czwartek, 5 listopada 2026

Czemu ratować Jamesa Barra?

 „Jednym strzałem” – Lee Child

James Barr – były żołnierz piechoty, snajper, może nie najlepszy, ale w sumie całkiem niezły, z początkowo kompletnie nieznanych powodów zastrzelił pięć osób. Każdą trafił dokładnie w głowę. Strzelał z pierwszego piętra parkingu i oddał w sumie sześć strzałów – raz trafił w fontannę; pocisk wpadł do wody, dzięki czemu balistycy i kryminolodzy zdobyli go w nienaruszonym stanie.

Śledztwo prowadził lokalny szef wydziału ciężkich przestępstw, wysoko wykwalifikowany, doświadczony i ambitny policjant, Emerson. Jednak nie trwało ono zbyt długo, bo na parkingu zabójca zostawił takie mnóstwo śladów, że zidentyfikowano go i ujęto już po około sześciu godzinach.

James Barr podczas przesłuchań nie wyjawił niczego. Odezwał się tylko dwa razy – powiedział, że policja złapała nie tego faceta i zażądał sprowadzenia Jacka Reachera, byłego żandarma. Przed wielu laty Barr i Reacher zetknęli się, bo żandarm zdemaskował wtedy Barra, który podczas misji w Iraku czy Kuwejcie zastrzelił kilka osób. Wydaje się, że zrobił to znowu, znowu strzelał do niewinnych ludzi.

Jack Reacher przybył do miasteczka, początkowo nie po to, by bronić Barra, ale wręcz przeciwnie, żeby nie pozwolić, by wymknął się sprawiedliwości, jak to miało miejsce przed laty. Z zawodowej rzetelności przyjrzał się jednak dowodom i odkrył coś podejrzanego – były za dobre.

„Dowody były doskonałe. Wszyscy byli tak zachwyceni tymi doskonałymi dowodami, że nikomu nie przyszło do głowy, że są zbyt doskonałe. Mnie również. To było jak z serialu kryminalnego. Pewnie taką sprawę dali Bellantoniowi pierwszego dnia w Akademii Policyjnej. O wiele za dobrą, żeby była prawdziwa, tak więc nieprawdziwą. Wszystko było nie tak. Na przykład, dlaczego włożył prochowiec? Było ciepło, nie padało, a on jechał samochodem i ani chwili nie przebywał pod gołym niebem. Włożył go, żeby zostawić włókna materiału na filarze. Dlaczego miał na nogach te idiotyczne buty? Wystarczy na nie spojrzeć, żeby wiedzieć, że przyczepi się do nich każdy paproch. Czemu strzelał z ciemności? Aby ludzie zauważyli błyski strzałów i zlokalizowali jego stanowisko, żeby technicy mogli zaraz tam pójść i zebrać wszystkie dowody. Dlaczego porysował karabin o murek? Przecież to broń za dwa i pół tysiąca dolarów. Dlaczego nie zabrał ze sobą tego styropianowego słupka? Łatwiej byłoby wrzucić go do bagażnika, niż zostawiać”*.

Jack już miał wyjeżdżać z miasteczka, kiedy źli ludzie popełnili drugi błąd. Założyli, że przyjechał ratować kolegę z wojska, a zdecydowanie nie życzyli sobie, żeby Barra ktoś ratował. Nasłali więc na byłego żandarma pięciu miejscowych osiłków. Reacher poradził sobie z nimi bez wysiłku (Reacher – czytaj: supermen), ale po tym zdarzeniu nie miał już wątpliwości, że Jamesa Barra ktoś wrabia. Pytania brzmiały odtąd: kto, w jaki sposób i z jakiego powodu? Dlaczego Barr wręcz na głowie stawał, żeby policji dostarczyć wszystkich możliwych dowodów przeciwko sobie?

Dociekania Reachera stanowią główny motyw powieści, zwłaszcza od chwili, kiedy pojawił się w niej Zek – były więzień sowieckiego obozu pracy w ZSRR. W „Jednym strzałem” autor wkomponował też wątki poboczne – Rosemary, siostra Barra, młoda adwokatka, która broni zabójcę pro publico bono, choć jej ojciec jest prokuratorem oskarżającym go, romans… W sumie bardzo dobra powieść sensacyjna i świetna rozrywka.



---
* Lee Child, „Jednym strzałem”, przekład Zbigniew Królicki, wyd. Albatros, 2008.

środa, 28 października 2026

Niemcy, prawie Niemcy i Żydzi

 „Kundel” – Krzysztof Papiernik

Jeśli Iksiński urodził się w 2003 roku w Zielonce pod Warszawą, a do szkoły chodził w Prószkowie, to czy są to predyspozycje wystarczające, żeby pisał kompetentnie o Powstaniu Warszawskim? Ale mniejsza z tym, to tylko takie skojarzenie.

Po „Kundla” sięgnąłem, bo zaintrygowało mnie nazwisko albo pseudonim autora. Takie jakieś żydowskie mi się wydało. W sumie nie wiem, czemu. Do tego z Łodzią związana była moja rodzina – pradziadek, absolwent Ponts et Chaussées (Korpus Dróg i Mostów w Paryżu), budował ulicę Piotrkowską, jego brat był dyrektorem szkoły w Łodzi, jakaś kuzynka uczyła się tam w technikum włókienniczym, więc pewne sentymenty mi pozostały.

Krzysztof Papiernik – data urodzenia skrupulatnie ukrywana. Zdjęcia pokazują młodego mężczyznę może około trzydziestki. Według jednych źródeł urodził się w Aleksandrowie Łódzkim, ale według innych – w Łodzi. Zastanawiające jest, kto i po co tak namiętnie stara się przekonać czytelnika, że autor dobrze zna to, co opisuje. Jakby pochodził z Poznania albo Rzeszowa, to dobrej książki o Łodzi nie mógłby napisać?

Bohaterem powieści jest Albert Danner, przedwojenny łódzki policjant niemieckiego pochodzenia, narkoman uzależniony od Pervitinu i Eukodalu. W 1940 roku po wkroczeniu Niemców do Łodzi, której nazwę zmieniono na Litzmannstadt, postanowił służyć Niemcom i rozpoczął pracę w niemieckiej policji kryminalnej – Kriminalpolizei. Kripo, policja kryminalna III Rzeszy, może i nie była tak koszmarna jak Gestapo, ale prawie.

Albert Danner prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa Josepha Fielmanna, właściciela zakładu krawieckiego. Wkrótce pojawiają się nowe ofiary. Danner panicznie boi się wysłania na front wschodni. Strach maskuje narkotykami, ale też stara się rozpaczliwie nie podpaść przełożonym. Ostatecznie godzi się na coraz więcej kompromisów moralnych; wyrzuty sumienia też łagodzi Previtin, syntetyczny środek pobudzający na bazie chlorowodorku metamfetaminy.

„Kundel” to przynajmniej cztery wątki. Pierwszy, kryminalny, dotyczy morderstw niemieckich notabli. Drugim jest samo miasto Łódź/ Litzmannstadt (Miasto Litzmanna), jego mieszkańcy przed wojną i zmiany społeczne po wkroczeniu Niemców.

Przeszliśmy do kolejnej hali. Cuchnęła smarami i potem, a gryzący pył wdzierał się do gardła. Parliśmy przez arterię wydrążoną wśród przędzarek, zgrzeblarek i krosien. Maszyny wyciągały wajchy i wrzeciona, błyskały koła i pasy transmisyjne. Robotnicy szamotali się wśród kolorowej przędzy jak muchy uwięzione w pajęczynie.
Widzę, że się ze mnie śmiejesz. Nie podobają ci się moje poetyckie opisy? W takim razie ujmijmy to inaczej: było duszno, parno i śmierdziało. Szczęśliwy jestem, że nigdy nie musiałem harować w fabryce Kona, Herbsta czy Geyera*.

Trzecim wątkiem, może w powieści najważniejszym, jest postępująca degrengolada moralna przodownika Alberta Dannera. Czwartym, takim nieco propagandowym, jest uświadomienie czytelnikowi, że Niemcy byli źli, ale Żydzi gorsi. Pewnym ludziom ten wątek spodoba się na pewno. Jednak chyba nie jest prawdą, że w czasie wojny i okupacji źli byli wszyscy, oczywiście za wyjątkiem Polaków.
Trzech mężczyzn, dwóch Niemców i jeden Żyd, gwałci nastoletnią Polkę.

Ja bym… ja bym nigdy. – Subiekt poczerwieniał na twarzy. – Nigdy, rozumie pan? Ale dowodził nami Joseph. Dziwny, cichy chłopak. Młody jak przydrożny szczaw w maju, ale jego ojciec zasiadał w Centralnym Komitecie Milicji. Joseph też chciał puścić dziewuchę. Tyle że w naszej grupie znalazł się taki bałamut, ruski Żydek. Nie dość, że parch, to jeszcze kacap. Nazywał się Nikitin, imienia nie pomnę*.

Powieść pisana jest w pierwszej osobie, ale od czasu do czasu autor/Danner zwraca się jakby bezpośrednio do czytelnika. Ilustruje to przedni cytat i następny.

Na nadsekretarza Lauberbacha natknąłem się już w holu. Oglądałeś może te durne filmy kryminalne? Na przykład Szpiegów? Albo Tajnego agenta Hitchcocka? No to wyobraź sobie Oskara Homolkę, ale z jeszcze bardziej kanciastą szczęką, bo pysk Lauberbacha wyglądał jak różowy kwadrat. Facet przylazł w garniturze w szkocką kratę glencheck, z różyczką w butonierce. Brakowało tylko faceta we fraku, by dopełnić tę rewię mody nad trupem. Obok niego stał kryminolog Riedel – jego twarz z kolei przypominała śliwkę z doczepionymi sumiastymi wąsami. Miał na sobie esesmański mundur bez dystynkcji. Znałem go z pracy dla poprzedniej władzy*.

„Kundel” – ostateczna ocena. Kapitalna, naprawdę bardzo dobra fabuła, a jeśli na mój zachwyt wpłynęły osobiste i rodzinne sentymenty, to w stopniu minimalnym. Za to warsztat autora, no niestety… Ciężkawe i jakby na siłę wstawiane środki stylistyczne (głównie porównania i przenośnie). Ilustruje to choćby ostatni cytat. Przegadane i udziwnione rozmowy czy przesłuchania. Dłużyzny. Do przyzwoitego pisarstwa autorowi wiele jeszcze brakuje. Ale może przy drugiej lub trzeciej książce…




---
* Krzysztof Papiernik, „Kundel”, Muza, 2026, e-book.


https://www.facebook.com/reel/4745758662320016 

czwartek, 22 października 2026

Will Robie - dobry morderca

 „Niewinny” – David Baldacci

Celowo nie przeczytałem tekstu na okładce, bo już wiele razy przekonałem się, że wydawcy opisują tam tak wiele (spojlery), że czytanie powieści nie ma już sensu. Więc z przyjemnym zaskoczeniem odkryłem na pierwszych stronach, że głównym bohaterem jest czterdziestoletni Will Robie, zawodowy morderca. Coś takiego nie zdarza się często i dla autora stanowi poważne wyzwanie. Kodeks Haysa* już oficjalnie nie obowiązuje w USA, ale…

Baldacci wybrnął z tego zgrabnie i już na samym początku. Will Robie, owszem, zabija ludzi, ale to źli ludzie byli. Carlos Rivera handlował heroiną i żywym towarem, a jakby to było mało, planował dokonać zamachu stanu w Meksyku. Kolejną ofiarą był Khalid bin Talal, saudyjski książę, kuzyn króla. Jego obsesyjna nienawiść wobec Ameryki i Amerykanów (porywał i torturował Amerykanów) stawała się coraz bardziej problematyczna, także dla Domu Saudów, więc książę stał się następnym celem Robiego.

Niestety, od początku zacząłem zauważać w tekście sprzeczności lub nieścisłości. Kiedy Robie zabijał Carlosa Riverę, ale najpierw jego czterech ochroniarzy, poszło szybko i sprawnie, bo… „nie byli profesjonalistami” (s. 13). To by się nawet zgadzało, bo tylko jeden z nich zdążył dobyć broni, ale nadmiar adrenaliny sprawił, że strzelał na oślep. Ale trzy strony dalej… „Czterech zabitych mężczyzn było ochroniarzami. Twardymi, bezwzględnymi ludźmi, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat zabili rzekomo ponad pięćdziesiąt osób…” (s. 16) – to jak, byli profesjonalistami, czy nie?
Kolejna akcja. „Tym razem jego cel nie był takim idiotą jak Rivera. To człowiek ostrożny, profesjonalista, który nie będzie strzelał na oślep” (s. 23). Ale zaraz, zaraz, przecież to nie Rivera strzelał na oślep, nie miał nawet broni. W ten chaotyczny sposób strzelał jeden z ochroniarzy Rivery.

Czy tego typu błędy stanowią poważny problem podczas lektury? To zależy. Jeśli czytelnik używa powieści tylko jako generatora emocji, to zapewne nie. Jeżeli jednak potrafi i chce czytać ze zrozumieniem, to napotka tego typu kłopoty. Swoją drogą dziwne to – autor, redaktor, korektor amerykański, tłumacz, redaktor i korektor polski… wszyscy ci ludzie wzięli jakieś pieniądze, ale wyraźnie ze swojego zadania wywiązali się miernie.

Czternastolatka, która nieco później Willowi przedstawiła się jako Julie, pewnej nocy uciekła z rodziny zastępczej. Opiekunowie zmuszali ją, oraz inne dzieci, do kradzieży kieszonkowych i sprzedawania narkotyków. Dziewczyna wróciła do swoich rodziców, którzy stracili prawa rodzicielskie, bo oboje ćpali. Jeszcze tej samej nocy rodzice Julie zostali zastrzeleni, oczywiście początkowo nie wiadomo przez kogo i dlaczego, ale dziewczynie udało się uciec. Wsiadła do autobusu zmierzającego do Nowego Jorku.

Will Robie odmówił wykonania kolejnego wyroku, to jest zastrzelenia matki z dzieckiem, a to spowodowało, że natychmiast sam znalazł się na celowniku swojej agencji, a może i jeszcze kogoś innego. Realizując przygotowany zawczasu alternatywny plan ucieczki, wsiadł do… autobusu jadącego do Nowego Jorku. W autobusie udaremnił próbę zamordowania dziewczyny. Dalej uciekali już razem, próbując też dociec, kto i czemu poluje na Julie. Bo powody pogoni za Robiem wydają się przecież oczywiste.

Ten zwrot odrobinę mnie rozczarował. Miałem nadzieję na wyjątkową powieść o najemnym mordercy i jego kolejnych akcjach, ale już na początku okazało się, że Will Robie ma serce, sumienie, skrupuły i inne takie dziwactwa, niespotykane zwykle wśród najemnych morderców. Od razu przypomniał mi się „Leon zawodowiec” i inne historie w podobnym stylu.

„Niewinny” to pierwszy tom cyklu o Willu Robiem, więc z góry wiadomo, że pod jego koniec nie może on zginąć.
Powiedziałbym, że to całkiem niezła rozrywka. Kryminalno-sensacyjno-przygodowa, wciągająca, intrygująca, jak to mówią: z huraganową akcją non-stop. Jeśli nie zwracać uwagi na błędy, o których wspomniałem, albo pewne naiwności (urządzenia namierzające typu GPS zawsze mają niebieską diodę – sic!), lektura zapewnia naprawdę dobrą zabawę przez kilka godzin. Na tyle dobrą, że prawdopodobnie sięgnę po kolejny tom cyklu, jeśli się on rzeczywiście ukaże.






---
* Obowiązujący kiedyś w Hollywood Kodeks Haysa nie pozwalał przedstawiać zbrodni jako czegoś, co się opłaca i pozostaje bez konsekwencji. Zakazywał też pokazywania scen seksu, miłości homoseksualnej, porodów, początkowo nawet związków osób różnych ras itp. Kodeks już od dawna nie obowiązuje, ale pewne elementy z jego zaleceń, są jednak respektowane.






Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

wtorek, 20 października 2026

Wiemy wszystko o wszystkich

 „Nieznajomy” – Harlan Coben

Choć po Harlanie Cobenie spodziewałem się czegoś na wyższym poziomie, to jednak „Nieznajomy” okazał się całkiem niezłą powieścią demaskatorsko-sensacyjną. W powieściach demaskatorskich autor prezentuje milutkie miasteczko albo sympatyczną, kochającą rodzinę, albo firmę, w której wszyscy są przyjaciółmi, albo… żeby prędzej lub później, ale raczej prędzej, zdemaskować fałsz, obłudę, fikcję, prawdziwe, i zwykle paskudne, uczucia oraz motywy, różne zdrady, oszustwa, plugawe zachowania, wredne intencje, zbrodnie lub inne przestępstwa. Tego typu powieści czytałem wiele, więc sama fabuła „Nieznajomego” nie stanowiła jakiegoś zaskakującego odkrycia. W sumie w takich książkach liczy się warsztat, to jest odpowiedź na pytanie, jak zostały napisane i co jest w nich wyjątkowego – jeśli w ogóle jest coś takiego.

Demaskowanie zaczyna się od samego początku. Podczas spotkania rodziców i trenerów dzieci grających w lacrosse odbywa się procedura przydzielania do lepszej lub gorszej drużyny. Trener forsuje awans swojego kandydata do lepszej ligi, ale nie dlatego, żeby chłopak był w tym sporcie wyjątkowo dobry, nie, po prostu jego ojciec może załatwić trenerowi dobrą pracę.
Czy rodzice myślą, że nastolatki tego nie widzą, nie słyszą, nie rozumieją, nie wiedzą? Sami uczą swoje dzieci obłudy, ale później narzekają na upadek moralności i postawę życiową młodzieży. Przy tej okazji można zadać sobie pytanie, kto nauczył dzieci roszczeniowej postawy, skoro urodziły się wiele lat po upadku „komuny”…

Podczas tego spotkania rodziców, główny bohater, prawnik, Adam Price, ojciec dwóch synów, dowiaduje się od kompletnie nieznajomego mężczyzny, że przed laty nie musiał z żoną zostawać. Dawno temu małżeństwo przechodziło kryzys, ale Adam Price został z żoną, Corinne, nauczycielką, bo ta oszukała go, udając, że jest w ciąży. Nieznajomy sugeruje też przeprowadzenie badań DNA, bo może nie obaj synowie są naprawdę dziećmi Adama.
Analiza wydatków opłaconych ze wspólnej karty kredytowej pokazuje, że Corinne rzeczywiście dokonywała zakupów w sklepie internetowym, specjalizującym się w gadżetach, które mają symulować ciążę, na przykład fałszywy test ciążowy, silikonowy brzuch, nawet zdjęcie USG płodu itp. Adam postanawia zapytać żonę wprost, czy udawała ciążę. Corinne obiecuje wszystko wyjaśnić, ale zanim do tego dojdzie, znika bez śladu.

Nieznajomy i jego wspólniczka, Ingrid, wyjawiają Heidi Dunn, że jej córka, studentka, prostytuuje się od dłuższego czasu w sposób wręcz profesjonalny i zarabia na tym poważne pieniądze.
Syn Dana Molino, należący do grupy młodych, podziwianych w miasteczku sportowców, znakomite wyniki osiąga dzięki sterydom.

Policjantka, komisarz Johanna Griffin z Beachwood (koleżanka jednej z ofiar), stara się rozszyfrować motywy działania Nieznajomego i jego grupy – ludzie ci rozwalają innym życie, ujawniając fałsz, obłudę, mroczne sekrety, ale początkowo wydaje się, że bez żadnych korzyści dla siebie. Griffin i Price, to jest policjantka i prawnik, łączą siły, starając się rozwikłać kolejne sprawy, zbrodnie i tajemnice, odkryć motywy szajki Nieznajomego oraz odnaleźć Corinne.

Powieść, jak już pisałem, demaskatorska, także nieco moralizatorska z przesłaniem: jeśli masz cokolwiek podłączone do Internetu, to jeśli tylko ktoś naprawdę zechce, to będzie wiedział o tobie wszystko. Niezła zabawa, choć o punkt poniżej zwykłej twórczości Cobena; jakby pomysł był jego, ale wykonanie jakiegoś ghostwritera.

niedziela, 11 października 2026

Rozpoznaj cwaniaka, czyli...

Rozpoznaj cwaniaka, czyli rzecz o internetowym biznesie

 – Z naszego systemu możesz przez tydzień korzystać za darmo, ale… najpierw podaj nam numer swojej karty kredytowej. – Proces rezygnacji z usługi jest skomplikowany, jego opis trudny do znalezienia na stronie usługodawcy, pracownicy firmy odpowiadają na zapytania opieszale albo w ogóle… A ósmy dzień, w którym naliczona zostanie opłata, zbliża się szybko. 

– Nasze oprogramowanie jest darmowe, ale… podczas rejestracji wymagane jest podanie adresu e-mail. – Ciekawe, do czego? Zastanawiał się ktoś kiedyś? Zadawał sobie takie pytanie? No… po co komu mój adres e-mail? Kolekcjoner jakiś, czy co? Po co, jeśli nie po to, by później napychać moją skrzynkę pocztową spamem? 

– Jeśli podczas rejestracji nie odptaszyłeś stosownego pola zakładamy domyślnie, że chcesz otrzymywać nasze (i partnerów) reklamy. – A pole, które ewentualnie można odptaszyć jest tak trudnie do odnalezienia w portalu firmy, jak igła w stogu siana. 

 Adam Smith, szkocki teoretyk kapitalizmu i wykładowca filozofii moralnej, często zwracał uwagę na rolę moralności w gospodarce (wolnorynkowej, bo innej nie znał) oraz podkreślał ważną rolę państwa w zapewnieniu płacącym podatki obywatelom ochrony zarówno przed napaścią zewnętrzną jak i przemocą wewnętrzną. Przez to ostatnie rozumiem nieetyczne, choć może nienaruszające prawa wykorzystywanie obywateli przez podmioty gospodarcze (firmy) proweniencji rodzimej albo i obcej, lecz działające na terytorium danego kraju. 

Przykładów – takich jak powyższe i podobnych mniej lub bardziej – są tysiące. Nie są to (niestety!) działania sprzeczne z prawem, choć trudno je chyba nazwać etycznymi (chyba, że mówimy o etyce Kalego). Wywiązujące się ze swoich zobowiązań państwo, powinno obywateli przed czymś takim chronić, ale nie ma co liczyć na ochronę państwa, w którym – jak ma to miejsce w Polsce – panuje ustrój feudalno-mafijny, prawda? 

Wmawia nam się, że to, co aktualnie dzieje się w Polsce, to normalny objaw drapieżnego, nowopowstającego kapitalizmu. Nie sądzę. Kapitalizm – normalny, a nie wynaturzony, postkomunistyczny – budowano z Biblią w ręku, najczęściej w duchu purytańskiej ascezy (warto przeczytać książkę pt. „Etyka protestancka, a duch kapitalizmu” Maxa Webera, w 2010 roku pojawiło się nowe wydanie). Różne próby wyzysku notowane były zapewne wszędzie, jednak chyba tylko w XXI-wiecznej Polsce (może jeszcze na Ukrainie i Białorusi) nazywa się biznesmenami małomiasteczkowych cwaniaczków, bezczelnych kanciarzy, zwyczajnych oszustów i hucpiarzy. 

Stara, znana zasada mówi, że zgoda na zło może urodzić tylko jeszcze większe zło, ale… wmawia nam się, że jeśli daliśmy się oszukać, to jest to nasza wina, że wstydzić powinny się ofiary kanciarstwa i cwaniactwa, a nie cwaniacy i kanciarze. 

Jak odróżnić cwaniaka od rzetelnego przedsiębiorcy?

Kiedy cwaniak pyta: „czy mogą nam coś udowodnić i skazać?”, rzetelny przedsiębiorca zastanawia się: „czy to co robimy jest w porządku?”

Kiedy rzetelny przedsiębiorca pyta: „co możemy zrobić, żebyś ty dostał to, czego potrzebujesz, a ja zarobił?”, cwaniak zastanawia się: „co muszę zrobić, żeby cię wydymać?”

Rzetelny przedsiębiorca oferuje okres próbny i informuje, co należy zrobić po tym terminie, by program (usługę) kupić.

Rzetelny przedsiębiorca informuje, co należy zaptaszyć, jeśli się chce otrzymywać od niego jakieś informacje. 

ZAGADKA. Który z prezentowanych fragmentów umów/regulaminów jest dziełem cwaniaka, a który rzetelnego przedsiębiorcy?

 


 Nic tak nie umacnia zła, jak bezczynność uczciwych, dobrych ludzi. Dziś jakiś cwaniak okantuje Cię na dziesięć złotych. Wstyd Ci będzie własnej naiwności, uznasz, że dycha to nie pieniądz, że stać Cię, że dla dychy nie będziesz się szarpał itp., a za kilka-kilkanaście lat Twoja żona albo Twoje dziecko zostanie wyrolowane z oszczędności, domu, samochodu. I płacz będzie i zgrzytanie zębów…

sobota, 10 października 2026

Kobiety uratują wszechświat?

 „Upadające Imperium” – John Scalzi

Nurt zapewnił ludzkości przetrwanie po tym, jak utraciła ona Ziemię. Pozwolił, aby w ramach Wspólnoty kwitł handel, dzięki czemu każda placówka ludzkości dysponowała zasobami koniecznymi do przetrwania – zasobami, jakich niemal żadna z nich nie byłaby w stanie pozyskać na własną rękę.
Oczywiście, stanowi to absurdalny sposób patrzenia na Nurt. Nie ma on nic wspólnego z rzeką, nawet w przybliżeniu. To wielowymiarowa, branopodobna, metakosmologiczna struktura, która miejscowo przenika się z czasoprzestrzenią w złożony sposób, przypominający topografię terenu. Wpływ na to, częściowo i chaotycznie, aczkolwiek nie wyłącznie, ma grawitacja. W strukturze tej statki nie poruszają się w żadnym tradycyjnym sensie tego słowa, lecz po prostu wykorzystują jej wektorową naturę, relatywną względem miejscowej czasoprzestrzeni i niezwiązaną z rządzącymi naszym kosmosem prawami dotyczącymi szybkości, przyspieszenia czy energii, co daje miejscowym obserwatorom złudzenie podróżowania szybciej niż światło*.
I już wszystko jasne, nieprawdaż?

Problem w tym, że Nurt zaczyna wykazywać pewne… anomalie, co może uniemożliwić mieszkańcom zamieszkanych planet, podróże z prędkością większą od prędkości światła. To odizolowałoby te światy od siebie, ale żeby ludzkość jako całość jakoś funkcjonowała, niezbędna jest ich stała i ciągła współpraca; żadna z planet zamieszkanych przez ludzi nie jest w stanie przetrwać bez pozostałych. A przynajmniej tak to ludziom wmówiono… W ten sposób już w połowie pierwszego rozdziału, wiadomo, o co (między innymi) w powieści chodzi, to jest o pełną kontrolę i władzę. Jest to tym łatwiejsze do odgadnięcia, że jedną z sił sprawujących władzę i kontrolę, jest kościół.

W „Upadającym Imperium” główne role gra troje bohaterów: Marce Claremont, naukowiec, nerd, postać najmniej wyrazista, mądry, ale taki nijaki, Kiva Lagos, charyzmatyczna, pewna siebie, ale i ordynarna kapitanka statku kosmicznego, i wreszcie Cardenia – prywatnie, bo oficjalnie Grayland II, cesarzowa i władczyni znanego wszechświata, zwana w książce imperoksem; nieślubna córka Batrina Wu.

Batrin Wu, ojciec Cardenii, oficjalnie znany był jako Attavio VI, imperoks Świętego Imperium Wspólnoty Państw i Gildii Kupieckich, Król Hubu i Narodów Powiązanych, Głowa Kościoła Wspólnoty, Spadkobierca Ziemi i Ojciec Wszystkich, a także osiemdziesiąty siódmy Imperoks z rodu Wu, który wywodził swoje korzenie od Prorokini-Imperoks Racheli I, założycielki Wspólnoty i Zbawczyni Ludzkości*.

W związku z zawirowaniami Nurtu całe Imperium znajduje się na krawędzi rozpadu, a bohaterowie starają się odkryć, co i dlaczego się dzieje i ratować to, co jest do uratowania.

Powieść z gatunku space opera. Sporo humoru, który po połowie lektury zaczyna stawać się przewidywalny i nużący, a przynajmniej już nie tak śmieszny. Główne role odgrywają kobiety i jest ich wyraźnie więcej niż postaci męskich. Sporo polityki i psychologii relacji międzyludzkich, za to żadnych scen batalistycznych czy kosmicznych starć.

„Upadające Imperium” to pierwsza część cyklu The Interdependency. Całkiem niezła, powiedziałbym, ale może nie aż tak, żebym odczuwał nieodpartą potrzebę poznawania kolejnych tomów.



---
* John Scalzi, „Upadające Imperium”, przekład Paweł Grysztar, wyd. NieZwykłe, r. 2019.

środa, 7 października 2026

Dla miłośników absurdów SF

 „Serny glob” – John Scalzi

Tym razem i na wszelki wypadek nie czytałem tekstu na okładce. Zerknąłem na niego dopiero po przeczytaniu ze dwudziestu procent powieści. Oczywiście, jak to się coraz częściej zdarza, blurb zawiera kompletny spojler.

Rzecz dzieje się mniej więcej współcześnie, głównie w USA. Pewnego razu okazało się, że Księżyc zmienił się w ser. Fabuła powieści koncentruje się wokół reakcji różnych ludzi i grup społecznych na to absurdalne wydarzenie.

Jeśli ktoś lubi groteski i pastisze, to powinien być usatysfakcjonowany.

niedziela, 4 października 2026

Biało-czarna Ameryka obecnie

 „Anioł z Missisipi” – Greg Iles

Jeśli przeczytałeś blurb, to całą resztę możesz sobie darować, bo w zasadzie jest to streszczenie powieści, a nawet spojler. Przyszło mi na myśl, że czytelnikowi o odrobinę wyższej od przeciętnej sprawności intelektualnej, napisanie recenzji – po lekturze tylko tekstu na okładce – nie powinno stanowić większego wyzwania.

Akcja rozgrywa się w Natchez, niewielkim (ok. 15 tyś. mieszkańców) mieście w Stanach Zjednoczonych, położonym w stanie Missisipi. W potoku wpadającym do rzeki Missisipi miejscowi wędkarze znajdują ciało, częściowo rozebranej, siedemnastoletniej uczennicy szkoły średniej, Kate Townsend. Dziewczyna miała w mieście bardzo dobrą opinię, miła, życzliwa, prymuska (już przyznane stypendium Harwardu), wysportowana, śliczna. Sekcja wykazała, że dziewczyna była w ciąży, że przed śmiercią została zgwałcona, a w każdym razie niedawno miała stosunki seksualne z dwoma mężczyznami. Szybko też wyszły na jaw jej kontakty z dilerem narkotyków, Cyrusem White. Cudowny wizerunek aniołka z Natchez całkowicie się posypał.

Doktor Drew Elliot, który miał romans z ofiarą, obawia się posądzenia o morderstwo, więc prosi przyjaciela, byłego prokuratora z Houston, a obecnie pisarza, Penna Cage’a, o pomoc i wydobycie go z tarapatów. Główny bohater, Penn Cage waśnie, miałby również za zadanie odkrycie, kto zabił dziewczynę. Przy tej okazji ujawnione zostają rozliczne niecne sprawki uczniów prywatnego liceum pod wezwaniem Świętego Stefana, ale także tajemnice tak niby spokojnego Natchez.

Poszukiwanie mordercy i procedury formalno-prawne amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, to wątek główny, ale jest i drugi, powiedziałbym, że socjologiczno-polityczny, który dotyczy trudnych relacji czarnych i białych mieszkańców miasta.

- Wyobraź sobie, że Cyrus jest weteranem Pustynnej Burzy – ciągnie Sonny. – Był w lotnictwie. Usiłowałem go zdybać przez rok, ale nie sposób się go czepić. Teflonowy czarnuch.
Sonny powiedział to ostatnie słowo kompletnie bezwstydnie. Należy do tej grupy ludzi Południa, co dostosowują słownictwo do towarzystwa, w którym się znajdują. Wśród swoich białych znajomych – i pewnie podejrzanych, których maltretuje – Sonny mówi „czarnuch” i nawet powieka mu nie drgnie. Wśród obcych jest politycznie poprawny jak każdy. Ale wiadomo, jak naprawdę postrzega tych, którzy często stają się jego celami. Nie ma wątpliwości, że to między innymi z powodu uprzedzeń ściga przede wszystkim Afroamerykanów, a nie różne Kate Townsend. Ale te uprzedzenia nie stanowią niczego nadzwyczajnego wśród detektywów z biur szeryfów w Missisipi. Amerykańskie sądownictwo ma te uprzedzenia we krwi, stąd aż po Waszyngton*.

Segregacja rasowa została w Stanach zniesiona w 1964 roku (Voting Rights Act – ustawa o prawie do głosowania, oraz Civil Rights Act – ustawa o prawach obywatelskich), ale w praktyce, zwłaszcza w stanach południowych, wygląda to… różnie.

W sprawie zabójstwa Kate Townsend doktor Drew Elliot i dawny prokurator, Penn Cage, muszą się zmierzyć z aspiracjami politycznymi czarnego prokuratora, Shadracha Johnsona, który za wszelką cenę chciałby zostać burmistrzem Natchez. Skazanie białego lekarza niewątpliwie zapewniłoby mu głosy czarnych obywateli miasta. W tej sytuacji ewentualna wina doktora staje się mniej ważna od lokalnych rozgrywek politycznych.

Całkiem niezła powieść, choć może nieco za długa – prawie pięćset stron. Jedna z niewielu, jakie czytałem, w których kanalią i szują okazuje się czarny prawnik i polityk.




---
* Greg Iles, „Anioł z Missisipi”, przekład Macieja Mazan, wyd. Albatros, 2008. 

czwartek, 1 października 2026

Naiwne i popieprzone fantazje

 „Czerwone koszule” – John Scalzi

Zaczęło się bardzo dobrze, nawet znakomicie. Główny bohater, podporucznik Andrew Dahl, skierowany zostaje na „Nieustraszonego”, flagowy statek Unii Galaktycznej. Załoga statku często realizuje różnego typu, ale niebezpieczne prawie zawsze, zadania specjalne. Przy takich okazjach giną ludzie. Niby to zrozumiałe w przypadku jednostki flagowej, ale…

Andrew Dahl zauważa pewne prawidłowości i coraz bardziej coś mu tu nie gra. Szeregowcy giną masowo i głupio, ale pięciu oficerów, śmierć się jakoś nie ima. Choć bywa, że odnoszą jakieś obrażenia, po których błyskawicznie wracają do zdrowia. Dahl znajduje kilkoro innych członków załogi, którym też coś tu nie pasuje. Zaczynają szukać wyjaśnienia wyjątkowo dużej liczby wypadków śmiertelnych na misjach „Nieustraszonego".
W tym momencie dobra powieść się kończy, a zaczynają naiwne brednie.

Okazuje się, że Dahl i jego przyjaciele, jak i cała reszta załogi statku, są statystami i aktorami w miernym serialu s-f. Żeby podtrzymać jakoś uwagę widzów, scenarzysta co trochę wymyśla jakieś karkołomne wydarzenia, w których ginie ktoś nic nieznaczący dla fabuły; głównie statyści.

Andrew Dahl i jego ekipa cofają się w przeszłość, aby spotkać autora scenariusza i nakłonić go do zmian w narracji, dzięki, którym nie musieliby w serialu ginąć.

Nie trzyma się to wszystko kupy, a ja zmarnowałem czas, licząc na to, że nazwisko autora zapewnia dobrą rozrywkę.