Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niecodziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niecodziennik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2024

Nie jesteśmy monogamiczni!

Wyczytałem niedawno w wiarygodnych informacjach, a przynajmniej sprawiających takie wrażenie, że 46% małżeństw w miastach europejskich kończy się rozwodem przed 10, a może przed 15 rocznicą ślubu. Szukałem tego artykułu dla kolegi, ale znalazłem mnóstwo innych, o podobnych treściach, ale tego akurat nie. Właściwie nie był mi on – ten artykuł – specjalnie potrzebny, chciałem tylko pokazać, że tych procentów nie wymyśliłem sobie sam.

Jeżeli prawie połowa małżeństw (sakramentalnych lub formalno-prawnych) kończy się rozwodem, to co to oznacza? Czy może, że reszta tych małżeństw jest dobra i w pełni satysfakcjonujące obie strony? Ależ skądże! To tylko świadczy o tym, że te małżeństwa nie kończą się rozwodem – i nic więcej. Nie kończą się rozwodem z powodów bardzo różnych. Bo to wstyd przed ludźmi, bo to dobre małżeństwo, bo to odpowiedzialność za dzieci, bo to brak pieniędzy na prowadzenie dwóch odrębnych gospodarstw domowych, bo to grzech i co powie ksiądz, bo to przyzwyczajenie, bo to strach przed samotnością… Powodów może być całe mnóstwo. Ponad połowa kontynuowanych związków absolutnie nie dowodzi, że są to związki dobre, pożądane, satysfakcjonujące.

Od bardzo dawna, niestety nie od początku, jestem przekonany, że ludzie nie są monogamiczni, a formalne lub sakramentalne wiązanie ich ze sobą na zawsze, nie jest dobrym pomysłem. Jak prawie każdy przymus, który rodzi frustrację, depresję, opór i wiele innych niepożądanych stanów. A w takim razie, czemu małżeństwa nadal są tak popularne?

Nie aż tak często się zdarza, żeby interesy państwa i kościoła były zbieżne, ale w tym przypadku zdecydowanie tak to właśnie jest. Państwu łatwiej kontrolować obywatela przywiązanego do innego obywatela i innych obywateli, obywatela, który wiadomo, gdzie mieszka, gdzie wróci wieczorem, gdzie jest uwiązany na różne sposoby. Kościół, czyniąc z naturalnego zachowania, coś niewłaściwego i grzesznego, zdobywa władzę nad osobami, które się go dopuściły. Strasząc piekłem, brakiem odpustu, wstydem, wyrzutami sumienia, ostracyzmem, odrzuceniem przez organizację i lokalną społeczność itd., zdobywa realną władzę nad ludźmi. Ludźmi zawstydzonymi, pełnymi wyrzutów sumienia, poczucia winy i strachu, manipulować jest bardzo łatwo.

Był taki czas, kiedy uważałem, że z instytucją małżeństwa wiąże się tylko dobro dzieci. Przypomniałem sobie jednak, że w starożytności, w takim na przykład starożytnym Rzymie, ojciec miał prawo zabić swoje dziecko, bez żadnych konsekwencji czy uszczerbku na honorze. Rzym był wtedy potęgą, rządzącą połową znanego świata. Brak szczególnej formalno-prawnej ochrony dzieci nie spowodował jakoś wyludnienia Imperium Rzymskiego, starożytnej Grecji i wszystkich innych krain kuli ziemskiej.
Komu więc, do czego i po co, potrzebnych jest coraz więcej ludzi? Nawet takich, którzy od początku do końca życia będą cierpieć z powodu chorób, będą obciążeniem dla pozostałych mieszkańców kraju? Większa populacja, to więcej pieniędzy na tacach, więcej opłat za różne działania sług kościoła, to więcej podatków i większa władza, tak w ogóle.

Utrzymuję stosunkowo dużo kontaktów z różnymi ludźmi. Wielu z nich pytałem przez ostatnich dwadzieścia lat, czy uważają swoje małżeństwo za dobre i czy zawarliby je jeszcze raz, gdyby mogli się cofnąć w czasie. W dwóch przypadkach odpowiedź była twierdząca. Tylko dwóch.

Smutno mi, gdy słyszę o ludziach, nieszczęśliwych, czasem nawet zaburzonych lub psychicznie chorych, u których ten stan wynika z instytucji małżeństwa oraz wpojonych im w umysł (bywa, że trwale) przekonań na jego temat. Nawet siebie obwiniają o własne przegrane życie, dowalając w ten sposób sobie jeszcze bardziej, bo przecież małżeństwo nie może być czymś złym, przecież wszyscy się żenią, pobierają! To jest koszmarna pułapka. Coś o tym wiem, bo też w nią wpadłem.

wtorek, 5 marca 2024

Dawno temu, na końcu świata

Kurwa jego mać! Ja pierdolę! – sierżant wściekle wydzierał się na całe gardło – Jebany hipis w jednostce! – A ja osłupiałem…

Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat, nie wychowałem się na bezludnej wyspie ani w klasztorze. Nie jest więc prawdą, że „kurwy pierdolone” nigdy nie dotknęły moich uszu. Nie o to chodziło. To był język dobrze mi znany. Język nastolatków, język przyblokowych boisk, podwórek, placów budów, na których miewałem praktyki, ale tak się nie mówiło w domu, do członków rodziny, tak się nie odzywano do nieznanych dorosłych. Do wielu znajomych zresztą też nie.
Ktoś zapytał mnie pewnego razu, czy w domu nie brakowało mi czasem słów albo czy nigdy nie wypsnęło mi się coś takiego niechcący. Otóż nie. Nigdy. To były dwa różne światy. W domu, także na lekcjach, takich zwrotów, wyrażeń i określeń po prostu się nie używało i nie wymagało to żadnego wysiłku, samokontroli.

Ordynarne wrzaski sierżanta zaszokowały mnie, bo to nie ten człowiek, nie ten czas, nie to miejsce. Rzecz działa się na placu apelowym jednostki wojskowej. Sierżant miał, na oko, jakieś czterdzieści pięć – pięćdziesiąt lat. Słyszeli go inni młodzi żołnierze, co może jeszcze pal licho, ale też kompania żołnierzy zawodowych, którzy mieli swój apel kilka metrów dalej (byli tam ludzie starsi od mojego sierżanta, niektórzy wyżsi stopniem), ale także cywile za murem. Bo za murem jednostki była zwyczajna ulica Miasteczka, może nie rynek i samo centrum, ale też nie żadne peryferie, więc te wulgaryzmy docierały też do przechodniów, kobiet, dzieci. On miał to zwyczajnie w nosie. Nikt też nie reagował na jego histeryczne wrzaski i plugawe wyzwiska.

W taki oto sposób przywitany zostałem w Miasteczku (południowo-zachodnia Polska, blisko granicy) w jednostce wojskowej WOP, do której skierowano mnie, celem odbycia zasadniczej służby wojskowej.


Próbowałem, zupełnie bez powodzenia, studiować inżynierię lądową na Politechnice Wrocławskiej oraz mechanizację hutnictwa na Politechnice Śląskiej. W międzyczasie zmieniałem zameldowania i przydziały do właściwej terytorialnie WKU (Wojskowej Komendy Uzupełnień) – uciekałem w ten sposób przed poborem, przed obowiązkową wówczas służbą wojskową. Trwała ona prawie dwa lata w wojskach lądowych i trzy lata w marynarce wojennej. Zdecydowanie nie miałem ochoty na żadną służbę ojczyźnie, a poza tym potwornie się tego wojska bałem. Nie ja jeden zresztą. I nie bez powodu.
W pewnym momencie nie miałem już pomysłów na dalsze uciekanie oraz kombinacje z meldunkami. Kolejne studia szlag trafił (zapewne byłem na nie po prostu za głupi), nie miałem już siły. Przestałem robić cokolwiek, więc wkrótce dostałem kartę powołania do odbycia zasadniczej służby wojskowej i nakaz stawienia się określonego dnia rano w jednostce WOP (Wojska Ochrony Pogranicza) w Miasteczku.

Od kilku miesięcy byłem żonaty. Żona była w ciąży. Więc nie było wesoło w tej rodzinie, a właściwie to było bardzo, bardzo źle… Jakoś tam starałem się młodą kobietę w ciąży pocieszać, ale marnie mi to wychodziło. Pewnie dlatego, że robiłem to bez przekonania i na siłę, mocno też skoncentrowany na sobie i swoim strachu.

W jednostce zjawiłem się w wyznaczonym czasie i kiedy żołnierz z wartowni, czy innego biura przepustek, prowadził mnie do budynku kompanii, na placu apelowym usłyszałem właśnie przemiłego i wysoce kulturalnego sierżanta.
Stopni wojskowych, na wszelki wypadek, starałem się nauczyć już od kilku dni, byłem też u fryzjera – brutalne strzyżenie „na pałę” znane mi z filmów o wojsku, nie kojarzyło mi się dobrze, więc postanowiłem to załatwić we własnym zakresie; miałem więc wtedy króciutkiego jeżyka i w pierwszej chwili nie dotarło do mnie, że ten „hipis” to niby ja. W każdym razie nikt się jakoś później nie rwał do strzyżenia mnie – wyraźnie jednak mój jeżyk wystarczył, a wrzaski i wyzwiska były, ot tak sobie, dla zastraszenia i zgnębienia, może jeszcze dla popisania się.

Wtedy dopiero, w tej jednostce wojskowej, dowiedziałem się, że w naszym kraju są dwa rodzaje wojsk – jedne podlegają MON (Ministerstwo Obrony Narodowej), a drugie MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych). WOP należały do tego drugiego pionu, i w tamtych czasach (początek lat osiemdziesiątych) – jak się okazało – miało to istotne znaczenie i konsekwencje.

Na kompanii (jedno piętro w budynku) przyjęli mnie jacyś kaprale. Zachowywali się nawet znośnie, a to, że wyłudzili ode mnie papierosy i zapalniczkę, uważałem za mało ważne, głupstwo – chciałem im się podlizać, zakoś zaskarbić sobie ich względy, więc dałem. Jednak zapalić z nimi nie mogłem, co to, to już nie.
Ulokowali mnie w izbie żołnierskiej (tak, izbie – nie sali, nie pokoju – izbie) trzeciego plutonu. Kompania składała się z czterech takich plutonów, a każdy z nich zajmował jedną izbę. W plutonie było ok. dwudziestu kilku żołnierzy. Kompania to cztery plutony.

Po kilku miesiącach i po złożeniu uroczystej przysięgi wojskowej moja kompania została podzielona. Część wywieziono na Górny Śląsk – podobno ludzie ci służyli dalej w ZOMO (i pomyśleć, że przez chwilę im nawet zazdrościłem, bo gdybym znalazł się w tej grupie, miałbym bliżej do domu), a reszta, ze mną włącznie, trafiła do miasta przemysłowego w południowo-zachodniej Polsce, blisko czeskiej granicy, do jednostki BCP. Wcześniej nie było tam żadnej takiej formacji, byliśmy pierwsi (kilkadziesiąt osób, więc określenie „batalion” to była tylko formalność), a to miało jedną dobrą stronę w całym tym koszmarze – nie było starych żołnierzy (fali), którzy mogliby nas gnębić. Spędziłem w tej służbie ponad dwa lata, czyli znacznie więcej, niż przewidywała ustawa, ale w stanie wojennym, który wkrótce został w Polsce wprowadzony, większość praw była po prostu zawieszona, więc…

Izba żołnierska



czwartek, 31 maja 2012

025 Jestem (też) kwakrem

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 025.


Kiedy informuję, że jestem kwakrem, bo czasem w jakiejś rozmowie niezbędne jest określenie własnej religii czy wyznania, zwykle stwierdzenie to rodzi pytania, na które w wielkim uproszczeniu postaram się niżej jakoś odpowiedzieć. Jedna ważna uwaga: ja nie reprezentuję Towarzystwa Przyjaciół w Polsce ani na świecie. 
Trudno byłoby zaczynać każde zdanie od: ja uważam, że… tym niemniej, bez względu na formę, prezentuję tu jedynie własne poglądy i przekonania, a nie oficjalną doktrynę kwakrów; nawet gdyby takowa istniała.

Historia.
Zgodnie z Wikipedią kwakrzy, czyli Religijne Towarzystwo Przyjaciół, to protestancki kierunek wyznaniowy w chrześcijaństwie silnie akcentujący rolę osobistego wewnętrznego objawienia. Hmm… W maju 2012 roku, podczas XV Central Europe Friends Gathering (Środkowoeuropejski Zjazd Przyjaciół) szukaliśmy prostej, a przede wszystkim krótkiej odpowiedzi na pytanie: kim są kwakrzy? Nie było to zadanie łatwe, bo aktualnej definicji poszukuje zapewne wielu kwakrów na całym świecie. W każdym razie wymyśliliśmy, że w chwili obecnej kwakrzy (liberalni) to ruch społeczno-religijny wywodzący się z angielskiego protestantyzmu.



George Fox - duchowy przywódca pierwszych kwakrów

Towarzystwo Przyjaciół założył w roku 1646 George Fox, syn tkacza z Leicestershire, duchowy przywódca pierwszych kwakrów. Był to wówczas skrajny odłam angielskiego purytanizmu. Z założenia miał być remedium na formalizm, dogmatyzm, sekciarstwo, religijną nienawiść i brutalne okrucieństwo tamtych czasów. George Fox, więziony, bity, prześladowany, wypędzany z miast, wędrował po kraju, proponując niezwykłe na tamte czasy, bezkompromisowe podejście do wiary chrześcijańskiej i zachęcał chrześcijan do dążenia do pełnej świętości, zamiast automatycznego, bezrefleksyjnego kultywowania sformalizowanych ceremonii i obrządków religijnych.
Przyjaciół (dawniej Przyjaciół Prawdy albo Przyjaciół Światła) nazwano kiedyś drwiąco i złośliwie kwakrami (ang. quakers – drżący) z powodu drżenia, z jakim rzekomo mówili o wielkości Boga oraz wsłuchiwali się w Jego słowa. Oficjalna nazwa to Towarzystwo Przyjaciół (Religijne Towarzystwo Przyjaciół w Polsce), ale określenie „kwakier” dawno już zatraciło pejoratywne znaczenie i jest w powszechnym użyciu.
W 1947 roku społeczności kwakrów, jako jedynej chyba wspólnocie religijnej w dziejach ludzkości, przyznano Pokojową Nagrodę Nobla.

W chwili obecnej kwakrów żyje na świecie ok. 360 tysięcy i z grubsza rzecz biorąc dzielą się oni na pastoralnych (USA i Kenia), konserwatywnych (USA i jedna grupa w Atenach) oraz liberalnych (głównie Europa), z którymi się utożsamiam i o nich to właśnie piszę.

Do przemyślenia.
Warto przeczytać uważnie i ze zrozumieniem poniższe dwa stwierdzenia, komunikaty: 

a) Jestem katolikiem (to akurat jest tylko przykład) i dlatego staram się przestrzegać przykazań boskich i kościelnych, brałem ślub kościelny, co niedzielę chodzę na mszę św., kilka razy w roku do komunii, w tej wierze wychowuję dzieci, przestrzegam nakazanych przez Kościół postów, wierzę, że Biblia jest słowem bożym.

b) Wierzę, że w każdym człowieku jest boska cząstka (Wewnętrzne Światło – Inner Light), dzięki któremu mogę bez pośredników obcować z Bogiem (jakkolwiek Go rozumiem); istotne znaczenie mają dla mnie takie wartości jak pokój, równość, prostota, prawda, wierzę, że Biblia jest słowem o Bogu i właśnie dlatego jestem kwakrem.

Ważne są nie tylko elementy składowe tych stwierdzeń, ale przede wszystkim fundamentalna wręcz różnica w podejściu. Co z czego wynika? Co jest skutkiem, a co przyczyną? 
Kolejny temat do zastanowienia: wierzę, że Jezus przyniósł na świat Dobrą Nowinę. Co jest ważniejsze, bardziej godne uwagi, czy to, CO przyniósł, czy sama osoba posłańca, KTO przyniósł?

Komunikacja.
Choć w wielu wyznaniach i religiach pojawia się element milczenia, to prawdopodobnie kwakrzy, jako jedyni, uznali je za fundament i całkowicie przestawili się z… nieustannego nadawania do Boga (modlitwy, pieśni, błagania, dziękczynienia, akty strzeliste, psalmy, liturgia słowa itd.) na odbiór, na słuchanie Go, wychodząc z założenia, że Boga usłyszeć można i zrozumieć, kiedy samemu przestanie się wreszcie hałasować, a więc w milczeniu. Bo ważniejsze jest, co On ma mi do powiedzenia, niż odwrotnie. Jeśli wierzę, że jest wszechwiedzący, to przecież nie muszę zagłuszać Jego słów, swoimi prośbami, instrukcjami, co, jak i kiedy ma dla mnie zrobić. Więź z Bogiem doskonalić można w ciszy i milczeniu.
Kwakierske meeting for worship (problem z tłumaczeniem!) odbywa się w milczeniu pod przewodnictwem i w oczekiwaniu na Ducha Bożego. Na upartego można byłoby uznać je za szczególny rodzaj grupowej kontemplacji.

Quakerese to specyficzny język kwakrów; w krajach anglojęzycznych odbierany jako swoisty żargon. Jeśli nawet kwakrzy posługują się czystą angielszczyzną (a jest w ogóle coś takiego?), pewne określenia i zwroty tłumaczone dosłownie nie oddają istoty rzeczy, są po prostu mylące. Na przykład meeting for worship (spotkanie dla kultu) – czy można je nazwać nabożeństwem? Zgodnie ze słownikiem nabożeństwo to  «obrzęd religijny ujęty w normy liturgiczne». Ale czy kwakrzy mają jakąś liturgię? Meeting for worship rozpoczyna się w chwili, gdy pierwsi uczestnicy (zwykle starsi) usiądą i zamilkną. Jego koniec sygnalizuje podanie sobie rąk – najpierw przez dwóch starszych, a następnie przez pozostałych. Reszta jest milczeniem, choć czasem któryś z uczestników spotkania, natchniony Duchem Bożym, przekazuje innym krótkie przesłanie (nie jest to przemowa, ani kazanie!), którego pozostali wysłuchują w ciszy, a zwłaszcza – nie komentują. Poza tym…kwakierski meeting for business (spotkanie organizacyjne?) też ma charakter duchowy, kultowy, a nie jedynie administracyjny. W trakcie takiego roboczego spotkania każda sprawa zostaje poddana pod dyskusję, ale decyzja zapada tylko wtedy, gdy wszyscy obecni członkowie (zawsze dążymy do jednomyślności) są przekonani, że jest ona zgodna z wolą Ducha Bożego w tej kwestii.

Na początku Spotkania, kiedy ludzie jeszcze sadowią się i pokasłują, a na ich twarzach widać wyraźnie, że jeszcze zaprzątnięci są swoimi codziennymi sprawami, wydaje się czasem, że Cisza jest nieosiągalna. Ale kiedy kończy się ta wstępna faza wyciszania, zapada prawdziwe boże milczenie, różne od ludzkiego. Dawni kwakrzy wierzyli, że gdy słowa któregoś z zebranych wypowiadane są prawdziwie w Świetle, nie przerywają one Ciszy, lecz są jej kontynuacją.

Podstawa, fundament.
Wierzę, że w każdym człowieku jest Wewnętrzne Światło (Inner Light), Boska Iskra, Ziarno Prawdy (nazwy nie są ważne!), pierwiastek boskości, dzięki któremu każdy może sam, bez pośredników, obcować z Bogiem (jakkolwiek Go pojmuje). Cytat: ...Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą (Rdz 2). Co stało się z tym tchnieniem życia? Czyżby uleciało? Przecież nie! Jest w nas cały czas i to dzięki niemu jesteśmy w stanie bezpośrednio komunikować się z Bogiem. Inny cytat: Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was? Jeśli ktoś niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg, albowiem świątynia Boża jest święta, a wy nią jesteście (1 Kor 3). I kolejny:  Albo czy nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga, i że nie należycie też do siebie samych? (1 Kor 6).
W Towarzystwie Przyjaciół nie mamy duchownych (kapłanów). Wierzę, że sakrament (odpowiednik chrztu i komunii) w pewnym sensie dokonuje się właśnie podczas meeting for worship.

Wierzę, że do celów kultu (spotkań z Bogiem) nie jest potrzebny kościół. Cytat: Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką i nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko (Dz 17). Kwakrzy spotykają się w prywatnych domach, wynajętych salach albo Friend's Meeting House (Dom Spotkań), jeśli lokalna społeczność takim dysponuje.



Quaker Meeting House – historyczna tablica informacyjna

Świadectwa.
Quakers testimonies – dosłownie znaczyłoby to kwakierskie świadectwa, ale… Świadectwo kojarzy mi się zawsze z zaniedbaną kobieciną, która od ołtarza daje świadectwo, czyli mówi, że była kobietą upadłą, ale objawiła jej się Matka Boska i dzięki temu zstąpiła z drogi grzechu. Podstawowe, przez wszystkich chyba kwakrów uznawane „świadectwa” to peace (pokój), equality (równość), simplicity (prostota), truth (prawda), ale te… świadectwa kwakrzy dają swoją postawą, zachowaniem, a nie przemowami czy deklaracjami. Quakers testimonies prowadzą bezpośrednio do określonego działania.
Kwakierskie „świadectwa” (zdecydowanie bardziej pasuje mi tu określenie duchowe wartości, choć i ono nie jest idealne) są często pojęciami złożonymi i wieloznacznymi. Na przykład Prawda, to nie tylko prosta cecha komunikatu (prawda – fałsz), bo może ona oznaczać Boga, fakt, z którym się nie dyskutuje czyli rzeczywistość w pełnym znaczeniu tego słowa. Poszanowanie dla prawdy przejawiać się może w odmowie składania przysiąg, bo przecież nie istnieją dwie rzeczywistości: ta zwykła i ta, o której mówi się pod przysięgą. W dawnych czasach kwakrzy gotowi byli raczej na więzienie (Margaret Fell) niż demonstrowanie podwójnych standardów moralnych.



The tiles from the Quaker Peace Garden in Bristol

Quakers testimonies jest dużo więcej, choćby poszanowanie dla życia, społeczność (nasze wspólne dobro jest najważniejsze), powiernictwo, tolerancja, uczciwość i wiele, wiele innych, choć oczywiście nie wszystkie one są akceptowane przez wszystkich kwakrów bez wyjątku.

Troska.
Zatroskanie, zainteresowanie – kolejny termin właściwie niemożliwy do poprawnego przełożenia na język polski. Po angielsku concern, po niemiecku Anliegen. Być może lepszym byłoby powołanie, ale w znaczeniu świadomości, że jest pewien określony problem społeczny, którym to ja właśnie powinienem się zająć, że to ja jestem odpowiedzialny za zmianę, a choćby częściową tylko poprawę, że powinienem podjąć konkretne działanie. Bywa, że concern pojedynczego kwakra, przedstawiona społeczności,  staje się jej wspólną „troską” i zadaniem (zobowiązaniem). Niektóre „troski” w ten właśnie zupełnie naturalny sposób stały się, opisanymi wyżej, kwakierskimi „świadectwami”.

Uniwersalizm.
Początkowo kwakierstwo było czysto chrześcijańskie, do dziś kwakrzy o orientacji chrześcijańskiej (jak ja) stanowią zdecydowaną większość, niemniej w ostatnich czasach, zwłaszcza wśród kwakrów liberalnych, istotne znaczenie ma uniwersalizm, który –  jak zwykle w szczególnym znaczeniu kwakierskim – oznacza, że wiara kwakierska może być zbudowana na różnych tradycjach religijnych, więc kiedy Przyjaciele mówią o Bogu, to w takim sensie, w jakim oni sami Go pojmują. Dlatego wśród Przyjaciół znaleźć dziś można zarówno chrześcijan, jak i przedstawicieli innych religii (np. judaizm), a nawet ateistów czy nonteistów (buddyzm, dżinizm, taoizm,  konfucjanizm).
Ostatecznie kwakierstwo to nie teorie i doktryny, ale praktyka. To wspólne i bezpośrednie doświadczenie Żywej Ciszy, co w konsekwencji grupę jednostek (indywidualności) przemienia we wspólnotę Bożego Ducha.

Dodatek.
Książki warte uwagi:
„Świadomość religijna i więź kościelna” – Leszek Kołakowski.
„William Penn. Reformator i polityk” – Piotr Robak.
I oczywiście podstawa – „Quaker Faith & Practice”.


Quaker Faith & Practice – Wiara i praktyka kwakrów




Agendy: Kwakierska Rada do spraw Europejskich (QCEA) w Brukseli oraz Biura Kwakierskie przy ONZ (QUNO) w Genewie i Nowym Jorku reprezentują przekonania kwakrów w miejscach, gdzie podejmowane są strategiczne decyzje o światowym zasięgu. Przyjaciele nazywają to „mówieniem władzy prawdy”, często bywa, że prawdy bardzo dla władzy niewygodnej.

Wypowiedzi kwakrów (polskie napisy):

niedziela, 31 lipca 2011

024 Zza księgarskiej lady

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 024.

Sklep, choćby nawet nazywany salonem, jak na przykład Empik, lub stoisko z książkami w hipermarkecie, to nie jest księgarnia, a osoby wykładające towar i sprzedające w takim miejscu nie są księgarzami. Czasem w księgarni pracowali też sprzedawcy. Dotyczyło to księgarń, w których, oprócz książek, sprzedawano także artykuły papiernicze, biurowe czy szkolne. Sprzedawcy obsługiwali takie właśnie działy.
Księgarz to tytuł zawodowy, a nie rodzaj sprzedawanego w sklepie towaru, i o tym warto pamiętać. Osoba rozpoczynająca pracę w księgarni (w dawnych, politycznie mocno niepoprawnych czasach), startowała od tytułu kandydata księgarskiego. Następne to: młodszy księgarz, księgarz, starszy księgarz i kierownik księgarni, tu rozumiany jako tytuł, a nie stanowisko. Przejście na następny poziom wiązało się z egzaminem księgarskim. Podczas tego pierwszego (z kandydata na młodszego księgarza) wymagano między innymi biegłej znajomości działów księgarskich i umiejętności kwalifikowania do nich książek. Latami krążyła w środowisku anegdota o pani, która na pytanie, w jakim dziale powinien znaleźć się „Folwark zwierzęcy” odpowiedziała ponoć, że w rolnictwie. Dalsze egzaminy były oczywiście coraz trudniejsze. Pamiętam, jak układałem niewielki tekst, jedną stronę, zbudowany z tytułów znanych i pamiętanych książek. Określenie księgarz automatycznie i w sposób całkiem naturalny oznaczało ogromną wiedzę na temat literatury oraz oczytanie.
Byłem księgarzem. W pewnym sensie nadal jestem…

Księgarze żyli jakby w innym świecie, a może dokładniej będzie jeśli powiem, że na granicy dwóch światów. Pierwszy z nich, główny, zasadniczy i podstawowy, tworzyli czytelnicy (tak się wtedy nazywało klientów księgarni), to jest ludzie kupujący książki i – co najważniejsze – czytający książki. Jeśli nawet to co czytali nie zaliczało się do literatury specjalnie ambitnej, to i tak bardzo łatwo było ich odróżnić od tych z drugiego świata, to jest ludzi, którzy książek nie czytają w zasadzie w ogóle. Ci pojawiali się w księgarniach sporadycznie, nawet przypadkowo, gdy potrzebowali podręcznik dla dziecka, prezent dla przyjaciela, o którym wiedzieli, że lubi czytać, albo dlatego, że deszcz zaczął padać.

Kontakt księgarza z czytelnikami był normalny i naturalny; kontakt z pozostałymi, przypadkowymi  klientami, bywał wyzwaniem, źródłem stresów (nie jest wykluczone, że dla obu stron), ale i kopalnią doświadczeń – w tym również zabawnych, czy wręcz groteskowych. Miałem nawet kiedyś pomysł, by spisywać je i zebrać w zbiorku anegdot księgarskich, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. Z różnych powodów, choćby dlatego, że niektóre z nich byłyby zrozumiałe i zabawne chyba tylko dla księgarzy.

Prostą i nieomalże codzienna rozrywkę stanowiły pomyłki w tytułach: Materiałoznawstwo z towarzystwem (zamiast …z towaroznawstwem), Krzywe studio (zamiast 3D studio) itp. Pocieszna była dyskusja mojej koleżanki z czytelnikiem na temat żurawi, z tym, że ona miała na myśli ptaki, a on dźwigi. Dwie takie historyjki opowiem nieco szerzej.
Przychodzi do księgarni pani z kartką w ręce – normalne zjawisko w czasach, w których każda szkoła, a nawet nauczyciel, mogli wymyślić dla swoich uczniów właściwie dowolny zestaw podręczników – podaje mi ją i pyta, czy dostanie tę książkę. Na kartce drukowanymi literami napisane było: ADAM MICKIEWICZ, PAN TADEUSZ. Bez zbędnych komentarzy przyniosłem z regału Pana Tadeusza, a wtedy pani pyta: ale czy to na pewno właściwa książka? Bo ona słyszała, że teraz jest wiele podręczników o podobnych tytułach, ale różnych autorów…
Przychodzi pani do księgarni i pyta o Małego Księcia (Antoine de Saint-Exupéry). Podchodzę do regału z literaturą francuską i sprawdzam. Pani prycha za moimi plecami z dezaprobatą, więc odwracam się i słyszę pogardliwym tonem wygłoszone pytanie: To tutaj pan tego szuka? Tutaj?! I wymownie spogląda na tabliczkę z nazwą działu: Literatura francuska dla dzieci i młodzieży. Nieco zdezorientowany i zbity z tropu odpowiadam, że tu, a niby gdzie miałbym szukać? Pani z wyższością informuje mnie, że szukam w literaturze francuskiej, a tego Małego Księcia nauczycielka poleciła przeczytać jej córce na lekcji języka polskiego.

Czasy się zmieniły, dziś – parafrazując słowa znanej piosenki – prawdziwych księgarzy już nie ma… A sprzedawcy w sklepach i na stoiskach z książkami potrafią wyczyniać, kto wie czy nie lepsze, cuda.

wtorek, 14 czerwca 2011

023 Chyba nie w tę stronę

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 023.


Kilka lat temu Poczta Polska wprowadziła nową usługę: przesyłki priorytetowe. Właściwie nowa była tylko nazwa, bo wcześniej istniało coś podobnego, czyli przesyłki ekspresowe, ale szumu wokół tego pomysłu zrobiono tyle, że faktycznie mógł się wydawać czymś nowym i odkrywczym. W związku z tym, natychmiast pochwaliłem się członkom rodziny, mieszkającym w cywilizowanych krajach europejskich, jak to doganiamy zgniły zachód. W pierwszej chwili myślałem nawet, że wręcz przeganiamy, bo okazało się, że u nich taka usługa w ogóle nie istnieje, jednak szybko okazało się, że to, co u nas jest dodatkowo płatną przesyłką priorytetową, tam mieści się w normalnym zakresie usług świadczonych przez pocztę w ramach standardowej opłaty.  

Kosztowna usługa, zgodnie z którą przesyłka miała być traktowana jako priorytetowa, polegała na tym, że listy nadane do godziny siedemnastej miały być dostarczane do adresata następnego dnia. Pewnego razu, o poranku, straciłem w urzędzie pocztowym mnóstwo czasu próbując dowiedzieć się, czy moja przesyłka nadana jako priorytetowa będzie dostarczona w dniu następnym. Pani z okienka z uporem powtarzała, że powinna zostać dostarczona. Szczególny ton, z jakim wypowiadała owo powinna skłonił mnie do dalszych indagacji, z których w sumie dowiedziałem się co następuje: wniesienie dodatkowej opłaty za przesyłkę priorytetową Poczty Polskiej do niczego zupełnie nie zobowiązuje. Przesyłka może zostać dostarczona dnia następnego, ale nie musi i jeśli faktycznie adresat otrzyma ją po dniach pięciu, nie przysługuje mi z tego tytułu prawo do żądania zwrotu pieniędzy za niewyświadczoną usługę. Czyli: ja muszę dodatkowo zapłacić za priorytet, a Poczta usługę priorytetowo wykonać może. Ale nie musi.

Bardzo szybko okazało się, że z praktyczną realizacją tej usługi są poważne problemy, a więc graniczną godzinę, do której przesyłkę priorytetową należało nadać w urzędzie pocztowym, zmieniono z siedemnastej na piętnastą. Niewiele to zmieniło, jeśli w ogóle. Listy priorytetowe nadal docierały do adresatów następnego dnia, albo i nie. W miarę upływu czasu, gdy nowość straciła powab świeżości, coraz częściej – nie.

Kolejnym elementem ewolucji było znikanie skrzynek pocztowych. Za komuny wisiały takie na murach domów. Czerwone. Kilka dni temu wędrowałem z listem w garści po mieście, szukając skrzynki pocztowej. W miejscach, w których były od zawsze, teraz ich nie było. Miejscami nawet zostały po nich ślady w postaci niepomalowanego tynku. Tak doszedłem do poczty. Tu kolejne zaskoczenie. Dawniej przed urzędami pocztowymi stały skrzynki na listy oklejone informacjami na temat prawidłowego adresowania listów oraz godzin, w których ze skrzynki wybierane są listy; zwykle wymienionych było kilka, na przykład: 10:00, 12:00, 14:00, 16:00, 18:00. Skrzynki stojące przed urzędem pocztowym stoją nadal, nadal można na nich zobaczyć, jak prawidłowo zaadresować list i jest też informacja, że… listy wyjmowane są raz na dobę, o godzinie 14:00, a wrzucone do skrzynki po tej godzinie, będą traktowane jako nadane dnia następnego. Ups!

Mogę zrozumieć, że w ramach redukcji kosztów, znikają skrzynki pocztowe z murów, ale że skrzynka stojąca obok urzędu pocztowego, jakieś 40 centymetrów od wejścia do niego, jest opróżniana przez pracowników tego urzędu raz na dobę, tego pojąć nie mogę. 

Na koniec przypomnę jeszcze ludziom starszym, a nowych uświadomię, że przed laty znaczki pocztowe kupić można było dosłownie w każdym kiosku. Teraz dostępne są one tylko w urzędach pocztowych, gdzie stać trzeba po nie w gigantycznych kolejkach.

Czy Wy też macie wrażenie, że ta ewolucja usług pocztowych jakby nie w tę stronę zmierza, co powinna?

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

022 Wewnętrzne szczęście

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 022.


„Trudno jest odnaleźć szczęście w sobie, ale tak naprawdę nie da się go znaleźć nigdzie indziej” – bardzo zgrabne powiedzenie, być może prawdziwe, nie wiem. Niewątpliwie sprawia dobre wrażenie. Niestety, nie zawiera żadnej wskazówki, instrukcji, jak tego szczęścia w sobie szukać; najlepiej jeszcze skutecznie. Tym niemniej, jeśli nawet tak właśnie sprawa się przedstawia i szczęście można znaleźć tylko w sobie, to natychmiast pojawia mi się wątpliwość, czy ja potrafię z takiej informacji skorzystać? Albo czy potrafiłbym czterdzieści lat temu? Tak czy inaczej, podobnej sugestii z dzieciństwa sobie nie przypominam. Podobnie, jak określenia „bilans emocjonalny” i związanej z nim porady, że na dłuższą metę powinien jednak być dodatni. Tym niemniej z tej prawdy, w sensie praktycznym, bardzo dobrze zdawałem sobie sprawę już w wieku lat siedmiu-ośmiu.

- Czemu jesteś taki smutny, czym ty się znowu martwisz? – matka kolejny raz pytała z dezaprobatą i jakby zniecierpliwieniem – stało się coś złego?
- Nie, nic – odpowiadałem, wtedy jeszcze szczerze i otwarcie – tylko… nie mam się z czego cieszyć.
- Jak to, nie masz z czego? – kompletny brak zrozumienia aż dudnił w jej głosie – jak to nie masz się z czego cieszyć? Przecież jesteś młody, zdrowy… czy to nie jest wystarczający powód?
- No… tak, jest – odpowiadałem z rezygnacją – ta wymiana zdań była bezcelowa, nie potrafiliśmy się zrozumieć.

To, że jestem młody i zdrowy powodem do radości nie było. Do pewnego stopnia dlatego, że było to coś oczywistego, naturalnego. Wtedy nie znałem przecież jeszcze innego stanu, jak bycie młodym i zdrowym. Jednak podstawowy problem polegał zdaje się na tym, że to było… wewnętrzne, a ja całe życie powodów do radości szukałem na zewnątrz, poza sobą. Szybko też nauczyłem się je wynajdywać. Nie, to nie musiały być jakieś wielkie rzeczy; wystarczało coś smacznego do jedzenia, ciekawy film w telewizji, dobra książka, w którą będę mógł się zagłębić wieczorem, po odrobieniu lekcji, przed snem.
Przy okazji łakoci, dobry obiad, owoc, zwykłe ciastko, zauważyłem też pewną prawidłowość – kiedy już je zjadłem, radość rozwiewała się jak dym, znikała bez śladu. Ciastka już nie było, a więc nie było też z czego się cieszyć.
Uczyłem się w ten sposób praktycznie starego powiedzenia, że „nie można jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko”, a także tego, że przyjemność jedzenia jest w sumie krótka i dość często dostarcza zdecydowanie mniej uciechy, niż samo oczekiwanie na nią.
Do tych celów, to jest poprawiania sobie bilansu emocjonalnego, lepsze były książki – dostarczały przyjemności zdecydowanie dłużej, niż trwa zjedzenie ciastka za dwa złote. Albo i kilku, ale na taką rozpustę nie było nas wtedy stać.
Czemu za dwa złote? To wspomnienie z drugiej połowy XX wieku. Wtedy wszystkie ciastka (na przykład pączki i inne tej wielkości) kosztowały w każdym sklepie, czy piekarni, dokładnie dwa złote. Dla porównania, zwykła bułka kosztowała pięćdziesiąt groszy, a chleb cztery, albo sześć złotych, zależnie od wielkości.

Kiedy po wielu latach braku jakichkolwiek kontaktów odwiedziłem ojca w jego miasteczku, podczas spaceru kupił w cukierni dziesięć pączków. Aż mi dech zaparło. To był widoczny objaw luksusu, a nawet hulaszczego trybu życia. Jeśli w moim domu kupowano ciastka za dwa złote to po jednym, no, ewentualnie po dwa dla każdego. Liczba ciastek musiała być zawsze dokładnie wyliczona, żeby wszyscy domownicy mieli po równo. A ojciec kupił dziesięć dla trzech osób! To się nie mieściło w głowie…

Jak już wspomniałem, książki starczały na dłużej. Zawsze skrzętnie dbałem o to, żeby mieć co czytać. Kiedy zbliżałem się do końca jakiejś książki, a nie miałem w zapasie żadnej nowej, czy pożyczonej z biblioteki, wybierałem z domowych zbiorów coś, co już czytałem, znałem. Zawsze musiałem mieć coś do czytania na zapas, na później. Jak narkoman kolejną dawkę, przygotowaną na następny raz.
W tamtych czasach książki były zdecydowanie tańsze niż obecnie, ale to nadal nie oznaczało, że mogliśmy kupować ich tyle, żeby zaspokoić nasze apetyty na lekturę. Nasze, bo mnóstwo czytała także matka, a później i brat.
Należałem wtedy zarówno do biblioteki szkolnej, jak i do miejskiej (oddział dla dzieci i młodzieży), a mimo to bywało, że przebiegałem nerwowo wzrokiem tytuły na domowych półkach, żeby zabezpieczyć sobie coś do czytania na później. Wtedy zresztą nauczyłem się, że wiele książek można czytać więcej niż jeden raz, że nie zawsze chodzi tylko o fabułę, o to, co będzie dalej. W przypadku wielu pozycji ważniejszy był klimat, nastrój, uczucia, jakie wzbudzała lektura.

Matka czytała zawsze na leżąco. Nigdy w życiu nie widziałem, żeby siedziała przy stole i czytała książkę. Przejąłem to po niej. Mnie też pewnie nikt nigdy nie widział czytającego w pozycji siedzącej. Jest dla mnie czymś oczywistym i zupełnie naturalnym, że do czytania należy się położyć.



czwartek, 28 stycznia 2010

021 Klucz pod wycieraczką

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 021


Moja ostatnia pasja to yerba mate. Podobno niezbyt dobrze wpływa ona na pamięć długotrwałą, ale jak dotąd żadnych efektów ujemnych u siebie nie zauważyłem. A poza tym… Czasem wydaje mi się, że pamięć to ja mam może nawet zbyt dobrą. Pamiętam wydarzenia, sytuacje, ludzi, a niektóre z tych wspomnień ani nie są mi już do niczego potrzebne, ani nie uszczęśliwiają mnie w żaden sposób. Pewnie nawet wprost przeciwnie. Tak czy owak większość z nich, to co najwyżej ciekawostki.

Kiedy byłem małym dzieckiem, większość drzwi w tym kraju zamykana była na proste zamki ryglowe. Klucze do nich były duże, ciężkie, z języczkiem o mniej lub bardziej wymyślnym kształcie. Dopiero w nowych mieszkaniach montowane były zamki bębenkowe zwane „yale” od nazwiska wynalazcy (Linus Yale), albo „Łucznik” od nazwy radomskiej fabryki, która je produkowała. Nazywano je też zamkami patentowymi – być może dlatego, że syn Linusa Yale, także Linus, w 1861 roku opatentował wynalazek ojca. W tej chwili są to chyba najpopularniejsze i najtańsze typy zamków. Wówczas tanie nie były.
Dorobienie takiego klucza – dzieci gubiły je ustawicznie – też nie było sprawą tak prostą, jak obecnie. Nie trwało to dwie minuty i często ślusarz musiał dorobiony klucz kilka razy poprawiać, żeby pasował. Jeśli nie dla wszystkich domowników starczało kluczy, to dla tej osoby, która wychodząc z domu klucza ze sobą nie zabierała, zostawiano go pod wycieraczką. Było to rozwiązanie stosowane powszechnie i to nie tylko w naszym domu. Setki razy, w swoim bloku i w innych, widziałem ludzi, którzy wyjmują klucz spod wycieraczki i otwierają nim drzwi.
Często klucze dorabiane były dopiero wtedy, kiedy w domu został już tylko jeden.

Płataliśmy z kolegami najrozmaitsze figle. Pamiętam, że raz nawet podpaliliśmy sąsiadce piwnicę – był to efekt potajemnych eksperymentów z papierosami – ale jakoś nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby sięgnąć pod wycieraczkę po czyjś klucz i wejść do cudzego mieszkania. Coś takiego nie pojawiało się w najbardziej nawet szalonych planach, czy pomysłach.
Wydaje mi się, że sytuacją typu „klucz pod wycieraczką” dorośli też nie przejmowali się aż tak bardzo. Zanim dorobiono brakujące klucze często mijały miesiące. Taka sytuacja w chwili obecnej wydaje się zupełnie nieprawdopodobna – zwłaszcza, że wtedy bramy domów nie były zamykane, domofony nie były znane i na klatkę schodową mógł wejść dokładnie każdy. Podobnie było z piwnicami. Poszczególne piwnice lokatorzy zamykali na proste kłódki, ale samo wejście do piwnic stało otworem dla każdego. Dziwne wydaje się również i to, że wtedy poczucie bezpieczeństwa osobistego mieliśmy zdecydowanie większe niż obecnie, na początku XXI wieku. Nie było też wtedy setek firm ochroniarskich, ani Straży Miejskiej. Ale to inna historia…
Oczywiście, powszechne teraz w miastach domofony, są zabezpieczeniem pozornym, a nawet zupełnie iluzorycznym, bo wystarczy (sam sprawdzałem!) zadzwonić jednocześnie do kilku mieszkań i, albo ktoś otworzy zupełnie bez pytania, albo hasło: „poczta”, czy „reklama”, powoduje, że drzwi otwierane są już bez dalszej zwłoki.

Innym, słabo rozpowszechnionym wynalazkiem, był… telefon. W połowie XX wieku budki telefoniczne stały na ulicach, telefony były w urzędach i instytucjach, ale w mieszkaniach prywatnych – rzadko. Nie mając nawyku korzystania z telefonu, nie odczuwaliśmy też jakoś specjalnie jego braku. Bo i z kim niby mielibyśmy przez ten telefon rozmawiać, jak nikt z rodziny również go nie posiadał? W związku z tym, nieco inna była organizacja życia towarzyskiego: zdecydowanie częściej odwiedzaliśmy zarówno członków dalszej rodziny jak i znajomych. Poza okazjami i znajomościami oficjalnymi, nie wymagało to zwykle żadnych wcześniejszych uzgodnień. Nie było za bardzo co robić w domu, więc ktoś rzucał propozycję: „to może wpadniemy do Kazi?” i tyle tylko trzeba było, żeby kogoś odwiedzić.
Oczywiście, czasem gospodarza nie było w domu, ale to przecież normalne, jeśli wybieraliśmy się bez wcześniejszego uzgodnienia. W takiej sytuacji dość często, zamiast wracać do domu, decydowaliśmy się odwiedzić kogoś innego, kto mieszkał gdzieś w pobliżu – jak już w tej dzielnicy jesteśmy…

W jaki sposób rozpoznawaliśmy, kto puka, lub dzwoni do naszych drzwi? Ano, najprostszy z możliwych – otwierając drzwi. Czasem, gdy ktoś był nieubrany, albo w innych szczególnych sytuacjach, zza drzwi padało pytanie „kto tam?”. Bywało i tak, że odpowiedź „swój” całkowicie zadowalała pytającego.
Nieco później w drzwiach pojawiły się wizjery, zwane też „judaszami”. Już sama nazwa, bez dwóch zdań pejoratywna, mówiła o nastawieniu do tych urządzeń. Niewątpliwie były wygodne i bardzo szybko stały się powszechne, ale podglądanie ukradkiem kogoś stojącego pod drzwiami, kogoś, kto nie mógł widzieć nas, wydawało się jakby mało eleganckie. Szybko się z tym jednak oswoiliśmy. I, co było do przewidzenia, zaczęły zdarzać się sytuacje, że gospodarze udawali, że nie ma ich w domu, gdy przez wizjer rozpoznali kogoś, na czyje towarzystwo nie mieli ochoty. Cena postępu po prostu…

Kiedy nie należało się do nikogo wybierać z wizytą? Wyłączony z życia towarzyskiego był zdecydowanie pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Wigilię można było spędzić w rodzinnym gronie, co zresztą latami praktykowaliśmy, w drugi dzień Świąt można było odwiedzać znajomych, ale pierwszy dzień Świąt należało spędzić u siebie.
Nie wypadało, bez wyraźnego uzgodnienia i zaproszenia, odwiedzać nikogo w czwartkowe wieczory. W telewizji, gdy stała się już nieco bardziej powszechna, nadawano w ten dzień Teatr Sensacji, albo jakiś inny kryminał, a coś takiego zdecydowana większość Polaków chciała obejrzeć w spokoju. Z podobnych względów (Kino Nocne), zaproszenia wymagały sobotnie wieczory. Inna sprawa, że tak późno – emisja zaczynała się około godziny dwudziestej drugiej – w ogóle nie wypadało się już do nikogo wybierać.

To były w ogóle dziwaczne czasy. Wiem, że teraz trudno będzie w coś takiego uwierzyć, a nawet sobie wyobrazić, ale wówczas przyjaciele, krewni, znajomi, dość często zapraszali się na obiad – nie, nie do baru, czy restauracji – do domu, do swojego mieszkania. To fakt!



poniedziałek, 9 marca 2009

020 Wybór szkoły i fachu

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 020


W 1965 roku rozpocząłem, a w 1973 zakończyłem pobieranie nauki w szkole podstawowej. Jak łatwo obliczyć, w tamtych czasach trwała ona lat osiem. Moi rodzice chodzili jeszcze do siedmioklasowej szkoły podstawowej (jeszcze wcześniej liczyła ona sobie klas sześć), natomiast kiedy ja skończyłem podstawówkę, rozpoczęły się – kompletnie nieudane – eksperymenty ze szkołami dziesięcioletnimi.
Po nich nastąpił powrót do ośmioletnich, a w roku 1999 kolejny raz wywrócono wszystko do góry nogami, wprowadzając trzyletnie gimnazja, poprzedzane sześcioletnimi szkołami podstawowymi.

Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by widział jakikolwiek sens w tego typu działaniach, poza jednym, oczywistym: jeśli z jednej szkoły robi się dwie lub trzy, to większą liczbę znajomych i krewnych można obdarować stanowiskami dyrektorskimi. Ale to już inna sprawa…

W połowie siódmej klasy przekazano nam wiadomość, że w określonym terminie możemy skorzystać z poradni zawodowej. Chodziło o uczniów, którzy jeszcze nie wybrali sobie następnej szkoły, albo swego wyboru nie byli pewni. Jako, że wyprawa do poradni zawodowej miała być zamiast lekcji, natychmiast się zapisałem, choć nie było to obowiązkowe. Chyba raczej dla towarzystwa i z chęci opuszczenia lekcji zapisał się też mój najlepszy kolega, który już od dawna zdecydowany był kontynuować naukę w zasadniczej szkole elektrycznej.

W wyznaczonym dniu wybraliśmy się do tej poradni zawodowej. Wówczas mieściła się ona przy ulicy Oleskiej. W gabinetach psychologów spędziliśmy wiele godzin, rozwiązując rozmaite zadania oraz testy.
Rozwiązując, albo i nie rozwiązując… Zdarzały się bowiem i takie, których zrobić nie potrafiłem, ani w wyznaczonym czasie, ani w żadnym innym. Chodziło o zadania z zakresu tzw. „prac ręcznych”.
Pamiętam, że byłem tym faktem dość mocno skrępowany i zawstydzony.
Kiedy było już po wszystkim, a zadania i ich wyniki specjalista jakoś tam opracował, nadszedł czas na werdykt. Powiedziano mi, że sprawności manualnej nie mam kompletnie żadnej, natomiast zdolność logicznego myślenia wyjątkowo odbiegającą od przeciętnej.
Potwierdziło się więc to, co sam wiedziałem już dawno: mam dwie lewe ręce, ale głowę nie od parady.

Pani psycholog zapytała mnie, do jakiej szkoły wybieram się po podstawówce, a ja, bez przekonania, coś tam bąknąłem o technikum leśnictwa – przez krótki okres miałem wtedy taki dziwaczny pomysł, ale pani uznała go za całkiem rozsądny. No, cóż… Nie chcę nawet sobie wyobrażać, co by było, gdybym faktycznie próbował zostać leśniczym – ja, typowy mieszczuch, gubiący się w średniej wielkości parku, z zerową sprawnością manualną i głęboką awersją do krzywdzenia jakichkolwiek zwierząt.
Mój kolega również usłyszał, że szkoła elektryczna, którą sobie wymyślił, jest dla niego całkiem dobrym rozwiązaniem. Po prostu przytaknięto naszym planom i nic więcej.

Ta szkoła leśniczych to tak naprawdę nie był mój pomysł – podsunęła mi go, zachęcała i przekonywała do niego matka. Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że nie chodziło o to, żeby ona uważała, że ja mam faktycznie jakieś predyspozycje w tym kierunku, nie – takiej szkoły po prostu w moim mieście nie było, a więc w razie czego musiałbym wyjechać z Opola i zamieszkać gdzieś tam w internacie.
Nie był to pierwszy raz, kiedy w taki czy inny sposób próbowała się mnie z domu pozbyć. Właściwie nie zrozumiałem tego nigdy, bo nie ulega wątpliwości, że to ja, w odróżnieniu od mojego brata, byłem tym grzecznym dzieckiem, nie sprawiającym większych problemów wychowawczych.

Ostatecznie postanowiłem zdawać egzaminy wstępne (w tamtych czasach obowiązywały do wszystkich szkół średnich) do technikum budownictwa wodnego. Wybrałem tą szkołę drogą eliminacji negatywnej, to jest odrzucałem kolejno szkoły, które z jakiegoś powodu były nie do przyjęcia i zdecydowałem się na to, co zostało.

Przede wszystkim nie chciałem nigdzie wyjeżdżać – zupełnie nie widziałem siebie w jakimś internacie. Nie interesowały mnie szkoły zawodowe – nie chciałem być robotnikiem, nawet wykwalifikowanym, wiedziałem, że ze swoją sprawnością manualną, a raczej zupełnym jej brakiem, kompletnie się do tego nie nadaję. Poza tym… w wieku lat ośmiu byłem bardziej oczytany od przeciętnego robotnika, więc jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić życia w takim środowisku.
Liceum ogólnokształcące nie wydawało mi się wtedy dobrym pomysłem. To było rozwiązanie dla kogoś, kto na pewno wiedział, że chce studiować i był pewien, że na studia się dostanie. Sam „ogólniak” mógł być dobry dla dziewcząt – w tamtych czasach było to najzupełniej wystarczające wykształcenie dla wszelkiej maści urzędniczek, nawet szczebla kierowniczego. A mężczyzna powinien mieć jakiś zawód.

Pozostawały technika. Z oczywistych względów (dwie lewe ręce) odrzuciłem natychmiast elektryczne, samochodowe, elektrotechniczne czy mechaniczne. Skreśliłem także technikum materiałów wiążących – za dużo było tam chemii, za którą jakoś nie przepadałem. Szkoły kucharskie czy handlowe, w moim przekonaniu, były dla dziewcząt, a więc ostatecznie wybór sprowadzał się do technikum geodezyjnego no i właśnie technikum budownictwa wodnego. Wybrałem to drugie, bo… nie chciałem, żeby dzieciaki wołały za mną „gołodepta”. I tak właśnie się to odbyło.

Zupełnie nie przeszkadzało mi to, że wybieram się do szkoły, której nie wybrał nikt z mojego rocznika w podstawówce. Ale niewątpliwym plusem był dojazd. Wprawdzie moja nowa szkoła mieściła się na drugim końcu miasta, ale w praktyce wyglądało to tak, że wsiadałem do autobusu dokładnie przed domem i wysiadałem z niego, po przejechaniu kilku przystanków, dokładnie przed szkołą.

Po uzyskaniu całkiem przyzwoitego świadectwa ukończenia szkoły podstawowej, ale przed egzaminami wstępnymi do technikum budownictwa wodnego, matka wypchnęła mnie do swojej siostry, czyli mojej ciotki, nauczycielki matematyki, która miała mi pomóc przygotować się do tych egzaminów.
Mimo to (w tym momencie miałbym wielką ochotę napisać, że może właśnie dlatego, ale to nie byłoby w porządku, to nie była wina ciotki) egzaminów wstępnych nie zdałem. Nie wiem zresztą nawet, z jakiego przedmiotu nie zdałem. O tym nie informowano.

Wtedy, chyba po raz pierwszy, wystąpił w moim życiu pewien schemat, wzór, który później powtórzył się jeszcze kilka razy, aczkolwiek z różnym natężeniem: wiedziałem, że coś muszę zrobić, wiedziałem, że jeśli nie zrobię, to konsekwencje będą paskudne i na pewno będę tego żałował, ale jednocześnie nie potrafiłem się zmusić, zmobilizować do działania. Miałem z tego powodu koszmarne wyrzuty sumienia, bałem się też konsekwencji, ale nadal nie robiłem tego, co powinienem.
To było jak fatum, przeznaczenie, które MUSIAŁO się wypełnić.

Mieszkałem u ciotki i udawałem, że się przygotowuję do egzaminów, ale w rzeczywistości biegałem po jakichś starych działkach, usiłując się bawić, ale w sumie pełen poczucia winy i obawy, że nie zdam. No i nie zdałem.
Były to czasy, w których nie można było „startować” do kilku różnych szkół jednocześnie, albo wyników egzaminu w jednej szkole przenosić do drugiej, w której wymagania były mniejsze.

W dniu, w którym ogłoszono wyniki egzaminów wstępnych, kiedy tylko upewniłem się w sekretariacie szkoły, że rzeczywiście nic się nie da zrobić, natychmiast przeniosłem swoje papiery do zasadniczej szkoły zawodowej (do zawodówek nie obowiązywały egzaminy).
Nie było z tym najmniejszego problemu, bo szkoły zawodowe (kierunki: betoniarz-zbrojarz, murarz, malarz, monter konstrukcji stalowych, cieśla itp.), technikum budownictwa wodnego, technikum geodezyjne, technikum budowy dróg i mostów i inne, stanowiły jedną całość organizacyjną – Zespół Szkół Zawodowych im. Gzowskiego – tak, że całe to przenoszenie dokumentów sprowadzało się właściwie do deklaracji ustnej złożonej w tym samym sekretariacie.

Zmieniając szkołę zrobiłem coś, co wydawało mi się oczywiste. Uważałem, że tak trzeba było i koniec. Dopiero po wielu latach zacząłem się zastanawiać, czemu nie wpadło mi do głowy przesiedzieć ten rok w domu, przygotowując się lepiej do egzaminów wstępnych, i po roku zdawać je jeszcze raz? Do dziś nie wiem. Po prostu najwidoczniej tak nie miało być…

Do domu wróciłem już jako zarejestrowany i zapisany uczeń zasadniczej szkoły zawodowej o kierunku betoniarz-zbrojarz i nie mam pojęcia czemu wybrałem właśnie taki, być może zaproponowano mi to w sekretariacie, już nie pamiętam. Szkoła ta trwała dwa lata, a po jej ukończeniu mogłem kontynuować naukę w trzyletnim technikum budowlanym o specjalności budownictwo ogólne. To była swego rodzaju ciekawostka, bo wtedy takie technikum można było „zrobić” tylko na podbudowie szkoły zasadniczej; budownictwo ogólne nie występowało w ogóle w wersji pięcioletniej, jak wszystkie inne technika.

Matka nie zareagowała na tą zmianę zupełnie. Jeśli była zawiedziona lub rozczarowana, nie dała tego po sobie poznać. Może dlatego, że o wszystko zadbałem sam, bez angażowania jej w cokolwiek? Poza tym nie działa się przecież jeszcze żadna tragedia. Zamiast pięcioletniego technikum miałem się uczyć w systemie 2 + 3 (dwuletnia zawodówka i trzyletnie technikum), a więc właściwie na jedno wychodziło. O tym, żebym miał zakończyć edukację na szkole zawodowej w ogóle nie było mowy.

Nie wiem, jak dzisiaj wygląda sprawa wyboru przyszłego zawodu i w związku z tym stosownej szkoły wśród młodzieży. Kiedy ja byłem nastolatkiem było to ważne, ale… nie aż tak bardzo. Wydaje mi się, że wtedy ludzie pracowali w innych zawodach, niżby wynikało to z kierunku ich wykształcenia, jeszcze częściej niż teraz. Pewnie właśnie dlatego wszystkie druki, kwestionariusze i inne podobne dokumenty osobowe, które w różnych instytucjach i okolicznościach trzeba było wypełniać, zawsze zawierały dwie oddzielne rubryki: na zawód wyuczony i na zawód wykonywany.
Było to zupełnie normalne.



niedziela, 25 stycznia 2009

019 Życie "tu i teraz"

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 019


„Żyj tu i teraz”. Bardzo modne powiedzenie w ostatnich czasach. Tak modne, popularne i nadużywane, że zdarzają mi się odruchy wymiotne, gdy je słyszę. Zwłaszcza poprzedzone „na”: „na tu i teraz jestem zadowolony”. Swoista ciekawostka językowa, bo wyglądałoby na to, że „na tam”, cokolwiek to znaczy, jeśli w ogóle coś znaczy, zadowolony nie jestem. Ale mniejsza z tym…

Nie tak dawno jeszcze był w moim życiu okres, w którym bardzo usilnie sugerowano mi życie tu i teraz. Co więcej, był taki okres, w którym, wierząc doradcom, faktycznie ze sporym wysiłkiem starałem się jakoś tą zasadę w swoim życiu realizować. Co jeszcze więcej, był taki okres, z tym, że już raczej dość krótki, w którym nawet wierzyłem, albo chciałem uwierzyć, że mi się to udało. Wmawiałem sobie, że przeszłość to zamknięta karta, przyszłość jest nieodgadniona, że liczy się i istnieje tylko „tu i teraz”.

Na szczęście pragnienie udawania kogoś, kim nie jestem, a nawet próby wymuszenia na sobie sposobu myślenia czy emocji, sprzecznych z moją naturą i predyspozycjami, dość szybko mi minęły. W każdym razie zanim tymi eksperymentami zrobiłem sobie jakąś poważniejszą krzywdę.

Jest chyba rzeczą oczywistą i zrozumiałą, że każdy człowiek, w sensie fizycznym, w określonym czasie znajduje się w określonym miejscu. Jest więc tu, gdzie akurat jest, bez względu na to, gdzie owo „tu” się mieści. Także żyje teraz, bo w innym czasie to żył kiedyś (przeszłość), lub ewentualnie żył będzie (przyszłość). Rzecz jasna osobom sugerującym życie tu i teraz nie chodziło o fizyczną, zewnętrzną stronę tego zagadnienia, ale raczej o jego odmianę duchową, psychiczną, a więc wewnętrzną.

Każdy człowiek (a może to tylko mnie się wydaje, że każdy?), jeśli nie jest akurat skoncentrowany na jakiejś czynności, prowadzi w myślach niekończący się monolog. Czasem bywa to dialog z samym sobą lub hipotetycznym rozmówcą, ale częściej monolog. Osoba, której wewnętrzny monolog dotyczy w przeważającej mierze chwili bieżącej, żyje tu i teraz. Proste? No, niby tak, ale to jest właśnie to coś, czego ja nigdy nie umiałem. Pomijając chwile, w których rzeczywiście musiałem skupić się na aktualnie wykonywanych zadaniach, moje wewnętrzne monologi zdecydowanie częściej dotyczyły przeszłości (wspomnienia) lub przyszłości (marzenia, wyobrażenia, fantazje, realne plany) niż „tu i teraz”.

Pamiętam, że w czasach mojego dzieciństwa, o wiele częściej niż teraz, można było w mieście natrafić na opuszczoną kamienicę przeznaczoną do rozbiórki. Zanim faktycznie prace rozbiórkowe rozpoczęto bywało, że mijało wiele miesięcy, a nawet lat, w czasie których dom stał pusty i najczęściej bardzo kiepsko zabezpieczony, jeśli w ogóle.
Pierwszym tego typu obiektem, którym poważnie się zainteresowałem, był nasz rodzinny „kołchoz” przy ulicy Ozimskiej. Ostatnia z rodziny wyprowadziła się stamtąd moja babcia i niedługo potem na murze pojawiła się informacja, że jest to budynek do wyburzenia i wstęp jest tam wzbroniony.

Matka wiele razy opowiadała mi o szafce ukrytej za jakąś boazerią, do której dostęp został utrudniony z powodu położenia listew podłogowych. W szafce tej miał się znajdować złoty dysk. Dokładnie taki, jak sportowy, do rzutu dyskiem, ale pozłacany i z jakąś dedykacją dla matki, która dostała go za coś tam podczas zawodów lekkoatletycznych. Dysk, zapomniany przez matkę i innych lokatorów „kołchozu” po prostu gdzieś tam został i… dość mocno działał na moją kilkuletnią wyobraźnię.
Na poszukiwanie ukrytej szafki i złotego dysku wybierałem się do opuszczonego „kołchozu” kilka razy i było to nieomalże tak emocjonujące, jak prawdziwa wyprawa po skarb.

Nigdy nie znalazłem szafki ani złotego dysku – widać szabrownicy byli szybsi. Przepadł także piec z zabytkowych kafli, za które, jak się potem okazało, można było dostać mercedesa, a także wiele innych rzeczy pozostawionych tam przez byłych właścicieli. Moim łupem były jedynie stare niemieckie gazety, które znalazłem pod podłogą jednego z pokoi. Też ciekawe.
Do dziś pamiętam napięcie z jakim przemykałem się z pokoju do pokoju. Z jednej strony ogarnięty wspomnieniami, przecież mieszkałem w tym domu jeszcze kilka lat wcześniej, z drugiej wyobrażałem sobie, albo mieszkających tam kiedyś Niemców, albo siebie, gdybym mieszkał w tym domu nadal.

Do opuszczonych, przeznaczonych do rozbiórki kamienic zakradałem się mnóstwo razy. Z jednej strony chodziło mi o zdobycie jakichś pamiątek po dawnych mieszkańcach – ich wartość materialna nie miała wtedy dla mnie znaczenia, ciekawym łupem była na przykład stara klamka. Z drugiej, poszukiwałem pewnych specyficznych przeżyć czy doznań: chodziłem po domu jakichś ludzi, oglądałem tapety, stary zlew, porzucony mebel i na tej bazie próbowałem wyobrazić sobie tych ludzi, odpowiedzieć na pytanie, kim byli, jak im się tu mieszkało, jakie było ich życie…

Zabawa była przednia, a więc pewnego razu zabrałem ze sobą na taką wyprawę swojego najlepszego przyjaciela. Chciałem mu w jakiś sposób przekazać to, co ja czuję w takich miejscach i momentach. Miałem chyba nadzieję, że uda mi się podzielić z nim magią przeżyć związaną za starymi domami.
Nie udało się. Na moją propozycję, żeby starał się wyobrazić sobie ludzi, którzy kiedyś w tym domu mieszkali, Zbyszek odparł rezolutnie, że on nie musi ich sobie wyobrażać, przecież ci ludzie nie umarli, przeniesiono ich tylko do mieszkań w nowych blokach, można ich łatwo odszukać, zadzwonić do drzwi i zwyczajnie zobaczyć, jacy są.

Tak, oczywiście, można…
Smutno mi się zrobiło. Najwyraźniej kompletnie się nie rozumieliśmy. Mój przyjaciel był zdecydowanie człowiekiem żyjącym tu i teraz i moich marzeń czy wyobrażeń nie mógł, albo nie potrafił dzielić. Mnie z kolei zupełnie nie interesowało spotkanie z byłymi mieszkańcami kamienicy. „Tu i teraz” nie obchodzili mnie w najmniejszym nawet stopniu. Moje fantazje na ich temat były zdecydowanie ciekawsze i więcej dla mnie warte, od ich realnego, zwykłego życia w innej dzielnicy, w nowym bloku.



sobota, 22 listopada 2008

018 Kabanosy i zmiany

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 018.


Z czasów, kiedy jeszcze wszyscy mieszkaliśmy w „kołchozie” na ul. Ozimskiej, ale także z późniejszych, kiedy z matką i bratem bywaliśmy tam z okazji świąt czy innych spędów, pamiętam typowo rodzinną zabawę, polegającą na jedzeniu kabanosa na czas. Początkowo byłem oczywiście zbyt młody, by w tej zabawie czy też konkursie brać udział. Celowali w niej moi wujowie, młodzi wówczas ludzie o silnych szczękach i mocnych zębach, którzy byli sobie w stanie poradzić z bardzo dokładnie odmierzonym, dziesięciocentymetrowym odcinkiem kabanosa. I radzili sobie, choć trwało to zwykle kilka minut. A ile było przy tym zabawy i śmiechu! Dziś (lato 2008) historia ta może być zupełnie niezrozumiała…

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku wyrobów wędliniarskich było o wiele mniej niż dzisiaj, ale ich ceny i jakość były stałe całymi latami. Do najdroższych gatunków należała kiełbasa myśliwska i właśnie kabanosy. Były to kiełbasy z minimalną ilością wody, a więc z natury suche i dość twarde. Kabanosem można było stukać o kant stołu, a złamany wydawał trzask jakby pękającego patyka. Kiełbasa myśliwska była tylko odrobinę mniej sucha.
W normalnych warunkach kabanosy jadło się pokrojone w cieniuteńkie plasterki i rozłożone na kanapki. Pogryzienie kabanosa nieplasterkowanego było nie lada wyczynem – stąd cała zabawa i konkurs. Dziś kabanosy mają zwykle konsystencję parówek i nie stanowią wyzwania nawet dla niemowlaków.

Wędliniarskie wspomnienia nawiedziły mnie, kiedy kilka dni temu na ul. Książąt Opolskich stwierdziłem brak sklepu o wdzięcznej nazwie „Kabanos”. Sklep ten funkcjonował w poniemieckiej, ceglanej i dość ciekawej architektonicznie kamienicy, od zawsze. Niewątpliwie jeszcze „za Niemca” był tu sklep mięsny – zdradzały to – przynajmniej do lat siedemdziesiątych – elementy wyposażenia i wystrój.

Nie sądzę, żebym w sklepie „Kabanos” robił zakupy częściej niż raz, może dwa razy w roku, ale mimo to, jego brak odebrałem w dość nieprzyjemny sposób. Pewnie dlatego, że przez wszystkie te lata stał nie stabilnym i niezmiennym elementem krajobrazu centrum miasta.
Sklepu „Kabanos” nie ma, a dawne szyby wystawowe zasłaniają informacje głoszące, że można tutaj uzyskać „chwilówkę”, czyli krótkoterminową pożyczkę i to już od kwoty 50,00 PLN.

Chciałem w tym momencie napisać, że jest to już trzydziesty obiekt tego typu, to jest bank, instytucja kredytowa, kasa pożyczkowa, itp. na odcinku pomiędzy Rondem a Dworcem, czyli około 850 metrów, ale byłbym skłamał – nie liczyłem, a w takim razie może jest ich zaledwie dwadzieścia siedem, a nie trzydzieści.

Zadziwiające jest to, że w tej nowej Polsce łatwiej jest dostać pożyczkę lub kredyt niż kabanosy. Mam na myśli oczywiście współczesne kabanosy, bo te prawdziwe, suche, po prostu w ogóle już nie istnieją. Pewnie jestem zupełnie niedzisiejszy, ale miasto, w którym więcej jest banków niż sklepów mięsnych, robi na mnie dość dziwne wrażenie…

A jeśli już mowa o handlu, to przypomina mi się wydarzenie, jakie miało miejsce kilka dni temu, w sklepie z tapetami. Wydarzenie, być może, charakterystyczne dla obecnych czasów.

Natychmiast po wejściu do sklepu powitało mnie wyjątkowo uprzejme i uśmiechnięte dzień dobry pani sprzedawczyni. Nie czekając na moją odpowiedź, pani zadała pytanie: „w czym mogę panu pomóc?”, które odrobinę mnie zaskoczyło. Toreb czy innych pakunków, które mogłaby za mną nosić w czasie, gdy będę oglądał tapety, przy sobie nie miałem. Ze względu na porę roku, lipiec i piękną pogodę, nie miałem również ze sobą płaszcza, parasola, czapki czy kaloszy. W czym miałaby mi pomagać?

- A jak pani sobie tą pomoc wyobraża? – postanowiłem przestać spekulować i zwyczajnie ją zapytać, przerywając tym samym przeciągającą się chwilę krępującej ciszy.
Zdaje się, że młodą, miłą panią nieco to zaskoczyło – no… mogłabym panu… coś pokazać… - wydukała wreszcie niepewnie i jakby bez przekonania.
Znowu poczułem się zaskoczony, a nawet nieco skrępowany – droga pani – starałem się być delikatny – ja mam prawie pięćdziesiąt lat i… prawdę mówiąc… widziałem już… tego… no… wiele razy… i teraz to mnie interesują jednak raczej tapety – wyjaśniałem nie wiem dlaczego tak, jakbym się z czegoś musiał tłumaczyć – a czy to pokazywanie coś dodatkowo kosztuje? – zapytałem już z czystej ciekawości.
– Proszę się nie wygłupiać! Ja sobie wypraszam! – pani zaczerwieniała się aż po białka wymalowanych oczu – miałam na myśli jakiś towar! – udawała, a może i nie, wielkie oburzenie.
Trochę mi ulżyło, ale w tej sytuacji musiałem zapytać – rozumiem, ale czy to znaczy, że państwo macie gdzieś pochowany towar, którego normalnie nie wystawiacie i trzeba go specjalnie pokazywać, dopiero na życzenie klienta i w formie udzielania mu pomocy?
- To… ja poproszę szefową – pani wpadła na genialne, według niej, rozwiązanie problemu, z którym wyraźnie sobie nie radziła i z ledwie maskowaną ulgą, wybiegła na zaplecze.

Dziwny jest ten świat… W „Kabanosie” udzielają pożyczek, sprzedawczynie w sklepach, zamiast po prostu sprzedawać, proponują bliżej nieokreśloną pomoc… To już wyraźnie nie moje czasy…

To, że zupełnie obcy ludzie, niektórzy o połowę młodsi, próbują zwracać się do mnie po imieniu, mało mnie wzrusza – nigdy nie miałem zbytniego pociągu do tytułów i zbędnych formalności, ani wyobrażeń o własnej ważności.
To, że obcy ludzie życzą sobie nawzajem miłego dnia, często zamiast „dowidzenia”, co najwyżej mnie bawi. Jak to wygląda w tej chwili – każdy widzi, a za 20-30 lat nauczymy się robić to w taki sposób, żeby sprawiało choć pozory autentycznej życzliwości.
Ale pomaganie sprzedawców w sklepach? Niewątpliwie jest to podpatrzone na amerykańskich filmach z ubiegłego wieku, ale czemu przyswoiliśmy to sobie tak szybko, sprawnie i ochoczo? W tym przypadku mogę tylko spekulować co do podłoża psychologicznego takich zachowań.

Zaczynałem pracę w handlu jeszcze za tzw. „komuny”. Uczono mnie wówczas, że „nasz klient to nasz pan”, a dobry sprzedawca powinien do kupującego zwracać się w sposób następujący: „Dzień dobry, czym mogę pani/panu służyć?”.
Słowo „służyć” jasno i niedwuznacznie określa zależność, podległość, czyli ogólnie rzecz biorąc – kto tu jest ważniejszy. Obecnie w sklepach proponują nam pomoc i to jeszcze zanim o nią poprosimy, albo w jakiś inny sposób zasygnalizujemy, że jest nam ona potrzebna.
Pomocy potrzebują zwykle ludzie słabi, nieudolni, tacy, którzy nie wiedzą, nie umieją, nie potrafią, nie rozumieją, nie radzą sobie samodzielnie. Sprzedawczyni częstująca „pomocą” każdego wchodzącego, daje wyraźnie do zrozumienia już na starcie, kto tu jest „ten lepszy”, ważniejszy, mądrzejszy.
Przyznam, że to mi się umiarkowanie podoba…


A tapet nie kupiłem. Za drogie były.



środa, 12 listopada 2008

017 Złe wybory i decyzje

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 017.


Życie tak mi się potoczyło, że musiałem w nim, już po czterdziestce, dokonywać rozmaitych wykopalisk archeologicznych, różnych wglądów, oglądów, introspekcji i innych takich wycieczek w głąb samego siebie. Dzięki temu dość dobrze zdaję sobie sprawę, że moje obecne życie ukształtowały okoliczności, na które nikt specjalnie nie miał wpływu, a już na pewno nie ja, oraz złe wybory i błędne decyzje, które podejmowałem już jak najbardziej osobiście, w dzieciństwie, mniej więcej od 6-7 roku życia.

„Błędne wybory i złe decyzje” – bardzo poważnie to brzmi, a w połączeniu z jednocyfrowym wiekiem, może sprawiać wrażenie wręcz absurdalne. Faktów to jednak nie zmienia – dzieci też mogą dokonywać wyborów i podejmować różnorakie decyzje, dobre i złe. Rzecz jasna w tym przypadku nie ma mowy o jakiejkolwiek winie, tym niemniej pozostaje odpowiedzialność, w rozumieniu konieczności ponoszenia konsekwencji takich czy innych… posunięć.

W obrazku numer 003 wspomniałem, że urodziłem się jako wcześniak ośmiomiesięczny. Być może to właśnie spowodowało, że w dzieciństwie byłem odrobinkę mniej sprawny fizycznie od rówieśników, miałem też tendencję do tycia. Jeśli piszę o mniejszej sprawności fizycznej, to nie mam na myśli jakiegoś upośledzenia czy niepełnosprawności – w mojej klasie było ze trzech chłopaków jeszcze mniej sprawnych, grubszych itp. Tu działał Los.
Wychowywałem się bez ojca. Trudno, żeby wiecznie zapracowana matka, niańka – dziewczyna ze wsi, czy babka wychowana we dworze, chodziły ze mną grać w „nogę”, albo potrafiły sensownie motywować do jakichś gier lub innych ćwiczeń poprawiających sprawność fizyczną. To też Los, lub okoliczności.

A mój udział? Kiedy raz czy drugi wybrano mnie do drużyny jako jednego z ostatnich, albo nawet i ostatniego, miałem wybór – mogłem grać najlepiej, jak tylko potrafiłem, mogłem starać się (mimo ewentualnych docinków) grywać często i w ten sposób podnosić swoją sprawność i umiejętności. Ale mogłem też w domowym zaciszu hodować urazy, użalać i roztkliwiać się nad sobą i z nosem w książce, albo ekranie telewizora śnić „sny o potędze”. Wybierałem zwykle to drugie i to był niewątpliwie mój zły wybór.

Pamiętam, jak pewnego razu wpadłem na genialny wręcz pomysł zapisania się do klubu. Wybrałem szermierkę, teraz sam już nie wiem, dlaczego. Nawet namówiłem do tego swojego najlepszego kolegę. No i wybraliśmy się do klubu sportowego. Trener oznajmił, że bardzo chętnie nas przyjmie, tylko musimy zrobić sobie podstawowe badania, przynieść zgodę rodziców i zaświadczenie ze szkoły.
Były to na pewno najzupełniej normalne zasady, ale dla mnie, w tym momencie, całe przedsięwzięcie się już skończyło. Gdzieś trzeba było chodzić, coś tam załatwiać, kogoś o coś prosić… Nie byłem na to przygotowany, nie chciało mi się, a może odechciało.
Problemem nie było to, że ja nie wiedziałem, jak to zrobić, bo wiedziałem. Chodziło o coś innego – nie miałem wyrobionej psychicznej odporności na występowanie i pokonywanie jakichkolwiek przeciwności. Wycofując się, w takich czy podobnych przypadkach, nadal tej odporności nie budowałem. Zły wybór.

Moje siódme czy ósme urodziny (dzieci u nas obchodziły zarówno urodziny, jak i imieniny). Przy stole gromada gości zajęta rozmowami na swoje, „dorosłe” tematy. Ja, jedyne dziecko w tym towarzystwie, siedzę na podłodze, w kącie pokoju, obłożony całą stertą fantastycznych, wspaniałych prezentów.
W taki oto sposób uczyłem się, myślę że bez niczyjej złej woli, że radość i szczęście dają przedmioty, rzeczy, a nie ludzie i bliskość z nimi. Wiele razy w życiu, zawiedziony kontaktami z ludźmi, uciekałem do przedmiotów. Jakoś tam łatały mi bilans emocjonalny, a to czasami bywało niezbędne…

Właśnie tego typu paskudne wspomnienie zostawiłem na koniec. Miałem pięć, może sześć lat. Matka za coś tam się na mnie pogniewała i oznajmiła bardzo poważnym tonem, że od tej chwili nie jestem już jej synkiem i w związku z tym mam się do niej zwracać „proszę pani”. Ojca już tak jakby nie było, a teraz straciłem też matkę. Dreptałem za nią łapiąc za sukienkę i zanosząc się rozpaczliwym płaczem wołałem „proszę pani, proszę pani…”.

W roku 2003 lub 2004, podczas terapii dla Dorosłych Dzieci Alkoholików, w której brałem udział jako DDD, to jest Dorosłe Dziecko z rodziny Dysfunkcyjnej, zorientowałem się, że porzucany emocjonalnie byłem przez matkę wiele razy. Tego do swoich złych wyborów nie zaliczam.