poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Erika Foster i mrożone koty

 „Martwy świadek” – Robert Bryndza

Wydawca na okładce zamieścił prawie wszystkie informacje o fabule, może poza samym nazwiskiem mordercy, więc po prostu mogę tylko napisać to samo, ale swoimi słowami.
„Martwy świadek” to siódmy tom z serii o Erice Foster, ale najwyraźniej nie trzeba ich czytać w kolejności wydawania.

Główna inspektor policji, Erika Foster, Słowaczka z podwójnym obywatelstwem, po śmierci męża, też policjanta, kupiła dom w Londynie, w spokojnej dzielnicy Blackheath. Jeszcze się nawet nie rozpakowała, więc zjeść kolację wybrała się dwie ulice dalej, do fast-foodu serwującego frytki. W drodze powrotnej z pobliskiego budynku usłyszała krzyki. Tess Clarke znalazła zwłoki swojej siostry, Victorii Clarke, zamordowanej brutalnie we własnym domu, na kanapie.

Gdy na miejsce zbrodni zjechała się już cała ekipa, policjanci zatrzymali sąsiada Vicky Clarke, który dziwnie się zachowywał, był agresywny i w torbie na śmieci próbował wynieść zamarznięte kocie zwłoki. Policja od lat poszukiwała zabójcy setek kotów, więc od razu zatrzymała sąsiada, Charlesa Wakefielda. Jeszcze przed świtem okazało się, że jest on bratem głównego szefa policji, więc prawie natychmiast wyszedł na wolność.

Ofiara zbrodni, Vicky Clarke, zajmowała się nagrywaniem podcastów kryminalnych. Odkryła i opublikowała coś na temat masowego mordercy kotów, ale też o mężczyźnie, który prześladował studentki w południowym Londynie. Następnie włamywał się do nich i…. Z mieszkania ofiary zniknęły pendrive’y i inne nośniki danych.

Erika Foster prowadzi śledztwo wraz z zespołem i szybko odkrywa, że w tej sprawie wszystko jest znacznie bardziej pogmatwane, niż mogłoby się z początku wydawać. Sprawa Charlesa Wakefielda, wynoszącego zamrożone kocie zwłoki, to drobiazg wobec faktu, który ustalił anatomopatolog podczas sekcji – zwłoki, które badał, to nie Victoria Clarke. Od tego momentu akcja zaczyna przypominać rollercoaster i staje mocno wciągająca. Jest to powieść skoncentrowana na akcji, typowo rozrywkowa, złożonych analiz psychologicznych bohaterów, w niej nie ma. To może być jej zaletą lub wadą, zależnie od oczekiwań czytelnika.

Co do oceny „Martwego świadka” mam ambiwalentne odczucia, bo z jednej strony niewątpliwie godna uwagi wyobraźnia autora, a więc nietuzinkowa fabuła, ale z drugiej… Znalazłem w książce elementy, które mi się nie podobały. Może nie tyle błędy, ale treści niejasne, niezupełnie zrozumiałe. Odpowiada za to albo autor albo tłumacz, bo według informacji w stopce, redaktora czy korektora nie było. Przykład pierwszy: „wokół unosił się charakterystyczny zapach kogoś obcego” – obcego… dla kogo obcego? Bo chyba nie chodzi o Xenomorfa? Policjantki wchodzą do mieszkania Charlesa Wakefielda zatrzymanego godzinę wcześniej i… czego się spodziewają, zapachu szefa? Swojego dziecka, męża? Czym w ogóle charakteryzuje się zapach kogoś obcego, skoro jest niby taki charakterystyczny? Przykład drugi: w przeszukiwanym mieszkaniu policjantki znajdują kapelusz z metką Juniper&Brown Hatters St James Street, London. Wtedy jedna z nich krzyczy: Uwaga: awokado! [s. 47]. Tego nie rozumiem już zupełnie.

Tak więc brak redakcji lub/i doświadczenia tłumacza, obniżają ocenę tej, całkiem niezłej, powieści o jeden-dwa punkty.

środa, 29 lipca 2026

Fantastyka socjologiczna

 „Historia twojego życia” – Ted Chiang

„Zbiór opowiadań określony jako precyzyjnie skonstruowany eksperyment myślowy” [1].

Eksperyment myślowy? Kogoś poniosła fantazja i ze zwykłego zbioru opowiadań fantastyczno-socjologicznych próbuje zrobić coś ambitnego, ale… niech będzie. Każde z nich, albo prawie każde, to nawiązanie do tematu, z którym już się gdzieś, kiedyś zetknąłem. To nie temat jest tu odkrywczy i nowatorski, ale sposób, w jaki został opisany. Ktoś nie słyszał o wieży Babel? Nie czytał o człowieku, który zdobył nieprawdopodobną inteligencję?
Jedne opowiadania lepsze, inne nieco mniej, bo z dłużyznami, ale w sumie rozrywka niezła. W kilku przypadkach można nawet liczyć na odrobinę inspirującej refleksji.

„Wieża Babilonu”. Elamiccy górnicy pod wodzą Hillaluma przybywają do Babilonu, gdzie od pokoleń budowana jest wieża, która ma sięgnąć nieba. Ich zadaniem jest przebicie się przez sklepienie, do którego właśnie dotarli budowniczowie. Hillalum przedostaje się na drugą stronę i…

„Były też chwile, kiedy wydawało się, że sklepienie jest wznoszącą się przed nim pionową ścianą urwiska o niewyobrażalnej wysokości, podobnie jak ledwie widoczna w dole ziemia, i że wieża to mocno naciągnięta lina między nimi” [2].

„Zrozum”. Po podaniu eksperymentalnego preparatu, hormonu K, który miałby pomóc rekonstruować uszkodzony mózg (uszkodzony w wyniku wypadku lub choroby), nieprawdopodobnie rośnie inteligencja pacjenta, Leona, oraz inne jego możliwości umysłowe. Wkrótce dowiaduje się on też, że na świecie jest ktoś, inny pacjent, o podobnych możliwościach, a to stanowi specyficzne zagrożenie.

„Dzielenie przez zero”. Wbrew pozorom nie jest to opowiadanie o matematyce, zaczyna się zresztą od cudacznego założenia.

„Istnieje pewien powszechnie znany dowód na to, że dwa równa się jeden. Jeśli wstępnie założymy, że a=1 oraz b=1, w efekcie otrzymamy równanie a=2, wobec czego 1=2” [3].

Dziwoląg. Co ma b do a? A jakby b=7, to a=33? A jakby c=12, to a=99? Być może czegoś tu brakuje, jakichś dodatkowych założeń, które wiązałyby w jakiś sposób a i b.

Ważniejsze jest jednak coś innego. Opowiadanie pokazuję poważny problem psychologiczny, umysłowy, ambicjonalny i moralny naukowca, który po latach błyszczenia na naukowym firmamencie odkrywa, że mylił się kompletnie i to właściwie we wszystkim. I to jest do przemyślenia.

„Historia twojego życia”. Pozornie dwa nurty. W jednym lingwistka, doktor Louise Banks, opowiada córce jej życie. Robi to w dziwny sposób – w czasie przyszłym, na przykład: będziesz miała wtedy 25 lat. Wątek drugi, to spotkanie z obcymi, których ludzie nazywają siedmionogami. Louise Banks uczy się ich języka, a właściwie języków, bo siedmionogi A(język mówiony) jest zupełnie czym innym niż siedmionogi B (język pisany, choć raczej obrazowy).

Liczba kończyn i wygląd to głupstwo, bo obcy okazują się znacznie bardziej obcy niż kiedykolwiek wpadło to do głowy autorom powieści s-f. Kwestia porozumienia z istotami kompletnie innymi, jest do zastanowienia.

Ciekawy jest sposób, w którym autor odwołuje się do Zasady Najmniejszego Czasu Fermata. Zgodnie z nią światło podróżujące między dwoma punktami wybiera taką drogę, której pokonanie zajmuje najmniej czasu, nawet gdy po drodze zmienia się środowisko: woda, szkło, powietrze. To zagadnienie jest niezwykle intrygujące, bo żeby światło wybrało i wyliczyło drogę z najkrótszym czasem, to najpierw musi znać punt docelowy. A niby skąd? Czy przyszłość jest określona jeszcze zanim się wydarzy?

Bardzo dobre opowiadanie, bo wymaga odrobiny zastanowienia, to jest zupełnie inaczej niż w przypadku „Wieży Babilonu”.

„Siedemdziesiąt dwie litery”. Wariacja na temat opowieści o Golemie. Tematem jest eugenika, inżynieria genetyczna i nomenklatura. Przy okazji – 72 litery zawiera alfabet Khmerów.

„Thorburn, może ty nam powiesz, czym jest doktryna liter?
-Jak każda rzecz jest obrazem Boga, tak każde imię jest obrazem boskiego imienia.
- A prawdziwe imię przedmiotu?
- Obrazuje boskie imię w ten sam sposób, w jaki sam przedmiot jest obrazem Boga.
- A czym charakteryzuje się prawdziwe imię?
- Obdarza przedmiot cząstką bożej mocy” [4].

„Ewolucja ludzkiej nauki”. Króciutkie opowiadanie poruszające jedno tylko zagadnienie. Na ziemi żyją ludzie i metaludzie o niesamowitej wiedzy, inteligencji, umiejętnościach. Zwykli ludzie już nie rozumieją nauki metaludzi, owszem, korzystają z ich urządzeń, ale nie wiedzą, jak i dlaczego one działają. Pytanie: czy w tych warunkach normalni ludzie powinni nadal prowadzić jakieś swoje badania, rozwijać własną, opóźnioną naukę, czy to w ogóle ma sens?

„Piekło to nieobecność Boga”. Opowiadanie o tym, jak wiara poddana zostaje niesamowitej weryfikacji. Z ziemi czasem można podejrzeć piekło, które wydaje się bardzo podobne do zwykłego życia. Od czasu do czasu na ziemi pojawiają się aniołowie. Ich pojawienie się wywołuje czasem cuda, na przykład czyjeś uzdrowienie, ale jednak więcej ludzi traci życie i zdrowie podczas takiej manifestacji.

„Bóg nie jest sprawiedliwy. Bóg nie jest dobry. Bóg nie jest miłosierny. Zrozumienie tej prawdy jest podstawą prawdziwej pobożności” [5].

„Co ma cieszyć. Reportaż”. W życiu wygrywają najpiękniejsi. Oczywista oczywistość. Jak i to, że trudno takie kryterium uznać za sprawiedliwe. Kaliognozja to zabieg (chyba neurochirurgiczny), który eliminuje różnice między pięknymi a zwyczajnymi ludźmi. Człowiek poddany kalio rozróżnia rysy twarzy i mimikę, ale wszystkie twarze wydają mu się zwyczajne i przeciętne. Nikt nie jest ładniejszy od kogoś innego.
Tekst składa się z wypowiedzi różnych ludzi na temat sensu i przyszłości kaliognozji.

„Notatki na marginesie opowiadań”. Luźne zapiski dotyczące, zwykle, genezy opowiadań.


Ogólnie zbiór dość... eklektyczny, jednak nie żałuję czasu poświęconego na lekturę; rozrywka bywała przednia, momentami.  



---
[1] Ted Chiang, „Historia twojego życia”, Zysk i S-ka, przekład Michał Jakuszewski i inni, 2026, tekst na okładce (blurb).
[2] Ted Chiang, „Historia twojego życia”, Zysk i S-ka, przekład Michał Jakuszewski i inni, 2026, s. 26.
[3] Tamże, s. 105.
[4] Tamże, s. 207.
[5] Tamże, s. 317.





Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

piątek, 24 lipca 2026

Wybitnym wolno dużo więcej

 „Ludzie na drzewach” – Hanya Yanagihara

Debiutancka powieść autorki, a mimo to – moim niezwykle skromnym zdaniem – ciekawsza od „Małego życia”, które czytałem niedawno.

Bethesda, Maryland – doktor Abraham Norton Perina, słynny immunolog i emerytowany dyrektor Centrum Immunologii i Wirusologii Narodowego Instytutu Zdrowia w Bethesda, w stanie Maryland, został wczoraj aresztowany pod zarzutem nadużyć seksualnych. Dr. Perinie, 71 lat, postawiono zarzuty trzykrotnego gwałtu, trzykrotnego odbycia stosunku seksualnego z nieletnimi, dwóch napaści seksualnych i dwukrotnego narażenia zdrowia i życia osoby małoletniej. Zarzuty sformułowano na podstawie zeznań jednego z adoptowanych synów dr. Periny [1].

Doktor Perina, laureat Nagrody Nobla, badając latami lud Opa’ivu’eke z Ivu’ivu na jednej z wysp mikronezyjskiego państwa U’ivu, odkrył syndrom Seleny, nazwany tak od nieśmiertelnej i wiecznie młodej bogini księżyca z mitologii greckiej. Tubylcy, którzy jedli mięso pewnego gatunku żółwia, pozostawali relatywnie młodzi setki lat, choć umysłowo czy emocjonalnie starzeli się w mniej więcej naturalnym tempie. Perina spędził na badaniach w Mikronezji wiele lat, tam też adoptował czterdzieścioro troje dzieci, sierot lub dzieci wyjątkowo biednych członków plemienia Opa’ivu’eke.

Doktor medycyny, Ronald Kubodera, przyjaciel i protegowany Nortona Periny, zafascynowany swoim mentorem, twierdzący, że pedofil skazany na dwa lata więzienia, potraktowany został skandalicznie niesprawiedliwie, namówił go, żeby czas spędzony w więzieniu, wykorzystał na spisanie autobiografii czy pamiętnika, co też noblista zgodził się robić. Ronald Kubodera pełnił rolę redaktora kolejnych części opowieści Periny.

I tak w kwietniu, po dwóch miesiącach odsiadywania przezeń wyroku, spytałem go w liście (pisałem do niego codziennie), czy nie zechciałby jednak rozważyć kwestii pamiętników. Które, jak podkreśliłem, nie tylko stanowiłyby istotny wkład w literaturę i naukę, ale dowiodłyby osobom zainteresowanym, że Norton nie jest tym, kogo świat tak usilnie chce w nim widzieć. Dodałem, że poczytałbym sobie za zaszczyt możliwość przepisywania jego rękopisów na maszynie i, gdyby mi na to pozwolił, subtelnego ich redagowania, jak to czyniłem wcześniej z jego artykułami do pism naukowych. Byłoby to dla mnie, napisałem, fascynujące zajęcie, a dla niego być może jakaś rozrywka [2].

Zasadniczą treścią „Ludzi na drzewach” są pamiętniki doktora Nortona Periny.

Powieść, momentami nieco przegadana, koncentruje się w zasadzie na jednym temacie, pytaniu: czy ludziom wielkim, wybitnym, wyjątkowym, wolno więcej, czy należałoby ich traktować inaczej niż zwykły motłoch?





---
[1] Hanya Yanagihara, „Ludzie na drzewach”, przekład Jolanta Kozak, wyd. WAB, 2021.
[2] Tamże.

wtorek, 21 lipca 2026

Zwykłe życie w Nowym Jorku

 „Małe życie” – Hanya Yanagihara

I właściwie tego wstydził się najbardziej: nie lichej znajomości seksu, nie zdradzieckiej postawy wobec własnej rasy, nie nieumiejętności odłączenia się od rodziców czy zarobienia własnych pieniędzy i zachowywania się jak byt autonomiczny. Wstydził się tego, że kiedy siedział z kolegami wieczorem i oni zagłębiali się we własne ambicje i wyśnione konstrukcje, kreślili i planowali swoje nieprawdopodobne budowle, on nie robił nic. Utracił zdolność wyobrażania sobie czegokolwiek. Tak więc co wieczór, kiedy inni tworzyli, on kopiował: rysował budynki, które widział podczas podróży, budynki wymarzone i wzniesione przez innych ludzi, budynki, w których mieszkał albo bywał gościem. Ciągle od nowa tworzył coś, co już zostało stworzone, nie starając się nawet tego ulepszać, po prostu małpując. Miał dwadzieścia osiem lat; wyobraźnia go opuściła; był kopistą. To go przerażało. JB miał swoją serię obrazów. Jude miał swoją pracę. Willem swoją. A jeśli on, Malcolm, już nigdy niczego nie stworzy?*.

Powieść społeczno-obyczajowa o młodych Amerykanach i Nowym Jorku.

Czterech przyjaciół: Malcolm, Willem, Jude i JB. Przed trzydziestką; różne kolory skóry, co na pewno zachwyciło recenzentów. Po prostu żyją w Nowym Jorku, głównie na Manhattanie, ale nie tylko, i próbują zrobić w życiu jakąś karierę, przestać wreszcie być nikim, jakoś się urządzić, sensownie zorganizować swoje życie. To najzupełniej zwyczajne życie – nie jestem przekonany, czy „małe” (pomysł autorki?) jest odpowiednie.

Jeśli autorka/autor postanowi opisywać zwyczajność i codzienność, to raczej marne szanse, że porwie czytelników; raczej wielu rozczaruje. Mocnym punktem „Małego życia” jest warsztat pisarski i zmysł obserwacji Yanagihary, ale nie wielkie, ważne, zaskakujące wydarzenia, gwałtowne zwroty akcji, zapierające dech w piersiach sceny, dramatyczne zakończenie. Ta powieść jest zwyczajna, jak życie; nie znajdzie w niej czytelnik niczego porywającego, a kiedy – mniej więcej w połowie – zacznie zdawać sobie sprawę, że jest ono, to życie, w pewnym sennie podobne do własnego, to i oceny polecą w dół.

Lektura nieco depresyjna, jakby szarówkowo-jesienna, ale byłem uprzedzony, więc i oczekiwania miałem całkiem rozsądne. W każdym razie raczej w niedługim czasie sięgnę też po inną powieść tej autorki.



---
* Hanya Yanagihara, „Małe życie”, przełożyła Jolanta Kozak, wyd. WAB, 2022.

czwartek, 16 lipca 2026

Przyjaciółki i nieprzyjaciółki

 „W snach to ja trzymam nóż” – Ashley Winstead 

Oficjalne zaproszenie na zjazd absolwentów Uniwersytetu Duquette, który odbędzie się w dniach 5–7 października. Poniżej znajdował się czerwony szkic Wieży Blackwell, tak wysoki, że niemal wbił się między litery. Z przyjemnością będziemy gościć Szanowną Panią na tradycyjnym zjeździe absolwentów, cieszącym się dużą sympatią byłych studentów Duquette. Załączamy zaproszenie na przyjęcie z okazji dziesięciolecia ukończenia studiów przez rocznik 2009, by ponownie przeżyć dawne przygody i świętować liczne sukcesy naszych absolwentów – w tym koleżanek i kolegów z Pani rocznika – odniesione po opuszczeniu Karmazynowego Kampusu*.

Główną bohaterką jest Jessica Miller, trzydziestodwuletnia obecnie, zadbana w sposób, na jaki pozwalają jej wysokie zarobki doradczyni w Nowym Jorku: włosy rozjaśnione, zęby wybielone, gładka skóra, sylwetka nie chuda, jak to miała w wieku lat osiemnastu, lecz jędrna i smukła. Na kampusie i uczelni Jessica należała do paczki, którą nazywano tam Siódemką ze Wschodniego (na studiach należała do East House, Domu Wschodniego), którą tworzyli: Coop, Heather, Mint, Caro, Frankie, Jack i Jessika. Wszyscy młodzi, przebojowi, pewni siebie. Wiadomo było, że skończą studia z dobrymi lokatami i zrobią karierę. Nie przypuszczali, że w ich małym gronie znajdzie się morderca i ofiara, a przynależność do Siódemki ze Wschodniego przestanie być pożądana.

Jessica Miller ma poważne problemy z samooceną, to jest poczuciem własnej wartości. Raz jest z siebie dumna, zadowolona i szczęśliwa z realnych przecież osiągnięć, by po chwili popaść w przygnębienie, gdy wydaje jej się, że jest przeciętna, zwyczajna, a nawet mierna i beznadziejna. Na tę drugą wersję też znajduje argumenty.

Na studenckim kampusie zamordowana została Heather, jedna ze studentek, należąca do grupy Siódemka ze Wschodniego. Policja podejrzewała jej ostatniego chłopaka (mocno się pokłócili kilka godzin wcześniej), ale ostatecznie nie udało mu się niczego dowieść i sprawa pozostała nierozwiązana, aż do…

Fabuła przebiega dwutorowo – jedne rozdziały opisują zjazd absolwentów i rozmaite relacje między byłymi studentami (głównie zawiść i złośliwości dawnych koleżanek), inne dotyczą przeszłości, czasu sprzed dekady, kiedy to Jessica Miller rozpoczynała, i kontynuowała, naukę na Uniwersytecie Duquette.

Całkiem niezła powieść kryminalna, wbrew pozorom nie tylko dla kobiet, choć złożone uczucia i emocje między dziewczynami i młodymi kobietami, mogą być czasem trudne do zrozumienia dla czytelników, mężczyzn.




---
* Ashley Winstead, „W snach to ja trzymam nóż”, przekład Agnieszka Brodzik, Znak, Kraków, 2023.

wtorek, 14 lipca 2026

Odcinek Światów A. Pilipiuka

 „Drogi przez morze” – Andrzej Pilipiuk

Sięgnąłem po Pilipiuka, bo naszła mnie ochota na… Pilipiuka. Nie wiedziałem, że produkuje też opowiadania o architekcie, introligatorze i poszukiwaczu historycznych artefaktów, Robercie Stormie.

Zbiorek trzech opowiadań. „Król gór” o chłopcach, którzy na zajęciach praktycznych w szkole pilnikami próbują zrobić dla siebie młotki, o Liczyrzepie i skarbach Karkonoszy, i o Ziemiach Uzyskanych. Drugie opowiadanie, „Czarny jatagan” to historyjka detektywistyczna, w której Storm z łatwością odnajduje zaginiony czarny jatagan, historyczną pamiątkę, którą skradziono z kościoła. I wreszcie trzecie, „Drogi przez morze”, wyraźnie główne, bo dwa wcześniejsze robią za wypełniacze, o epidemii covid-19, ratunkowej wyprawie Storma do Wenecji, po przyjaciela, Arka, który tam zachorował. Wlokło się to i wlokło, Storm kombinował, jak z Arkiem wydostać się z Wenecji, prezentując przy okazji swoje przekonania polityczne, w końcu sam się zaraził. Kiedy z prób wyjazdu nic nie wychodziło i robiło się tak nudno, że już miałem sobie darować resztę, pojawił się Przewoźnik Dusz i teleportował ich obu do Szwecji, gdzie wyzdrowieli. Za to w Wenecji wystawiono im akty zgonu i zwłoki skremowano (ups!). W opowiadaniu pojawił się wątek tajemniczego doktora Skórzewskiego, ale jak się pojawił, tak się urwał.

Eksperyment ciekawy, ale z innych „dzieł” z serii "Światy Pilipiuka" rezygnuję zdecydowanie i w ciemno.

piątek, 10 lipca 2026

Niech to państwo nam daje!!!

Kiedyś na portalach książkowych częściej brałem udział w dyskusjach na temat zarobków pisarzy, o czym pewne pojęcie akurat mam, i zwykle pisałem coś w tym stylu:

a) Dane z roku 2024. Każdego dnia wydawanych jest 68 tytułów. Także w niedziele i święta, dla równego rachunku. 93% (szacunek mój) to śmieci, romansidła pisane przez gospodynie domowe i poprawiane przed redaktorów. Co nie oznacza, żeby nabrały jakiejkolwiek wartości. Grafomanom coraz bardziej przestaje wystarczać, że w swoim i rodziny przekonaniu, są pisarzami. Chcą jeszcze za te swoje twory dostawać pieniądze.

b) Jęki typu „komuno wróć”, czyli niech państwo COŚ zrobi, żeby nam dawali pieniądze. Poza niewielkimi wyjątkami grupa autorek i autorów nie rozumie i zrozumieć nie chce realiów gospodarki rynkowej. I nazywanie ich królowymi polskiego romansu i mistrzami polskiego kryminału nic tu nie zmienia. Po prostu – miernota słabo się sprzedaje. W czym zapewne nic dziwnego.
Fakt, że w ogóle się sprzedaje, to akurat specyfika naszych czytelników, którzy potrafią, owszem, poznać i odkryć ciekawy pomysł, nietuzinkową fabułę, ale zwykle nie odróżniają dobrego warsztatu pisarskiego od złego, dobrego pisarstwa od grafomanii. No, nie wszyscy, rzecz jasna.

Czy coś z tego wynika? Ano zupełnie nic. Miernoty coraz więcej, książki coraz droższe i tylko pytania takie same: czemu nie zarabiamy kroci???

To są książki, które w Klubie Recenzenta można dostać za darmo. Za wysyłkę też wydawca zapłaci. Byle napisać o nich jakąś opinię. I… nikt ich nadal nie chce. Tygodniami i miesiącami tam wiszą.


sobota, 4 lipca 2026

Gdy ufać nie możesz nikomu

 „Zaufaj mi” – Jeff Abbott

Henry Shawcross kieruje firmą analityczno-doradczą, która na zlecenie rządu bada zjawisko terroryzmu i stara się przewidzieć kolejne zamachy czy ataki. Shawcross, niegłupi facet, odkrywa szybko, że największą skuteczność swoich badań będzie osiągał wtedy, kiedy sam te ataki terrorystyczne będzie planował i (z dobranym zespołem) organizował.

Luke Dantry, student psychologii i pasierb Henry'ego Stawcrossa, wykonuje dla ojczyma pewne badania i obserwacje w internecie. Stawcross proponuje mu nawet pracę na pełny etat.

Wszystko komplikuje się, gdy do akcji włącza się jeszcze jedna organizacja terrorystyczna. Luke Dantry zostaje porwany, za jego życie porywacze żądają 50 milionów dolarów. Stawcross nie próbuje negocjować, przeciągać sprawy – po prostu oznajmia, że nie zapłaci. Luke słyszy tę rozmowę i czuje się zdradzony.

W tym momencie następuje magiczna zmiana. Luke Dantry, wprawdzie 190 centymetrów wzrostu, ale ciamajda i ciepłe kluchy, zmienia się w Rambo. Ucieka porywaczom, walczy z nimi i świetnie sobie z tym radzi – w końcu ma szczytny cel: uratować swoje życie, oczyścić dobre imię, odkryć, co naprawdę stało się z rodzicami i jeszcze takie tam… uratować świat, a przynajmniej Amerykę.

Powieść nie jest może zła, ale mocno naiwna i przesadnie pokomplikowana, za to z bardzo dynamiczną akcją.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Problematyczne pomysły pań

 „Ślepy trop” – Jørn Lier Horst

Line, wnuczka komisarza Williama Wistinga, początkująca dziennikarka śledcza, kupuje dom w Larviku, bardzo blisko domu swojego dziadka. Line jest w dziewiątym miesiącu ciąży z jakimś Amerykaninem, który na scenie się nie pojawia.
Sofie Lund, wnuczka znanego przestępcy, Franka Mandta, dziedziczy po nim dom – osiemdziesięcioletni Mandt uległ wypadkowi w swoim domu, spadł ze schodów do piwnicy i zmarł z powodu licznych obrażeń. Sofie Lund, samotna matka rocznej córeczki Mai, dziadka nienawidziła i nienawidzi nadal, nazywając Starcem i ma to wydźwięk bardzo negatywny. Frank Mandt wrobił w przestępstwo narkotykowe matkę Sofie, a swoją córkę, i przez niego trafiła ona do więzienia, gdzie popełniła samobójstwo. Odziedziczony po Starcu dom też jest nieopodal domu Line. Młode kobiety spotykają się przypadkiem na mieście, przypominają, że kiedyś chodziły razem do szkoły, zaprzyjaźniają się, spędzają razem wiele czasu.

Podczas remontu i wywożenia gratów po Starcu, w piwnicy dawnego domu Mandta Sofie Lund odkrywa sejf tak duży, że wynieść z budynku raczej się go nie da bez burzenia ścian. Sejf jest zamknięty, więc Sofie wzywa ślusarza, specjalistę, któremu po kilku godzinach udaje się otworzyć sejf. Obecna jest też przy tym Line.
Kobiety znajdują w sejfie pistolet, mnóstwo pieniędzy, z czego część znaczona specjalną farbą, jak się to robi w przypadku łupów z napadów lub okupów, jakieś dokumenty i kasety magnetofonowe z nagraniami – na razie nie wiadomo, czego.

W tym momencie zaczynają się w powieści Horsta dziać dziwności. Nie wiem, czy to młode Norweżki są tak pokręcone, czy może macierzyństwo tak na nie wpływa, ale kobiety zaczynają wymyślać, nie wiadomo po co, zupełnie nieprawdopodobne historie. Może jeszcze dałoby się zrozumieć Sofie Lund, o której za wiele nie wiadomo, ale wnuczka komisarza policji, dziennikarka??? Najpierw planują wyrzucić pistolet do morza. Ostatecznie jednak Line oddaje go dziadkowi (komisarzowi), zastrzegając anonimowość. Policja szybko odkrywa, że broni używano podczas przestępstw, więc dalsze granie wariata i udawanie, że nie wiadomo, skąd pochodzi, nie jest już możliwe.
Znaczone pieniądze, ogromną sumę, panie postanawiają wysłać anonimowo w prezencie jakiejś organizacji zajmującej się zwalczaniem narkomanii. Organizacja, co oczywiste, natychmiast zawiadamia policję. Itp.

Komisarz William Wisting, główny bohater Horsta, wraz ze swoim zespołem od miesięcy poszukuje taksówkarza i jego samochodu. Policja podejrzewa, że taksówkarz mógł być powiązany z ciemnymi sprawkami Franka Mandta, ale dowodów na to nie ma żadnych.

Powieść, na poważnie, zaczyna się, gdy przypadkowo zostają znalezione zwłoki taksówkarza, a niedługo potem, w szopie dzierżawionej przez Mandta, jego taksówka.

„Ślepy trop” to typowy skandynawski kryminał. Ciekawa, bardzo ciekawa fabuła, ale… sporo dłużyzn, wątków bez znaczenia dla opisywanej akcji, i prawie żadnej sensacji. Policjanci w powieści Horsta są urzędnikami państwowymi, to nie są gliniarze pokroju Brudnego Harry’ego. Jednym się to spodoba, innym niekoniecznie.