„Gołoborze” – Maciej Siembieda
W psychologii nie ma wynalazków, są odkrycia. I tak pewnego razu badacze odkryli pewną prawidłowość, a może zasadę: jeśli chcesz, żeby byli zadowoleni z ciebie, musisz sprawić, żeby poczuli się zadowoleni sami z siebie. Praktycznych zastosowań jest wiele, pozwolę sobie na dwa przykłady.
a) Pan, który rozpaczliwie chce zdobyć poparcie i uznanie, stojąc przed grupą tzw. „szarych Kowalskich”, ludzi o zerowym poczuciu własnej wartości, bo też i zbudować go nie umieliby na czym, uświadamia im: czasy i okoliczności się zmieniły, może i nie jesteście nikim ważnym, ale wasi dziadowie byli bohaterami, wielkimi patriotami, naukowcami, artystami, powstańcami. I już pojawiają się uśmiechy, i już mówca zaczyna być ceniony i poważany.
b) Pan zwraca się go grupy: ja też jestem chłop, jak i wy ludzie, i też hrabiego nienawidzę, i powiem wam o nim coś, czego może nie wiecie. Nasz pan hrabia nocami chodził dupcyć kozy! Wyobrażacie sobie?
Na czym w tym przypadku polegała korzyść motłochu? Niektórzy mieli odrobinę wątpliwości, bo przecież pan hrabia ochronkę ufundował dla wioskowych dzieci, i szkołę na wsi, i ambulatorium z pielęgniarką dyżurną… No, ale skoro on te kozy… to nie ma dla plugawego zboczeńca litości i żadne wątpliwości nie wchodzą już w grę.
Samo praktykowanie tej zasady, gdy poprawiacz nastroju i mniemania o sobie, mówi prawdę, wydaje się jakieś takie nieeleganckie, cwaniackie, ale jeśli kłamie, to już jest ewidentny brak moralności. Przyzwoici ludzie takich rzeczy nie robią. Rozsądni nie dają się nabierać i sobą manipulować.
My może prochu nie wymyślimy, ale to przecież jeden z nas, Polak, patriota, wynalazł bombę atomową. Nie żaden tam amerykański imperialista, ale nasz Stasiu Ulam! Tak! Stanisław Ulam (ur. w 1909 we Lwowie, zm. 1984 w Santa Fe) – matematyk pochodzenia żydowskiego, przedstawiciel lwowskiej szkoły matematycznej, a nie jakiś tam Oppenheimer! - Pisał Siembieda w „Kairos”.
„Gołoborze” byłoby całkiem niezłą, choć ewidentnie za długą powieścią o zacofaniu, prymitywizmie, brutalności i tępocie, ultrakatolickich mieszkańców niektórych polskich wsi. Coś jak Konopielka”. Byłaby. Gdyby, wydawałoby się pozornie, że nie wiadomo, po co, autor nie wetknął w świetną opowieść o Kończakach i Cebrzynach, postaci historycznej – Stepana Bandery, ukraińskiego polityka, jednego z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.
– Wszyscy go znali. Szajbus kompletny. Z nikim nie gadał, mamrotał coś do siebie i budził grozę nawet wśród największych bandziorów. Miał fioła, dożywocie i wszystko w dupie. Niebezpieczna mieszanka, nie sądzi pan kolega? Na spacerniaku przychodził do takiego jednego z naszego bloku i tylko z nim znajdował wspólny język.– Interesował się polityką? – spytał ze zdziwieniem Zygmunt.– Nie. Tamten to był taki sam fiksat jak ten pański Karaś. Ukrainiec. Nacjonalista. Nazywał się Stefan Bandera i aż dziw bierze, że zgadał się z Karasiem, bo nienawidził Polaków. Razem szeptali na spacerniaku i trzymali sztamę. Zwyczajnie. Jak to mówią: taki szedł i takiego spotkał*.
Zgadza się, współtworzona i kierowana przez Banderę frakcja OUN-B, której członkowie od nazwiska przywódcy byli nazywani banderowcami, ponosi odpowiedzialność za zorganizowane w latach 1943–1945 ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu. Tu jednak dobrze jest czytać powoli i ze zrozumieniem – odpowiedzialność ponosi frakcja! Bandera już w 1941 osadzony został w więzieniu Spandau, a następnie w niemieckim obozie koncentracyjnym. Nie znaleziono żadnych dokumentów, świadczących o aprobacie, czy dezaprobacie przez Banderę, w okresie jego uwięzienia, czystek etnicznych, czy innych form przemocy etnicznej, czy politycznej.
Stepan Bandera niewątpliwie był ukraińskim nacjonalistą, terrorystą, zaciekłym wrogiem Rosjan i Polaków, bo okupowali jego ojczystą Ukrainę, ale czy był dewiantem, zboczeńcem, psychopatą i gwałcicielem, jak Karaś Cebrzyna?
Stepan Bandera zginął 15 października 1959 roku w zamachu przeprowadzonym w Monachium przez agenta KGB Bohdana Staszynskiego.
Nie jestem przekonany, żeby oczernianie Bandery było pomysłem na poziomie, ale na pewno zachwyceni tym będą wyznawcy pewnej polskiej partii politycznej. Bo fakty faktami, ale najważniejsza jest wspólna nienawiść, prawda?
Indywidualną decyzję o rozpoczęciu mordów na Polakach na terenie całego Wołynia w 1943 roku podjął Dmytro Klaczkiwski, ale… to już historia, a historia i partyjna propaganda, to jednak nie to samo.
Niesamowicie intrygująca wydała mi się historia z prosektorium. Pracownicy niechcący zamienili dwóm zmarłym garnitury i wybuchła o to koszmarna awantura. Ze względu na stężenie pośmiertne podobno nie dało się ich z powrotem przebrać. Wtedy pracownik prosektorium, były więdnień Sonderkommando oświęcimskiego obozu, zgłosił się, że on ten problem rozwiąże. Zamknął się ze zwłokami i przez chwilę wydawało się, że mu się udało, ale szybko okazało się, że zamiast jakoś zamieniać zwłokom ubrania, obciął im głowy i tylko te głowy pozamieniał. Mocne!
Wszystko, łącznie ze scenami w prosektorium, postacią byłego więźnia Sonderkommando z Auschwitz i jego „wyczynami”, jest prawdziwe* – napisał w Posłowiu Siembieda. Stężenie pośmiertne (rigor mortis) pojawia się zwykle 2–4 godziny po śmierci i trwa 48 do 72 godzin. Ubrać było można, a przebrać już nijak nie? Nie dało się połamać kości w stawach lub poczekać kilka godzin? Jak szybko po śmierci pracownicy prosektorium lub rodzina szykuje, w tym ubiera, zmarłego do pogrzebu?
Ciekawa sprawa, bo obecnie, i od wielu lat, wygląda to zupełnie inaczej.
Reasumując, mam spore kłopoty z oceną tej powieści. Ciągnąca się latami (dziesiątkami lat!) wendetta dwóch wioskowych klanów, to ciekawy, trudny i nie świadczący dobrze o Polakach temat. Nieco za dużo tego było, ale o tym już wspominałem. Uważam jednak, że jeśli autor chce wtykać do swojej powieści realne historyczne postaci i/lub wydarzenia, to powinien to robić rzetelnie.
---
* Maciej Siembieda, „Gołoborze”, Znak, Kraków, 2025, e-book.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz