poniedziałek, 17 stycznia 2022

Niedoskonałe życie Molly Ch.

 „Idealne życie Molly” – Valerie Keogh 

Czasem zastanawiam się, skąd bierze się przekonanie, że jeśli kobieta ma dobrą pracę, elegancki dom w centrum Londynu, męża, którego zazdroszczą jej koleżanki, dwoje dzieci na studiach, to musi, a nawet ma obowiązek być całkowicie szczęśliwa i manifestować to na każdym kroku, bo niedobór tej nieustannej szczęśliwości oraz jej manifestacji świadczy o braku wdzięczności za hojne dary losu, boga, przeznaczenia. To z kolei prowadzi często do naiwnego stwierdzenia: pieniądze szczęścia nie dają. Czemu naiwnego? Bogaci bronią się nim przed gniewem i rozgoryczeniem biednych, a biedni pocieszają nim sami siebie. Pieniądze, banknoty, monety, jako takie, oczywiście mogą nie dawać szczęścia, ale na pewno dają poczucie bezpieczeństwa, na przykład. A szczęście przy permanentnym poczuciu zagrożenia utratą pracy, utratą zdrowia, utratą mieszkania, jest mało realne. Podobno prawdziwe szczęście daje tylko miłość, ale w takim razie, skąd stare ludowe powiedzenie: gdzie bieda wchodzi drzwiami, miłość ucieka oknem?

Główna bohaterka „Idealnego życia Molly”, Molly Chatwell, ma niby wszystko, czyli dom, rodzinę, pracę, a w niej kierownicze stanowisko. Syn studiuje na MIT, córka na Sorbonie. Jej udziałem są też coraz większe pokłady nudy i frustracji, bo rutyna dnia codziennego nie daje szczęścia. Poza tym wspaniały mąż poświęca jej za mało czasu, zajęty (podobno) zarabianiem na to cudowne życie i opłaty związane ze studiami dzieci.

Niepostrzeżenie coś się zmieniło. Nie umiała dokładnie wskazać, kiedy to się stało ani co to było. Ostatnio mieli z Jackiem mało czasu dla siebie. To prawda, oboje ciężko pracowali. Ponadto byli zbyt pochłonięci wyprowadzką dzieci. Uznała to za zrozumiałe. Liczyła, że gdy w końcu zostaną sami – tylko on i ona – odzyskają bodaj cząstkę tej bliskości, tej szczególnej więzi, która ich kiedyś łączyła. Ale Jack stawał się coraz bardziej milczący, zniecierpliwiony, zdystansowany. Wracał późno i pracował również w weekendy. To mu się nigdy wcześniej nie zdarzało*.

Współpracownik męża Molly wyznał, że nic nie wie o tym, żeby ich firma miała jakieś interesy w Vegas, a Jack Chatwell podobno co trochę musi tam latać, niby to w sprawach służbowych, W tych warunkach każda kobieta domyślałaby się romansu, ale nie Molly.

Koleżanka Molly Chatwell z dawnych czasów, Amelia Lowell, zaprosiła ją i Jacka na wspólny weekend w luksusowym hotelu ze spa w wiosce o nazwie Wiltshire. Jack, oczywiście, nie mógł się wybrać, bo miał mnóstwo pracy.
Uprawiając rano jogging na wiejskich ścieżkach, Molly napotkała przystojnego młodego człowieka o chabrowych oczach, nieco tylko starszego od jej syna. Następnego dnia zetknęli się znowu i okazało się, że niezwykle mocno pociąga on Molly. Do niczego jednak nie doszło, a Molly Chatwell, zawstydzona i skrępowana własną postawą – pierwszy raz w życiu i tak łatwo gotowa była zdradzić męża – postanowiła nagle wrócić do domu.

Chabrowooki przystojniak jakimś cudem, bo nie wymieniali się adresami lub telefonami, znalazł ją w Londynie. Zostawił w drzwiach jej domu kartkę z prośbą o kontakt i swoim numerem. Molly wysłała mu esemesa, że nie chce się z min spotkać, że to była pomyłka. Kilka dni później znaleziono faceta martwego i Molly Chatwell odwiedziła policja.
Właściwie dopiero w tym momencie (jedna trzecia książki) powieść sensacyjna dopiero się zaczyna. Wszystko wcześniej… Valerie Keogh bardzo starała się pokazać frustrujące i niesatysfakcjonujące życie Molly, jej relacje z mężem po wyjeździe dzieci, i bardzo jej się to udało – czytelnik czuje się podobnie: sfrustrowany brakiem akcji i znudzony. Natomiast czytelniczki fascynować będą zapewne kolejne kreacje Molly Chatwell i jej pokomplikowane stany emocjonalne. W każdym razie od momentu, kiedy to stała się główną podejrzaną w sprawie o morderstwo, powieść zaczęła być wciągająca i to bardzo. Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy ktoś dokonał zamachu na jej życie, próbował wepchnąć ją pod auto.

Późno się zaczęło, ale kiedy już, to w dobrym stylu – powieść stała się naprawdę wciągająca i naprawdę sensacyjna, dostarczając rozrywki na dobrym poziomie. Parę razy próbowałem odgadnąć „kto zabił” i owszem, udało mi się w końcu, ale łatwo nie było. Polecam zwłaszcza miłośniczkom powieści psychologiczno-kryminalnych.

Nie wiem tylko, co jest grane z tym tytułem. W okresie opisywanym w książce, idealne lub perfekcyjne życie Molly nie było w żadnym aspekcie. Może przed wyjazdem dzieci, ale to przecież przeszłość. Mogła coś tam sobie udawać przed dziećmi przez telefon lub dalekimi znajomymi, co nawet jest zrozumiałe, ale przecież tak naprawdę wszystko jej się sypało, było nie takie, jak powinno albo jak kiedyś.





---
* Valerie Keogh, „Idealne życie Molly”, przekład Beata Ziemska, Muza, 2022, s. 22.


















#idealneżyciemolly #muza, @wydawnictwomuza, @muza.black

niedziela, 9 stycznia 2022

Sentymenty do striptizu, lokali

 „Zostań przy mnie” – Harlan Coben

Powieść sensacyjna napisana poza znanymi seriami tego autora. Jak na Cobena dziełko klasy średniej. Niezła rozrywka, ale nie powala na kolana.

Trójka głównych bohaterów: Megan Pierce (jako tancerka erotyczna i dziwka występowała pod pseudonimem Cassie), Ray Levine (obecnie paparazzi do wynajęcia, kiedyś dobrze zapowiadający się fotograf), Broome (policyjny detektyw, niedługo przed emeryturą).
Megan porzuciła dawne życie, jest obecnie panią sporego domu, ma dwójkę dzieci i kochającego męża, ale… tęskni jednak za cudownymi czasami i dawnym życiem striptizerki. Zmiana nastąpiła, gdy siedemnaście lat temu zaginął pewien człowiek. Megan była pewna, że ktoś go zabił. Uciekła, bo widywano ją z nim, zmieniła tożsamość. Sentymenty zawiodły ją jednak do lokalu, w którym kiedyś występowała, a tam została zauważona i rozpoznana.
Ray przypadkowo zrobił zdjęcie mężczyźnie (innemu), który był i jest poszukiwany. W związku z tym został napadnięty i skradziono mu aparat. 
Broome od siedemnastu lat stara się wyjaśnić sprawę dawnego zaginięcia i odkrywa, że kolejny zaginiony facet, zniknął także osiemnastego lutego, w święto Mardi Gras.

Trochę to wszystko zbyt sztampowe, bo – jak zbyt często w powieściach sensacyjnych – policjant jest zgorzkniały, zmęczony życiem, tuż przed emeryturą, i ma szefa palanta i dupka. W tle majaczy dawna miłość z szansą na jej odrodzenie. Tajemniczy zabójcy, Ken i Barbie z przyjemnością torturują ludzi. Itd. Tym niemniej do końca nie byłem w stanie odgadnąć, jak się potoczą losy bohaterów głównych i wielu pobocznych, więc czasu spędzonego na lekturze zdecydowanie nie żałuję, ale po tym autorze spodziewałem się czegoś lepszego.

czwartek, 6 stycznia 2022

Czas na słowa - czas na ciszę

 „Zagroda zębów” – Wit Szostak

Przy okazji lektury powieści „Eroica” Kuśniewicza odkryłem, że czasem, może i zawsze, potrzebna jest swego rodzaju harmonia między czytelnikiem, a tekstem. A jeśli nie harmonia, to może lepsze będzie dostrojenie. Czytanie zsynchronizowane z treścią oraz stylem zapisu przypomina płynięcie z nurtem; idzie gładko, bez wstrząsów i odbijania się od przeszkód. Jego odwrotnością jest próba płynięcia w poprzek, najeżone przeszkodami i oporami. Zamiast harmonii jest to miotanie się, jak gówno w przeręblu.
Pierwsze podejście do Kuśniewicza było drogą przez mękę. Mordęgą, zmęczeniem, zniecierpliwieniem i zniechęceniem. Wiele miesięcy później spróbowałem znowu i okazało się, że tym razem wstrzeliłem się w potok jaźni i narracji autora, i lektura była przyjemna i lekka.
Jeśli porównania potokowe nie są czytelne, to proszę sobie wyobrazić dwóch muzyków, wirtuozów gry na skrzypcach i fortepianie. I niech spróbują oni grać razem, ale dwa różne utwory jednocześnie. I co z tego, że są genialni? Wyprodukują męczącą kakofonię i nic więcej.

Tak wyglądała moja lektura „Zagrody zębów” Szostaka. Składa się na nią kilkadziesiąt mikroskopijnych… opowiadań? – nie wiem nawet, czy tak można je nazwać; niektóre składają się z kilku zdań zaledwie. Są one wariacjami mitu o Odysie, alternatywnymi wersjami jego losów, dodatkowo podzielonymi na wersje i odmiany. W każdym razie to jest czytelne i zrozumiałe. Pojawia się wtedy pytanie, o co tak naprawdę chodzi? I nie jestem pewien, czy na nie, mniej lub bardziej trafnie, jestem w stanie odpowiedzieć. Na przykład chodzi o samotność każdego człowieka, chodzi o to, że nie da się wejść kolejny raz do tej samej rzeki (nie da się, a nie, że jest to pomysł niemądry), że nie ma powrotu do młodości, głównie jednak chodzi – być może – o czekanie. Bywa i tak, że jeśli pewne słowa trzyma się za zagrodą zębów zbyt długo, traci sens ich wypowiadanie. Przy tym ostatnim przypomniał mi się fragment książki „Przebudzenie, droga do świadomego życia” (s. 71-72), poświęcony nawykowemu albo nałogowemu czekaniu.

Ponad połowę życia spędziłem w przekonaniu, że to moje właściwe życie jeszcze się nie zaczęło. Czekałem na coś, nawet nie wyobrażając sobie zbyt dokładnie, co by to miało być, spodziewałem się czegoś… nieokreślonego. Jednego za to byłem pewien – kiedy już nadejdzie, stanie się, wydarzy – poznam, będę wiedział. Że się zaczęło. Że czekanie się skończyło. […]
Odkryłem kiedyś, że czekając, nie jestem albo nie jestem w pełni obecny w swoim życiu. Ciałem tu i teraz, umysłem gdzieś indziej – w pociągu, który jeszcze nie nadjechał, z kobietą, której nigdy nie spotkałem, w pracy, której nigdy nie wykonywałem – byłem w swoim życiu roztargnionym przechodniem, który niezbyt uważnie zwraca uwagę na to, co się wokół niego dzieje, choćby z tego powodu, że większości i tak nie dostrzega albo nie rozumie, albo błędnie interpretuje. Rzeczywistość dla mnie nie istniała. Kątem oka rejestrowałem jakieś drzewa, które zupełnie mnie nie interesowały, coraz bardziej rozczarowany i zawiedziony, że nie widzę lasu.

Na poziomie podstawowym niby rozumiem „Zagrodę zębów”, ale zdaję sobie sprawę, że widzę drzewa, nie będąc wcale przekonany, że właściwie rozpoznaję las, bo reszta, poza alternatywnymi historyjkami o Odysie, to już tylko moje spekulacje i zgadywanki. Może to jeszcze nie mój czas na tę książkę, a może tylko mi się wydaje, że jest w niej jakieś trzecie dno.

wtorek, 4 stycznia 2022

Wichry grają, Wichry skrzypią

 „Oberki do końca świata” – Wit  Szostak

Początkowo przeczytałem tytuł „Obierki do…” i nie wiedziałem, o co chodzi. Później spostrzegłem, że to oberki, a nie obierki, ale dalej nic z tego nie wynikało. A po „Oberki do końca świata” Szostaka, pisarza i doktora filozofii, sięgnąłem, bo podobało mi się, i to bardzo, „Sto dni bez słońca”.

Po lekturze kilkunastu stron włączyłem sobie kilka oberków na YouTube, bo wpadło mi do głowy, że to pomoże wczuć się w rytm tej książki. Miałem rację, to był dobry pomysł. Bo powieść jest w rytmach ludowych oberków. I jest ona balladą o przemijaniu.

Byli muzykanci, byli, ale się skończyli.
Byli muzykanci, byli, lecz poumierali.
Nikt nie wie, jak się wołali, nikt nie wie, jak grali.
Kiedy o nich zapomnimy, komu będą grali?*.

„Oberki do końca świata” to opowieść o wielu pokoleniach rodu Wichrów, wiejskich muzykantów, grajków, którzy swoimi oberkami potrafili muzycznie obsłużyć każdą imprezę, czy uroczystość. Maciej Wicher przywędrował do Rokicin wiele pokoleń wcześniej. Nie wiadomo, skąd, nie wiadomo na pewno, czemu swoje życie związał z tą właśnie wsią – może dlatego, że w niej właśnie spotkał śmierć i postanowił bliżej ją poznać… Wichrowie uczyli się gry na skrzypcach od dzieciństwa i mieli do tego talent, smykałkę. Jednak czasy się zmieniają i wiejskich skrzypków, choćby nie wiem jak utalentowanych, coraz rzadziej zaprasza się na wesela albo darcie pierza.

Wit Szostak napisał powieść poetycko-magiczną, w której wydarzenia wydają się znacznie mniej ważne od sposobu ich opowiadania. Zresztą, cóż wielkiego mogło zdarzyć się w mikroskopijnych Rokicinach, czy pobliskim Kadzidle. Kowal w karczmie się upił i groził dziedzicowi. Franek Wicher w dzień ślubu pojechał na wojnę. Ot, takie tam… Żeby jednak nie doszło do nieporozumienia: styl powieści, jak napisałem, poetyczno-magiczny, nie oznacza kompletnego oderwania od rzeczywistości, od realnej oceny faktów i wydarzeń, może wręcz przeciwnie.

Wichro­wie wie­dzieli, że po par­ty­zan­tach nie można spo­dzie­wać się niczego dobrego. Miesz­kańcy z innych wsi, wysta­wio­nych na pastwę histo­rii, opo­wia­dali o leśnych, któ­rzy przy­cho­dzili w środku nocy i zabie­rali jedze­nie i doby­tek, tłu­ma­cząc się dobrem Ojczyzny. Józef pamię­tał opo­wieść muzy­kanta, któ­remu par­ty­zanci zabrali skrzypce, nie wie­dzieć po co, nie wie­dzieć na co. Zna­lazł je następ­nego ranka, pora­nione i roz­bite na dro­dze. Koła wozu wgnio­tły je w błoto, miaż­dżąc oby­dwie płyty. Po co im to było, po co, żalił się muzy­kant, a Józef widział w jego oczach łzy. Nie lubili chłopi par­ty­zan­tów. Pasożytowali na chłop­skiej pracy, żero­wali na chłop­skiej bie­dzie. Tro­pili bim­ber lepiej niż Niemcy, ni­gdy nie pła­cili za zra­bo­wane mie­nie. W niektó­rych wio­skach dzię­ko­wano Bogu, że co jakiś czas oku­pant wyła­puje leśnych rabu­siów*.

Czy i my, teraz, nie żyjemy w jakichś magicznych czasach, czasach baśni o idealnych, bez skazy, żołnierzach „wyklętych”, o sprawiedliwości, o… Tylko język współczesnej retoryki nie tak piękny jest, jak u Szastaka. Bo ważne jest nie tylko, co się opowiada, ale jak, w jaki sposób. I „Oberki do końca świata” są taką książką, do której można wracać wiele razy, choć wiadomo przecież, jak się to kończy.

Bardzo dobra jest ta książka, choć nie dla każdego.







--
* Wit Szostak, „Oberki do końca świata”, wyd. Powergraph, 2014.

sobota, 1 stycznia 2022

Filmy i czasy Andrzeja Wajdy

 „Wajda. Kronika wypadków filmowych” – Bartosz Michalak

Miała to być opowieść o człowieku, niedawno zmarłym wybitnym reżyserze, składająca się ze wspomnień znajomych, przyjaciół, podwładnych, aktorów, asystentów, z którymi współpracował przy kolejnych filmach. Moim zdaniem jest to raczej historia filmów, a ich twórca, reżyser, Andrzej Wajda, pokazany jest jakby drugoplanowo – filmy, ich odbiór, krytyka, nagrody, reakcje publiczności, oceny festiwalowych jurorów, anegdoty z planów filmowych, są ważniejsze.

Kinomani dzielą się na tych podstawowych, którzy oglądają filmy określonego gatunku, np. westerny, średniozaawansowani, którzy wybierają filmy z konkretnymi aktorami, wreszcie wyrobieni – ci chodzą do kina na reżyserów. Sam siebie ulokowałbym gdzieś między drugą, a trzecią grupą. Dzieła określonych reżyserów śledzę tylko niektórych, np. Quentina Tarantino. Andrzej Wajda do moich znaczących reżyserów nie należał nigdy. Widziałem z połowę jego filmów i jakoś nie żałuję niewidzenia pozostałych. Owszem, przyjąłem do wiadomości, że to reżyser genialny, ale… No właśnie. Bez zdziwienia czytałem w książce krytyczne oceny większości filmów Wajdy, ale zastanawiałem się, jak to jest, że mimo to, stale jakieś filmy robił. Być może wyjaśnieniem byłyby specyficzne czasy.

Rzeczywiście były to czasy, kiedy poza kosztami taśmy produkcja nie musiała martwić się o budżet, bo państwo zapewniało budżet praktycznie nieograniczony.

Wspomnienia o filmach Wajdy, i trochę o nim samym, nie są ani specjalnie szokujące, ani pikantne, ani szczególnie zabawne… Trudno je nawet nazwać ciekawostkami – to rzetelne informacje, oceny i opinie, które jednak nie wywołują większych reakcji emocjonalnych.

Jeśli książka Michalaka ma dla mnie jakąś wartość, to wspomnieniową i – w bardzo niewielkim stopniu – sentymentalną. Wczesne filmy Wajdy widziałem jako dziecko w Starym Kinie. Z „Kanału” i „Lotnej” niewiele pamiętam (czy to nie w tym drugim filmie była scena, kiedy to polscy ułani walą swoimi szabelkami po pancerzach niemieckich czołgów?), więc są to sentymenty za własną młodością, a nie za produkcjami Andrzeja Wajdy. Tym niemniej wydaje mi się, że może to być pozycja bardzo wartościowa dla kinomanów wyrobionych, potrafiących docenić geniusz tego akurat reżysera. 
Ja za genialną uważam „Ziemię obiecaną” – to jeden z najlepszych filmów jakie widziałem; arcydzieło. Ale, czy jest to zasługą reżysera, aktorów, czy Łodzi, to już nie wiem. Celowo nie wymieniam tu Reymonta. Film jest zdecydowanie lepszy od jego książki.  Bardzo dobre były też filmy „Człowiek z…”, ale z resztą było już różnie.

środa, 29 grudnia 2021

Całej prawdy nie widział nikt

 „Ostatnie piętro” – Louise Candlish

Shad Thames – zabytkowa część Londynu. Selena, biała Brytyjka, co widocznie ważne, kupiła luksusowe mieszkanie w Jacob’s Wharf, czyli w jednym ze zrewitalizowanych magazynów. Do rozwiązania problemu oświetlenia wezwana zostaje specjalistka, Ellen Saint. Podczas oględzin mieszkania widzi ona przez okno, na najwyższym piętrze nowego apartamentowca, po drugiej stronie ulicy, a może kanału, Kierana Wattsa. Wydaje się to niemożliwe, bo przecież sama spowodowała jego śmierć, a przynajmniej tak uważa. Według Ellen Saint Kieran Watts był złym duchem jej syna (i jej samej), namawiał go na lekceważenie nauki, dostarczał narkotyki – w sumie – złe towarzystwo. Ostatecznie Lucas, syn Ellen, zginął w wypadku samochodowym, spowodowanym przez Kierana.
Ellen postanowiła upewnić się co do swoich spostrzeżeń. Okazało się wtedy, że lokator mieszkania na najwyższym piętrze apartamentowca, nazywa się Sam Harding, a Harding to przecież panieńskie nazwisko Ellen Saint. Wyraźnie dzieje się coś dziwnego i złego, bo takie zbiegi okoliczności się nie zdarzają, prawda?

Jakieś dwie trzecie książki główna bohaterka i narratorka, Ellen Saint, w pierwszej osobie, opowiada całą tę historię czytelnikom, zwracając się do nich bezpośrednio (poszukajcie, przeczytajcie, przypomnijcie sobie itp.). Jej pisanina ma być czymś w rodzaju zadania terapeutycznego, a Ellen ma nadzieję osiągnąć dzięki niemu katharsis. Opowieść Ellen zaczyna się w 2012 roku, kiedy to poznała Kierana Wattsa, szkolnego kolegę swojego syna. Dziewiętnastoletni Lucas zginął w grudniu 2014 roku. Jedna trzecia narracji, w trzeciej osobie, należy do Vica Gordona, ojca Lucasa, pierwszego męża Ellen, miłośnika piwa, a może po prostu alkoholika. Relacje Ellen i Vica przerywane są niewielkimi fragmentami doniesień prasowych z Sunday Times, na temat tej sprawy.

Kieran przyznał się do spowodowania wypadku poprzez swoją niebezpieczną jazdę i to po użyciu narkotyku i wydaje się, że nie to stanowi zagadkę do rozwikłania w tej opowieści. Czytelnik powoli odkrywa, czy matka Lucasa miała rację i jest on jakimś demonem zła i czy (i jak) naprawdę doprowadziła do jego śmierci. Bo może po prostu wszystko to są jakieś jej urojenia. A jeśli nie wszystko, to część. Pojawia się w takim razie pytanie, która część i co naprawdę się wydarzyło? Jakim cudem Kieran Watts, wychowany w biednej rodzinie zastępczej, pojawił się po latach w Londynie, jako bardzo zamożny człowiek i zamieszkał pod zmienionym nazwiskiem w apartamencie wartym półtora miliona funtów?

Kiedy w połowie powieści pojawiają się rozdziały, w których Vic Gordon prezentuje swoją wersję wydarzeń, czytelnik odkrywa, jak bardzo różni się ocena faktów i zdarzeń w zależności od nastawienia obserwatora. Ellen Saint, Vic Gordon, Sunday Times – trzy wersje, a całej prawdy nie zna nikt. Sensacja, psychologia związków, psychologia rodzinna i wychowawcza… Prawdopodobnie ten właśnie mariaż stanowi główną zaletę tej bardzo dobrej, niesamowicie wciągającej powieści, której zakończenia przewidzieć się nie dało.











--
#ostatnie.piętro, #muza, @wydawnictwomuza i @muza.black,

piątek, 24 grudnia 2021

Wady-zalety klonowania ludzi

 „Gdzie dawniej śpiewał ptak” –  Kate Wilhelm

Postapokaliptyczna powieść fantastyczno-socjologiczna z połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zadziwiająco aktualna także obecnie.

Składa się z trzech części, między którymi mija sporo czasu. W pierwszej, przewidując katastrofę, grupa naukowców z różnych dziedzin buduje specjalny szpital i laboratoria ukryte w wapiennej skale. Wirusy, zmiany klimatyczne, nieurodzaj, klęski żywiołowe, wojny o żywność, energię i schronienie oraz inne takie „atrakcje” dziesiątkują ludzkość. Ci, którzy przeżyli, okazują się bezpłodni. Dotyczy to także zwierząt. Poza odizolowaną i chronioną kolonią naukowców, którzy zdeterminowani zaczynają eksperymenty z klonowaniem ludzi, życie na ziemi wydaje się nie istnieć.

W części drugiej na ziemi nie żyje już nikt ze starych, pozostały tylko klony. Ludzi tych łączy specyficzna więź: w ramach swojej grupy podobnie myślą, czują, reagują… wiedzą o sobie wszystko. Do pewnego stopnia stanowią mentalnie jeden organizm; źle się czują, kiedy nie są razem. Największą karą dla dziecka jest zamknięcie w pokoju bez kontaktu z innymi członkami grupy – takie oddzielenie jest przeżyciem traumatycznym.
Z czasem okazuje się, że niektóre klony są płodne i dzieci mogłyby przychodzić na świat w naturalny sposób, ale społeczność klonów ma do takiego rozwiązania stosunek ambiwalentny.
Do Waszyngtonu wyruszyła misja badawcza kilkunastu klonów. Podczas tej wyprawy, która znacznie się przedłużyła, okazało się, że niektórym, bardzo nielicznym klonom, oddzielenie nawet służy, że bycie indywidualną jednostką ma pewne zalety. Dziewczyna, która tego doświadczyła, uznana jest po powrocie za chorą i wręcz niebezpieczną dla społeczności. Musi zamieszkać osobno, z dala od kolonii. Poza tym zachodzi w ciążę i w tajemnicy rodzi syna, Marka.

Część trzecia dotyczy już losów Marka. Matka wychowywała go sama do piątego roku, ale w końcu klony dowiedziały się o jego istnieniu. Matkę zmuszono do przyjęcia roli reproduktorki, Marek trafił do przedszkola, które powinno pomóc mu zrozumieć, że tylko grupa się liczy, a jednostka nie ma znaczenia i z założenia będzie nieszczęśliwa. Mark próbuje uciekać...

Oczywiście to tylko telegraficzny skrót mocno rozbudowanej fabuły. W powieści wiele jest wątków pobocznych i treści… psychologicznych i socjologicznych. W każdym razie uważam za wartościową. Nie tylko jako rozrywkę, ale i wyraźnie inspirujący materiał do przemyślenia.


wtorek, 21 grudnia 2021

Dobra fantastyka z 1938 roku

 „Coś” - John W. Campbell

 Pełna wersja opowiadania Campbella z 1938 roku (kilka wersji było mniej lub bardziej skróconych na potrzeby publikacji w czasopismach), a więc najdłuższe, co nie znaczy, że nudne.

 Naukowcy i badacze Antarktydy znajdują w lodzie szczątki obcej istoty, która zamarzła około dwadzieścia milionów lat temu. Stwór okazał się żywy i dysponuje możliwościami ponad ludzkie wyobrażenie, które zagrażają mieszkańcom stacji, a w konsekwencji także całej ludzkości. Opowiadanie traktuje o dramatycznej walce ludzi z obcą formą życia. 

Fabuła znana chyba powszechnie za sprawą filmów (były przynajmniej dwa), a zwłaszcza „Coś” (oryg. The Thing) z lat osiemdziesiątych, z Kurtem Russellem w roli głównej.

niedziela, 19 grudnia 2021

Początki Myrona B. detektywa

 „Bez skrupułów” – Harlan Coben

Typowa powieść sensacyjna – typowa dla książek Cobena z Myronem Bolitarem w roli głównej.

Myron Bolitar, były koszykarz, który musiał porzucić marzenia o karierze z powodu kontuzji, rozkręca swój biznes, to jest agencję Rep Sport MB, reprezentującej sportowców. Pomaga mu dawna zawodniczka wrestlingu, Esperanza Diaz (na ringu – Mała Pocahontas) oraz psychopata i milioner Windsor Horn Lokwood Trzeci.

Kathy Culver, studentka, zniknęła w tajemniczych okolicznościach z uniwersyteckiego kampusu. Tak się składa, że była ona siostrą byłej dziewczyny Myrona, Jessicy Culver, pisarki, oraz narzeczoną Christiana, dobrze zapowiadającego się futbolistę, reprezentowanego przez Rep Sport MB.
Minęło kilkanaście miesięcy, właściwie nikt już nie wierzy, że dziewczyna jeszcze żyje. Jednak pewnego dnia Christian dostaje przesyłkę, magazyn pornograficzny z ogłoszeniami seksu na telefon. Jedna z ofert zawiera zdjęcie Kathy Culver. Myron z pomocnikami szuka Kathy i rozwiązania nawarstwiających się tajemnic.

Dobra rozrywka, na poziomie. Polecam.