piątek, 23 lutego 2024

Upomnieć się o zapomnianych

 „Zapomniane na śmierć” – Nora Roberts jako J. D. Robb

Wydaje mi się, że z dużą dozą prawdopodobieństwa potrafię się domyślić, czemu znani autorzy w jakimś punkcie swojej kariery próbują występować pod pseudonimami. Jeśli jest się znanym, popularnym pisarzem/pisarką, ale nie jest się idiotą, to w pewnym momencie pojawiają się pytania i wątpliwości: moja ostatnia książka znakomicie się sprzedawała, bo to była genialna, fantastyczna powieść, a może dlatego, że na tym etapie kariery, wszystko, co wyprodukuję, będzie się świetnie sprzedawać bez względu na realną jakość? Może to tylko znana marka, a nie geniusz pisarski? Może nie jestem już tak dobra/dobry, jak kiedyś? W takim przypadku, żeby upewnić się co do swojej realnej wartości pisarskiej, pisarz próbuje swoich sił pod pseudonimem właśnie, a bywa, że i w innym gatunku literackim. Romanowi Kacewowi (inne wcielenia to Émile Ajar i Romain Gary) udało się to idealnie. Próbowała J. K. Rowling, próbowała Nora Roberts. Jednak w tych przypadkach ich książki, wydawane pod pseudonimami, błąkały się gdzie na ostatnich miejscach list Amazonu, więc wydawcy albo autorki, musiały błyskawicznie zorganizować przeciek informacji, żeby ratować całe przedsięwzięcie. I nagle okazało się, że powieści Roberta Galbraitha oraz J. D. Robb są po prostu świetne. Tylko czemu takie nie były, gdy jeszcze nie wiedziano powszechnie, że prawdziwymi autorkami są celebrytki? Biznesowo wszystko się udało, ale nie zazdroszczę obu paniom realnego wyniku eksperymentu.

W „Zapomnianych na śmierć” Nora Roberts jako J. D. Robb (tak, na okładce widnieją oba te nazwiska zapewne po to, żeby każdy i z daleka widział, że to dzieło sławnej Nory Roberts, a nie jakiejś nieznanej J. D. Robb) sięgnęła w odrobinę inną stronę, niż typowe dla niej łagodne dość powieści sensacyjne z uczuciami w tle albo odwrotnie, a konkretnie w stronę fantastyki. Mało fantastycznej fantastyki, dodam od razu, bo akcja dzieje się wprawdzie w przyszłości, ale niezbyt odległej od czasów obecnych, a konkretnie to około 37 lat. W każdym razie samochody, a przynajmniej radiowozy policyjne, latają nad ulicami, z komputerami rozmawia się płynnie, auta i komisariaty wyposażone są w automaty kuchenne, serwujące kawę, posiłki lub puszki z colą, zamiast ochronnych gumowych rękawiczek używa się specjalnej substancji w aerozolu natryskiwanej na dłonie i później po prostu zmywanej, i takie tam…

Nowy Jork, rok 2061. Powoli do historii przechodzą wyniszczające wojny miejskie, miasto się odbudowuje i rewitalizuje. Obok jednego placu budowy w Hudson Yards, w kontenerze na śmieci, znalezione zostają zwłoki bezdomnej kobiety, której ktoś rozwalił głowę łomem. To była dobra kobieta, znana lokalnej policji, nawet przez gliniarzy wspierana, bo często informowała ich o zaobserwowanych w okolicy wykroczeniach. Chwilę później, podczas prac rozbiórkowych na sąsiedniej budowie, należącej do Roarke'a, odkryto szczątki kobiety i małego dziecka; możliwe, że ofiara była w ciąży, a nienarodzone dziecko zmarło wraz ze śmiercią matki. Jednak te szczątki wydają się pochodzić sprzed kilkudziesięciu lat.
Obie sprawy prowadzi porucznik Eve Dallas wraz ze swoją partnerką, Peabody. Choć zbrodnie dzieli kilkadziesiąt lat, Dallas ma przeczucie, że jakoś się one ze sobą łączą.

W przypadku książek, które planuję zrecenzować, z premedytacją nie czytam blurbów lub opinii innych czytelników, żeby się czymś nie zasugerować. Dlatego dopiero po dłuższym czasie i przeczytaniu ze dwudziestu procent powieści zorientowałem się, że to musi być część, i to nie pierwsza, jakiejś większej całości. Na przykład jacyś obcy ludzie rozpoznawali Dallas i jej męża, zachowywali się i reagowali, jakby ich wcześniej spotkali. W tej sytuacji musiałem trochę poszperać, bo w niektórych momentach nie za bardzo rozumiem, o co chodzi i dlaczego. Tak oto dowiedziałem się, że „Zapomniane na śmierć” jest to tom 53 cyklu „Oblicza śmierci”. Ups! Gdybym to wiedział wcześniej, to – mimo, że warsztat pisarski Nory Roberts bardzo cenię – na pewno bym po tę powieść nie sięgnął.

W powieści roi się od Singerów, Boltonów, Kincadów, Boltonów-Kinkadów, Singerów-Boltonów, bo to kilka pokoleń i rozmaite koligacje. Trochę mi się oni wszyscy mylili, właściwie nieomalże do końca. Jednak moim niekwestionowanym faworytem został Roarke: miliarder, którego stać na wszystko, policyjny specjalista od komputerów z wydziału informatyki śledczej i czasami – jako konsultant – podwładny porucznik Eve Dallas, a prywatnie… jej mąż. Mocne!

Przekręty budowlanych deweloperów, zbrodnie, rodzinne tajemnice i sekrety, rosyjska mafia… to powieść sensacyjna w amerykańskim stylu, którą naprawdę bardzo gładko i szybko się czyta, choć to ponad 500 stron. Dawno już nie obiecywałem sobie późnym wieczorem, że jeszcze tylko jeden rozdział, a później znowu jeszcze tylko jeden i tak do północy.











Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl

poniedziałek, 12 lutego 2024

Fabian Risk w Helsingborgu

 „Ofiara bez twarzy” – Stefan Ahnhem

Inspektor Fabian Risk stracił pracę w sztokholmskiej policji po nieuzasadnionym, a przynajmniej niezrozumiałym wtargnięciu do ambasady Izraela. Właściwie nie tyle go wyrzucono, co pozwolono przenieść się na głęboką prowincję. Wybrał miasteczko, w którym się wychował i wraz z rodziną przeniósł do rodzinnego Helsingborga. Zmiana miała też pomóc naprawić sypiący się związek. Najpierw jednak Fabian Risk dostał sześć tygodni urlopu, więc zapowiadało się świetnie.

Z urlopu zdążył wykorzystać kilka godzin, bo odwiedziła go i poprosiła o pomoc szefowa wydziału kryminalnego w Helsingborgu. W szkole, do której trzydzieści lat wcześniej uczęszczał Risk, znaleziono zwłoki nauczyciela stolarki. Trup miał odcięte ręczną piłką obie dłonie, które chwilę później znaleziono w szkolnej łaźni.

Zamordowany nauczyciel był kiedyś kolegą klasowym Riska, ale to tylko takie potoczne określenie, bo kolegami tak naprawdę nie byli nigdy. W szkolnych czasach Risk trzymał się od niego z daleka. Jörgen Pålsson wraz z Glennem Granqvistem znęcali się przez wiele lat nad jednym z uczniów. Fabian Risk trochę się bał interweniować, ale przede wszystkim nie chciał się w tę sprawę nijak mieszać; wygodniej było nie widzieć albo udawać, że się nie widzi. Ciekawe, że podobne stanowisko zajmowało wielu nauczycieli.
Oprawcy mieli swoje specjalizacje. Jörgen Pålsson okładał pięściami, a miał w tym spore doświadczenie, natomiast Granqvist kopał (nosił okute blachą czerwone Martensy).

W tej sytuacji, gdy pierwszy sadysta stracił swoje pięści, policji, a zwłaszcza inspektorowi Riskowi, w naturalny sposób przyszło na myśl podejrzenie, że może teraz znajdą ciało Granqvista… bez nóg albo bez stóp. Tylko czy to nie za prosty i nie nazbyt wydumany motyw? Zemsta po ćwierćwieczu? W każdym razie tak zaczyna się pościg za seryjnym zabójcą, w którym inspektor Risk – nadal na urlopie – uczestniczy, a nawet odgrywa główną rolę.

Powieść sensacyjna (pierwszy tom cyklu o Fabianie Risku) raczej przeciętna, ani bardzo zła, ani specjalnie dobra. Ciekawe i nowatorskie wydało mi się to, że Stefan Ahnhem napisał swoją pierwszą książkę w stylu skandynawsko-amerykańskim. Elementy ich obu okazały się wyraźnie dostrzegalne. Moim zdaniem wyszło to „Ofierze bez twarzy” na dobre, jednak nie na tyle, żeby zrobić z niej dzieło znaczące.
Inspektor, główny bohater, irytująco nierozgarnięty; powieść zdecydowanie zbyt długa i rozwlekła, ze zbyt wieloma zbędnymi wątkami, natomiast główna fabuła niewątpliwie ciekawa. Ostatecznie… można przeczytać, ale niekoniecznie trzeba.

niedziela, 4 lutego 2024

II Rzeczpospolita i jej gwiazdy

 „Najpiękniejsze kobiety przedwojennej Polski” – Krzysztof Szujecki

Zawsze gdy widzę więcej niż kilka zdjęć osób, wykonanych w okresie międzywojennym albo i wcześniej, zastanawiam się, czy to jakiś inny gatunek ludzi, bo wydaje mi się, że to nie może być tylko kwestia ubioru i fryzury. Odnoszę wrażenie, że gdyby kogoś takiego, na przykład kobietę dwudziestoletnią w roku 1925, przebrać i uczesać współcześnie, to i tak jej odmienność rzucałaby się w oczy. Ale nie chodzi tylko o kobiety, mężczyźni też bywali wtedy… dziwni, ale tylko niektórzy.
Kiedyś egzotyczne z perspektywy obecnej bywały też imiona, ale już dość dawno temu dowiedziałem, że przed wojną, jedną i drugą, nowonarodzone dziecko, „przynosiło sobie imię na świat”, stosowne do dnia urodzin. Chłopiec urodzony 15 lutego otrzymywał imię Zygfryd, a dziewczynka byłaby Zygfrydą lub Pakosławą. Nie była to może zasada ściśle obowiązujące, ale jednak dość często stosowana.

Krzysztof Szujecki zaprezentował w swojej książce dziesięć kobiet. Są to kolejno:
– Zofia Batycka,
– Ina Benita (właściwie Inna Scudder, de domo Inna Florow-Bułhak),
– Ziuta (Józefa) Buczyńska,
– Helena Grossówna,
– Loda (Leokadia) Halama,
– Hanka Karwowska,
– Tola (Teodora) Mankiewiczówna,
– Nora Ney (właściwie Sonia Najman),
– Pola Nireńska (ur. jako Perla Nirensztajn),
– Lena (Helena) Żelichowska.

W większości tancerki, aktorki teatralne, rewiowe i filmowe, absolwentki elitarnych, a więc wyjątkowo kosztownych szkół i kursów. Prawie wszystkie pochodziły z zamożnych domów albo szybko i bogato wychodziły za mąż, miały więc czas i pieniądze na tego typu szkoły, na stosowne kreacje, na wyjazdy zagraniczne w celu doskonalenia umiejętności. Z czasem zaczynały zarabiać znaczne pieniądze, ale początkowo chodziło o realizację pasji życiowych, jakimi był taniec, występy, aktorstwo.

Czy były najpiękniejsze? To rzecz gustu. O gustach dyskutuje się jak najbardziej, tylko osoby wstydzące się własnych gustów, podejrzewające, że mogłyby okazać się gminne, próbują twierdzić inaczej, ale mniejsza z tym. W każdym razie wtedy uważano te panie za bardzo ładne, atrakcyjne, utalentowane, może nawet piękne.

Połowy z tych nazwisk nie kojarzyłem w ogóle, w kilku przypadkach coś mi świtało, ale dość mgliście; Lodę Halamę znam z autobiograficznej książki „Moje nogi i ja” wydanej po raz pierwszy chyba w połowie lat osiemdziesiątych.

Książka Szujeckiego zawiera więcej niż zbiór not biograficznych czy biogramów, ale niewiele więcej. Autor nie dokopał nie (może z jednym lub dwoma wyjątkami) jakichś mrocznych tajemnic, skrywanych perwersji, poufnych danych – to po prostu rzetelnie opracowany bogaty zbiór biograficznych informacji. Zapewne wiele z nich znaleźć można w powszechnie dostępnych źródłach, upewnia o tym bibliografia, ale i co z tego; mnie by się tak szukać i porządkować danych na pewno nie chciało. Dzięki Krzysztofowi Szujeckiemu mam gotowca, podsunięte pod nos wszystko, co trzeba, a nawet i więcej.

Ogromną zaletą książki są dobre technicznie, na ile to było możliwe, reprodukcje starych fotografii. Na szczęście jest ich całe mnóstwo. W ten sposób urokliwych bohaterek nie trzeba sobie wyobrażać jedynie po opisach.
I jeszcze jedna ważna zaleta „Najpiękniejszych kobiet…” – jest to książka (zarówno tekst jak i niektóre zdjęcia) nie tylko o tych dziesięciu kobietach, ale i o Polsce i Polakach w latach dwudziestolecia międzywojennego. Oczywiście tylko tych niektórych, bo przecież nie o sprzątaczkach, kucharkach czy służących.

Solidna, twarda okładka ze zdjęciem jakby z pornusa; kilka literówek. Tym niemniej jak najbardziej polecam, bo to znakomita rozrywka i trochę wiedzy.





---
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl