niedziela, 11 października 2026

Rozpoznaj cwaniaka, czyli...

Rozpoznaj cwaniaka, czyli rzecz o internetowym biznesie

 – Z naszego systemu możesz przez tydzień korzystać za darmo, ale… najpierw podaj nam numer swojej karty kredytowej. – Proces rezygnacji z usługi jest skomplikowany, jego opis trudny do znalezienia na stronie usługodawcy, pracownicy firmy odpowiadają na zapytania opieszale albo w ogóle… A ósmy dzień, w którym naliczona zostanie opłata, zbliża się szybko. 

– Nasze oprogramowanie jest darmowe, ale… podczas rejestracji wymagane jest podanie adresu e-mail. – Ciekawe, do czego? Zastanawiał się ktoś kiedyś? Zadawał sobie takie pytanie? No… po co komu mój adres e-mail? Kolekcjoner jakiś, czy co? Po co, jeśli nie po to, by później napychać moją skrzynkę pocztową spamem? 

– Jeśli podczas rejestracji nie odptaszyłeś stosownego pola zakładamy domyślnie, że chcesz otrzymywać nasze (i partnerów) reklamy. – A pole, które ewentualnie można odptaszyć jest tak trudnie do odnalezienia w portalu firmy, jak igła w stogu siana. 

 Adam Smith, szkocki teoretyk kapitalizmu i wykładowca filozofii moralnej, często zwracał uwagę na rolę moralności w gospodarce (wolnorynkowej, bo innej nie znał) oraz podkreślał ważną rolę państwa w zapewnieniu płacącym podatki obywatelom ochrony zarówno przed napaścią zewnętrzną jak i przemocą wewnętrzną. Przez to ostatnie rozumiem nieetyczne, choć może nienaruszające prawa wykorzystywanie obywateli przez podmioty gospodarcze (firmy) proweniencji rodzimej albo i obcej, lecz działające na terytorium danego kraju. 

Przykładów – takich jak powyższe i podobnych mniej lub bardziej – są tysiące. Nie są to (niestety!) działania sprzeczne z prawem, choć trudno je chyba nazwać etycznymi (chyba, że mówimy o etyce Kalego). Wywiązujące się ze swoich zobowiązań państwo, powinno obywateli przed czymś takim chronić, ale nie ma co liczyć na ochronę państwa, w którym – jak ma to miejsce w Polsce – panuje ustrój feudalno-mafijny, prawda? 

Wmawia nam się, że to, co aktualnie dzieje się w Polsce, to normalny objaw drapieżnego, nowopowstającego kapitalizmu. Nie sądzę. Kapitalizm – normalny, a nie wynaturzony, postkomunistyczny – budowano z Biblią w ręku, najczęściej w duchu purytańskiej ascezy (warto przeczytać książkę pt. „Etyka protestancka, a duch kapitalizmu” Maxa Webera, w 2010 roku pojawiło się nowe wydanie). Różne próby wyzysku notowane były zapewne wszędzie, jednak chyba tylko w XXI-wiecznej Polsce (może jeszcze na Ukrainie i Białorusi) nazywa się biznesmenami małomiasteczkowych cwaniaczków, bezczelnych kanciarzy, zwyczajnych oszustów i hucpiarzy. 

Stara, znana zasada mówi, że zgoda na zło może urodzić tylko jeszcze większe zło, ale… wmawia nam się, że jeśli daliśmy się oszukać, to jest to nasza wina, że wstydzić powinny się ofiary kanciarstwa i cwaniactwa, a nie cwaniacy i kanciarze. 

Jak odróżnić cwaniaka od rzetelnego przedsiębiorcy?

Kiedy cwaniak pyta: „czy mogą nam coś udowodnić i skazać?”, rzetelny przedsiębiorca zastanawia się: „czy to co robimy jest w porządku?”

Kiedy rzetelny przedsiębiorca pyta: „co możemy zrobić, żebyś ty dostał to, czego potrzebujesz, a ja zarobił?”, cwaniak zastanawia się: „co muszę zrobić, żeby cię wydymać?”

Rzetelny przedsiębiorca oferuje okres próbny i informuje, co należy zrobić po tym terminie, by program (usługę) kupić.

Rzetelny przedsiębiorca informuje, co należy zaptaszyć, jeśli się chce otrzymywać od niego jakieś informacje. 

ZAGADKA. Który z prezentowanych fragmentów umów/regulaminów jest dziełem cwaniaka, a który rzetelnego przedsiębiorcy?

 


 Nic tak nie umacnia zła, jak bezczynność uczciwych, dobrych ludzi. Dziś jakiś cwaniak okantuje Cię na dziesięć złotych. Wstyd Ci będzie własnej naiwności, uznasz, że dycha to nie pieniądz, że stać Cię, że dla dychy nie będziesz się szarpał itp., a za kilka-kilkanaście lat Twoja żona albo Twoje dziecko zostanie wyrolowane z oszczędności, domu, samochodu. I płacz będzie i zgrzytanie zębów…

sobota, 10 października 2026

Kobiety uratują wszechświat?

 „Upadające Imperium” – John Scalzi

Nurt zapewnił ludzkości przetrwanie po tym, jak utraciła ona Ziemię. Pozwolił, aby w ramach Wspólnoty kwitł handel, dzięki czemu każda placówka ludzkości dysponowała zasobami koniecznymi do przetrwania – zasobami, jakich niemal żadna z nich nie byłaby w stanie pozyskać na własną rękę.
Oczywiście, stanowi to absurdalny sposób patrzenia na Nurt. Nie ma on nic wspólnego z rzeką, nawet w przybliżeniu. To wielowymiarowa, branopodobna, metakosmologiczna struktura, która miejscowo przenika się z czasoprzestrzenią w złożony sposób, przypominający topografię terenu. Wpływ na to, częściowo i chaotycznie, aczkolwiek nie wyłącznie, ma grawitacja. W strukturze tej statki nie poruszają się w żadnym tradycyjnym sensie tego słowa, lecz po prostu wykorzystują jej wektorową naturę, relatywną względem miejscowej czasoprzestrzeni i niezwiązaną z rządzącymi naszym kosmosem prawami dotyczącymi szybkości, przyspieszenia czy energii, co daje miejscowym obserwatorom złudzenie podróżowania szybciej niż światło*.
I już wszystko jasne, nieprawdaż?

Problem w tym, że Nurt zaczyna wykazywać pewne… anomalie, co może uniemożliwić mieszkańcom zamieszkanych planet, podróże z prędkością większą od prędkości światła. To odizolowałoby te światy od siebie, ale żeby ludzkość jako całość jakoś funkcjonowała, niezbędna jest ich stała i ciągła współpraca; żadna z planet zamieszkanych przez ludzi nie jest w stanie przetrwać bez pozostałych. A przynajmniej tak to ludziom wmówiono… W ten sposób już w połowie pierwszego rozdziału, wiadomo, o co (między innymi) w powieści chodzi, to jest o pełną kontrolę i władzę. Jest to tym łatwiejsze do odgadnięcia, że jedną z sił sprawujących władzę i kontrolę, jest kościół.

W „Upadającym Imperium” główne role gra troje bohaterów: Marce Claremont, naukowiec, nerd, postać najmniej wyrazista, mądry, ale taki nijaki, Kiva Lagos, charyzmatyczna, pewna siebie, ale i ordynarna kapitanka statku kosmicznego, i wreszcie Cardenia – prywatnie, bo oficjalnie Grayland II, cesarzowa i władczyni znanego wszechświata, zwana w książce imperoksem; nieślubna córka Batrina Wu.

Batrin Wu, ojciec Cardenii, oficjalnie znany był jako Attavio VI, imperoks Świętego Imperium Wspólnoty Państw i Gildii Kupieckich, Król Hubu i Narodów Powiązanych, Głowa Kościoła Wspólnoty, Spadkobierca Ziemi i Ojciec Wszystkich, a także osiemdziesiąty siódmy Imperoks z rodu Wu, który wywodził swoje korzenie od Prorokini-Imperoks Racheli I, założycielki Wspólnoty i Zbawczyni Ludzkości*.

W związku z zawirowaniami Nurtu całe Imperium znajduje się na krawędzi rozpadu, a bohaterowie starają się odkryć, co i dlaczego się dzieje i ratować to, co jest do uratowania.

Powieść z gatunku space opera. Sporo humoru, który po połowie lektury zaczyna stawać się przewidywalny i nużący, a przynajmniej już nie tak śmieszny. Główne role odgrywają kobiety i jest ich wyraźnie więcej niż postaci męskich. Sporo polityki i psychologii relacji międzyludzkich, za to żadnych scen batalistycznych czy kosmicznych starć.

„Upadające Imperium” to pierwsza część cyklu The Interdependency. Całkiem niezła, powiedziałbym, ale może nie aż tak, żebym odczuwał nieodpartą potrzebę poznawania kolejnych tomów.



---
* John Scalzi, „Upadające Imperium”, przekład Paweł Grysztar, wyd. NieZwykłe, r. 2019.

środa, 7 października 2026

Dla miłośników absurdów SF

 „Serny glob” – John Scalzi

Tym razem i na wszelki wypadek nie czytałem tekstu na okładce. Zerknąłem na niego dopiero po przeczytaniu ze dwudziestu procent powieści. Oczywiście, jak to się coraz częściej zdarza, blurb zawiera kompletny spojler.

Rzecz dzieje się mniej więcej współcześnie, głównie w USA. Pewnego razu okazało się, że Księżyc zmienił się w ser. Fabuła powieści koncentruje się wokół reakcji różnych ludzi i grup społecznych na to absurdalne wydarzenie.

Jeśli ktoś lubi groteski i pastisze, to powinien być usatysfakcjonowany.

niedziela, 4 października 2026

Biało-czarna Ameryka obecnie

 „Anioł z Missisipi” – Greg Iles

Jeśli przeczytałeś blurb, to całą resztę możesz sobie darować, bo w zasadzie jest to streszczenie powieści, a nawet spojler. Przyszło mi na myśl, że czytelnikowi o odrobinę wyższej od przeciętnej sprawności intelektualnej, napisanie recenzji – po lekturze tylko tekstu na okładce – nie powinno stanowić większego wyzwania.

Akcja rozgrywa się w Natchez, niewielkim (ok. 15 tyś. mieszkańców) mieście w Stanach Zjednoczonych, położonym w stanie Missisipi. W potoku wpadającym do rzeki Missisipi miejscowi wędkarze znajdują ciało, częściowo rozebranej, siedemnastoletniej uczennicy szkoły średniej, Kate Townsend. Dziewczyna miała w mieście bardzo dobrą opinię, miła, życzliwa, prymuska (już przyznane stypendium Harwardu), wysportowana, śliczna. Sekcja wykazała, że dziewczyna była w ciąży, że przed śmiercią została zgwałcona, a w każdym razie niedawno miała stosunki seksualne z dwoma mężczyznami. Szybko też wyszły na jaw jej kontakty z dilerem narkotyków, Cyrusem White. Cudowny wizerunek aniołka z Natchez całkowicie się posypał.

Doktor Drew Elliot, który miał romans z ofiarą, obawia się posądzenia o morderstwo, więc prosi przyjaciela, byłego prokuratora z Houston, a obecnie pisarza, Penna Cage’a, o pomoc i wydobycie go z tarapatów. Główny bohater, Penn Cage waśnie, miałby również za zadanie odkrycie, kto zabił dziewczynę. Przy tej okazji ujawnione zostają rozliczne niecne sprawki uczniów prywatnego liceum pod wezwaniem Świętego Stefana, ale także tajemnice tak niby spokojnego Natchez.

Poszukiwanie mordercy i procedury formalno-prawne amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, to wątek główny, ale jest i drugi, powiedziałbym, że socjologiczno-polityczny, który dotyczy trudnych relacji czarnych i białych mieszkańców miasta.

- Wyobraź sobie, że Cyrus jest weteranem Pustynnej Burzy – ciągnie Sonny. – Był w lotnictwie. Usiłowałem go zdybać przez rok, ale nie sposób się go czepić. Teflonowy czarnuch.
Sonny powiedział to ostatnie słowo kompletnie bezwstydnie. Należy do tej grupy ludzi Południa, co dostosowują słownictwo do towarzystwa, w którym się znajdują. Wśród swoich białych znajomych – i pewnie podejrzanych, których maltretuje – Sonny mówi „czarnuch” i nawet powieka mu nie drgnie. Wśród obcych jest politycznie poprawny jak każdy. Ale wiadomo, jak naprawdę postrzega tych, którzy często stają się jego celami. Nie ma wątpliwości, że to między innymi z powodu uprzedzeń ściga przede wszystkim Afroamerykanów, a nie różne Kate Townsend. Ale te uprzedzenia nie stanowią niczego nadzwyczajnego wśród detektywów z biur szeryfów w Missisipi. Amerykańskie sądownictwo ma te uprzedzenia we krwi, stąd aż po Waszyngton*.

Segregacja rasowa została w Stanach zniesiona w 1964 roku (Voting Rights Act – ustawa o prawie do głosowania, oraz Civil Rights Act – ustawa o prawach obywatelskich), ale w praktyce, zwłaszcza w stanach południowych, wygląda to… różnie.

W sprawie zabójstwa Kate Townsend doktor Drew Elliot i dawny prokurator, Penn Cage, muszą się zmierzyć z aspiracjami politycznymi czarnego prokuratora, Shadracha Johnsona, który za wszelką cenę chciałby zostać burmistrzem Natchez. Skazanie białego lekarza niewątpliwie zapewniłoby mu głosy czarnych obywateli miasta. W tej sytuacji ewentualna wina doktora staje się mniej ważna od lokalnych rozgrywek politycznych.

Całkiem niezła powieść, choć może nieco za długa – prawie pięćset stron. Jedna z niewielu, jakie czytałem, w których kanalią i szują okazuje się czarny prawnik i polityk.




---
* Greg Iles, „Anioł z Missisipi”, przekład Macieja Mazan, wyd. Albatros, 2008. 

czwartek, 1 października 2026

Naiwne i popieprzone fantazje

 „Czerwone koszule” – John Scalzi

Zaczęło się bardzo dobrze, nawet znakomicie. Główny bohater, podporucznik Andrew Dahl, skierowany zostaje na „Nieustraszonego”, flagowy statek Unii Galaktycznej. Załoga statku często realizuje różnego typu, ale niebezpieczne prawie zawsze, zadania specjalne. Przy takich okazjach giną ludzie. Niby to zrozumiałe w przypadku jednostki flagowej, ale…

Andrew Dahl zauważa pewne prawidłowości i coraz bardziej coś mu tu nie gra. Szeregowcy giną masowo i głupio, ale pięciu oficerów, śmierć się jakoś nie ima. Choć bywa, że odnoszą jakieś obrażenia, po których błyskawicznie wracają do zdrowia. Dahl znajduje kilkoro innych członków załogi, którym też coś tu nie pasuje. Zaczynają szukać wyjaśnienia wyjątkowo dużej liczby wypadków śmiertelnych na misjach „Nieustraszonego".
W tym momencie dobra powieść się kończy, a zaczynają naiwne brednie.

Okazuje się, że Dahl i jego przyjaciele, jak i cała reszta załogi statku, są statystami i aktorami w miernym serialu s-f. Żeby podtrzymać jakoś uwagę widzów, scenarzysta co trochę wymyśla jakieś karkołomne wydarzenia, w których ginie ktoś nic nieznaczący dla fabuły; głównie statyści.

Andrew Dahl i jego ekipa cofają się w przeszłość, aby spotkać autora scenariusza i nakłonić go do zmian w narracji, dzięki, którym nie musieliby w serialu ginąć.

Nie trzyma się to wszystko kupy, a ja zmarnowałem czas, licząc na to, że nazwisko autora zapewnia dobrą rozrywkę.

piątek, 25 września 2026

Współczesna baśń o karierze

 „Spowiedź tradera” – Gary Stevenson


Trader to taki spekulant giełdowy. Zwykle zawiera krótkoterminowe transakcje (i tym różni się od typowego inwestora) najczęściej, choć nie tylko, na szeroko pojmowanych rynkach finansowych.

„Spowiedź tradera” to specyficzny rodzaj autobiografii. Specyficzny, bo koncentrujący się głównie na budowie kariery zawodowej autora i jej konsekwencjach. Na przykład o swoich współpracownikach napisał Stevenson znacznie więcej niż o rodzinie.

Gary Stevenson był zwyczajnym dzieciakiem ze wschodniego Londynu. Od innych dzieciaków z biednych dzielnic różnił się tylko tym, że dobrze radził sobie na lekcjach matematyki, Ten przedmiot, liczenie, obliczenia, był jego mocnym punktem. Pochodził z, może nie tyle biednej, co niezamożnej rodziny. Jego ojciec pracował na poczcie, w domu nie było nawet prysznica; kąpał się używając kawałka ogrodowego węża.
Interesowała mnie jego opowieść, ale przede wszystkim szukałem w niej jakiegoś punktu zwrotnego, momentu, w którym los nastolatka diametralnie się zmienił. Od razu przyznaję, że nie w pełni mi się to udało. Podczas lektury napotkałem na pewne luki, jakby niejasności. Jednak nie jest wykluczone, że to po mojej stronie, nie znam systemu szkolnictwa w Wielkiej Brytanii, ale zwłaszcza panujących tam, pisanych i niepisanych, zasad. A może to jednak autor nie wszystko ujawnił…

W wieku dwunastu lat zacząłem sprzedawać cukierki w szkole, zarabiając marne pensy, a rok później zacząłem roznosić gazety przez 364 dni w roku za 13 funtów tygodniowo. W wieku szesnastu lat moja działalność handlowa w liceum stała się znacznie bardziej ryzykowna i bardziej nielegalna, a zarazem bardziej dochodowa [1].

Przypomniała mi się stara anegdota o milionerze i o tym, jak zdobył majątek. Bezdomny i bezrobotny włóczył się po ulicach i przeglądał śmietniki. W jednym znalazł całkiem dobre jabłko, ale zamiast je zjeść, zaniósł pod szkołę w bogatej dzielnicy i sprzedał jakiemuś dzieciakowi. Za zarobione pieniądze kupił trzy jabłka, które sprzedał… itd. Po miesiącu takiej pracy miał już stary dziecięcy wózek, którym woził jabłka. Zarabiał w ten sposób na jeden ciepły posiłek dziennie. A po sześciu miesiącach okazało się, że zmarł jego nieznany krewny i zostawił mu w spadku milion funtów. To tak w skrócie.
W książce Stevensona szukałem właśnie tego momentu, kiedy zmarł wujek milioner. Znalazłem pytania bez odpowiedzi.

…zostałem wydalony z liceum za handel narkotykami, a fakt, że przeniosłem się z prestiżowego liceum do zwykłego państwowego ogólniaka, rzucał się w oczy w moim cv, do którego dostęp miał Caleb, a zatem prawdopodobnie także Rupert [2].

Jakim cudem dzieciak z East Endu dostał się i kontynuował naukę w prestiżowym liceum? Dostać się mógł, teoretycznie, za osiągnięcia w matematyce, ale czy w Londynie prestiżowe licea są tak tanie, że stać na nie dzieci pracowników poczty?

Moja droga do parkietu giełdowego rozpoczęła się w London School of Economics (LSE). /…/ Pomimo takiego stosunkowo niepozornego otoczenia światowa elita z zadziwiającym entuzjazmem kieruje swoje potomstwo na tę uczelnię [3].

Jakim cudem dzieciak z East Endu dostał się i kontynuował naukę na prestiżowej uczelni? Dostać się mógł, teoretycznie, za osiągnięcia w matematyce, ale czy w Londynie, studia pożądane przez światową elitę, są tak tanie, że stać na nie dzieci pracowników poczty?

Autor, bohater, robi wymarzoną karierę, zarabia coraz więcej, ale też pojawiają się i z czasem narastają jego wątpliwości moralne. Zaczyna też ujawniać mroczne strony tego zawodu. To zresztą opisane jest na okładce. Swoją drogą Gary Stevenson to ciekawy człowiek, którego mentalność nie zawsze jest dla mnie zrozumiała. Przykład: kiedy otrzymał pierwszą premię, koledzy podpowiedzieli mu, że może powinien zrobić rodzinie jakiś prezent. Wykupił więc ojcu, namiętnemu kibicowi, abonament na telewizyjny kanał sportowy, i ojciec oglądał go codziennie. Kiedy jednak Gary wyprowadził się z domu rodziców, a zarabiał wtedy jeszcze więcej, zlikwidował ojcu ten abonament. Może to normalne w Wielkiej Brytanii, ale ja niezupełnie rozumiem takie posunięcie.

Ważnym walorem książki jest specyficzne poczucie humoru autora. Zwłaszcza gdy opisuje swój brak wiedzy i doświadczenia, ale też dziwactwa współpracowników. Jeden z nich był tak mało komunikatywny, że koledzy byli przekonani, że nie zna on języka angielskiego. Jakimś cudem jednak człowiek ten zarabiał dla firmy i siebie ogromne pieniądze. Zabawne bywają niektóre relacje z wypraw traderów z brokerami na lunch; często do drogich lokali. W jednym z nich autor zaczął jeść surowego kurczaka, bo nie wiedział, co się z tym daniem robi.

Ostatecznie uważam „Spowiedź tradera” za dobrą rozrywkę, choć to ponad pięćset stron, ale jak zostać milionerem w trzy lata, jednak się nie dowiedziałem. Matematyka, niezbędna by zrozumieć ideę pracy tradera, zrozumiała.





---
[1] Gary Stevenson, „Spowiedź tradera”, przekład Krzysztof Kurek, Zysk i S-ka, 2026. s. 20.
[2] Tamże, s. 76.
[3] Tamże, s. 24.


Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 21 września 2026

Przygody superwojaka Kani

„C.K. Dezerterzy” – Kazimierz Sejda

Pierwsza wojna światowa. Monarchia austro-węgierska, cudaczny twór, w skład którego wchodzili Niemcy, Węgrzy, Czesi, Polacy, Rusini, Ukraińcy, Rumuni, Chorwaci , Słowacy, Serbowie, Słoweńcy, Włosi. Samo funkcjonowanie Austro-Węgier, nawet w czasie pokoju, a co dopiero w latach wojny, najeżone było tak groteskowymi problemami, że stawało się to kanwą wielu satyrycznych powieści, na przykład „Dobry wojak Szwejk” czy właśnie „C.K. Dezerterzy” Kazimierza Sejdy (wcześniej Seide – zmienił nazwisko po konflikcie z ojcem).

Powieść jest humorystyczną relacją o przygodach autora pod koniec wojny. Podobno w większości prawdziwych, ale…* Po raz pierwszy wydana została w 1937 roku. Od tego czasu przynajmniej raz została poważnie przeredagowana, bo to zdecydowanie nie jest język i pisownia dwudziestolecia międzywojennego.

Grupka żołnierzy różnej narodowości, Węgier Lajos Szökölön, Żyd z Wiednia Izydor Haber, Rusin Iwan Hładun oraz włoski jeniec Giuseppe Baldini, pod wodzą Polaka, frajtra Jana Kani, w części pierwszej dekuje się w 11 kompanii wartowniczej w Sátoraljaújhely na terenie Węgier, chlejąc, grając w karty i angażując się w służbie najmniej jak tylko się dało. W drugiej, gdy już ewidentnie przesadzili z bezczelnością, trafili do aresztu i groził im sąd polowy, postanowili uciekać i odtąd, jako dezerterzy, miotają się po carsko-królewskiej Europie, chlejąc, grając w karty, objadając się, kradnąc i wyłudzając.

Czytelnikowi przygody grupy dezerterów wydają się momentami szalenie zabawne, ale dla bohaterów nie jest to takie proste. Często się boją, bywa, że się kłócą na temat dalszych planów, wpadają w niesamowicie niebezpieczne sytuacje, z których zwykle w ostatniej chwili ratuje ich pomysłowość, bezczelność i tupet.

Przed wojną powieść wielkiej sławy nie zdążyła zdobyć, ale po wojnie zapomniano o niej zupełnie aż do roku 1986, kiedy to Janusz Majewski przeniósł ją na kinowy i telewizyjny ekran.




---
* Cytat z przedmowy autora:
„Na tle mej służby i dezercji powstała właśnie ta opowieść, która w lwiej części jest aż nadto prawdziwa. Trochę tylko przetasowałem czasokresy, ludzi i miejsca i powiązałem fakty w jedną całość”.
Jeśli kogoś interesują rozliczne wątpliwości faktograficzne, to znaleźć je można tu: https://malutekmisio.pl/2025/01/18/gefraiter-kania-mity-i-rzeczywistosc/

środa, 16 września 2026

Opowieści tych, które odeszły

 „Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach” – Monika Białkowska

Książka zwróciła moją uwagę nie dlatego, żebym poszukiwał kolejnych przykładów deprawacji kościoła Katolickiego, dowodów na zboczenia, pychę, podwójną moralność lub zwyczajne przestępstwa – tego plugastwa mam po prostu dosyć. Intrygujące wydało mi się to, że „Siostry” wydało Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy (WAM, jezuici). To dawało pewną szansę na rzetelne opracowanie, a nie tylko hejt i nienawiść.

Autorka tej publikacji, doktorka teologii fundamentalnej, dziennikarka „Przewodnika Katolickiego”, rozmawiała z kilkunastoma byłymi siostrami zakonnymi. Nazw zgromadzeń nie ujawniono.

„…w tych jedenastu rozmowach zderzyłam się niemal z każdym złem, jakie człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi. Moje rozmówczynie mają od dwudziestu paru do siedemdziesięciu paru lat. W zgromadzeniach przeżyły od roku do niemal ćwierć wieku. Wszystkie są po terapii”*.

Skoro już wiedziałem, kto i co, to przyszedł czas na pytanie: po co?

„Istnieją jednak w zakonnym życiu przestrzenie, w których szczególnie łatwo o nadużycia i krzywdę. Jeśli nie zaczniemy o nich mówić, będą istnieć nadal i wciąż będą prowadzić kolejne kobiety na terapię albo na skraj samobójstwa. Tym właśnie przestrzeniami trzeba się dziś zająć – nie z niechęci do życia zakonnego, ale z troski o jego przyszłość, świętą i wolną od nadużyć. Z troski o kobiety, które to życie wybrały – o ich wolność, ich bezpieczeństwo, ich zdrowie fizyczne, psychiczne i duchowe. A skoro doświadczenie mówi, że trudno zacząć diagnozę od wewnątrz, zaczynamy stawiać ją my. Z samego serca Kościoła i z miłością do niego”*.

Tak, to ma sens. Brzmi wiarygodnie, a motywy Białkowskiej przyjąłem za czyste. Naiwny jestem? Może i tak…

Związki homoseksualne, molestowanie, lesbijskie gwałty, znęcanie się nad dziećmi, katowanie ich, fałszowanie wyników wyborów w różnych DPS-ach czy podobnych ośrodkach, przestępstwa – opisała autorka bardzo, bardzo, bardzo oględnie i delikatnie. Powody rezygnacji sióstr częściej bywały zupełnie inne. Zwykle w tych relacjach trudno znaleźć winne, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dziewczyny i młode kobiety trafiające do klasztorów, a później z nich odchodzące, nie wiedziały, czego się spodziewać, nie wpadło im do głowy dopytać, doczytać, jak to będzie wyglądało, czego powinny się spodziewać, a więc winna była naiwność kandydatki i jej nierealistyczne oczekiwania. Powinny wiedzieć, że w zakonie, a przynajmniej w nowicjacie, jest tyle pracy, często bezsensownej, że czasu na modlitwy nie ma w ogóle. Powinny wiedzieć, że w wielu klasztorach żeńskich postanowienia Soboru Watykańskiego II (1962-65) jeszcze nie są znane czy respektowane. A te ich przełożone, starsze zakonnice zajmujące się formacją, też w sumie nie były takie złe – były po prostu niekompetentne, niedouczone i pozbawione empatii, ale złe? Nie! Skądże znowu!

Pod koniec lektury zastanawiałem się, czy książka ta może realizować cele, jakie autorka przed nią postawiła i wychodzi mi na to, że chyba jednak nie do końca. Ci świeccy, dla których kościół jest całym światem, nawet tak wygładzonych historii nie przeczytają. Zresztą, fanatycy zwykle nic nie czytają. Czytelnicy, którzy chcieliby poznać brutalną prawdę, albo to, co za nią uważają, sięgną po inne lektury, bardziej hardcorowe, bo w tak łagodną wizję nie uwierzą.

Poznałem kilka intrygujących informacji z życia klasztorów, ale w związku z brakiem konkretnych nazw zgromadzeń, wydają się one mało przydatne; to tylko ciekawostki.

Na koniec historyjka poza konkursem, jak się to kiedyś w TV nazywało. Zaintrygowały mnie powtarzające się w mediach narzekania na niewielką liczbę powołań kapłańskich. Chodziło mi konkretnie o te powołania. Kto powołuje? Bóg? A może to powołanie jest wewnętrzną sprawą konkretnego człowieka? Bo żadnej trzeciej opcji wyraźnie nie ma. Więc zapytałem o tę sprawę dwóch kolegów, takich bardzo z kościołem związanych. Jeśli powołuje Bóg, a liczba powołań spada, to widać Bóg uznał, że księży w Polsce będzie już dosyć. Narzekanie na to jest w takim przypadku sprzeciwem wobec woli Boga i lekceważeniem jej. Jeżeli jednak powołanie rodzi się w umyśle konkretnego młodego mężczyzny, to może chodzi o zmiany – nie jest już tak łatwo bezkarnie molestować dzieci, a orgie homoseksualne od razu wychodzą na jaw, to jaki pożytek z bycia księdzem? Zaskoczenie i przerażenie w ich oczach, gdy pytałem, czy powołanie pochodzi od Boga czy od człowieka, uważam za zastanawiające. Chyba nikt z nich nigdy się nad tym nie zastanawiał.



---
* Monika Białkowska, „Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach”, wyd. WAM, 2023.

niedziela, 13 września 2026

Bajędy nieprawdopodobne

 „Zagłada” – Jack Du Brul

Któryś tom z cyklu Phillip Mercer. Thriller przygodowo-sensacyjny. Niestety, jak na moją wytrzymałość, zdecydowanie zbyt naiwny i naciągany. Ale może to ja mam gorszy czas na takie bajki.

Główny bohater, Mercer, to połączenia Johna Vicka, Rambo i Indiany Jonesa. Jest też atrakcyjna kobieta, Cali Stowe; tak, będą kopulowali. Oboje miotają się po prawie całym świecie, próbując uratować ludzkość przed mityczną zagładą, przy czym trup pada gęsto.