niedziela, 16 czerwca 2024

Nie jesteśmy monogamiczni!

Wyczytałem niedawno w wiarygodnych informacjach, a przynajmniej sprawiających takie wrażenie, że 46% małżeństw w miastach europejskich kończy się rozwodem przed 10, a może przed 15 rocznicą ślubu. Szukałem tego artykułu dla kolegi, ale znalazłem mnóstwo innych, o podobnych treściach, ale tego akurat nie. Właściwie nie był mi on – ten artykuł – specjalnie potrzebny, chciałem tylko pokazać, że tych procentów nie wymyśliłem sobie sam.

Jeżeli prawie połowa małżeństw (sakramentalnych lub formalno-prawnych) kończy się rozwodem, to co to oznacza? Czy może, że reszta tych małżeństw jest dobra i w pełni satysfakcjonujące obie strony? Ależ skądże! To tylko świadczy o tym, że te małżeństwa nie kończą się rozwodem – i nic więcej. Nie kończą się rozwodem z powodów bardzo różnych. Bo to wstyd przed ludźmi, bo to dobre małżeństwo, bo to odpowiedzialność za dzieci, bo to brak pieniędzy na prowadzenie dwóch odrębnych gospodarstw domowych, bo to grzech i co powie ksiądz, bo to przyzwyczajenie, bo to strach przed samotnością… Powodów może być całe mnóstwo. Ponad połowa kontynuowanych związków absolutnie nie dowodzi, że są to związki dobre, pożądane, satysfakcjonujące.

Od bardzo dawna, niestety nie od początku, jestem przekonany, że ludzie nie są monogamiczni, a formalne lub sakramentalne wiązanie ich ze sobą na zawsze, nie jest dobrym pomysłem. Jak prawie każdy przymus, który rodzi frustrację, depresję, opór i wiele innych niepożądanych stanów. A w takim razie, czemu małżeństwa nadal są tak popularne?

Nie aż tak często się zdarza, żeby interesy państwa i kościoła były zbieżne, ale w tym przypadku właśnie tak właśnie jest. Państwu łatwiej kontrolować obywatela przywiązanego do innego obywatela i innych obywateli, obywatela, który wiadomo, gdzie mieszka, gdzie wróci wieczorem, gdzie jest uwiązany na różne sposoby. Kościół, czyniąc z naturalnego zachowania, coś niewłaściwego i grzesznego, zdobywa władzę nad osobami, które się go dopuściły. Strasząc piekłem, brakiem odpustu, wstydem, wyrzutami sumienia, ostracyzmem, odrzuceniem przez organizację i lokalną społeczność itd., zdobywa realną władzę nad ludźmi. Ludźmi zawstydzonymi, pełnymi wyrzutów sumienia, poczucia winy i strachu, manipulować jest bardzo łatwo.

Był taki czas, kiedy uważałem, że z instytucją małżeństwa wiąże się tylko dobro dzieci. Przypomniałem sobie jednak, że w starożytności, w takim na przykład starożytnym Rzymie, ojciec miał prawo zabić swoje dziecko, bez żadnych konsekwencji czy uszczerbku na honorze. Rzym był wtedy potęgą, rządzącą połową znanego świata. Brak szczególnej formalno-prawnej ochrony dzieci nie spowodował jakoś wyludnienia Imperium Rzymskiego, starożytnej Grecji i wszystkich innych krain kuli ziemskiej.
Komu więc, do czego i po co, potrzebnych jest coraz więcej ludzi? Nawet takich, którzy od początku do końca życia będą cierpieć z powodu chorób, będą obciążeniem dla pozostałych mieszkańców kraju? Większa populacja, to więcej pieniędzy na tacach, więcej opłat za różne działania sług kościoła, to więcej podatków i większa władza, tak w ogóle.

Utrzymuję stosunkowo dużo kontaktów z różnymi ludźmi. Wielu z nich pytałem przez ostatnich dwadzieścia lat, czy uważają swoje małżeństwo za dobre i czy zawarliby je jeszcze raz, gdyby mogli się cofnąć w czasie. W dwóch przypadkach odpowiedź była twierdząca. Tylko dwóch.

Smutno mi, gdy słyszę o ludziach, nieszczęśliwych, czasem nawet zaburzonych lub psychicznie chorych, u których ten stan wynika z instytucji małżeństwa oraz wpojonych im w umysł (bywa, że trwale) przekonań na jego temat. Nawet siebie obwiniają o własne przegrane życie, dowalając w ten sposób sobie jeszcze bardziej, bo przecież małżeństwo nie może być czymś złym, przecież wszyscy się żenią, pobierają! To jest koszmarna pułapka. Coś o tym wiem, bo też w nią wpadłem.

sobota, 1 czerwca 2024

Trudne życie Australijczyka

 „Ścieżki Północy” – Richard Flanagan

Wydawało mi się początkowo, że to będzie coś w rodzaju „Króla szczurów” Jamesa Clavella, ale szybko okazało się, że ta powieść jest zupełnie odmienna. Podobieństwo zaczyna się i kończy na japońskim obozie jenieckim. Australijscy, choć nie tylko, jeńcy wojenni budują w dżungli Birmańską Kolej Śmierci. A było to 428 kilometrów w niedostępnych obszarach obecnej Birmy I Tajlandii. Praca ponad siły, głód, choroby, okrutni japońscy strażnicy, wysoka śmiertelność; ojciec Richarda Flanagana przetrwał to wszystko i na jego wspomnieniach, częściowo, zbudowana jest powieść. Jednak, co może wydać się zaskakujące, obóz i budowa linii kolejowej w koszmarnych warunkach, to jest tylko jeden z wielu wątków tej historii, może i najważniejszy, ale... – „Ścieżki Północy” to powieść głęboko psychologiczna, a nie tylko wojenno-obozowa.

Głównym bohaterem, często też i narratorem, jest Dorrigo Evans. Pochodzi z biednej rodziny, ale mimo to studiuje medycynę i zostaje lekarzem. Jednak bardziej niż wykształcenie nobilituje go ślub z dziewczyną z wyższych sfer. Związek ten trwa, ale nie dałoby się go nazwać udanym; nieszczęśliwi są w nim oboje. Evans często zdradza żonę, ale to go też nie uszczęśliwia.
Po wybuchu drugiej wojny światowej Dorrigo zostaje powołany do jednostki, jako wojskowy chirurg, osiąga stopień pułkownika. Oddział dostaje się do japońskiej niewoli, a jeńcy skierowani zostają do budowy linii kolejowej w Birmie.
Książka zawiera także rozdziały w narracji trzecioosobowej – są to relacje, rozważania, przeżycia, więźniów oraz japońskich strażników, zwłaszcza ich dowódcy.

Dorrigo Evans nie cierpiał cnoty, nie cierpiał, kiedy cnotę podziwiano, nie cierpiał ludzi, którzy udawali, że uważają, że on jest cnotliwy lub którzy sami zgłaszali pretensje do cnoty. A im częściej oskarżano go o bycie cnotliwym, tym bardziej tego nienawidził. Nie wierzył w cnotę. Była przebraną próżnością, czekającą na poklask. Szlachetności i godności miał powyżej dziurek w nosie… [1].

Powieść zaczyna się opowieścią starego człowieka, Dorrigo Evansa, piszącego wstęp do tej książki. W związku ze swoimi przeżyciami w czasie wojny, w Australii jest uznanym bohaterem – jego wizerunek widnieje na monetach i znaczkach. Jednak Evans nie czuje się bohaterem i uważa relacje z tamtych czasów za niezupełnie zgodne z rzeczywistością.
Znaczącym elementem powieści jest krótki romans Dorriga z Amy, żoną jego wuja.

Czytał książki. Żadna mu się nie podobała. Szukał w nich Amy. Nie było jej tam. Chodził na przyjęcia. Nudziły go. Spacerował po ulicach, wpatrując się w obce twarze. Nie było wśród nich twarzy Amy. Świat w całej swojej nieskończonej cudowności też go nudził. W poszukiwaniu Amy przepatrywał wszystkie pokoje swojego życia, lecz nigdzie nie mógł jej znaleźć. I zdawał sobie sprawę, że Amy jest żoną jego wuja, że jego namiętność to obłęd, nie mają razem żadnej przyszłości, że cokolwiek to jest, musi się skończyć, i to on musi do tego doprowadzić [2].

Ostatnia część książki to historia życia ocalałych więźniów już po wojnie, ale nie tylko ich, bo także japońskich i koreańskich strażników-oprawców. Ich trudności adaptacyjne, niezrozumienie otaczającego świata, wybiórczej sprawiedliwości.

Richard Flanagan, pisarz, który jest potomkiem irlandzkich skazańców przewiezionych na Ziemię Van Diemena podczas Wielkiego Głodu w Irlandii, mieszka obecnie w Hobart na Tasmanii ze swoją urodzoną w Słowenii żoną Majdą Smolej. Za powieść „Ścieżki Północy” otrzymał w 2014 roku prestiżową Nagrodę Bookera.




---
[1] Richard Flanagan, „Ścieżki Północy”, przekład Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, s. 64.
[2] Richard Flanagan, „Ścieżki Północy”, przekład Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, s. 122.


piątek, 24 maja 2024

Mroczne tajemnice Peszawaru

 „Za kurtyną” – Earl Derr Biggers

Czytałem tę książkę (oraz kilka innych tegoż autora, z sierżantem Chanem w roli głównej) pod koniec lat siedemdziesiątych, może na początku osiemdziesiątych. Było to wydanie Iskier, z serii ze srebrnym kluczem. Zupełnie już teraz nie pamiętam jej fabuły, a jedynie to, że mi się podobała. Lektura miała być teraz okazją do sprawdzenia, czy tego typu powieści naprawdę były kiedyś zdecydowanie lepsze od wyrobów współczesnych królowych polskiego kryminału, czy może to tylko moje nastoletnie sentymenty. Tym drugim okazał się po latach film „Krzyżacy”, ale to inna sprawa.

Bill Rankin, sprytny dziennikarz „Globe”, aranżuje spotkanie towarzyskie, w którym biorą udział: były naczelnik wydziału kryminalnego Scotland Yardu, sir Fryderyk Bruce, elegancki Barry Kirk, zamożny dżentelmen, u którego Bruce się zatrzymał podczas swojego pobytu w San Francisco, detektyw z Honolulu, sierżant Charlie Chan oraz młoda, atrakcyjna prawniczka, panna Morrow. Dziennikarz liczył na zdobycie sensacyjnego materiału dla swojej gazety i w tym celu co trochę pociągał za język Kirka i Chana, sławnych detektywów.

Podczas tego spotkania sir Fryderyk Bruce opowiedział o dwóch sprawach w swojej zawodowej karierze, których dotąd nie udało mu się rozwikłać, a które to sprawy nadal, mimo upływu kilkunastu lat, nie dają mu spokoju. Pierwsza dotyczyła zamordowania zamożnego adwokata Hilary’ego Galta, którego znaleziono w jego własnym biurze z kulą w głowie. Elegancki prawnik miał na nogach egzotyczne pantofle, które otrzymał w prezencie od chińskiego ambasadora. Sprawa druga związana była z tajemniczym zaginięciem osiemnastoletniej kobiety, Ewy Durand, od niedawna żony majora Eryka Duranda. W maju 1913 roku, w Peszawarze, eleganckie towarzystwo zabawiało się w chowanego, a Ewy Durand nie znaleziono przez kolejnych kilkanaście lat.
Bruce enigmatycznie dał znać, że jest już bliski rozwiązania zagadki, że wie, co stało się z Ewą Durand.

Następnego dnia w domu Barry’ego Kirka odbyło się eleganckie spotkanie towarzyskie. Na takie nie zaprasza się dziennikarzy, ale poza Rankinem, obecni byli wszyscy wyżej wymienieni, a ponadto matka Kirka ze swoją damą do towarzystwa, znany podróżnik, który prezentował filmy ze swoich wypraw, odnoszący sukcesy biznesmen. Wyświetlanie filmów wymaga zaciemnienia i w takiej właśnie chwili sir Fryderyk Bruce został zamordowany. Wydaje się, że swoimi nieodpowiedzialnymi aluzjami z dnia poprzedniego, sprowokował zabójcę.

W tym momencie powieść właściwie dopiero się zaczyna. Jest to klasyczny kryminał (kiedyś nie było potrzebne określenie „klasyczny”, bo były tylko takie) zbudowany według znanego schematu: mroczne tajemnice z przeszłości, zbrodnia w zamkniętym pomieszczeniu, w którym przebywała ograniczona liczba konkretnych osób. Łatwo o porównanie z „Morderstwem w Orient Expressie” i wieloma innymi.

Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością. To dobre, choć nieco niedzisiejsze, pisarstwo. Pierwsze wydanie pojawiło się bodajże w 1928 roku. To klasyka na niezłym poziomie, więc wielbicielom wyrobów królowych polskiego kryminału, podobać się pewnie nie będzie.

 

 

 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl


niedziela, 19 maja 2024

Spiskowcy ratują Hiszpanię

 „Reina Roja. Czerwona królowa” - Juan Gómez-Jurado

Tytuł dziwny, bo „reina roja” to po hiszpańsku właśnie „czerwona królowa”. Jakaś nowa moda czy maniera na powtarzanie tytułu w różnych językach? To zapewne historyjka dla dzieci „Przygody owcy” zostanie wydana pod tytułem „Przygody owcy. The adventures of a sheep. Las aventuras de una oveja. Die Abenteuer eines Schafes”. Może trochę za długie, ale za to jakże ambitne i zwracające uwagę! Zwłaszcza, gdy dział marketingu przeforsował w wydawnictwie kosztowną i szeroko zakrojoną akcję reklamową. No, trudno, jak trzeba, to trzeba.

W sensie… jak by to powiedzieć… technicznym książka napisana koszmarnie. Nie wiem czy to wina autora, czy tłumacza, czy redaktora, czy korektora, ale przekład sprawia wrażenie wykonanego za pomocą Google Translate. Szczoteczka do zębów tonąca (w czym?) w połowie drogi (do czego?). Imperium pyłowe ojca (???). Telefon na podeście schodów, taki, do którego wrzuca się monety i który wibruje przy uchu, kiedy przychodzą wiadomości WhattsApp (sic!). Główna bohaterka cierpi na anosmię, nie czuje żadnego zapachu, a w zasadzie… tu uwaga – tylko słony i słodki, bo reszta smakuje jak papier (ups!). I mnóstwo innych takich.

Jestem pewien, że powieść tego autora podoba się Hiszpanom. W milutki sposób głaszcze ego mieszkańców i obywateli tego kraju, bo według Juana Gómeza-Jurado w Hiszpanii wszystko jest najlepsze, najwyższe, największe, a główna bohaterka, Antonia Scott, jest oczywiście najinteligentniejszą osobą na świecie.

Jest w powieści element rzeczywistości. Wiele zbrodni zostałoby wyjaśnionych, mnóstwo spisków udaremnionych, afer gospodarczych ujawnionych, gdyby urzędy i instytucje (a także konkretne osoby) były w stanie współpracować, dzielić się informacjami, działać razem, a nie konkurować ze sobą – ze szkodą dla społeczeństw, oczywiście. I tu kończy się realizm, a zaczyna naiwna i naciągana teoria spiskowa. Grupa najbogatszych ludzi zakłada tajną organizację, której celem jest ratowanie świata i ludzkości przed nią samą, jej głupotą i nieudolnością. Tajna organizacja ma w każdym kraju jednego człowieka, nazywanego Mentorem, który jest łącznikiem organizacji ze światem realnym i oficjalnym oraz jedną Czerwoną Królową, osobę o niesamowitej inteligencji i paranormalnych zdolnościach.

W ogromnej willi znalezione zostały zwłoki syna prezeski największego banku w Hiszpanii. Ciało specjalnie upozowano, po pozbawieniu go całej krwi. Niewielka ilość tej krwi znajduje się w kielichu, który trup trzyma. Na jego głowie znaleziono ślady oliwy. W willi nie odkryto żadnych śladów, co oznacza, że zbrodni dokonano w jakimś innym miejscu.
Córka najbogatszego w Hiszpanii potentata została porwana. Kierowca specjalnego samochodu z przyczepą do przewozu koni, którym jechała, wioząc ukochaną klacz, został zamordowany, medalowy koń wyścigowy też stracił życie. Mijają godziny, a nie pojawiło się żadne żądanie okupu, przynajmniej oficjalnie.

W przypadku tak wysoko postawionych ofiar sprawą zajmowałaby się tylko ta tajna organizacja, ale ojciec uprowadzonej kobiety zawiadomił policję, więc wmieszał się w to Wydział Porwań i Wymuszeń Policji Krajowej, a konkretnie kapitan Parra. Rzecz jasna od razu pojawiły się spory kompetencyjne.
Sprawę prowadzi Antonia Scott, Czerwona Królowa Hiszpanii, z pomocą inspektora Jona Gutiérreza (pederasty), którego Mentor nakłonił do współpracy właściwie szantażem.

Relacja z następujących po sobie wydarzeń odbywa się z różnych punktów widzenia, bo to i Antonii Scott, i Jona Gutiérreza, i kapitana Parry, i Carli (ofiary porwania), i Bruna (dziennikarza), i wreszcie samego sprawcy o pseudonimie Ezequiel.

Powieść może nawet nie jest taka zła, jak mogłoby się to wydawać po lekturze mojej opinii, jest nawet momentami wciągająca (a momentami są to dłużyzny, zwłaszcza rozmyślania Carli) i naprawdę chciałem dobrnąć do końca, żeby dowiedzieć się o co w końcu chodzi. Nie była jednak na tyle ciekawa, żebym planował lekturę kolejnych tomów z serii „Antonia Scott”.

poniedziałek, 13 maja 2024

Różne oblicza Ławrientija B.

 „Beria. Oprawca bez skazy” – Françoise Thom

Francuska sowietolożka Françoise Thom napisała gigantyczną (prawie tysiąc stron) biografię Ławrientija Pawłowicza Berii, radzieckiego działacza komunistycznego pochodzenia gruzińskiego, szefa NKWD, bezpośrednio odpowiedzialnego za mord polskich oficerów w Katyniu i wiele innych zbrodni.
Te akurat fakty nie ulegają najmniejszej wątpliwości, natomiast dopiero po odtajnieniu dokumentów ZSRR, już po rozpadzie tego kraju, okazało się, że Beria był również autorem najbardziej liberalnego projektu zmian ustrojowych ZSRR, na długo przed Gorbaczowem (np. likwidacja NRD). Najprawdopodobniej dlatego właśnie stracił życie po sfingowanym procesie wkrótce po śmierci Stalina, w 1953 roku.

Książek o tych czasach i o prominentach ZSRR, w tym Berii, napisano mnóstwo. Do każdej z nich, nawet do niezwykle rzetelnie opracowanej biografii Berii Françoise Thom, trzeba podchodzić bardzo ostrożnie. W czasach rządów Stalina wiele rozkazów wydawanych było tylko ustnie, tony dokumentów zniszczono, a niektóre na bieżąco fałszowano na potrzeby przyszłych pokoleń. W takich warunkach trudno o pełną wolność od interpretacji, a ta zależna jest od osobistych przekonań, nawet wiarygodnego historyka.

Dokumenty zatytułowane »Propozycje NKWD« są często jedynie formalnym ujęciem ustnych instrukcji Stalina. Dlatego bardzo trudno jest zidentyfikować własne inicjatywy Berii za życia Stalina*.

Pozycja zdecydowanie bardziej naukowa (historyczna) niż popularna, adresowana głównie do czytelników posiadających znakomite rozeznanie, na przykład, w polityce i historii ruchu komunistycznego w Gruzji, znających i pamiętających nazwiska lokalnych działaczy, rozumiejących ich spory kompetencyjne, manipulacje itp.

Opór gruzińskich komunistów wobec Federacji Zakaukaskiej, gdzie znaczne wpływy posiadała Armenia, miał swój odpowiednik na płaszczyźnie GPU – gruzińskie GPU było na noże z GPU Zakaukazia, któremu od wiosny 1924 r. przestało przesyłać opracowania zbiorcze. Ponieważ siedziby obu rywalizujących organizacji znajdowały się w Tbilisi, starcie zakaukaskiego GPU z jego gruzińską filią było tak ostre, że Epifan Kwantaliani i Beria, naczelnicy gruzińskiego GPU, zwrócili się w notatce z 7 maja 1924 r. o rozjemstwo Ordżonikidzego i Jagody, zastępcy Dzierżyńskiego. Skarżyli się, że zakaukaskie GPU podbierało gruzińskiemu GPU agentów i informatorów. Domagali się przy tym wyłączności operacyjnej w Gruzji, w tym także w działalności kontrwywiadowczej, w celu uniknięcia niezdrowego paralelizmu*.

Biografia obszerna, wiarygodnie opracowana i bardzo, bardzo trudna w odbiorze.



---
* Françoise Thom, „Beria. Oprawca bez skazy”, przekład Krystyna Antkowiak, Prószyński Media, 2016, e-book.

piątek, 10 maja 2024

Byliśmy potęgą w matematyce

 „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna” – Mariusz Urbanek

Mam pewne szczególne powody, by interesować się Stefanem Banachem, planowałem nawet o tych swoich sentymentach napisać, ale ostatecznie zrezygnowałem. Anegdota mogłaby nie być w pełni zrozumiała i miałaby się nijak do oceny książki.
Ośrodek naukowy we Lwowie, to, rzecz jasna, nie tylko Stefan Banach, do ważniejszych postaci należał Wacław Sierpiński, Hugo Steinhaus, Stanisław Mazur, Stanisław Ulam, który w Los Alamos pracował nad Projektem Manhattan (bomba atomowa), i wielu innych.

Lwowska szkoła matematyczna – szkoła naukowa zaliczana do tzw. polskiej szkoły matematycznej (drugą była, konkurująca do miana najlepszej, warszawska szkoła matematyczna, zajmująca się teorią mnogości i topologią), działająca w dwudziestoleciu międzywojennym we Lwowie, skupiona wokół Stefana Banacha i Hugona Steinhausa. Lwowska specjalizowała się w analizie funkcjonalnej i wydawała „Studia Mathematica”. Powstała dzięki wcześniejszym staraniom profesora Wacława Sierpińskiego, pragnącego przekształcić Uniwersytet Jana Kazimierza w stolicę polskiej matematyki. W okresie II Rzeczpospolitej w zasadzie się to udało. A dokładniej to jego następcom. Sierpiński w dniu wybuchu I wojny światowej jako obywatel Austro-Węgier (Lwów znajdował się w tym zaborze) został internowany w Rosji, gdzie bawił na wakacjach z rodziną, i mógł wrócić do kraju dopiero w 1917 roku, jednak wtedy wybuchła wojna polsko-ukraińska oraz wojna polsko-bolszewicka, więc ostatecznie przeniósł się na nowy Uniwersytet Warszawski.

Opracowanie Urbanka to kawał rzetelnej historii specyficznego środowiska i ludzi je tworzących, choć oczywiście nie wszystkich. Na pamiątkowym zdjęciu widać co najmniej kilkadziesiąt osób, ale też nie wszystkie one odegrały znaczące role w tworzeniu lwowskiej szkoły matematycznej.
Poszczególne rozdziały w książce, mniej więcej chronologicznie, poświęcone są kilku geniuszom matematycznym, ich osiągnięciom naukowym, ale też osobistym przeżyciom. Bywają też w niej anegdoty. Choćby taka: Hugo Steinhaus często powtarzał, że największym jego osiągnięciem było… odkrycie Stefana Banacha. Albo to: Banach nigdy nie skończył wyższych studiów (studiował zaledwie dwa lata), więc na specjalną zgodę na zatrudnienie go, jako asystenta na uczelni, Steinhaus musiał prosić samego ministra. Inna anegdota mówi o podstępie, dzięki któremu udało się nakłonić Banacha do zdania egzaminu doktorskiego, bo on sam nie miał na to ochoty – ale to historyjka na pewno powszechnie znana.

Po II wojnie światowej Hugo Steinaus (wraz z częścią kadry naukowej) przeniósł się do Wrocławia, Stanisław Mazur do Warszawy, Stefan Banach nie zdążył przenieść się do Krakowa, na Uniwersytet Jagielloński. Zmarł w sierpniu 1945 roku na raka płuc.

Jeśli ktoś miałby obawy, to informuję, że jest to historia ludzi, czasów i miejsc, a nie trudne rozważania matematyczne. Dzięki „Genialnym” można też zorientować się, jakie straty poniosła polska inteligencja, na skutek celowych działań Niemców i Rosjan.

niedziela, 5 maja 2024

Brzechwa to nie tylko bajki!

 „Brzechwa nie dla dzieci” – Mariusz Urbanek

Ciekawie napisana biografia Jana Wiktora Lesmana (1898-1966), prawnika pochodzenia żydowskiego, specjalizującego się przede wszystkim w prawie autorskim, biorącego udział w tworzeniu podstaw ochrony prawnej autorów w Polsce. Jako prawnik reprezentował Stowarzyszenie Autorów ZAiKS. W swoim drugim wcieleniu (pod pseudonimem „Szer-Szeń” lub „Inspicjent Brzeszczot”) był w latach międzywojennych niezwykle popularnym i krocie zarabiającym autorem tekstów satyrycznych dla kabaretów. Jednak jego marzeniem i ambicją było zaistnienie w kulturze polskiej, jako poważny i ceniony poeta, na wzór skamandrytów. To akurat nie udawało mu się bardzo długo. Jego wiersze latami uznawano za mierne, wtórne, sztuczne i ewidentnie inspirowane twórczością jego kuzyna, który nazwisko Lesman zmienił na Leśmian. Tenże Lesman/Leśmian uznał kiedyś, że dwóch poetów o tym samym nazwisku, to murowane problemy i nieporozumienia, więc zaproponował krewniakowi, żeby ten, na potrzeby poezji, używał pseudonimu Brzechwa (powiązanie ma to z pewną częścią strzały). 
Po latach Jan Brzechwa, jako poeta, osiągnął sukces, ale czy wypracował w końcu własny styl, czy obniżyły się (po wojnie) kryteria oceny poezji, to już kwestia inna.

Wracając do kraju, Brzechwa zabrał ze sobą grubą teczkę z wierszami. Był przekonany, że jest poetą równym najlepszym. Ale kiedy pokazał swoje utwory Bolesławowi Leśmianowi, kuzyn wylał mu na głowę kubeł zimnej wody. Ocenił, że wiersze są nic niewarte, ich autor nie ma czego w poezji szukać, a na koniec dał mu do przeczytania wydany właśnie debiutancki tomik innego młodego poety. To było Czyhanie na Boga Juliana Tuwima.
– Po przeczytaniu zniszczyłem swoje utwory i zacząłem od początku – powiedział Brzechwa pół wieku później Krystynie Nastulance.

Jan Brzechwa tworzeniem bajek i wierszyków dla dzieci zajął się dopiero przed czterdziestką i trochę jakby przypadkowo – chciał zwrócić na siebie uwagę atrakcyjnej przedszkolanki, spotkanej w otwockim pensjonacie, która mu się spodobała, więc napisał kilka wierszowanych dziecinnych opowiastek. Okazało się, że zostały one przyjęte z entuzjazmem i bardzo się podobały. Jednak pisanie dla dzieci było tym elementem jego aktywności życiowej, który cenił najmniej. Paradoksalnie z takiej właśnie twórczości znany jest obecnie najbardziej.

Złożył je najpierw w oficynie J. Przeworskiego, a kiedy tam nie znalazły uznania, zaniósł do Mortowiczów. Janinie Mortkowiczowej wiersze się spodobały, mimo wszystko jednak Brzechwa zdziwił się, kiedy zapowiedziała, że wyda je jako książeczkę dla dzieci. I to koniecznie z kolorowymi ilustracjami! Czekał na to blisko dwa lata, bo edytorka wypróbowała kilkoro plastyków, zanim zdecydowała się na rysunki Franciszki Themerson. Tuż przed gwiazdką 1937 roku w księgarniach pojawiła się pierwsza z dwu przedwojennych książek Brzechwy dla dzieci – „Tańcowała igła z nitką”.

Urbanek sportretował nie tylko Jana Brzechwę, ale też zaprezentował proces narodzin wolnej Polski, z rozbrajaniem Niemców włącznie, fascynację Brzechwy Piłsudskim, życie w Warszawie w latach dwudziestych i trzydziestych, II wojnę światową i niemiecką okupację, obrazki z czasów wczesnego PRL-u.

Nieco pokrętny tytuł. We współczesnej kulturze polskiej określenia „nie dla dzieci” albo „tylko dla dorosłych” sugerują treści erotyczne i brutalne – w biografii nie ma ani jednego, ani drugiego, więc żeby czytelnik nie poczuł się oszukany. Pozycja całkiem niezła, choć uważam, że można to wszystko było opisać lepiej, ciekawiej, szerzej opisując Brzechwę jako człowieka, a nie głównie jego osiągnięcia.

środa, 24 kwietnia 2024

Jakoś trzeba sobie radzić!

Kiedy byłem małym chłopcem zakompleksieni chłoporobotnicy (oraz inne osoby o podobnym poziomie intelektualnym) uważali, że nie wypada w towarzystwie, to jest poza wiejską karczmą i własnym gumnem, wypowiadać się byle jak, prosto i zwyczajnie, więc kopiowali wzorce z gazet i telewizji. Efektem tego było „spożyłem ½ litra alkoholu” (zamiast „wypiłem pół litra”), „udałem się” (zamiast „poszedłem”), „wyraziłem życzenie, by sąsiad…” (zamiast „kazałem ciulowi, żeby…”) itp. Te czasy już dawno minęły, ale nie minęła potrzeba podwyższania wartości swoich wypowiedzi, bo może moja normalna mowa zdemaskuje mnie jako matołka.

Czy wzorcami nadal są gazety i telewizja? I tak, i nie. Bo nie czasopisma i telewizja jako takie, ale reklamy w owych mediach wszechobecne. W innych mediach też.
Podstawowym zadaniem reklamy jest najpierw przyciąganie uwagi, a następnie zachęcanie, namówienie, przekonanie. Mnie zaczęło interesować to pierwsze, czyli konkretnie techniki, sposoby i metody przyciągania uwagi. Na przykład, bardzo dawno temu, podczas jakiejś kampanii prezydenckiej, pojawiły się bannery z hasłem „Pedros na prezydenta”. Dopiero po kilku dniach doklejano dalszy ciąg informacji, z którego wynikało, że Pedros to tylko marka kawy. W radiu natomiast zdarzały się sztuczki z wymową, na przykład „orbit gunterfresz”. I znowu dopiero po kilku dniach, wymowa „Winterfresh” była zmieniana na właściwą, ale błędna wersja przyciągnęła już uwagę tysięcy ludzi. Tych reklam nie było za bardzo jak kopiować i używać w codziennym języku. Ale były i takie, które się przyjęły nieomalże powszechnie. Ćwikła z chrzanem. Oliwa z oliwek. Warto.

Jeśli ktoś słyszy/widzi coś takiego po kilkadziesiąt razy dziennie, to w końcu zaczyna bezrefleksyjnie powtarzać. Jego dzieci uczą się od niego, dzieci ich dzieci… w końcu prawie powszechnie w codziennym języku używamy prymitywnych chwytów reklamowych, zamiast normalnego języka.

1. Co to jest „ćwikła”? Ano, jest to sałatka warzywna z ugotowanych utartych buraków z chrzanem oraz innymi dodatkami. Czym w takim razie jest „ćwikła z chrzanem”? Czyżby sałatką z chrzanem z chrzanem? Sałatka z podwójną dawką chrzanu, czy jak? Taki napis („ćwikła z chrzanem”) mógłby też świadczyć, że na półki sklepowe trafia jakaś wybrakowana, albo wręcz przeciwnie: dietetyczna, supernowoczesna – ćwikła bez chrzanu!

2. Na butelkach napisano „olive oil” = olej oliwkowy. Tak jak rzepakowy, słonecznikowy, sezamowy, czy jakikolwiek. Najpierw najprawdopodobniej był błąd i Polacy uznali, że „olive” (oliwkowy, z oliwek) to samoistna nazwa. Błyskawicznie skorzystał z tego przemysł reklamowy i bębni we wszystkich mediach o „oliwie z oliwek”. Jeśli nawet jakoś pogodzić się z tą „oliwą”, bo jest to obecnie nazwa własna oleju oliwkowego; oliwa to jest olej z oliwek, olej oliwkowy. W przemyśle spożywczym nie istnieje żadna inna, więc dodawanie do oliwy określenia „z oliwek” ma tyleż sensu, co „jabłko z jabłoni”. Czy ktokolwiek mówi/pisze o tym, że zjadł jabłko z jabłoni, kupił jabłka z jabłoni, kompot ugotował z jabłek z jabłoni? Bełkot i tyle. Tak samo jak ta „oliwa z oliwek”. Ale faktem jest, że produkt reklamowany jako „oliwa z oliwek” sprzedaje się znacznie lepiej niż ten, sygnowany po prostu jako „oliwa”.

3. Ziutek chce mieć dyplom. Dobrze by było, gdyby zorientował się, po co mu ten papier. Może szef się upiera, żeby na tym stanowisku pracował ktoś z licencjatem? Wszystko jedno jakim, ale żeby jakiś był. A może Ziutek ma ambicje, chce zdobyć realną wiedzę i umiejętności, ale także dyplom, który będzie szanowany przez liczących się pracodawców na poziomie. W przypadku pierwszym najlepiej sprawdzi się jakaś nowa uczelnia w Bździnie Wielkiej, w której wystarczy regularnie płacić, żeby nie wywalili. W drugim przypadku warto, żeby Ziutek zainteresował się studiami dziennymi na Uniwersytecie Jagiellońskim.     Tak może wyglądać właściwe i sensowne użycie słowa „warto”.

Brak wyjaśnienia, w mowie lub piśmie, dlaczego warto to, a nie coś innego, świadczy o nadmiarze reklam w życiu. To w nich spopularyzowano owo „warto” do absurdu, ale – jak wyraźnie widać – spodobało się. Zwłaszcza w wersji „jesteś tego warta”. Oczywiście w reklamach nie docieka się nigdy, dlaczego to ja jestem warta, a Ziuta jednak nie. Takie ogólniki pomagają każdej/każdemu brać to do siebie, osobiście. „Warto kupić serek X” – a, przepraszam, dlaczego warto ten, a nie inne? Ale przecież ludzie żyjący bezrefleksyjnie nie zadają takich pytań.

Czytam książki od wielu lat. Pamiętam tysiące takich, w których warta, jeśli w ogóle się pojawiła, dotyczyła co najwyżej służby wartowniczej, straży. Obecnie, w książkach królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji, „warto dodać”, „warto zauważyć” i podobne, pojawiają się przeciętnie co pięć-dziesięć kartek. I to bez żadnej potrzeby, ot tak, żeby znaków było więcej. A może co młodszym królowym wydaje się, że skoro w reklamach pojawia się nagminnie, to jest to coś dobrego, właściwego? I na pewno lepiej dodać niż nie dodać?
Może już za dwie dekady nauczyciele w podstawówkach będą obniżali oceny za brak w wypracowaniu słowa „warto”?

Przy tej okazji przypomniałem sobie: „Myślenie ma kolosalną przyszłość”, ale niestety, to był  tytuł programu kabaretowego STS (data premiery 20 listopada 1955, Warszawa), więc lepiej nie traktować tego przesłania poważnie. Zwłaszcza w kraju, w którym inteligencję zlikwidowali Rosjanie i Niemcy. Skutecznie.

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Zmieniają się tylko dekoracje

 „Wszystkie nasze ciemne sprawy” – Jerzy Urban

Jerzy Urban – jeden z najlepszych felietonistów polskich XX wieku. Do oceny książki postawy moralno-politycznej autora i jego kariery mieszać nie zamierzam. Pamiętam, że matka, czytająca namiętnie „Kulisy”, była jego tekstami (pisanymi bodajże pod pseudonimem Kibic) zazwyczaj zachwycona. Podobał jej się głównie zmysł obserwacji autora, kapitalne słownictwo i jego poczucie humoru. Potwierdzam. Takie właśnie są albo raczej były te teksty.

„Wszystkie nasze ciemne sprawy” to zbiór kilkudziesięciu felietonów pisanych zapewne w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku i tychże czasów dotyczące. Jeśli nie wszystkie, to na pewno większość składa się z trzech elementów: wątku kryminalnego, często absurdalnego, opisu ówczesnego życia w PRL, to jest ludzi, spraw, zdarzeń, okoliczności, warunków oraz ironiczno-cynicznej puenty. Dodam, żeby nie było rozczarowań, że ten wątek kryminalny, to taki PRL-owski, siermiężny, przenno-buraczany, nie ma się czym ekscytować; manko w osiedlowym sklepie, defraudacja w urzędzie, podszywanie się pod kogoś z wyższym wykształceniem, udawanie męża Wrzesińskiej i takie tam.

Kiedy czytałem historię Amerykanina, prostego pracownika stacji benzynowej, który uwierzył, że za 120 dolarów zostanie dziedzicem polskiego tronu, przypomniały mi się współczesne afery, na przykład z saudyjskim księciem lub arabskim szejkiem, i uderzyło podobieństwo wtedy i dzisiaj. A konkretnie, jak niewiele się zmieniliśmy. W takich momentach robi się nieco mniej śmiesznie.