piątek, 30 lipca 2021

O Bogu i łasce bez kościołów

 „Dusza bez Boga” – Katherine Ozment


Kilka razy w życiu słyszałem księży katolickich twierdzących z porażającą arogancją, że nie ma duchowości bez religijności. To nie jest prawda, wystarczyłoby sprawdzić w Słowniku Języka Polskiego PWN, czym jest duchowość*, ale… przecież prawie żaden Polak nie odważy się kwestionować tego, co mówi ksiądz, choćby plótł największe bzdury.
Innym razem uczestniczyłem w rozmowie, w której znajomy stwierdził, że jest wierzący, ale nie praktykuje obrzędów, ceremonii, liturgii, a zwłaszcza dawania pieniędzy na tacę. Ksiądz katolicki odparł wtedy pogardliwie i szyderczo: żyję, ale nie oddycham. Znajomy praktykuje miłość bliźniego i wartości duchowe takie jak skromność, miłość, przyjaźń, rodzina, uczciwość, odpowiedzialność itd., ale to księdza jakoś nie interesowało.

Te i parę podobnych zdarzeń przypomniało mi się, gdy czytałem tekst na okładce, który rozbawiłby mnie do łez, gdybym od dawna nie zdawał sobie sprawy z ogromnych różnic między wspólnotami protestanckimi, a rzymskim katolicyzmem w polskiej wersji, zwanym coraz częściej niechrześcijańskim polskim katolicyzmem.

„Tradycja religijna daje nam mocne podstawy moralne i poczucie tożsamości, tworząc poczucie związku z przeszłością i silne więzi społeczne. Dzięki niej stajemy się też szczęśliwsi, zdrowsi, bardziej ofiarni”**.

Katherine Ozment, prezbiterianka i jej mąż Michalel, żyd, odsunęli się od swoich religii. Stało się to jakoś tak, niepostrzeżenie, a zwłaszcza nie było spowodowane żadnym złym wydarzeniem, na przykład zgwałceniem dziecka przez księdza lub rabina. Ich religijność zdechła sobie sama śmiercią naturalną.
Ich synek, obserwując procesję wyznawców greckiego prawosławia, spytał, kim są oni sami i chodziło mu o mamę, ojca, rodzinę Ozment, po prostu. Inteligentna, rozgarnięta mamusia odpowiada wtedy kilkuletniemu dziecku:

„Niczym nie jesteśmy”[1].

Rozbawienie zniknęło w ułamku sekundy. Ty durna babo – pomyślałem wściekły – skoro nie praktykujesz żadnej religii możesz uważać, że jesteś NICZYM, ale nie próbuj wciskać tego dzieciom! Z traumy i absurdalnego przekonania, że jak nie będą co kilka dni latały do kościoła, to okażą się NICZYM, mogą nie wyzwolić się do końca życia.

„Książka ta nie jest traktatem teologicznym, tekstem historycznym ani obroną ateizmu, agnostycyzmu czy świeckiego humanizmu. Nie jest podręcznikiem życia. Jest tak naprawdę listem do moich dzieci i przyszłych pokoleń Amerykanów, szukających swego miejsca w świecie”[2].

Katherine Ozment czyta wiele mądrych książek i innych opracowań, rozmawia z profesjonalistami i zwykłymi ludźmi, czasem wyciąga wnioski, a czasem tylko prezentuje wyniki swoich dociekań. Oczywista jest potrzeba ostrożności podczas lektury, bo wyniki przemyśleń i dywagacji kogoś, kto uważa, że ludzie niereligijni są NICZYM, mogą być zniekształcone przez takie lub podobne absurdalne założenia. Ja jednak postanowiłem zaryzykować i dobrze na tym wyszedłem. Okazało się, że autorka całkiem nieźle odróżnia duchowość od religijności (taki właśnie był jej ślub – duchowy, ale nie religijny), zdaje też sobie sprawę, że ludzie niezwiązani z żadną formą instytucjonalnej religii nie muszą być, i zwykle nie są, ateistami. Odrzucenie kościoła (takiego lub innego) nie oznacza odrzucenia Boga. To akurat może być trudne do zrozumienia przez tych polskich katolików, którzy nie znają Pisma Świętego i na przykład słów: Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką i nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko (Dz 17).
Poza tym… nie widziałem oryginału, więc nie wiem, czy na pewno jest w nim mowa o ludziach, którzy są NICZYM. Zwłaszcza, że skoro są niczym, to widocznie istotami ludzkimi też nie… A skąd wątpliwości co do kompetencji tłumacza? Oryginalny tytuł tej książki to „Grace without God”. Ups! Jednak na pewno takie sztuczki językowe spodobają się wyznawcom pewnej partii.

Od razu zdradzę, że niezwykła wartość tej książki, polega na skrajnie różnych emocjach, jakie wywołuje jej treść. Ważne są też różne porównania, przemyślenia, wspomnienia, doświadczenia czytelnika, jakie odświeża lektura. Autorka proponuje, namawia wreszcie zmusza czytelnika do zajęcia własnego stanowiska w dziesiątkach poruszanych tematów. Na przykład, czy małe dzieci mają „promiskulatywną tendencję teologiczną”?


Z lektury książki „Dusza bez Boga” można dowiedzieć się, czemu ludzie odchodzą od kościołów, a właściwie, jak się ten proces zaczął i dlaczego przyśpiesza. Trudniejsze do zrozumienia są argumenty wyliczające zalety funkcjonowania jednostki i/lub rodziny w kościele. Te korzyści bowiem dotyczą przede wszystkim rozmaitych odmian i odcieni protestantyzmu w Stanach Zjednoczonych (przypominam, że Amerykanka napisała tę książkę dla Amerykanów) i do polskiego katolicyzmu mają się nijak.

Na koniec rodzynek.
„Przytoczył znany cytat Johna Donne’a, że żaden człowiek nie jest samotną wyspą. Stanowimy część kontynentu, którym jest ludzkość”[3].

Latami byłem przekonany, że to tytuł książki Thomasa Mertona („Nikt nie jest samotną wyspą”) oraz cytat z „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya („Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą: każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu”), a tu proszę! Była okazja, by zweryfikować przekonania i czegoś się nauczyć. Nie jeden raz zresztą.

Wartościowa pozycja, dzięki której uporządkowałem sporo swoich przekonań, potwierdziłem jedne, odrzuciłem inne. Szkoda, że tak niewielu Polaków ją przeczyta…









---
* duchowy (https://sjp.pwn.pl/sjp/duchowy;2454552.html)
a. «odnoszący się do życia wewnętrznego człowieka»
b. «związany z dobrami kulturalnymi lub czyimś systemem wartości»
c. «niematerialny, metafizyczny»
** „Dusza bez Boga”, tekst z okładki (blurb).
1. Katherine Ozment, „Dusza bez Boga”, przekład Piotr Cholewa, Stapis, s. 10.
2. Tamże, s. 13.
3. Tamże, s. 49.











Książka otrzymana z serwisu Na Kanapie (https://nakanapie.pl/)

sobota, 17 lipca 2021

Psychoterapeuci i ich klienci

 „Pacjentka” – Alex Michaelides

Alicia Berenson miała trzydzieści trzy lata, gdy zabiła męża. Byli małżeństwem od kilku lat. Oboje byli artystami – Alicia malarką, Gabriel zaś uznanym fotografem mody. Cechował go charakterystyczny styl – fotografował na wpół zagłodzone półnagie kobiety pod dziwnym, niekorzystnym dla nich kątem. Śmierć sprawiła, że ceny jego zdjęć astronomicznie wzrosły*.

Fabuła powieści toczy się dwutorowo. Jednym z narratorów jest psychoterapeuta, zajmujący się Alicią, drugim ona sama, a konkretnie jej zapiski w pamiętniku. Ale uwaga – w relacjach tych autor oszukuje czytelnika, zdradzając pod koniec dopiero, pokrętną chronologię. Uniemożliwia to zupełnie odgadnięcie prawdy. Nie jest to może straszny mankament, ale… nieelegancko wyszło.

Nazywam się Theo Faber. Mam czterdzieści dwa lata. Zostałem psychoterapeutą, bo byłem popieprzony. Taka jest prawda – chociaż nie wyjawiłem tego w czasie rozmowy o pracę, gdy mnie o to zapytano*.

Kiedy czytam lub słyszę podobne treści, zawsze przypomina mi się lekcja z psychologii i stwierdzenie: najczęstszym i najgorszym rodzajem motywacji przy wyborze studiów na psychologii albo resocjalizacji jest potrzeba naprawienia samego siebie i/lub swojej rodziny. Ludzie tacy, po skończeniu studiów i mimo posiadanej wiedzy, nie potrafią pomóc sobie, rozwiązać własnych problemów, a i profesjonalistami są miernymi, bo nigdy nie są w stanie poświęcić całej swojej uwagi klientowi – nieustannie muszą bowiem pilnować samych siebie. Wydaje się, że tę prawdę zna też autor „Pacjentki”.

W tym momencie Alicia podniosła wzrok. Patrzyła na mnie – przeze mnie. Nie możesz mi pomóc, krzyczały jej oczy. Spójrz na siebie, ledwie pomagasz sobie. Udajesz, że tyle wiesz i jesteś taki mądry, ale to ty tu powinieneś siedzieć zamiast mnie. Świr. Oszust. Kłamca. Kłamca…*.

Osobiste problemy Theo Fabera są zresztą istotną częścią tej powieści. Widoczne to jest zwłaszcza wtedy, kiedy w jego związku pojawia się poważny kryzys. Co w takiej sytuacji robi dorosły mężczyzna? W środku nocy biegnie do swojej terapeutki, bo przecież ktoś musi się nim natychmiast zaopiekować. Znamienne jest też jego oszukiwanie samego siebie.

Faber rezygnuje z obiecującej kariery i podejmuje pracę w walącym się odrodku dla wariatów szczególnie niebezpiecznych. Zakład The Grove zapewne za kilka miesięcy zostanie zamknięty, ale Faber jest przekonany, że to on właśnie musi się zająć trudnym przypadkiem Alicii Berenson, bo tam została osadzona po próbach samobójczych oraz agresji skierowanej przeciw personelowi i innym pacjentkom.

Stosunkowo szybko staje się jasne, że nie jest to powieść psychologiczna o pokręconych psychologach (terapeutka Alicii zazdrości jej talentu – sic!), ale wciągający thriller, w którym prawda ukryta jest przed czytelnikiem do samego końca, ale za to raczony jest on wieloma mylnymi tropami.
Poza paroma mankamentami jest to dobra rozrywka na lato albo do pociągu.













---
* Alex Michaelides, „Pacjentka”, przekład Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik, 2019, Wydawnictwo W.A.B.

środa, 7 lipca 2021

Jak dobrze jest mieć sąsiada...

 „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” – Catriona Ward

Nie jest łatwo dogadać się z kimś chorym psychicznie, wejść w głębszą relację z osobą nienormalną. Nawet jeśli regularnie przyjmują leki, ludzie tacy często żyją w swoim świecie, który nie jest w pełni kompatybilny z tym realnym.

„Kiedy mam zły dzień, »teraz« i »kiedyś« mieszają się ze sobą. W różnych kątach domu słyszę głosy mamusi i tatusia. Czasem kłócą się o to, kto ma iść do sklepu. Czasem dochodzi mnie brzęknięcie widełek i terkot przesuwanej tarczy starego telefonu w przedpokoju, a potem mamusia rozmawia ze szkołą i tłumaczy, że znów jestem chory. Czasem budzi mnie, wołając na śniadanie. A potem zapada cisza i przypominam sobie, że odeszli. Tylko bogowie wiedzą dokąd.”[1].

Wyzwanie wydaje się jeszcze większe, kiedy okazuje się, że ktoś właśnie taki, zaburzony, a konkretnie Ted Bannerman, jest narratorem w powieści. Na szczęście nie jedynym.

„Tak czy inaczej moja dobra rada brzmi: jeśli nie podoba ci się to, co się dzieje, idź spać, a prawdopodobnie wszystko samo wróci do normy”[2].

Drugim narratorem jest kotka o imieniu Olivia. Trzecim Delilah Walters, starsza siostra Laury, która zaginęła w wieku lat sześciu, około dziesięć lat temu. Delilah nadal uparcie szuka siostry, a na początku tej opowieści dowiaduje się, że kiedyś policja podejrzewała o uprowadzenie Laury Teda Bannermana, ale przeszukanie jego domu nic nie dało, poza tym wydawało się, że miał alibi.

Ted Bannerman mieszka z Olivią i Lauren w ostatnim domu na końcu jednokierunkowej ulicy. Właściwie to w przedostatnim, ale ten naprawdę ostatni, latami stał pusty i Ted przyzwyczaił się do myśli, że mieszka na końcu drogi. W końcu jednak ostatni dom został wynajęty. Zamieszkała w nim… Delilah Walters. Tak rozpoczyna się wciągająca historia poszukiwań Laury Walters, powiązana z Tedem Bannermanem, jego niezwykle tajemniczą córką, Lauren, uzupełniona obserwacjami kotki Olivii, Człowieka Żuka i Delilah Walters. Wydaje się początkowo, że najważniejszą sprawą jest tożsamość Lauren, która raz jest w domu Teda, innym razem gdzieś jest odsyłana… Kiedy czasem wydawało mi się, że już wiem, o co tu chodzi, znam prawdę, nieodmiennie okazywało się, że nie miałem racji i napięcie rosło.

Wciągająca powieść sensacyjna na niezłym poziomie. Oraz, co ostatnio rzadko się zdarza, wydrukowana na porządnym papierze.



















--
1. Catriona Ward, „Ostatni dom na zapomnianej ulicy”, przekład Martyna Tomczak, wyd Czwarta Strona, 2021, s. 27.
2. Tamże, s. 39.

 

 Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Jak pozbyć się Lily Amberson?

 „Zamilknij na zawsze” – Keri Beevis

Trzydziestoletnia Lila Amberson nie miała ochoty na randkę w ciemno, ale koleżanka z pracy nie dawała jej spokoju, więc w końcu się zgodziła. Randka się nie udała, a w drodze powrotnej miał miejsce tragiczny wypadek samochodowy, z którego uszła z życiem tylko ona. Drugim autem jechała siedemnastoletnia Stephanie Whitman, przyrodnia siostra Jacka Foleya, znanego autora powieści sensacyjnych i dziedziczka sporej fortuny.
Lila, po wypisaniu ze szpitala, kuśtykając o kulach, wpada na bardzo zły pomysł, żeby wybrać się na pogrzeb Stephanie; nie jest tam mile widziana, ale dzięki temu nawiązuje bliższą znajomość z Jackiem.

Lila Amberson daje Foleyowi medalion, który dostała w szpitalu z resztą swoich rzeczy, bo uważa, że należał on do Staphanie i wydano jej go pomyłkowo. Okazuje się jednak, że sprawa medalionu z literą „S” nie jest taka prosta. Skąd więc się wziął, czyją własność stanowił?

Lila początkowo nie może przypomnieć sobie szczegółów randki i katastrofy, ale powoli pamięć jej wraca. A czytelnik zaczyna się domyślać, że to nie był zwyczajny wypadek. Tym bardziej, że Elliot, brat Lily, który opiekował się nią w szpitalu, twierdzi, że miała tam miejsce próba ataku na jego siostrę. Gdy kilka dni później zakapturzony mężczyzna próbuje wepchnąć ją pod autobus, jasne staje się, że komuś bardzo ona przeszkadza.

„– Zostałaś zaatakowana w szpitalu? – spytał Jack, wkurzony, że dopiero teraz się o tym dowiaduje.
Lila nie odpowiedziała, tylko ciągle patrzyła na brata.
– Przepraszam – powiedział Elliot – Wcześniej twierdziłem, że mogło mi się tylko wydawać, ale co, jeśli facet, który wepchnął cię pod autobus, już wcześniej dybał na twoje życie?”[1].

Niewiele brakowało, a w tym tragicznym wypadku straciłaby życie także Lila, ale z tonącego samochodu wyratował ją mężczyzna, który mieszkał w pobliżu miejsca zdarzenia.

„Kiedy po wybudzeniu się ze śpiączki dowiedziała się, że Richard Gruger uratował jej życie, bardzo chciała się z nim spotkać. Czuła, że ma wobec niego ogromny dług wdzięczności. Wmówiła też sobie, że na pewno nadają na tych samych falach i połączy ich jakaś głębsza więź. Nie spodziewała się, że ten facet będzie wzbudzał w niej strach”[2].

W ten oto sposób tragiczne, ale w sumie banalne wydarzenie – wypadki drogowe zdarzają się codziennie – staje się plątaniną zagadek, mrocznych tajemnic i narastającego niebezpieczeństwa, któremu stawić czoła muszą Lila Amberson i Jack Foley. Tak, razem, bo wątek romansowy w tej, całkiem niezłej, powieści sensacyjnej, też jest obecny.

„Zamilknij na zawsze” to literatura typowo rozrywkowa. Na pewno zapewni dobrą zabawę w plażowym koszu lub w podróży. Może momentami nieco naiwna i wyraźnie zbyt długa (Bo współczesna powieść musi być grupa, prawda? Nawet jeśli oznacza to dołączenie kompletnie zbędnych wątków, jak ten, z niedoszłym szwagrem Foleya), ale ogólnie – może być.










---
1. Keri Beevis, „Zamilknij na zawsze”, przekład Paweł Wolak,, Muza 2021, s. 87.
2. Tamże, s. 142.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Tyle samo prawd ile kłamstw...

 „Wakacje gwiazd w PRL” – Krystyna Gucewicz

Lektura wywołała we mnie mnóstwo ambiwalentnych odczuć. Z jednej strony bywał to wspomnień czar i sentymenty z czasów dzieciństwa, ale z drugiej solidna irytacja, bo to dowcipasy niezbyt wysokiego lotu, plotkarstwo godne pisma „Fakt” i zwyczajne fantazje, okraszone pogardliwą drwiną i złośliwościami. I tak, ze skrajności w skrajność, przez całą – oczywiście bardzo grubą – książkę. Bo problem z publikacjami tego typu jest taki, że ja niektóre z opisywanych w nich czasów i zdarzeń pamiętam… niestety.

Ta książka to kuferek przygód, wspomnień własnych i podarowanych przez wybitnych artystów – przyjaciół domu, znajomych, idoli. Patchwork, magiczna układanka, trochę jak w kalejdoskopie z różnokolorowych szkiełek. Taki był świat. A wszystko to zdarzyło się naprawdę[1].

Moim zdaniem w książce opisanych jest wiele realiów czasów PRL, zapewne większość, i nieco mniej fantasmagorii, urojeń i cudacznych przekonań autorki oraz innych osób, na ten temat. Czasem te przekłamania walą po oczach, ale zwykle jednak są zawoalowane. Przykład:

Dziś trudno uwierzyć, że do późnych lat 60. państwo nie przewidywało posiadania samochodów przez zwykłych obywateli
[2].

To prawda że nie mam pojęcia, co wtedy przewidywało państwo, ale ponad wszelką wątpliwość w późnych latach sześćdziesiątych w Polsce (i nie tylko) Polacy (niewielu) jeździli prywatnymi samochodami marki Warszawa (produkowana od 1951 roku), Syrena (produkowana od 1957 roku), Pobieda (w Polsce od 1951), P-70(1955). Z czasem zaczynały pojawiać się pierwsze Wartburgi (1955), Zaporożce (1960), Škody… Dygnitarze jeździli limuzynami marki Czajka niedostępnymi dla zwykłych obywateli.

…Kazik, kąśliwy obserwator naszych czasów, wyśpiewał słusznie, że kochamy dzieci, ale wolne się nam należy. Wcześniej, czytaj w Polsce Ludowej, nie do pomyślenia. Nie do pomyślenia też laptop, gry komputerowe, telefon komórkowy, nawet klocki lego, obecne tylko na obrazku aż do połowy lat 70. Takie wynalazki nie występowały w naturze[3].

Czy w Polsce Ludowej brak telefonów komórkowych i laptopów w latach czterdziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i aż do połowy siedemdziesiątych, to na pewno wina PRL? A jak wyglądają fakty? Pierwszym komercyjnie oferowanym laptopem był Grid Compass Computer. Zaprojektowany w roku 1979 był używany w programie NASA dotyczącym promów kosmicznych. We wrześniu 1975 opublikowano amerykańskie zgłoszenie patentowe firmy Motorola pod tytułem „Radio telephone system”. Pierwsza sieć telefonii komórkowej została uruchomiona w Japonii w 1979 (NTT).
Poza tym, co w PRL było niby nie do pomyślenia? Że kochamy dzieci? Owszem, było do pomyślenia, jak najbardziej. Że wolne się nam należy? W PRL, choć może się to wydawać nieprawdopodobne, nie pracowało się od świtu do nocy, siedem dni w tygodniu. Urlopy – to niesamowite! – też były.

Świetna anegdota dotycząca Grzegorza Fitelberga, po powrocie z emigracji dyrygenta Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach:

W hotelu podsuwają mu do wypełnienia kartę meldunkową, z czym w Europie wcześniej się nie spotkał[4].

No, to pewnie zależy w jakiej Europie, bo we Francji w latach pięćdziesiątych i później, wszystkie hotele o świcie odwiedzał policjant i odbierał karty meldunkowe gości z poprzedniej doby. W innych krajach – nie wiem.

„…Nie ze mną te numery Brunner – to oczywiście niezłomny Hans Kloss-Mikulski do Emila Karewicza w Stawce większej niż życie”[5]. 

To oczywiście oczywista bzdura. W serialu nigdy takie słowa nie padły. W odcinku 14, „Edyta”, jest za to: „Takie sztuczki nie ze mną, Brunner. Zapominasz, z kim mówisz”.

W „Wakacjach gwiazd PRL”, jak tytuł wskazuje, wszystko obraca się wokół wyjazdów i gwiazd, ale dzięki setkom dygresji (niektóre widać w cytatach), dotyka najróżniejszych aspektów życia w PRL. Wiele zdjęć (oczywiście czarno-białych, bo przecież „komuna” była szara…), fragmenty piosenek, stare kawały i zabawne anegdoty, wspomnienia z Rabki, Sopotu, Zakopanego. To byłaby wspaniała książka, gdyby tylko była w pełni wiarygodna. W sumie i tak jest nieźle, i czytelnicy, którzy są w stanie odróżnić fakty i rzeczywistość od rojeń, mogą mieć z lektury sporo uciechy. Nieco gorzej przedstawia się sprawa z czytelnikami młodszymi – mogliby uwierzyć, że wszystko to jest samą prawdą. Czy mogliby uwierzyć w taką na przykład oto opowieść? Kiedy kręcono w Poroninie film o Leninie, aktor, Rosjanin, grający Lenina, nie korzystał z toalety przez wiele dni (nie oddawał moczu, nie wypróżniał się), bo takiej postaci po prostu nie wypada. Może i śmieszne, ale fizjologicznie nie wydaje się możliwe. A „komunie” można postawić wiele jak najbardziej realnych zarzutów, nie trzeba w tym celu tworzyć fantazmatów, nawet zabawnych.

Zaobserwowałem też znaczne różnice między poczuciem humoru autorki książki i jej znajomych, prezentowanych przez nią gwiazdorów, a moim i mojego – jakże zwykłego – środowiska. Jastrzębia Góra. Markowski z Pendereckim spacerują. Markowski jest… przynapity (takie określenie poznałem dopiero dzięki Gucewicz). Do Markowskiego podchodzi mała dziewczynka, która na głowie ma chusteczkę w groszki, i grzecznie pyta o godzinę. Ten odpowiada:

„Za dwadzieścia pierwsza, ty pieprzony czerwony kapturku”[6].

Ponoć Krzysztof Penderecki tak się śmiał z tego fantastycznego kawału, że długo nie mógł się uspokoić. No cóż… Za moich czasów i w moim środowisku coś takiego nazwano by ordynarnym chamstwem, a nie znakomitym poczuciem humoru.


Z obserwacji niektórych członków własnej rodziny wiem, że czasem staruszkowie luki w pamięci wypełniają rojeniami, w które zresztą święcie wierzą. Tak to po prostu jest i nie ma się co obrażać. Dziwi mnie tylko, że takich… hm… rewelacji nie wyłapała redaktorka merytoryczna. A książka przez ręce takowej rzekomo przeszła.

Wspomniałem o fragmentach piosenek z tamtych lat (przy niektórych z nich łza kręciła mi się w oku, bo przecież ten szlagier to na koloniach, gdy poznałem właśnie…), więc przy okazji i mnie przypomniała się piosenka śpiewana kiedyś przez Izabelę Trojanowską:

Tyle samo prawd ile kłamstw
rządzi całym światem mym
Tyle samo prawd ile kłamstw
kieruje nim…


Książkę szczerze polecam czytelnikom starszym (wspomnienia z dzieciństwa, młodość), obdarzonym dobrą pamięcią i potrafiących czytać ze zrozumieniem, a przynajmniej uważnie. Bywa zabawnie i nostalgicznie, ale nie we wszystko trzeba wierzyć.











---
1. Krystyna Gucewicz, „Wakacje gwiazd PRL”, Muza, 2021, s. 7.
2. Tamże, s. 15.
3. Tamże, s. 46.
4. Tamże, s. 58.
5. Tamże, s. 267.
6. Tamże, s. 293.




@wydawnictwomuza, @muza.black

czwartek, 10 czerwca 2021

Meandry zabójczego umysłu

 „Morderczynie i psychopatki” – Nahlah Saimeh

Nahlah Saimeh, Niemka, córka Jordańczyka, rocznik 1966, marzyła o zawodzie chirurżki (tak jest w książce!), okazało się jednak, że do tego zawodu ma zbyt słabą sprawność manualną, więc postawiła na psychiatrię, a po pewnym czasie wyspecjalizowała się w psychiatrii sądowej. Doktorat w 1999. Od 2018 roku prowadzi samodzielną działalność jako psychiatra sądowy w Düsseldorfie.
Tego typu informacje są dla mnie ważne, kiedy zabieram się do lektury publikacji popularno-naukowej. Chodzi o wiarygodność, rzecz jasna, bo w ostatnich dwudziestu latach obserwuję, jak na specjalistyczne tematy wypowiadają się ex cathedra kompletni, choć pełni zapału, laicy. Trend ten wyraźnie się nasila – wszak pisać każdy może.

Moje zadanie jest ściśle zdefiniowane w ramach postępowania karnego oraz procesu wykonywania kary. Chodzi o udzielenie sądowi fachowych porad psychiatrycznych, o opracowanie analizy psychiatrycznej z zakresu medycyny sądowej, aby dzięki tej wiedzy sąd mógł samodzielnie i krytycznie pracować nad sprawą. Nie oceniam sprawczyń i sprawców, lecz usiłuję odkryć, czy cierpią oni na choroby psychiczne w ścisłym tego słowa znaczeniu…
*.

W tych niewielu momentach, gdy autorka formułuje bardziej ogólne tezy, dobrze byłoby szybko uświadomić sobie, że dotyczą one tylko Niemiec, a nie całego świata, ani nawet nie Europy, a także że prawdziwe są jedynie przy założeniach, jakie Saimeh przyjęła. Na przykład statystyka, która pokazuje, że ciężkich przestępstw z użyciem przemocy kobiety dokonują wiele razy rzadziej niż mężczyźni. Wydawałoby się, że to raczej dobrze świadczy o kobietach, zwłaszcza jeśli przeoczy się „z użyciem przemocy”. Przestępstw można popełnić nieskończenie wiele i wcale nie wszystkie one wiążą się z użyciem przemocy. A panie, ewidentnie znacznie częściej niż mężczyźni, zabijają noworodki i małe dzieci.

„Morderczynie i psychopatki” to osiem przypadków, z którymi zetknęła się w swej pracy Nahlah Saimeh. Czasem przestępczyni trafiała do niej podczas przygotowań do procesu, ale bywało i tak, że dopiero kilkanaście lat po wydaniu wyroku. Tak było w przypadku kobiety, która wraz z kochankiem wynajęła zabójcę jego żony. Psychiatrka sądowa (cóż, analogicznie do chirurżki, choć mnie to jednak kłuje w oczy) tym razem badała poziom ryzyka, jaki wiązał się z ewentualnym wcześniejszym zwolnieniem skazanej.

Książka jest czymś w rodzaju specyficznego pitawalu. Bardzo ciekawa i wciągająca, zwłaszcza że autorka zbeletryzowała opisywane przypadki tak, by mógł je czytać i rozumieć w zasadzie każdy przeciętnie rozgarnięty człowiek. Tak więc do lektury nie jest potrzebne przygotowanie prawnicze, czy psychiatryczne. A badanie meandrów kobiecej psychiki zawsze jest ciekawe, zwłaszcza w przypadku morderczyń.
Dobra robota, polecam.





---
* Nahlah Saimeh, „Morderczynie i psychopatki”, przekład Viktor Grotowicz, Muza, 2021, s. 12-13.

wtorek, 8 czerwca 2021

Zakłamany świat alkoholików

 „Informacja zwrotna” – Jakub Żulczyk

Informacja zwrotna to termin wywodzący się z zajęć psychoterapii grupowej, w tym akurat przypadku – odwykowej. Jest specyficzną formą komentarza, oceny, zachowania, czy wypowiedzi, innego uczestnika spotkania. Zasady udzielania informacji zwrotnych są ściśle określone. Nie wolno powiedzieć: łżesz jak pies i mnie wkurzasz, bo według zasad powinno to brzmieć: odnoszę wrażenie, że nie jesteś z nami w pełni szczery, a słuchając twojej wypowiedzi, czułem irytację, ewentualnie towarzyszyło mi uczucie złości. Ot, udziwniony, sztuczny język, stworzony przez psychoterapeutów, który w zamyśle (prawdopodobnie) powinien gwarantować uczestnikom psychoterapii grupowej poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego.
Wydaje się, że Marian Kania (czyżby alter ego Żulczyka?) uważa informacje zwrotne za ratunek i szansę dla świata, który porównuje do Big Brothera.

Z naszej perspektywy w każdej edycji Big Brothera występowali sami alkoholicy, potencjalni lub prawdziwi. Ale z naszej perspektywy całe dorosłe życie to Wielki Brat. Wszyscy są uzależnieni. Nikt nie jest szczery. Nikt nie potrafi udzielić nikomu informacji zwrotnej. Czytaj: nikt nie potrafi powiedzieć nikomu prawdy. Uczymy się mówienia prawdy dopiero teraz, mozolnie i w pocie czoła: gdy patrzymy drugiej osobie w oczy i informujemy ją, co dokładnie o niej myślimy i jak odbieramy to, co powiedziała[1].

Choć autor bardzo się starał, to jednak nie przekonał mnie, że świat byłby rajem, gdyby tylko ludzie porozumiewali się ze sobą, używając wyłącznie – wyuczonych na grupowej psychoterapii odwykowej – informacji zwrotnych. Ja tam profesjonalistą nie jestem, nie znam się i pewnie się mylę, ale wydaje mi się, że taka terapia grupowa powinna uczyć alkoholików normalnego życia, a nie wpajać im marzenia o tym, by cały świat stał się grupą terapeutyczną z jej udziwnionymi zasadami, czyli… dostosował się do nich. Ale to jest zapewne typowe dla uczestników i absolwentów różnych psychoterapii i mija po kilkunastu miesiącach lub kilku latach.

Pierwszoplanową postacią powieści i narratorem jednocześnie jest alkoholik, Marcin Kania, były muzyk, basista popularnego dawno temu zespołu rockowego. Marcin Kania poddał się psychoterapii odwykowej w ośrodku o nazwie „Jutro” (klienci to „Jutrzaki”), ale po pewnym czasie upił się tak bardzo, że niewiele pamięta, a dokładnie tyle tylko, że z pijackiego ciągu obudził się w mieszkaniu swojego syna (Piotr, lat 25), że na pościeli upchanej w pralce była krew i… to właściwie wszystko. Syn gdzieś zniknął, a Marcin Kania w złym stanie fizycznym i psychicznym przywlókł się do „Jutra”; próbuje zrozumieć i przypomnieć sobie, co się stało. Później, dzień za dniem, szuka syna. I przypomina sobie coraz więcej. Z feralnego dnia, ale też z przeszłości bardziej odległej. Przede wszystkim jednak kłamie. Nie dość, że okłamuje członków rodziny, kolegów i „Jutrzaków”, co może jeszcze dałoby się zrozumieć, ale głównie samego siebie.

Zaintrygowało mnie to, w jaki sposób Kania/Żulczyk postrzega, a w każdym razie opisuje, chorobę alkoholową, alkoholizm, a czyni to nieco przewrotnie, bo to uchlewanie się z jednej strony jest złe, ale z drugiej jakieś takie metafizyczno-oniryczne, przygodowe, pełne egzystencjalnego bólu istnienia, a więc do pewnego stopnia… pociągające. Może nawet uwznioślające. Te szalone, ale jakże urokliwe i romantyczne, nocne eskapady po mieście z wiernym stangretem (taksówkarzem), wykupywanie wszystkich kwiatów w kwiaciarni, by ofiarować je sprzedawczyni w nocnym sklepie…

A czysta wódka to coś niebywałego. Wódka to piękna srebrna struna, która biegnie przez całą rzeczywistość, napina ją, prostuje, sprawia, że wszystko się trzyma kupy; zaklęcie, które zawsze działa. To niesamowite, że ludzie wymyślili coś takiego[2].

Picie to wspaniała sprawa, najlepsza na świecie. Mówią, że picie przynosi wstyd. Gówno prawda. Picie przynosi mi dumę. Picie to moja moc. /…/ Pić to nagle stać się bogatym. Codziennie wygrywać w totolotka. Pić to być odważnym, to nosić miecz i mówić prawdę, mieć czapkę Stańczyka. Pić to wzbijać się w powietrze…[3].

Oczywiście kac, ból głowy (i nie tylko), wyschnięte gardło, to nic przyjemnego. Wyrzuty sumienia z powodu tego, co znowu się w życiu zawaliło, też na pewno nie są pociągające, ale przecież wystarczy zero siedem litra i nieomalże natychmiast człowiek przenosi się do swojego Fajnego Pokoju, w którym staje się najszczęśliwszym królem życia.

Mniej więcej w połowie książki dobra dotąd powieść społeczno-obyczajowa, znakomity dramat psychologiczny, zyskuje wątek pozornie kryminalny, który pasuje tu, jak pięść do nosa, ale w pewnym momencie staje się nieomalże pierwszoplanowy. Okazuje się, że Piotr Kania (informatyk, hacker) starał się pomagać lokatorom pokrzywdzonym w aferze reprywatyzacyjnej, a kręcili tym bardzo źli ludzie, niebezpieczni. Zastanawiałem się przez chwilę, czemu w 2020 roku autor wraca akurat do przekrętów z reprywatyzacją (czasy Gronkiewicz-Waltz), ale niczego nie wymyśliłem. Za to pewien jestem, że spodoba się to bardzo towarzyszom z pewnej partii. 
Zapewne autor uznał, że na dwie grube książki, bo przecież książka koniecznie musi być gruba, nie starczy mu inwencji, więc wykorzystał i scalił w jedno dwa pomysły.

Przeczytałem dwie książki Żulczyka, bo też „Ślepnąc od świateł” (serial jest znacznie ciekawszy, co rzadko się zdarza) i uważam, że jest jednym z lepszych polskich autorów współczesnych. Tyle tylko, że mnie ten jego styl, czy maniera, umiarkowanie się podoba. Meandry świadomości lub podświadomości, wynikające z braku snu albo z pijaństwa, to jakoś nie mój „klimat” i wydaje mi się, że bez tych… ozdobników byłoby znacznie lepiej. Zapewne nie mam racji. W każdym razie „Informacja zwrotna” okazała się wystarczająco dobra, żebym chciał się dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. Jednak za najlepszy uważam wątek trzeci, objętościowo najskromniejszy: złożona problematyka zaburzenia nazywanego DDA – Dorosłe Dzieci Alkoholików. Chodzi o to, że alkoholizm w rodzinie zmienia psychikę dzieci, z czasem dorosłych już ludzi, właściwie nieodwracalnie; może nawet bardziej niż stres pourazowy. W powieści dotknięci DDA, choć w różny sposób, są syn i córka Marcina Kani. W życiu… setki tysięcy Polaków.






---
1. Jakub Żulczyk, „Informacja zwrotna”, Świat Książki, 2021, s. 150.
2. Tamże, s. 36.
3. Tamże, s. 212.

środa, 2 czerwca 2021

Kochaj bliźniego aż do śmierci

 „Stulecie trucicieli” - Linda Stratmann

Trucicieli, jak się przekonamy w dalszej części tej książki, często uznawano za najgorszy rodzaj zbrodniarzy. Niejawność ich ataku i planowanie go z zimną krwią, a nie dokonanie pod wpływem chwili, wzbudzały szczególne przerażenie. Trucizna zagrażała ustalonemu porządkowi społecznemu. Dawała do ręki śmiertelną broń tym, którzy wobec prawa i obowiązujących zwyczajów nie powinni zostać dopuszczeni do sprawowania władzy. Pozwalała dzieciom zamordować rodziców, służącym – swoich pracodawców, a żonom – mężów. Sędziowie magistratu, lekarze i politycy, którzy byli pewni, że nigdy nie zostaną zasztyletowani w pijackiej bójce, wiedzieli, że mogą zostać otruci przez córkę, żonę lub kucharkę, więc czuli się zagrożeni i bezbronni[1].

Jest to książka o truciznach, trucicielach, o motywach ich działania, o ciekawych, co nie zawsze oznacza, że spektakularnych, przypadkach, o poważnych problemach prawnych, medycznych i chemicznych związanych z truciznami i otruciami w dziewiętnastym wieku oraz w początkach dwudziestego, o rozwoju medycyny sądowej i toksykologii.
„Stulecie trucicieli” w zasadzie obejmuje cały wiek dziewiętnasty, ale znaleźć w niej można przypadki, które miały miejsce w wieku XX, a nawet XXI. W 2015 roku Jesse William Korff skazany został za wyrabianie abryny (trująca glikoproteina) i jej internetową sprzedaż wraz z instrukcją, jak odmierzyć dawkę śmiertelną w zależności od wagi ofiary.

Powyższy cytat w pierwszej chwili sprawia wrażenie przesadnego, ale tylko dopóki czytelnik nie zda sobie sprawy, że „wtedy” bardzo różniło się od „teraz”. Obecnie, owszem, też jest możliwe stworzenie trucizny, ale wymagałoby to sporej wiedzy i najczęściej także dostępu do lekarskiego bloczka z receptami. Albo jakiegoś laboratorium chemicznego. W czasach opisywanych przez Lindę Stratmann arszenik, na przykład, był stosunkowo tani, bardzo łatwo dostępny – można go było kupić za kilka pensów w tutce papierowej, popularny i szeroko stosowany w gospodarstwach domowych i wiejskich do różnych celów. Praktycznie pozbawiony smaku i bezwonny, sprzedawany był w czystej postaci bez jakichkolwiek ograniczeń w aptekach, drogeriach i innych sklepach. Były to warunki i okoliczności, w których można się było bać. Do tego dochodziły problemy z udowodnieniem mordercy, że kogoś otruł; objawy zatrucia arszenikiem bardzo przypominały objawy cholery – wcale nie tak rzadkiej w połowie XIX wieku.
Rzecz jasna truciciele używali nie tylko arszeniku, ale w pierwszej połowie XIX wieku był on prawdopodobnie najbardziej popularny. Inne trucizny to opium i jego roztwór o nazwie laudanum, strychnina, kantarydyna, belladonna, cyjanek, morfina i inne.

Zaskoczyło mnie, że autorka tłumaczy się w pewnym momencie z potraktowania po macoszemu kwestii motywów trucicieli, bo podobno praca miała dotyczyć czegoś innego. Jednak przyznam, że gdyby sama o tym nie wspomniała, to ja bym takich niedostatków nie zauważył; na mój gust motywów jest wystarczająco wiele, a niektóre z nich znakomicie rozwiewają nasze naiwne, nieoparte na faktach przekonania i rojenia.

Dzieciobójstwo było najpowszechniejszym zarzutem wobec kobiet w XIX wieku. W latach 1801-1900 w Old Bailey odbyło się 199 rozpraw dzieciobójców i w prawie wszystkich przypadkach sprawcami okazywały się matki. Ofiary to najczęściej noworodki oraz kilkudniowe lub kilkutygodniowe niemowlęta[2].

Wygląda na to, że wiele mam kocha swoje dzieci, ale pieniążki bardziej. Wprawdzie do zwiększenia liczby śmiertelnych otruć dzieci znakomicie przyczyniły się Towarzystwa Pogrzebowe (składka – 1 pens tygodniowo, ale jak dziecko zmarło, to rodzice otrzymywali od Towarzystwa 2-5 funtów na wyprawienie pogrzebu), jednak fakt ten co najwyżej ułatwia zrozumienie postępowania matek, jednak go nie usprawiedliwia.

Linda Stratmann prezentuje w swojej książce (kapitalna okładka) wyjątkowo rzetelnie i chronologicznie postępujące zmiany we wszystkich dziedzinach wiedzy, nauki i praktyki, związanych z trucicielami i truciznami, jakie następowały przez cały wiek dziewiętnasty. Od właściwie zupełnej bezradności władz wobec trucicieli, do pewnego diagnozowania.

W „Stuleciu trucicieli” z konieczności znalazły się też opisy nieco drastyczne: techniki, sposoby i metody badań wydzielin i wydalin, opisy konsystencji i zapachu rozkładających się narządów itp., jednak zdecydowanie autorka robi to umiejętnie, bez dostarczania miłośnikom obrzydliwości ich ulubionej podniety i bez epatowania pozostałych. Trudne w czytaniu wydawały mi się opisy doświadczeń na zwierzętach, zapewne jednak były niezbędne w wiarygodnej publikacji popularno-naukowej.











---
1. Linda Stratmann, „Stulecie trucicieli”, przekład Katarzyna Skawran, Wydawnictwo RM, wydanie III, 2021, s. 20.
2. 2. Tamże, s. 95.









Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 30 maja 2021

Po co gadać z czarnuchami?!

 „Bardzo długie popołudnie” – Inga Vesper

Wczoraj pocałowałam męża po raz ostatni. On oczywiście jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy…[1].

Tak się cała ta historia zaczyna. Joyce postanawia… wyjechać? uciec? W każdym razie jakoś zniknąć.

Nie powinnam malować. Frank tego nie lubi. Chociaż Genevieve Crane twierdzi, że jestem niezwykle utalentowana. Matka, która sobie dogadza, gdy trzeba zaplanować posiłki, odkurzyć dywany i zadbać o świeże kwiaty w wazonach, daje zły przykład dzieciom[2].

Powinnam skoncentrować się na obowiązkach. Nigdy nie robię tego wystarczająco dobrze, choćbym nie wiem, jak bardzo się przykładała. Frank zawsze potrafi mi to udowodnić – pokazując palcem kurz na półce, lepką plamę soku na podłodze, kosz śmierdzący brudną pieluchą[3].

Ciekawy typek z tego Franka. Nie lubi też, kiedy żona podlewa kwiaty w czasie okresu, bo uważa, że wtedy jej trujące miazmaty szkodzą roślinom. Tak w ogóle, to on wielu rzeczy nie lubi, więc nic dziwnego, że Joyce zaplanowała, ze pewnego dnia pocałuje go po raz ostatni. Przypomniało mi to horror „Żony ze Stepford”. Tylko ta krew…

Czarnoskóra pomoc domowa, Ruby Wright (jest rok 1959, więc segregacja rasowa w USA trwa w najlepsze i wiele lat jeszcze potrwa), przyjeżdża, jak trzy razy w tygodniu, sprzątać w domu Joyce Haney (oraz innych domach w zamożnej dzielnicy Sunnylakes). Małe dzieci są same, w kuchni widoczne są ślady krwi. O miejscu pobytu Joyce nikt nic nie wie, zniknęła. Frank Haney wyjechał w sprawach zawodowych, czyli ma alibi. Detektyw, Michael Blanke, nowy w Santa Monica, prowadzi śledztwo, na razie w sprawie zaginięcia.

Brooklyński detektyw, Michael Blanke, któremu nie powiodło się w wielkim mieście, do Santa Monica (w latach pięćdziesiątych była to pipidówa) właściwie został zesłany. Jako człowiek z zewnątrz, działa według mocno odmiennych metod, a jego techniki, sposoby i metody śledcze mocno różnią się od tych, do których przywykła lokalna policja. Na przykład stara się rozmawiać z Ruby – dziwak, który nie wie, że z czarnuchami się nie rozmawia, im się tylko wydaje polecenia. A Ruby, okazuje się, wie bardzo dużo, choćby to, że pani Ingram ma romans i nawet wie z kim, wie albo może się dowiedzieć, co takiego widziała Barbara, córka Joyce i wiele innych takich.

Problem stanowią kobiety. Pani Ingram, pani Crane, panna Klintz. Fran ma rację, Mick po prostu nie potrafi się dogadać z mieszkańcami Sunnylakes. Niedobrze. Bo Joyce Haney kończy się czas – o ile już się nie skończył[4].

Książka składa się na zmianę z rozdziałów/relacji Michaela, Ruby i Joyce. „Bardzo długie popołudnie” to niezły kryminał społeczno-obyczajowy oraz – jak twierdzi sama autorka – książka o feminizmie. Jest to powieść, którą można polecić tym, którzy nie gustują w odrażających scenach gwałtów, bestialskich tortur, upokarzania kobiet, drobiazgowo szczegółowych opisów ran itp. Według dzisiejszych standardów jest kryminałem po prostu łagodnym i niewątpliwie inspirowanym ruchem Black Lives Matter. Czytelnik może się zastanawiać, jakie predyspozycje miała autorka, biała kobieta, urodzona w Niemczech, mieszkanka Londynu, by pisać o latach pięćdziesiątych w USA i segregacji rasowej, więc po prostu dobrze jest zdawać sobie sprawę, że to jednak nie jest dokument. Polecam.







---
1. Inga Vesper, „Bardzo długie popołudnie”, przekład Jacek Żuławnik, Wydawnictwo Słowne, 2021, s. 9.
2. Tamże, s. 67.
3. Tamże, s. 111.
4. Tamże, s. 136.

środa, 26 maja 2021

Po prostu my, ludzie... niestety

 „Holokaust. Ostateczne rozwiązanie” – Hans Mommsen

„Równolegle do tego dominującego, dysymilacyjnego typu antysemityzmu istniał też – głównie w obszarze katolickim – żywy tradycyjny antyjudaizm, który wciąż uważał Żydów za morderców Chrystusa i aż do lat trzydziestych dwudziestego wieku wpływał przede wszystkim na kler katolicki”[1].
Tylko do lat trzydziestych? Może w Niemczech…

Hans Mommsen (1930-2015) – historyk specjalizujący się w funkcjonalistycznej interpretacji III Rzeszy oraz studiów nad niemiecką historią społeczną. Znany jednak przede wszystkim z głoszonego namiętnie przekonania, że Hitler był słabym dyktatorem, który zamiast działać zdecydowanie, chaotycznie reagował na różne naciski społeczne. Może miał rację, może gdyby Hitler był bardziej skutecznym dyktatorem, to Niemcy wygraliby wojnę, a po Żydach w Europie nie byłoby już śladu.

W swojej popularno-naukowej książce autor stara się przekonać czytelnika, że Zagłada, czyli „ostateczne rozwiązanie”, było wynikiem kumulującej się radykalizacji państwa niemieckiego, co miało stać w sprzeczności do długofalowego planu Adolfa Hitlera. Podczas lektury odniosłem wrażenie, że Hans Mommsen marginalizował albo w ogóle negował wyraźny związek między tym, co napisał Hitler w „Mein Kampf”, a Holokaustem.

Hans Mommsen uważał, że…
„Nie zmienia to faktu, że jako zasada organizacji politycznej antysemityzm okazał się mało skuteczny”[2].

Oraz, że…
„Wczesny rozwój ruchu narodowosocjalistycznego należy umieścić w kontekście kontrrewolucyjnych wydarzeń, które rozegrały się podczas tłumienia Bawarskiej Republiki Rad. Była ona – jak donosiła prawicowa prasa – żydowską tandetą, przy czym zwracano uwagę, że (…) cały szereg przywódców republiki rad to osoby żydowskiego pochodzenia” [3].

Antysemityzm był mało skuteczny, a gdyby Żydzi nie chcieli zakładać w Niemczech (na wzór ZSRR) komunistycznych republik rad i w ogóle wywierać wpływ na władzę, to może postawy antysemickie nie uległyby aż takiej radykalizacji. Czy to znaczy, że byli współwinni?

Zdecydowanie miał rację, twierdząc że…
„Ruch narodowosocjalistyczny nie czerpał swojej siły głównie z mobilizacji antysemityzmu. Jego sukces wyborczy opierał się przede wszystkim na wykorzystaniu społecznych napięć i politycznych rozczarowań w powojennych Niemczech”[4].

Ale do tej tezy nie przekonał mnie on sam, ale raczej realna wiedza, pochodząca z innych źródeł i dotycząca warunków życia (np. koszmarnej inflacji) w powojennych Niemczech.

Mommsen zadaje niezwykle ważne pytania, na przykład, jak to w ogóle było możliwe, żeby wobec stosunkowo niewielkiej popularności działań skierowanych przeciwko Żydom (większość Niemców – podobno – była obojętna), ekstremalny kurs i eliminacja ludności żydowskiej udało się zastosować tak łatwo. Tym bardziej, że od roku 1941 likwidacja Żydów... „pozostawała w sprzeczności z konkretnymi interesami materialnymi”[5].

W książce bardzo dokładnie, data po dacie, wydarzenie po wydarzeniu, fakt po fakcie, autor pokazuje, JAK do tego doszło. Ale JAK nie oznacza automatycznie odpowiedzi na pytanie: DLACZEGO? Skoro materialnie to się nawet nie opłaciło! Być może odpowiedzią jest pewna forma władzy, a dokładnie dyktatura populistyczna, która koniecznie musi wykreować jakiegoś wroga.

Dyktator klasyczny: Bójcie się mnie, jestem straszny; jak nie będziecie robili tego, co każę, to was zniszczę, wykończę. Dyktator populista: Bójcie się ich, oni są straszni, chcą was zniszczyć i wykończyć, ale ja/my was przed nimi uratujemy. Jak od razu widać, istnienie Żydów, kolorowych, „zaplutych karłów reakcji”, kułaków, LGBT, kontrrewolucjonistów, masonów, podkułaczników, szkodników itd. itp. jest absolutnie niezbędne. Mommsen mnóstwo razy odwołuje się do idei, partii, ugrupowań, ruchów volkistowskich (narodowych), bo przecież jak są źli, to muszą być i ci dobrzy, których trzeba bronić i chronić, czyli właśnie NARÓD (Volk).

„Całkowity bilans ludobójstwa jest głęboko przerażający i przekracza wszelkie wyobrażenie. Obliczenia wskazują liczbę od 5,3 do 6,1miliona ofiar. Skala ta rodzi pytanie, dlaczego masowe mordy tylko częściowo dostrzegane były przez niemiecką opinię publiczną i dlaczego wiedza o nich stosunkowo późno stała się znana na szczeblu międzynarodowym”[6].

A dlaczego tak niewiele wiadomo jest o ludobójstwie Ormian bestialsko wymordowanych przez Turków (ok. 1,5 miliona ofiar)? Czemu tak niewiele wiadomo o ludobójstwie Tutsi wymordowanych przez Hutu (1994 rok, ok. milion ofiar)? Czemu tak niewielkie zainteresowanie budzą zbrodnie chrześcijańskich misjonarzy w Kanadzie (w 2015 premier Kanady, Justin Trudeau, przeprosił za tortury, gwałty i masowe zabójstwa, ale… nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności)? Może to nie fenomen nazizmu, który trzeba badać i opisywać w nieskończoność, ale po prostu natura nas, ludzi?

Mommsen, autor wysoko cenionych opracowań dotyczących upadku Republiki Weimarskiej, w „Holokaust. Ostateczne rozwiązanie” przedstawił własną wersję, momentami nawet przekonująco uargumentowaną. Trzeba jednak koniecznie zdać sobie sprawę, że wybitni historycy, także niemieccy, specjalizujący się w temacie, prezentowali często przekonania… nie całkiem zbieżne z wizją Mommsena. Żeby jednak nie było nieporozumień muszę dodać, że uważam Hansa Mommsena za całkowicie wiarygodnego w obszarze faktów/zdarzeń. Tylko czasem, bo też nie zawsze, dziwne wydają mi się jego interpretacje, ale tych już weryfikować nie jestem w stanie – nie ten poziom wiedzy historycznej. A książka ciekawa, ale nie czyta się jej lekko – nie jest to literatura rozrywkowa (czterdzieści stron przypisów!).






---
1. Hans Mommsen, „Holokaust. Ostateczne rozwiązanie”, przekład Monika Kilis, Wydawnictwo RM, wyd. II, 2021, s.12.
2. Tamże, s. 16.
3. Tamże, s. 18.
4. Tamże, s. 27.
5. Tamże, s. 34.
6. Tamże, s. 170.





Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 23 maja 2021

Taka dobra dzielnica Londynu

 „Greenwich Park” – Katherine Faulkner

Na początku miałem drobne kłopoty z połapaniem się, kto, z kim i dlaczego. Poza tym opowieść zaczyna się od „Potem”, a dopiero później w kolejnych rozdziałach, numerowanych zapewne tygodniami ciąży, opowiadają kawałki pasjonującej historii trzy kobiety (choć nie tylko one). A kłopot wynikał z faktu, że każda z nich robi to w pierwszej osobie. Tak więc raz „byłam” dotyczy Katie Wheeler – dziennikarki z podrzędnej gazety, raz Helen Thorpe – żony Daniela, czasem wreszcie Sereny – żony Rory’ego Richarda Haverstocka. To oczywiście dopiero początek powiązań. Helen ma brata, Charliego, który jest didżejem, chyba ponownie zszedł się z Katie, miał problemy z policją i narkotykami. Daniel i Rory są architektami i prowadzą wspólną pracownię, którą kiedyś założył ojciec Helen. Serena jest przyjaciółką Helen ze studiów – zajmuje się fotografią. Serena i Helen są w ciąży.

Helen w szkole rodzenia poznaje Rachel, dziwną kobietę z obdrapanymi fioletowymi paznokciami (ten element powtarza się co najmniej kilkanaście razy), zbyt otwartą i bezpośrednią, jak na standardy wyższej klasy średniej z Greenwich Park, która pije i pali mimo ciąży, a poza tym… jest jakaś dziwna. Panie spotykają się zadziwiająco często, choć Helen nie zawsze ma ochotę na towarzystwo Rachel. Przyszło mi do głowy określenie „osaczanie”, ale chyba nie byłoby ono adekwatne.

– Nie wydaje ci się dziwne, że wciąż na nią wpadam?
Daniel wzrusza ramionami.
– To znaczy?
– Na przykład wtedy, kiedy umówiłam się z Katie na lunch. Już tam była, siedziała przy najlepszym stoliku i czytała w gazecie jej artykuł[1].

Już tam była… Innym razem Helen spotkała Rachel w kawiarni, do której weszła przypadkowo, spacerując bez celu po mieście. Londyn to dość duże miasteczko i prawdopodobieństwo odgadnięcia, do jakiego lokalu wstąpi Helen, uciekająca od uciążliwego remontu w domu, było w zasadzie żadne. Więc jeśli autorka chciała stworzyć wrażenie osaczania, to w kilku momentach nie trzyma się to kupy. Ale… to w końcu tylko debiut.

Demoniczna Rachel pojawia się coraz częściej, odwiedza studio fotograficzne Sereny, poznaje Katie, nawet na kilka tygodni zamieszkuje u Helen… od samego początku daje się odczuć, że z jej powodu stanie się coś bardzo złego i oczekiwanie na to wielkie „bum”, śledzenie podpowiadanych przez autorkę tropów i wątków, jest mocnym punktem tej intrygującej wielce historii. Właściwie dopiero w ostatnim rozdziale ukazuje się cała prawda, a wiele wątków okazuje się mylnymi tropami, które autorka rozsiała gęsto, by czytelnik zbyt szybko nie odkrył zbyt wiele.

W domu Helen nikt nie odpowiada na pukanie. Rolety są opuszczone, okiennice zamknięte. Dzwonię do niej, ale włącza się poczta głosowa. Może śpi i wyłączyła telefon? A jeśli zaczęła rodzić? Zastanawiam się, czy powinnam odejść i zadzwonić do niej później. Jednak coś mnie zatrzymuje. Na podjeździe stoi samochód. Daniel nigdy tak wcześnie nie wraca do domu. Coś tu nie gra. Czegoś nie rozumiem[2].

Całkiem przyzwoity debiut. Poza oczywistym wątkiem sensacyjnym książka pomaga spojrzeć na wiele kwestii kobiecym wzrokiem (a może tylko tak mi się wydaje), ale też poznać zdystansowaną i opanowaną postawę zamożnych Londyńczyków, mieszkańców dobrych dzielnic… Zachowanie Rachel z pierwszych rozdziałów książki, porównane do standardów polskich, nie wydaje się wcale jakieś bardzo dziwaczne – zbyt bezpośrednie i żywiołowe jest ono tylko w zderzeniu z indyferencją i opanowaniem Helen Thorpe.

Tekst na okładce zawiera zdecydowanie zbyt dużo – to już spoiler, moim skromnym zdaniem; za bardzo ukierunkowuje i nastawia czytelnika. Poza tym drobiazgiem książkę uważam za wartą uwagi, choć mogło być lepiej.







---
1. Katherine Faulkner, „Greenwich Park”, przekład Anna Rajca-Salata, Muza SA, 2021, s. 119.
2. Tamże, s. 344.









# wydawnictwomuza #muza.black

środa, 19 maja 2021

Pomysłowy MacGyver i obcy

 „Projekt Hail Mary” – Andy Weir

Nie czytałem ani nie oglądałem „Marsjanina” – zbyt nachalnie i agresywnie był reklamowany. Sięgnąłem po trzecią powieść tego autora (nie licząc wielu tekstów internetowych, którymi nie wzbudzał zainteresowania), żywiąc poważnie nadzieję, że jego pisarstwo znakomicie dojrzało i przestało być tylko koniunkturalne, napompowane reklamami.

Ze Słońca dociera coraz mniej energii. Pochłaniają ją tajemnicze stworzenia, obca forma życia, nazwana przez głównego bohatera astrofagami. Za trzydzieści lat czeka Ziemię epoka lodowcowa, a niedługo później, całkowita zagłada.

„– Do niedawna znajdowały się w pobliżu Słońca – powiedziała Stratt – A Słońce traci energię.
– Zgadzam się. I dlatego uważam, że jest to forma życia. Pochłania energię, magazynuje ją w jakiś niepojęty dla nas sposób, a potem wykorzystuje w charakterze napędu. Nie zachodzi tu żadne proste zjawisko fizyczne ani chemiczne. To jest coś złożonego i ukierunkowanego. Coś, co powstało w wyniku ewolucji”[1].

Ryland Grace, nauczyciel biologii, któremu nie wyszła kariera na uczelni (snuł cudaczne teorie, z którymi nie zgadzała się reszta naukowców), wyrusza na ratunkową wyprawę kosmiczną, by ocalić ludzkość. Na statku o ciekawej nazwie Hail Mary (Zdrowaś Mario?) jest jedynym żywym człowiekiem – okazuje się, że pozostali, Chińczyk (dowódca) i Rosjanka, od dawna nie żyją. Ryland Grace po obudzeniu, a może odzyskaniu przytomności, cierpi początkowo na zaburzenia pamięci; nie potrafi sobie nawet przypomnieć, jak ma na imię.

Fabuła powieści rozwija się dwutorowo: z jednej strony bieżące wydarzenia na statku Hail Mary, który znajduje się w jakimś nieznanym układzie gwiezdnym i leci nie bardzo wiadomo dokąd i po co (przynajmniej początkowo nie jest wiadomo), z drugiej są to powracające powoli wspomnienia Rylanda Grace'a, na przykład z badań nad astrofagami. Część tych wspomnień umożliwia mu realizację misji, na przykład znajomość budowy Hail Mary i umiejętność sterowania statkiem, jednak inne… nie służą niczemu, po prostu wypełniają, rozbudowują treść o elementy, które może i pomagają poznać bohatera, ale poza tym wydają się zupełnie zbędne.

Nietuzinkowo autor wykreował obce formy życia. Może nie jest to zupełnie nowatorskie podejście, ale chyba jednak zbyt często w powieściach s-f obcy przynajmniej trochę przypominają ludzi – mają trzy nogi i cztery ręce? OK. Ale właśnie mają nogi i ręce. A jeśli nieznana forma życia ma wielkość mikroba, nie posiada kończyn ani rozumu?

Wydaje mi się, że czytelnikom młodszym będzie się ta książka podobać bardziej niż starszym, którzy pamiętają Pomysłowego Dobromira, MacGyvera oraz przygody Tomka Wilmowskiego. Od razu przyszło mi to do głowy, kiedy przeczytałem, że bohater z ołówka, stopera i taśmy mierniczej buduje poważne instrumenty pomiarowe; do tego to zadęcie dydaktyczne (typowe dla Szklarskiego), tłumaczenie i wyjaśnianie czytelnikowi zasady działania tego lub owego, zjawisk, podstaw obliczeń itp. To nie musi być złe jako takie, po prostu wydaje mi się… nieco naiwne. A skoro rozprawiam się z minusami, to do naiwności zaliczyłbym też obowiązkową najwyraźniej poprawność polityczną – z misją ratunkową w kosmos leci Amerykanin, Rosjanka i Chińczyk.

„Żeby przeprowadzić następny eksperyment potrzebowałem małej białej diody i baterii do zegarka. (...) Zajrzałem do szuflady wypełnionej zapasowymi żarówkami do mikroskopów i innych sprzętów laboratoryjnych. Wziąłem jedną z nich i podłączyłem do zasilacza z regulatorem napięcia. Zasada działania żarówki polega na tym, że…”[2].

Na koniec – ta historia jest ewidentnie zbyt długa; książka, skrócona do połowy, bez dłużyzn, byłaby zdecydowanie lepsza, a jej akcja bardziej dynamiczna. Jednak muszę zwrócić uwagę, że minusy nie świadczą o braku plusów.

Ostatecznie jest to średniej klasy powieść z gatunku przygodowej fantastyki dla młodszych czytelników, którzy mogą się dzięki niej dowiedzieć, jak działa żarówka, jak się rozwiązuje równania z dwiema niewiadomymi i dziesiątki innych takich. Jednak momentami historia jest naprawdę wciągająca i naprawdę chciałem wiedzieć, co będzie dalej.





---
[1] Andy Weir, „Projekt Hail Mary”, przekład Radosław Madejski, Akurat, 2021, s. 61.
[2] Tamże, s. 90-91.
















niedziela, 16 maja 2021

Przyszłość przegrana wczoraj

 „Daleko, coraz bliżej” – Alex Schulman

Do moich rąk trafia ostatnio sporo różnych książek, z rozmaitych źródeł. Zapewne więcej, niż w czasach, kiedy to tylko kupowałem je w księgarniach stacjonarnych. Gdy nadchodzi czas ich czytania, często nie pamiętam już, co mną kierowało przy wyborze i skąd w ogóle ta akurat pozycja się u mnie wzięła. Dokładnie tak było z „Daleko, coraz bliżej”.
Czytałem strona za stroną, kartka za kartką, rozdział za rozdziałem i zastanawiałem się, o czym jest ta książka i jaki to gatunek literacki. Oczywiście wystarczyło poczytać opinie w internecie albo choćby tekst na okładce (blurb), ale to by było zbyt proste. Zorientowałem się po około 25 procentach przeczytanej objętości.

To nie tylko umiarkowanie ciekawa anegdota – to także ocena, wysoka ocena, warsztatu Alexa Schulmana: chciało mi się czytać mimo niewiedzy, o co tu w ogóle chodzi.

Dom i parę gospodarczych zabudowań nad jeziorem na półwyspie. Bardzo, bardzo, bardzo daleko od szosy. Matka, ojciec, trzech synów (Benjamin, Nils, Pierre) i żadnych innych ludzi w zasięgu wzroku. Rodzina spędzała tu wakacje.

„Są tam dom i jezioro. Dom sterczy samotnie na cyplu, na tle nigdy do końca nieciemniejącej czerwcowej nocy. To prosty drewniany budynek o zaburzonych proporcjach, sięgający nieco wyżej, niż powinien”[1].

W części pierwszej historia relacjonowana jest dwutorowo, bo z jednej strony są to opowieści o letnich przygodach dzieciaków, a z drugiej, to spotkanie nad jeziorem dorosłych już braci, którzy umówili się tam i zebrali, by nad wodą rozsypać prochy matki. Tego ona sobie ponoć życzyła.
Same wydarzenia są zwyczajne, typowe, banalne, ale… w miarę czytania zyskiwałem pewność, że z tą rodziną coś jest nie tak. Ich relacje są momentami solidnie zaburzone, wręcz nienormalne. Przykład. Chłopcy znajdują w lesie stację transformatorową. Benjamin zostaje poważnie porażony prądem, traci przytomność, Molly, którą trzymał na rękach, nie żyje. Kiedy chłopak dochodzi do siebie zauważa, że jego bracia zniknęli – okazało się, że Nils wrócił do domu i bez słowa położył się spać. Naśladował w ten sposób częste zachowanie matki, która w momentach kryzysowych oznajmiała, że musi się położyć i znikała w swojej sypialni.

Benjamin, Nils i Pierre – bohater rodzinny, niewidzialne dziecko (zwane też dzieckiem we mgle), maskotka, kozioł ofiarny – role, jakie przybierają dzieci w rodzinach dysfunkcyjnych. I nie zawsze musi to być dysfunkcja rażąco patologiczna typu narkomanii, czy alkoholizmu.

„…widząc, jak Pierre układa kupkę z ogryzków frytek, dostrzega w nim coś niepokojącego, bo przecież ten, kto brzydzi się wziąć do ust coś, czego sam przed chwilą dotknął, w jakimś sensie nie chce mieć do czynienia z sobą samym”[2].

W drugiej części książki, dramatu psychologicznego, pokazane są dalsze losy dorastających i dorosłych braci (Nils wyjeżdża z domu, a właściwie z niego ucieka, natychmiast po maturze), ale i one przerywane są wspomnieniami z dzieciństwa, które głównie dotyczą problematycznych postaw i zachowań rodziców. Wniosek jest oczywisty, choć bardzo smutny, dzieciństwo w rodzinie dysfunkcyjnej odciska swoje piętno na zawsze, do końca życia.

Pewnego razu nauczyciel języka polskiego w klasie maturalnej zadał nam pytanie: kiedy powinno się zacząć wychowywać dziecko? Okazało się, że prawidłowa odpowiedź brzmi: dwadzieścia lat przed jego urodzeniem. Po lekturze książki Alexa Schulmana zaczynam wierzyć, że ten stary belfer miał rację.







--
1. Alex Schulman, „Daleko, coraz bliżej”, przekład Ewa Wojciechowska, Muza, 2021, s. 9.
2. Tamże, s. 175.

wtorek, 11 maja 2021

Prawda boleśnie prawdziwa

„Holokaust. Prawdziwe historie ocalonych” – Lyn Smith  (wyd. 4)

W zasadzie tytuł i podtytuł (uwaga: podtytuły są różne w różnych wydaniach) określają jednoznacznie treść książki. Jednak jest ona nieco odmienna od wielu innych pozycji na temat Zagłady, które czytałem.

„Co więc różni te relacje od tego, z czym polski odbiorca miał do czynienia choćby w trakcie szkolnej nauki? Przede wszystkim są to świadectwa prywatnych ludzi nagrywane od zakończenia wojny praktycznie do dzisiaj – historia przekazywana jest przez pryzmat osobistych przeżyć, bardzo subiektywnie. Najważniejszą kwestią wydaje się włączenie do historii Holokaustu wydarzeń z okresu poprzedzającego wojnę i późniejszego, tuż po jej zakończeniu”[1].

Autorka cytatu ma w nim rację tylko częściowo – osobiste wspomnienia prywatnych osób nie są w tym temacie niczym nowym. „Dziennik Anne Frank”, na przykład, jest tak prywatny i osobisty, że nie da się bardziej. Natomiast rzeczywiście niewiele jest relacji z Holokaustu, które pokazują czasy przed wojną światową. Wprawdzie plan „ostatecznego rozwiązania” formalnie narodził się dopiero około 1943 roku, ale nie pojawił się znikąd. Zagłada była wynikiem wielu lat przemian. Przemian świadomości, przekonań, postaw życiowych. Oczywiście także polityki. Nie kończy się też w dniu kapitulacji Trzeciej Rzeszy – byłoby to zbytnie uproszczenie. Można to porównać do tematu nazistowskich obozów koncentracyjnych: obóz (taki lub inny) zostaje wyzwolony… i co? Odtąd żyli długo i szczęśliwie? Od tego dnia wszystko już było w porządku? Czyżby?

Podczas lektury przyszło mi do głowy porównanie: można napisać książkę o uprawach leśnych, o lasach po prostu, w Grecji, Polsce, Bułgarii, Niemczech, Austrii, o polityce wykorzystywania drewna i odtwarzania zasobów, ale… nie będzie w niej ani jednego słowa o jakimkolwiek drzewie. Lyn Smith napisała właśnie o pojedynczych drzewach.

Ktoś kiedyś stwierdził, że pięciu zabitych, to ofiary, ale pięć milionów zabitych, to tylko polityka i statystyka (albo jakoś tak, podobnie). Trudno się przecież identyfikować lub utożsamiać z milionami, ale w przypadku konkretnych osób wygląda to zgoła inaczej. Poza tym często wydaje nam się, że wszystko, całe zło, można zrzucić na wojnę. Niby wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem, ale… Lyn Smith bardzo boleśnie uświadamia czytelnikowi, że te okropieństwa różnego typu działy się zarówno przed wojną, jak i wiele lat po jej zakończeniu.

„Ruth Foster. Uczennica niemiecka pochodzenia żydowskiego, Lingen.
Urodziłam się w 1923 roku w Lingen, prowincjonalnym miasteczku blisko granicy holenderskiej. Rodzina mojego ojca mieszkała w tej okolicy od 1670 roku. Matka pochodziła z Holandii. Lingen w tym czasie liczyło około 5000 mieszkańców, w tym około 20 rodzin żydowskich. Byłam jedynym dzieckiem”[2].

„John Lawrance. Austriacki uczeń pochodzenia żydowskiego, Wiedeń.
Urodziłem się w Wiedniu, w dziewiątej dzielnicy, 29 maja 1922 roku. Rodzice byli narodowości austriackiej, ale nie pochodzili z Wiednia – ojciec urodził się w Krakowie, w Polsce, a matka w Oświęcimiu. Mieszkałem w Wiedniu aż do naszego wyjazdu 29 czerwca 1938 roku. Mieliśmy ładne mieszkanie…”[3].

„Roman Halter. Polski uczeń pochodzenia żydowskiego. Chodecz.
Urodziłem się w Chodczu, małym mieście nazywanym jidysz sztetl. Osiemsetosobowa społeczność żydowska składała się z ludzi biednych i bardzo biednych”[4].

Jan Hartman – czeski uczeń. Steven Frank – holenderski uczeń. Edith Baneth – czeska uczennica. Jacob Pesate – rumuński student. Marsha Segall – litewska uczennica. Leon Greenman – angielski biznesmen. Janine Ingram – grecka uczennica…
Rodzice, rodzeństwo, mieszkanie, warunki, szkoła, przyjaciele, pasje, zajęcia – to już nie są bezimienne miliony. To konkretni ludzie, czasem nawet widoczni na zdjęciach, i cały ich świat. Nie tak trudno znaleźć rodzinę, miejsce lub okoliczności podobne do swoich. Zwłaszcza, że nie wszystkie relacje dotyczą Żydów, bo Niemcy usiłowali zgładzić też Cyganów, Świadków Jehowy, niepełnosprawnych, komunistów i wielu innych „podludzi”.

Relacje zebrane przez Lyn Smith podzielone zostały na kilka okresów, a więc początek lat trzydziestych i pierwsze prześladowania, próby szukania schronienia w latach 1937-39, wojna, getta, obozy, marsze śmierci, wyzwolenie w 1945 roku i… wcale nie tak cudowne życie po wyzwoleniu.

„Taube Biber. Uczennica polska pochodzenia żydowskiego. Mielec.
Było to w wigilię żydowskiego Nowego Roku, kiedy ortodoksyjni Żydzi przygotowywali się do święta. Oczywiście Polacy współpracowali (z Niemcami), oprowadzali i pokazywali, gdzie jest synagoga, a gdzie łaźnia rytualna. Niemcy weszli do łaźni, wygarnęli wszystkich na korytarz, oblali naftą i podpalili”[5].

Oczywiście…
Choć nie jest to polska książka i Polaków raczej w niej niewielu, to, zdaje się, nie zaprezentowaliśmy się zbyt dobrze (eufemizm!), niestety. Kościół katolicki też nie.

Właściwie prawie każdy rozdział zawiera wspomnienia przerażające, ale – pomijając koszmary obozowe – najbardziej poruszył mnie temat manipulacji władzy, która szuka (i tak łatwo znajduje) potrzebnych jej wrogów narodu, winnych całego zła. To przecież ci straszni Żydzi chcą zniszczyć wielkie Niemcy! Żydzi są winni przegranej w pierwszej wojnie światowej, a poza tym – zabili Jezusa. Tylko niech się nikt nie waży wspominać, że Jezus też był… To syjonistyczna propaganda i tyle.
Kilkanaście lat później nasza, to jest polska, władza też mocno potrzebowała wrogów i natychmiast wynalazła sobie „zaplutych karłów reakcji”, „wrogów ludu pracującego miast i wsi” itp. A najgorsze wydaje się to, że ta prymitywna z pozoru sztuczka nadal się udaje i to już w XXI wieku, w pozornie cywilizowanym kraju w środku Europy. I miliony ludzi władza skutecznie przekonuje, że… „oni są straszni, ale my was przed nimi obronimy, uratujemy”.

Poruszająca lektura. Skłaniająca do refleksji. Wzbudzająca skrajne emocje. Polecam.


[1] Anna Puziewicz – z przedmowy do polskiego wydania książki „Holokaust. Prawdziwe historie ocalonych”, Lyn Smith, Wydawnictwo RM, wyd. IV, 2020, s. XIII.
[2] „Holokaust. Prawdziwe historie ocalonych”, Lyn Smith, przekład Anna Puziewicz, Wydawnictwo RM, wyd. IV, s. 7.
[3] Tamże, s. 10.
[4] Tamże, s. 11.
[5] Tamże, s. 74.

 

 

Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl. 

wtorek, 4 maja 2021

Dla marynistów i militarystów

 „Kobra” – Frederick Forsyth

Fantastyczna opowieść o próbie „zniknięcia” kokainy z rynków światowych. Napisana w taki sposób, że to nieomalże wygląda na relację z prawdziwej operacji – taka jest książka rzetelna, konkretna i wiarygodna. Autor bardzo się postarał, żeby wszystko albo prawie wszystko wydawało się realne. Może nawet za bardzo się postarał, bo natłok wysoce specjalistycznych informacji, dotyczących mórz, oceanów, szlaków żeglugowych, portów, także małych, nieznanych, statków, okrętów, łodzi, stoczni, informacji o jednostkach wojskowych różnych krajów, a zwłaszcza przeróżnych sił specjalnych, o urzędach i instytucjach, zajmujących się cłem i przechwytywaniem kontrabandy – także w wielu różnych państwach… Być może komuś sprawi frajdę śledzenie akcji z wielkim atlasem geograficznym na kolanach, ale ja do znawców i miłośników marynistyki i wojskowości nie należę, więc momentami powieść wydawała mi się nużąca.

Emerytowany agent, z którym CIA rozstała się, zarzucając mu zbytnią brutalność, Paul Deveraux (przyjął kryptonim „Kobra”) realizuje polecenie prezydenta, który domaga się likwidacji… może nie całej branży narkotykowej, ale przynajmniej rynku kokainy. Dysponując dwumiliardowym budżetem Kobra realizuje zadanie w brawurowym stylu i choć ustawicznie łamie prawo, sympatia czytelnika jest po jego stronie. Szkoda, że w rzeczywistości coś takiego się nie odbyło i nie udało.

piątek, 30 kwietnia 2021

Wysoce intensywne banialuki

 „Intensywność” – Dean R. Koontz

Dwudziestosześciolatki, przyjaciółki ze studiów, Laura Tempelton i Chyna Shepherd wybierają się na weekend do domu Templetonów na prowincji – szczęśliwa rodzina zajmuje się uprawą winorośli. Ogromny to kontrast w porównaniu z wysoce patologiczną rodziną Chyny.

W nocy wszyscy Templetonowie zostają wymordowani, ale Chyna nie słyszy strzałów, krzyków, szamotaniny; jedynie dwa zduszone okrzyki. Chowa się wtedy pod łóżko w swoim pokoju. Po chwili wchodzi do niego zły człowiek; z czegoś – Chyna nie widzi z czego, bo leży pod łóżkiem – teatralnie kapie krew.

Zamiast siedzieć pod tym łóżkiem, gdzie morderca – jak widać – jej nie znalazł (nie jest nawet pewne, czy on wie o jej istnieniu), Chyna zaczyna plątać się po sporym domu Tempeltonów. I tak sobie chodzą po chałupie – morderca i Chyna – co przypomina nieco Kevina, który sam został w domu.

Wreszcie psychopatyczny morderca, Edgler Vess, zabiera zwłoki Laury Tempelton i szykuje się do odjazdu swoim kamperem. Co robi Chyba? Włazi do tego wielkiego auta z nim i odjeżdżają. Chyna postanawia, że nie dopuści, by Vess poigrał sobie z ciałem Laury. Na czym konkretnie miałoby to igranie polegać, to właściwie nie wiadomo, ale takie określenie zostało wiele razy użyte. Podczas tych zabaw w chowanego morderca mnóstwo razy mógł zobaczyć Chynę, ale zawsze, jakoś tak, patrzył w inną stronę.

Po kilku godzinach jazdy Edgler Vess zatrzymuje się na stacji benzynowej. Chyna wymyka się z kampera. Vess jej nie zauważył, bo patrzył w inną stronę. Dziewczyna nie zawiadamia pracowników stacji (dwóch i uzbrojonych), nie ostrzega ich, że za chwilę wejdzie tu morderca, nie – prosi ich tylko, żeby mu nie mówili o niej. Czy naprawdę w USA zadaniem obsługi na stacji benzynowej jest informowanie jednych klientów o innych klientach? W związku z tym Edgler Vess spokojnie morduje pracowników. I odjeżdża. Co robi Chyna? Podąża za nim.

W tym momencie miałem dość. Wprawdzie w końcu pojawiły się jakieś strzępki sensu (tajemnicza Ariel, więziona przez Vessa), ale… Fabuła mocno naciągana, naiwna, zachowanie głównej bohaterki momentami zwyczajnie głupie. Do wysokiego poziomu pierwszych powieści Koontza „Intensywność” ma się nijak. Zdecydowanie nie polecam.

niedziela, 25 kwietnia 2021

Brasse - obozowy portrecista

 „Fotograf z Auschwitz” – Anna Dobrowolska

Nazywam się Wilhelm Brasse. Z zawodu jestem fotografem. Od września 1940 roku byłem więźniem w obozie koncentracyjnym w Auschwitz, gdzie wykonałem ponad 50 000 zdjęć do obozowych kartotek oraz dokumentację eksperymentów dr. Mengele.

Wilhelm Brasse (urodzony w 1917 roku w Żywcu) spędził w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu pięć lat. Trafił do specjalnego komanda rozpoznawczego Wydziału Politycznego. Przeżył, bo był jednym z obozowych prominentów, fotografem. Robił zdjęcia jakie kazali Niemcy, a więc określonych więźniów do albumu przestępców, ofiarom eksperymentów medycznych, bawiącym się esesmanom. Rzadko bywał głodny, jeśli w ogóle, ale nieustannie organizował jedzenie dla przyjaciół. Więźniowie korzystali z obozowego burdelu (część kobiet to były zmuszone do tego procederu Polki) i większości klientów bardzo się tam podobało. Brasse mógł wyjść z obozu, mógł zostać z niego zwolniony – wystarczyło, żeby podpisał Volkslistę albo Reichslistę, ale tego zrobić nie chciał, czuł się Polakiem i nie chciał trafić do niemieckiego wojska.

Książka, oprócz wielu zdjęć i rysunków, zawiera wspomnienia z najrozmaitszych wydarzeń, w których brał udział lub których był świadkiem. Mimo że podzielone zostały na tematyczne rozdziały, sprawiają wrażenie nieco chaotycznych – coś jakby… obozowe migawki. Może dlatego, że pochodzą one z relacji wielu różnych osób.

Na podstawie jego obozowych przeżyć powstał w 2005 roku dokumentalny film „Portrecista”.

Króciutkie króla królowanie

 „Pershing. Król życia” – Filip Czerwiński, Piotr Szatkowski

Ponad dwadzieścia lat po zamordowaniu Andrzeja Kolikowskiego, ps. Pershing, ukazała się książka biograficzna, która prezentuje go w sposób mocno odmienny od tego, jaki powszechny był w prasie, głównie w latach dziewięćdziesiątych. Czerwiński i Szatkowski rozmawiają z wieloma osobami o Kolikowskim i czasach, w których działał. Głównie jednak są to relacje Andrzeja F. ps. Florek, kierowcy, ochroniarza, dobrego znajomego Pershinga, a także popularnego kiedyś bardzo jasnowidza, Krzysztofa Jackowskiego, który przyjaźnił się z Kolikowskim.

Przez relację dziennikarską przewijają się też takie osoby, jak Jarosław Pieczonka ps. Miami, czy gangster i celebryta ps. Masa. Ostatecznie z książki wynika, że wiele zdarzeń miało odmienny przebieg, niż dotąd opisano, a znane z mediów postacie gangsterów, też nie zawsze odgrywały role, które przypisywali im wówczas dziennikarze.

wtorek, 20 kwietnia 2021

Chasydzi nie tylko tańczą

 „Kto odejdzie, już nie wróci” – Shulem Deen

Autor, Shulem Deen, na początku tej opowieści został wydalony ze wspólnoty skwerczyków za herezję. Kim byli/są chasydzi Skwer? Bardzo szybko można się zorientować dzięki trzem cytatom:

Gitty i ja mieszkaliśmy z pięciorgiem dzieci w New Square, wiosce odległej o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na północ od Nowego Jorku, zamieszkanej wyłącznie przez chasydów z jednego konkretnego odłamu: chasydów Skwer. Utworzył go w latach pięćdziesiątych XX wieku wielki rebe miasta Skwyra, Jaakow Josef Twerski, potomek chasydzkich dynastii z Czarnobyla i Skwyry
*.

Legenda mówi, że urzędnik hrabstwa, słysząc, jak gromada brodatych Żydów domaga się nazwania nowej wioski „New Skver”, napisał zamiast tego „New Square” i to ta zanglicyzowana forma stała się oficjalną nazwą miejscowości. Choć nazwa brzmiała amerykańsko, sama wioska niewątpliwie nie miała z Ameryką nic wspólnego*.

New Square było miejscem uważanym za zbyt ekstremalne nawet przez ekstremistów, miejscem, gdzie nawet fanatycy kręcili głowami, skonsternowani. To idzie już za daleko, wydawali się mówić. To jest szaleństwo*.

Wieś nie miała ze współczesną Ameryką nic wspólnego i ewidentnie jej mieszkańcy nie żyli w XX i XXI wieku. Autor (i inni skwerczycy) wiedział, czym są gazety, radio, telewizja, kino, ale ich nie używał. Przecież rebe – otaczany czcią nieomalże boską – wiedział wszystko.

Shulem Deen spędził pierwsze lata też wśród chasydów w Nowym Jorku, ale nie byli to tak skrajnie fanatyczni chasydzi, jak ci z New Square. Jego rodzice też nie byli chasydami od zawsze – wybrali tę drogę już jako dorośli ludzie; ojciec mawiał, że jest chasydem Boga. Autor z własnej woli zdecydował się na jesziwę skwerczyków (rodzaj szkoły talmudycznej, w której pobierają nauki chłopcy od 13-14 roku życia, do dwudziestu kilku lat), bo tam nie obowiązywały egzaminy wstępne, a poza tym… w tej szkole rzadko pytali – typowe argumenty nastolatka. Reszta przyszła jakby sama, z czasem; środowisko, wspólne zajęcia, a zwłaszcza wycieczka do Wielkiej Synagogi w New Square, poczucie więzi i wspólnoty… Ze dwa-trzy lata później Shulem Deen identyfikował się już, jako chasyd Skwer.

Jako dziewiętnastolatek założył rodzinę. Poślubił Gitty, kobietę wybraną przez swata i zaakceptowaną przez rebego. A że jej wcześniej nie widział i nie znał, to i co z tego. Kilka lat później autor miał już kilkoro dzieci, mieszkał w New Square, ale zaczął mieć wątpliwości i zadawać zakazane pytania. Ostatecznie nakazano mu opuścić wioskę.

Połowa, może nawet mniej, książki prezentuje egzotyczny i bardzo zróżnicowany świat chasydów z różnych ugrupowań. Reszta dotyczy zmagań autora z życiem i samym sobą, co ostatecznie prowadzi do odrzucenia wiary właściwie w ogóle, ale też do przykrych i smutnych decyzji w kwestii rodziny.

Przypomniało mi to Scotta Pecka i jego przekonanie wyrażone bodajże w „Drodze rzadziej wędrowanej”, że ludzkość radziłaby sobie lepiej bez niebiańskich gruszek na wierzbie, które przyprawiają ją o obstrukcję. Można też wyciągnąć wniosek, że Bóg jest jakimś chorobliwym i destrukcyjnym urojeniem, a wiara w Niego formą powszechnej psychopatologii, którą należałoby leczyć.

Polecam, choć momentami nie jest to literatura zbyt łatwa. Poza tym nie zdawałem sobie sprawy, że odmian chasydyzmu jest takie mnóstwo; może trzeba się było do lektury tej książki lepiej przygotować.











--
* Shulem Deen, „Kto odejdzie, już nie wróci”, przełożyła Barbara Gadomska, Wydawnictwo Czarne, 2020 (ebook, skład wersji elektronicznej d2d.pl).

niedziela, 18 kwietnia 2021

Zło jest tak bardzo zwyczajne

 „Farmaceuta z Auschwitz” – Patricia Posner


Gdzieś czytałem, że dawno, dawno temu w USA, gdy nie można było na okładkach magazynów umieszczać zdjęć porno, ani stosować innej, jawnej reklamy pornografii, powstało pojęcie „zbliżenia bobrów”. Więc na nijakiej okładce pisma dla panów była informacja, że w numerze można zobaczyć zbliżenia bobrów i już wiadomo było, o co chodzi. Po pewnym czasie pomysł szlag trafił, bo wydawcy magazynów przyrodniczych zaczęli go wykorzystywać i – zgodnie w prawdą – reklamowali swoje czasopisma tym samym hasłem. Tyle tylko, że zamieszczali zdjęcia właściwych bobrów i ich żeremi.

Podobną rolę obecnie pełni niemiecka nazwa polskiej miejscowości Oświęcim (niem. Auschwitz), miasta w województwie małopolskim. Było miastem królewskim Korony Królestwa Polskiego. Miejscowość ma ponad 800-letnią historię i należy do najstarszych piastowskich grodów kasztelańskich w Polsce. We wrześniu 1939 r. zostało zajęte przez Wehrmacht. Oświęcim został wcielony do III Rzeszy jako Auschwitz dekretem Hitlera z 8 października 1939 r. W czasie II wojny światowej znajdował się tutaj największy niemiecki obóz koncentracyjny. „Oświęcim” na nikim nie robi większego wrażenia, ale „Auschwitz” jest zapowiedzią okropności, obrzydliwości, strasznych rzeczy, plugastwa itp., czyli tego wszystkiego, co wielu polskich czytelników (zapewne nie tylko) lubi najbardziej. Inni nazywają ten proceder żerowaniem, epatowaniem. Jeszcze inni uważają, że to normalny mechanizm rynkowy: jest popyt, więc trzeba go zaspokoić. Ja tylko, jako księgarz, rejestruję fakt.

„Bokser z Auschwitz” - Marta Bogacka,
„Bibliotekarka z Auschwitz” - Antonio Iturbe,
„Tatuażysta z Auschwitz” - Heather Morris,
„Kapo z Auschwitz” - Charles Liblau,
„Sonata z Auschwitz” - Luize Valente,
„Kołysanka z Auschwitz” - Mario Escobar,
„Położna z Auschwitz” - Magdalena Knedler,
„Dziecko z Auschwitz” - Lily Graham,
„Tajemnica z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Dziewczęta z Auschwitz” - Sylwia Winnik,
„Skrzypce z Auschwitz” - Maria Angels, Anglada Maria Angels,
„Bajki z Auschwitz” - Jadwiga Pinderska-Lech, Jarek Mensfelt,
„Pozdrowienia z Auschwitz” - Paweł Szypulski,
„Wesele w Auschwitz” - Erich Hackl,
„Orkiestra z Auschwitz” - Marcin Lwowski,
„Byłam lekarką w Auschwitz” - Gisella Perl,
„Sędzia w Auschwitz” - Kevin Prenger,
„Romeo i Julia z KL Auschwitz” - Ireneusz Wawrzaszek,
„Anioł życia z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Co zostaje z Auschwitz” - Giorgio Agamben,
„Cafe Auschwitz” - Dirk Brauns,
„Przystanek Auschwitz” - Anna Kowalczyk, Lidia Grzegórska,
„Auschwitz. Rezydencja śmierci” - Adam Bujak,
„Życie ptaków w Auschwitz” - Arno Surminski,
„Ostatnia ,,więźniarka'' Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Lekarz z Auschwitz” - Szymon Nowak,
„Fotograf z Auschwitz” - Anna Dobrowolska,
„Auschwitz. Piekło dusz” - Damian Tomecki,
„Ucieczka z Auschwitz” - Alfréd Israel Wetzler,
„W krematoriach Auschwitz” - Filip Müller,
„Z Auschwitz do nieba” - Ryszard Szwoch,
„Usługiwałem esesmanom w Auschwitz” - Józef Seweryn,
„Chłopiec, który przeżył Auschwitz” - Tomasz Wandzel,
„Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown.

To tylko bardzo, bardzo, bardzo niewielki przegląd niektórych produkcji wydawniczych na temat obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu… eee… przepraszam, w Auschwitz. W przypadku tłumaczeń tytuł oryginalny wydaje się nie mieć wielkiego znaczenia, bo w polskiej wersji MUSI być Auschwitz. Na przykład „Finding Rebecca” (Szukając Rebeki?) w Polsce wydano jako… Ależ tak! Oczywiście! – „Anioł z Auschwitz”.

Ktoś wysunął argument, że przecież rzeczywiście, w czasach kilkuletniej niemieckiej okupacji, Oświęcim nazywał się Auschwitz. To prawda. Tak samo, jak prawdą jest i to, że Warszawa nazywała się Warschau. Tyle, że jakoś powstanie było jednak w Warszawie, a nie w Warschau, getto było w Warszawie, a nie w Warschau. Getto było też w Krakowie, a nie w Krakau… Nazwy setek miast Niemcy zmienili po swojemu, więc argument kupy się nie trzyma.

Ale uwaga! Nie wszystkie te książki są bezwartościowe. Niezła jest historia Pileckiego (tu niewymieniona), wartościowe są wspomnienia lekarki, Giseli Perl, i wreszcie wyjątkowo dobry jest „Farmaceuta z Auschwitz” Patricii Posner. Naprawdę mocno polecam. Choć niekoniecznie miłośnikom obrzydliwości, choć i te w książce można znaleźć.

Któregoś dnia Prokop był z Capesiusem na poddaszu apteki. „Capesius podszedł do walizek – mówił Prokop. – Były wypełnione zębami, z których zwisały jeszcze kawałki szczęk, dziąseł i kości. Wszystko zaczęło gnić. Śmierdziało okropnie. Widok był makabryczny”. Prokop powiedział szefowi, że jego zdaniem ten koszmarny zbiór powinien być przechowywany w gabinecie dentystycznym. Capesius zignorował go, pochylił się nad walizkami i „grzebał rękami w ich cuchnącej zawartości. Wyjął protezę i trzymał ją przed sobą, jakby chciał oszacować jej wartość*.

Pierwszoplanową postacią jest w książce Posner Victor Capesius, Węgier narodowości niemieckiej – jeśli dobrze zrozumiałem – w każdym razie autorka nazywa go rdzennym Niemcem. Przed Hitlerem i wojną pracował w aptece w Siedmiogrodzie oraz był przedstawicielem olbrzymiego niemieckiego koncernu chemicznego, IG Farben (w skład tego konglomeratu wchodziła też firma Bayer – ta od aspiryny). Kiedy czasy, warunki i okoliczności się zmieniły, Capesius z przyzwoitego, lubianego, towarzyskiego człowieka, stał się zbrodniarzem wojennym. Został pułkownikiem SS i generalnym farmaceutą w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Dokonywał na rampie selekcji, kierując tysiące ludzi do komór gazowych, magazynował i zarządzał zapasami Cyklonu B, wymyślił sposób na obniżenie kosztów poprzez używanie mniejszej liczby puszek z Cyklonem do wymordowania tej samej liczby ofiar. A że konały one w strasznych męczarniach kilkadziesiąt minut dłużej, to i co z tego… Grzebał w gnijących i cuchnących ludzkich szczątkach w poszukiwaniu złota dentystycznego i innych kosztowności – po wojnie kupił za nie aptekę.

Niemieccy prokuratorzy z czasem nabrali przekonania, że spotkanie, do jakiego doszło w Göppingen po wojnie między Capesiusem a doktorami Frankiem i Schatzem, dwoma dentystami z Auschwitz, odbyło się dlatego, że wszystkim trzem udało się odzyskać złoto, które ukradli z obozu, i podzielili się łupem. Capesius cały czas planował przeznaczyć to złoto na rozpoczęcie nowego życia po wojnie. Teraz zrealizował ów plan. W 1950 roku w Göppingen uzyskał pozwolenie na prowadzenie działalności aptecznej wydane przez władze kraju związkowego Badenia-Wirtembergia i za ponad 150 tysięcy marek nabył lokal, w którym wcześniej funkcjonował sklep mięsny. Wkrótce potem przystąpił do urządzania w nim nowoczesnej apteki3. Otwarcie Markt-Apotheke (Apteki przy Rynku) nastąpiło 5 października tego samego roku.

Jednak poza historią zbrodniarza Capesiusa książka zawiera znacznie więcej. Na przykład odpowiedź na pytanie, jak to się dzieje, że zwyczajni ludzie stają się mordercami, jak i dlaczego doszło do tego, że Capesius, skazany na dziewięć lat więzienia, wyszedł po nieco ponad dwóch, a kiedy pokazał się publicznie po wyjściu na wolność, Niemcy witali go w operze owacją na stojąco. Dalej, jak to było możliwe, że setki (może tysiące) niemieckich zbrodniarzy albo w ogóle nie poniosło kary, albo – po symbolicznie krótkiej odsiadce – obejmowali na nowo te same lub podobne ważne stanowiska w firmach, administracji państwowej, sądach, urzędach…

Hanning, przyznawszy, że jako szeregowy pracownik fabryki zagłady ułatwił popełnienie wielu morderstw, był pierwszym esesmanem, który przeprosił i wziął na siebie winę za to, co wydarzyło się w Auschwitz. Właśnie tak szczerego rozumowania zawsze unikał Victor Capesius, któremu nie ciążyły wyrzuty sumienia. Zamiast tego Capesius wolał do śmierci zapewniać o swojej niewinności. Tym samym zapisał się w historii nie tylko jako skazany morderca i złodziej okradający zwłoki, ale też jako człowiek, który nie miał na tyle silnego kręgosłupa moralnego, by przyznać, że w jakimkolwiek stopniu ponosi odpowiedzialność za to, co robił w Auschwitz. Capesius był w dużej mierze zwykłym człowiekiem, jakim chciał być postrzegany przez opinię publiczną. Był jednak, tak samo jak wielu innych nazistów jego pokroju, zdolny do popełnienia wyjątkowych zbrodni. Ostatecznie obrał drogę tchórza, decydując się na to, by żyć i umrzeć, wypierając się wszystkiego. Przez to na zawsze okrył się hańbą.

Po lekturze pozostaje wiele pytań i wątpliwości. Czy ta niby hańba Capesiusa do czegokolwiek przydała się jego ofiarom, czy stanowiła jakieś zadośćuczynienie?
Dlaczego w ciągu dwudziestu pięciu lat po wojnie w Polsce napisano kilka zaledwie książek o niemieckich obozach koncentracyjnych, a w ostatnich latach pojawiło się ich mnóstwo? Może chodziło o to, żeby odeszli już wszyscy, którzy przeżyli taki obóz i mogliby zakwestionować informacje zawarte w niektórych z tych publikacji?

„Farmaceuta z Auschwitz” to relacja bardzo rzetelnie udokumentowana, z setkami przypisów oraz archiwalnymi zdjęciami.
Patricia Posner wraz z mężem Geraldem Posnerem, jest autorką wielu książek z gatunku literatury faktu. Najnowsza, „God’s Bankers” (Bankierzy Boga), najprawdopodobniej w Polsce nie zostanie wydana.











--
* Wszystkie cytaty z Patricia Posner, „Farmaceuta z Auschwitz”, przekład Michał Szymonik ,Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2019; e-book (brak numeracji stron).