

Vitoria: obłęd, miłość i śmierć


„Cisza białego miasta” – Eva García Sáenz de Urturi

Urodzona w 1972 roku w Vitorii (Hiszpania, Kraj Basków) Eva García Sáenz de Urturi jest obecnie jedną z bardziej popularnych pisarek hiszpańskich, a baskijskich, to już na pewno. Pierwszą jej powieścią, „La saga de los longevos” („Saga o długim życiu”?), wydawcy zainteresowali nie byli, więc w 2012 opublikowała  ją samodzielnie, na Amazon. Z nieco lepszym przyjęciem spotkała się kontynuacja sagi „Los hijos de Adán” („Dzieci Adama”?) oraz „Pasaje a Tahití”. Wydany w 2016 roku pierwszy tom trylogii „Cisza białego miasta” („El silencio de la ciudad blanca”) był już i nadal jest bestsellerem. Mam nadzieję, że z czasem także wcześniejsze jej pozycje pojawią się w Polsce, po polsku – moim zdaniem warto.

Głównym bohaterem thrillera jest inteligentny inspektor Unai Lopez de Ayala (pseudo Kraken) z Wydziału Kryminalnego w Vitorii, stolicy wspólnoty autonomicznej Kraju Basków, mieście poświęconym Białej Panience, Virgen Blanca. W dochodzeniach pomaga mu Estibaliz Ruiz de Guana, jedna z lepszych i najwytrwalszych śledczych. On jest dobry w profilowaniu, ona specjalizuje się w wiktymologii. Oboje mają problemy z dyscypliną, regulaminami i samowolą.

Dwadzieścia lat wcześniej seria makabrycznych podwójnych morderstw wstrząsnęła vitorczykami i nie tylko. Szokujące był także to, że sprawcą okazał się Tasio Ortiz de Zárate, błyskotliwy, czarujący, medialny archeolog, gospodarz znakomitego programu telewizyjnego, znany pisarz. Zdemaskował go i wystawił nakaz aresztowania najlepszy policjant w okolicy – brat bliźniak mordercy, Ignacio. Kiedy autorka opisuje, że bliźniacy byli nie do odróżnienia, mieli nawet identyczny manicure, można zacząć podejrzewać… Podobnie zbyt ważną podpowiedzią wydawała mi się – do czasu – sama okładka, ale po przemyśleniu sprawy dochodzę do wniosku, że przecież nigdzie nie jest powiedziane, że w tego typu powieściach osoba zabójcy musi być nie do odgadnięcia do ostatniej strony. A niby dlaczego, bo co? Bo Aghata Ch. taki wylansowała kanon? No, to Eva García Sáenz zrobiła inaczej i… wyszło to powieści na dobre. Przynajmniej czytelnik nie czuje się jak idiota i wraz z rozwijającą się akcją może realnie uczestniczyć w odkrywaniu prawdy.

W dolmenie Chatka Czarownicy w pobliżu miasteczka Elvillar znaleziono martwe ciała dwojga noworodków. Niedługo później w ruinach celtyberyjskiego grodu La Hoya w gminie Laguardia odkryto zwłoki pięciolatków. Pocieszających się nawzajem dotykiem dłoni, ze wzrokiem wpatrzonym w niebo[1].

Zbrodnie zakończyły się na piętnastolatkach, bo seryjny morderca, Tasio Ortiz de Zárate, trafił za kraty. Vitoria odetchnęła. Minęło dwadzieścia lat; Tasio za kilka dni ma wyjść z więzienia na swoją pierwszą przepustkę, ale policja znajduje w Starej Katedrze zwłoki dwojga osób, parę dwudziestolatków delikatnie dotykających swoich policzków. Kto?! Kto ich zabił?! Skoro Tasio siedzi w pierdlu? I jak zabił?

W dniu lokalnego święta, Día del Blusa, do Starej Katedry, w której znaleziono nagie zwłoki młodych ludzi, wezwani zostają Ayala i Estibaliz, i właśnie w tym momencie rozpoczyna się na poważnie ta niesamowita historia.

Dla czytelnika, który nie zna hiszpańskiego albo gaelickiego, imiona, nazwiska, skróty, zdrobnienia, nazwy itp. mogą stanowić pewne wyzwanie. Ot, na przykład, Cuchi to znana na starym mieście ulica cechu nożowników – Cuchilleria. To trochę tak, jakby w polskiej powieści występował Marek Kowalski, ale czasem ktoś nazywał go „mareckim” albo „kowalem” – Polacy się domyślą (ale tylko ci bardziej rozgarnięci), Hiszpanie już niekoniecznie. Sprawy nie ułatwia też dwutorowa narracja: pierwszoosobowa Unai (teraźniejszość) i trzecioosobowa (przeszłość). Przeskoki między nimi bywają niespodziewane.

W powieści, jakiejkolwiek powieści, liczą się dwa elementy: fabuła i warsztat pisarski. Pomysł z morderstwami, które trwają mimo, że ich sprawca, seryjny zabójca, siedzi w więzieniu albo zginął, nie jest specjalnie nowy, ale też nie jest zły – wszystko zależy od tego, jak potoczy się akcja. A w tej książce dzieje się coś nieustannie. Kraken, podczas porannego biegania, spotyka atrakcyjną młodą kobietę. Kilka godzin później Alba Díaz de Salvetierra okazuje się być nowym podkomisarzem, któremu inspektor będzie składał sprawozdania. Zanim to w pełni do niego dotarło i zanim się pierwszy raz posprzeczali, wyszło na jaw, że hakerzy włamali się do systemu informatycznego policji, a minutę później inspektor Ayala otrzymuje propozycję współpracy od osadzonego Tasia, który na dokładkę zna (skąd?!) szkolną ksywkę inspektora i upiera się, że jest niewinny. I tak rozdział za rozdziałem.

Fascynowała mnie dziwna symetria wydarzeń. Podwójne ofiary, w wieku kończącym się na zero albo pięć… Zabójca i policjant o identycznym wyglądzie… To, że morderstwa ustały, kiedy Tasio trafił do więzienia, i że zostały wznowione, kiedy miał z niego wyjść[2]

Bardzo dobra powieść, w której – poza wątkiem sensacyjnym – równie ważną rolę gra miłość, czas, psychologia, mentalność Basków oraz wyraźnie widoczny i odczuwalny sentyment autorki do starej Vitorii. „Ciszę białego miasta” świetnie się czyta, zwłaszcza jeśli ma się pod ręką, przywieziony z jakichś wakacji, plan centralnych, starych dzielnic tego wielowiekowego miasta.







[1] Eva García Sáenz de Urturi, „Cisza białego miasta”, przekład Joanna Ostrowska, wys. Muza, 2019, s. 21.
[2] Tamże, s. 31.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz