wtorek, 30 listopada 2021

Blaski i cienie nieśmiertelności

 „Milion nowych dni” – Bob Shaw

Akcja powieści dzieje się w stosunkowo niedalekiej przyszłości (ze dwieście lat od czasu, w którym była pisana, to jest końca lat osiemdziesiątych). Ludzie mogą być właściwie nieśmiertelni, ale dla mężczyzn niesie to za sobą poważne konsekwencje… biologiczne.

Głównym bohaterem jest Carewe, księgowy w potężnej korporacji. Jego szefowie proponują mu udział w eksperymencie, dzięki któremu uzyska nieśmiertelność, ale bez znanych i wydawałoby się nieuniknionych, fizjologicznych ograniczeń.

Główny wątek jest nieomalże sensacyjny, ale o wartości powieści stanowią też wyobrażenia autora, o nowym, wspaniałym świecie, jaki czeka ludzi w przyszłości. Niektóre z wymyślonych przez Shawa nowinek technicznych mogłyby właściwie działać już dziś, za to zmiany w relacjach międzyludzkich, wydają się czasem wręcz szokujące.


Sztukmistrz, żandarm Reacher

 „Zgodnie z planem” – Lee Child

Małżeństwo w starszym wieku traci wszystkie pieniądze na leczenie córki. Ostatecznie zadłużają się u albańskich gangsterów, którzy rządzą połową miasta. Drugą połową trzęsie gang ukraiński. Jack Reacher, były żandarm, ratuje starszego pana z opresji i wikła w wojnę gangów.

Jedna z gorszych powieści Childa. Naiwna i bajkowa. Reacher, jak magik, potrafi przewidzieć wszystko, nawet sprawy, które nikomu wcześniej nie przyszły do głowy, i ze wszystkimi sobie świetnie radzi.

Od pozostałych książek z tego cyklu odróżnia „Zgodnie z planem” liczba trupów, których jest kilkadziesiąt oraz ewidentnie egzekucyjny charakter uśmiercania wielu z nich – tu Reacher nie tylko się broni, ale gra rolę kata nawet wtedy, kiedy nie grozi mu bezpośrednie niebezpieczeństwo.

Zwróciłem uwagę na jedną jeszcze rzecz – powieść zaczyna się od przedstawienia głównego bohatera, a w tym wyliczenia, czego nie ma. Nie ma mianowicie dokumentu ze zdjęciem. Jednak pod koniec powieści znajomi oglądają zdjęcie Jacka Reachera w jego paszporcie.

Nie polecam.

piątek, 26 listopada 2021

Wojna jako świetna przygoda

 „#starapaka NO. 3” – Krystian Wójcik Wójo

Spędziłem w wojsku ponad dwa lata. Wiele z tego pamiętam, ale jakoś nic dobrego. Na przykład alarm bojowy w środku nocy. Mieliśmy się spakować i opuścić koszary w wyznaczonym czasie, bo zbliżały się przeważające siły wroga. Przed wyjściem z jednostki należało równiutko pościelić łóżka. Podczas omawiania kiepskich (ponoć) wyników tego zadania, ktoś z nas zasugerował, że bylibyśmy szybsi, gdyby nie to ścielenie lóżek. Sierżant wrzasnął wtedy wściekle, że: to durny pomysł, bo jeśli wróg zajmie nasze miasto i koszary, i zobaczy niepościelone łóżka, to co sobie o nas pomyśli?! Nie, to nie był żart z jego strony.
Mieliśmy na kompanii dwóch sierżantów. Kazali nam biegać w maskach gazowych, wołając, że będziemy cwałować tak długo, aż w maskach będzie krew. Sypali nam potłuczone szkło do łóżek. Kazali robić pompki ze świecą dymną pod brzuchem. I wiele innych „atrakcji” w podobnym stylu. Uważałem, a właściwie do dziś uważam tych ludzi za bandytów-dewiantów, a nie za znakomitych, kreatywnych szkoleniowców i instruktorów. Kiedy o ich wyczynach dowiedział się dowódca, panowie z dnia na dzień skierowani zostali do szkoły chorążych, a kiedy wrócili po dziesięciu miesiącach, nasze relacje były już inne.

Po książkę Wójcika sięgnąłem, bo domyślałem się, że to dość rzadka okazja „spotkania” człowieka – w mojej ocenie – bardziej egzotycznego niż kangur. Człowieka, który chciał dostać się do wojska, któremu w wojsku zazwyczaj się podobało. Kogoś, kto uważa za usprawiedliwione wrzaski i ordynarne przekleństwa przełożonych, a omdlenia z powodu bólu i wyczerpania morderczym treningiem uważa za świetną zabawę. Człowieka nie gorszego ani lepszego, ale po prostu całkowicie i kompletnie innego.

Autor, już jako nastolatek, w harcerstwie, z własnej woli uczestniczył w jakimś Kursie Działań Specjalnych. Celem tego kursu było przygotowanie młodych ludzi do służby wojskowej w jednostkach specjalnych.

„Gdy spojrzeć na całokształt kursu z dzisiejszej perspektywy, wszystko wydaje się wręcz nieprawdopodobne”[1].

Rzeczywiście, mogłoby się takie wydawać, ale fakt, że nigdy nie słyszałem o harcerzach (13-15 lat) biegających z kałachami, nie znaczy nic albo tyle tylko, że harcerstwem też się jakoś nie interesowałem.

Ostatecznie, po różnych perypetiach, autor dopiął swego, został komandosem i ok. roku 2004 pojechał na misję do Iraku (później do Afganistanu) i znalazł się w ogniu walki, o co zdaje się zawsze mu chodziło. Realizacja takich marzeń i ambicji nie jest prosta, bo i gdzie w XXI wieku można zgodnie z prawem strzelać do ludzi?

Zaskoczyła mnie kwestia uzbrojenia oddziałów specjalnych w tamtym czasie (żałosne) oraz wyposażenia. To, które żołnierze dostawali od wojska było miernej jakości albo niedostosowane do określonych działań, albo nieprzydatne do użytku w konkretnych warunkach. Więc nasi komandosi musieli kompletować elementy umundurowania i wyposażenie we własnym zakresie i za własne pieniądze. Także nowa taktyka naszch jednostek specjalnych dopiero powstawała i to często już na misji, w trakcie działań. To może być trudne do pojęcia, ale Polska przez pół wieku gotowa była właściwie na jeden tylko rodzaj konfliktu – odparcie niemieckiej agresji. Iran lub Afganistan były równie prawdopodobnym miejscem walk, jak kosmos. I na pewno ktoś (zapewne jakiś komuch) zapytałby wtedy: Co niby mamy tam do szukania?!

Ciekawie wygląda wtedy kwestia przekazywania Polakom relacji z takich wydarzeń.

„…na łamach Polski Zbrojnej można przeczytać, że była to najkrwawsza od czasów II wojny światowej, jaką stoczyli polscy żołnierze. Była to bitwa tak krwawa, że aż jeden żołnierz został lekko ranny w nogę… no prawdziwa hekatomba”[2].

Jakoś specjalnie mnie to nie dziwi – jakoś w końcu trzeba było usprawiedliwić te miliardy wyciągane z kieszeni polskich podatników. Patrząc z perspektywy czasu i efektów można spytać, co my (i choćby Bułgarzy) zwojowaliśmy w Afganistanie? Ale to już inna bajka, a ja oceniam literacką wartość książki, a nie moralność autora, czy polską politykę.

Czytając opisy walk w Karbali upewniłem się, że Krystian Wójcik jest na pewno autorem tego opowiadania, ale raczej nie jest pisarzem. Tak dramatyczne wydarzenia można było opisać znacznie lepiej. W każdym razie dobry pisarz by to potrafił. Wójcik starał się to zrobić rzetelnie i to mu wyszło, ale te relacje nie są ekscytujące. Rzemiosło, nie sztuka.
A właśnie, rzetelność. Krystian Wójcik wiele pamięta. Strukturę organizacyjną jednostek, kolejne restrukturyzacje i reorganizacje i och efekty (albo tych efektów brak), elementy wyposażenia… Tylko czy to potrzebne jest czytelnikowi, zwłaszcza, że dotyczy okresu sprzed dwudziestu lat? Z czasem zapewne nastąpiło w wojsku wiele kolejnych zmian, zwłaszcza, gdy szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego, a później ministrem obrony narodowej został znakomity strateg i taktyk, pan Antoni Macierewicz, a po nim kolejni.

Ewidentnie za dużo wulgaryzmów. Ja wiem*, że tak to właśnie wygląda na kompanii lub poligonie, ale ta książka nie jest chyba przeznaczona tylko dla kolesi z wojska. Dla oddania „klimatu” zapewne potrzebnych było kilka-kilkanaście cytatów, ale podczas lektury wydaje się, że tak właśnie wygląda naturalny język autora, w co jakoś wątpię.
Ciekawy temat, wyjątkowy punkt widzenia, rzetelność, wiarygodność i solidność, ale na kolana nie powala. Takie to trochę… beznamiętne. Rozumiem, trudno się dziwić, że ktoś, kto brał udział w działaniach zbrojnych, był na wojnie po prostu, nie ekscytuje się po tym pisaniem. W każdym razie i tak wyszło lepiej niż się spodziewałem.

Na końcu autor zaprezentował członków swojej starej paczki (a oni jego) i to akurat wypadło sympatycznie. Lekturę uzupełniają zdjęcia – szkoda, że tak miernej jakości – o charakterze głównie pamiątkowym; na pewno ważne dla uczestników opisywanych zdarzeń.







--
[1] Krystian Wójcik, „#starapaka NO. 3”, Bellona, 2021, s. 11.
[2] Tamże, s. 125.
* http://autopamflet.blogspot.com/2021/11/026-szklane-drzewa-i-inne.html

 

  

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 22 listopada 2021

Diuna jest w sumie tylko jedna

 „Diuna” – Frank Herbert

Początek to czas dla podjęcia najbardziej pedantycznych starań, by wszystko znajdowało się na swoim miejscu. O tym wie każda siostra Bene Gesserit. Rozpoczynając studia nad życiem Muad'Diba postaraj się więc najpierw umieścić go w czasie: urodził się w 57 roku Padyszacha Imperatora Szaddama IV. A szczególnie postaraj się osadzić Muad'Diba w miejscu: planeta Arrakis. Niechaj nie zwiedzie cię to, że urodził się na Kaladanie i tam przeżył pierwsze piętnaście lat. Arrakis, planeta zwana Diuną, pozostanie jego miejscem po wsze czasy.
Z "Księgi o Muad'Dibie" pióra księżniczki Irulan*.

Kupiłem tę książkę w 1986 roku w księgarni Literackiej w Rynku. Rynek nadal istnieje, ale w dawnym lokalu księgarni jest obecnie jakaś knajpa. Było to wydanie dwutomowe, więc dość drogie. Zastanawiałem się nad zakupem kilka minut – w zamian mogłem mieć ze trzy inne książki. W końcu jednak kupiłem.
„Diunę” zacząłem czytać jeszcze tego samego wieczoru i już po kilkunastu kartkach poczułem złość i rozczarowanie. Wywaliłem kupę kasy na książkę, której właściwie w ogóle nie rozumiem.

Thufir Hawat, mistrz assassinów ojca to wyjaśnił: ich śmiertelny wróg, Harkonnenowie, dostali planetę w pseudolenno i siedzieli na niej przez osiemdziesiąt lat na mocy układu z kompanią KHOAM, wydobywając geriatryczną przyprawę melanż. Teraz Harkonnenowie opuszczali Arrakis, oddaną w całkowite lenno rodowi Atrydów; było to bezsprzeczne zwycięstwo księcia Leto. Jednakże, mówił Hawat, z tej przyczyny zagraża im śmiertelne niebezpieczeństwo, ponieważ książę Leto cieszy się popularnością wśród wyższych rodów Landsraadu. Popularny człowiek wzbudza zawiść potężnych –powiedział Hawat*.

Nie mogłem się w tym wszystkim połapać, nie wiedziałem, o co chodzi. Był to czas, w którym nie mógłbym sobie pozwolić na pozbycie się nowej książki w żaden sposób, a leżakowanie na półce nieprzeczytanych książek było wtedy w moim domu nie do pomyślenia. Przede wszystkim chodziło jednak o wydane pieniądze i o ambicję. Zastosowałem metodę, której nauczyła mnie matka: jeśli nie rozumiesz, to przeczytaj jeszcze raz. Więc zacząłem lekturę „Diuny” od początku i dopiero wtedy udało się.
Obecnie, po przeczytaniu jej przynajmniej siedem-osiem razy uważam, że to najlepsza na świecie książka z gatunku s-f. Poza tym, że jest to fantastyczna fantastyka, to jest to również jedna z najlepszych powieści o sztuce rządzenia (manipulowania) ludźmi.

Baron powstrzymał na jej widok drżenie. Obecność Matki Wielebnej Gaius Helen Mohiam, prawdomówczyni Imperatora, zdradzała doniosłość tej audiencji*.

„Diuna” (moje wydanie było dwutomowe) wydawała mi się skończoną całością. Dopiero później doczytałem, że Herbert napisał jeszcze dwa inne tomy, ale wątpiłem w szansę pojawienia się ich w Polsce. O jakimś uniwersum Diuny w ogóle nie było jeszcze mowy.
Czasy się zmieniły, pojawiły się wszystkie tomy "Diuny" (i jeszcze więcej różnych dodatków i prequeli, ale to już innych autorów). Rozpoczął się też niepojęty dla mnie do dziś proces polonizacji „Diuny”. Tak, ja wiem, że wolno, ale… po co? Zaczęło się bodajże od Phantom Pressu z 1992 roku, tego wydania z połówkami okładek. Księżniczka Irulan została w nim Irulaną, Matka Wielebna Gaius Helen Mohiam – Heleną… Później było już tylko coraz gorzej.

Zwyczaj każe zabijać pozaświatowych przybłędów napotkanych w pustyni i brać ich wodę jako dar od Shai-huluda*.

Kilkusetmetrowy czerw pustyni, błogosławiony Shai-hulud, został mianowany robakiem. Zniknęli Freemeni, ustępując Wolanom (szkoda, że nie od razu Polanom), w jakiejś wersji kinowej usłyszałem o geseritkach, Tancerze Oblicza zostali zmieniakami albo jakoś tak, więc już tylko czekam, aż z Muad'Diba zrobią Mundka. Oczywiście to nie jedyne wygibasy z kolejnymi przekładami.

Dałem komuś w prezencie „Diunę” wydaną przez Iskry i kupiłem wydanie z Phantom Pressu, bo chciałem mieć komplet w jednolitym wydaniu. Mam takie zresztą nadal. Jednak po pewnym czasie odkupiłem sobie na Allegro wydanie z 1985-6 roku. A później jeszcze raz i jeszcze raz – dla przyjaciół.

O czym jest „Diuna”? Jak już napisałem, o sztuce sprawowania władzy, o polityce, o wolności i dyktaturze, o dorastaniu. Akcja dzieje się głównie na pustynnej planecie Arrakis, ale epizodycznie na Kaladanie – historycznej siedzibie rodu Atrydów (według jednego z tłumaczeń Atreidesów), na Giedi Prime, którą to planetą władał ród Harkonennów, na Wallach IX, gdzie mieściła się Akademia Bene Gesserit, na Salusa Secundus, więziennej planecie Imperatora, w kosmosie…

Przeczytaliście, że Maud'Dib nie miał na Kaladanie towarzyszy zabaw wśród rówieśników. Zbyt wiele groziło mu niebezpieczeństw. Za to miał Muad'Dib wspaniałych towarzyszy wśród nauczycieli. Był tam Gurney Halleck, trubadur-wojownik. Będziecie mieli okazję zaśpiewać sobie kilka piosenek Gurneya w trakcie lektury tej książki. Był tam Thufir Hawat, stary mentat, mistrz assassinów, budzący strach w sercu samego Padyszacha Imperatora. Był tam Duncan Idaho, mistrz miecza klanu Ginaz; był doktor Wellington Yueh, imię czarne w historii zdrady, lecz świetlane w nauce; i lady Jessika wprowadzająca syna w metodę Bene Gesserit, no i oczywiście książę Leto, którego ojcowskie zalety długo pozostawały nie dostrzeżone.
Z "Historii dzieciństwa Muad'Diba" pióra księżniczki Irulan*.

Napisałem już, że to najlepsza fantastyka, jaką czytałem. Znalazłaby się też w pierwszej dwudziestce w ogóle wszystkich książek, które poznałem. Jest odpowiednikiem sensacyjnego „Ojca chrzestnego”. Do niektórych fragmentów wracam do dziś, a konkretnie do ubiegłego tygodnia. Responsorium litanii przeciwko strachowi Bene Gesserit znam na pamięć:

Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, obrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja*.







--
* „Frank Herbert, „Diuna, przekład Marek Marszał, Iskry, 1985-86.

Przeszłość i przyszłość Jacka R

 „Czas przeszły” – Lee Child


Jack Reacher, były oficer śledczy żandarmerii, wędruje od lat po Ameryce właściwie bez celu. Tym razem wymyślił, że przejedzie z Maine do Kalifornii ale już na początku tej podróży, zupełnie przypadkiem, natknął się na drogę do Laconii, miasteczka, w którym urodził się jego ojciec. Reacher nigdy tam nie był, ale skoro nadarzyła się okazja, postanowił zobaczyć miejsce, w którym wychował się ojciec, o którym czasem opowiadał.

Po wielu perypetiach Reacher dowiaduje się, że rodzina ojca właściwie nie mieszkała w samej Laconii, ale w pobliskim osiedlu zbudowanym dla pracowników zatrudnionych w fabryce cyny. Podczas zwiedzania ruin i resztek dawnej osady i fabryki – od czasu, kiedy to w cynkowni pracował dziadek Reachera, minęło około sześćdziesiąt lat, więc wszystko zarośnięte jest krzakami i młodymi drzewami, a resztki budowli ledwie widoczne, Reacher dowiaduje się o rzekomym skażeniu wód przez fabrykę oraz wchodzi w konflikt z miejscowym sadownikiem i jego synem.
Zupełnie mimochodem były żandarm ratuje z opresji kelnerkę, mieszkającą w Lacunii, ale pracującą w lokalu, w pobliskim dużym mieście. której naprzykrza się miejscowy osiłek. Facet ląduje w szpitalu, ale okazuje się, że jego ojciec ma niebezpieczne wpływy, powiązania i znajomości.

Dwoje młodych Kanadyjczyków wiezie do Stanów tajemniczy kufer. Jego zawartość mają nadzieję korzystnie sprzedać w Ameryce. W okolicach Lacunii ich wysłużona honda civic odmawia posłuszeństwa, więc zatrzymują się w motelu. Jego właściciele żywią wobec kanadyjskiej pary wyraźnie złe zamiary. Różnymi manipulacjami i zwykłymi kłamstwami starają się zatrzymać młodych ludzi, nie pozwolić im w żaden sposób opuścić motelu. Dla czytelnika jest to wyraźnie widoczne od razu, lecz Kanadyjczykom zajmuje trzy dni zorientowanie się, że coś tu jest nie tak. Właściwie przestają mieć wątpliwości dopiero wtedy, kiedy okazało się, że nijak nie mogą opuścić pokoju i są podsłuchiwani i podglądani.

Oczywiście łatwo można się domyślić, że wszystkie te wątki, i nie tylko te, w pewnym momencie zaczną się łączyć, choćby poprzez osobę Jacka Reachera, który – jak zawsze w powieściach Lee Childa z tego cyklu – po prostu musi wszystko rozwiązać i doprowadzić do sprawiedliwego końca.

Bardzo dobra powieść sensacyjna – polecam.

piątek, 19 listopada 2021

Reacher - bohater opowiadań

 „Adres nieznany” – Lee Child

Zbiór opowiadań. Tak naciąganych, że… Wychodzi bowiem na to, że już w wieku lat kilkunastu, sztandarowy bohater Lee Childa, Jack Reacher, bił na głowę Scherlocka Holmesa, pannę Marple, Herkulesa Poirot , Sama Spade i Rambo – jednocześnie.

- Adres nieznany
- Drugi syn
- Wielki skwar
- Czarna owca
- Małe wojny
- Nowa tożsamość Jamesa Penneya
- Każdy w końcu mówi
- To nie ćwiczenia
- Wigilijne tradycje
- Przychodzi facet do baru
- Wszystkie pokoje zajęte
- Nocne jastrzębie

Sceny erotyczne rzadkie, zawoalowane i łagodne, więc może to lektura dla nastolatków? Przeczytałem do końca tylko dlatego, że dostawa nowych książek się spóźniała, a nic innego nie miałem pod ręką. No, dobrze… znośne może są ze dwa lub trzy z tuzina opowiadań, ale nie więcej.

środa, 17 listopada 2021

Manipulacje, pogarda i złość

 „Cham niezbuntowany” – Rafał Ziemkiewicz

Dawno, bardzo dawno temu odkryłem, że przy swoich rozlicznych słabościach, brakach, mankamentach, defektach, wadach narodowych, mamy, my Polacy, jedną umiejętność wywindowaną na wyżyny. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że w tym jednym jesteśmy najlepsi na świecie. Zawsze, z absolutnym przekonaniem, potrafimy wskazać i samym sobie udowodnić, kto jest winny temu, że znowu nam nie wyszło, że nam się nie udało. W dużej mierze o tym jest ta książka. A jeśli nawet czasem część winy można przypisać Polakom, to oczywiście nie wszystkim, tylko jakiejś niewielkiej grupie zdrajców i kolaborantów – to ONI są winni, nie MY.

Rozumiem, że poczucie własnej wartości i ważności naprawdę ma znaczenie, ale buduje się je na realiach (na przykład potęga militarna albo gospodarcza, albo polityczna), faktach, a nie na pragnieniach, przekonaniach i fantastycznych urojeniach. Autor uważa, że Polacy są absolutnie wyjątkowi i szczególni, i poradziliby sobie ze wszystkim, gdyby nie knowania jakichś mrocznych, a niecnych sił. W końcu uratowaliśmy Europę i świat przed Niemcami, komunistami, Krzyżakami, Turkami… Albo prawie.

Wielcy ludzie, obcy i nasi, twierdzili: dajcie Polakom władzę, a sami się wykończą, czy: dla Polaków można czasem coś zrobić, ale z Polakami nigdy! – jednak oni wszyscy, oczywiście, nie mieli racji. My wiemy lepiej. Widać to po efektach (w Biblii napisano: po owocach ich poznacie)? No nie, ale byłoby widać, gdyby nie ONI. My zawsze mamy pod ręką jakichś onych, którzy ściągnęli nas z należnego nam piedestału.

Choć czasem zgadzam się z Ziemkiewiczem (też uważam, że Piłsudski był politycznym watażką, a nie poważnym i wielkim politykiem), to manipulacje i buchająca nienawiść, która wręcz oblepia czytelnika jak cuchnące błoto, są w tej książce nie do przyjęcia. Przy tym, typowe dla wyznawców neobolszewickiej partii narodowo-socjalistycznej, przekonanie, że są wszechwiedzącymi bogami, znającymi alternatywną przyszłość (zawsze wiedzą, co by było gdyby…), to już głupstwo.

A teraz byle łajza z Holandii czy Luksemburga po­zwala sobie traktować nas jak małpy, które ledwo co zlazły z drzewa?!

Rafał Ziemkiewicz wyraźnie nie zdaje sobie sprawy, że patriotyzm oznacza miłość do własnego narodu, a nie nienawiść wobec wszystkich innych. Nas obrażać nie wolno, ale najwyraźniej my możemy innych, czy tak?

Wspomniałem o manipulacjach. Jak się to odbywa? Na przykład:
Jako pierwsi w Europie stworzyliśmy rozległą terytorialnie republikę, z parlamentem i obieralnym władcą, odpowiedzialnym przed prawem i obywatelami. Jako pierwsi wprowadzi­liśmy w swym państwie prawa obywatelskie i zasady tolerancji religijnej.

Przed jakimi obywatelami odpowiadał król Polski? Czyżby przed wszystkimi? Ależ skądże! Tylko i wyłącznie przed szlachetnie urodzonymi, bo reszta to motłoch, który głosu miał mniej niż ryby. Prawa obywatelskie? A jakie konkretnie prawa obywatelskie mieli chłopi pańszczyźniani, poza przywiązaniem do ziemi, co było formą niewolnictwa? Mieliśmy obieralnego władcę, to prawda. Spowodowało to dość szybko jego żałosną słabość i w konsekwencji rozbiory. Gdy inne państwa miały zawodową, profesjonalną armię, Polacy mieli pospolite ruszenie.

Inny przykład:
Państwo zarazem tak orga­nizacyjnie sprawne, że ledwie odzyskawszy byt, mając po straszliwych zniszczeniach toczonej na naszych zie­miach wojny światowej tylko paręnaście miesięcy na zorganizowanie administracji i siły zbrojnej - zatrzy­mało pochód bolszewizmu na zachód kontynentu, po raz kolejny ratując Europę, a przy okazji cały świat przed podbojem przez najbardziej chyba zbrodniczą i nieludzką ideologię w dziejach.
Potem, podbici przez zmowę dwóch sąsiednich, bandyckich mocarstw, z cynicznym przyzwoleniem zdradzieckich aliantów z Zachodu, poddani przez dwie okupacje bezprzykładnej eksterminacji, hekatombie, jakiej nie doznał chyba żaden kraj od czasów zniszczenia przez Rzymian Kartaginy…

A zauważył ktoś malutkie i niepozorne „chyba”? Ratuje ono autora przed zarzutem zwykłego kłamstwa. Podczas drugiej wojny światowej Rosjan zginęło wielokrotnie więcej niż Polaków. Jeśli jednak łyka się takie treści kompletnie bezrefleksyjnie i emocjonalnie, to…

Mógłbym tak dalej, ale chyba szkoda czasu. Moim skromnym zdaniem jest to książka kompletnie bezwartościowa. Nawet jeśli czasem autor ma rację, bo i tak bywa.

niedziela, 14 listopada 2021

To raczej nie mogło się udać

 „Mów mi Win” – Harlan Coben

Morderczo sprawny i stuprocentowo skuteczny Win (Windsor Horne Lockwood III), socjopata i milioner, wyrafinowany i odrobinę arogancki, jak przystało na bogacza, znawca sztuk walki i inwestycji giełdowych, tajemniczy i niepokojący przyjaciel ze studiów Myrona Bolitara. Gdyby rzecz cała działa się w Europie, a nie w USA, nosiłby z pewnością wysoki tytuł szlachecki. Tacy ludzie się nie popisują i nie przechwalają. Ktoś taki nigdy, NIGDY, nie nazwałby siebie uniżonym sługą.
Takiego Wina „widziałem” i nie sądzę, żeby bezpodstawnie, czytając powieści Cobena z Myronem Bolitarem w roli głównej. Intrygował mnie bardziej, niż którakolwiek z postaci drugoplanowych. Wielka Cindy, Esperanza lub Mała Pocahontas mogły się pojawić albo i nie, ale Win… był prawie tak ważny jak były koszykarz i właściciel agencji sportowej, Myron Bolitar. Windsor Horne Lockwood III wydawał mi się fascynujący. Po „Mów mi Win” sięgnąć musiałem. Bez względu na cenę.

Krótkie wprowadzenie w fabułę. Dawno, dawno temu kuzynka Windsora, Patricia, została porwana w trakcie napadu, w którym zginął jej ojciec, stryj Wina. Z rezydencji zniknęły dwa obrazy, w tym Vermeer wart około 200 milionów i jeszcze droższy Picasso. Patricia była więziona przez bandytów przez pięć miesięcy, zanim udało jej się uciec.
Ciotka Plum sprezentowała kiedyś Winowi elegancką teczkę z herbem rodzinnym i jego inicjałami.

Mnie teczka się nie podobała, ten cały monogram i tak dalej. Czemu to ma służyć? Nie chciałem jej, więc wymieniliśmy się prezentami z krewniaczką. Ja wziąłem kuferek z jej inicjałami. Ona aktówkę z moimi. O dziwo, wciąż używam go jako podróżnej kosmetyczki.

W luksusowym i bardzo drogim (5 milionów) apartamencie w wieży Beresfordu znalezione zostają zwłoki starszego mężczyzny, a przy nim płótno Vermeera i teczka z inicjałami WHL3. Win stara się dociec, o co chodzi, jak i co się to stało, i stosunkowo szybko odkrywa, że zmarły był jednym z porywaczy Patricii oraz poszukiwanym od czterdziestu lat terrorystą. Wtedy dopiero sprawy komplikują się naprawdę, a akcja dopiero zaczyna.

Tylko jedna osoba usłyszała ode mnie, że ją kocham. Jedna jedyna. Nie, to nie żadna wyjątkowa kobieta, która… powiedzmy, w końcu złamała mi serce – moje serce nigdy nie zostało złamane ani nie pękło – tylko mój platoniczny przyjaciel Myron Bolitar. Krótko mówiąc, nie było w moim życiu wielkiej miłości, ale była wielka przyjaźń.

Wprawdzie wygląda na to, że drogi Myrona Bolitara i Wina rozeszły się jakiś czas temu, ale mimo to Win rozważa opcję poproszenia go o pomoc, przy rozwiązywaniu zagadki. Więcej zdradzać nie mogę.

„Mów mi Win” to relacja w pierwszej osobie. Windsor opowiada czytelnikom o swoich działaniach, myślach, przekonaniach, planach, zwracając się do nich bezpośrednio.

Moja kuzynka jest, tak jak wasz uniżony sługa, po czterdziestce.

Narrator, Win, prezentuje dość ciężkawy dowcip, jako żywo przypominający siermiężny humor Myrona. Popisuje się swoim majątkiem i tym, co może mieć za pieniądze. Np. aplikacja randkowa dla bogaczy, dostępna dla tych, który mają minimum sto milionów. Niemcy określiliby to krótko: zu bunt! – zbyt kolorowo, czyli przesadnie, nadmiernie, za dużo tego dobrego itp. Win bez przerwy opowiada o sobie i rodzinie, co w tej konwencji jest naturalne, ale zdradzając tyle tajemnic i tak się odsłaniając, traci aurę tajemniczości.

Ostatecznie uważam, że to dobra powieść sensacyjna – dla tych, którzy po tę książkę Harlana Cobena sięgną jako pierwszą w życiu. Dla miłośników Bolitara i Wina… to chyba nie TEN Windsor Horne Lockwood III, a przesunięcie tamtego Wina na plan pierwszy, jako narratora i głównego bohatera, raczej po prostu nie mogło się udać. A jeśli mogło, to nie bardzo wyszło.

sobota, 13 listopada 2021

Dobry thriller, ale nie dla mnie

 „Pragnienie” – Jo Nesbø

Nie zostałem holemaniakiem…

„…takiego określenia używano w szkole [policyjnej] w odniesieniu do studentów zauroczonych mitem Harry’ego Hole”*.

Nie udało się, choć się starałem i do kryminałów tegoż autora z Harrym Hole w roli głównej, podchodziłem kilka razy. „Pragnienie” jakoś doczytałem, przerzucając często po kilka stron i wyszukując jakąś akcję. Ciekawa fabuła, niezły warsztat, ale książka jest ewidentnie za długa i zbyt rozbudowana o wątki poboczne i opisy. Poza tym to część cyklu i chyba za bardzo część, bo czasem trudno zrozumieć, o co chodzi, bez znajomości poprzedniego tomu, a kończy się powieść w momencie, kiedy kolejny psychopata-wampirysta ostrzy sobie zęby (właściwe słowo na właściwym miejscu) i typuje następną ofiarę. A to oznacza, że choć dwóch sprawców, zabójców zostało w końcu wyeliminowanych, to nic się jeszcze nie skończyło, ciąg dalszy nastąpi.

Jo Nesbø chyba rzeczywiście wpadł w pułapkę Harry’ego Hole (opowiadanie „Odd”** ze zbioru „Zazdrość” tego samego autora). A szkoda bardzo, bo to znakomity pisarz, a jego „Królestwo” uważam za rewelacyjne.

Harry Hole też jakoś nie wzbudza mojego entuzjazmu, o aprobacie nie wspominając. Alkoholik, którego zasady moralne zależą zapewne od liczby wypitych drinków. Zabija nieuzbrojonego bandytę, strzelając do niego zresztą niepotrzebnie, trzy razy, a kiedy kolega gliniarz proponuje mu, że przy zwłokach „znajdzie” jakiś pistolet, żeby Harry nie miał problemów z Wydziałem Wewnętrznym, Hole odmawia, bo przecież liczą się zasady i prawda. No, super! Tyle, że przez jego pijaństwo zginęło wielu ludzi, ale w tamtych przypadkach zasady i prawda jakoś mniej były ważne. Na przykład, prowadząc samochód po pijanemu, spowodował wypadek, w którym zginął pasażer, inny policjant. Nastąpiła wtedy szybka zmiana miejsc i – dla dobra służby – okazało się, że kierowcą nie był cudowny Harry Hole, ale właśnie ten funkcjonariusz, który zginął. Mętna postać z tego komisarza.

Są w powieści momenty wyraźnie przekombinowane. W mieszkaniu czuć Old Spice, ale zamieszkujący je mężczyzna jest nieogolony – stąd Harry Hole wyciąga wniosek, że była u niego kobieta, znana z tego, że używa męskiego płynu po goleniu marki Old Spice. Super! Tylko, że Old Spice to nie tylko wody po goleniu, ale i dezodoranty, i inne kosmetyki. Więc to gruba przesada.

Może się wydać dziwne to, co teraz napiszę, ale to dobra książka, a w każdym razie pisarstwo Jo Nesbø stoi o niebo wyżej niż twory królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji (lub odwrotnie). Tylko mnie jakoś mało się podoba, ale wina – jeśli można tu mówić o jakiejś winie – leży raczej po mojej stronie.







--
* Jo Nesbø, "Pragnienie", przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2017, s. 110.

poniedziałek, 8 listopada 2021

026 Szklane drzewa i inne - 1

 Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 026

Kurwa jego mać! Ja pierdolę! – sierżant wściekle wydzierał się na całe gardło – Jebany hipis w jednostce! – A ja osłupiałem…
Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat, nie wychowałem się na bezludnej wyspie ani w klasztorze. Nie jest więc prawdą, że „kurwy pierdolone” nigdy nie dotknęły moich uszu. Nie o to chodziło. To był język dobrze mi znany. Język nastolatków, język przyblokowych boisk, podwórek, placów budów, na których miewałem praktyki, ale tak się nie mówiło w domu, do członków rodziny, tak się nie odzywano do nieznanych dorosłych. Do wielu znajomych zresztą też nie.
Ktoś zapytał mnie pewnego razu, czy w domu nie brakowało mi czasem słów albo czy nie wypsnęło mi się coś takiego niechcący. Otóż nie. Nigdy. To były dwa różne światy. W domu, także na lekcjach, takich zwrotów, wyrażeń i określeń po prostu się nie używało i nie wymagało to żadnego wysiłku, samokontroli.

Ordynarne wrzaski sierżanta zaszokowały mnie, bo to nie ten człowiek, nie ten czas, nie to miejsce. Rzecz działa się na placu apelowym jednostki wojskowej. Sierżant miał, na oko, jakieś czterdzieści pięć – pięćdziesiąt lat. Słyszeli go inni młodzi żołnierze, co może jeszcze pal licho, ale też kompania żołnierzy zawodowych, którzy mieli swój apel kilka metrów dalej (byli tam ludzie starsi od mojego sierżanta, niektórzy wyżsi stopniem), ale także cywile za murem. Bo za murem jednostki była zwyczajna ulica Miasteczka, może nie rynek i samo centrum, ale też nie żadne peryferie, więc te wulgaryzmy docierały też do przechodniów, kobiet, dzieci. On miał to zwyczajnie w nosie. Nikt też nie reagował na jego histeryczne wrzaski i plugawe wyzwiska.
W taki oto sposób przywitany zostałem w Miasteczku (południowo-zachodnia Polska, blisko granicy) w jednostce wojskowej WOP, do której skierowano mnie, celem odbycia zasadniczej służby wojskowej.


A wcześniej... Próbowałem, zupełnie bez powodzenia, studiować inżynierię lądową na Politechnice Wrocławskiej oraz mechanizację hutnictwa na Politechnice Śląskiej. W międzyczasie zmieniałem zameldowania i przydziały do właściwej terytorialnie WKU (Wojskowej Komendy Uzupełnień) – uciekałem w ten sposób przed poborem, przed obowiązkową wówczas służbą wojskową. Trwała ona prawie dwa lata w wojskach lądowych i trzy lata w marynarce wojennej. Zdecydowanie nie miałem ochoty na żadną służbę ojczyźnie, a poza tym potwornie się tego wojska bałem. Nie ja jeden zresztą. I nie bez powodu.
W pewnym momencie nie miałem już pomysłów na dalsze uciekanie oraz kombinacje z meldunkami. Kolejne studia szlag trafił (zapewne byłem na nie po prostu za głupi), nie miałem już siły. Przestałem robić cokolwiek, więc wkrótce dostałem kartę powołania do odbycia zasadniczej służby wojskowej i nakaz stawienia się określonego dnia rano w jednostce WOP (Wojska Ochrony Pogranicza) w Miasteczku.

Od kilku miesięcy byłem żonaty. Żona była w ciąży. Więc nie było wesoło w tej rodzinie, a właściwie to było bardzo, bardzo źle… Jakoś tam starałem się młodą kobietę w ciąży pocieszać, ale marnie mi to wychodziło. Pewnie dlatego, że robiłem to bez przekonania i na siłę, mocno też skoncentrowany na sobie i swoim strachu.

W jednostce zjawiłem się w wyznaczonym czasie i kiedy żołnierz z wartowni, czy innego biura przepustek, prowadził mnie do budynku kompanii, na placu apelowym usłyszałem właśnie przemiłego i wysoce kulturalnego sierżanta.

Stopni wojskowych, na wszelki wypadek, starałem się nauczyć już od kilku dni, byłem też u fryzjera – brutalne strzyżenie „na pałę” znane mi z filmów o wojsku, nie kojarzyło mi się dobrze, więc postanowiłem to załatwić we własnym zakresie; miałem więc wtedy króciutkiego jeżyka i w pierwszej chwili nie dotarło do mnie, że ten „hipis” to niby ja. W każdym razie nikt się jakoś później nie rwał do strzyżenia mnie – wyraźnie jednak mój jeżyk wystarczył, a wrzaski i wyzwiska były, ot tak sobie, dla zastraszenia i zgnębienia, może jeszcze dla popisania się.

Wtedy dopiero, w tej jednostce, dowiedziałem się, że w naszym kraju są dwa rodzaje wojsk – jedne podlegają MON (Ministerstwo Obrony Narodowej), a drugie MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych). WOP należały do tego drugiego pionu, i w tamtych czasach (początek lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku) – jak się okazało – miało to istotne znaczenie i konsekwencje.

[Na zdjęciu typowa izba żołnierska]

Na kompanii (jedno piętro w budynku) przyjęli mnie jacyś kaprale. Zachowywali się nawet znośnie, a to, że wyłudzili ode mnie papierosy i zapalniczkę, uważałem za mało ważne, głupstwo – chciałem im się podlizać, zakoś zaskarbić sobie ich względy, więc dałem. Jednak zapalić z nimi nie mogłem, co to, to już nie.
Ulokowali mnie w izbie żołnierskiej (tak, izbie – nie sali, nie pokoju – izbie) trzeciego plutonu. Kompania składała się z czterech takich plutonów, a każdy z nich zajmował jedną izbę. W plutonie było ok. dwudziestu kilku żołnierzy. Kompania to cztery plutony.

piątek, 5 listopada 2021

Górny Śląsk z bliska i z daleka

 „Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku” – Zbigniew Rokita

Zbigniew Kadłubek nazwał Ślązaków osiadłymi nomadami: tkwią w jednym miejscu od tysiąca lat, zmieniają się tylko kraje, w których przychodzi im tkwić.

Rodzina mieszkała w tej samej chałupie, w tej samej wsi od pokoleń, tylko ta wieś i chałupa czasem były w tym państwie, czasem w innym. Bywało i tak, po kolejnych zmianach dziejowych, że chałupa była w Niemczech, ale wychodek w Polsce… albo odwrotnie.

Ta książka pojawiła się kilkadziesiąt lat za późno, może nawet ze sto. Za późno – jak sądzę – żeby zmienić przekonania budowane przez propagandę tej lub innej władzy (od Polski porozbiorowej do dziś). Ale… może nie mam racji. Drugi raz za późno, bo kogo to jeszcze obchodzi? To znaczy obchodzi, choćby mnie i nie tylko, ale coraz więcej ludzi zainteresowanych jest raczej fantastycznym wzrostem cen (margaryna, która w ubiegłym tygodniu kosztowała 1,99 dziś jest w cenie 2,99), niż przebiegiem granic historycznego Górnego Śląska (z Opolem) lub granicy między Zagłębiem Dąbrowskim a Górnym Śląskiem. Tu też chciałbym nie mieć racji.

„Kajś” formalnie rzecz biorąc jest reportażem, który według stosunkowo nowej mody opisuje historię poprzez prezentację losów własnej rodziny. Książka składa się przede wszystkim z dwóch części. Pierwsze rozdziały są głównie historyczne. Dalej zajmuje się Rokita kwestiami tożsamości Ślązaków.

W jednym się z autorem nie zgadzam – z jego przekonaniem o wyjątkowości pewnych sytuacji; nie jest prawdą, że dotyczyły one tylko mieszkańców Górnego Śląska. Jakiś dziadek lub teść w Wehrmachcie pojawia się i w mojej rodzinie, emigracja zarobkowa do Niemiec – także, konflikty (po drugiej wojnie światowej) między „tubylcami”, a przesiedleńcami ze wschodu lub Polski centralnej, znam z własnego doświadczenia.

Sporo jest w „Kajś” odkłamywania historii albo przynajmniej prób jej oceny z innego punktu widzenia. Przykład pierwszego. W okolicach Mysłowic, Jaworzna i Sosnowca, miał się rzekomo znajdować punkt styku granic trzech zaborów.

Na mysłowickim brzegu kilka naście lat temu tutejsze władze umieściły obelisk, napis zaczynał się od słów: „W miejscu, w którym niegdyś stykały się granice trzech zaborów…”. Wśród miejscowych podniosło się larum, że Górny Śląsk pod zaborami nigdy nie był, że prędzej już Ślązacy byli zaborcami i w armiach pruskiej czy austriackiej Rzeczpospolitą rozbierali, a obelisk to próba polonizacji.

Przykładem drugiego może być kwestia Powstań Śląskich, bo raczej nie było ich trzy (lokalne mordobicia propaganda nazwała powstaniem), a to jedno też nie bardzo było powstaniem, bo raczej puczem. Polska referendum spektakularnie przegrała (w Opolu za Niemcami głosowało 95 procent mieszkańców), a korzystniejszy podział spornego terytorium został po prostu wymuszony.

Pewną zaletą książki jest humor autora, ale… jak by to bardzo łagodnie określić… jest on nienachalny. 
Dzięki „Kajś” Polacy dowiedzą się może, że Górny Śląsk jest spójną całością tylko z ich mocno odległej perspektywy, bo w rzeczywistości Śląsk gliwicki czy katowicki, to światy mocno odmienne. Jest tych światów zresztą więcej. 
Warta uwagi jest też kwestia rabunkowej polityki PRL-u na tych terenach – z niektórymi konsekwencjami region będzie się zmagał jeszcze dziesiątki lat.
Dobrym pomysłem było wzbogacenie książki o reprodukcje starych fotografii. Może mniej starych pocztówek, a znacznie bardziej tych, pochodzących z rodzinnego archiwum autora i Śląskiej Biblioteki Cyfrowej. Szkoda tylko, że ich tak mało. Młoda Else Kieslich może nie jest oszałamiająco piękna, ale strój, tak odmienny od tych, które znam ze swojego regionu, sam w sobie jest ciekawy.

Zbigniew Rokita jest laureatem tegorocznej nagrody Literackiej Nike i prawdopodobnie gdyby nie to, zapewne nie znalazłbym jego książki – nie szukałem przecież jakiegoś „Kajś”, a i stosunkowo młody dziennikarz (1989) nie był mi znany. Zastanawiam się tylko, czy nagroda Literacka przyznana została za wartości literackie tej jego książki, czy raczej jednak merytoryczne…

środa, 3 listopada 2021

Powieść sensacyjna nr 486923

 „Jeden krok przed śmiercią” – Mary Burton

Robotnicy rozbierający starą stodołę znajdują ludzkie kości. Szybko stało się jasne, że zaginiona w roku 2004 dziewczyna, piętnastoletnia Tobi Turner, po latach poszukiwań i niepewności właśnie została odnaleziona. Była uczennicą przedostatniej klasy Valley High School, pojechała niby to na jakieś zajęcia pozalekcyjne i zniknęła bez śladu. A w okolicach Deep Run (Wirginia, dolina Shenandoah), jak odkryła policja, ktoś dokonał wyjątkowo wielu napaści na młode kobiety. Śledztwo we wszystkich tych sprawach prowadzi agentka Macy Crow oraz lokalny szeryf Mike Nevada. Każde z nich ma swoją, wysoce pokomplikowaną historię.

Tysiące kilometrów stąd, na pustyni w Teksasie, znajdowały się trzy oznaczone czerwonymi kamieniami mogiły, które opowiadały podobną historię. Młode panny szukały wrażeń, ale ich ścieżki przecięły się ze ścieżką mężczyzny – czystego zła w ludzkiej postaci. Uwięził je, potem zmusił każdą do urodzenia dziecka. Właśnie w takich okolicznościach przyszła na świat Macy i jej siostra bliźniaczka Faith. Druga z porwanych dziewczyn urodziła córkę, trzecia syna. Ich groby były świadectwem koszmarnego cierpienia, które zadręczyłoby również Macy, gdyby pozwoliła mu się w sobie rozgościć[1].

Powieść zawiera wiele wątków i pogoń za psychopatycznym gwałcicielem i mordercą z doliny Shenandoah jest tylko jednym z nich. Wyjątkowo pokomplikowane są losy dwojga śledczych. Macy Crow, córka potwora (cytat), przeżyła niedawno poważny wypadek samochodowy. Kiedy wróciła do pracy, co przy jej obrażeniach wydawało się wręcz nieprawdopodobne, okazało się, że jej stanowisko jest już zajęte. Zaczęła się starać o miejsce w elitarnym wydziale profilerów Jerroda Ramseya. Na rozwiązanie zagadki Deep Run dostała pięć dni i miał to być sprawdzian decydujący o ewentualnym przyjęciu do grupy Ramseya.
Mike Nevada przez lata pracował w FBI, znał Macy, byli nawet kochankami. Kiedy jednak dowiedział się o zaniedbaniach w śledztwie w sprawie seryjnych gwałtów (kolejny ważny wątek), wystartował w wyborach na małomiasteczkowego szeryfa w Deep Run i wygrał z budzącym coraz większe podejrzenia byłym szeryfem. Jedną z ofiar gwałciciela była kuzynka Nevady, więc jego zaangażowanie ma uzasadnione podstawy.

Tego wszystkiego dowiedzieć się można z tekstu na okładce, zawierającego ewidentnie zbyt wiele, oraz kilkudziesięciu pierwszych stron. Bardzo pogmatwana historia dopiero się zaczyna.

Wreszcie zdjął kominiarkę. Chłodne powietrze przyjemnie owiało jego rozgrzaną twarz. /…/ Odzyskał kontrolę, ale wiedział, ze ten stan nie potrwa długo. Nigdy nie trwał długo. Głód wróci, a on się go nie pozbędzie aż do czasu, kiedy dopadnie nową ofiarę[2].

Powieść uważam za całkiem niezłą, ale nie rewelacyjną. Nic mnie w niej nie zaskoczyło, bo właściwie podobne wydarzenia i zachowania znaleźć można w setkach innych kryminałów. Nowatorskie są co najwyżej drobiazgi. Na przykład zabójca odwiedza domy przyszłych ofiar wcześniej i zostawia pod łóżkiem czerwony sznur, żeby mieć narzędzie, gdy przystąpi do właściwej akcji. Kradnie też z ich domów jakieś drobiazgi, fetysze. O czerwonym sznurze nie czytałem jeszcze u nikogo, ale reszta wydaje się mniej lub bardziej znajoma. Może to po prostu ja przeczytałem już w życiu podobnych powieści zbyt wiele, może gdyby to była pierwsza moja książka sensacyjna, to byłbym nią nawet zachwycony…



















--
[1] Mary Burton, „Jeden krok przed śmiercią”, przekład Paweł Wolak, 2021, Muza, s. 61-62.
[2] Tamże, s. 239.

 

 

 

 

 

#Jeden krok przed śmiercią, #Muza,  @wydawnictwomuza, @muza.black