sobota, 25 września 2021

Jak przekonywać i namawiać

 „Sztuka manipulacji” – Jerzy Stelmach

Trochę mnie ta książka zaskoczyła. A dokładniej, to styl autora, profesora zwyczajnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jakby Stelmach nie mógł się do końca zdecydować, jakie proporcje powinny zaistnieć w ten popularno-naukowej publikacji. Czasem pisze o „wciskaniu kitu”, a często (zdecydowanie za często) o „dyskursie perswazyjnym”. Bo stwierdzenie, że ktoś chce kogoś do czegoś namówić lub przekonać, wydawało się pewnie zbyt powszednie.

Manipulacją nazywa autor niedozwolone sposoby przekonywania, a mnie wiele razy przychodziło na myśl pytanie, przez kogo niedozwolonych i na czym to „niedozwolenie” miałoby polegać, skoro w większości opisywanych przypadków, nie są to działania naruszające jakiekolwiek normy prawne.

Jerzy Stelmach starał się wyczerpująco opisać dwadzieścia pięć najczęściej (według niego) stosowanych sposobów manipulacji. Przyznaje też, że może być ich więcej, ale on tylko tyle zna. Przyjął też założenie, z którym zdecydowanie się nie zgadzam, że manipulacja jest „zdarzeniem językowym”. Moim zdaniem można kimś manipulować poprzez mowę ciała, czy wyraz twarzy (patrzyła z wyrzutem, w jego oczach widać było nadzieję itd.), ale to w końcu jego praca, więc wolno mu przyjmować dowolne założenia.

Oto tytuły kilku rozdziałów, będące jednocześnie kolejnymi technikami manipulacji: „Przypisywanie winy”, „Bierna agresja”, „Szantaż emocjonalny”, ”Fałszywa afirmacja”, „Występowanie w roli ofiary”, „Dezinformacja”, „Zastraszanie”, „Skubanie” i inne.

Dobrze wydana „Sztuka manipulacji” (twarde okładki, jakość papieru) wzbogacona została rysunkami Jacka Gaja.

Książka może być przydatna tym czytelnikom, którzy nie znają „Wywierania wpływu na ludzi” Cialdiniego, „Erystyki” Schopenhauera, czy „W co grają ludzie” Erica Berne.

środa, 22 września 2021

Psychopaci są też pośród nas

 „W umyśle mordercy” – Dean A. Haycock

„W przeciwieństwie do jednostek o zaburzeniach psychotycznych większość psychopatów nie jest oderwana od rzeczywistości i stwarza pozory normalności. Choć w aresztach i więzieniach reprezentacja jednostek psychopatycznych jest proporcjonalnie znaczna, to wiele takich osób funkcjonuje na co dzień w społeczeństwie. /…/ W umyśle mordercy opowiada o podgrupie psychopatów zwanej psychopatycznymi przestępcami. Mają oni cechy wspólne z psychopatami niewchodzącymi w konflikty z prawem, ale nie powinni być z nimi zrównywani”[1].

Powyższe stwierdzenia ze Wstępu zawężają temat książki, ale też precyzują go. Dr Dean Haycock nie zajmuje się w swojej publikacji psychopatami w ogóle ani zaburzeniami psychotycznymi, ale tylko psychopatycznymi przestępcami. Jest to też wyraźny przekaz dla czytelników: nie każdy psychopata jest przestępcą. Według autora, neurobiologa specjalizującego się w zagadnieniach związanych ze zdrowiem psychicznym, psychopatyczne skłonności zdradza jeden na stu Amerykanów. Po prostu – psychopaci są wśród nas. Nie jest też wykluczone, że psychopatą może być ktoś, kto nie zdaje sobie z tego sprawy przez większość życia lub w ogóle.

Autor zaprezentował w książce mnóstwo pytań oraz odpowiedzi na wiele z nich, jednak nie na wszystkie. Bywa i tak, że odpowiedzi i wersje są skrajnie różne w zależności od przekonań konkretnego badacza i stosowanej metody.

„Trudno pogodzić ze sobą te stanowiska. Rozdźwięk między nimi wynika w głównej mierze z zastosowaniu do pomiaru psychopatii odmiennych narzędzi. Część badaczy opiera się w tym celu na kwestionariuszu samoopisowym zwanym Psychopatic Personality Inventory, inni tymczasem polegają na skali obserwacyjnej Hare’a”[2].

Nawet tytuł i podtytuł sprawiają kłopot („W umyśle… tajemnice mózgów”), bo mózg i umysł to nie jest jedno i to samo. Haycock szczególnie zwraca uwagę czytelnika, że zwykle interesuje nas umysł (co morderca myślał, jakie miał plany itp.), a nie mózg, który bada się za pomocą rezonansu magnetycznego (fMRI), co daje pojęcie o budowie ciała migdałowatego, o działaniu szyszynki lub strukturze płata czołowego. Przy okazji – oryginalny tytuł dotyczy umysłu (mind), a nie mózgu (brain). W każdym razie w pewnej chwili miałem wrażenie, że wątpliwości i możliwych opcji zawarto w książce więcej, niż jednoznacznych i konkretnych ustaleń, ale sens i różne metody badania mózgów psychopatów pojawiły się stosunkowo niedawno. I nie dałoby się powiedzieć, że jest to już dziedzina dobrze zbadana i poznana.

„W umyśle mordercy” zawiera też – dość lakoniczne – opisy działań morderców psychopatów, na przykład Erica Harrisa i Dylana Klebolda, sprawców szkolnej masakry wiosną 1999 roku (i innych), ale zdecydowanie nie jest to książka sensacyjna i na ekscytację pikantnymi szczegółami za bardzo liczyć tu nie można. Oczywiście nie jest to jej wadą, powiedziałbym, że nawet zaletą – uprzedzam tylko, żeby nie było rozczarowań. To opracowanie popularno-naukowe, a nie horror. Nawet przegląd spisu treści może być wartościową podpowiedzią: „Co widzi neuroobrazowanie?”, „Problem tuż nad czołem”. Wyjątkowo zainteresowały mnie: „Czy i ja mogę stać się psychopatą?”, „Czy w moim dziecku może kiełkować psychopatia?”. Za bardzo ciekawy uważam rozdział o psychopatach odnoszących sukcesy w różnych dziedzinach życia , a za mało przydatny (dla mnie) dział adresowany dla ław przysięgłych.

„Największego kalibru biznesmeni, najważniejsi dyrektorzy, członkowie zarządów, prawnicy, politycy, uznani lekarze, a nawet naukowcy - to oni tworzą klasę wyższą społeczności psychopatów”[3].

Ostatecznie: niezwykle wartościowa pozycja, choć zapewne nie dla każdego.








---
[1] Dean A. Haycock, „W umyśle mordercy”, przekład Stanisław Bończyk, Muza, 2021, s. 9-10.
[2] Tamże, s. 16.
[3] Tamże, s. 284.






#Muza „W umyśle mordercy”, @wydawnictwomuza, @muza.black

poniedziałek, 20 września 2021

Niewinni o brudnych rękach

 „Wojna Inge” – Svenja O’Donnell

„Niewiele zostało z tętniącego życiem niemieckiego miasta uniwersyteckiego, znanego niegdyś jako Königsberg, miejsca urodzenia Kanta i stolicy Prus Wschodnich, państwa założonego z XIII wieku przez zakon krzyżacki, które później stało się częścią Niemiec. Prusy Wschodnie wzięły na siebie główny ciężar odwetu za nazistowskie zbrodnie i spotkał je najtragiczniejszy los ze wszystkich niemieckich terytoriów na wschodzie. Niemcy zamieszkujący te ziemie, zdecydowana większość w tym regionie, uciekli, zginęli lub zostali deportowani”[1].

Przyznam, że nadal odrobinę irytuje mnie, gdy czytam o niezawinionych cierpieniach biednych Niemców, którzy musieli ponosić konsekwencje czynów jakichś tajemniczych, złych nazistów. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy Niemcy byli zwolennikami Hitlera, ale… co w związku z tym? Gdyby jutro nasz rząd (akurat należący do PiS, ale nie w tym rzecz) ogłosił, że wychodzimy z Unii Europejskiej albo, że atakujemy zbrojnie Białoruś, to czy na arenach międzynarodowych mowa będzie, że to pisowcy wyszli z UE i rozpętali wojnę, czy może że to Polska wycofała się z UE i Polska napadła Białoruś? W operacji Pustynna Burza brały udział wojska amerykańskie, czy siły zbrojne demokratów? Itd. Tak to po prostu jest. Rozumiem jednak, że autorka, wychowana w Paryżu, pół Niemka, pół Irlandka, tak właśnie mogła widzieć skomplikowaną historię swojej rodziny.

Tytułową Ingę jest Ingeborg Gertrud Wiegandt, urodzona w 1925, córka Friedy i Alberta, babka autorki. Jej wspomnienia z dzieciństwa w Królewcu są mocno wyidealizowane, ale na szczęście autorka zdaje sobie sprawę, że tak to często bywa ze wspomnieniami starych ludzi. Psychologowie twierdzą, że to efekt tęsknoty za młodością. I pewnie mają rację. Znam to z własnego doświadczenia.

„Pamięć jest zwodnicza, kiedy przychodzi do wspominania wydarzeń i miejsc z naszego dzieciństwa; opowiada nam historię naszej przeszłości wyidealizowaną i zniekształconą przez upływ czasu. Strata jest najmocniejszą z tych emocjonalnych soczewek, obdarzającą miejsca, do których nie możemy wrócić, magią powiększającą dobro i zmiękczającą zło”[2].

Abstrahując – naiwne idealizowanie przeszłości szczególnie rzucało mi się w oczy w wielu książkach Herbich-Zychowicz z serii „Dziewczyny z…”.

„Wojna Inge” to opowieść o rodzinie Wiegandt, głównie o Ingeborg, czasach skręcania Niemiec w kierunku hitleryzmu, narastania antysemityzmu, o drugiej wojnie światowej, pod koniec której Wiegandtowie musieli uciekać z Królewca, obecnie Kaliningradu. Ich ciężkie przeżycia w Danii, gdzie początkowo próbowali się schronić i wreszcie najgorsze – powrót do Niemiec i pierwsze powojenne lata. Czyli po prostu saga rodzinna z zawiedzioną miłością i wielką historią w tle.

Rodzina nie należała do zwolenników Adolfa Hitlera (choć jeden z nich pozuje dumnie do rodzinnej fotografii w mundurze Luftwaffe).

„Jak Wiegandtowie, których uważałam za miłych, oświeconych i sprawiedliwych, mogli to znosić w milczeniu?”[3].

Może i w milczeniu, ale nie jestem pewien, czy bezczynnie; dziadek skorzystał z okazji i kupił kamienicę od Żyda, który musiał ją szybko sprzedać wiedząc, że Niemcy lada moment i tak mu ją odbiorą. Autorka ma nadzieję, że zapłacił mu uczciwie. Tak, tak… oczywiście, a zakupu dokonał w tym właśnie momencie zupełnie przypadkowo, z systemowym nękaniem Żydów nie miało to nic wspólnego; jakoś tak się złożyło.

Oczywiście książka jest bardzo subiektywna, ale też nie miało to być opracowanie historyczne. Porusza dwa tematy dotąd traktowane trochę po macoszemu: nowożytne dzieje Prus Wschodnich i ich mieszkańców oraz Niemcy – nie całkiem źli i nie całkiem dobrzy (na przykład członkostwo w partii hitlerowskiej nie z przekonań, ale po prostu z oportunizmu); tacy chrześcijanie, którzy nie chcą zrozumieć, że grzeszyć można też przez zaniechanie. W każdym razie jest to wspomnienie w wielu odcieniach szarości, a nie tylko czerni i bieli.

Wiele kwestii mocno mnie poruszyło, zaskoczyło nawet. Na przykład pretensje do Duńczyków (Dania była pod okupacją niemiecką, podobnie do Polski), że po zakończeniu wojny nie zaopiekowali się wystarczająco Niemcami i ich dziećmi, w tym tysiącami niemieckich uchodźców z Prus Wschodnich. Cóż… Polskim priorytetem po wyzwoleniu także zdaje się nie była opieka nad Niemcami. Albo to: kiedy Wiegandtowie naprawdę zaczęli doświadczać wojny – otóż latem 1944 roku, jak zwykle zresztą, wyjechali na wakacje do modnej miejscowości wypoczynkowej; domyślali się już, że może to być ostatni raz, bo zbliżał się front, ale dotąd dolegliwością był zmniejszony obrót w handlu luksusowymi alkoholami, czym zajmował się dziadek.
Fakt, że lata 1945-48 były dla Niemców, a zwłaszcza Niemek, bardzo trudne, wiedziałem już wcześniej.

W „Wojnie Inge” znalazłem też kilka zdjęć, ale reprodukcje (reprodukcje, a nie zdjęcia!) są tak kiepskie, że nie zawsze dało się odróżnić płeć występujących na nich osób, co oczywiście nie jest winą autorki.

W każdym razie polecam z pełnym przekonaniem – to jedna z lepszych lektur w tym roku, od której trudno mi było się oderwać oraz nowe spojrzenie na historię, która wydawała się tak dobrze znana.





---
[1] Svenja O’Donnell, „Wojna Inge”, przekład Katarzyna Bażyńska-Chojnacka i Piotr Chojnacki, Świat Książki, 2021, s.26-27.
[2] Tamże, s. 54.
[3] Tamże, s. 58. 

 

  

 

 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 12 września 2021

Bon ton w Stanach na wesoło

„Dobre maniery dla miłych ludzi, którzy czasem mówią K***A” – Amy Alkon

Można być miłym człowiekiem i czasem używać wulgaryzmów, ale nie można ich używać, jeśli aspiruje się do miana osoby dobrze wychowanej, znającej savoir-vivre, czy zasady bon tonu. Ciekawy też wydaje się wniosek płynący z tytułu: najwyraźniej dla ludzi niemiłych szkoda czasu i wysiłku, tacy dobrych manier nie nauczą się nigdy, nawet jeśli nie używają słowa k...a. Ale to tak pół żartem, pół serio.

W kolejnych rozdziałach przedstawię swoją popartą naukowo teorię, która mówi o tym, że stykamy się z większą nieuprzejmością niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ ostatnimi czasy bardzo poluzowały się więzy stawiające nas do pionu przez miliony lat historii ludzkości. Wytłumaczę też, jak możemy przywrócić te więzy, pokażę, jak nie stać się jednym z gburów, których jest wokół nas tak wielu, i jak sprzeciwić się takim osobnikom napotkanym na naszej drodze[1].

Skąd moje zainteresowanie tą tematyką (zwłaszcza w czasach, gdy polski polityk zwraca się do kogoś publicznie słowem „spieprzaj”)? Zasady savoir-vivre’u w moim domu rodzinnym zawsze uważano za ważne i wpajano mi je od kiedy sięgam pamięcią. Dobre maniery – w moim przekonaniu – pomagają nam nie pozabijać się wzajemnie i żyć w miarę zgodnie wśród innych ludzi.
Nie ukrywano przede mną poważnych trudności z tematem tym związanych. W określonym czasie zwykle funkcjonują trzy wersje takich reguł: współczesna (aktualna, akceptowana przez większość), dawniejsza (mniej więcej z czasów dziadków, taka trochę już trącąca myszką) i nowoczesna (po prostu nowa i dla wielu zbyt nowa). Poza tym reguły te zawsze mają wymiar lokalny. W Polsce wiele zasad będzie różniło się od, na przykład, amerykańskich. U nas mężczyzna nie rozmawia z kobietą, trzymając rękę w kieszeni. W USA nikogo to nie razi. W PRL (czas i miejsce) próbowano nam wmawiać, że do ryb nie używa się noża i je się je przy użyciu dwóch widelców (sic!) itd. Oznacza to, że nie wystarczy (niestety) nauczyć się jakiegoś zestawu zasad raz na zawsze, na każdą okoliczność i miejsce. Dlatego zwróciłem uwagę na poradnik Amy Alkon – zgodnie z opisami nie koncentruje się ona na sztywnych i konkretnych detalach (kolejność sztućców na prawo od talerza), ale raczej na regułach nieco bardziej uniwersalnych. Tu uwaga: nieco bardziej uniwersalnych, a nie uniwersalnych. Jest to poradnik aktualny, ale dotyczy USA, a nie świata, Europy, czy Polski.

Pytałem kiedyś babkę o rady bardziej ogólne, gdyby jednak kłopot się pojawił, mimo znajomości szczegółowych rozwiązań. Powiedziała wtedy, żeby wybierać ten sposób (postawę, zachowanie), które wydaje się trudniejsze. Innym takim jest sugestia „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Dobre to, ale nie zawsze. Trzeba też uważać, bo robienie innym tego, co nam miłe, bywa czasem ryzykowne i nie jest godne polecenia.

Amy Alkon zwykle podchodzi do tematu w odmienny sposób; stara się znaleźć rozwiązania… globalne, jeśli tak można to nazwać. Wyniki swoich przemyśleń, czy wniosków, opiera często na naukowych badaniach lub pseudo dowodach. Na przykład uważa ona, że jesteśmy niegrzeczni/niekulturalni, bo żyjemy w społecznościach zbyt dużych dla naszego mózgu. Podobno potrafimy funkcjonować w grupach nie większych niż 150 osób. Dowodem na to mają być badania socjologiczne, psychologiczne i antropologiczne, ale też przekonania huterytów (fundamentalna sekta religijna w USA i Kanadzie). To ostatnie właśnie nazywam pseudo dowodem. Nie znam huterytów, więc ich pomysły nie są dla mnie dowodem na nic.
Jeśli nawet autorka ma rację, co do tych stupięćdziesięcioosobowych grup, to pojawia się problem inny, daleko poważniejszy, który zawrzeć można w pytaniu: no i co w związku z tym?

Amy Alkon stara się być zabawna i dowcipna, żeby nie wszystkie tematy w książce były ciężkie i poważne. Jej humor przypomina mi nieco telewizyjnych amerykańskich showmanów z lat dziewięćdziesiątych, jednak na papierze wychodzi to nieco gorzej. Do tego trzeba pamiętać, że to jest przekład, a więc znowu nie wszystko da się oddać tak, jak to autorka zaplanowała. Pisze ona chociażby, że w epoce kamienia nie było sklepów spożywczych na każdym rogu, a cousurfing dopiero raczkował. Tak… bardzo śmieszne.

Oczywiście poza sygnalizowaniem problemów i diagnozowaniem, skąd się wzięły, są też w książce propozycje rozwiązań. Na przykład sprzeciwianie się chamstwu, czyli zwracanie uwagi ludziom, zachowującym się niewłaściwie. Odpowiedzialnie autorka uprzedza, że metoda ta może zakończyć się pobiciem. A oto inna propozycja.

Możemy to zmienić, stosując wobec nich taktykę pozytywnego ośmieszania, którą nazwałam ośmieszaniem w sieci, czyli pozbawiając agresorów anonimowości poprzez dyskretne nagranie ich zachowania, a potem publikowanie tego w internecie[2].

Nie mam pojęcia, jak wygląda to w Ameryce, ale zastanawiam się, czy w Polsce filmowanie ludzi bez ich wiedzy i zgody, a następnie publikowanie ośmieszających ich materiałów, jest legalne.

Poradnik zwraca uwagę na potrzebę poprawy jakości naszej komunikacji, podpowiada, jak odmawiać, w jaki sposób tworzyć relacje z sąsiadami albo chorymi przyjaciółmi, jak być grzecznym i uprzejmym przez telefon i w internecie, jak zachowywać się na randce albo w podróży, w restauracjach i na przyjęciach, jak przepraszać i przyznawać się do błędów, i w dziesiątkach innych sytuacji. Lekko, z humorem, ciekawie. Zalecałbym jednak ostrożność i rozwagę w kopiowaniu tych porad. Reguły savoir-vivre’u bywają różne w różnych krajach. Nie w tym rzecz, że jedne są lepsze od drugich, ale po prostu czasem są inne. A może po prostu nie chcę polemizować z autorką, która poleca pisanie anonimów i kłamstwa...

Żuj z zamkniętymi ustami. Siedząca naprzeciwko ciebie osoba nie chce widzieć tego, co zobaczyłaby, gdyby zajrzała ci do przełyku[3].

I to ma sens, a ja dodałbym tylko, żeby jeść po cichu. Jednak zdarzają się sugestie zbyt amerykańskie, jak na warunki w Polsce, na przykład odkładanie sztućców po każdym kęsie. Możliwość wylizywania talerza, gdy jest przerwa w dostawie prądu albo gdy spożywa się posiłek w towarzystwie osoby niewidomej, zapewne autorka zaplanowała jako żart. Ludzie dobrze wychowani pozostają tacy także wtedy, kiedy nikt nie patrzy (dżentelmen to facet, który wychodzi spod prysznica, gdy chce mu się sikać).

Książkę polecam, jednak przede wszystkim za jej wartość rozrywkową.











---
[1] Amy Alkon, „Dobre maniery dla miłych ludzi, którzy czasem mówią K***A”, przekład Anna Rosiak, Iwona Mączka, Grupa Wydawnicza Relacja, 2021, s. 10.
[2] Tamże, s. 20.
[3] Tamże, s. 220.

 

 

 

 

 

 

 

 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl. 

wtorek, 7 września 2021

Tak cię traktują, jak pozwalasz

 „Toksyczna przyjaźń” – Polly Phillips


– Mężczyźni nie rozumieją kobiet.
– Masz rację, ale to chyba bardzo dobrze, bo patrz – kobiety się rozumieją i się nienawidzą.


Stary żart (czy na pewno żart?), który przypomniał mi się już na początku lektury.

Przyjaźń to taka miłość, ale bez relacji seksualnych. Czy opisany w książce związek jest przyjaźnią? Podobno, jak się kogoś kocha, to nie robi mu się krzywdy, a przynajmniej nie z premedytacją.

Rebecca Maloney i Isabel Waverly być może były przyjaciółkami jako dzieci, ale obecnie, związek tych dorosłych już kobiet, niewiele ma wspólnego z normalnie rozumianą przyjaźnią, bo pełen jest złośliwości, rywalizacji, afrontów (afront to niegrzeczność zamierzona, gafa jest niegrzecznością nieumyślną), impertynencji, nieuprzejmości, zniewag, lekceważenia, wyniosłości itd. itp.
Okazało się jednak, że tytuł oryginału jest zupełnie inny: „My best friend's murder” (mogłoby to być „Morderstwo mojej najlepszej przyjaciółki”), a to z toksyczną przyjaźnią nie ma zupełnie nic wspólnego. Nie jestem pewien, czy taka naiwna manipulacja tytułem, powieści (i wydawcy) pomoże.

Bec przynosi Izzy piękne róże. Trafiają one do kosza minutę po wręczeniu, gdy tylko Izzy wydawało się, że Bec tego nie widzi. Zagadnięta o to Izzy twierdzi, że kwiaty były piękne, ale… były na nich mszyce lub inne robaki. Czemu Rebecca tego nie sprawdziła? Czemu nie zajrzała do eleganckiego skórzanego kosza i nie obejrzała kwiatów? Gdyby to zrobiła, jakość ich relacji stałaby się oczywista w tej jednej chwili. Czy Bec bała się prawdy? A może Polly Phillips coś tak oczywistego nie wpadło do głowy?

Ty też wyglądasz zachwycająco. Szkoda, że nie odważyłam się w taką pogodę odsłonić nóg*.

Taki komunikat można odebrać na różne sposoby. Albo jest to wyraz podziwu dla kogoś tak odważnego, by w mroźnym grudniu ubrać krótką sukienkę, albo może być złośliwym przytykiem, że przyjaciółka ubrała się nieodpowiednio do pory roku i okoliczności, czyli na własne przyjęcie zaręczynowe.
W taki sposób Isabel „punktuje” Rebeccę na każdym kroku. Sytuację pogarsza fakt, że Isabel Waverly jest zamożna, szczupła, mieszka w eleganckim domu, ma fantastycznego, przystojnego męża i córeczkę, właśnie wraca do pracy na prestiżowe stanowisko, a Rebecca Maloney właśnie się zaręczyła, a wkrótce wzięła ślub z dość problematycznym facetem, mieszka w skromnym mieszkaniu, nieustannie i bez wielkiego powodzenia walczy z nadwagą, pracuje w redakcji kobiecego czasopisma, ale oszałamiającej kariery tam nie robi – za to podobno dobrze parzy kawę.

Wątek kryminalny, dzięki któremu powieść znalazła się w kategorii thrillerów, wydał mi się zbędny i naciągany. To mogła być niezła powieść psychologiczna i w pewnym sensie nadal jest – zanim znalezione zostały zwłoki jednej z przyjaciółek. Pomijając tragiczną śmierć Izzy i chaotyczne zakończenie, powieść ma ogromną wartość; może być źródłem mnóstwa rozważań, wniosków, przemyśleń, dociekań, dywagacji, refleksji. W lustrze „Toksycznej przyjaźni” można zbadać własne życie, przekonania, poglądy, zapatrywania. Można przyjrzeć się sobie , swojej rodzinie, przyjaciołom, jakości relacji w tych związkach. Co z Bec jest nie w porządku skoro latami godzi się na takie traktowanie? Powiedzenie: tak cię traktują, jak im na to pozwolisz, znane jest chyba każdemu. Czy Izzy zachowuje się w taki sposób w stosunku do wszystkich, czy tylko tam, gdzie bezkarnie może sobie na to pozwolić, czyli w relacji z Bec? Takie i podobne pytania przełożone na własne życie czytelnika stanowią prawdziwą wartość tej książki.









--
* Polly Phillips, „Toksyczna przyjaźń”, przekład Aldona Możdżyńska, wydawnictwo Muza, 2021, s. 28.

 

 

 „Toksyczna przyjaźń”, @wydawnictwomuza

czwartek, 2 września 2021

Nie okłamuj kobiety dwa razy

 „Wybaczam Ci” – Remigiusz Mróz

Tak się dziwnie złożyło, że nie dalej jak kilka dni temu czytałem wyniki pewnego badania prowadzonego przez kilka lat w USA, z którego wynika, że w ponad sześćdziesięciu procentach pozwów rozwodowych pojawia się słowo „Facebook”.

Korzystając z nieobecności męża (wyszedł na popijawę z kolegą) Ina Kobryn znajduje na jego koncie facebookowym wiadomość od młodej, pięknej kobiety, zawierającą tylko dwa słowa: wybaczam ci.
Na placu Konstytucji w Warszawie, niedaleko knajpy, w której bawił się jej Rafał Kobryn z Gracjanem Pabstem, niewydarzonym malarzem, konkubentem siostry Iny, jakaś kobieta podcięła sobie żyły; bardzo skutecznie. Szybko okazuje się, że to nadawczyni tajemniczej wiadomości. Sama zaś wiadomość znika z komputera. Znika też Rafał Kobryn, jego konto na Facebooku i inne ślady w Internecie. Okazuje się też, że w firmie, w której rzekomo pracował, nikt o nim nie słyszał.

Ina Kobryn uważała, że ma poukładane, cudownie szczęśliwe życie, ale wychodzi na to, że najwyraźniej jej wspaniała wizja wynikała tylko z niewiedzy; partner ma tajemnice, wyraźnie wiedzie podwójne, a nawet potrójne życie…

Tak oto trzęsienie ziemi się odbyło i teraz napięcie powoli rośnie.

Powieść ma dwoje narratorów: o wydarzeniach na bieżąco opowiada głównie Ina Kobryn, ale czasem też Gracjan Pabst. Bez tego zabiegu prawdopodobnie nie udałoby się powiązać ze sobą wielu spraw i zdarzeń, ale dzięki niemu od połowy książki domyślałem się, o co tu naprawdę chodzi, ale okazało się, że nie do końca miałem rację. W pewnym sensie kawałek narracji należy także – w formie tajemniczego pamiętnika – do czternastoletniej dziewczynki uwiedzionej przez trenera drużyny piłkarskiej.

Powieść zawiera kilka drobnych mankamentów, na które większość czytelników nie zwróci uwagi, zresztą… nie mają one aż takiego znaczenia dla fabuły. Co najwyżej świadczą o pewnym pośpiechu przy pisaniu (nie jest tak łatwo „zniknąć” z Internetu wszystkie ślady po sobie, zwłaszcza aktywności na FB, w kilka godzin, do ślubu niekonkordatowego też potrzebne są pewne dokumenty, taki sam nóż, to niekoniecznie ten sam nóż itd.). Remigiusz Mróz uznał, że zdecydowana większość czytelników jego książek, nie będzie aż tak dociekliwa, że interesują ich doraźnie emocje przy lekturze, a nie takie niuanse, i… miał rację. Dlatego absolutnie nie mam pretensji do Mroza, który dysponuje świetną wyobraźnią, rodzącą wiele znakomitych pomysłów. Co najwyżej czytelnikami (nie tylko powieści Mroza) jestem nieco… rozczarowany. A „Wybaczam Ci” jest świetną rozrywką dla niezbyt wymagających czytelników, ale uprzedzam: proszę się nie dziwić, jeśli za kilka miesięcy nie będziecie pamiętali fabuły. Oczywiście może to mieć także efekt pozytywny, bo za kilka lat po „Wybaczam Ci” będzie można sięgnąć znowu i znowu dobrze się bawić. Ostatecznie – polecam. Może też i dlatego, że warsztat autora – moim skromnym zdaniem – poprawia się.


Dygresja.
W stosunkowo nowym filmie, którego akcja rozgrywa się w latach trzydziestych, jest scena, kiedy to bohaterka włącza radio i… ono natychmiast zaczyna grać. Oczywista bzdura. Tranzystory do praktycznych zastosowań pojawiły się w drugiej połowie XX wieku. Odbiorniki radiowe wcześniej zbudowane były na bazie lamp elektronowych. A takie lampy, zanim zaczęły działać, musiały się rozgrzać, więc natychmiastowe działanie odbiornika było po prostu niemożliwe. Ot, typowe niechlujstwo i bylejakość, ale też lekceważenie odbiorcy, czytelnika lub widza. Z drugiej strony… po co się wysilać, jeśli prawie nikt tego nie zauważy?

piątek, 27 sierpnia 2021

Holokaust osobisty i prywatny

 „Dziewczyny ocalałe” – Anna Herbich-Zychowicz

Anna Herbich-Zychowicz, dziennikarka, żona kontrowersyjnego publicysty historycznego, Piotra Zychowicza, pisze w zasadzie bardzo podobne książki. Okoliczności się w nich zmieniają, ale konstrukcja literacka, styl tytułu, grafika okładek (młoda, atrakcyjna kobieta ze współczesną fryzurą i makijażem), pozostają te same. „Dziewczyny z Powstania”, „Dziewczyny z Syberii”, „Dziewczyny z Solidarności”, „Dziewczyny z Wołynia”, „Dziewczyny Sprawiedliwe” i najnowsza „Dziewczyny ocalałe”.

W siedmiu historiach, z których składa się książka, jest podobieństw więcej. Cudowny, bezpieczny, pełen miłości dom przed wojną, a w nim najukochańsza mamusia. Prawie zawsze jakiś starszy brat z wybitnym talentem muzycznym lub sportowym. Szablon po prostu. Oczywiście po wybuchu wojny losy kobiet (kobiet, dziewcząt, panienek, a nie dziewczyn; „dziewczyny” zaczęły być w powszechnym użyciu od lat sześćdziesiątych, wcześniej tak mówiono tylko o służących lub pasających krowy, czy karmiących świnie) bywają już bardzo różne. Ale cóż… pani Herbich-Zychowicz nie jest historyczką i pewnie jest zbyt młoda, by to pamiętać/wiedzieć.

Czy historie Danuty, Krystyny, Zofii, Aleksandry, Agaty, Inki, Niusi (uratowanej wraz z rodziną przez Oscara Schindlera), są prawdziwe i wiarygodne? Zakładam, że tak. Czasem tylko wydają mi się nieco… podkoloryzowane. To chyba Aleksandra twierdzi, że swojego wczesnego dzieciństwa niestety nie pamięta, ale za to wybuch wojny to już jak najbardziej. No cóż… w chwili wybuchu wojny miała – 2 lata (słownie: dwa). Ups!

Bohaterki tych wspomnień nie twierdzą, że Polacy byli źli, ani że byli dobrzy. Zgodnie stwierdzają, że bywało różnie. Jedni pomagali, inni wykorzystywali (w tym seksualnie), wydawali Niemcom, szantażowali, mordowali. Dalekie jest to od polaryzacji poglądów, tak powszechnej obecnie i tak łatwej do przyjęcia przez proste umysły.

Ostatecznie jest to lektura warta uwagi, napisana lekko i przystępnie, mimo trudnej tematyki.

niedziela, 22 sierpnia 2021

Małomiasteczkowe plugastwo

 „Chemia śmierci” – Simon Beckett

Bohaterem powieści jest antropolog sądowy, jeden z najlepszych w Wielkiej Brytanii, a może i nie tylko, David Hunter. Kiedy w wypadku drogowym zginęła tragicznie jego żona i córka, Hunter porzucił świetnie rozwijającą się karierę, Londyn i zwłoki, na których zna się tak dobrze, i wyjechał do małego miasteczka, Manham.

Wiejska przychodnia poszukiwała lekarza pierwszego kontaktu na umowę okresową. Na pół roku; mieszkanie zapewnione[1].

Sielanka trwała trzy lata. Do momentu, kiedy to dwóch dzieciaków znalazło rozkładające się zwłoki. Śledczy odkrywają zawodowe sukcesy Huntera w Anglii, Szkocji, Irlandii Północnej, Iraku, Bośni, w Kongo, specjalistyczne szkolenie w USA, i nakłaniają do współpracy. Zwłaszcza, że wkrótce znika kolejna kobieta. I tak David Hunter musi, choć bez zapału, wrócić do swojej profesji.

Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś, co było kiedyś siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz. Już martwe, ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much. Muchy składają jaja, z jaj wylęgają się larwy. Larwy zjadają bogatą w składniki pokarmowe pożywkę, następnie migrują. Opuszczają ciało w składnym szyku, w zwartym pochodzie, który podąża zawsze na południe. Nikt nie wie dlaczego[2].

W miasteczku nie da się już udawać, że zabójcą jest ktoś przypadkowo przejeżdżający przez te okolice. To ktoś miejscowy, który na dodatek utrudnia poszukiwania jednej z ofiar, zakładając w pobliskich lasach sidła i wnyki, raniące ludzi. W Manham wytwarza się stan zbiorowej psychozy. Wszyscy podejrzewają wszystkich, a obcych to już mocno biorą pod lupę, a bywa i gorzej – posuwają się do przemocy.

Poza tym, co najważniejsze i oczywiste, znaleźć można też w powieści przemyślenia autora na różne tematy, na przykład stwierdzenie, że tylko strach i ludzka tragedia potrafią zmienić sługę bożego w człowieka opatrznościowego.

Dobry, może nawet bardzo dobry warsztat. Nietuzinkowa fabuła. Jednak ze względu na wyjątkową… hm… drastyczność opisów rozkładających się zwłok radzę się bardzo poważnie zastanowić przed rozpoczęciem lektury.




--
[1] Simon Beckett, "Chemia śmierci", przekład. Jan Kraśko, wyd. Amber, 2006, s. 11.
[2] Tamże, s. 5.

wtorek, 17 sierpnia 2021

Oniryczne fantazje o Marylin

 „Blondynka” – Joyce Carol Oates

Dawno, dawno temu modne były dowcipy na temat radia Erewań. Dzwonili do niego słuchacze z rozmaitymi pytaniami, a radio odpowiadało im na antenie. Pytania były różne, ale odpowiedzi zawsze zbudowane na jednym schemacie. Przykład: dzwoni słuchacz i pyta, czy to prawda, że w Moskwie rozdają za darmo mercedesy? Radio Erewań odpowiada: w zasadzie to prawda, ale nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie mercedesy, ale rowery, i nie rozdają, lecz kradną.

Czy to prawda, że „Blondynka” Joyce Carol Oates jest biografią aktorki Marylin Monroe? W zasadzie to prawda, z tym że…

Blondynka nie zawiera zatem opisu licznych rodzin zastępczych, w których Norma Jeane przebywała, lecz tylko jednej, i to fikcyjnej; zamiast licznych kochanków, kryzysów zdrowotnych, aborcji, prób samobójstwa, a także występów ekranowych, przedstawia kilka wybranych, symbolicznych. Marilyn Monroe rzeczywiście prowadziła coś w rodzaju dziennika, pisała wiersze czy też fragmenty wierszy. Spośród nich tylko dwa wersy znalazły się w ostatnim rozdziale (“Pomocy, pomocy!“); inne wiersze zostały wymyślone. Pewne wypowiedzi w rozdziale “Marilyn Monroe dzieła zebrane” pochodzą z wywiadów, inne zaś są fikcyjne; pod koniec wspomnianego rozdziału znalazł się cytat zaczerpnięty z konkluzji O powstawaniu gatunków Charlesa Darwina. Faktów z biografii Marilyn Monroe należy szukać nie w Blondynce - która nie powstała jako dokument historyczny – tylko w literaturze przedmiotu”[1].

Autorka nazywa ten zabieg literacki synekdochą, a ja mam wątpliwości, czy tak samo rozumiemy to pojęcie. Ale mniejsza z tym. W tym momencie powinienem już dać sobie spokój z tą książką – interesowała mnie rzetelna biografia aktorki, a nie oniryczne fantazje Oates na temat Marylin Monroe związane z rzeczywistością i faktami bardzo luźno lub wcale.

„Przybyła Śmierć, pędząc wzdłuż bulwaru w gasnącym sepiowym świetle.
Przybyła Śmierć mknąca niczym w kreskówkach dla dzieci na ciężkim, pozbawionym ozdób rowerze posłańca.
Przybyła Śmierć nieomylna.
Śmierć, której nie da się nic wyperswadować.
Śmierć, której się spieszy.
Śmierć naciskająca z pasją na pedały.
Śmierć wioząca paczkę oznaczoną OSTROŻNIE PRZESYŁKA SPECJALNA w solidnym koszyku tuż za siodełkiem.
Śmierć lawirująca śmiało między ludźmi i różnymi pojazdami przy skrzyżowaniu Wilshire i La Brea, gdzie - z powodu remontu ulicy - dwa pasy ruchu biegnące w kierunku zachodnim przechodziły w jeden.
Śmierć jakże chyża!
Śmierć grająca na nosie tym kierowcom w średnim wieku, którzy nie mogli się powstrzymać przed użyciem klaksonu.
Śmierć roześmiana: Pieprz się, facet!
I ty też.
Przemykająca jak Królik Bugs obok błyszczących masek drogich, nowych samochodów.
Przybyła Śmierć nieczuła na przesycone dymem, zepsute powietrze Los Angeles.
Na ciepłe, radioaktywne powietrze południowej Kalifornii, gdzie przyszła na świat.
Zgadza się, ujrzałam Śmierć.
Śniłam o Śmierci poprzedniej nocy.
Śniłam o niej od dawna.
I wcale się nie bałam.
Przybyła Śmierć jakże rzeczowa.
Śmierć pochylona nad brązową od plamek rdzy kierownicą niezgrabnego, lecz solidnego roweru.
Przybyła Śmierć ubrana w bawełnianą koszulkę z napisem Cal Tech, w wypranych, ale nie uprasowanych spodenkach koloru khaki, w trampkach, bez skarpetek.
Śmierć z umięśnionymi łydkami i nogami porośniętymi ciemnymi włosami.
Śmierć o wygiętym kręgosłupie z rzędem zaokrąglonych kręgów.
Śmierć o pryszczatej twarzy niedorostka.
Śmierć o dzielnym sercu, bezlitośnie oślepiana promieniami słońca, które odbijały się od szyb samochodów i chromowanych powierzchni niczym od bułatów”[2].

Ciężko było, ale przebrnąłem… jakoś. Kwestie śmierci zajmują 3-4 strony, więc nie było łatwo. Postanowiłem jednak dać szansę powieści. Nie jest ona o Marylin Monroe, trudno, ale może przecież być ciekawa i wartościowa mimo to. Nie była.

„Ów dzień, dzień urodzin, będzie pierwszym, jaki Norma Jeane zapamięta wyraźnie. Ten cudowny dzień spędzony z Gladys, która bywała Matką, albo z Matką, która bywała Gladys. Kobietą niczym ruchliwy i smukły ptak o bystrym, czujnym spojrzeniu, uśmiechu, jak to sama określała, drapieżcy i ostrych łokciach, którymi dźgała cię w żebra, jeśli zbytnio się do niej zbliżyłaś. Wypuszczała przez nos świecący dym, który przypominał zakrzywione słoniowe kły, i wtedy w ogóle nie miałaś odwagi zwrócić się do niej, a już na pewno nie słowami „mamusiu” czy „mamciu”, używając tych „do porzygania słodziutkich zwrotów”, o których Gladys już dawno temu zapomniała – ani nawet patrzeć na nią zbyt natarczywie”[3].

Wtedy się poddałem. Z punktu widzenia moich oczekiwań i aktualnych potrzeb powieść „Blondynka” jest bezwartościowa. Być może posiada jakieś wartości literackie, ale poszukiwanie ich na ponad siedmiuset stronach, przekroczyło moje możliwości, zapał, determinację i dobrą wolę.





--
1. Joyce Carol Oates, „Blondynka”, przekład Mariusz Ferek, Wydawnictwo: Marginesy, 2021, tekst „Od autorki”.
2. Tamże, „Prolog”.
3. Tamże, „HPIEL”.