„Przepraszam za brzydkie pismo” – Antonina Tosiek
Rozczarowany i zawiedziony esejem „Chłopki” Kuciel-Frydryszak, gdzie niuanse dokazują się mało istotne, bo gra toczy się o stworzenie i uogólnienie symbolu, a nie o historyczną rzetelność, jednakże nadal zainteresowany tematem, wyszukałem średniej wielkości tom dotyczący pamiętników wiejskich kobiet. Historie w nim poruszane pisane były na różne konkursy głównie w latach 1933-1995.
W „Przepraszam za brzydkie pismo” mówię o mieszkankach wsi, starając się nie zagłuszyć ich suwerennych, samodzielnie tworzonych opowieści pamiętnikarskich. Nie zależy mi jednak na „oddawaniu głosu” zapomnianym bohaterkom ani też na rozpisywaniu ludowej historii kobiet jako opowieści pobocznej czy alternatywnej. Obie te strategie wydają mi się infantylizujące i protekcjonalne. Po pierwsze, wiara w to, że umożliwimy osobom wykluczonym z oficjalnego dyskursu snucie niezależnej opowieści, jest bardzo naiwna [1].
„Przepraszam za brzydkie pismo” nie zawiera pełnych wspomnień czy pamiętników kobiet ze wsi. Książka Antoniny Tosiek to jej analizy i syntezy pewnych zdarzeń, zjawisk lub okresów, ilustrowane fragmentami pamiętników chłopek. Zajmuje się ona (Tosiek) takimi zagadnieniami jak pamiętniki o pracy, pamiętniki o edukacji, o życiu społecznym i kulturalnym, o ciele i relacjach, o potrzebie opowieści…
Julianna, Danka i Teresa pisały pamiętniki w tajemnicy przed mężami. Julianna nocą, Danka rano, czekając, aż wystarczająco rozpali się pod piecem, a Teresa w PKS-ie wiozącym ją do pracy w pobliskiej masarni i z powrotem. Julianna w roku 1936, Danka w 1962, Teresa w 1983. Bały się. Raz – gniewu za marnowanie czasu albo pieniędzy na materiały do pisania, znaczek i kopertę. Dwa – bo dobrze wiedziały, że męża z równowagi wyprowadzić może najmniejsza rzecz, a co dopiero wypisywanie do obcych, do Warszawy. Lepiej dmuchać na zimne, zapobiegać, zamiast później leczyć. Julianna – okładem z roztartych liści babki lancetowatej, Danka – maścią nagietkową z apteki w Brzesku, a Teresa – świńskim żebrem prosto z własnej zamrażarki. Przede wszystkim jednak bały się wstydu. Co, jeśli zdobędą się na odwagę, opowiedzą w pamiętniku całe swoje dotychczasowe życie, a ktoś uzna je za błahe albo nieciekawe? Takie upokorzenie lepiej znosić w pojedynkę [2].
W Polsce popularność twórczości pamiętnikarskiej osiągnęła poziom prawdopodobnie nie spotykany nigdy dotąd i nigdzie w Europie. Nie chodziło o samo pisanie pamiętników, ale o wspieranie tego rodzaju twórczości przez urzędy, instytucje, media, państwo, po prostu, na przykład przez organizację konkursów. Oczywiście nie wszystkie te akcje i pamiętniki pisane były przez chłopstwo (np. pamiętniki czy wspomnienia księgarzy). Prawdziwy rozkwit popularności pamiętnikarstwa konkursowego przypadł na lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku. Tylko w roku 1969 ogłoszono ponad sto takich inicjatyw.
Krystyna nie potrafiła zrozumieć zarówno decyzji nowych właścicieli spółdzielni, jak i solidarnościowych władz, w których jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej pokładała olbrzymie nadzieje: „[…] wszyscy go [Lecha Wałęsę przyp. A.T.] będziemy przeklinali po wszystkie jego dni. Zniszczył zakłady pracy, połowa ludzi to nędzarze, część dostaje kuroniówkę na odczepne i przepija od ręki. Została zniszczona taka piękna mleczarnia w Tomaszowie i przepadły nasze udziały, nasza krwawica. A co oni robią wariaci? Jeden po drugim niszczy i nic nie będzie. Owszem. Głód i nędza na pewno [3].
Dzięki pamiętnikom kobiet wiejskich można zorientować się, jak oceniane były wydarzenia w Polsce w ogóle, a te dotyczące wsi, w szczególności. Zwykle jednak dotyczyły spraw i zdarzeń codziennych.
Kiedy redakcja „Wiadomości Literackich” ogłosiła, że nagrodę za najlepszą polską książkę roku 1936 otrzymał drugi tom monografii Pamiętniki chłopów, pomijając między innymi tytuły autorstwa Zofii Kossak, Melchiora Wańkowicza, Poli Gojawiczyńskiej czy Czesława Miłosza, spora część środowiska literackiego nie kryła oburzenia. W licznych artykułach prasowych powracały te same argumenty: pamiętniki nie mogą być rozpatrywane jako przykład sztuki literackiej, bo zostały przecież stworzone przez klasę chłopską, nie zaś świadomych swojego fachu pisarzy, a poza tym – opowiadają czyjeś prawdziwe doświadczenia, więc bliżej im do reportażu (gatunku niższego) niż prozy [4].
Twórczość pamiętnikarska była popularna w Polsce, od końca pierwszej wojny światowej do 1995 roku – mniej więcej. Były to zapewne dziesiątki tysięcy tekstów; nie wszystkie one nadawały się do oficjalnej publikacji, ale to nie znaczy, że nie można ich było wykorzystać w inny sposób. Nie zdawałem sobie sprawy, że wszystkie te materiały zostały zniszczone po transformacji ustrojowej. No, może nie wszystkie – Tosiek szacuje, że około dziewięćdziesiąt procent.
Wielu rzeczy wcześniej nie wiedziałem, na przykład tego, że rzez wiele lat czasopismo Przyjaciółka” wydawane było w dwóch różnych wersjach, dla czytelniczek z miast i miasteczek oraz dla chłopek – prostsze treści, więcej porad, choćby o potrzebie utrzymywania higieny osobistej lub o gotowaniu. Od razu przypomniała mi się Biblia Niewolników, to jest skrócona i mocno uproszczona wersja Pisma Świętego wydana z poparciem Kościoła, w 1807 roku w Londynie, dla czarnoskórych niewolników z kolonii. Usunięto z niej fragmenty o wolności i buncie, a stan niewolniczy uznany był za słuszny i stworzony przez Boga.
Ważnym elementem publikacji są reprodukcje zdjęć. Oryginalnych kartek z zapisem pamiętników, wnętrz chłopskich chat, wspólnej pracy (międlenie lnu, pasanie gęsi), z jakiejś wycieczki, z występu Koła Gospodyń Wiejskich, z pogrzebu dziecka itd. Szkoda, że nie więcej.
---
[1] Antonina Tosiek, „Przepraszam za brzydkie pismo”, wyd. Czarne, Wołowiec, 2025, rozdział „Wejście w opowieść”.
[2] Tamże, rozdział „Część Pierwsza”.
[3] Tamże, rozdział „Część Trzecia”.
[4] Tamże, rozdział „Wyjście z opowieści”.









