poniedziałek, 29 czerwca 2026

Problematyczne pomysły pań

 „Ślepy trop” – Jørn Lier Horst

Line, wnuczka komisarza Williama Wistinga, początkująca dziennikarka śledcza, kupuje dom w Larviku, bardzo blisko domu swojego dziadka. Line jest w dziewiątym miesiącu ciąży z jakimś Amerykaninem, który na scenie się nie pojawia.
Sofie Lund, wnuczka znanego przestępcy, Franka Mandta, dziedziczy po nim dom – osiemdziesięcioletni Mandt uległ wypadkowi w swoim domu, spadł ze schodów do piwnicy i zmarł z powodu licznych obrażeń. Sofie Lund, samotna matka rocznej córeczki Mai, dziadka nienawidziła i nienawidzi nadal, nazywając Starcem i ma to wydźwięk bardzo negatywny. Frank Mandt wrobił w przestępstwo narkotykowe matkę Sofie, a swoją córkę, i przez niego trafiła ona do więzienia, gdzie popełniła samobójstwo. Odziedziczony po Starcu dom też jest nieopodal domu Line. Młode kobiety spotykają się przypadkiem na mieście, przypominają, że kiedyś chodziły razem do szkoły, zaprzyjaźniają się, spędzają razem wiele czasu.

Podczas remontu i wywożenia gratów po Starcu, w piwnicy dawnego domu Mandta Sofie Lund odkrywa sejf tak duży, że wynieść z budynku raczej się go nie da bez burzenia ścian. Sejf jest zamknięty, więc Sofie wzywa ślusarza, specjalistę, któremu po kilku godzinach udaje się otworzyć sejf. Obecna jest też przy tym Line.
Kobiety znajdują w sejfie pistolet, mnóstwo pieniędzy, z czego część znaczona specjalną farbą, jak się to robi w przypadku łupów z napadów lub okupów, jakieś dokumenty i kasety magnetofonowe z nagraniami – na razie nie wiadomo, czego.

W tym momencie zaczynają się w powieści Horsta dziać dziwności. Nie wiem, czy to młode Norweżki są tak pokręcone, czy może macierzyństwo tak na nie wpływa, ale kobiety zaczynają wymyślać, nie wiadomo po co, zupełnie nieprawdopodobne historie. Może jeszcze dałoby się zrozumieć Sofie Lund, o której za wiele nie wiadomo, ale wnuczka komisarza policji, dziennikarka??? Najpierw planują wyrzucić pistolet do morza. Ostatecznie jednak Line oddaje go dziadkowi (komisarzowi), zastrzegając anonimowość. Policja szybko odkrywa, że broni używano podczas przestępstw, więc dalsze granie wariata i udawanie, że nie wiadomo, skąd pochodzi, nie jest już możliwe.
Znaczone pieniądze, ogromną sumę, panie postanawiają wysłać anonimowo w prezencie jakiejś organizacji zajmującej się zwalczaniem narkomanii. Organizacja, co oczywiste, natychmiast zawiadamia policję. Itp.

Komisarz William Wisting, główny bohater Horsta, wraz ze swoim zespołem od miesięcy poszukuje taksówkarza i jego samochodu. Policja podejrzewa, że taksówkarz mógł być powiązany z ciemnymi sprawkami Franka Mandta, ale dowodów na to nie ma żadnych.

Powieść, na poważnie, zaczyna się, gdy przypadkowo zostają znalezione zwłoki taksówkarza, a niedługo potem, w szopie dzierżawionej przez Mandta, jego taksówka.

„Ślepy trop” to typowy skandynawski kryminał. Ciekawa, bardzo ciekawa fabuła, ale… sporo dłużyzn, wątków bez znaczenia dla opisywanej akcji, i prawie żadnej sensacji. Policjanci w powieści Horsta są urzędnikami państwowymi, to nie są gliniarze pokroju Brudnego Harry’ego. Jednym się to spodoba, innym niekoniecznie.

niedziela, 21 czerwca 2026

Blaski i cienie w życiu agenta

 „Wilczy bilet” – Kacper Młyńczak

Powieść szpiegowsko-sensacyjno-przygodowa, dotycząca polskich służb, ich tajnych operacji, różnych agencji oraz zawirowań w tym środowisku, wywołanych zmiennymi układami politycznymi. Oczywiście wszystko to mocno przerysowane, ale to przecież miała być rozrywka, a nie dokument. Tak więc powieścią rozrywkową „Wilczy bilet” jest całkiem niezłą. Z tych, co to trudno się oderwać, bo czytelnikowi naprawdę zależy, żeby dowiedzieć się, jak się to ostatecznie zakończy.

Major Leopold Kryński próbował ewakuować agenta polskich służb, Wadima, z Ukrainy, któremu wydawało się, że został zdemaskowany. Podczas tej akcji, nieautoryzowanej zresztą przez polskie służby, coś mocno poszło nie tak – ranni ukraińscy policjanci i cywile, trup w rzece, skandal dyplomatyczny. Kryński, zwany w środowisku jako Leo („Psy”, Franciszek Maurer ksywa Franc, stworzyły pewną manierę) musiał odejść ze służby i obiecać, że nie pojedzie nigdy więcej do Ukrainy. W zamian obiecano mu, że nie będzie śledztwa i oskarżeń w jego sprawie. Jednak do dżentelmeńskich umów, jak to często powtarza się w powieści, potrzeba przynajmniej dwóch dżentelmenów. Kapitan Orest Ziętara, zaprzysięgły wróg Kryńskiego i jego metod, postanowił wznowić sprawę i doprowadzić do przykładnego ukarania byłego majora wywiadu, który teraz zarabia na skromniutkie utrzymanie jako korektor w wydawnictwie poradników dla tych, którzy chcą zmienić swoje życie, ale dopiero od jutra, bo najpierw muszą przeczytać, jak to się robi.

Kornel Lipiński, polski miliarder, proponuje Kryńskiemu zadanie odszukania swojego syna, Mikołaja, młodego dziennikarza śledczego, z którym kontakt nagle się urwał. Brak adrenaliny, praca korektora raczej jej nie dostarcza, ale także pieniędzy, skłania Leopolda Kryńskiego do przyjęcia oferty. Szybko jednak okazuje się, że ślad wiedzie do Ukrainy i nie chodzi o proste porwanie dla okupu, ale skomplikowaną grę operacyjną rosyjskich służb specjalnych.

Jak na debiut powieść napisana została całkiem sprawnie, może nawet wyjątkowo dobrze. Wprawdzie miałem zamiar wtrącić coś o lokowaniu produktu, ale dałem spokój.

„Obrócił Red Roses Speedway Wingsów na drugą stronę. Ucieszył się to na niej był jego ulubiony numer na płycie – instrumentalny Loup (1st Indian on the Moon). Podkręcił głośność i wrócił do laptopa” [1].

„Wyjął z kieszeni IQOS-a. Zajrzał do barku w salonie. Koniak – Martel XO, whisky Cardhu 18YO, szampan – Bollinger 2004, wódki – Grey Goose oraz Baczewski” [2].

Młodemu autorowi po prostu wydawało się, że historia stanie się lepsza, jeśli napcha do niej sławnych i wyjątkowo drogich marek. Marek alkoholi, ubrań, zegarków, samochodów itp. Wyszło odrobinę infantylnie, ale to stosunkowo drobny mankament.

„Ukrainiec zauważył, że jego tymczasowy przełożony zachowuje się w ten sposób, kiedy zamierza powiedzieć coś przenikliwego. Zazwyczaj kończyło się właśnie na zamiarach, bo złote myśli Kryńskiego niosły wiele słów, lecz mało treści.
/…/
Pierwszy raz zdarzyło się, by zamiast rzucić głupi żart, miałki aforyzm albo szorstki rozkaz, zwyczajnie poprosił o opinię” [3].

Kacper Młyńczak całkiem sprawnie uniknął, często popełnianego przez nowicjuszy błędu, to jest nie zaprezentował głównego bohatera, jako połączenia Rambo, Jamesa Bonda, Johna Wicka i kogo tam jeszcze. Kryński nie jest herosem czy nadczłowiekiem, cechuje go sporo wad i słabości, a jedną z nich jest rozwijająca się choroba alkoholowa. Jak wiadomo, alkoholicy zawalają mnóstwo spraw życiowych i zawodowych, bo w najbardziej nieodpowiednich momentach po prostu muszą się napić.

Historia kończy się satysfakcjonująco, ale z drobną furtką, która w przyszłości mogłaby umożliwić kontynuację losów czy przygód Leopolda Kryńskiego. Nie miałbym nic przeciwko temu, a jeśli Młyńczak napisze coś jeszcze, to chętnie przeczytam. Dobra robota.



---
[1] Kacper Młyńczak, „Wilczy bilet”, Muza, 2026, s 108.
[2] Tamże, s. 168.
[3] Tamże, s. 210.

czwartek, 18 czerwca 2026

Co naprawdę liczy się w życiu

 „Listonosz” – David Brin

„Nie było już zbyt ważne, jaka była tego przyczyna – wielki meteoryt, potężny wybuch wulkanu czy wojna atomowa. Równowaga temperatury i ciśnienia załamała się. Rozszalały się potężne wichry. Na całej północy zaczął padać brudny śnieg. Gdzieniegdzie nie ustawał nawet podczas lata” [1].

Wojna atomowa wybuchła, gdy Gordon Krantz, główny bohater, miał osiemnaście lat i zaczynał naukę w college’u. Do tego doszła epidemia zabójczego wirusa, który twórcom wymknął się spod kontroli i zabijał zarówno wrogów, jak i swoich. Zbiory pogarszały się z roku na rok. Jednak te elementy nie wystarczyłyby, żeby tak totalnie zniszczyć świat. W społeczeństwie pojawił się wróg wewnętrzny – Nathan Holn i jego zwolennicy czy wyznawcy.

Katastrofa, a właściwie apokalipsa i zagłada, miała miejsce około szesnaście lat temu. Trzydziestokilkuletni obecnie Gordon Krantz, połowę życia spędził w głuszy, z dnia na dzień walcząc o przetrwanie. Czasami, w nielicznych, rozsianych z rzadka osadach ludzkich, nakarmiono go lub wynagrodzono przydatnymi drobiazgami, w zamian za historie, które świetnie potrafił opowiadać.

Pewnego razu Gordon został napadnięty przez bandytów i obrabowany z większości rzeczy, które umożliwiały mu przeżycie. Udało mu się uciec, ale bez swojego sprzętu był skazany na śmierć w ciągu doby lub dwóch. Ruszył za bandytami, gotów do walki z nimi na śmierć i życie, ale zgubił ich ślady. Natknął się za to na wrak furgonetki pocztowej, a w niej na szkielet listonosza. Jego skórzana kurtka i mundur z emblematami państwowej amerykańskiej poczty były coraz rzadziej spotykanym wspomnieniem po zaginionym świecie.

Ważne w powieści wydaje się to, że Gordon nie był komandosem, weteranem wojny w Zatoce, Pustynnej Burzy lub kimś takim. David Brin zręcznie uniknął tak sztampowego rozwiązania. To humanista i to momentami naiwny – nawet z bandytami (na szczęście nie byli to holniści) próbował się jakoś porozumieć, dogadać. Owszem, ruszył za nimi w pogoń, ale czy naprawdę byłby w stanie zabić któregoś z nich mimo posiadania broni?

Gordon nosił kurtkę listonosza bez żadnych ukrytych motywów, po prostu dla ochrony przez zimnem. W osadzie Pine View, gdzie bawił mieszkańców swoją interpretacją Makbeta i mową Lincolna, zauważył, że w tym stroju ludzie traktują go w sposób szczególny. Poczta, listonosze, to element normalnego świata, takiego zorganizowanego, z odpowiedzialnymi urzędnikami, a pojawienie się listonosza to nadzieja, że taki świat mógłby powrócić.

David Brin sugeruje wyraźnie, że cywilizacja ludzi, to nie tylko gospodarka, technologia i przewaga militarna, że liczą się też inne wartości – duchowe, a nie materialne.

W czasach miernoty i bylejakości książka bez rażących błędów, dobrze wydana z twardą okładką i ciekawą na niej grafiką, zwraca uwagę na plus. Powieść wydana po raz pierwszy w 1985 roku, ale podczas lektury trudno byłoby to odkryć – dziś wydaje się równie aktualna.




---
[1] David Brin, „Listonosz”, przekład Michał Jakuszewski, Zysk i s-ka, Poznań 2026, s. 7.
 




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

czwartek, 11 czerwca 2026

Spojler wręcz absurdalny!

 „Instynkt zabójcy” – Joseph Finder

Opis na okładce
Jeśli ktoś przeczyta opis z tyłu książki, to samą powieść może sobie darować. Gdyby jeszcze przeczytał pierwszy rozdział, czy może wstęp, wiedziałby też, jak się fabuła rozegrała i skończyła. Kompletne nieporozumienie.

Ta powieść nie jest zła, albo nie byłaby zła, gdyby udało się ją przeczytać z pominięciem opisu i tego pierwszego tekstu, ale to nierealne. W tej sytuacji do poznania pozostają jedynie drobne detale.

Jedyne, co nie zostało dokładnie zaprezentowane w opisie, to pewne elementy dotyczące ciekawych technik marketingowych i manipulacji negocjacyjnych.

Ciekawostka – na stronie wydawcy nie znalazłem żadnej informacji, że kiedykolwiek taką powieść wydał. A może to inny Albatros?

sobota, 6 czerwca 2026

Bandyci, policjanci i zdrajcy

 „Zdrajca” – Jørn Lier Horst

Dość szybko zorientowałem się, że powieści, w których głównym bohaterem jest komisarz William Wisting, Horst napisał znacznie więcej, ale nie przeszkadzało mi to w lekturze. „Zdrajca” to osobna, zamknięta całość.

Rzecz dzieje się w Larviku i okolicy. Po ulewnych deszczach przepust nie wytrzymał i woda porwała skarpę oraz wiele domów. Kilkanaścioro mieszkańców trafiło wprawdzie do szpitali z obrażeniami różnego typu, ale nikomu z nich nie groziła śmierć. Policja dumnie obwieściła, że odnalazła i zaopiekowała się wszystkimi ofiarami katastrofy. Jednak nie do końca było to prawdą, bo następnego dnia odnalezione zostały zwłoki mężczyzny. Nikt go nie znał, nie był stałym mieszkańcem, a zginął od strzału w głowę dwa dni przed katastrofą. To całkowicie zmieniło sprawę. Nie szukano już aż tak intensywnie odpowiedzialnych za niewystarczające zabezpieczenia budowlane i powstanie osuwiska, bo na planie pierwszym pojawiła się sprawa morderstwa.

Larvik to około pięćdziesięciotysięczne norweskie miasto i gmina w regionie Vestfold. Mieszka tam, a przynajmniej mieszkał, Jørn Lier Horst, autor powieści i kilka innych, znanych postaci. W „Zdrajcy” w Larviku prawie stale pada deszcz.

Zastrzelony mężczyzna wydawał się poszukiwanym za zabójstwo Szwedem, ale gdy do zespołu Wistinga dołączyli policjanci śledczy i prawniczka ze Szwecji, okazało się, że prawda wygląda zupełnie inaczej.
À propos – z Amerykaninem Skandynawowie mówili po angielsku, ale nie znalazłem informacji, w jakim języku porozumiewali się Szwedzi i Norwegowie. Nie znam się na tym zupełnie, wiec może szwedzki i norweski są tak podobne, że obywatele tych nacji porozumiewają się bez problemów?

Specyficzna powieść kryminalna i sensacyjna, bo prawie od początku wiadomo, kim są sprawcy. Wiadomo też, że tworzą grupę zajmującą się porwaniami dla okupu. Akcje mają znakomicie przygotowane i przeprowadzone; porywają osoby bardzo bogate, lub członków ich rodzin, za które mogą otrzymać gigantyczne odszkodowania. Dwie takie akcje przeprowadzili w Szwecji, a teraz czas nadszedł na Norwegię. Tak więc wiadomo, kim są bandyci, ale nie wiadomo, gdzie są. Policja nie dysponuje też żadnymi dowodami przeciwko nim.
Całą sytuację komplikują podejrzenia komisarza Williama Wistinga, że w norwesko-szwedzkiej grupie dochodzeniowej zainstalował się kret, ktoś, kto przekazuje wyniki pracy śledczych, przestępcom.

Powieść zdecydowanie mniej typowa niż wiele kryminałów skandynawskich, bo bez rozbudowanych wielce wątków społeczno-psychologiczno-obyczajowych. Trochę dłużyzn.

„Zdrajca” nie powalił mnie na kolana, ale kiedyś pewnie sięgnę po jakąś inną powieść tego autora, żeby ostatecznie się upewnić i zdecydować. Na okładce napisano, że to jedna z najlepszych książek Horsta, a ja tylko mam nadzieję, że tak nie jest.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Prawo, bezprawie i przemoc

„Toast” (Prawo i pięść) – Józef Hen

Hen napisał scenariusz filmowy (taki nieco bardziej rozbudowany) pod tytułem "Toast" i taką właśnie wersję czytałem. Film ostatecznie wszedł na ekrany pod tytułem "Prawo i pięść". Nazywają go polskim westernem. Podobnie jak "Wilcze echa".

"Toast" opowiada dość brutalną, ale i odrobinę przygodową historię przejmowania przez grupę Polaków niemieckiego miasteczka uzdrowiskowego, na Ziemiach Uzyskanych. W grupie tej znalazł się oszust, szabrownik, jakieś kobiety, dwóch byłych więźniów obozów koncentracyjnych. W miasteczku natykają się na Niemca - kelnera, Żyda - hydraulika.

Powiedziałbym, że to bardzo wiarygodna historia z niewielką dawką propagandy.

niedziela, 31 maja 2026

Boimy się czegoś wszyscy

 „Lęk” – Antoni Kępiński

Popularnonaukowa publikacja na temat lęku, jego odmian, przyczyn powstawania, fundamentalnej roli w życiu itd. Najważniejsze jednak jest to, że w odróżnieniu od setek współczesnych poradników, nie zawiera naiwnych informacji, jak przestać się bać od poniedziałku.

poniedziałek, 25 maja 2026

Łagry - podejście z dystansu

 „Gułag” – Anne Applebaum

W związku z tematem istnieje, jak mi się wydaje, podział bardzo ostry i wyraźny: na tych, którzy przeczytali uważnie trzy tomy „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna oraz na tych, którzy tej pozycji nie znają. Ci, którzy nie znają, mogą zapewne bardziej obiektywnie ocenić „Gułag” Anne Applebaum. Ja, i kilkoro znajomych, każdą książkę na tematy radzieckich łagrów, także „Gułag”, oceniamy w porównaniu i odniesieniu do Sołżenicyna. „Archipelag Gułag” po prostu wywarł niezacieralne piętno.

Opracowanie Anne Applebaum jest bardziej naukowe, bardziej faktograficzne, bardziej dokumentalne niż powieść Sołżenicyna. Autorka pisała z wyraźnie większym dystansem, podczas gdy „Archipelag Gułag” jest niezwykle osobisty i emocjonalny. Sołżenicyn to literatura, a Applebaum, może za wyjątkiem jednego rozdziału, to raczej opracowanie popularno-naukowe.

„Gułag” zawiera sporo porównań do niemieckich obozów koncentracyjnych; wydaje mi się, że większość ilustruje różnice systemowe, bo podejście do tego lub innego więźnia może być akurat podobne. Zabrakło mi porównania, choć to skala zupełnie inna, obozów radzieckich, niemieckich i polskiego obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, gdzie przeciwników politycznych pozbywali się piłsudczycy. W latach 1934–1939 w Berezie Kartuskiej funkcjonował obóz zwany Miejscem Odosobnienia w Berezie Kartuskiej, przeznaczony głównie dla więźniów politycznych będących przeciwnikami rządów sanacyjnych. Ale trudno, nie można mieć wszystkiego.

„Gułag” Applebaum polecam wszystkim, którzy nie mają wiedzy na temat radzieckich obozów. Jednak, jeśli to możliwe, najpierw proponowałbym „Archipelag Gułag” albo chociaż „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.

wtorek, 19 maja 2026

Zbrodnia w pisarskim świecie

 „Szachy pod wulkanem” – Håkan Nesser

Pisarz, Franz J. Lunde, pisze powieść o pisarzu, o identycznych inicjałach, który pisze powieść. Powieść Johna Leandera Franzena. (jakby alter ego Lundego) nosi tytuł „Ostatnie dni i śmierć literata”. Jedne rozdziały powieści dotyczą Lundego, a inne F.J.L. Pomieszanie fragmentów powieści powieściowej postaci z pamiętnikami innej stwarza pewne problemy.
Franz J. Lunde opisuje w swojej książce morderstwo, twierdzi, że doskonałe, a to wywołuje reakcję – na spotkaniach autora z czytelnikami pojawia się tajemnicza kobieta, która dopytuje, czy miał coś wspólnego z tą zbrodnią. Powtarza się to w różnych miejscach i zaczyna nosić znamiona nękania.
Po jednym z takich spotkań Lunde znika.

Zastanawiałem się nad mocno zwariowanym pomysłem spisku lub zmowy pisarzy skandynawskich, autorów powieści sensacyjnych. Musiałoby to mieś miejsce na przełomie XX i XXI wieku, bo wcześniej skandynawskie kryminały były mniej więcej normalne, o zwykłej wtedy, europejskiej objętości. Do dziś pamiętam parę Maj Sjöwall i Per Wahlöö i ich „Śmiejącego się policjanta” i „Człowieka z Säffle” albo Marię Lang i „Dość zabójstw”. Kilka-kilkanaście lat później sensacyjne powieści Skandynawów zaczęły się kojarzyć z opasłymi tomami i tematyką głównie społeczno-obyczajowo-psychologiczną z umiarkowanie ważnym elementem sensacji.

Sprawę problematycznego zaginięcia Lundego (raz już kiedyś zniknął na kilka miesięcy) prowadzi sceptyczny komisarz Gunnar Barbarotti, mający nadzieję na jakieś odkrycie, dzięki lekturze „Ostatnich dni i śmierci literata”.
Wkrótce potem na listy zaginionych trafia poetka, a wreszcie krytyk, a więc osoby z kręgu pisarsko-wydawniczego. Nic nie wskazuje na to, by się znali i coś ich łączyło, ale wykluczone to nie jest i sprawdzić trzeba.
Wszystko komplikuje się przez rozwijającą się wtedy właśnie falę epidemii Covid-19.

Choć wątków społecznych nie znalazłem w powieści wielu, to i tak uważam, ze zawiera ona nużące dłużyzny. Rozwiązania czytelnik nie jest w stanie odkryć samodzielnie, bo właściwie zupełnie nic do niego nie prowadzi i pojawia się ono pod sam koniec książki, jakby sprawa rozwiązała się przypadkowo. Koniec nie zamyka wszystkich wątków, nie wszystko wyjaśnia.

Skuszony entuzjastycznymi, a przynajmniej dobrymi recenzjami, przeczytałem kilka powieści Håkana Nessere, więc nie dam sobie powiedzieć, że nie dałem pisarzowi trzeciej, czwartej, piątej szansy. Wydaje mi się jednak, że ta będzie ostatnia.