piątek, 1 lipca 2022

Tajemniczy, sławny, przegrany

 „Żongler. Romain Gary” – Agata Tuszyńska

Raz już natknąłem się na biografię w taki właśnie dziwny sposób napisaną, a była to biografia Rafała Wojaczka napisana przez Bogusława Kierca (warto zerknąć, bo od razu będzie wiadomo, o co chodzi: http://autopamflet.blogspot.com/2007/12/b-kierc-i-wojaczek.html). Wygląda na to, że nie tylko Kierc pisał biografie tak… specyficznie. Więc może to jakaś nowa odmiana biografii, może – uchowaj Boże – jest takich więcej?

„Żongler” to właściwie dwie książki. Jedna mogłaby nosić tytuł „Ja, Agata Tuszyńska”. Druga „O Romanie Kacewie”. Skoro już zostały połączone w jedną całość, to szkoda, że tekstów każdej z nich nie wyróżniono kolorami – wiedziałbym, których fragmentów unikać.

„Życie przed sobą” poleciła mi ciotka. Miałem wtedy może ze dwadzieścia lat. Na zachętę ciotka dodała, że autor, Émile Ajar, pisał też pod pseudonimem Romain Gary, ale wydawcy i krytycy bardzo długo nie wiedzieli, że to ta sama osoba. Pod obiema pseudonimami zdobywał liczące się nagrody literackie. Wyobrażałem sobie, że zapewne miał wiele uciechy śledząc dyskusje profesjonalistów, którzy porównywali pisarstwo jednego i drugiego oraz dowodzili wyższości raz tego, raz tamtego. O tym, że tych nazwisk i osobowości było dużo więcej, dowiedziałem się znacznie później. Także i tego, że te metamorfozy nie były ze strony Kacewa/Gary/Ajara intelektualną zabawą, że miały charakter eskapiczny. A „Życie przed sobą” do dziś uważam za jedną z najlepszych książek, jakie czytałem. Jest ona po prostu genialna.

Tuszyńska o swojej pracy:
Trudnię się dziwacznym zajęciem. Zajęciem niekoniecznym. Zbieram linie papilarne ulic. Zdejmuję je ze schodzonych chodników teraźniejszości. Robię to bez użycia narzędzi. Gołymi rękami, z pomocą oczu i nosa. Przenikam w głąb, pod skórę czasu…[1].

Biografia Romana Kacewa (Romaina Gary, Émile’a Ajara) to koszmarne wyzwanie. Razem z matką tworzyli wiecznie nowe osobowości, zmieniali imiona, nazwiska, dane biograficzne w ogóle, wszystkie możliwe informacje o sobie. Udawali, konfabulowali, grali. Z paszportu Miny Kacew łatwiej można dowiedzieć się, kiedy kupiła buty (sic!), niż cokolwiek pewnego o niej samej. Tropiąc zagmatwane ślady pisarza i jego rodziny Tuszyńska wykonała kawał dobrej roboty. Jednak… Nie byłem w stanie gładko dryfować z nurtem potoku jaźni Agaty Tuszyńskiej. Co chwilę obijałem się o jakieś przeszkody, zdania, określenia, pojęcia, wyrazy, które nie pasowały mi do narracji i ją rozbijały.

Tymczasem po raz szósty się przeprowadzali, więc kufry, pakowanie, kulisy[2].

Kulisy? Jakie kulisy? Kulisy to, zdaje się, część teatru za sceną, niewidoczna dla widzów. Może chodziło o kulisów, którzy podczas przeprowadzki dźwigali toboły z rzeczami? W końcu uznałem, że to zapewne jakiś skrót myślowy autorki. Gdybym był w stanie podążać śladami jej myśli, to zapewne bez chwili wahania wiedziałbym, o co chodzi. Jednak coś takiego rzadko mi się udawało, a takich momentów jest w książce więcej.

Kameleonowate nie dostosowują swojej barwy do otoczenia, podłoża – barwa zwierzęcia zmienia się wraz ze zmianą stanu fizycznego i emocjonalnego, zmianą temperatury i natężenia światła, jest też formą komunikacji z innymi osobnikami. To informacje z końca mojej podstawówki. Jednak na swoich dziwnych przekonaniach na temat kameleonów Tuszyńska zbudowała poważną interpretację postaw i zachowań Romana Kacewa. Choć przecież wiedziała, choćby z Wikipedii (rozpoznałem tekst w książce, s. 201), jak to naprawdę jest w tymi kameleonami. A może jej przekonania wydawały jej się bardziej wartościowe i barwne niż fakty.

Intrygujące wydały mi się rozważania Tuszyńskiej na temat popularności biografii. Czemu po nie sięgamy (my – czytelnicy), dlaczego o jakiejś postaci chcemy wiedzieć dużo, jak najwięcej, najlepiej wszystko? Wprawdzie ja lubię biografie z powodów innych niż wymienia Tuszyńska, ale jej propozycje uważam za wyjątkowo ciekawe. Wartościowych kawałków jest w książce więcej.

Zaskoczyła mnie trochę ocena Miny Kacew. Tuszyńska pisze o niej zwykle z podziwem i aprobatą. Jaka ona odważna, jaka wyzwolona! Tak? Bo porzuciła dwóch mężów i synka? Bo zafiksowała się na karierze drugiego syna, któremu wdrukowała w psychikę, że za wszelką cenę musi być kimś? Roman miał być genialnym matematykiem, ale nic z tego nie wyszło, bo nie radził sobie nawet z prostymi rachunkami. Miał zostać światowej klasy skrzypkiem, ale i ten pomysł nie wypalił, bo nie dawał sobie rady z instrumentem. Miał być tancerzem baletowym i tu podobnie, nici. Kiedy okazało się, że jedyny talent jaki przejawia, to malowanie, matka… zabrała mu farby, bo wszyscy malarze to tylko pijacy i degeneraci. Kiedy już wszystko zawiodło, jedyne co mu zostało, to pisarstwo. Ciekawe jak się czuł dzieciak i dorastający chłopak z wiecznie rozczarowaną nim matką…

Istotnym plusem książki są zdjęcia, za nie jestem autorce naprawdę wdzięczny. Inaczej jest z listami Tuszyńskiej do Kacewa. Nie wiem, czy są one prawdziwe, czy tylko pisane „pod” biografię Ajara, to nie ma znaczenia, bo przecież nigdy nie wysłane (powstawały wiele lat po jego samobójczej śmierci w 1980 roku). Przede wszystkim zupełnie w tej książce zbędne. Może naprawdę koncentrowanie się non-stop na kimś innym, a nie na sobie, jest takie trudne? Z drugiej strony w „Butach Ikara” Mariana Buchowskiego (http://autopamflet.blogspot.com/2015/02/edward-stachura-mit-bez-mitu.html) i pewnie ze stu innych biografiach, jakie czytałem, nic takiego nie ma.

Pewnego typu manipulacje nie podobają mi się bardzo. To takie chwyty poniżej pasa. Na przykład spotkanie z Simenonem.

Gary odwiedził twórcę komisarza Maigret w Ameryce, spędzili wspólnie kilka dni. Nie wiem, czy udało im się omówić najważniejsze samcze kwestie, byli w towarzystwie żon. Nie wiem, na ile spotkanie przybrało formę pawiego pojedynku o to, czyje pióra potężniejsze[3].

Wbrew pozorom wielu czytelnikom wcale niełatwo będzie zauważyć to, co jest tutaj najważniejsze, czyli: NIE WIEM. Sztuczkę tę Tuszyńska stosuje w książce wiele razy. Po co pisać coś, czego się nie wie? To proste! Żeby insynuować! W biografii, rzetelnej biografii, oczekuję faktów, a nie złośliwych insynuacji. Gdybym tak napisał, że nie wiem, czy Tuszyńska w młodości uprawiała seks za pieniądze, to przecież wszystko byłoby w porządku i niczego zarzucić mi nie można, bo przecież wyraźnie napisałem, że nic o tym nie wiem, czyż nie tak? Otóż nie. Według moich standardów jednak nie. I właśnie dlatego o prowadzeniu się autorki jednak nic nie napiszę. Bo nie wiem.

„Następnym razem, kiedy obrażą wobec ciebie twoją matkę, chcę, żeby cię przynieśli do domu na noszach… Całego we krwi, żebyś nie miał ani jednej niepołamanej kości…”.
To jeszcze nie wystarczyło, nie uśmierzyło jej wściekłości.
„Masz mnie bronić! I nic mnie nie obchodzi, co ci mogą zrobić ich pięści. Cierpi się od czego innego. Jeśli będzie trzeba, masz dać się zabić”[4].

Mam pewien kłopot z oceną „Żonglera”. Czy Agata Tuszyńska potrafi pisać, czy ma wykształcony warsztat twórczy? Owszem, jak najbardziej, to nie ulega wątpliwości. Na okładce książki ktoś wyznał, że kocha pisarstwo Agaty Tuszyńskiej i nawet mnie to nie dziwi, bo naprawdę sprawnie operuje słowem. Tyle tylko, że mnie się jej pisarstwo nie podoba. Gdyby nie Émile Ajar (i „Życie przed sobą”, i zdjęcia) rozstałbym się z tą książką po czterdziestu kartkach.
Ostatecznie i żeby nie było wątpliwości: książkę polecam i oceniam bardzo wysoko, ale moja ocena dotyczy "O Romanie Kacewie".






---
[1] Agata Tuszyńska, „Żongler. Romain Gary”, Wydawnictwo Literackie, 2022, s. 16.
[2] Tamże, s. 35.
[3] Tamże, s. 382.
[4] Tamże, s. 142.


wtorek, 28 czerwca 2022

Zagadka śląskiego uzdrowiska

„Empuzjon” – Olga Tokarczuk

Od połowy książki zastanawiałem się, jak ewentualnie oddać jej ideę, jej istotę. Bo nie o fabułę mi chodziło – ta jest dość oczywista i w pewnym sensie prosta. W końcu przypomniało mi się coś. Niedaleko mojej firmy był warzywniak, taka zwykła budka z owocami i warzywami. Sprzedawała tam wyjątkowa kobieta. Jakieś 27-33 lata, inteligentna, spokojna, mądra, życzliwa i bardzo ładna. Chodziłem tam często po kilka ogórków kiszonych, najlepszych w mieście, jednak głównie po to, żeby móc ją przez chwilę oglądać, zamienić z nią kilka słów. W związku z pracą przy ziemniakach, burakach, ogórkach i rzepie, ta niesamowicie atrakcyjna pani miała mocno zniszczone ręce. Na ręce zawsze zwracam uwagę, u obu płci.
Opisałem w kilku zdaniach fabułę, fakty, okoliczności, zdarzenia, miejsce, natomiast istotą rzeczy, jej ideą, tym, co naprawdę ważne, są moje wspomnienia i uczucia z nimi związane, bo trochę tu nostalgii, odrobina zachwytu, sympatia, współczucie i żal – do losu lub Boga – z powodu tych rąk.
Tak to właśnie jest z „Empuzjonem”. Osobisty, momentami intymny, zapis uczuć i emocji, związanych ze zwyczajnymi (no, nie zawsze) zdarzeniami.

Empuza (ew. Émpousa,) to w mitologii greckiej straszliwa zjawa. W wyobrażeniach ludowych przybierała rozmaite postaci; muła, byka, kobiety z jedną nogą spiżową, a drugą z krowiego gówna. Empuzjon byłby więc miejscem grasowania takiego demona.

Akcja powieści toczy się w początkach dwudziestego wieku, przed pierwszą wojną światową; Polski nie ma jeszcze na mapie (rozbiory). W uzdrowisku w Görbersdorf, (Sokołowsko na Dolnym Śląsku) od wielu już lat działa znane w Europie sanatorium doktora Brehmera dla chorych na gruźlicę, prowadzonym w powieści przez doktora Semperweißa. Zamożniejsi pacjenci mieszkają w domu uzdrowiskowym (kurhausie). Pozostali w Pensjonacie dla Panów albo nawet w wynajętych pokojach na wsi.

Mieczysław Wojnicz, student ze Lwowa, Polak, w pensjonacie Wilhelma Opitza poznaje kilku innych kuracjuszy. Z Breslau, Berlina, Wiednia. Przede wszystkim jest to towarzystwo niemieckojęzyczne – od Rosjan i innych Polaków Wojnicz raczej stroni. Panowie, zapewne z nudów, rozmawiają na wiele różnych tematów, nadużywając przy okazji lokalnego specjału, nalewki Schwärmerei (z dodatkiem specyficznych grzybków). Zajmuje ich szczególnie polityka, formy rządów, zalety i wady demokracji, demonologia, filozofia i inne. Także płeć piękna, kobiety, ale tymi – mizogini pełną gębą – raczej gardzą, podobnie jak nową nauką, psychoanalizą.
Opitz organizuje swoim gościom wycieczki po okolicy. Bywają one czasem połączone z degustacją obrzydliwych potraw znanych i przyrządzanych jedynie przez tubylców.

Na miejscowym cmentarzu Wojnicz odkrywa pewną prawidłowość – wielu mężczyzn w sile wieku umiera tu na początku każdego listopada. Te podejrzane zgony wydają się wypełniać lokalne legendy i przesądy z tajemniczymi i niebezpiecznymi Tuntschi w tle. Nie jest to jedyna tajemnica czy zagadka. Podejrzane samobójstwo Opitzowej, dziwny obraz, który Wojnicz dostał do Thila z Berlina (jedynego rówieśnika wśród kuracjuszy), przed jego śmiercią, przekonanie tego ostatniego, że w okolicach Görbersdorf zabija pejzaż tego miejsca, bo przecież jest absolutnie identyczny jak wykres jego temperatury.
W trakcie lektury pojawiają się też w „Empuzjonie” inne sekrety. Thilo był pederastą (z niemiecka schwule, sodomita) i zdecydowanie nie tylko on. Mieczysław Wojnicz zakrada się na poddasze do pokoiku Opitzowej i przebiera w jej rzeczy… Pod sam koniec robi się wręcz sensacyjnie, a nawet strasznie.

Ostatecznie w konfrontacji faktów, rzeczywistości, realnych zdarzeń i wydarzeń, z uczuciami, przeżyciami i doświadczeniami emocjonalnymi, wygrywają zdecydowanie te ostatnie, bo rzeczywistość jest w tej powieści jedynie tłem dla skomplikowanych kwestii „dusznych”.

Dawno nie zetknąłem się z tak bogatym spektrum środków stylistycznych i to na bardzo wysokim poziomie. Właściwie jedno tylko porównanie wydało mi się niezbyt wysokiego lotu (poły peleryny czarne, jak skrzydła kruka). Więc tym bardziej „Empuzjon” odróżnia się od warsztatu pisarskiego królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji.

O związkach „Empuzjonu” z „Czarodziejską górą” pisał nie będę – są oczywiste, a poza tym w wywiadach zwracała na nie uwagę sama Olga Tokarczuk. Oczywiście, można czytać „Empuzjon” bez znajomości Manna, jednak podejrzewam, że wtedy nie będzie to już ta sama powieść. Choć też ciekawa.

Swoją gawędę o tej książce postanowiłem oznaczyć jako spoiler, bo zwracam w niej uwagę na pewne elementy podstawowej fabuły. Nie one stanowią o wartości tej powieści, moim zdaniem, ale dla czytelników powierzchownych i bezrefleksyjnych i to może okazać się za dużo.




niedziela, 19 czerwca 2022

Niepociumani dementorzy itp.

 „Nie daj sobie spieprzyć życia” – Jarosław Gibas

Na początku autor definiuje pojęcia, którymi się posługuje, co często sprowadza się do polemiki z poglądami psychologów lub innych naukowców. Na przykład psychologowie uważają, że to zachowanie pewnych osób bywa toksyczne, ale nie one same. Jarosław Gibas ma inne zdanie na ten temat. Zaskoczyło mnie to nieco, bo wszystkie przykłady toksycznych osób w książce, dotyczą właśnie i tylko ich zachowania. Ktoś jest wulgarny, ktoś sabotuje zapał i pomysły zespołu, ktoś zadręcza innych narzekaniem i użalaniem się, ktoś przerzuca na innych odpowiedzialność, ktoś wiecznie odgrywa rolę ofiary itp.

W drugim rozdziale, w którym autor wyjaśnia i omawia toksyczność, znalazłem mocno rozbudowaną jej definicję; opisową raczej, a nie naukową, bo „osoba toksyczna” to nie jest pojęcie naukowe, a na końcu szokujące stwierdzenie:

I to najlepsza definicja osoby toksycznej w twoim otoczeniu. Nie jest w niej najistotniejsze to, jaka jest ta osoba, co mówi i robi, ale to w jaki sposób jej aktywność wpływa na przekraczanie granicy twojego samopoczucia, które po kontakcie z taką osobą jest ewidentnie gorsze niż było wcześniej [1].

Przeczytałem to cztery razy, żeby upewnić się, że dobrze rozumiem. I wtedy przyjrzałem się bliżej książce i autorowi.

Autor: Jarosław Gibas – pisarz, socjolog, dziennikarz, youtuber, nauczyciel. Ani w tej książce, ani na jego stronie (https://jaroslawgibas.com/o-mnie/ ), ani w Wikipedii, ani na stronach portali czytelniczych, nie znalazłem informacji o poziomie wykształcenia pana Gibasa. W przypadku pozycji socjologiczno-psychologicznych wolałbym jednak wiedzieć, czy autor jest profesorem zwyczajnym, licencjatem, czy entuzjastą-amatorem. Z jakiegoś powodu informacja ta nie została nigdzie ujawniona.

Zaskoczyła mnie też informacja na stronie… nie wiem, której (numeracja stron jest w tej książce pomieszana i np. strona 17 występuje przed stroną 5), możliwe, że jest to strona 4. Otóż Gibas jednoznacznie informuje, że nie ponosi żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek szkody, które mogłyby wyniknąć z wykorzystania jego porad w praktyce. Przyznaję, że w przypadku kogoś, kto sam siebie nazywa nauczycielem, mocno mnie to zaskoczyło. 

Powiedzmy, że… Zawaliłem jakieś zadanie w pracy, popełniłem błąd. Do tego wpadło mi do głowy, żeby się nie przyznać, jakbym miał nadzieję, że uda się wszystko jakoś zataić. Sprawa się wydała po tygodniu i zostałem zaproszony do gabinetu dyrektora. To jest świetny fachowiec, znakomity organizator, kulturalny i w ogóle, gość na poziomie. Spokojnym, smutnym głosem powiedział tylko, że bardzo się na mnie zawiódł, że jest mu przykro, że udawałem, że to nie ja, bo pomylić to się może każdy. Oświadczył, że nie wywali mnie, ani nawet nie da nagany, jednak mam się liczyć z tym, że zaufanie straciłem i odtąd będę sprawdzany, kontrolowany i obserwowany. I to było wszystko.
Po spotkaniu z dyrektorem czułem się parszywie. Samopoczucie zjechało mi do dna. A w następnych dniach i tygodniach, kiedy tylko widziałem go na hali, nawet z daleka, złe samopoczucie wracało.

Według Gibasa mój dyrektor jest osobą toksyczną. Zgodnie z cytowanymi zdaniami, nie ma znaczenia, co, jak i dlaczego powiedział, jak zareagował, bo liczy się tylko to, że moje samopoczucie było gorsze po spotkaniu z nim niż przed. Dodatkowym dowodem na to, że to człowiek jest toksyczny, a nie jego zachowanie, jest fakt, że później traciłem humor zawsze, kiedy widziałem szefa na hali, nawet jeśli się do mnie nie zbliżał i nic do mnie nie mówił.
Tak? Naprawdę tak to jest? Naprawdę mam toksycznego szefa?

Jest też oczywiście w książce mowa o toksyczności w internecie.

To wszystkie te treści, których publikacja (świadomie dla osoby ją eksponującej lub nie) w efekcie obniża naszą pozytywną energię, odbiera nam dobre samopoczucie, czy też powoduje, że po jej przeczytaniu czujemy się gorzej niż przed[2].

Zdecydowana większość wiadomości w mediach (a więc także w internecie) dotyczy skandali, afer, wypadków, katastrof, głodu, bezrobocia, pedofilii, kryzysów, wojen, zbrodni… Wygląda więc na to, że mamy do czynienia ze spiskiem ludzi toksycznych przeciw całemu światu, Tak to jest, naprawdę?

Minęła w Polsce moda na literaturę z nurtu „pozytywnego myślenia”, która dotarła do nas z USA z około dwudziestoletnim opóźnieniem. Czytelnicy, a przynajmniej większość, nie wierzą już w swoje prawo do bogactwa, z możliwość uzdrowienia swojego życia, w potęgę podświadomości i inne takie bajki (Hill, Peale, Carnegie, Murphy, Brian, Hay i inni). A tak, bo to są bajki dla dorosłych. Obiecują młodość, zdrowie, szczęście, bogactwo, miłość, które to wartości można osiągnąć jakimiś zaklęciami, jakimś abrakadabra lub hokus-pokus. Zapewniają, że można zdobyć wszystko bardzo małym lub żadnym wysiłkiem – trzeba tylko poznać sposób… kupując książkę.

„Nie daj sobie spieprzyć życia” jest podobną bajką i zbiorem obiecanek, lecz na wyższym już poziomie, a przynajmniej bardziej dostosowanych do zmieniającego się świata i ludzkiej mentalności. O ile poprzednie wspierały amerykański sen (American dream), to te nowe dostosowane są do konsumpcyjnych i roszczeniowych postaw nowego pokolenia, nieomalże powszechnych obecnie. Ich elementami jest przekonanie, że jak się coś nie udało, to nie jest konsekwencja mojego działania lub zaniechania, albo też nieudolności, nie, winien jest ktoś inny, a także, że dobre samopoczucie jest najwyższym celem, sensem i wartością w życiu. Dbanie o SWOJE dobre samopoczucie (Gibas nie obiecuje już naiwnie szczęścia i bogactwa) jest prawem i obowiązkiem każdego. Tak! Wystarczy przeczytać, zrozumieć i zastosować, a już żaden toksyczny typ nie spieprzy ci życia. To przecież takie proste!

Długo to trwało, ale wielu z nas nauczyło się wreszcie, że nie każda gazeta zagraniczna jest wiarygodna i na poziomie (np. „Bild-Zeitung” to coś jak nasz „Fakt”, a polskie media jeszcze nie tak dawno często się na niego powoływały). Może już czas przyjąć do wiadomości, że po wymyśleniu jakiejkolwiek teorii, zawsze znajdzie się gdzieś na świecie jakiś uniwersytet, który przeprowadził badania i ją udowodnił, więc czas zacząć odróżniać uniwersytety.
Jarosław Gibas powołuje się, między wieloma innymi, na uniwersytet w Doha, stolicy islamskiego państewka Katar.

Błędne założenia (te cytowane oraz inne), na których autor opiera swoje wywody, nie oznaczają, że są one, te wywody, bezwartościowe. W bajkach – niektórych, czasem – też można odkryć perełki lub pewne mądrości. Bo też nie jest prawdą, że z książki Jarosława Gibasa niczego wartościowego nie można się dowiedzieć. Można, można… choć po trzech miesiącach od zakończenia lektury zapewne niewiele z tego zostaje. Jeśli w ogóle cokolwiek.

Tytuł „Nie daj sobie spieprzyć życia” sugeruje, że książka zawiera porady i wskazówki, jak się uchronić przed toksycznymi ludźmi, czyli nie pozwolić im zepsuć jakości swojego życia. W rozdziale poświęconym typom toksycznym i ich odmianom, czasem, nie zawsze, znaleźć można wskazówkę, jak się przed nim bronić, ale porady i przykłady bywają naiwne i naciągane, czasem nie ma ich w ogóle, albo wreszcie Gibas oznajmia, że żadnej obrony nie ma. A! Przepraszam – nie Gibas - naukowcy. Jacyś. Skądś. Raczej.

Tutaj naukowcy są raczej zgodni – przed plotkami nie da się obronić, bo na ich rozpowszechnianie się nie mamy wpływu. A zatem nie istnieje żaden rodzaj zabezpieczenia…[3].

Strategie ochrony, a jest taki specjalny dział, zawierający siedem rozdziałów, wydał mi się mało przekonujący. Przynajmniej większość z prezentowanych technik. Pozycja kwiatu lotosu i specjalne ćwiczenia oddechowe (są nawet obrazki) jako sposób na oczyszczenie organizmu po kontakcie z osobnikiem toksycznym? No, może i tak. Ostatecznie odpowiedź na pytanie o rzetelność tytułu tej książki, pozostawiam innym.

Jarosław Gibas wśród typów toksycznych wymienia ludzi „niepociumanych”.

No cóż – mimo całej tajemniczości pochodzenia terminu niepociumany, wydaje się on całkiem nieźle funkcjonować w mowie potocznej[4].

Zapytałem o termin „niepociumany” członków rodziny, dalszych krewnych i powinowatych, przyjaciół, kolegów i znajomych… W sumie kilkadziesiąt osób w różnym wieku, różnej płci, z różnych stron Polski i nie tylko Polski. Nikt tego pojęcia rzekomo „nieźle funkcjonującego w mowie potocznej”, nie zna, nigdy nie słyszał. Mnie się kojarzy jedynie z serialem „Ślepnąc od świateł”, w którym krawiec, obcokrajowiec słabo znający język polski, używa czasownika „podziumamy” – czyli zrobimy coś, nie bardzo wiadomo co, żeby pasowało.

Na koniec uwaga! To że ja nie zgadzam się z połową przekonań autora i nie wydaje mi się on wiarygodny, nie znaczy automatycznie, że jego książka jest zupełnie zła. Warto odróżniać jakość pomysłów pana Gibasa od wartości książki. Bo jej realna wartość zależy od świadomości i samoświadomości czytelnika, od jego większego lub mniejszego kontaktu z realną rzeczywistością. Twórczość Paulo Coelho też jednym się podobała, podczas gdy inni byli zniesmaczeni naiwniutką szarlatanerią. W „Nie daj sobie spieprzyć życia” wykaz i opis typów toksycznych jest w porządku. Na pewno dobrym pomysłem jest też przyjrzenie się samemu sobie, pod kątem ewentualnej toksyczności.








---
[1] Jarosław Gibas, „Nie daj sobie spieprzyć życia”, Onepress, 2021, s. 20.
[2] Tamże, s. 51.
[3] Tamże, s. 72.
[4] Tamże, s. 103.

środa, 15 czerwca 2022

Handlarze śmiercią i zwłokami

 „Kolekcjoner” – Alex Kava

Z wód Zatoki Meksykańskiej ratownicy, a konkretnie Elizabeth Bailey, nowa w zgranej załodze helikoptera, podejmują rybacką lodówkę i znajdują w niej części ludzkiego ciała, i to nie jednego – starannie opakowany tors, stopę i trzy ręce.
W bazie sił powietrznych Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Pensacola, wśród niedawno operowanych żołnierzy, szerzy się nieznana, śmiertelna choroba.
Charlie Wurth, zastępca dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, wraz z agentką specjalną FBI, Maggie O'Dell, przylatują na Florydę wyjaśnić sprawę. Jednak lada moment prognozowane jest uderzenie koszmarnie niebezpiecznego huraganu Isaac.

Dobra, nie przegadana powieść sensacyjna, świetna rozrywka. Polecam.

środa, 8 czerwca 2022

Miłość jak zbyt gęsty zagajnik

 „Nikt tylko my” – Laure Van Rensburg

Nauczyciel literatury, Steven Harding, spotyka się od pół roku ze studentką, Ellie Masterson. Teraz wybierają się wspólnie na trzy dni do samotnego domu nad zatoką Chesapeake. To znakomite miejsce na zemstę, którą Ellie Masterson planowała od lat.
Nie, to nie jest spoiler z mojej strony, aż tyle można się dowiedzieć już z samego tekstu na okładce. W ten sposób i od razu czytanie pierwszych dwudziestu pięciu procent powieści straciło jakikolwiek sens. Nie jest to pierwszy raz w ostatnich latach, kiedy to wydawca w swoich działaniach marketingowych posuwa się ewidentnie za daleko.

Wózek inwalidzki leży jak zranione zwierzę, drzwi są otwarte niczym zdziwione usta, nóż, po prostu porzucony w śniegu, spoczywa w lodowym grobowcu, samotny kawałek placka tonie w kałuży syropu… To jest tak infantylne, że nawet czytanie jest krępujące. Typowy dla amatorów poważny nadmiar bombastycznych środków stylistycznych, porównań, przenośni. A przy okazji, w jakim kraju jada się smażony bekon polany syropem?
Są też w powieści momenty (nie, tym razem nie o takie „momenty” mi chodzi), w których okazuje się, że autorka ma poglądy bardzo zbliżone do moich. Na przykład na żenującą manierę niektórych dorosłych ludzi, zwłaszcza mężczyzn, którzy w oficjalnych kontaktach z innymi, obcymi dotąd osobami, używają zdrobnień.

Steven uśmiechnął się, dumny, że sam nigdy nie obniża wysokich standardów. Nie znosił przezwisk i zdrobnień, zwłaszcza u mężczyzn – były takie pospolite i umniejszające, człowiek stawał się jakby bardziej tandetną wersją samego siebie*.

Kolejne rozdziały zawierają relacje Stevena i Ellie, przedzielane czasem wstawkami… początkowo zupełnie nie wiadomo, kogo. Może to J. albo C., albo A., albo jeszcze jakaś inna dziewczyna, z którą Harding miał romans, a może wreszcie jakaś przyjaciółka lub krewna Ellie Masterson.

Pierwszych sto stron (prawie dokładnie) zajmują opisy rozwijającego się romansu, wspomnienia z pierwszych dni znajomości, relacje ze spacerów, seksu i innych zajęć pary kochanków, co zapewne bardzo spodoba się czytelniczkom. Jednak w związku z informacją na okładce nie ma to wszystko kompletnie żadnego znaczenia; czekałem tylko aż wreszcie Ellie zacznie się mścić. I po stu stronach zaczęło się. Ellie podała Stevenowi jakiś lek lub narkotyk, a następnie przywiązała do inwalidzkiego wózka. Tak, tego, który zakrwawiony znaleziony został przez policjantów i leżał jak zranione zwierzę. Ellie wyjaśnia Stevenowi, że wie o jego romansach i zdradach. To jednak dopiero (albo już) połowa książki. Można się domyślić, że jest tu jakieś drugie dno. I jest, ale tego zdradzać nie powinienem.

„Nikt tylko my” to umiarkowanie udane połączenie romansu z kryminałem. Kryminał, druga połowa powieści, byłby nawet niezły, gdyby go wyczyścić z dziwacznych i przesadnych porównań i innych zbędnych zupełnie upiększeń. Zagadka, czyli clou powieści, jest naprawdę intrygująca, a to oznacza, że po dopracowaniu warsztatu, Laure Van Rensburg może stać się dobrą pisarką.






--
* Laure Van Rensburg, „Nikt tylko my”, przekład Anna Rajca, Muza, 2022, s. 29.





#NiktTylkoMy, @wydawnictwomuza, @muza.shadows

sobota, 28 maja 2022

Szczęście jest trudną sztuką

 „Sztuka szczęścia. Poradnik życia” – Dalajlama, Howard Cutler

Jest to zapis wielu rozmów (bo i spotkań było dużo przez całe lata) amerykańskiego psychiatry, Howarda Cutlera, z XIV Dalajlamą (Tenzin Gyatso). Także fragmenty jego wykładów lub innych wystąpień publicznych.
Rozmawia psychiatra z duchowym przywódcą Tybetu, buddyjskim mnichem, Jego Świątobliwością Dalajlamą. Chciałem napisać, że starają się znaleźć lub wypracować jakiś konsensus. Jednak to raczej psychiatra szuka konsensusu, bo Dalajlama stwierdza po prostu, bardzo grzecznie i kulturalnie, że wy (naukowcy Zachodu, amerykańscy psychiatrzy, uczeni itp.) nie macie racji, nie potraficie znaleźć rozwiązania w wielu sytuacjach, bo przyjmujecie błędne założenia.

Obaj zgadzają się, że człowieka może spotkać jakieś traumatyczne albo inne znaczące wydarzenie, które zaważy na całym jego dalszym życiu i to nawet wtedy, kiedy sam zainteresowany zdarzenia tego już nie pamięta lub jego znaczenia sobie nie uświadamia. Błąd, błędne, bo ograniczające założenie psychiatrów – według Dalajlamy – polega na tym, że szukają tego wydarzenia tylko w tym życiu pacjenta, a przecież mogło się ono wydarzyć w którymś z innych jego żyć. Dalajlama stara się wyjaśnić to na przykładzie:

To trochę tak, jakbyś coś zgubił, a następnie założył, że to coś znajduje się w pokoju. W tym momencie ustalasz określone parametry, wykluczając możliwość, że ta rzecz jest gdzieś na zewnątrz lub w innym pokoju. Szukasz więc i szukasz, nie znajdujesz tego przedmiotu, ale wciąż zakładasz, że to coś ukrywa się gdzieś w tym pokoju![1].

Natychmiast zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście są to sytuacje podobne. Moim zdaniem – zupełnie nie. Choć przyznaję, że przykład Dalajlamy, przy pierwszym czytaniu i na pierwszy rzut oka, wygląda znakomicie, a nawet genialnie.
Dlaczego upieram się, że przedmiot jest w tym właśnie pokoju? Bo jestem przekonany, że w żadnym innym pomieszczeniu nie byłem. Oczywiście mogę się mylić, zrobiłem błędne założenie i ograniczyłem obszar poszukiwań, bo zupełnie zapomniałem, że byłem też w innym pokoju; jakoś całkowicie wyleciało mi to z głowy. Czy takie błędne założenie, że nie byłem w innym pokoju, choć byłem, ma podobną wagę, zbliżony ciężar gatunkowy, jak kompletna niewiara w reinkarnację?
Jak już wspomniałem te sytuacje nie są podobne. Kiedy byłyby podobne? Gdybym dopuścił możliwość, że przedmiot jest w drugim pokoju jednopokojowego mieszkania. Wtedy dopiero, i w obu przypadkach, chodziłoby o wiarę w coś (reinkarnacja, pokój), czego istnienia nie da się udowodnić zmysłami.

Niesamowita książka, bardzo wartościowa. Jej wyjątkowa wartość polega na tym, że jest polemiczna, zaprasza, a nawet prowokuje czytelnika do dyskusji. Jednak najpierw trzeba odkryć własne zdanie na dziesiątki tematów, zająć jakieś stanowisko w tej lub innej kwestii. Oto kilka przykładów.

Dalajlama twierdzi, że celem ludzkiej egzystencji jest poszukiwanie szczęścia. Z tym w pełni bym się zgodził, zaznaczając jednak, że cel życia i sens życia, to nie są dla mnie pojęcia tożsame.

Kolejne przekonanie: osiągnięcie prawdziwego i trwałego szczęścia nie jest łatwe, ale jest możliwe. Moja refleksja – czy „trwałego” oznacza non-stop, 24 godziny na dobę, bez względu na okoliczności?

I dalej. Każdy człowiek jest z gruntu dobry i łagodny. Z tym zgodzić się nie jestem w stanie. Takiemu przekonaniu przeczy znajomość historii i bieżących zdarzeń. Co jeszcze ciekawsze, takie przekonanie (według Cutlera) nie wynika u Dalajlamy z dogmatów religii, ale zbudowane jest na doświadczeniu i realnej ocenie świata i ludzi, ich postaw i zachowań.

Ostatnie. Według Dalajlamy współczucie ma ogromną wartość. Z tym też się nie do końca zgadzam, ale może to wynikać ze znaczenia słów. Moim zdaniem miłosierdzie, czyli współczucie wyrażone w działaniu, ma wielką wartość i znaczenie. Samo tylko współczucie znaczy w sumie niewiele. Na przykład tyle, co powiedzenie ofierze powodzi, że bardzo jej współczuję. Jeśli jednak to swoje współczucie dla niej wyrażę w działaniu, a tym właśnie jest miłosierdzie, pomogę w konkretny, realny sposób odbudować jej życie, to to już jest nieocenione.

Wydaje mi się, że nie sposób przeczytać całą tę książkę, bez takiego lub innego wejścia w relację z przekonaniami Dalajlamy i może trochę też Cutlera. Rozumiem przez to, że poznawanie ich poglądów bez własnego, osobistego zaangażowania, może się nie udać. Mnie właśnie się nie udało, a próbowałem czytać na zasadzie: no, dobrze, on ma tak, ale to tylko ciekawostka, która mnie nijak nie dotyczy i właściwie jest mi obojętna. Bez realnego zaangażowania emocjonalnego i intelektualnego „Sztuka szczęścia” zapewne byłaby dla mnie bezwartościowa.

Nie podobało mi się w tej książce tylko jedno, ale liczę się z tym, że to może ja jestem przesadnie wyczulony na „łasiczą mowę”. Chodzi o stwierdzenia: naukowcy udowodnili, że… badania wykazały, że… itp., jednak bez podania jakichkolwiek konkretów. Więc nie wiadomo, jacy naukowcy, skąd, gdzie, jakie badania, kiedy; nie są podane żadne źródła, na przykład link do wyników określonego eksperymentu lub badania, tytułu publikacji, nic takiego nie ma. Nie oznacza to, że te stwierdzenia na pewno są fałszywe, ale mnie coś takiego irytuje i – moim skromnym zdaniem – obniża wiarygodność przekazu. Może zbyt dobrze pamiętam: radzieccy uczeni dowiedli… albo chińscy mędrcy powiadają…

Pozycja bardzo dobra, zdecydowanie warta poznania, ale tylko przez tych, którzy mają otwartą głowę, czyli na pytanie „czy dopuszczasz możliwość, że jest inaczej, niż ci się wydaje?” odpowiadają twierdząco.





--
[1] Dalajlama, Howard Cutler, „Sztuka szczęścia. Poradnik życia”, przekład Joanna Drabiak, wyd. Rebis, s. 16.


piątek, 20 maja 2022

Miłość, zdrada, związki, śmierć

 „Ostatni dzień”  - Luanne Rice


Beth Lathrop została brutalnie zamordowana w swojej rezydencji w zamożnej części Black Hall. Była w zaawansowanej ciąży. Jej siostra, Kate Woodward, wezwała policję, bo z Beth nie można się było skontaktować od kilku dni. Zwłoki odkryli lokalni policjanci, Peggy McCabe i Jim Hawley. Śledztwo prowadzi detektyw Conor Reid. Beth była w domu sama, jej mąż, Pete Lathrop, jak co roku latem, wypłynął w rejs z grupą znajomych.
Wydarzenie jest, oczywiście, tragiczne, ale początkowo nic w nim nadzwyczajnego. Może do domu Lathropów dostał się włamywacz i Beth go nakryła? Może to gwałciciel? Takie sprawy zdarzają się każdego dnia.

Dwadzieścia trzy lata wcześniej obie siostry i ich matka zostały związane, zakneblowane i zamknięte w podziemiach galerii (rodzinny interes). Złodzieje ukradli cenne obrazy, pejzaże. Helen, matka Beth i Kate, udusiła się, córki przeżyły traumę, z której chyba nie wyzwoliły się całkowicie nigdy. Wtedy też sprawę prowadził detektyw Conor Reid i to on odnalazł dziewczynki. Także on doprowadził do aresztowania ich ojca i męża Helen, który zorganizował napad i tym samym przyczynił się do śmierci żony.
Garth Woodward, ojciec dziewczynek, zaplanował napad i wynajął bandytów, bo – jako hazardziście, egoiście i koszmarnemu egocentrykowi – stale brakowało mu pieniędzy – na dalszą grę i na kochanki. Najcenniejszym łupem był wtedy obraz „Blask księżyca”; policja go odzyskała, ale… Teraz, stojąc nad zwłokami Beth, detektyw zorientował się, że z jej domu zniknął ten sam obraz, wycięty z ram. To nie mógł być przypadek.

Conor Reid… „Kiedy wyciągnął siostry Woodward z piwnicy, obiecał sam sobie, że od tej pory będzie się nimi opiekował i nie spuści z nich oka. Wierzył w starą zasadę, która mówiła, że jeśli ocali się komuś życie, to już na zawsze bierze się za tę osobę odpowiedzialność. Starał się dotrzymać słowa, na ile, rzecz jasna, było to możliwe. Niestety, Beth leżała teraz martwa w swoim domu. Zawiódł na całej linii i czuł się z tym strasznie”[1].

Detektyw Reid uważa, a nawet jest przekonany, że napadu i zbrodni nie dokonał nikt obcy, przypadkowy. Od pierwszych chwil posądzał o to męża Beth, żałosnego palanta i dupka, podobnego do jej siedzącego w więzieniu ojca. Pete jednak ma alibi, pływał w tym czasie z kolegami luksusowym jachtem.
Pete Lathrop to wyjątkowo ciekawa postać. Prawie nikt go tak naprawdę nie lubi, a o zamordowanie żony posądza go nie tylko Conor Reid. I to jest nowatorskie rozwiązanie w powieści tego typu. Pomysł niewątpliwie ciekawy.

„Ostatni dzień” to powieść przede wszystkim dla kobiet. Jest ona sensacyjna w niewielkim stopniu, bo większość treści dotyczy jednak psychologii związków i mocno pokomplikowanych, trudnych relacji emocjonalnych bohaterów; na przykład nastolatki z ojcem. 
Wierzę, że istnieją mężczyźni, którzy bez szukania w Google wiedzą, co to są pysznogłówki i rozróżniają odcienie czerwieni, ale… 
 Fabuła powieści, ta sensacyjna, jest zdecydowanie warta uwagi, ciekawa, intrygująca, jednak książka ma prawie pięćset stron i mnóstwo elementów – moim zdaniem – zupełnie zbędnych. Kolor ładunku ciężarówki, którą jeden z bohaterów mijał na drodze, na przykład. Ale może takie detale tworzą jakiś nastrój, klimat, który przypadnie do gustu czytelniczkom. Zdecydowanie nie nazwałbym jej mrożącym krew w żyłach thrillerem. Co jednak nie znaczy, że jest zła.
Na koniec pewien drobiazg. Ekspres do kawy koniecznie marki Cuisinart, kawa to tylko French Roast i inne takie. To się chyba nazywa „lokowanie produktu”, prawda?









---
[1] Luanne Rice, „Ostatni dzień”, przekład Paweł Wolak, Muza, 2022, s. 29.








#OstatniDzień, @wydawnictwomuza, @muza.shadows


sobota, 14 maja 2022

Irlandczycy, Żydzi, tajni agenci

„Gwiazda i koniczynka” – Jean Grainger

Ariella, wyznania mojżeszowego, wyszła za mąż za katolika, Petera Bannona. Ze związku tego przyszły na świat dzieci: Liesl i Erich. Bannonowie żyli sobie spokojnie w Berlinie do czasu, gdy do władzy doszli naziści. Za pomoc udzieloną komuś rasowo niewłaściwemu Peter został aresztowany i – do czasu – nic nie wiadomo o jego losie.
W 1939 roku sytuacja Żydów w Niemczech zaczęła się robić dramatyczna i Ariella skorzystała z okazji i wysłała dzieci do Wielkiej Brytanii. Tą okazją była akcja tzw. Kindertransportów* (inna nazwa to Ruch Dzieci Uchodźców; objął on około 10 tysięcy dzieci), to jest wywożenia dzieci pochodzenia żydowskiego z Niemiec, Austrii, Polski, Wolnego Miasta Gdańska i Czechosłowacji do Anglii. Większość z nich nigdy więcej nie zobaczyła swoich rodziców. Często byli jedynymi osobami ze swoich rodzin, które przeżyły Holocaust. Dzieci trafiały do rodzin zastępczych i ośrodków opiekuńczych. Jednak Ariella miała szczęście, bo mogła powierzyć Liesl i Ericha dalekiej krewnej, nauczycielce, Elizabeth Klein.
Elizabeth Klein straciła męża, Żyda, w ostatnich dniach pierwszej wojny światowej, wkrótce później poroniła… Trudno się dziwić, że miała sporo obaw, czy da sobie radę z opieką nad dwójką dzieci, których wcześniej nigdy nie widziała. Jednak w praktyce nie to okazało się największym problemem.

Po jakimś bombardowaniu Liverpoolu, w którym zburzony został dom nauczycielki i szkoła, w której pracowała, wyjechała z dziećmi do Ballycreggan i zamieszkała w dawnym domu matki, którego na szczęście nie sprzedała po jej śmierci. Kochana mamusia, katoliczka, która wyrzekła się córki, bo ta związała się z Żydem, to inny, choć też (przez chwilę) ciekawy aspekt zagadnienia.

Irlandia uzyskała niepodległość stosunkowo niedawno (traktat angielsko-irlandzki z 1921 roku). Połączenie Republiki Irlandzkiej i Irlandii Południowej w 1922 roku i utworzenie Wolnego Państwa Irlandzkiego to była wielka polityka, która nie zawsze przekładała się na postawy, zachowania i przekonania poszczególnych osób.

Elizabeth Klein… „nigdy nie odnosiła wrażenia, że gdzieś w pełni przynależy. W Irlandii była katoliczką w protestanckiej na ogół społeczności, więc uchodziła za odszczepieńca, któremu nie wolno ufać. W Anglii z kolei postrzegano ją jako Irlandkę, a gdyby teraz miała wrócić do Balleycreggan, postrzegano by ją pewnie jako Angielkę. Na dodatek była wdową po Żydzie, ale nie Żydówką, więc i pod tym względem nigdzie nie pasowała”**.
Teraz miała jeszcze pod opieką dwójkę niemiecko-żydowskich dzieci, więc wszystko komplikowało się jeszcze bardziej, a życie na półwyspie Ards okazało się nie aż tak milusie.

W tym samym czasie do Balleycreggan przywiezione zostały także inne dzieci z akcji Kindertransport; z Wiednia i nie tylko. Nawet dwie siostry z Polski, Anika i Viola. Opiekował się nimi Daniel Lieber, a właściwie Liebermann i Talia Zimmermann, a wkrótce dołączyła do nich Ruth Alger z Dublina. Miała pomagać tylko kilka tygodni, ale… jakoś została. Talia zakochała się w Danielu, a przynajmniej tak twierdziła i manifestowała, Daniel coraz chętniej przebywał w towarzystwie Elizabeth Klein…

Spokojnie, wręcz sielankowo, mijają miesiące. Dzieci są grzeczne, kochane, wdzięczne i zdrowe, a kłopoty kolonii uchodźców sprowadzają się do zepsutego auta lub bojlera. Zmiana następuje w momencie, gdy policja odwiedza w szkole Elizabeth Klein. Na papierze gazetowym, którego używa ona z dziećmi do zajęć z rysunków, znaleziono plany budowy – wraz ze współrzędnymi ułatwiającymi lotnikom bombardowanie – wznoszonej w pobliżu Balleycreggan bazy wojskowej. Od tego momentu akcja nabiera tempa. I bardzo dobrze, bo chwilami była już za bardzo cukierkowo-naiwna.

Powieść Jean Grainger można opisać w jednym zdaniu: polityka (powierzchownie), problemy narodowościowe, rasowe, wyznaniowe, antysemityzm, pokomplikowane relacje emocjonalne bohaterów oraz ich skrywane tajemnice, wątek sensacyjno-szpiegowski i wreszcie codzienne kłopoty dzieci-uchodźców.

„Gwiazda i koniczynka” zawiera niewielki, ale jednak obecny, ładunek wiedzy historycznej, jednak z przewagą przeżyć i doznań emocjonalnych. Kawałek sensacji, jak już pisałem, bardzo się powieści przydał, ale – co paradoksalne – także odrobinę zaszkodził, bo w drugiej połowie książki zacząłem odnosić wrażenie, że autorka stara się chwycić za ogony siedemnaście srok na raz. Tym niemniej uważam, że jest to pozycja ciekawa, warta przeczytania, choć może nie wybitna. Styl albo warsztat pisarski autorki spodoba się zapewne znacznie bardziej kobietom niż mężczyznom. Mimo wątku szpiegowskiego, nie jest to powieść sensacyjna.

  

 

 

 

 ---

* https://de.wikipedia.org/wiki/Kindertransport#:~:text=Als%20Kindertransport%20

** Jean Grainger, „Gwiazda i koniczynka”, przekład Jan Kabat, Świat Książki, 2022, s. 51.

 

  

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.



wtorek, 3 maja 2022

Spory kawał historii Teksasu

 „Na południe od Brazos” –  Larry McMurtry

Autor „Czułych słówek”, Larry McMurtry, napisał powieść o oryginalnym tytule „Lonesome Dove”. Oznacza to nazwę miasteczka na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku, z kilkoma chatami, często bez podłogi, a jedynie z klepiskiem, i do tego żałosny bar Sucha Fasola.

Augustus McCrae i Woodrow Call, główni bohaterowie, choć z połowa pojawiających się w powieści postaci staje się w jakimś momencie wyjątkowo ważna, dawni Strażnicy Teksasu, prowadzą w pobliżu Lonesome Dove, Przedsiębiorstwo Handlu Bydłem nad Kapeluszem. Wojowniczych Indian i niebezpiecznych bandytów już prawie nie ma w okolicy, więc po dziesięciu latach handlu bydłem, Gus i Call zaczynają się potężnie nudzić; wyprawy do Meksyku po bydło też już nie są tak ekscytujące jak dawniej. Z dnia na dzień postanawiają porzucić spokojne życie, zebrać wielkie stado i przepędzić je do Montany. „Na południe od Brazos” jest historią tej wyprawy, choć nie tylko jej.

Ponad ośmiuset stronicowa książka ze wszech miar zasługuje na miano epopei narodowej, a konkretnie teksaskiej. W tym znaczeniu przypomina powieści „Grona gniewu”, „Stary gringo”, „Mały wielkie człowiek”, „Syn”, a nawet „Przeminęło z wiatrem”. Jest to więc western historyczny, psychologiczny, socjologiczny… nie jestem pewien, czy przygodowy. Opisywane wydarzenia, osoby, ich postawy życiowe, zachowania i przekonania, mogą się wydawać egzotyczne przygodowe współczesnemu czytelnikowi, ale dla bohaterów powieści stanowiły zwyczajną codzienność. Może za wyjątkiem porwania Loreny przez Sinego Kaczora. Także wątki uczuciowe, romansowe oraz kurewskie wydają się zupełnie zwyczajne.

Powiedziałbym, że to powieść bardzo dobra, choć jednak nie porywająca. Do plusów zaliczam specyficzne poczucie humoru autora. Do minusów błędy Larry’ego McMurtry lub korektora. Na przykład: w wyprawie bierze udział dwóch braci z wielodzietnej rodziny Raineyów., Ben i Jimmy. Ale kilkadziesiąt kartek dalej jeden z nich nagle staje się Charliem (s. 164 i 216). Albo to: syn wielkiej miłości Gusa, Klary, raz zmarł mając ledwie rok, ale innym razem dożył lat prawie dziesięciu (s. 576 i 685).

środa, 20 kwietnia 2022

Kara śmierci dla niewinnego

 „Zeznanie”  John Grisham

Po lekturze kilku ostatnich książek Johna Grishama odnoszę wrażenie, że autor eksperymentuje z nowymi pomysłami. Nadal pisze thrillery prawnicze, ale… „Apelacja” zaczyna się (a nie kończy) od wyroku skazującego, a „Zeznanie” startuje od kary śmierci, która ma zostać wykonana za kilka dni.

Donté Drumm, dziewiętnastoletni Afroamerykanin, w 1999 został skazany za uprowadzenie, zgwałcenie i zamordowanie białej cheerladerki, Nicole Yarber Drumm i Yarber uczęszczali do ostatniej klasy Liceum Miejskiego Slone. To Południe Stanów, więc szkoły zostały zintegrowane rasowo już jakiś czas temu, ale kościoły i kluby jeszcze nie i zapewne długo jeszcze nie.
Prawnik dziewięć lat walczył o życie oskarżonego, a kiedy wyrok zapadł, wraz z wielebnym Keithem, starał się nie dopuścić do wykonania kary śmierci.

Czytelnik prawie od razu informowany jest, że to nie Donté Drumm popełnił zbrodnię, choć do niej się przyznał. Prawdziwy morderca postanowił wyznać prawdę, ale – jak się okazało w USA, a dokładnie w tym stanie – wcale nie oznacza to automatycznie uwolnienia Dontégo.

Trochę za dużo kwestii religijnych związanych z fabułą w niewielkim stopniu lub wcale. Poza tym bardzo dobre czytadło.


piątek, 15 kwietnia 2022

Prawo, biznes i polityka w USA

 „Apelacja” – John Grisham

Większość kryminalnych, sensacyjnych filmów lub powieści kończy się w chwili złapania bandyty przez policjanta/detektywa albo w momencie ogłoszenia przez sąd wyroku skazującego. Niestety, wyrok nie kończy sprawy, nawet w Polsce. Jeśli poszkodowany nie wystąpi o wydanie przez sąd postanowienia o wykonaniu wyroku, to choć wyrok został wydany, nigdy nie zostanie wykonany, czy zrealizowany. Oczywiście najpierw wyrok musi się uprawomocnić…

„Apelacja” prezentuje taki właśnie przypadek. Powieść rozpoczyna się od wydania przez sąd wyroku skazującego korporację Krane Chemical na ogromne odszkodowanie, rekordowe wręcz, bo 41 milionów dolarów. Paytonowie, małżeństwo prawników, wystąpiło przeciwko Krane z pozwem zbiorowym w związku ze skażeniem wód gruntowych w okolicach zakładu produkcyjnego. Wielu ludzi z okolicy poważnie się rozchorowało, niektórzy umarli, inni umrą wkrótce.

Wyrok sądu nie oznacza jednak, że Carl Trudeau, właściciel Krane, zapłaci komukolwiek jakiekolwiek odszkodowanie. Jego prawnicy składają – oczywiście – apelację. Ostateczny werdykt wydać ma Sąd Najwyższy stanu Missisipi. W jego obecnym składzie Trudeau nie miałby zbyt wielkich szans, więc rozpoczyna kampanię, a raczej wojnę, której celem jest wprowadzenie do Sądu Najwyższego swojego człowieka.

Kampania wyborcza, prawo, polityka, wielki biznes – tak w skrócie można opisać tę powieść. „Apelacja” jest ciekawa, ale nie porywająca. To już nie jest poziom „Firmy” lub „Klienta”.


środa, 6 kwietnia 2022

Kumata podkomisarka i reszta

 „Naga prawda” – Ryszard Ćwirlej

Adam Włodarczyk, od niedawna dyrektor wydziału gospodarki nieruchomościami urzędu miejskiego, korzystając z nieobecności żony (rodzinka wybrała się na narty), wyskoczył z kolegami do baru na kilka drinków. Poderwał tam Igę-Jadwigę, zabrał ja na chatę i… następnego dnia znalazł w swoim łóżku jej zwłoki; miała podcięte gardło, a Włodarczyk był cały umazany krwią.
Chwilę później zadzwonił telefon i nieznajomy osobnik zaproponował panu dyrektorowi gruntowne sprzątanie mieszkania, czyli usunięcie śladów zabójstwa. Włodarczyk zgadza się, ale bardzo szybko przychodzi mu za to zapłacić – ksiądz katolicki ma ochotę na pewną nieruchomość w mieście i domaga się, żeby dyrektor wydziału gospodarki nieruchomościami załatwił ją kościołowi. Bo jak nie, to zdjęcia zakrwawionej ofiary trafią, gdzie trzeba.

W zdychającej z biedy i beznadziei wsi Pamiątkowo Waldemar Bartkowiak i Mieczysław Florczak podczas łowienia ryb, które później wędzili i sprzedawali, zdobywając w ten sposób środki na zakup podstawowego produktu spożywczego, to jest najtańszej wódki, odkryli w jeziorze zatopiony samochód z trupami w środku. Mężczyzna i kobieta na prawym ramieniu mieli wytatuowany krzyż z rozchodzącymi się promieniami oraz napis lumen verum (prawdziwe światło).

Kruszarka do gruzu wypluła szczątki ludzkie. Początkowo tylko rękę, ale po dokładniejszych poszukiwaniach znalazło się więcej. Na fragmencie skóry widoczny był tatuaż: krzyż z promieniami i napisem lumen verum.

Do akcji wkracza, sztandarowa bohaterka wielu powieści tego autora, podkomisarz Aneta Nowak – choć poprawnie, według obecnych wymogów, powinno być zapewne podkomisarka. A rzecz cała dzieje się mniej więcej współcześnie, skoro właściciel baru „Świat wódek”, starszy aspirant Przemysław Drążkowski, uważa, że…

To nie jest normalne państwo. W normalnym kraju rządzą fachowcy, a u nas goście, którzy idą do polityki, żeby się nachapać. I dlatego stają się politykami, bo w żadnej normalnej firmie by się nie sprawdzili. Pogoniliby ich od razu, poznając się na ich głupocie. Ale w polityce sobie doskonal radzą, bo pod latarnią głupota nie świeci tak jaskrawo…*.

A Naga Prawda? To portal internetowy zawierający szokująco prawdziwe informacje, w które wierzą prawie wszyscy. Na przykład: samoloty koncernów farmaceutycznych rozpylają szkodliwe substancje, przez które ludzie chorują, a wtedy koncerny zarabiają miliardy, sprzedając leki. Albo to: przed szkodliwym promieniowaniem z kosmosu, tymi truciznami z samolotów oraz wirusem z Wuhan, chronią czapki z daszkiem, zwykłe bejsbolówki, ale wyłożone wewnątrz kuchenną folią. Na Nagiej Prawdzie reklamuje swoją szemraną działalność specjalistka od cudownych odpromienników (w promocyjnej cenie!), które chronią znacznie skuteczniej od bejsbolówek z folią.

„Naga prawda” Ryszarda Ćwirleja to całkiem niezła powieść kryminalna i rozrywka na przyzwoitym poziomie. Byłaby pewnie jeszcze lepsza, gdyby… Prawie wszystkie osoby występujące w tej historii są głupie. Mniej lub bardziej. Bałwany, cymbały, ciemniaki, tłuki, głupole, durnie, tępaki, tumany, jełopy. Początkowo wydawało mi się to nawet zabawne; zakładałem, że takie właśnie miało być, ale z czasem stało się jednak irytujące. Pod koniec lektury przyszło mi do głowy coś jeszcze innego i była to opcja przerażająca: może nie miało być śmiesznie, ale… prawdziwie?



--
* Ryszard Ćwirlej, „Naga prawda”, Muza, 2022, s. 31-32.

 

 

 

#NagaPrawda,@wydawnictwomuza, @muza.shadows


piątek, 1 kwietnia 2022

Żandarmów lepiej nie drażnić

 „Lepiej już umrzeć” – Lee Child, Andrew Child

Imię i nazwisko: Jack Reacher
Narodowość: amerykańska
Urodzony: 29 października 1960 roku w Berlinie
Charakterystyczne dane: 195 cm, 99–110 kg, 127 cm w klatce piersiowej
Kolor włosów: ciemny blond
Kolor oczu: niebieski
Ubranie: kurtka 3XLT, długość nogawki mierzona od kroku 95 cm
Wykształcenie: szkoły na terenie amerykańskich baz wojskowych w Europie i na Dalekim Wschodzie, Akademia Wojskowa West Point
Przebieg służby: 13 lat w Żandarmerii Armii USA, w 1990 roku zdegradowany ze stopnia majora do kapitana, zwolniony do cywila w randze majora w roku 1997
Odznaczenia służbowe: Srebrna Gwiazda, Medal za Wzorową Służbę, Medal Żołnierza, Legia Zasługi, Brązowa Gwiazda, Purpurowe Serce
Ostatni adres: nieznany
Czego nie ma: prawa jazdy, dokumentu ze zdjęciem, osób na utrzymaniu
..

To teraz jedno z dwojga: albo paszporty w USA nie zawierają zdjęć posiadaczy (sic!), albo powieść, kolejna tego autora, napisana została byle jak, z aroganckim lekceważeniem czytelników, za to z wykorzystaniem opcji kopiuj/wklej. Bo kilka kartek dalej mamy:

Podczas przeszukiwania rzeczy Reachera... Dendoncker otworzył torebkę i wyjął z niej paszport, zmięty i wytarty. Otworzył go na drugiej stronie, tej z danymi osobowymi.

Jak widać Reacher ma paszport.
Może to pisanie do spółki z jednym z braci doprowadziło do takiego niechlujstwa i bylejakości? Tak czy owak – szkoda. Pierwszymi powieściami Lee Childa byłem zachwycony i zauroczony, ale obecnie oceniam je jako ledwie powyżej przeciętnej i, niestety, pisanie niechlujnie. Opisywane w kolejnych powieściach wydarzenia są też coraz mniej wiarygodne.

Gdyby autorom wpadło do głowy spytać jakiegoś lekarza, wiedzieliby, czy protezą stopy można wyprowadzać morderczo silne kopnięcia albo, gdyby kaleka coś takiego zrobił, co stałoby się z kikutem.

Fabuła. W chylącym się ku upadkowi, zapyziałym miasteczku na granicy z Meksykiem, Jack Reicher spotyka kobietę bez stopy, Michaelę Fenton, weterankę wywiadu wojskowego, która przybyła tu na pomoc bratu. Michael (tak, Michael i Michaela, bliźniaki) wplątał się we współpracę z bardzo złymi ludźmi, którymi dowodzi arcyłotr i psychopata, Dendoncker.

Ten kutas wychodzi z ukrycia tylko wtedy, kiedy ginie ktoś, kto mu zagraża. A wystarczy, że tylko pomyśli, że ktoś może mu zagrażać, i człowiek ginie. Wystarczy, że to sobie wyobrazi albo mu się to przyśni. Natychmiast każe go zabić i musi zobaczyć jego ciało. Na własne oczy. To paranoik, ma wewnętrzny przymus oglądania trupów. Nie wierzy nikomu na słowo. Nie ufa zdjęciom, nagraniom, świadectwom zgonu ani raportom koronera. Ufa tylko temu, co sam zobaczy.

Dendoncker lubi oglądać trupy swoich przeciwników w miejskiej kostnicy. Reacher i Fenton pozorują śmierć tego pierwszego, a arcyłotr przybywa do kostnicy obejrzeć zwłoki. Operacja udaje się średnio. Dendoncker, owszem, zjawia się, ale… ucieka Reacherowi, porywając Michaelę Fenton. Dzień później jeden ze zbirów dostarcza Reacherowi protezę Michaeli, dając tym samym znać, że albo były żandarm stawi się grzecznie na spotkanie z Dendonckerem, albo Michaeli stanie się coś znacznie gorszego.

Dopiero w tym momencie Jack Reacher, który dotąd miał wiele wątpliwości co do całego tego przedsięwzięcia (a sam się do niego pchał!), ruszył do boju, postanawiając ignorować przysięgę Hipokratesa, przy każdej możliwej okazji.

Niezła powieść sensacyjna (huraganowa akcja prawie non-stop) z licznymi mankamentami. Tym niemniej zaledwie dwa-trzy razy lepsza od produktów królowych polskiego kryminału.

środa, 30 marca 2022

Wszyscy mają jakieś tajemnice

 „Widzę cię”- Mary Burton 


Nikki McDonald, dziennikarka śledcza nakręciła szokujący materiał o rządowych kontraktach, polityce i korupcji. Szefowi stacji się to nie podobało i to bardzo, ale…

„Pomimo ultimatum szefa przedstawiła reportaż na żywo w najlepszym czasie antenowym. Kiedy przybyła do pracy następnego ranka, szef z miejsca ją zwolnił i kazał wyprowadzić z budynku. Zaskoczona, choć nie zdziwiona, wyszła z biura z pudłem swoich rzeczy. Mimo wszystko miała optymistyczne nastawienie, ponieważ wierzyła, że świetne referencje pozwolą jej znaleźć pracę na innym rynku. Później odkryła, że swoim materiałem uraziła pewnych wpływowych ludzi, którzy zadbali o to, by każdy większy i mniejszy rynek informacyjny pozostał dla niej zamknięty”[1].

Po pewnym czasie Nikki McDonald,, już na skraju bankructwa, kierując się anonimową informacją, znalazła w piwnicy lub komórce lokatorskiej budynku mieszkalnego szare pudło z ludzkimi nadpalonymi kośćmi. Zoe Spencer, profilerka FBI, specjalistka od rekonstrukcji plastycznej twarzy człowieka na podstawie zachowanych elementów czaszki, stworzyła model twarzy denatki. Dzięki jej żmudnej pracy wyszło na jaw, że Nikki McDonald znalazła szczątki studentki Marshy Prince z Uniwersytetu Georgetown, która zaginęła bez śladu kilkanaście lat wcześniej. Zoe Spencer, jej przełożony, a także prowadzący sprawę detektyw, William Vaughan, domyślają się, że tajemniczym informatorem Nikki McDonald był (albo mógł być) sam sprawca, rozczarowany brakiem sensacji i uznania. To wskazywałoby na seryjnego mordercę, psychopatę. Nie wiadomo, ile jeszcze kobiet zabił, ale koniecznie trzeba go powstrzymać i to jak najszybciej, zanim ofiar zacznie przybywać. Vaughan właśnie wyprawił na studia dorastającego syna, więc sprawą, i romansem z Zoe, mógł zająć się i zaangażować w nie w pełni.

William Vaughan, detektyw z wydziału zabójstw z Aleksandrii (stan Wirginia) i magister matematyki teoretycznej oraz Zoe Spencer, odwiedzają siostrę Marshy Prince, Hadley Foster, żeby powiadomić ją o znalezieniu i identyfikacji szczątków. Szybko orientują się, że kobieta skrywa jakąś tajemnicę, że prawdopodobnie wiedziała już wcześniej, może od początku, o śmierci siostry. Następnego dnia Hadley Foster i jej siedemnastoletnia córka, Skylar, zostają porwane. Mąż i ojciec jest ranny, pchnięto go nożem.
Detektyw Vaughan prowadzi jednocześnie sprawę brutalnego zabójstwa młodej prostytutki w tanim hoteliku. Policjant początkowo o tym nie wie, ale czytelnik od razu jest informowany, że obie te sprawy coś ze sobą łączy.

„Odsunął się od ciała, rozejrzał po pomieszczeniu. I wtedy właśnie zwrócił uwagę na lustro nad podwójną umywalką. Słowa zostały na nim napisane czerwoną szminką Hadley: Ja to zrobiłem. Przepraszam.
W ciągu kilku godzin kierownictwo policji uznało, że zagadka zabójstwa /…/ w zasadzie została rozwiązana”[2].

Dobrze napisana i zaplanowana powieść sensacyjna, jak zaproszenie na rollercoaster; zapewnia sporo rozrywki na niezłym poziomie, ale… Ale (z pewnymi wyjątkami) jest ona dość schematyczna – bardzo podobnych przeczytałem zapewne kilkadziesiąt. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, czyli taka, którą zapomina się w kilka dni po przeczytaniu. Tym niemniej zanim okazało się „kto zabił” bawiłem się świetnie.









--
[1] Mary Burton, „Widzę cię”, przekład Emilia Skowrońska, Muza 2022, s.10.
[2] Tamże, s. 352-53.



#WidzęCię  #MaryBurton

sobota, 26 marca 2022

Mroczne lasy - mroczne dusze

 „Głusza” – Mark Edwards

Małżeństwo Brytyjczyka i Amerykanki nie udało się i ona wróciła do Stanów, zabierając córkę. Ojciec, Tom Anderson, były dziennikarz muzyczny, którego kariera zdechła wraz z rozwojem internetu (bo kto jeszcze czyta pisma o muzyce i zespołach), zawiedziony i sfrustrowany swoim życiem, zaniepokojony, że traci kontakt z córką, zabiera kilkunastoletnią Frankie do ośrodka wypoczynkowego „Płytkie Zdroje”. Jak wpadł na to, że dziewczyna lat piętnaście-szesnaście będzie zachwycona wakacjami ze swoim ojcem, na koszmarnym zadupiu gdzieś w lesie, w stanie Maine, bez dostępu do internetu, pozostaje zagadką. Kiepskiej komunikacji nastolatków z dorosłymi, bo chyba nie tylko z rodzicami, poświęcono w powieści sporo uwagi.

Sąsiedni domek zajęło małżeństwo z bosko przystojnym synem w wieku zbliżonym do Frankie, ale wkrótce Ryan okazał się pederastą, więc iskrzyć przestało szybciej niż zaczęło. Jednak jako kolega, towarzysz spacerów i partner do rozmów, sprawdzał się i tak lepiej niż ojciec.
Rodzice chłopaka przyjechali do „Płytkich Zdrojów” nieprzypadkowo. Zafascynowała ich historia, która wydarzyła się w tym miejscu dwadzieścia lat temu. W tamtych czasach był tu prymitywny kemping, na który przyjeżdżały dzieci szkolne pod opieką swoich nauczycieli. Pewnego razu dwoje takich wychowawców zostało zamordowanych w trakcie uprawiania pozamałżeńskiego seksu na pobliskiej polance.
Okoliczni mieszkańcy, a nawet policja, przekonani byli, że znają sprawcę, bo na pewno był nim miejscowy dziwak, nastolatek z kolczykami w różnych miejscach, fascynujący się skandynawskim, ciężkim metalem. Wydawał się on wprawdzie lokalnym cudakiem, popychadłem i zupełnie nie był agresywny, ale wiadomo przecież, że skandynawskiego metalu słuchają tylko zboczeńcy-mordercy. Kłopot polegał na tym, że domniemany zabójca nauczycieli zniknął bez śladu; od dwudziestu lat nie wiadomo, gdzie się ukrywa – wsiowe plotki głoszą, że w okolicznych lasach.

W tym momencie, a jest to dopiero początek powieści, można już zacząć się domyślać, o co w niej chodzi. Co oczywiście nie oznacza, że wiadomo jest, czym i jak się to skończy.

Pisarska muza Toma Andersona podszepnęła mu, że może tą historią mógłby wrócić na łamy, znów zaistnieć, znowu stać się kimś; w końcu jest przecież dziennikarzem, wie jak rozmawiać z ludźmi i wyciągać od nich różne informacje. Tylko że o zbrodni sprzed lat nikt z okolicznych mieszkańców rozmawiać nie chce, a pytania dziennikarza rodzą tylko coraz bardziej wrogie milczenie i rady, żeby dał sobie spokój z tą sprawą. Pojawiają się podejrzenia o powiązania z pogańskimi rytuałami, satanistami, Rogatym Bogiem…

Początkowo narratorem jest Tom Anderson i relacjonuje wydarzenia w pierwszej osobie. Z czasem narratorów jest coraz więcej, choć już w trzeciej osobie – jest to posunięcie, które na pewno ułatwia pracę autorowi, bo w ten sposób przemyca on do fabuły powieści określone tropy i ślady, jednak z drugiej strony takie przeskoki burzą czytelnikowi ciągłość narracji. Nie jest to jednak problem poważny ani znaczący.

Ostatecznie uważam „Głuszę” Marka Edwardsa za dobrą rozrywkę; nie jest to może arcydzieło, ale na pewno powyżej przeciętnej. Dobry, wciągający thriller, po prostu.






Jak dorośli dogadują się z młodzieżą. 


#Głusza #PłytkieZdroje


czwartek, 17 marca 2022

Kocopoły na temat niby mafii

 „Niebezpieczne: Antologia mafijna” – Kinga Litkowiec i inne

Zbiór opowiadań, w skład którego wchodzą:
1. Kinga Litkowiec: Niebezpieczne zlecenie
2. K. N. Haner: Córeczka tatusia
3. Alicja Sinicka: Wykonaj zadanie
4. Alicja Skirgajłło: Wewnętrzne ja
5. K. C. Hiddenstorm: Nazywam się Layne
6. D. B. Foryś: Ta druga
7. J. G. Latte: Zapach strachu
8. Camille Gale: Autora: Niepokonane lato
9. J. A. Malec: Jana

Wbrew pozorom autorkami są Polki. Słyszałem, że tworzą wspólnie jakąś grupę literacką Euforia. 

Przeczytałem tylko cztery opowiadania, na następne nie miałem już zdrowia, czasu, wytrzymałości, więc moja opinia właściwie dotyczy tylko ich. Uważam te „dzieła” za spektakularne grafomaństwo. Naiwna fabuła, bzdurne pomysły na przykład: zawodowa zabójczyni dokonuje przeglądu broni i sprzętu na ulicy, przed hotelem; zawodowy zabójca jest bardzo tajemniczy, nie wiadomo, gdzie mieszka, co robi (poza realizacją zleceń), ale zawsze wiadomo, gdzie i kiedy dokona kolejnego zabójstwa itp. O mafii te cztery panie pojęcia nie mają żadnego, a wyobrażenia wręcz fantastyczne. Do pewnego momentu byłem przekonany, że trafiłem na jakiś pamflet.
Prawie połowę opowiadania zajmują opisy kopulacji i nie, nie ratuje to sytuacji, a raczej przypomina seksualne fantazje nastolatki.

Dzieciom w gimnazjum może się wydawać, że pisząc wypracowanie, trzeba używać poważnych, dorosłych zwrotów i określeń, ale już w szkole średniej oducza się je bombastycznego języka. Takiego właśnie, jaki można znaleźć w tych tekstach. Do samochodu, który stoi przed domem, na podjeździe, nie można podejść – trzeba się udać w jego kierunku. Śniadania nie może bohaterka zjeść – musi je spożyć.

Jeśli pozostałych pięć opowiadań ma jakąś wartość, to już moja strata. Próbował nie będę.

wtorek, 15 marca 2022

W głębinach umysłu szalonego

 „Wizje” – Anna Krystaszek

Po przeczytaniu tysiąc powieści sensacyjnych i kryminalnych wpadło mi do głowy, że pewnie dałbym radę i ja napisać coś takiego. Jeśli nie samodzielnie, to jako kompilację powtarzalnych elementów, sytuacji, nawet zwrotów i określeń. Drobne korekty uchroniłyby mnie przed posądzeniem o plagiat. Zacząłbym od policjanta lub detektywa, który właśnie przechodzi na emeryturę lub wybiera się na długo odkładany urlop. Powinien być samotny, bo żona się z nim rozwiodła (nigdy odwrotnie) lub zmarła. Koniecznie musi mieć szefa palanta i karierowicza. W sąsiednim wydziale musi właśnie zaczynać pracę nowa policjantka, laborantka, anatomopatolożka itp. U autorek dziewczyny są zawsze śliczne, a kochające żony gotują obiady pyszne (żony odchodzące gotują źle lub wcale). Autorzy używają innych zwrotów i określeń Ot, taka ciekawostka.
Czemu nie zrealizowałem tego pomysłu? Wprawdzie miałem pod ręką, w przeczytanych książkach, wypełnienie, mięso, ale potrzebny był jeszcze szkielet, czyli to coś, na czym zbudowana byłaby cała historia, zagadka, intryga, clou programu. Tego już odpisać od kogoś nie mogłem.

„Wizje” Anny Krystaszek zawierają wszystkie typowe elementy – w pewnym sensie to i dobrze, bo jako czytelnik czułem się swojsko, jak u siebie, po domowemu, w ulubionych kapciach.
Autorka podjęła spore ryzyko zbudowania fabuły na narracji wielu różnych osób. W jednym rozdziale narratorem jest psychiatra, Ryszard Lasak (jego żona gotuje pysznie), w innym policjant Igor Szulc zwany Czarnym, który właśnie wybierał się na urlop, gdy ściągnięty został do nietypowej sprawy, w kolejnym Paulina Brzezińska, śliczna pacjentka szpitala psychiatrycznego, w dalszym prokurator, Jan Hejda, Katarzyna Hejda, Zuzanna Skalik, Klaudia Żukow… Napisałem, że jest to konstrukcja ryzykowna, bo jeśli nie zrobi się tego dobrze, to czytelnikowi będzie się mylić i mieszać. Pani Krystaszek poradziła sobie z tym wyzwaniem zadowalająco.

Historia od początku przedstawiona jest bardzo prosto – to sobie cenię, to trzeba umieć – owszem, jest ona nieprawdopodobna, ale to inna sprawa. Do szpitala psychiatrycznego trafia śliczna pacjentka, która twierdzi, że kogoś zabiła. Szybko jednak modyfikuje swoją opowieść i twierdzi, że zabójstwa wkrótce dokona jakaś „ona”. Czyn, ofiarę i miejsce zajścia opisuje bardzo dokładnie, a nawet rysuje. Kilka dni później znalezione zostają zwłoki mężczyzny, a wszystkie detale zgadzają się z wizjami Pauliny Brzezińskiej, która nie opuszczała zamkniętego oddziału i, spacyfikowana lekami, nie wiedziała co się na bożym świecie dzieje. Psychiatra, Ryszard Lasak, kontaktuje się z policją i tak sprawa trafia do Szulca i Hejdy.

Zamordowany mężczyzna, Żukow, wiele lat wcześniej uratował z pożaru dwie dziewczynki: swoją córkę oraz córkę sąsiada; troje innych dzieci spłonęło. Żukow zawiadomił policję, że podpalenia najprawdopodobniej dokonali rodzice dzieci, dla odszkodowania. Trafili oni za to do więzienia. Podpalacz (przyznał się) mógłby mieć powód, by się mścić na kapusiu, Żukowie, ale przecież nie opuszczał więzienia, dostał dożywocie.
Sprawy zabójstw, bo były następne, wizji Brzezińskiej i podpalenia, ewidentnie się łączą, choć początkowo, nie wiadomo jak. A jakby komplikacji było nie dosyć…

To, co nam robiła, było i złe, i dobre. Sprzedawała nasze ciała, ale też o nas dbała. Miałyśmy wszystko, na co przyszła nam ochota. Ładne ubrania, kosmetyki, telefony, alkohol i narkotyki. Była dla mnie trochę jak matka, której nigdy nie miałam. Więc chyba nie mogłam powiedzieć, że była zła[1].

Pojawia się kwestia czerpania zysków z pedofilii i stręczenia dzieci zboczeńcom.

Akcja powieści dzieje się… nie, nie napiszę tego, co w recenzjach wydaje się obecnie obowiązkowe, czyli nie użyję określenia „wartko”. Więc dzieje się błyskawicznie, ekspresowo, galopem, prędko, pośpiesznie, pędem, żwawo, piorunem… Kolejne rozdziały, czyli kolejne elementy kryminalnej układanki, dzieli dzień lub zaledwie kilka godzin. Te rozdziały nie są zbyt długie i złapałem się na tym, że czytałem do później nocy, bo… jeszcze tylko jeden, jeszcze strona, jeszcze kawałek. Dobra robota autorki.

Pani Krystaszek, skoro na profesjonalizm redaktorek nie można liczyć, proponowałbym zwrócić uwagę na coś takiego: skoro Brzezińska „krążyła dziś po całym szpitalu wyraźnie niespokojna…”[2], to nie mogła jednocześnie przebywać w specjalnym, zamkniętym oddziale. Oddział i szpital to nie są synonimy. Czytelnikom radzę nie zwracać uwagi na takie wpadki. I jeszcze jedno – jeśli płeć autora i narratora ma być różna, to zabieg taki wymaga warsztatu pisarskiego na najwyższym poziomie. Autorce, kobiecie, może wydawać się, że wtrącając co trochę „cholercia” w monologi lub myśli jednego z narratorów, stworzy wrażenie, że wypowiada się twardy facet, ale obawiam się, że to nie wystarczy, więc bohaterowie męscy są w „Wizjach” mniej wiarygodni od postaci kobiecych.
Poza tym powieść uważam za bardzo dobrą i polecam ją z czystym sumieniem.







--
[1] Anna Krystaszek, „Wizje”, Muza, 2022, s. 9.
[2] Tamże, s. 175.










@wydawnictwomuza, @muza.black, # wizje, #muza


wtorek, 8 marca 2022

Wojna, polityka, kosmos, obcy

 „Wojna Kalibana” – James S.A. Corey

Druga część kilkutomowego cyklu „Ekspansja” Daniela Abrahama i Ty’a Francka, piszących wspólnie pod pseudonimem James S. A. Corey. Autorzy serię planują rozłożyć na dziewięć tomów i zapewne dlatego, choć uważam, że „Wojna Kalibana” jest jeszcze ciekawsza niż „Przebudzenie Lewiatana”, to kolejne tomiska zapewne sobie daruję. Przynajmniej na jakiś czas. Już tak mam: dobre, owszem, ale za dużo.
„Wojna Kalibana” jest kontynuacją „Przebudzenia Lewiatana”. Zapewne dałoby się czytać tom drugi osobno, ale zdecydowanie lepiej byłoby zaczynać od początku.

Ziemia i Mars nie walczą ze sobą, ale jest to rozejm bardzo kruchy. Na jednym z księżyców Jowisza ich wojska stacjonują naprzeciw siebie, obserwując się z wyraźnym brakiem zaufania. W pewnej chwili pojawia się nagle potwór. Bez skafandra, bez widocznej broni, poza szponami, nieludzki super żołnierz atakuje oba posterunki. Przy życiu zostaje tylko sierżant Draper, marine, która jest jedną z ważniejszych bohaterek. Równie ważna staje się pani polityk Avasarala i szukający córki botanik, doktor Meng. Jednak głównymi osobami dramatu jest Holden, kapitan statku „Rosynant” i jego załoga, Amos, Naomi…

Pojawia się podejrzenie, że zabójczo niebezpieczna obca forma życia, którą udało się zamknąć na Wenus, przedostała się na Ganimedesa.

Bitwy, na lądzie, w tunelach i w kosmosie, polityka międzyplanetarna, romans, przygoda i wszystko to w proporcjach jeszcze lepszych niż w tomie pierwszym. Moim zdaniem warto, ale raczej przy założeniu i ze świadomością, że siada się do 8-9 opasłych tomów.