„Zamknięte w lodzie” – Izabela Janiszewska
Jezioro Świętajno, mroźna zima. Marianna Stasiak, wraz z drugą nauczycielką, zabrała gromadę ośmioletnich dzieci, by te ślizgały się na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Jakiś strażak zapewnił opiekunki, że lód jest wystarczająco gruby, więc będą się świtanie bawić. Co było do przewidzenia, lód okazał się nie dość gruby.
Padał śnieg.
Zastanawiałem się, w którym roku się to dzieje, kiedy dwie nauczycielki mogły zabrać gromadę maluchów na zamarznięte jezioro. W moim mieście miało miejsce coś podobnego, ale chodziło o rzekę, a nie jezioro, i było to przed pierwszą wojną światową. Obecnie żadna chyba nauczycielka nie zrobiłaby czegoś równie nieodpowiedzialnego.
Młoda policjantka, Anita Bauer, wezwana zostaje do swojego pierwszego trupa. Dziewczyna całkiem niedawno przeniosła się z prewencji do zespołu techniki kryminalistycznej. Obok paśnika dla zwierząt myśliwi odkryli zwłoki kobiety z podciętym gardłem. Doświadczeni śledczy, w tym były kochanek Anity, od ręki diagnozują samobójstwo, bo wiadomo przecież, że podrzynanie sobie gardła, to typowa metoda, jaką wybierają kobiety - samobójczynie. Anita Bauer, która doświadczenia nie ma jeszcze kompletnie żadnego, dostrzega ślady, których nie widzi nikt z profesjonalistów, wyciąga wnioski, które starym policjantom nie przyszłyby do głowy, czyli ewidentnie jest najlepsza w zespole, co jest przecież typowe dla młodych policjantek zwłaszcza, kiedy są jedynymi kobietami w grupie.
Padał śnieg.
Prywatny gabinet psychologa, Macieja Wajdy, odwiedza późnym wieczorem Wiktor Hoffman, tajemniczy klient, który prosi o pomoc, bo zniknęły mu z życia dwa tygodnie (nie wie, gdzie było, co robił – coś takiego nazywane jest fugą dysocjacyjną) i obawia się, że mógł w tym czasie i stanie zrobić komuś krzywdę, bo odkrywa ślady krwi na ubraniu i pod paznokciami. Wajda zgodził się pomóc mu odzyskać pamięć.
Padał śnieg.
Kobietę leżącą na torach przejechał pociąg InterCity. Ofiarą okazała się Oliwia Staroń, młoda ekspedientka w Inmedio, w Galerii Mokotów. Kiedy maszynista uruchomił sygnalizację i zaczął hamować, co oznaczało niesamowity hałas, kobieta na chwilę uniosła głowę, ale zaraz znów położyła ją na szynie. Skład straszliwie zmasakrował zwłoki, których fragmenty znajdowano na przestrzeni kilkuset metrów. Anita trzymała się dość długo, ale wreszcie nie dała rady opanować torsji.
Padał śnieg.
Dość typowy schemat powieści sensacyjnej. Prolog, skok w czasie, trzy-cztery rozdziały dotyczące różnych spraw i tematów, i wreszcie łączenie wszystkiego w jedną całość. W tym przypadku wątki zaczęły się splatać wyjątkowo szybko. Psycholog Wajda zajął się nowym klientem, bo miał nadzieję, że to pomoże mu uporać się z własną fugą sprzed dwudziestu lat. Anita Bauer z wyjątkową determinacją zajmuje się sprawą kobiety z poderżniętym gardłem, bo ta przypomina jej starszą siostrę, która zginęła tragicznie wiele lat temu. Zapomina jakby przy tym, że jest technikiem kryminalistycznym, a nie oficerem dochodzeniowo-śledczym, którą to rolę uparcie stara się odgrywać i jest w tym najlepsza.
W samochodzie ofiary znaleziona zostaje wizytówka psychologa Wajdy, ale i coś stamtąd zniknęło, ale na to zwraca uwagę jedynie genialna Anita Bauer. W każdym razie jest to dopiero początek powieści.
Kierowanie się wskazówkami mistrzów ma sens. Alfred Hitchcock podobno wymyślił najlepszą receptę na thriller: film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć – w tym przypadku chodzi o powieść, ale zasada sprawdza się znakomicie, bo dałem się wciągnąć łatwo i szybko, i naprawdę interesowało mnie, co będzie dalej oraz, o co w ogóle chodzi. Jeśli komuś nie przeszkadza pewna dawka feminizmu – mnie nie przeszkadza, sam jestem po części feministą – to powieść powinna się podobać. Genialna Anita sprawniej myśli niż starzy rutyniarze? Nie takie to znowu niemożliwe.
Niewielkie potknięcia – kominek i żeliwna koza, to jednak nie jest to samo; psycholog nie jest lekarzem, więc psychologowie mają klientów, a nie pacjentów (s. 29). Autorka/autor może się pomylić, ale za co biorą pieniądze redaktorzy i korektorzy, a w tym przypadku to cztery osoby, to ja często nie potrafię odgadnąć. Rosnącą nieudolność przedstawicieli tej profesji obserwuję od lat kilkunastu.







