środa, 25 października 2023

20 opowiadań kryminalnych

 „Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne pod red. Harlana Cobena” – Antologia

Pierwsze, co od razu rzuca się w oczy na okładce książki, to wydrukowane największymi literami nazwisko, HARLAN COBEN. Następnie, nieco mniejszymi, tytuł: „Najlepsze amerykańskie opowiadania kryminalne”. Na koniec i tylko jeśli ktoś ogląda okładkę bardzo dokładnie, małymi literkami wyraz „redakcja”. Bardzo to nieeleganckie i moralnie problematyczne, ale zapewne pod oszustwo podciągnąć się nie da. Niewątpliwie jednak jest to jednak manipulacja, bo autorem książki nie jest Harlan Coben. Zbiór składa się z dwudziestu opowiadań, a Harlan Coben napisał do niego krótkie wprowadzenie, zaczynające się od manifestacji niechęci do wprowadzeń, a kończące stwierdzeniem, że to ostatnie zmarnowane przez czytelnika słowa w tym zbiorze.
Wszystkie te opowiadania były gdzieś wcześniej publikowane (podano nawet nazwy czasopism, w których pierwotnie je zamieszczono), a Harlan Coben podobno wyszperał je wszystkie sam, osobiście, czasem w starych lokalnych czasopismach. W to jakoś nie bardzo wierzę, ale mniejsza z tym.

Autorzy opowiadań kolejno: Brock Adams, Eric Barnes, Lawrence Block, Max Allan Collins, David Corbett, Brendan DuBois, Loren D. Estleman, Beth Ann Fennelly, Ernest J. Finney, Tom Franklin, Ed Gorman, James Grady, Chris F. Holm, Harry Hunsicker, Richard Lange, Joe R. Lansdale, Charles McCarry, Dennis McFadden, Christopher Merkner, Andrew Riconda, S. J. Rozan, Mickey Spillane, Luís Alberto Urrea.

Nie wszystkie teksty w zbiorze są opowiadaniami kryminalnymi – moim skromnym zdaniem – ale rzecz w tym, co uważa się za kryminał: brutalną zbrodnię popełnioną z premedytacją, bo może drobną kradzież wiecznego pióra urzędnikowi.

Siedemdziesięciopięcioletni wdowiec spotyka na stacji metra lub kolejowej szesnastoletnią dziewczynę, złodziejkę. Dziewczyna kradnie, by opłacić możliwość nocowania w kuchni mieszkania, wynajmowanego wspólnie przez sześć osób i podstawowe, skromne jedzenie. Stary mężczyzna proponuje jej miejsce w swoim pustawym mieszkaniu, ale bez żadnych podtekstów męsko damskich. Kiedy wdowiec dowiaduje się, że dziewczyna uciekła z domu, próbuje ją odstawić do rodziców. A chodzi o to, że stary człowiek, który już na nic w życiu nie czekał, chyba że na śmierć, znalazł dzięki nastolatce jeszcze jakiś sens w życiu. 

Czterech kolegów, może nawet przyjaciół. Opowiadanie obejmuje okres ich życia od ósmego do osiemnastego roku życia. Razem się bawią, razem uskuteczniają różne psikusy, ale prowodyr, William Wilson, wyraźnie się nudzi, może też cierpi na jakieś zaburzenia, bo wyczyny paczki kolegów stają się z czasem coraz bardziej naganne, problematyczne i ryzykowne. Chłopcy podpalają stare, puste garaże, wysadzają petardami jakieś drobne przedmioty, na przykład skrzynkę pocztową, stary toster, wiekowy czarno-biały telewizor. Wreszcie włamują się do domów. Niczego nie kradną ani nie niszczą, chyba że niechcący, ale frajdę robi im napięcie, bo oto bawią się w czyimś domu, podczas gdy domownicy śpią. Pewnego razu William Wilson przekracza kolejną granicę. W domu, do którego się włamali, wylewa na schodach łatwopalną substancję i podpala – to jest kolejne wyzwanie! Czy chłopakom uda się uciec w płonącego budynku? Udało się Williamowi Wilsonowi i narratorowi opowiadania. Dwaj pozostali stracili życie w pożarze. Po tej akcji narrator ucieka na Alaskę. Głównie po to, żeby wyzwolić się spod wpływu Wilsona.

Ocena. Jeśli nie nastawiać się, że zawsze będzie w nich o przerażających zbrodniach, bo czasem są to jednak opowiadania raczej społeczno-obyczajowe i psychologiczne, to antologię uważam za bardzo udaną. Opowiadania, co oczywiste, nie są na tym samym poziomie, ale ani jednego takiego, które uznałbym za zupełny knot. Jak to czasem ma miejsce w przypadku dzieł mistrzów polskiego kryminału i królowych polskiej sensacji, a może odwrotnie.

wtorek, 24 października 2023

Kryminały pisane według akt

 „Opowiem ci o zbrodni” – zbiór opowiadań

Zbiorek sześciu opowiadań czy nowel. Ich autorami są – znani przez niektórych czytelników – polscy twórcy literatury kryminalnej, to jest: Katarzyna Bonda, Igor Brejdygant, Wojciech Chmielarz, Marta Guzowska i Katarzyna Puzyńska.

Zbiór jest, moim skromnym zdaniem, zupełnie nieudanym eksperymentem pomysłodawcy i prowadzącego program telewizyjny o takim właśnie tytule, „Opowiem ci o zbrodni”. Stanowi tom pierwszy cyklu „Crime+Investigation”, cokolwiek to znaczy; autorzy polscy, wydarzenia w Polsce, więc… Po kolejne, a jest ich przynajmniej cztery, zdecydowanie nie sięgnę.

Autorzy kryminałów mieli za zadanie napisać opowiadania kryminalne, ale nie „z głowy”, ale w oparciu o realne wydarzenia, których opisy zaczerpnęli z dokumentacji prokuratorskiej, policyjnej i sądowej. Historię, którą wzięła na warsztat Katarzyna Bonda, znałem już z jej książki „Polskie morderczynie”, na przykład. Po co się wysilać.

W każdym razie eksperyment się nie udał, bo w efekcie ani to ciekawe opowiadanie kryminalne, ani dokument. Niech będzie, że to taki fabularyzowany dokument (określenie mocno naciągane, bo zdarzają się takie konstrukcje naprawdę dobre), ale… mierny.

niedziela, 22 października 2023

Sentymentalne o dzieciństwie

 „Było. Nostalgicznie o czasach przełomu” – Sebastian Markiewicz

Na coś takiego właśnie miałem ochotę – zbiór prostych, zwyczajnych polskich opowiadań. Autor (ur. w 1978 r. w Warszawie, absolwent filologii rosyjskiej) opisuje w kolejnych opowiadaniach swoje dzieciństwo i dorastanie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Jest w nich mowa o grze w piłkę nożną, o dojeżdżaniu do szkoły, o ciekawych nauczycielach, o klasowych i podwórkowych przezwiskach, o paleniu papierosów w szkolnej szatni, o pierwszych doświadczeniach z alkoholem. Trochę nostalgicznie, trochę z humorem.

Zbiór składa się z opowiadań:
Dzieciństwo. Szkic
Przydział
Autobus do nieba
Obym cudzych dzieci nie uczył
A imię jego
Z gier i zabaw
Gramy na wyjeździe
Podzwonne dla Ikarusa
Dicere quae puduit scribere iussit Amor
Ciotka Mariolka
Dziś prawdziwych przyjaźni już nie ma
Kanikuła
Bracia mniejsi
Wolę Wolę.

Jedno tylko wydawało mi się zaskakujące  – cały czas miałem wrażenie, że Markiewicz opisuje lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte.



wtorek, 17 października 2023

Sprawiedliwość? Nie dla nich!

Nigdy w życiu nie byłem w Białymstoku. Nie znam bliżej nikogo stamtąd. W pewnej scenie filmowej aktor, grający mieszkańca tego miasta, wypowiada się egzotycznym (z mojego punktu widzenia), ale pełnym uroku, dialektem. Tyle wystarczyło, żebym nabrał sympatii.

„Pochłonięte” Bielska napisała dziwnym językiem. Właściwie nie wiem, czy to zwyczajne błędy, czy przekonanie autorki, że w powieści język musi być ambitny i udziwniony, bo zwyczajny, to całkowicie odpada, czy wreszcie jest to białostocka gwara. Ze względu na sympatię, o której wspomniałem, założyłem optymistycznie, że chodzi o to trzecie.

Na wstępie Olga nie widzi wnętrza dworca. Jeszcze nie został pierwszorzędnie odnowiony[1].

Dlaczego nie widzi, ciemno tam jest? A dworzec, jak rozumiem, został odnowiony, ale jeszcze nie pierwszorzędnie, czy tak?

Warszawa do dzisiaj nie ma takiego holu z florystycznymi zdobieniami. Wysoka, śmigająca pastelowymi ścianami ku sufitom, pod którymi będą płonęły jaśniste misy lamp[2].

Wysoka? Czego dotyczy określenie „wysoka”? Przy okazji można się też domyślać, że rzeczywiście było ciemno, bo te „jaśniste” misy dopiero będą płonęły w przyszłości.

Do miasta najkrócej można dojść przez pieszy wiadukt nad torami i dalej ulicą św. Rocha. Niezmiernie rozrzuconą stylistycznie[3].

Rozrzuconą? W mojej lokalnej gwarze byłaby pewnie mowa o zróżnicowanej stylistyce.

Brzydota, niechlujstwo i smrodliwy dół nie wypływają już zza zakrętów[4].

Dół wypływający zza zakrętu jakoś trudno mi sobie wyobrazić, ale brzmi… groźnie.

Miałem, powiedzmy, obywatelskie zatrzymanie.
- Chyba obatelskie – zaśmiał się prokurator[5].

To już mnie zaintrygowało. Gwara białostocka czy może nawiązanie do Ryszarda Czarneckiego?

Brama opryskana cieniami gałęzi, drapiąca czerwień kościoła, zbanalizowane ściany, szyldy z nowymi knajpami (u mnie byłyby zapewne knajpy z nowymi szyldami) – intrygujące środki stylistyczne, a do tego specyficzna, możliwe, że lokalna, składnia. Dlatego pozwoliłem sobie określić ten język jako egzotyczny.

Zaczyna się od tego, że do Białegostoku wraca dziennikarka i historyczka, Olga Bukowska. Dość miała korporacyjnego kołowrotu i dosyć bardzo poważnych problemów osobistych, więc postanowiła wrócić na dawne śmieci, schować się przed brutalnym życiem, złapać dystans, a może zacząć wszystko jeszcze raz od początku.

Akcja powieści dzieje się od wiosny do jesieni 2020 roku. W Białymstoku popełniono morderstwo. Zwłoki trzydziestokilkuletniej kobiety, ubranej jedynie w naszyjnik, znaleziono siedzące na medycznym stołku w tunelu, łączącym różne obiekty szpitala wojewódzkiego. Zwłoki miały różowy odcień, więc sprawie – jakże oryginalnie – nadano kryptonim „Róża”.
Sprawę prowadzi prokurator Robert Narwiański, będący właśnie na przymusowym, zaległym urlopie (dziwne zwyczaje w tym mieście panują). Wybrał się do prosektorium zapytać lekarza ostatniego kontaktu o przyczyny śmierci ofiary i ewentualnie narzędzie zbrodni.

Ale nie mam wątpliwości, czym ją zabito. – Gdy podniosła wzrok, widziała już tylko tył płaszcza Narwiańskiego[6].

Ups! Prokurator w rozmowie z atrakcyjną anatomopatolożką wychodzi, jakby nie był zainteresowany, czym zabito ofiarę? Czy nie po to przyszedł? Zaczyna być dziwnie.

Policja publikuje w prasie zdjęcia naszyjnika, licząc na to, że może w ten sposób uda się ustalić personalia denatki. Naszyjnik rozpoznaje Olga Bukowska; był w jej rodzinie od zawsze, ale zaginął gdzieś, jakoś, w latach siedemdziesiątych.

Wkrótce na Dworcu Fabrycznym znalezione zostają różowe zwłoki nagiej kobiety, lat pięćdziesiąt sześć, usadowionej na blokach podkładów kolejowych, a dzień później ciało kolejnej ofiary, również specyficznie upozowanej, po chwili pojawia się kolejna ofiara i następna… W urokliwym Białymstoku grasuje seryjny!

Tak się ta powieść zaczyna. Śledztwo albo dochodzenie w sprawie seryjnego zabójcy, historia miasta, trudne i pokomplikowane relacje emocjonalne prokuratora z kobietami. Związki innych bohaterów, bo wątków uczuciowych i trudnych relacji zabraknąć nie mogło.

Nagle okazuje się, że wszyscy wiedzą, że morderca, nazwany przez media szprycerem, zabija ofiary, wstrzykując im fenol bezpośrednio do komory serca. Narwiański i policja uznają to za dowód, że sprawa ma korzenie w odległej, wojennej przeszłości, być może chodzi o jakąś zemstę za coś, co wydarzyło się w czasie okupacji, bo zastrzykiem fenolu w serce zabijali hitlerowcy w obozach. Bardzo jest to naciągane i zastanawiałem się, czy gdyby ktoś otruł się w Białymstoku gazem, to też byłyby powiązania z niemieckimi komorami gazowymi.
Jedna z ofiar miała na skórze namalowany brązowy trójkąt; tak w obozie oznaczano Romów lub Sinti (grupa etniczna pokrewna Romom i wraz z nimi określana zbiorczym mianem Cyganów). Wszystkie zamordowane miały, jak się to wkrótce okazało, problemy onkologiczne.

Skoro pojawiły się poszlaki, że sprawa może mieć związek z Romami, zrozumiałem tytuł – pochłonięcie (z romskiego porajmos) to odpowiednik żydowskiego holokaustu, tyle że w tym przypadku dotyczy ludobójstwa Romów.

Olga zaczęła od razu od konkretów. – Z niemieckiego winkiel, czyli trójkąt, oznaczał kategorię więźnia[7].

No, proszę… A mnie się wydawało, że trójkąt to po niemiecku Dreieck lub Triangel, bo winkiel to po prostu kąt. Na śląsku do dziś mówią „za winklem”, co oznacza, „za rogiem budynku”. Wystarczyło sprawdzić w słowniku.

Autorka przy każdej okazji, a czasem i bez okazji, opisuje Białystok. Także taki, jaki był kiedyś, za „komuny” albo i przed wojną, nawet pierwszą. Daje się odczuć jej szczególny sentyment do tej miejscowości. Opisy miasta, jego obiektów, zmian, jakie następowały w przeciągu trzystu lat, zajmują kilkanaście procent powieści; czasem stronę i więcej. Z przykrością jednak stwierdzam, że mimo detalicznych opisów, nijak nie potrafiłem sobie tych miejsc wyobrazić.

Popalali skręcony tytoń przed angażującą naprawą przeciekających rur w mieszkaniu emerytki na piętrze bloku, przy trzech blaszanych barakach przerobionych z garażu na skład rupieci przy zabytkowej kamienicy, którą właśnie minęli[8].

Podobnych konstrukcji jest w książce więcej, także problemów z chronologią, a ja – ze smutkiem – zaczynałem zdawać sobie sprawę, że mój sentyment do sceny w filmie „Piłkarski poker”, jednak nie wystarczy. Rozumiem zaangażowanie autorki tematem losów Romów i Sinti, ogromną niesprawiedliwość, jaka ich spotkała i która w pewnym sensie trwa nadal, ale… „Pochłonięte” to po prostu kiepskie pisarstwo i chyba jednak brak jakiejkolwiek redakcji. Jeśli dodać do tego niewątpliwie niebanalną, ale mocno naciąganą fabułę i wielce problematyczne zakończenie, to… Polecać byłoby mi trudno.



---
[1] Martyna Bielska, „Pochłonięte”, Novae Res, 2023, s. 8.
[2] Tamże.
[3] Tamże.
[4] Tamże, s. 9.
[5] Tamże, s. 22.
[6]. Tamże, s. 39.
[7] Tamże, s. 132.
[8] Tamże, s. 156.




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

środa, 11 października 2023

Ploteczki o naszych noblistach

 „Nobliści skandaliści” – Sławomir Koper

Koper, jaki jest, każdy widzi. Historyk, scenarzysta programów dokumentalnych, pojawiał się w radiu i telewizji jako ekspert, ale przede wszystkim jest on autorem kilkudziesięciu książek plotkarsko-historycznych. Jeśli szukam książki historycznej na określony temat lub dotyczącej konkretnych osób czy zdarzeń, to na pewno w wynikach wyszukiwania wyskoczy mi Sławomir Koper. Jagiellonowie? Owszem, jak najbardziej. Historia polskich Kresów? Oczywiście i to niejedna. Polscy szpiedzy? Jasne! Terroryści i zamachowcy? Nie mogło ich braknąć. Historia mistrzostwa Europy w piłce nożnej, seks w starożytnej Grecji, kobiety w życiu Mickiewicza, co bardziej znani zdrajcy i artystki PRL? Tak, tak, tak!

„Nobliści skandaliści” to pikantne, choć nie zawsze erotyczne, ciekawostki o polskich laureatach niezwykle prestiżowej Nagrody Nobla. Są to: Szymborska, Miłosz, Skłodowska-Curie, Reymont, Sienkiewicz, natomiast nie ma Wałęsy. Koper twierdzi, że pominął go z premedytacją z dwóch powodów, moim zdaniem, mało przekonujących. Więc Lech Wałęsa nie pojawia się w tym zbiorze, bo już napisano o nim kilka książek (w tym żona, Danuta Wałęsa) – czyżby o pozostałych polskich noblistach nie było żadnych publikacji? Poza tym Lech Wałęsa nie, bo nie dałoby się o nim pisać, bez poruszania tematów politycznych, a tych Koper postanowił się wystrzegać w tej publikacji (i bardzo dobrze). Jednak czy naprawdę nie dałoby się opisywać pikantnych szczególików z życia Wałęsy bez mieszania w to polityki? Ale Skłodowskiej-Curie bez wzorów chemicznych jakoś się dało, prawda?

Kiedy Koper porusza kwestie finansowe, to dawne waluty przelicza na dzisiejsze euro i to może mieć nawet pewien sens. Rzeczywiście trudno byłoby się rozeznać, czy ileś tam dawnych franków lub guldenów, to duża, czy mała kwota. Jednak gdy cytował archiwalne listy, pamiętniki lub dokumenty, przerabiał ich tekst na współczesną polszczyznę. Być może dzięki temu zabiegowi łatwiej się je czyta, ale wyraźnie tracą one w ten sposób na autentyczności, a w książce historycznej ma ona ogromne znaczenie.

Fakt, że Skłodowska-Curie miała romans, albo że Reymont oszukańczo wyłudził ogromne odszkodowanie i inne takie, nie robiły na mnie większego wrażenia, bo moja ekscytacja takimi informacjami skończyła się bardzo dawno temu, wraz ze spotkaniem pana Łaszcza, o którym pisałem tutaj: https://nakanapie.pl/Meszuge/blog/pan-laszcz

Do zalet „Noblistów skandalistów” – oraz mnóstwa innych książek tegoż autora – zaliczam lekkie pióro. To się naprawdę czyta bez wysiłku, choć nie sądzę, żeby z tej lektury wynikało cokolwiek po, na przykład, trzech latach. Natomiast w trakcie czytania rozrywka jest niezła, choć bez większych ambicji. Jednak trudno mieć o to pretensje do autora - w tytule wyraźnie jest mowa o skandalach, a nie o nauce historii.

poniedziałek, 9 października 2023

Dobrze zrozumieć i pamiętać

 „Czas wilka” – Harald Jähner

Co wiemy o Niemcach i Niemczech? Rozpętali wojny światowe, zbrodniarze wojenni, gestapowcy i esesmani, ludzie bardzo zdyscyplinowani, stworzyli kraj niesamowicie silny gospodarczo, prawdopodobnie najbogatszy kraj Unii Europejskiej. Czego zwykle nie wiemy o Niemcach i Niemczech? Co i jak było pomiędzy tymi hitlerowcami, a obecnym dobrobytem i stabilną polityką. Ten czas, mierzony w latach, jakby nie jest obecny w świadomości współczesnych Europejczyków i na pewno nie tylko ich. Trochę to zafałszowany obraz, bo wydaje się taki… czarno-biały, zero-jedynkowy. Jakby od godziny zero (zakończenie drugiej wojny) Niemcy od razu wskoczyli na obecny poziom.

Dzieci na lekcjach historii uczy się, że 8 maja 1945 roku, bezwarunkową kapitulacją Niemiec zakończyła się druga wojna światowa w Europie. Ale tak naprawdę 8 maja nie wydarzyło się nic szczególnego – to data umowna.

Dla Friedricha Lufta godzina, którą miano nazwać później godziną zero, wybiła 30 kwietnia. W tym samym czasie sześćset czterdzieści kilometrów dalej na zachód, w Akwizgranie, od zakończenia wojny minęło już pół roku; Amerykaninie zajęli to miasto jako pierwsze w październiku 1944 roku. W częściach Duisburga znajdujących się po lewej stronie Renu wojna dobiegła końca 28 marca, w tych po prawej stronie – dopiero szesnaście dni później. Nawet co do oficjalnej kapitulacji Niemiec istnieją trzy różne daty. Generał pułkownik Alfred Jodl podpisał bezwarunkową kapitulację 7 maja w Reims w kwaterze głównej generała armii Stanów Zjednoczonych Dwighta D. Eisenhowera. Chociaż dokument ten wyraźnie uznawał za zwycięzców zarówno zachodnich aliantów, jak i Armię Czerwoną, Stalin upierał się przy powtórzeniu ceremonii w jego obecności. Stąd też 9 maja Niemcy skapitulowały raz jeszcze; tym razem w sowieckiej kwaterze głównej w Berlin-Karlshorst akt kapitulacji podpisał feldmarszałek Wilhelm Keitel. Na użytek podręczników historii zwycięskie mocarstwa zgodziły się na dzień pomiędzy obiema tymi datami, 8 maja, w którym właściwie nic się nie wydarzyło*.

„Czas wilka” to właśnie ten przejściowy, kilkuletni okres w podzielonych na strefy Niemczech, pomiędzy końcem wojny światowej, a krajem, państwem i narodem zbliżonym do współczesnego. Okres realnie bardzo trudny (nawet, jeśli się to Niemcom należało), w którym nie wiadomo było, co będzie dalej, w którą stronę pójdą, co z nimi będzie, na jakich zasadach. Kształtu nabierały nowe Niemcy, ale też zmieniała się, kształtowała i budowała nowa mentalność Niemców. Warunki i okoliczności zmieniły się diametralnie i większość społeczeństwa musiała się do tego jakoś przystosować. Bez względu na to, czy byli zwolennikami Hitlera, czy też jego przeciwnikami.

„Czas wilka” Haralda Jähnera jest to, formalnie rzecz biorąc, reportaż. Bardzo rozbudowany, historyczno-literacki. Autor prezentuje w nim fakty, wypisy z różnych dokumentów, dane liczbowe, ale też wypowiedzi zwyczajnych ludzi, którzy w tamtym okresie starali się jakoś dostosować i po prostu przetrwać, w jakiś sposób dalej żyć.
Autorowi, niemieckiemu dziennikarzowi, udało się uniknąć pułapki zawsze obecnej w tym temacie, to jest dzielenia Niemców na złych i dobrych, i moralnej oceny ich postaw, a także współczucia i usprawiedliwiania. Bo nie o tym jest ta książka! A jest o specyficznym czasie w historii narodu i zmianach, jakie wtedy następowały. 
Wyjątkowo intrygujące wydawały mi się postawy niemieckich Żydów i tych niewielkich gmin żydowskich, które przetrwały, a które teraz rościły sobie prawo do zrabowanych Żydom dóbr kulturowych. Jednak bardziej istotna wydawała się kwestia przyszłości żydowskiego życia wspólnotowego w Niemczech. Co może wydawać się zaskakujące, wielu z nich postanowiło w nowych Niemczech pozostać. Hannah Arendt uważała, że była to dla nich kwestia honoru. To też nie musi być łatwe do zrozumienia. A to przecież tylko jeden z wielu wątków.

Książkę wzbogacono archiwalnymi fotografiami – szkoda, że jest ich niewiele. Rozległa bibliografia dowodzi poważnego podejścia autora do tematu i wiarygodności..




---
* Harald Jähner, „Czas wilka”, przekład Arkadiusz Żychliński, Wydawnictwo Poznańskie, 2021, s.12.


czwartek, 5 października 2023

Zbrodnie pszenno-buraczane

 „Polskie morderczynie” –Katarzyna Bonda

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy albo może zgrzytnęło, jak pumeks potarty o szybę, to zdanie ze wstępu lub przedmowy „Książka oparta na faktach. Powstała, aby pokazać, że nic nie jest czarno-białe”. Zwróciłem na to uwagę, bo to po prostu ewidentna bzdura. Być może, i tylko teoretycznie, dałoby się napisać książkę s-f, w której nic nie będzie czarno-białe, ale coś takiego nie jest możliwe w przypadku faktów.

W życiu można zaobserwować mnóstwo odcieni szarości, ale czasami, i wcale nie tak rzadko, coś bywa czarno-białe, zero-jedynkowe. „Zbrodnia to niesłychana. Pani zabija pana” – pamiętam chyba jeszcze z podstawówki. Więc albo go zabiła, albo nie – tak lub nie, czarne albo białe. Kwestie motywów, okoliczności, wymiaru kary i inne takie, są już kwestią wtórną.
Przekonanie, że nic nie jest czarno-białe razi zwłaszcza w połączeniu ze słowem „fakt”. Faktem jest, że dziś nie mam psa. Faktem jest, że była bitwa pod Lenino. Faktem jest, że zdałem maturę. Faktem jest, że Gierek był członkiem PZPR. Faktem jest… Wszystkie te fakty, oraz z milion innych, są właśnie zero-jedynkowe.

Skoro pani Katarzyna Bonda ma tak dziwaczne podejście do życia i faktów w tymże życiu, resztę książki musiałem czytać bardzo, bardzo ostrożnie. Więc trochę to trwało.

„Polskie morderczynie” napisane zostały bardzo schematycznie, a schemat każdego z czternastu rozdziałów jest zwykle taki sam i składa się z wypowiedzi sprawczyni lub współsprawczyni zabójstwa, i nie musi ona dotyczyć samej sprawy, bo bywa, że życia w ogóle, związków, dzieci, przekonań itd., następnie relacja autorki zbudowana na bazie akt sądowych – w tym kawałku pani Katarzyna Bonda prezentuje ustalenia śledczych lub sądu, ale także – nie wiem czy w pełni świadomie – okoliczności łagodzące i inne wyjaśnienia, i usprawiedliwienia.

Prosty język, nie za dużo treści na każdy przypadek/osobę/zdarzenie, więc na początku czytałem z zainteresowaniem. Jednak mniej więcej od połowy książki zaczęły stawać się te relacje stawać coraz bardziej nużące, właśnie dlatego, że takie schematyczne, powtarzalne i – w pewnym sensie – banalne.

Ryszard nawet się nie poruszył, był pijany i spał, kołdrą miał nakrytą także głowę. Danuta ściągnęła kołdrę i z całej siły uderzyła go w twarz. Przeklinała go, chciała się kłócić. Kiedy nadal nie reagował, ściągnęli go na podłogę i zaczęli bić. Robert bił go po twarzy kawałkiem płyty chodnikowej, którą wziął ze sobą po drodze. Danuta kopała go po genitaliach, a potem wzięła nóż i chciała je odciąć. Janina najpierw uderzyła go w głowę butelką, potem kaleczyła go odłamkiem szkła, a następnie zadawała ciosy nożem na oślep - w klatkę piersiową, ręce, brzuch. Potem wszyscy zaczęli po nim skakać. Janina i Robert stawali na jego klatce piersiowej i krtani. Janina kopała go obcasami szpilek po twarzy i klatce piersiowej*.

Parafrazując słowa starej piosenki, można byłoby napisać, że dziś prawdziwych morderczyń już nie ma – żadnej w ich działaniach finezji, poważnej tajemnicy, skomplikowanej intrygi, gry z organami ścigania. Jest za to wyraźny niedobór wykształcenia (z wyjątkiem lekarki pogotowia, atrakcyjnej Małgorzaty, która zabiła żonę swojego kochanka), wódka, chciwość, zemsta, przemoc i patologia domowa. Takie te zbrodnie… siermiężne.




---
* Katarzyna Bonda, „Polskie morderczynie”, wyd. Muza, 2013, s. 35.