niedziela, 31 maja 2026

Boimy się czegoś wszyscy

 „Lęk” – Antoni Kępiński

Popularnonaukowa publikacja na temat lęku, jego odmian, przyczyn powstawania, fundamentalnej roli w życiu itd. Najważniejsze jednak jest to, że w odróżnieniu od setek współczesnych poradników, nie zawiera naiwnych informacji, jak przestać się bać od poniedziałku.

poniedziałek, 25 maja 2026

Łagry - podejście z dystansu

 „Gułag” – Anne Applebaum

W związku z tematem istnieje, jak mi się wydaje, podział bardzo ostry i wyraźny: na tych, którzy przeczytali uważnie trzy tomy „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna oraz na tych, którzy tej pozycji nie znają. Ci, którzy nie znają, mogą zapewne bardziej obiektywnie ocenić „Gułag” Anne Applebaum. Ja, i kilkoro znajomych, każdą książkę na tematy radzieckich łagrów, także „Gułag”, oceniamy w porównaniu i odniesieniu do Sołżenicyna. „Archipelag Gułag” po prostu wywarł niezacieralne piętno.

Opracowanie Anne Applebaum jest bardziej naukowe, bardziej faktograficzne, bardziej dokumentalne niż powieść Sołżenicyna. Autorka pisała z wyraźnie większym dystansem, podczas gdy „Archipelag Gułag” jest niezwykle osobisty i emocjonalny. Sołżenicyn to literatura, a Applebaum, może za wyjątkiem jednego rozdziału, to raczej opracowanie popularno-naukowe.

„Gułag” zawiera sporo porównań do niemieckich obozów koncentracyjnych; wydaje mi się, że większość ilustruje różnice systemowe, bo podejście do tego lub innego więźnia może być akurat podobne. Zabrakło mi porównania, choć to skala zupełnie inna, obozów radzieckich, niemieckich i polskiego obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, gdzie przeciwników politycznych pozbywali się piłsudczycy. W latach 1934–1939 w Berezie Kartuskiej funkcjonował obóz zwany Miejscem Odosobnienia w Berezie Kartuskiej, przeznaczony głównie dla więźniów politycznych będących przeciwnikami rządów sanacyjnych. Ale trudno, nie można mieć wszystkiego.

„Gułag” Applebaum polecam wszystkim, którzy nie mają wiedzy na temat radzieckich obozów. Jednak, jeśli to możliwe, najpierw proponowałbym „Archipelag Gułag” albo chociaż „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.

wtorek, 19 maja 2026

Zbrodnia w pisarskim świecie

 „Szachy pod wulkanem” – Håkan Nesser

Pisarz, Franz J. Lunde, pisze powieść o pisarzu, o identycznych inicjałach, który pisze powieść. Powieść Johna Leandera Franzena. (jakby alter ego Lundego) nosi tytuł „Ostatnie dni i śmierć literata”. Jedne rozdziały powieści dotyczą Lundego, a inne F.J.L. Pomieszanie fragmentów powieści powieściowej postaci z pamiętnikami innej stwarza pewne problemy.
Franz J. Lunde opisuje w swojej książce morderstwo, twierdzi, że doskonałe, a to wywołuje reakcję – na spotkaniach autora z czytelnikami pojawia się tajemnicza kobieta, która dopytuje, czy miał coś wspólnego z tą zbrodnią. Powtarza się to w różnych miejscach i zaczyna nosić znamiona nękania.
Po jednym z takich spotkań Lunde znika.

Zastanawiałem się nad mocno zwariowanym pomysłem spisku lub zmowy pisarzy skandynawskich, autorów powieści sensacyjnych. Musiałoby to mieś miejsce na przełomie XX i XXI wieku, bo wcześniej skandynawskie kryminały były mniej więcej normalne, o zwykłej wtedy, europejskiej objętości. Do dziś pamiętam parę Maj Sjöwall i Per Wahlöö i ich „Śmiejącego się policjanta” i „Człowieka z Säffle” albo Marię Lang i „Dość zabójstw”. Kilka-kilkanaście lat później sensacyjne powieści Skandynawów zaczęły się kojarzyć z opasłymi tomami i tematyką głównie społeczno-obyczajowo-psychologiczną z umiarkowanie ważnym elementem sensacji.

Sprawę problematycznego zaginięcia Lundego (raz już kiedyś zniknął na kilka miesięcy) prowadzi sceptyczny komisarz Gunnar Barbarotti, mający nadzieję na jakieś odkrycie, dzięki lekturze „Ostatnich dni i śmierci literata”.
Wkrótce potem na listy zaginionych trafia poetka, a wreszcie krytyk, a więc osoby z kręgu pisarsko-wydawniczego. Nic nie wskazuje na to, by się znali i coś ich łączyło, ale wykluczone to nie jest i sprawdzić trzeba.
Wszystko komplikuje się przez rozwijającą się wtedy właśnie falę epidemii Covid-19.

Choć wątków społecznych nie znalazłem w powieści wielu, to i tak uważam, ze zawiera ona nużące dłużyzny. Rozwiązania czytelnik nie jest w stanie odkryć samodzielnie, bo właściwie zupełnie nic do niego nie prowadzi i pojawia się ono pod sam koniec książki, jakby sprawa rozwiązała się przypadkowo. Koniec nie zamyka wszystkich wątków, nie wszystko wyjaśnia.

Skuszony entuzjastycznymi, a przynajmniej dobrymi recenzjami, przeczytałem kilka powieści Håkana Nessere, więc nie dam sobie powiedzieć, że nie dałem pisarzowi trzeciej, czwartej, piątej szansy. Wydaje mi się jednak, że ta będzie ostatnia.

wtorek, 12 maja 2026

Genialna Anita i durni faceci

 „Zamknięte w lodzie” – Izabela Janiszewska

Jezioro Świętajno, mroźna zima. Marianna Stasiak, wraz z drugą nauczycielką, zabrała gromadę ośmioletnich dzieci, by te ślizgały się na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Jakiś strażak zapewnił opiekunki, że lód jest wystarczająco gruby, więc będą się świtanie bawić. Co było do przewidzenia, lód okazał się nie dość gruby.
Padał śnieg.

Zastanawiałem się, w którym roku się to dzieje, kiedy dwie nauczycielki mogły zabrać gromadę maluchów na zamarznięte jezioro. W moim mieście miało miejsce coś podobnego, ale chodziło o rzekę, a nie jezioro, i było to przed pierwszą wojną światową. Obecnie żadna chyba nauczycielka nie zrobiłaby czegoś równie nieodpowiedzialnego.

Młoda policjantka, Anita Bauer, wezwana zostaje do swojego pierwszego trupa. Dziewczyna całkiem niedawno przeniosła się z prewencji do zespołu techniki kryminalistycznej. Obok paśnika dla zwierząt myśliwi odkryli zwłoki kobiety z podciętym gardłem. Doświadczeni śledczy, w tym były kochanek Anity, od ręki diagnozują samobójstwo, bo wiadomo przecież, że podrzynanie sobie gardła, to typowa metoda, jaką wybierają kobiety - samobójczynie. Anita Bauer, która doświadczenia nie ma jeszcze kompletnie żadnego, dostrzega ślady, których nie widzi nikt z profesjonalistów, wyciąga wnioski, które starym policjantom nie przyszłyby do głowy, czyli ewidentnie jest najlepsza w zespole, co jest przecież typowe dla młodych policjantek zwłaszcza, kiedy są jedynymi kobietami w grupie.
Padał śnieg.

Prywatny gabinet psychologa, Macieja Wajdy, odwiedza późnym wieczorem Wiktor Hoffman, tajemniczy klient, który prosi o pomoc, bo zniknęły mu z życia dwa tygodnie (nie wie, gdzie był, co robił – coś takiego nazywane jest fugą dysocjacyjną) i obawia się, że mógł w tym czasie i stanie zrobić komuś krzywdę, bo odkrywa ślady krwi na ubraniu i pod paznokciami. Wajda zgodził się pomóc mu odzyskać pamięć.
Padał śnieg.

Kobietę leżącą na torach przejechał pociąg InterCity. Ofiarą okazała się Oliwia Staroń, młoda ekspedientka w Inmedio, w Galerii Mokotów. Kiedy maszynista uruchomił sygnalizację i zaczął hamować, co oznaczało niesamowity hałas, kobieta na chwilę uniosła głowę, ale zaraz znów położyła ją na szynie. Skład straszliwie zmasakrował zwłoki, których fragmenty znajdowano na przestrzeni kilkuset metrów. Anita trzymała się dość długo, ale wreszcie nie dała rady opanować torsji.
Padał śnieg.

Dość typowy schemat powieści sensacyjnej. Prolog, skok w czasie, trzy-cztery rozdziały dotyczące różnych spraw i tematów, i wreszcie łączenie wszystkiego w jedną całość. W tym przypadku wątki zaczęły się splatać wyjątkowo szybko. Psycholog Wajda zajął się nowym klientem, bo miał nadzieję, że to pomoże mu uporać się z własną fugą sprzed dwudziestu lat. Anita Bauer z wyjątkową determinacją zajmuje się sprawą kobiety z poderżniętym gardłem, bo ta przypomina jej starszą siostrę, która zginęła tragicznie wiele lat temu. Zapomina jakby przy tym, że jest technikiem kryminalistycznym, a nie oficerem dochodzeniowo-śledczym, którą to rolę uparcie stara się odgrywać i jest w tym najlepsza.
W samochodzie ofiary znaleziona zostaje wizytówka psychologa Wajdy, ale i coś stamtąd zniknęło, ale na to zwraca uwagę jedynie genialna Anita Bauer. W każdym razie jest to dopiero początek powieści.

Kierowanie się wskazówkami mistrzów ma sens. Alfred Hitchcock podobno wymyślił najlepszą receptę na thriller: film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć – w tym przypadku chodzi o powieść, ale zasada sprawdza się znakomicie, bo dałem się wciągnąć łatwo i szybko, i naprawdę interesowało mnie, co będzie dalej oraz, o co w ogóle chodzi. Jeśli komuś nie przeszkadza pewna dawka feminizmu – mnie nie przeszkadza, sam jestem po części feministą – to powieść powinna się podobać. Genialna Anita sprawniej myśli niż starzy rutyniarze? Nie takie to znowu niemożliwe.

Niewielkie potknięcia – kominek i żeliwna koza, to jednak nie jest to samo; psycholog nie jest lekarzem, więc psychologowie mają klientów, a nie pacjentów (s. 29). Autorka/autor może się pomylić, ale za co biorą pieniądze redaktorzy i korektorzy, a w tym przypadku to cztery osoby, to ja często nie potrafię odgadnąć. Rosnącą nieudolność przedstawicieli tej profesji obserwuję od lat kilkunastu.

piątek, 8 maja 2026

Depresyjne szwedzkie życie

 „Półmorderca” – Håkan Nesser

Oswoiłem się, a raczej pogodziłem, że skandynawskie kryminały w znacznej mierze są powieściami społeczno-obyczajowymi, ale żeby aż tak?!

Głównym bohaterem jest staruszek, Adalbert Hanzon (wcześniej Hansson). Mieszka w niewielkiej miejscowości, bardzo blisko swojego znajomego, bo tak zapewne można by go nazwać, równolatka, którego nie lubi, z wzajemnością zresztą. Mimo to starsi panowie spotykają się często, piją alkohol, przekomarzają się lub obrażają… Wyjątkowo smutne wydaje się to, że utrzymują tę znajomość nie z sympatii, ale z determinacji – obaj nie mają już nikogo bliskiego, więc w jakimś sensie są na siebie skazani. Wprawdzie Adalbert ma jakąś kuzynkę, ale egzaltowania i niezbyt rozsądna młoda kobieta nie wypełnia jego potrzeb towarzyskich.

Adalbert Hanzon czyta książki, często bywa w bibliotece, rozwiązuje krzyżówki, odwiedza kawiarnię (kawa i ciastko), gdzie czyta gazetę, odwiedza tego swojego niewydarzonego sąsiada i z nim pije. Właściwie smutne to i beznadziejne. Jednak pewien jestem, że taki właśnie klimat autor tworzył od początku, celowo i z rozmysłem. Ponury cytat, sztandarowy, można by rzec, obecny też na okładce książki, pokazuje to wyraźnie:

Pamiętaj, mój chłopcze, że nigdy nic nie znaczyłeś dla świata. Zupełnie nic.

Skoro taki właśnie przekaz, i wiele bardzo podobnych, otrzymuje chłopak od ojca i to od wczesnego dzieciństwa, to trudno spodziewać się opowieści o szczęśliwym, udanym, satysfakcjonującym, życiu.

Pewnego razu bohater postanawia, że napisze książkę o swoim życiu i pomysł ten zaczyna realizować. Cierpi już na demencję, więc wspomnienia czasem mu się plączą, ale to pisanie książki jest okazją do wprowadzenia drugiego planu czasowego – wydarzeń z bardzo odległej przeszłości.
Staruszek wspomina w tej swojej relacji, wielką miłość i związek z Andreą Altman, sprzed czterdziestu pięciu lat. Impulsem uruchamiającym wspomnienia było dziwne zdarzenie – Adalbert zobaczył niedawno Andreę na ulicy swojego miasteczka; wcześniej, i to całymi latami, nie wiedział, co się z nią dzieje i czy w ogóle jeszcze żyje.

Po przeczytaniu czterdziestu procent powieści dowiedziałem się, że Hanzon siedział kiedyś w więzieniu, a w drugiej połowie wychodzi dopiero na jaw, za co siedział. Więc ostatecznie jakiś wątek kryminalny jednak się pojawił w tej stosunkowo niewielkiej powieści (ok. 250 stron). Kryminalny, powtórzę, bo sensacyjnym nazwać byłoby go trudno.

Przeczytałem kilka książek tego autora, cenię go za warsztat pisarski i właśnie postanowiłem, że spróbuję jeszcze jedną, a jeśli okaże się tak nudna jak „Półmorderca”, to z Håkanem Nesserem rozstanę się bez żalu na zawsze.