czwartek, 21 października 2021

Milicja z przymrużeniem oka

 „Mordercza rozgrywka” – Ryszard Ćwirlej

Po lekturze kilkudziesięciu stron doszedłem do wniosku, że ta powieść byłaby świetnym materiałem na kabaret. Większość postaci jest porażająco nierozgarnięta (głupia), prawie wszyscy wiecznie się upijają lub leczą kaca, a kobiety uprawiają prostytucję, choć na różnym poziomie. Bohaterowie porozumiewają się jakimś dziwnym językiem, który Ćwirlej zapewne uznał za socjalistyczny. I nie, nie chodzi mi o gwarę poznańską lub wielkopolską. Jakieś wstawki o socjalistycznej sprawiedliwości i ludowej ojczyźnie mogłyby pasować do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ale akcja powieści dzieje się dwa lata przez upadkiem komuny. Groteskowo to wszystko przerysowane, ale czytałem dalej, mając nadzieję, że przynajmniej będzie zabawnie.

„On był w milicji, bo to była najlepsza robota pod słońcem. Nie trzeba było nic umieć, żeby być milicjantem. Bo Teofil tak naprawdę żadnymi szczególnymi umiejętnościami się nie wyróżniał, a i w kwestiach intelektualnych nie zawsze udawało mu się osiągnąć stabilną równowagę”[1].

W hotelu „Polonez” w Poznaniu zamordowano dwie osoby. Zginęła młoda kobieta, wokalistka zespołu dancingowego i okazjonalna prostytutka, obsługująca zagranicznych klientów. Drugą ofiarą był szwedzki biznesmen, Fredrik Hermansson. Ktoś strzelał do nich w pokoju Szweda, prawdopodobnie podczas realizacji płatnych usług seksualnych. Mężczyzna zginął na miejscu. Kobieta, śmiertelnie ranna, dowlekła się jakoś do sali dancingowej, gdzie zmarła. Nikt z gości hotelowych nie słyszał krzyków, a odgłosu strzałów nie rozpoznał.

„A co się dziwisz? Naród nie ma pojęcia, co to odgłos wystrzału. Wszystko to dzięki mądrej polityce naszej kochanej partii robotniczej, która niestrudzenie walczy o pokój i bezpieczeństwo swoich obywateli”[2].

W tym momencie, nie pierwszy i nie ostatni raz, turlałem się ze śmiechu. Dobre to! Naprawdę mocne! Gdyby jednak próbować rzecz całą potraktować poważnie, to trzeba by przyznać, że tu już Ćwirlej solidnie przeholował. Takie teksty zapewne można było usłyszeć na wiecach propagandowych w latach sześćdziesiątych, ale nie w roku 1987, podczas rozmowy w cztery oczy dwóch kolegów gliniarzy.

Na scenie pojawia się oficer Służby Bezpieczeństwa. SB nie chce przejąć sprawy, ale podpowiada milicjantom, że choć sprawcę powinni szybko znaleźć, to nie należy go aresztować – Szwed miał jakieś powiązania z SB, więc ważne jest też, kto zlecił jego likwidację, a morderca mógłby śledczych do swoich mocodawców doprowadzić.
I tak pijani lub skacowani durnie z milicji prowadzą śledztwo, dopuszczając się co chwila jakichś nieuczciwości. Durnie to za ostro? Oto przykład wiedzy ogólnej i historycznej milicjanta według Ćwirleja – gliniarz zastanawia się, czemu w Poznaniu jest ulica Gruzińska, a drugi mu tłumaczy:

„…wiesz, że wojnę wygrała załoga Rudego z psem, znaczy trzech Polaków i jeden Gruzin. – Święta prawda. – Teofil pokiwał głową. Gdyby Grigorij nie przejechał swoim czołgiem pod wodą przez zalany korytarz metra, to Polacy nigdy nie zdobyliby Bramy Brandenburskiej. To znaczy, że Gruzinom jak najbardziej należała się ulica w Poznaniu”[3].

Super! Po prostu boki można zrywać ze śmiechu. Specyficzny humor autora jest jedną z najmocniejszych stron tej powieści, bo kryminał, nawet nieźle pokomplikowany momentami, to taki przeciętny raczej.
„Mordercza rozgrywka” to oczywiście pastisz, ale i parodia. Jeśli nie traktuje się fabuły i opisywanych „realiów” zbyt poważnie, to można się całkiem nieźle bawić, bo Ćwirlej pisać potrafi na dobrym poziomie. Znakomita zabawa – polecam.











--
[1] Ryszard Ćwirlej, „Mordercza rozgrywka”, Muza, 2021, s. 55.
[2] Tamże, s. 89.
[3] Tamże, s. 100-101.





@wydawnictwomuza i @muza.black, #muza, #mordercza.rozgrywka

niedziela, 17 października 2021

To takie spokojne miasteczko

Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi na myśl podczas lektury, to: rzetelność.

Glenmore Park w Massachusetts, trzydzieści kilometrów na północ od Bostonu. Młoda kobieta, Kendele Byers, która właśnie uprawiała jogging wczesnym świtem w parku, została złapana przez nieznanego (na razie) sprawcę i utopiona w pobliskim stawie Buttermere. Następnie zabójca pochował ją w stosunkowo płytkim grobie w pobliżu. Zwłoki zwęszył pies, wyprowadzony na spacer przez przypadkowego nastolatka.

Żmudne, rutynowe, ale bardzo rzetelne śledztwo prowadzą śledczy z Glenmore Park Mitchell Lonnie (młodszy) i Jacob Cooper (stary wyga). Wkrótce, po odnalezieniu kolejnych zwłok, dołącza do nich Tanessa, siostra Mitchella, policjantka od kilku tygodni zaledwie, i wreszcie psycholożka sądowa Zoe Bentley (jej udział w powieści mógłby być większy).

Kendele Byers w dzieciństwie wielokrotnie doświadczała przemocy, głównie ze strony ojca. Anatomopatolog podczas sekcji znalazł wiele śladów złamań i pęknięć kości z okresu, gdy dziewczyna miała kilka-kilkanaście lat. Kendele uciekła od rodziny, nie podała prawdziwego adresu nawet bratu. Utrzymywała się (i to całkiem nieźle) z internetowej sprzedaży fetyszystom swoich używanych majtek, a to oznaczało wydłużającą się lawinowo listę podejrzanych. Bezpośrednio przez śmiercią Kendele Byers otrzymała wiadomość z biura podróży, reklamującą wyjazd nad jezioro. Tyle, że dołączone zdjęcie przedstawiało… staw Buttermere.

Bardzo szybko okazało się, że zbrodni podobnych, choć jednocześnie zupełnie innych, było więcej. Aliza Kennedy, zastrzelona z beretty Px4, pół godziny przed śmiercią otrzymała ofertę kupna takiej właśnie broni. Tamay Mosely oferowano zieloną toyotę camry, to jest dokładnie ten sam samochód, którym została przejechana. Isabella Garcia została zadźgana, a tuż przed zabójstwem dostała zdjęcie noża, jakby to była jakaś reklama.

W Glenmore Park grasował seryjny zabójca*.

I nie tylko w Glenmore Park, bo Garcię zamordowano w Bostonie, pół roku wcześniej, ale tamtejsza policja nie zorientowała się, że ma do czynienia z seryjnym zabójcą.

Morderca młodych, atrakcyjnych kobiet, w przewrotny sposób uprzedzał swoje ofiary, jaką śmiercią zginą lada moment. Zbierał też pamiątki po swoich ofiarach – kosmyki włosów.

Nie znalazłem w powieści elementów naiwnych i magicznych. Jak już wspomniałem, wszystko jest w niej niesamowicie rzetelne. Drobiazgowo dokładnie autor opisał pracę policji, narodziny kolejnych hipotez, interpretacje śladów, zdobywanie wiedzy o zabójcy. W „Pajęczej sieci” zawsze dokładnie wiadomo, co i skąd się wzięło, co konkretnie się dzieje i dlaczego, co z czego wynika. Mam tu oczywiście na myśli policję, bo nie nieprzewidywalnego do pewnego momentu psychopatycznego zabójcę. W każdym razie takiej właśnie solidności i rzetelności w wielu nowych powieściach sensacyjnych brakuje. Bywają wtedy bardziej ekscytujące, ale mniej wiarygodne. „Pajęczą sieć” uważam za bardzo dobrą powieść, a jej autor ląduje na mojej liście obserwowanych i czytanych – jeśli tylko nadarzy się okazja.






---
* Mike Omer, „Pajęcza sieć”, przekład Robert Ginalski, Świat Książki, 2021, s. 119.

 

 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

wtorek, 12 października 2021

Sekrety i tajemnice pustyni

 „Znajdź mnie” – Anne Frasier

W czasach, kiedy zaczynałem samodzielnie czytać, wiele było powieści kilkutomowych, ale cykle powieściowe zdarzały się bardzo rzadko (na przykład „Pamiętniki lekarza”, cykl czterech powieści stworzony przez Aleksandra Dumasa ojca). Nie mam do dziś przekonania do cykli, jak i do sezonów w serialach filmowych. Zwykle mam wrażenie, że jakiś pomysł eksploatowany jest na siłę, jak torebka herbaty ekspresowej wrzucana do wrzątku po raz siódmy.

Sięgając po „Znajdź mnie” nie wiedziałem, że jest to pierwsza część cyklu „Inland Empire”, i dobrze się stało, bo gdybym doczytał, że to jakiś cykl, to pewnie bym sobie darował. Ale przeczytałem i nie żałuję, bo to dobra powieść sensacyjna i psychologiczna, która – poza niewielkimi dłużyznami – wciąga i intryguje, i to nawet bardzo. Nie przeszkadzało mi też to, że pewne elementy powieści, wyjątkowo mocno przypominają „Wołanie grobu” Simona Becketta. W jednym przypadku seryjny zabójca ukrywał zwłoki na wrzosowisku Dartmoor, w drugim na pustyni Mojave. W jednej i drugiej powieści, po latach milczenia, psychopata obiecuje wskazać miejsca ukrycia zwłok, ale pod pewnymi warunkami.

Inland Empire to ogromny obszar w południowej Kalifornii. To tam grasował seryjny morderca, psychopata, Benjamin Fisher. Dziwny człowiek, wymykający się wszelkiemu szufladkowaniu – wykładowca psychologii, który…

„Kochał rodzinę, przyrodę, zachody słońca i zwierzęta. Zapewnił córce idealne dzieciństwo i ją uwielbiał. Kochał i był kochany”*.

Już w tym momencie pojawia się wątek, który uważam za ważniejszy od kryminalnego: relacja córki z ojcem zabójcą. „Idealne dzieciństwo”? Benjamin Fisher wykorzystywał swoją kilkuletnią córkę w swoich morderczych eskapadach. Ośmiolatka zwabiała w odpowiednie miejsce kobiety, które następnie ojciec mordował. Tak wygląda idealne dzieciństwo?

Beniamin Fisher od trzydziestu lat siedzi w celi śmierci, a jego córka, kobieta przed czterdziestką, Reni Fisher, była profilerka FBI, ucieka od cywilizacji i w skromnej chacie na pustyni lepi garnki i inną ceramikę. Nadal nie radzi sobie z traumami z dzieciństwa (idealnego – sic!) i wyrzutami sumienia. Niektórzy uważali, że pełniła rolę muzy w zbrodniach ojca.
Ciekawy jest też sposób, w który matka Reni radzi sobie z traumą – żona wielokrotnego mordercy, siedzącego w celi śmierci, też latami ponosi koszty emocjonalne i społeczne, i uważa, że w znaczący sposób musi zmienić swoje życie. Jakby pomagając innym chciała spłacić jakiś dług.

Pewnego razu do samotni Reni Fisher na pustyni przyjeżdża detektyw Daniel Ellis z wydziału zabójstw. Beniamin Fisher obiecał pokazać, gdzie ukrył zwłoki, ale pod warunkiem, że będzie w tej wizji lokalnej brała udział jego córka. Reni Fisher nie ma na to najmniejszej ochoty, ale oczywiście w końcu się zgadza. Daniel i Reni podejmują współpracę.

Na pustyni, gdzie Beniamin Fisher miał wskazać miejsce ukrycia zwłok, Reni przytula się do kochanego tatusia, a wtedy morderca, mimo obecności policjantów… W taki właśnie sposób rozpoczyna się ta historia, to dopiero początek. Rollercoaster dopiero się rozpędza.

„Znajdź mnie” to bardzo dobra, ciekawa, wciągająca, powieść sensacyjna, w której główną rolę odgrywają Daniel Ellis i Reni Fisher, wspólnie prowadzący śledztwo i starający się razem odkryć tajemnice Beniamina (i nie tylko). Wiele wątków pobocznych, znaczny stopień pokomplikowania, nieoczekiwane zwroty akcji, nie utrudniają lektury, bo Anne Frasier dysponuje sporym talentem i dobrym warsztatem pisarskim oraz wyobraźnią. Polecam.





---
* Anne Frasier, „Znajdź mnie”, przekład Grażyna Woźniak, Muza, 2021, s. 40.

 

 

 


@wydawnictwomuza i @muza.black, #Znajdź mnie

środa, 6 października 2021

Moralność psychoterapeutów

 „W cieniu terapeutki” Anna Krystaszek

Tak mi się w życiu składało, że całymi latami miałem możliwość obserwowania przy pracy różnych psychoterapeutów. Głównie w Centrum Terapii Nerwic, ale nie tylko. I zawsze z łatwością rozpoznawałem uzależnionych od wziewnych środków chemicznych zmieniających świadomość, czyli od papierosów, nikotyny. Jeśli sesja trwała dłużej niż godzinę, wzrok robił im się rozbiegany, sprawiali wrażenie poirytowanych, starali się jak najszybciej ogłosić przerwę lub koniec zajęć, bo głód nikotyny stawał się trudny do wytrzymania, uzależniony organizm domagał się swojej dawki. Zdolność skupienia się terapeutki na słowach klienta lub grupy była w takich chwilach mocno ograniczona.
Tak mi się przypomniało w trakcie lektury…

Bohaterką powieści jest uznana psychoterapeutka Magda Różycka. Jej superwizorka bardzo ją chwali, mimo że Różycka jest nikotynistką, nadużywa alkoholu, a do klientów ma dość specyficzny stosunek, na przykład wiesza się emocjonalnie na Kubie, kliencie młodszym o lat dziesięć. W tym momencie warto dodać informację, zapewne nie wszystkim znaną, że terapeuci to nie lekarze, a psychologia to nie jest gałąź medycyny, tak więc nie obowiązuje ich przysięga Hipokratesa (między innymi: przede wszystkim nie szkodzić).

Dotarło do mnie coś, co było oczywiste od dawna: że połowy swoich pacjentów zwyczajnie nie lubiłam. Druga połowa była nudna*.

Anna Krystaszek kazała swojej bohaterce używać ordynarnego słownictwa, w którym perlą się gęsto pojęcia: kurwa, wyjebać, dupa, syf, pierdolony – to tylko na jednej kartce. Jeśli autorce książki chodziło o to, by czytelnicy, potencjalni chętni do skorzystania z jakiejś formy pomocy terapeutycznej, poważnie się zastanowili nad tym pomysłem, to na pewno osiągnie cel. Moim zdaniem wulgaryzmy psychoterapeutki (i nie tylko) są w powieści zupełnie zbędne.

Magda Różycka przeżyła osobistą tragedię – w dziwnym wypadku samochodowym zginął jej mąż i syn. Po pewnej przerwie postanowiła wrócić do pracy. Jednym z jej klientów jest Adam Nawrocki, którego terapeutka wyraźnie się obawia, podejrzewając że jest on niebezpiecznym psychopatą. Innym ciekawym klientem psychoterapeutki jest Kuba, syn policjantki, Kamili Grzesiak, która prowadziła dochodzenie w sprawie dziwnego wypadku Różyckich. Gdy policjantka doszła do wniosku, że to chyba jednak nie był zwyczajny wypadek, zginęła na służbie, zadźgana nożem w jakimś zaułku. Kuba, jako nastolatek, korzystał z pomocy Różyckiej w związku z problemami w relacji z matką policjantką, ale teraz wrócił do swojej psychoterapeutki, by uporać się ze śmiercią tejże matki.
Pod domem Magdy Różyckiej zostają znalezione zwłoki jednej z jej klientek, brutalnie zamordowanej. Komisarz Paweł Wilk bez większych efektów zajmuje się sprawą i dopiero prokurator Jan Hejda, facet precyzyjnie myślący o niebywałej intuicji, mozolnie odkrywa powiązania między pozornie różnymi wydarzeniami obecnymi i sprzed lat.

Narratorami w powieści jest kilka osób: Kamila, Adam, Kamil, Magda, Jan Hejda, Paweł, a akcja dzieje się głównie, bo nie tylko, w roku 2018 w Częstochowie. Te przeskoki nie są tak gładkie i naturalne, jak mogłyby być, ale to w końcu tylko debiut, więc warsztat pisarski autorki zdecydowanie wymaga doszlifowania. Ale… plus za wyobraźnię.

Ta powieść to wiele wątków, zwłaszcza psychologicznych, bo nie tylko kryminalnych, całe mnóstwo tajemnic, które miały nigdy nie wyjść na światło dzienne, sporo mylnych tropów, dzięki którym czytelnikowi co trochę wydaje się, że wie już wszystko, bo po chwili zorientować się, że rzeczywistość była jednak bardziej skomplikowana i zupełnie inna.

„W cieniu terapeutki” jest powieścią wielowątkową – zwykle wielowątkowość to zaleta, ale w tym przypadku, jest tych wątków, niuansów i tajemnic ewidentnie zbyt wiele. Skomplikowane analizy stanów emocjonalnych bohaterów też wykraczają poza realną potrzebę powieści sensacyjnej/kryminalnej. Odnoszę wrażenie, że autorka starała się stworzyć powieść, która będzie się podobała wszystkim, ale wyraźnie przesadziła. Tym niemniej nie uważam, żeby była to powieść zła – jest po prostu… przeciętna: czytałem lepsze i wiele znacznie gorszych. Ot, średniej klasy rozrywka.


Na koniec drobna uwaga, zapewne bez znaczenia. Okładka bardzo przypomina „Broken promise” Linwooda Barclaya. Może ilustrację robił ten sam grafik…  https://www.goodreads.com/book/show/23398840-broken-promise 









---
* Anna Krystaszek, „W cieniu terapeutki”, Muza, 2021, s. 49.

 

 

 

 

 

#wcieniuterapeutki,  #wydawnictwomuza, #annakrystaszek, @wydawnictwomuza, @muza.black, @anna_krystaszek

środa, 29 września 2021

Historia nadal kołem się toczy

 „Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji” – Orlando Figes

„Szepty” nie są książką o Stalinie, choć jego obecność czuje się na każdej stronie; nie dotyczą też bezpośrednio polityki jego reżimu. Traktują o tym, w jaki sposób stalinizm naznaczył umysły i serca ludzi sowieckich, wpływając na to, jak myśleli i czuli. Nie próbuję rozwiązywać zagadki genezy terroru, ani też opisywać powstania i upadku Gułagu, ale staram się wyjaśnić, dlaczego system terroru zapuścił trwałe korzenie w społeczeństwie sowieckim i wciągnął w swoje tryby miliony zwykłych, uczciwych obywateli – jako milczących świadków i aktywnych współuczestników. Prawdziwa siła i trwałe dziedzictwo stalinizmu polegały nie na właściwej mu organizacji państwa ani na kulcie przywódcy, lecz mówiąc słowami rosyjskiego historyka Michaiła Geftera, na tym, że „istniał on w każdym z nas”.

W społeczeństwie, w którym uczono dzieci, że za zbytnią gadatliwość można zostać aresztowanym, stosowano zasadę, że wszystko zostaje w rodzinie. Ludzie sowieccy nauczyli się podwójnego życia, ukrywania przed oczami i uszami niebezpiecznych sąsiadów, a czasem nawet własnych dzieci, informacji i opinii, przekonań religijnych, wartości i tradycji rodzinnych oraz stylu życia sprzecznych z oficjalnymi normami. Nauczyli się mówić szeptem.
W języku rosyjskim istnieją dwa słowa na określenie ludzi mówiących szeptem. Jedno (szeptuszczij) ma kilka znaczeń – między innymi oznacza osobę, która nie chce, żeby usłyszano, co mówi – ale żadne z nich nie ma charakteru ujemnego. Drugim słowem (szeptun) określa się policyjnego informatora, który szeptem donosi na bliźnich. Rozróżnienie to powstało w czasach stalinowskich, kiedy całe społeczeństwo sowieckie składało się z ludzi należących do jednej lub drugiej kategorii.

I to stanowi o wartości tej książki – stalinizm prywatny, osobisty, rodzinny, a nie opracowanie historyczne, socjologiczne lub inne naukowe, obejmujące temat globalnie. Orlando Figes prezentuje losy zwykłych ludzi. Zazwyczaj, bo są wśród nich także znane nazwiska: Bułat Okudżawa, Konstantin Simonow (dawno temu jego epopeja wojenna „Żywi i martwi” i „Nikt nie rodzi się żołnierzem” nawet mi się podobała), Jelena Bonner, ale to zdarza się rzadko. Najczęściej chodzi o zwyczajnych robotników, chłopów.

„Szepty” pomagają zrozumieć, jak to jest możliwe, że tak wielu ludzi wierzy w takie bzdury. Bo to nie jest tak, że pojawił się zły Stalin (Lenin, Hitler, Mao itd.) i sterroryzował wielomilionowy naród. Coś takiego nie da się zrobić – najpierw trzeba znaleźć wyznawców, przekonać jakąś część społeczeństwa do swoich pomysłów. To też odpowiedź na pytanie, dlaczego naród, który gnoi i łupi jakiś polityk i jego kamaryla, następnym razem znów głosuje na niego i jego sitwę, i nadal mu wierzy.

Jedyne, co mogę tej książce zarzucić, to to, że jest zbyt długa (ok. 700 stron) – nazwiska i miejsca się zmieniają, ale zdarzenia bardzo często są właściwie takie same.

sobota, 25 września 2021

Jak przekonywać i namawiać

 „Sztuka manipulacji” – Jerzy Stelmach

Trochę mnie ta książka zaskoczyła. A dokładniej, to styl autora, profesora zwyczajnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jakby Stelmach nie mógł się do końca zdecydować, jakie proporcje powinny zaistnieć w tej popularno-naukowej publikacji. Czasem pisze o „wciskaniu kitu”, a często (zdecydowanie za często) o „dyskursie perswazyjnym”. Bo stwierdzenie, że ktoś chce kogoś do czegoś namówić lub przekonać, wydawało się pewnie zbyt powszednie.

Manipulacją nazywa autor niedozwolone sposoby przekonywania, a mnie wiele razy przychodziło na myśl pytanie, przez kogo niedozwolonych i na czym to „niedozwolenie” miałoby polegać, skoro w większości opisywanych przypadków, nie są to działania naruszające jakiekolwiek normy prawne.

Jerzy Stelmach starał się wyczerpująco opisać dwadzieścia pięć najczęściej (według niego) stosowanych sposobów manipulacji. Przyznaje też, że może być ich więcej, ale on tylko tyle zna. Przyjął też założenie, z którym zdecydowanie się nie zgadzam, że manipulacja jest „zdarzeniem językowym”. Moim zdaniem można kimś manipulować poprzez mowę ciała, czy wyraz twarzy (patrzyła z wyrzutem, w jego oczach widać było nadzieję itd.), ale to w końcu jego praca, więc wolno mu przyjmować dowolne założenia.

Oto tytuły kilku rozdziałów, będące jednocześnie kolejnymi technikami manipulacji: „Przypisywanie winy”, „Bierna agresja”, „Szantaż emocjonalny”, ”Fałszywa afirmacja”, „Występowanie w roli ofiary”, „Dezinformacja”, „Zastraszanie”, „Skubanie” i inne.

Dobrze wydana „Sztuka manipulacji” (twarde okładki, jakość papieru) wzbogacona została rysunkami Jacka Gaja.

Książka może być przydatna tym czytelnikom, którzy nie znają „Wywierania wpływu na ludzi” Cialdiniego, „Erystyki” Schopenhauera, czy „W co grają ludzie” Erica Berne.

środa, 22 września 2021

Psychopaci są też pośród nas

 „W umyśle mordercy” – Dean A. Haycock

„W przeciwieństwie do jednostek o zaburzeniach psychotycznych większość psychopatów nie jest oderwana od rzeczywistości i stwarza pozory normalności. Choć w aresztach i więzieniach reprezentacja jednostek psychopatycznych jest proporcjonalnie znaczna, to wiele takich osób funkcjonuje na co dzień w społeczeństwie. /…/ W umyśle mordercy opowiada o podgrupie psychopatów zwanej psychopatycznymi przestępcami. Mają oni cechy wspólne z psychopatami niewchodzącymi w konflikty z prawem, ale nie powinni być z nimi zrównywani”[1].

Powyższe stwierdzenia ze Wstępu zawężają temat książki, ale też precyzują go. Dr Dean Haycock nie zajmuje się w swojej publikacji psychopatami w ogóle ani zaburzeniami psychotycznymi, ale tylko psychopatycznymi przestępcami. Jest to też wyraźny przekaz dla czytelników: nie każdy psychopata jest przestępcą. Według autora, neurobiologa specjalizującego się w zagadnieniach związanych ze zdrowiem psychicznym, psychopatyczne skłonności zdradza jeden na stu Amerykanów. Po prostu – psychopaci są wśród nas. Nie jest też wykluczone, że psychopatą może być ktoś, kto nie zdaje sobie z tego sprawy przez większość życia lub w ogóle.

Autor zaprezentował w książce mnóstwo pytań oraz odpowiedzi na wiele z nich, jednak nie na wszystkie. Bywa i tak, że odpowiedzi i wersje są skrajnie różne w zależności od przekonań konkretnego badacza i stosowanej metody.

„Trudno pogodzić ze sobą te stanowiska. Rozdźwięk między nimi wynika w głównej mierze z zastosowaniu do pomiaru psychopatii odmiennych narzędzi. Część badaczy opiera się w tym celu na kwestionariuszu samoopisowym zwanym Psychopatic Personality Inventory, inni tymczasem polegają na skali obserwacyjnej Hare’a”[2].

Nawet tytuł i podtytuł sprawiają kłopot („W umyśle… tajemnice mózgów”), bo mózg i umysł to nie jest jedno i to samo. Haycock szczególnie zwraca uwagę czytelnika, że zwykle interesuje nas umysł (co morderca myślał, jakie miał plany itp.), a nie mózg, który bada się za pomocą rezonansu magnetycznego (fMRI), co daje pojęcie o budowie ciała migdałowatego, o działaniu szyszynki lub strukturze płata czołowego. Przy okazji – oryginalny tytuł dotyczy umysłu (mind), a nie mózgu (brain). W każdym razie w pewnej chwili miałem wrażenie, że wątpliwości i możliwych opcji zawarto w książce więcej, niż jednoznacznych i konkretnych ustaleń, ale sens i różne metody badania mózgów psychopatów pojawiły się stosunkowo niedawno. I nie dałoby się powiedzieć, że jest to już dziedzina dobrze zbadana i poznana.

„W umyśle mordercy” zawiera też – dość lakoniczne – opisy działań morderców psychopatów, na przykład Erica Harrisa i Dylana Klebolda, sprawców szkolnej masakry wiosną 1999 roku (i innych), ale zdecydowanie nie jest to książka sensacyjna i na ekscytację pikantnymi szczegółami za bardzo liczyć tu nie można. Oczywiście nie jest to jej wadą, powiedziałbym, że nawet zaletą – uprzedzam tylko, żeby nie było rozczarowań. To opracowanie popularno-naukowe, a nie horror. Nawet przegląd spisu treści może być wartościową podpowiedzią: „Co widzi neuroobrazowanie?”, „Problem tuż nad czołem”. Wyjątkowo zainteresowały mnie: „Czy i ja mogę stać się psychopatą?”, „Czy w moim dziecku może kiełkować psychopatia?”. Za bardzo ciekawy uważam rozdział o psychopatach odnoszących sukcesy w różnych dziedzinach życia , a za mało przydatny (dla mnie) dział adresowany dla ław przysięgłych.

„Największego kalibru biznesmeni, najważniejsi dyrektorzy, członkowie zarządów, prawnicy, politycy, uznani lekarze, a nawet naukowcy - to oni tworzą klasę wyższą społeczności psychopatów”[3].

Ostatecznie: niezwykle wartościowa pozycja, choć zapewne nie dla każdego.








---
[1] Dean A. Haycock, „W umyśle mordercy”, przekład Stanisław Bończyk, Muza, 2021, s. 9-10.
[2] Tamże, s. 16.
[3] Tamże, s. 284.






#Muza „W umyśle mordercy”, @wydawnictwomuza, @muza.black

poniedziałek, 20 września 2021

Niewinni o brudnych rękach

 „Wojna Inge” – Svenja O’Donnell

„Niewiele zostało z tętniącego życiem niemieckiego miasta uniwersyteckiego, znanego niegdyś jako Königsberg, miejsca urodzenia Kanta i stolicy Prus Wschodnich, państwa założonego z XIII wieku przez zakon krzyżacki, które później stało się częścią Niemiec. Prusy Wschodnie wzięły na siebie główny ciężar odwetu za nazistowskie zbrodnie i spotkał je najtragiczniejszy los ze wszystkich niemieckich terytoriów na wschodzie. Niemcy zamieszkujący te ziemie, zdecydowana większość w tym regionie, uciekli, zginęli lub zostali deportowani”[1].

Przyznam, że nadal odrobinę irytuje mnie, gdy czytam o niezawinionych cierpieniach biednych Niemców, którzy musieli ponosić konsekwencje czynów jakichś tajemniczych, złych nazistów. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy Niemcy byli zwolennikami Hitlera, ale… co w związku z tym? Gdyby jutro nasz rząd (akurat należący do PiS, ale nie w tym rzecz) ogłosił, że wychodzimy z Unii Europejskiej albo, że atakujemy zbrojnie Białoruś, to czy na arenach międzynarodowych mowa będzie, że to pisowcy wyszli z UE i rozpętali wojnę, czy może że to Polska wycofała się z UE i Polska napadła Białoruś? W operacji Pustynna Burza brały udział wojska amerykańskie, czy siły zbrojne demokratów? Itd. Tak to po prostu jest. Rozumiem jednak, że autorka, wychowana w Paryżu, pół Niemka, pół Irlandka, tak właśnie mogła widzieć skomplikowaną historię swojej rodziny.

Tytułową Ingę jest Ingeborg Gertrud Wiegandt, urodzona w 1925, córka Friedy i Alberta, babka autorki. Jej wspomnienia z dzieciństwa w Królewcu są mocno wyidealizowane, ale na szczęście autorka zdaje sobie sprawę, że tak to często bywa ze wspomnieniami starych ludzi. Psychologowie twierdzą, że to efekt tęsknoty za młodością. I pewnie mają rację. Znam to z własnego doświadczenia.

„Pamięć jest zwodnicza, kiedy przychodzi do wspominania wydarzeń i miejsc z naszego dzieciństwa; opowiada nam historię naszej przeszłości wyidealizowaną i zniekształconą przez upływ czasu. Strata jest najmocniejszą z tych emocjonalnych soczewek, obdarzającą miejsca, do których nie możemy wrócić, magią powiększającą dobro i zmiękczającą zło”[2].

Abstrahując – naiwne idealizowanie przeszłości szczególnie rzucało mi się w oczy w wielu książkach Herbich-Zychowicz z serii „Dziewczyny z…”.

„Wojna Inge” to opowieść o rodzinie Wiegandt, głównie o Ingeborg, czasach skręcania Niemiec w kierunku hitleryzmu, narastania antysemityzmu, o drugiej wojnie światowej, pod koniec której Wiegandtowie musieli uciekać z Królewca, obecnie Kaliningradu. Ich ciężkie przeżycia w Danii, gdzie początkowo próbowali się schronić i wreszcie najgorsze – powrót do Niemiec i pierwsze powojenne lata. Czyli po prostu saga rodzinna z zawiedzioną miłością i wielką historią w tle.

Rodzina nie należała do zwolenników Adolfa Hitlera (choć jeden z nich pozuje dumnie do rodzinnej fotografii w mundurze Luftwaffe).

„Jak Wiegandtowie, których uważałam za miłych, oświeconych i sprawiedliwych, mogli to znosić w milczeniu?”[3].

Może i w milczeniu, ale nie jestem pewien, czy bezczynnie; dziadek skorzystał z okazji i kupił kamienicę od Żyda, który musiał ją szybko sprzedać wiedząc, że Niemcy lada moment i tak mu ją odbiorą. Autorka ma nadzieję, że zapłacił mu uczciwie. Tak, tak… oczywiście, a zakupu dokonał w tym właśnie momencie zupełnie przypadkowo, z systemowym nękaniem Żydów nie miało to nic wspólnego; jakoś tak się złożyło.

Oczywiście książka jest bardzo subiektywna, ale też nie miało to być opracowanie historyczne. Porusza dwa tematy dotąd traktowane trochę po macoszemu: nowożytne dzieje Prus Wschodnich i ich mieszkańców oraz Niemcy – nie całkiem źli i nie całkiem dobrzy (na przykład członkostwo w partii hitlerowskiej nie z przekonań, ale po prostu z oportunizmu); tacy chrześcijanie, którzy nie chcą zrozumieć, że grzeszyć można też przez zaniechanie. W każdym razie jest to wspomnienie w wielu odcieniach szarości, a nie tylko czerni i bieli.

Wiele kwestii mocno mnie poruszyło, zaskoczyło nawet. Na przykład pretensje do Duńczyków (Dania była pod okupacją niemiecką, podobnie do Polski), że po zakończeniu wojny nie zaopiekowali się wystarczająco Niemcami i ich dziećmi, w tym tysiącami niemieckich uchodźców z Prus Wschodnich. Cóż… Polskim priorytetem po wyzwoleniu także zdaje się nie była opieka nad Niemcami. Albo to: kiedy Wiegandtowie naprawdę zaczęli doświadczać wojny – otóż latem 1944 roku, jak zwykle zresztą, wyjechali na wakacje do modnej miejscowości wypoczynkowej; domyślali się już, że może to być ostatni raz, bo zbliżał się front, ale dotąd dolegliwością był zmniejszony obrót w handlu luksusowymi alkoholami, czym zajmował się dziadek.
Fakt, że lata 1945-48 były dla Niemców, a zwłaszcza Niemek, bardzo trudne, wiedziałem już wcześniej.

W „Wojnie Inge” znalazłem też kilka zdjęć, ale reprodukcje (reprodukcje, a nie zdjęcia!) są tak kiepskie, że nie zawsze dało się odróżnić płeć występujących na nich osób, co oczywiście nie jest winą autorki.

W każdym razie polecam z pełnym przekonaniem – to jedna z lepszych lektur w tym roku, od której trudno mi było się oderwać oraz nowe spojrzenie na historię, która wydawała się tak dobrze znana.





---
[1] Svenja O’Donnell, „Wojna Inge”, przekład Katarzyna Bażyńska-Chojnacka i Piotr Chojnacki, Świat Książki, 2021, s.26-27.
[2] Tamże, s. 54.
[3] Tamże, s. 58. 

 

  

 

 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 12 września 2021

Bon ton w Stanach na wesoło

„Dobre maniery dla miłych ludzi, którzy czasem mówią K***A” – Amy Alkon

Można być miłym człowiekiem i czasem używać wulgaryzmów, ale nie można ich używać, jeśli aspiruje się do miana osoby dobrze wychowanej, znającej savoir-vivre, czy zasady bon tonu. Ciekawy też wydaje się wniosek płynący z tytułu: najwyraźniej dla ludzi niemiłych szkoda czasu i wysiłku, tacy dobrych manier nie nauczą się nigdy, nawet jeśli nie używają słowa k...a. Ale to tak pół żartem, pół serio.

W kolejnych rozdziałach przedstawię swoją popartą naukowo teorię, która mówi o tym, że stykamy się z większą nieuprzejmością niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ ostatnimi czasy bardzo poluzowały się więzy stawiające nas do pionu przez miliony lat historii ludzkości. Wytłumaczę też, jak możemy przywrócić te więzy, pokażę, jak nie stać się jednym z gburów, których jest wokół nas tak wielu, i jak sprzeciwić się takim osobnikom napotkanym na naszej drodze[1].

Skąd moje zainteresowanie tą tematyką (zwłaszcza w czasach, gdy polski polityk zwraca się do kogoś publicznie słowem „spieprzaj”)? Zasady savoir-vivre’u w moim domu rodzinnym zawsze uważano za ważne i wpajano mi je od kiedy sięgam pamięcią. Dobre maniery – w moim przekonaniu – pomagają nam nie pozabijać się wzajemnie i żyć w miarę zgodnie wśród innych ludzi.
Nie ukrywano przede mną poważnych trudności z tematem tym związanych. W określonym czasie zwykle funkcjonują trzy wersje takich reguł: współczesna (aktualna, akceptowana przez większość), dawniejsza (mniej więcej z czasów dziadków, taka trochę już trącąca myszką) i nowoczesna (po prostu nowa i dla wielu zbyt nowa). Poza tym reguły te zawsze mają wymiar lokalny. W Polsce wiele zasad będzie różniło się od, na przykład, amerykańskich. U nas mężczyzna nie rozmawia z kobietą, trzymając rękę w kieszeni. W USA nikogo to nie razi. W PRL (czas i miejsce) próbowano nam wmawiać, że do ryb nie używa się noża i je się je przy użyciu dwóch widelców (sic!) itd. Oznacza to, że nie wystarczy (niestety) nauczyć się jakiegoś zestawu zasad raz na zawsze, na każdą okoliczność i miejsce. Dlatego zwróciłem uwagę na poradnik Amy Alkon – zgodnie z opisami nie koncentruje się ona na sztywnych i konkretnych detalach (kolejność sztućców na prawo od talerza), ale raczej na regułach nieco bardziej uniwersalnych. Tu uwaga: nieco bardziej uniwersalnych, a nie uniwersalnych. Jest to poradnik aktualny, ale dotyczy USA, a nie świata, Europy, czy Polski.

Pytałem kiedyś babkę o rady bardziej ogólne, gdyby jednak kłopot się pojawił, mimo znajomości szczegółowych rozwiązań. Powiedziała wtedy, żeby wybierać ten sposób (postawę, zachowanie), które wydaje się trudniejsze. Innym takim jest sugestia „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Dobre to, ale nie zawsze. Trzeba też uważać, bo robienie innym tego, co nam miłe, bywa czasem ryzykowne i nie jest godne polecenia.

Amy Alkon zwykle podchodzi do tematu w odmienny sposób; stara się znaleźć rozwiązania… globalne, jeśli tak można to nazwać. Wyniki swoich przemyśleń, czy wniosków, opiera często na naukowych badaniach lub pseudo dowodach. Na przykład uważa ona, że jesteśmy niegrzeczni/niekulturalni, bo żyjemy w społecznościach zbyt dużych dla naszego mózgu. Podobno potrafimy funkcjonować w grupach nie większych niż 150 osób. Dowodem na to mają być badania socjologiczne, psychologiczne i antropologiczne, ale też przekonania huterytów (fundamentalna sekta religijna w USA i Kanadzie). To ostatnie właśnie nazywam pseudo dowodem. Nie znam huterytów, więc ich pomysły nie są dla mnie dowodem na nic.
Jeśli nawet autorka ma rację, co do tych stupięćdziesięcioosobowych grup, to pojawia się problem inny, daleko poważniejszy, który zawrzeć można w pytaniu: no i co w związku z tym?

Amy Alkon stara się być zabawna i dowcipna, żeby nie wszystkie tematy w książce były ciężkie i poważne. Jej humor przypomina mi nieco telewizyjnych amerykańskich showmanów z lat dziewięćdziesiątych, jednak na papierze wychodzi to nieco gorzej. Do tego trzeba pamiętać, że to jest przekład, a więc znowu nie wszystko da się oddać tak, jak to autorka zaplanowała. Pisze ona chociażby, że w epoce kamienia nie było sklepów spożywczych na każdym rogu, a cousurfing dopiero raczkował. Tak… bardzo śmieszne.

Oczywiście poza sygnalizowaniem problemów i diagnozowaniem, skąd się wzięły, są też w książce propozycje rozwiązań. Na przykład sprzeciwianie się chamstwu, czyli zwracanie uwagi ludziom, zachowującym się niewłaściwie. Odpowiedzialnie autorka uprzedza, że metoda ta może zakończyć się pobiciem. A oto inna propozycja.

Możemy to zmienić, stosując wobec nich taktykę pozytywnego ośmieszania, którą nazwałam ośmieszaniem w sieci, czyli pozbawiając agresorów anonimowości poprzez dyskretne nagranie ich zachowania, a potem publikowanie tego w internecie[2].

Nie mam pojęcia, jak wygląda to w Ameryce, ale zastanawiam się, czy w Polsce filmowanie ludzi bez ich wiedzy i zgody, a następnie publikowanie ośmieszających ich materiałów, jest legalne.

Poradnik zwraca uwagę na potrzebę poprawy jakości naszej komunikacji, podpowiada, jak odmawiać, w jaki sposób tworzyć relacje z sąsiadami albo chorymi przyjaciółmi, jak być grzecznym i uprzejmym przez telefon i w internecie, jak zachowywać się na randce albo w podróży, w restauracjach i na przyjęciach, jak przepraszać i przyznawać się do błędów, i w dziesiątkach innych sytuacji. Lekko, z humorem, ciekawie. Zalecałbym jednak ostrożność i rozwagę w kopiowaniu tych porad. Reguły savoir-vivre’u bywają różne w różnych krajach. Nie w tym rzecz, że jedne są lepsze od drugich, ale po prostu czasem są inne. A może po prostu nie chcę polemizować z autorką, która poleca pisanie anonimów i kłamstwa...

Żuj z zamkniętymi ustami. Siedząca naprzeciwko ciebie osoba nie chce widzieć tego, co zobaczyłaby, gdyby zajrzała ci do przełyku[3].

I to ma sens, a ja dodałbym tylko, żeby jeść po cichu. Jednak zdarzają się sugestie zbyt amerykańskie, jak na warunki w Polsce, na przykład odkładanie sztućców po każdym kęsie. Możliwość wylizywania talerza, gdy jest przerwa w dostawie prądu albo gdy spożywa się posiłek w towarzystwie osoby niewidomej, zapewne autorka zaplanowała jako żart. Ludzie dobrze wychowani pozostają tacy także wtedy, kiedy nikt nie patrzy (dżentelmen to facet, który wychodzi spod prysznica, gdy chce mu się sikać).

Książkę polecam, jednak przede wszystkim za jej wartość rozrywkową.











---
[1] Amy Alkon, „Dobre maniery dla miłych ludzi, którzy czasem mówią K***A”, przekład Anna Rosiak, Iwona Mączka, Grupa Wydawnicza Relacja, 2021, s. 10.
[2] Tamże, s. 20.
[3] Tamże, s. 220.

 

 

 

 

 

 

 

 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl. 

wtorek, 7 września 2021

Tak cię traktują, jak pozwalasz

 „Toksyczna przyjaźń” – Polly Phillips


– Mężczyźni nie rozumieją kobiet.
– Masz rację, ale to chyba bardzo dobrze, bo patrz – kobiety się rozumieją i się nienawidzą.


Stary żart (czy na pewno żart?), który przypomniał mi się już na początku lektury.

Przyjaźń to taka miłość, ale bez relacji seksualnych. Czy opisany w książce związek jest przyjaźnią? Podobno, jak się kogoś kocha, to nie robi mu się krzywdy, a przynajmniej nie z premedytacją.

Rebecca Maloney i Isabel Waverly być może były przyjaciółkami jako dzieci, ale obecnie, związek tych dorosłych już kobiet, niewiele ma wspólnego z normalnie rozumianą przyjaźnią, bo pełen jest złośliwości, rywalizacji, afrontów (afront to niegrzeczność zamierzona, gafa jest niegrzecznością nieumyślną), impertynencji, nieuprzejmości, zniewag, lekceważenia, wyniosłości itd. itp.
Okazało się jednak, że tytuł oryginału jest zupełnie inny: „My best friend's murder” (mogłoby to być „Morderstwo mojej najlepszej przyjaciółki”), a to z toksyczną przyjaźnią nie ma zupełnie nic wspólnego. Nie jestem pewien, czy taka naiwna manipulacja tytułem, powieści (i wydawcy) pomoże.

Bec przynosi Izzy piękne róże. Trafiają one do kosza minutę po wręczeniu, gdy tylko Izzy wydawało się, że Bec tego nie widzi. Zagadnięta o to Izzy twierdzi, że kwiaty były piękne, ale… były na nich mszyce lub inne robaki. Czemu Rebecca tego nie sprawdziła? Czemu nie zajrzała do eleganckiego skórzanego kosza i nie obejrzała kwiatów? Gdyby to zrobiła, jakość ich relacji stałaby się oczywista w tej jednej chwili. Czy Bec bała się prawdy? A może Polly Phillips coś tak oczywistego nie wpadło do głowy?

Ty też wyglądasz zachwycająco. Szkoda, że nie odważyłam się w taką pogodę odsłonić nóg*.

Taki komunikat można odebrać na różne sposoby. Albo jest to wyraz podziwu dla kogoś tak odważnego, by w mroźnym grudniu ubrać krótką sukienkę, albo może być złośliwym przytykiem, że przyjaciółka ubrała się nieodpowiednio do pory roku i okoliczności, czyli na własne przyjęcie zaręczynowe.
W taki sposób Isabel „punktuje” Rebeccę na każdym kroku. Sytuację pogarsza fakt, że Isabel Waverly jest zamożna, szczupła, mieszka w eleganckim domu, ma fantastycznego, przystojnego męża i córeczkę, właśnie wraca do pracy na prestiżowe stanowisko, a Rebecca Maloney właśnie się zaręczyła, a wkrótce wzięła ślub z dość problematycznym facetem, mieszka w skromnym mieszkaniu, nieustannie i bez wielkiego powodzenia walczy z nadwagą, pracuje w redakcji kobiecego czasopisma, ale oszałamiającej kariery tam nie robi – za to podobno dobrze parzy kawę.

Wątek kryminalny, dzięki któremu powieść znalazła się w kategorii thrillerów, wydał mi się zbędny i naciągany. To mogła być niezła powieść psychologiczna i w pewnym sensie nadal jest – zanim znalezione zostały zwłoki jednej z przyjaciółek. Pomijając tragiczną śmierć Izzy i chaotyczne zakończenie, powieść ma ogromną wartość; może być źródłem mnóstwa rozważań, wniosków, przemyśleń, dociekań, dywagacji, refleksji. W lustrze „Toksycznej przyjaźni” można zbadać własne życie, przekonania, poglądy, zapatrywania. Można przyjrzeć się sobie , swojej rodzinie, przyjaciołom, jakości relacji w tych związkach. Co z Bec jest nie w porządku skoro latami godzi się na takie traktowanie? Powiedzenie: tak cię traktują, jak im na to pozwolisz, znane jest chyba każdemu. Czy Izzy zachowuje się w taki sposób w stosunku do wszystkich, czy tylko tam, gdzie bezkarnie może sobie na to pozwolić, czyli w relacji z Bec? Takie i podobne pytania przełożone na własne życie czytelnika stanowią prawdziwą wartość tej książki.









--
* Polly Phillips, „Toksyczna przyjaźń”, przekład Aldona Możdżyńska, wydawnictwo Muza, 2021, s. 28.

 

 

 „Toksyczna przyjaźń”, @wydawnictwomuza

czwartek, 2 września 2021

Nie okłamuj kobiety dwa razy

 „Wybaczam Ci” – Remigiusz Mróz

Tak się dziwnie złożyło, że nie dalej jak kilka dni temu czytałem wyniki pewnego badania prowadzonego przez kilka lat w USA, z którego wynika, że w ponad sześćdziesięciu procentach pozwów rozwodowych pojawia się słowo „Facebook”.

Korzystając z nieobecności męża (wyszedł na popijawę z kolegą) Ina Kobryn znajduje na jego koncie facebookowym wiadomość od młodej, pięknej kobiety, zawierającą tylko dwa słowa: wybaczam ci.
Na placu Konstytucji w Warszawie, niedaleko knajpy, w której bawił się jej Rafał Kobryn z Gracjanem Pabstem, niewydarzonym malarzem, konkubentem siostry Iny, jakaś kobieta podcięła sobie żyły; bardzo skutecznie. Szybko okazuje się, że to nadawczyni tajemniczej wiadomości. Sama zaś wiadomość znika z komputera. Znika też Rafał Kobryn, jego konto na Facebooku i inne ślady w Internecie. Okazuje się też, że w firmie, w której rzekomo pracował, nikt o nim nie słyszał.

Ina Kobryn uważała, że ma poukładane, cudownie szczęśliwe życie, ale wychodzi na to, że najwyraźniej jej wspaniała wizja wynikała tylko z niewiedzy; partner ma tajemnice, wyraźnie wiedzie podwójne, a nawet potrójne życie…

Tak oto trzęsienie ziemi się odbyło i teraz napięcie powoli rośnie.

Powieść ma dwoje narratorów: o wydarzeniach na bieżąco opowiada głównie Ina Kobryn, ale czasem też Gracjan Pabst. Bez tego zabiegu prawdopodobnie nie udałoby się powiązać ze sobą wielu spraw i zdarzeń, ale dzięki niemu od połowy książki domyślałem się, o co tu naprawdę chodzi, ale okazało się, że nie do końca miałem rację. W pewnym sensie kawałek narracji należy także – w formie tajemniczego pamiętnika – do czternastoletniej dziewczynki uwiedzionej przez trenera drużyny piłkarskiej.

Powieść zawiera kilka drobnych mankamentów, na które większość czytelników nie zwróci uwagi, zresztą… nie mają one aż takiego znaczenia dla fabuły. Co najwyżej świadczą o pewnym pośpiechu przy pisaniu (nie jest tak łatwo „zniknąć” z Internetu wszystkie ślady po sobie, zwłaszcza aktywności na FB, w kilka godzin, do ślubu niekonkordatowego też potrzebne są pewne dokumenty, taki sam nóż, to niekoniecznie ten sam nóż itd.). Remigiusz Mróz uznał, że zdecydowana większość czytelników jego książek, nie będzie aż tak dociekliwa, że interesują ich doraźnie emocje przy lekturze, a nie takie niuanse, i… miał rację. Dlatego absolutnie nie mam pretensji do Mroza, który dysponuje świetną wyobraźnią, rodzącą wiele znakomitych pomysłów. Co najwyżej czytelnikami (nie tylko powieści Mroza) jestem nieco… rozczarowany. A „Wybaczam Ci” jest świetną rozrywką dla niezbyt wymagających czytelników, ale uprzedzam: proszę się nie dziwić, jeśli za kilka miesięcy nie będziecie pamiętali fabuły. Oczywiście może to mieć także efekt pozytywny, bo za kilka lat po „Wybaczam Ci” będzie można sięgnąć znowu i znowu dobrze się bawić. Ostatecznie – polecam. Może też i dlatego, że warsztat autora – moim skromnym zdaniem – poprawia się.


Dygresja.
W stosunkowo nowym filmie, którego akcja rozgrywa się w latach trzydziestych, jest scena, kiedy to bohaterka włącza radio i… ono natychmiast zaczyna grać. Oczywista bzdura. Tranzystory do praktycznych zastosowań pojawiły się w drugiej połowie XX wieku. Odbiorniki radiowe wcześniej zbudowane były na bazie lamp elektronowych. A takie lampy, zanim zaczęły działać, musiały się rozgrzać, więc natychmiastowe działanie odbiornika było po prostu niemożliwe. Ot, typowe niechlujstwo i bylejakość, ale też lekceważenie odbiorcy, czytelnika lub widza. Z drugiej strony… po co się wysilać, jeśli prawie nikt tego nie zauważy?

piątek, 27 sierpnia 2021

Holokaust osobisty i prywatny

 „Dziewczyny ocalałe” – Anna Herbich-Zychowicz

Anna Herbich-Zychowicz, dziennikarka, żona kontrowersyjnego publicysty historycznego, Piotra Zychowicza, pisze w zasadzie bardzo podobne książki. Okoliczności się w nich zmieniają, ale konstrukcja literacka, styl tytułu, grafika okładek (młoda, atrakcyjna kobieta ze współczesną fryzurą i makijażem), pozostają te same. „Dziewczyny z Powstania”, „Dziewczyny z Syberii”, „Dziewczyny z Solidarności”, „Dziewczyny z Wołynia”, „Dziewczyny Sprawiedliwe” i najnowsza „Dziewczyny ocalałe”.

W siedmiu historiach, z których składa się książka, jest podobieństw więcej. Cudowny, bezpieczny, pełen miłości dom przed wojną, a w nim najukochańsza mamusia. Prawie zawsze jakiś starszy brat z wybitnym talentem muzycznym lub sportowym. Szablon po prostu. Oczywiście po wybuchu wojny losy kobiet (kobiet, dziewcząt, panienek, a nie dziewczyn; „dziewczyny” zaczęły być w powszechnym użyciu od lat sześćdziesiątych, wcześniej tak mówiono tylko o służących lub pasających krowy, czy karmiących świnie) bywają już bardzo różne. Ale cóż… pani Herbich-Zychowicz nie jest historyczką i pewnie jest zbyt młoda, by to pamiętać/wiedzieć.

Czy historie Danuty, Krystyny, Zofii, Aleksandry, Agaty, Inki, Niusi (uratowanej wraz z rodziną przez Oscara Schindlera), są prawdziwe i wiarygodne? Zakładam, że tak. Czasem tylko wydają mi się nieco… podkoloryzowane. To chyba Aleksandra twierdzi, że swojego wczesnego dzieciństwa niestety nie pamięta, ale za to wybuch wojny to już jak najbardziej. No cóż… w chwili wybuchu wojny miała – 2 lata (słownie: dwa). Ups!

Bohaterki tych wspomnień nie twierdzą, że Polacy byli źli, ani że byli dobrzy. Zgodnie stwierdzają, że bywało różnie. Jedni pomagali, inni wykorzystywali (w tym seksualnie), wydawali Niemcom, szantażowali, mordowali. Dalekie jest to od polaryzacji poglądów, tak powszechnej obecnie i tak łatwej do przyjęcia przez proste umysły.

Ostatecznie jest to lektura warta uwagi, napisana lekko i przystępnie, mimo trudnej tematyki.

niedziela, 22 sierpnia 2021

Małomiasteczkowe plugastwo

 „Chemia śmierci” – Simon Beckett

Bohaterem powieści jest antropolog sądowy, jeden z najlepszych w Wielkiej Brytanii, a może i nie tylko, David Hunter. Kiedy w wypadku drogowym zginęła tragicznie jego żona i córka, Hunter porzucił świetnie rozwijającą się karierę, Londyn i zwłoki, na których zna się tak dobrze, i wyjechał do małego miasteczka, Manham.

Wiejska przychodnia poszukiwała lekarza pierwszego kontaktu na umowę okresową. Na pół roku; mieszkanie zapewnione[1].

Sielanka trwała trzy lata. Do momentu, kiedy to dwóch dzieciaków znalazło rozkładające się zwłoki. Śledczy odkrywają zawodowe sukcesy Huntera w Anglii, Szkocji, Irlandii Północnej, Iraku, Bośni, w Kongo, specjalistyczne szkolenie w USA, i nakłaniają do współpracy. Zwłaszcza, że wkrótce znika kolejna kobieta. I tak David Hunter musi, choć bez zapału, wrócić do swojej profesji.

Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś, co było kiedyś siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz. Już martwe, ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much. Muchy składają jaja, z jaj wylęgają się larwy. Larwy zjadają bogatą w składniki pokarmowe pożywkę, następnie migrują. Opuszczają ciało w składnym szyku, w zwartym pochodzie, który podąża zawsze na południe. Nikt nie wie dlaczego[2].

W miasteczku nie da się już udawać, że zabójcą jest ktoś przypadkowo przejeżdżający przez te okolice. To ktoś miejscowy, który na dodatek utrudnia poszukiwania jednej z ofiar, zakładając w pobliskich lasach sidła i wnyki, raniące ludzi. W Manham wytwarza się stan zbiorowej psychozy. Wszyscy podejrzewają wszystkich, a obcych to już mocno biorą pod lupę, a bywa i gorzej – posuwają się do przemocy.

Poza tym, co najważniejsze i oczywiste, znaleźć można też w powieści przemyślenia autora na różne tematy, na przykład stwierdzenie, że tylko strach i ludzka tragedia potrafią zmienić sługę bożego w człowieka opatrznościowego.

Dobry, może nawet bardzo dobry warsztat. Nietuzinkowa fabuła. Jednak ze względu na wyjątkową… hm… drastyczność opisów rozkładających się zwłok radzę się bardzo poważnie zastanowić przed rozpoczęciem lektury.




--
[1] Simon Beckett, "Chemia śmierci", przekład. Jan Kraśko, wyd. Amber, 2006, s. 11.
[2] Tamże, s. 5.

wtorek, 17 sierpnia 2021

Oniryczne fantazje o Marylin

 „Blondynka” – Joyce Carol Oates

Dawno, dawno temu modne były dowcipy na temat radia Erewań. Dzwonili do niego słuchacze z rozmaitymi pytaniami, a radio odpowiadało im na antenie. Pytania były różne, ale odpowiedzi zawsze zbudowane na jednym schemacie. Przykład: dzwoni słuchacz i pyta, czy to prawda, że w Moskwie rozdają za darmo mercedesy? Radio Erewań odpowiada: w zasadzie to prawda, ale nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie mercedesy, ale rowery, i nie rozdają, lecz kradną.

Czy to prawda, że „Blondynka” Joyce Carol Oates jest biografią aktorki Marylin Monroe? W zasadzie to prawda, z tym że…

Blondynka nie zawiera zatem opisu licznych rodzin zastępczych, w których Norma Jeane przebywała, lecz tylko jednej, i to fikcyjnej; zamiast licznych kochanków, kryzysów zdrowotnych, aborcji, prób samobójstwa, a także występów ekranowych, przedstawia kilka wybranych, symbolicznych. Marilyn Monroe rzeczywiście prowadziła coś w rodzaju dziennika, pisała wiersze czy też fragmenty wierszy. Spośród nich tylko dwa wersy znalazły się w ostatnim rozdziale (“Pomocy, pomocy!“); inne wiersze zostały wymyślone. Pewne wypowiedzi w rozdziale “Marilyn Monroe dzieła zebrane” pochodzą z wywiadów, inne zaś są fikcyjne; pod koniec wspomnianego rozdziału znalazł się cytat zaczerpnięty z konkluzji O powstawaniu gatunków Charlesa Darwina. Faktów z biografii Marilyn Monroe należy szukać nie w Blondynce - która nie powstała jako dokument historyczny – tylko w literaturze przedmiotu”[1].

Autorka nazywa ten zabieg literacki synekdochą, a ja mam wątpliwości, czy tak samo rozumiemy to pojęcie. Ale mniejsza z tym. W tym momencie powinienem już dać sobie spokój z tą książką – interesowała mnie rzetelna biografia aktorki, a nie oniryczne fantazje Oates na temat Marylin Monroe związane z rzeczywistością i faktami bardzo luźno lub wcale.

„Przybyła Śmierć, pędząc wzdłuż bulwaru w gasnącym sepiowym świetle.
Przybyła Śmierć mknąca niczym w kreskówkach dla dzieci na ciężkim, pozbawionym ozdób rowerze posłańca.
Przybyła Śmierć nieomylna.
Śmierć, której nie da się nic wyperswadować.
Śmierć, której się spieszy.
Śmierć naciskająca z pasją na pedały.
Śmierć wioząca paczkę oznaczoną OSTROŻNIE PRZESYŁKA SPECJALNA w solidnym koszyku tuż za siodełkiem.
Śmierć lawirująca śmiało między ludźmi i różnymi pojazdami przy skrzyżowaniu Wilshire i La Brea, gdzie - z powodu remontu ulicy - dwa pasy ruchu biegnące w kierunku zachodnim przechodziły w jeden.
Śmierć jakże chyża!
Śmierć grająca na nosie tym kierowcom w średnim wieku, którzy nie mogli się powstrzymać przed użyciem klaksonu.
Śmierć roześmiana: Pieprz się, facet!
I ty też.
Przemykająca jak Królik Bugs obok błyszczących masek drogich, nowych samochodów.
Przybyła Śmierć nieczuła na przesycone dymem, zepsute powietrze Los Angeles.
Na ciepłe, radioaktywne powietrze południowej Kalifornii, gdzie przyszła na świat.
Zgadza się, ujrzałam Śmierć.
Śniłam o Śmierci poprzedniej nocy.
Śniłam o niej od dawna.
I wcale się nie bałam.
Przybyła Śmierć jakże rzeczowa.
Śmierć pochylona nad brązową od plamek rdzy kierownicą niezgrabnego, lecz solidnego roweru.
Przybyła Śmierć ubrana w bawełnianą koszulkę z napisem Cal Tech, w wypranych, ale nie uprasowanych spodenkach koloru khaki, w trampkach, bez skarpetek.
Śmierć z umięśnionymi łydkami i nogami porośniętymi ciemnymi włosami.
Śmierć o wygiętym kręgosłupie z rzędem zaokrąglonych kręgów.
Śmierć o pryszczatej twarzy niedorostka.
Śmierć o dzielnym sercu, bezlitośnie oślepiana promieniami słońca, które odbijały się od szyb samochodów i chromowanych powierzchni niczym od bułatów”[2].

Ciężko było, ale przebrnąłem… jakoś. Kwestie śmierci zajmują 3-4 strony, więc nie było łatwo. Postanowiłem jednak dać szansę powieści. Nie jest ona o Marylin Monroe, trudno, ale może przecież być ciekawa i wartościowa mimo to. Nie była.

„Ów dzień, dzień urodzin, będzie pierwszym, jaki Norma Jeane zapamięta wyraźnie. Ten cudowny dzień spędzony z Gladys, która bywała Matką, albo z Matką, która bywała Gladys. Kobietą niczym ruchliwy i smukły ptak o bystrym, czujnym spojrzeniu, uśmiechu, jak to sama określała, drapieżcy i ostrych łokciach, którymi dźgała cię w żebra, jeśli zbytnio się do niej zbliżyłaś. Wypuszczała przez nos świecący dym, który przypominał zakrzywione słoniowe kły, i wtedy w ogóle nie miałaś odwagi zwrócić się do niej, a już na pewno nie słowami „mamusiu” czy „mamciu”, używając tych „do porzygania słodziutkich zwrotów”, o których Gladys już dawno temu zapomniała – ani nawet patrzeć na nią zbyt natarczywie”[3].

Wtedy się poddałem. Z punktu widzenia moich oczekiwań i aktualnych potrzeb powieść „Blondynka” jest bezwartościowa. Być może posiada jakieś wartości literackie, ale poszukiwanie ich na ponad siedmiuset stronach, przekroczyło moje możliwości, zapał, determinację i dobrą wolę.





--
1. Joyce Carol Oates, „Blondynka”, przekład Mariusz Ferek, Wydawnictwo: Marginesy, 2021, tekst „Od autorki”.
2. Tamże, „Prolog”.
3. Tamże, „HPIEL”.

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Pierwszy seryjny morderca

 „Elegancki morderca” – Cezary Łazarewicz

Książka ma pewną wartość, ale nie taką, jakiej można by oczekiwać. O Władysławie Mazurkiewiczu, wielokrotnym mordercy (udowodniono mu sześć zabójstw; przyznał się do winy), który zabijał swoje ofiary z powodów materialnych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, nie dowiedziałem się w zasadzie nic więcej, niż od lat było mi wiadomo. Za to przekonałem się, po raz nie wiem który, że gdy następuje zderzenie przekonań z faktami, w przypadku wielu ludzi wygrywają przekonania.

„W wydanej dziesięć lat później na Zachodzie książce Piękni dwudziestoletni Marek Hłasko, który brał udział w procesie, tak opisuje sprawę Mazurkiewicza (Hłasko wyrwał się już spod kontroli cenzury):
Proces był kompromitacją: świadkowie bali się mówić, prokurator zręcznie zmieniał temat; zramolały obrońca Mazurkiewicza bronił go, posługując się tezą, że Mazurkiewicz jest urodzonym mordercą, typem patologicznym o wrodzonych skłonnościach zbrodniczych, a zupełnie uszedł jego uwadze fakt, że jego klient-wariat był o tyle przytomny, że przywiązywał się uczuciowo do precjozów, będących własnością jego ofiar – ofiary peklował u siebie w garażu pod betonem. Proces był pośmiewiskiem; było sprawą oczywistą, że ludzie bali się mówić, że Mazurkiewicz zręcznie kolportował informacje o swojej współpracy z UB; jest nie do pomyślenia, aby podobny wypadek mógł się zdarzyć w państwie, gdzie policja zachowuje chociaż pozory przyzwoitości. Był szpiclem i prowokatorem UB i świadkowie bali się otworzyć mordę na procesie. Wszyscy wiedzieli, że pan Władzio jest mordercą, ale wszyscy myśleli, że wykonuje wyroki swych mocodawców z UB”*.

IPN do dziś nie znalazł żadnych śladów rzekomej współpracy Mazurkiewicza z UB. To były plotki, oszczerstwa, pomówienia. Wynikały zapewne z ludowych prób zrozumienia, jak to się stało, że Mazurkiewicz działał bezkarnie tak długo, jednak nadal nie czyni to z nich faktów. Podobnie jak pomysł, że Władysław Mazurkiewicz, zwany Eleganckim mordercą lub Pięknym Władkiem, kolaborował z gestapo. Albo że przyznał się do kilkudziesięciu zabójstw.

Może wątpliwości na temat Mazurkiewicza wynikały właśnie z przekonań? Był wybitnie przystojny, elegancko ubrany, spokojny, kulturalny, dobrze wychowany, miły, uczynny, życzliwy… Ludowi pracującemu miast i wsi nijak nie pasował do wizerunku mordercy. Gdyby miał czerwony nos, brudną kufajkę i gumofilce, to sprawa wyglądałaby inaczej, prawda?

Książka podzielona została na dwie części. W pierwszej Cezary Łazarewicz opowiada o Władysławie Mazurkiewiczu i jego działaniach, i czyni to nieco chaotycznie, nie zawsze chronologicznie. Wiele razy powołuje się na reportaże Lucjana Wolanowskiego publikowane w „Expressie Wieczornym” w połowie lat pięćdziesiątych, Trzeba jednak pamiętać, że był to czas „twardej komuny” i pełnej cenzury, a to oznacza, że tekst z ówczesnej gazety może być wiarygodny, ale nie musi. Druga część jest szczegółowym zapisem, relacją z kolejnych dni procesu, a to lektura ciężka i nużąca.

Dlaczego Władysław Mazurkiewicz przyznał się do zabójstw, a bez nich prokuratura niewiele na niego miała, w tym nawet do tych przypadków, których mu nie zarzucano, nieznanych organom ścigania – nie wiadomo do dziś.







--
* Cezary Łazarewicz, „Elegancki morderca”, Wydawnictwo WAB.

sobota, 14 sierpnia 2021

700 lat historii samurajów

 „Samuraje. Triumf i upadek japońskich wojowników” – Leonardo Vittorio Arena

Pierwsze zdania Wstępu jednoznacznie wyjaśniają, o czym jest ta książka.

„Kim byli? Nieznającymi strachu wojownikami czy pozbawionymi skrupułów politykami, którzy siłą podporządkowali sobie cały naród i wprowadzili dyktaturę wojskową? A może poetami, filozofami i malarzami, maniakalnie przywiązanymi do ceremonii parzenia herbaty i zen, tak bardzo z nimi utożsamianego, że postrzeganego jako jeden z ich atrybutów? Odpowiedzi mogą udzielić wyłącznie oni sami, dlatego w tej książce to właśnie im oddaję głos, żeby mogli odeprzeć najbardziej sztampowe oskarżenia i zaprzeczyć kliszom, które nie oddają im sprawiedliwości. Odmalowuję ich życie prywatne i publiczne, uplecione z intryg, zdrad i żądzy władzy. Wstrząsały nimi ludzkie, zbyt ludzkie waśnie. Targały nimi takie same emocje jak zwykłymi śmiertelnikami? Tak, a nawet silniej. Na ich życiowe doświadczenia składały się fetyszyzacja miecza, bratobójstwa i seksualne perwersje, lecz również uduchowienie, estetyzm i... owszem, miłosierdzie. Byli wojownikami”*.

Spodziewałem się pozycji popularno-naukowej. Dostałem beletrystykę (fabularyzowany dokument) z historią i faktami w tle. Nic w tym złego. Dzięki elementom przygodowym powieść lekko się czyta, łatwiej też sobie wyobrazić opisywane sceny. Pod warunkiem, że wierzy się Arenie, że prawidłowo rozpoznał emocje konkretnych osób sprzed kilkuset lat.

Choć klasa samurajów pojawiła się w Japonii dopiero około XI-XII wieku, autor sięga do czasów znacznie wcześniejszych, nawet mitycznych. W trzynastu rozdziałach prezentuje pełny przegląd historii tych specyficznych japońskich wojowników aż do faktycznego ich końca w wieku XIX.

Polecam, choć jednocześnie uprzedzam, że – zgodnie z tytułem – jest to książka o historii samurajów, a nie o historii i kulturze Japonii.

Przy okazji takich lektur zawsze zastanawiam się, czy błędne określenie broni samurajów, pozostanie już z nami na zawsze, i wydaje mi się, że na poprawę jest już zbyt późno. Miecz charakteryzuje ostrze obusieczne. Katana japońskiego samuraja, to szabla. A błąd wynika z nieprecyzyjnego tłumaczenia angielskiego słowa „sword”. Poza tym „miecz’ brzmi poważniej, jest to określenie bardziej marketingowe. Więc nie, samuraje nie mieli mieczy, ale szable i nie, nie nosili ich na plecach. Tak to ekranowa fikcja wypiera fakty. Przy okazji – wikingowie nigdy w boju nie używali rogatych hełmów.









--
* Leonardo Vittorio Arena, „Samuraje. Triumf i upadek japońskich wojowników”, przekład: Mateusz Kłodecki, Wydawnictwo RM, 2019.

sobota, 7 sierpnia 2021

Torfowisko skrywa tajemnice

 „Wołanie grobu” – Simon Beckett

Kiedy wraca się do przyzwoitego pisarstwa po lekturze kilku pozycji polskich królowych sensacji i mistrzów polskiego kryminału, można odpocząć od wielu niedostatków, które cechują naszych autorów i mankamentów ich tzw. dzieł. Zresztą… kiepskiej literatury na polskim rynku książki pojawia się coraz więcej i nie są to tylko produkcje naszych autorów. Czy to miałoby oznaczać, że „Wołanie grobu” jest jakimś arcydziełem? Ależ skądże! To tylko tamte…

Bohaterem „Wołania grobu” jest doktor David Hunter, antropolog sądowy, pracujący na uczelni, ale przyjmujący też specjalne zlecenia policji. Druga osoba dramatu to Sophie Keller, psycholożka, także pomagająca brytyjskiej policji w odnajdowaniu miejsc ukrycia zwłok oraz profilowaniu.

Na wrzosowisku Dartmoor odnalezione zostały szczątki ludzkie. Okazuje się, że to zwłoki jednej z ofiar seryjnego mordercy i psychopaty, ogromnego potwora, Jerome'a Monka. Policja przywozi go na wrzosowisko, bo obiecał wskazać miejsce, w którym ukrył zwłoki dwóch innych dziewcząt, bliźniaczek. Monk wykorzystuję sytuację, by próbować ucieczki.

Fabuła powieści przeskakuje w tym momencie o lat osiem. Wiele się zmieniło. Huntera spotkała osobista tragedia, Sophie zamieszkała z okolicach Dartmoore i zajęła się garncarstwem… Wtedy z więzienia ucieka Jerome Monk i nikt, kto zajmował się jego sprawą, nie jest już w pełni bezpieczny.

Sophie Keller skrywa jakieś tajemnice; bała się czegoś bardzo zanim jeszcze Jerome Monk uciekł. Kilka dni później została napadnięta w swoim domu. Hunter stara się ją chronić, ale…

Jak wspomniałem, nie jest to książka wyjątkowa – po prostu kawał dobrej pisarskiej roboty, bez fajerwerków.

Okolice Dartmoor Beckett opisał tak plastycznie, że od razu musiałem wyszukać w sieci zdjęcia tych miejsc.



piątek, 30 lipca 2021

O Bogu i łasce bez kościołów

 „Dusza bez Boga” – Katherine Ozment


Kilka razy w życiu słyszałem księży katolickich twierdzących z porażającą arogancją, że nie ma duchowości bez religijności. To nie jest prawda, wystarczyłoby sprawdzić w Słowniku Języka Polskiego PWN, czym jest duchowość*, ale… przecież prawie żaden Polak nie odważy się kwestionować tego, co mówi ksiądz, choćby plótł największe bzdury.
Innym razem uczestniczyłem w rozmowie, w której znajomy stwierdził, że jest wierzący, ale nie praktykuje obrzędów, ceremonii, liturgii, a zwłaszcza dawania pieniędzy na tacę. Ksiądz katolicki odparł wtedy pogardliwie i szyderczo: żyję, ale nie oddycham. Znajomy praktykuje miłość bliźniego i wartości duchowe takie jak skromność, miłość, przyjaźń, rodzina, uczciwość, odpowiedzialność itd., ale to księdza jakoś nie interesowało.

Te i parę podobnych zdarzeń przypomniało mi się, gdy czytałem tekst na okładce, który rozbawiłby mnie do łez, gdybym od dawna nie zdawał sobie sprawy z ogromnych różnic między wspólnotami protestanckimi, a rzymskim katolicyzmem w polskiej wersji, zwanym coraz częściej niechrześcijańskim polskim katolicyzmem.

„Tradycja religijna daje nam mocne podstawy moralne i poczucie tożsamości, tworząc poczucie związku z przeszłością i silne więzi społeczne. Dzięki niej stajemy się też szczęśliwsi, zdrowsi, bardziej ofiarni”**.

Katherine Ozment, prezbiterianka i jej mąż Michalel, żyd, odsunęli się od swoich religii. Stało się to jakoś tak, niepostrzeżenie, a zwłaszcza nie było spowodowane żadnym złym wydarzeniem, na przykład zgwałceniem dziecka przez księdza lub rabina. Ich religijność zdechła sobie sama śmiercią naturalną.
Ich synek, obserwując procesję wyznawców greckiego prawosławia, spytał, kim są oni sami i chodziło mu o mamę, ojca, rodzinę Ozment, po prostu. Inteligentna, rozgarnięta mamusia odpowiada wtedy kilkuletniemu dziecku:

„Niczym nie jesteśmy”[1].

Rozbawienie zniknęło w ułamku sekundy. Ty durna babo – pomyślałem wściekły – skoro nie praktykujesz żadnej religii możesz uważać, że jesteś NICZYM, ale nie próbuj wciskać tego dzieciom! Z traumy i absurdalnego przekonania, że jak nie będą co kilka dni latały do kościoła, to okażą się NICZYM, mogą nie wyzwolić się do końca życia.

„Książka ta nie jest traktatem teologicznym, tekstem historycznym ani obroną ateizmu, agnostycyzmu czy świeckiego humanizmu. Nie jest podręcznikiem życia. Jest tak naprawdę listem do moich dzieci i przyszłych pokoleń Amerykanów, szukających swego miejsca w świecie”[2].

Katherine Ozment czyta wiele mądrych książek i innych opracowań, rozmawia z profesjonalistami i zwykłymi ludźmi, czasem wyciąga wnioski, a czasem tylko prezentuje wyniki swoich dociekań. Oczywista jest potrzeba ostrożności podczas lektury, bo wyniki przemyśleń i dywagacji kogoś, kto uważa, że ludzie niereligijni są NICZYM, mogą być zniekształcone przez takie lub podobne absurdalne założenia. Ja jednak postanowiłem zaryzykować i dobrze na tym wyszedłem. Okazało się, że autorka całkiem nieźle odróżnia duchowość od religijności (taki właśnie był jej ślub – duchowy, ale nie religijny), zdaje też sobie sprawę, że ludzie niezwiązani z żadną formą instytucjonalnej religii nie muszą być, i zwykle nie są, ateistami. Odrzucenie kościoła (takiego lub innego) nie oznacza odrzucenia Boga. To akurat może być trudne do zrozumienia przez tych polskich katolików, którzy nie znają Pisma Świętego i na przykład słów: Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką i nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko (Dz 17).
Poza tym… nie widziałem oryginału, więc nie wiem, czy na pewno jest w nim mowa o ludziach, którzy są NICZYM. Zwłaszcza, że skoro są niczym, to widocznie istotami ludzkimi też nie… A skąd wątpliwości co do kompetencji tłumacza? Oryginalny tytuł tej książki to „Grace without God”. Ups! Jednak na pewno takie sztuczki językowe spodobają się wyznawcom pewnej partii.

Od razu zdradzę, że niezwykła wartość tej książki, polega na skrajnie różnych emocjach, jakie wywołuje jej treść. Ważne są też różne porównania, przemyślenia, wspomnienia, doświadczenia czytelnika, jakie odświeża lektura. Autorka proponuje, namawia wreszcie zmusza czytelnika do zajęcia własnego stanowiska w dziesiątkach poruszanych tematów. Na przykład, czy małe dzieci mają „promiskulatywną tendencję teologiczną”?


Z lektury książki „Dusza bez Boga” można dowiedzieć się, czemu ludzie odchodzą od kościołów, a właściwie, jak się ten proces zaczął i dlaczego przyśpiesza. Trudniejsze do zrozumienia są argumenty wyliczające zalety funkcjonowania jednostki i/lub rodziny w kościele. Te korzyści bowiem dotyczą przede wszystkim rozmaitych odmian i odcieni protestantyzmu w Stanach Zjednoczonych (przypominam, że Amerykanka napisała tę książkę dla Amerykanów) i do polskiego katolicyzmu mają się nijak.

Na koniec rodzynek.
„Przytoczył znany cytat Johna Donne’a, że żaden człowiek nie jest samotną wyspą. Stanowimy część kontynentu, którym jest ludzkość”[3].

Latami byłem przekonany, że to tytuł książki Thomasa Mertona („Nikt nie jest samotną wyspą”) oraz cytat z „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya („Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą: każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu”), a tu proszę! Była okazja, by zweryfikować przekonania i czegoś się nauczyć. Nie jeden raz zresztą.

Wartościowa pozycja, dzięki której uporządkowałem sporo swoich przekonań, potwierdziłem jedne, odrzuciłem inne. Szkoda, że tak niewielu Polaków ją przeczyta…









---
* duchowy (https://sjp.pwn.pl/sjp/duchowy;2454552.html)
a. «odnoszący się do życia wewnętrznego człowieka»
b. «związany z dobrami kulturalnymi lub czyimś systemem wartości»
c. «niematerialny, metafizyczny»
** „Dusza bez Boga”, tekst z okładki (blurb).
1. Katherine Ozment, „Dusza bez Boga”, przekład Piotr Cholewa, Stapis, s. 10.
2. Tamże, s. 13.
3. Tamże, s. 49.











Książka otrzymana z serwisu Na Kanapie (https://nakanapie.pl/)

sobota, 17 lipca 2021

Psychoterapeuci i ich klienci

 „Pacjentka” – Alex Michaelides

Alicia Berenson miała trzydzieści trzy lata, gdy zabiła męża. Byli małżeństwem od kilku lat. Oboje byli artystami – Alicia malarką, Gabriel zaś uznanym fotografem mody. Cechował go charakterystyczny styl – fotografował na wpół zagłodzone półnagie kobiety pod dziwnym, niekorzystnym dla nich kątem. Śmierć sprawiła, że ceny jego zdjęć astronomicznie wzrosły*.

Fabuła powieści toczy się dwutorowo. Jednym z narratorów jest psychoterapeuta, zajmujący się Alicią, drugim ona sama, a konkretnie jej zapiski w pamiętniku. Ale uwaga – w relacjach tych autor oszukuje czytelnika, zdradzając pod koniec dopiero, pokrętną chronologię. Uniemożliwia to zupełnie odgadnięcie prawdy. Nie jest to może straszny mankament, ale… nieelegancko wyszło.

Nazywam się Theo Faber. Mam czterdzieści dwa lata. Zostałem psychoterapeutą, bo byłem popieprzony. Taka jest prawda – chociaż nie wyjawiłem tego w czasie rozmowy o pracę, gdy mnie o to zapytano*.

Kiedy czytam lub słyszę podobne treści, zawsze przypomina mi się lekcja z psychologii i stwierdzenie: najczęstszym i najgorszym rodzajem motywacji przy wyborze studiów na psychologii albo resocjalizacji jest potrzeba naprawienia samego siebie i/lub swojej rodziny. Ludzie tacy, po skończeniu studiów i mimo posiadanej wiedzy, nie potrafią pomóc sobie, rozwiązać własnych problemów, a i profesjonalistami są miernymi, bo nigdy nie są w stanie poświęcić całej swojej uwagi klientowi – nieustannie muszą bowiem pilnować samych siebie. Wydaje się, że tę prawdę zna też autor „Pacjentki”.

W tym momencie Alicia podniosła wzrok. Patrzyła na mnie – przeze mnie. Nie możesz mi pomóc, krzyczały jej oczy. Spójrz na siebie, ledwie pomagasz sobie. Udajesz, że tyle wiesz i jesteś taki mądry, ale to ty tu powinieneś siedzieć zamiast mnie. Świr. Oszust. Kłamca. Kłamca…*.

Osobiste problemy Theo Fabera są zresztą istotną częścią tej powieści. Widoczne to jest zwłaszcza wtedy, kiedy w jego związku pojawia się poważny kryzys. Co w takiej sytuacji robi dorosły mężczyzna? W środku nocy biegnie do swojej terapeutki, bo przecież ktoś musi się nim natychmiast zaopiekować. Znamienne jest też jego oszukiwanie samego siebie.

Faber rezygnuje z obiecującej kariery i podejmuje pracę w walącym się odrodku dla wariatów szczególnie niebezpiecznych. Zakład The Grove zapewne za kilka miesięcy zostanie zamknięty, ale Faber jest przekonany, że to on właśnie musi się zająć trudnym przypadkiem Alicii Berenson, bo tam została osadzona po próbach samobójczych oraz agresji skierowanej przeciw personelowi i innym pacjentkom.

Stosunkowo szybko staje się jasne, że nie jest to powieść psychologiczna o pokręconych psychologach (terapeutka Alicii zazdrości jej talentu – sic!), ale wciągający thriller, w którym prawda ukryta jest przed czytelnikiem do samego końca, ale za to raczony jest on wieloma mylnymi tropami.
Poza paroma mankamentami jest to dobra rozrywka na lato albo do pociągu.













---
* Alex Michaelides, „Pacjentka”, przekład Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik, 2019, Wydawnictwo W.A.B.

środa, 7 lipca 2021

Jak dobrze jest mieć sąsiada...

 „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” – Catriona Ward

Nie jest łatwo dogadać się z kimś chorym psychicznie, wejść w głębszą relację z osobą nienormalną. Nawet jeśli regularnie przyjmują leki, ludzie tacy często żyją w swoim świecie, który nie jest w pełni kompatybilny z tym realnym.

„Kiedy mam zły dzień, »teraz« i »kiedyś« mieszają się ze sobą. W różnych kątach domu słyszę głosy mamusi i tatusia. Czasem kłócą się o to, kto ma iść do sklepu. Czasem dochodzi mnie brzęknięcie widełek i terkot przesuwanej tarczy starego telefonu w przedpokoju, a potem mamusia rozmawia ze szkołą i tłumaczy, że znów jestem chory. Czasem budzi mnie, wołając na śniadanie. A potem zapada cisza i przypominam sobie, że odeszli. Tylko bogowie wiedzą dokąd.”[1].

Wyzwanie wydaje się jeszcze większe, kiedy okazuje się, że ktoś właśnie taki, zaburzony, a konkretnie Ted Bannerman, jest narratorem w powieści. Na szczęście nie jedynym.

„Tak czy inaczej moja dobra rada brzmi: jeśli nie podoba ci się to, co się dzieje, idź spać, a prawdopodobnie wszystko samo wróci do normy”[2].

Drugim narratorem jest kotka o imieniu Olivia. Trzecim Delilah Walters, starsza siostra Laury, która zaginęła w wieku lat sześciu, około dziesięć lat temu. Delilah nadal uparcie szuka siostry, a na początku tej opowieści dowiaduje się, że kiedyś policja podejrzewała o uprowadzenie Laury Teda Bannermana, ale przeszukanie jego domu nic nie dało, poza tym wydawało się, że miał alibi.

Ted Bannerman mieszka z Olivią i Lauren w ostatnim domu na końcu jednokierunkowej ulicy. Właściwie to w przedostatnim, ale ten naprawdę ostatni, latami stał pusty i Ted przyzwyczaił się do myśli, że mieszka na końcu drogi. W końcu jednak ostatni dom został wynajęty. Zamieszkała w nim… Delilah Walters. Tak rozpoczyna się wciągająca historia poszukiwań Laury Walters, powiązana z Tedem Bannermanem, jego niezwykle tajemniczą córką, Lauren, uzupełniona obserwacjami kotki Olivii, Człowieka Żuka i Delilah Walters. Wydaje się początkowo, że najważniejszą sprawą jest tożsamość Lauren, która raz jest w domu Teda, innym razem gdzieś jest odsyłana… Kiedy czasem wydawało mi się, że już wiem, o co tu chodzi, znam prawdę, nieodmiennie okazywało się, że nie miałem racji i napięcie rosło.

Wciągająca powieść sensacyjna na niezłym poziomie. Oraz, co ostatnio rzadko się zdarza, wydrukowana na porządnym papierze.



















--
1. Catriona Ward, „Ostatni dom na zapomnianej ulicy”, przekład Martyna Tomczak, wyd Czwarta Strona, 2021, s. 27.
2. Tamże, s. 39.

 

 Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.