wtorek, 12 maja 2026

Genialna Anita i durni faceci

 „Zamknięte w lodzie” – Izabela Janiszewska

Jezioro Świętajno, mroźna zima. Marianna Stasiak, wraz z drugą nauczycielką, zabrała gromadę ośmioletnich dzieci, by te ślizgały się na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Jakiś strażak zapewnił opiekunki, że lód jest wystarczająco gruby, więc będą się świtanie bawić. Co było do przewidzenia, lód okazał się nie dość gruby.
Padał śnieg.

Zastanawiałem się, w którym roku się to dzieje, kiedy dwie nauczycielki mogły zabrać gromadę maluchów na zamarznięte jezioro. W moim mieście miało miejsce coś podobnego, ale chodziło o rzekę, a nie jezioro, i było to przed pierwszą wojną światową. Obecnie żadna chyba nauczycielka nie zrobiłaby czegoś równie nieodpowiedzialnego.

Młoda policjantka, Anita Bauer, wezwana zostaje do swojego pierwszego trupa. Dziewczyna całkiem niedawno przeniosła się z prewencji do zespołu techniki kryminalistycznej. Obok paśnika dla zwierząt myśliwi odkryli zwłoki kobiety z podciętym gardłem. Doświadczeni śledczy, w tym były kochanek Anity, od ręki diagnozują samobójstwo, bo wiadomo przecież, że podrzynanie sobie gardła, to typowa metoda, jaką wybierają kobiety - samobójczynie. Anita Bauer, która doświadczenia nie ma jeszcze kompletnie żadnego, dostrzega ślady, których nie widzi nikt z profesjonalistów, wyciąga wnioski, które starym policjantom nie przyszłyby do głowy, czyli ewidentnie jest najlepsza w zespole, co jest przecież typowe dla młodych policjantek zwłaszcza, kiedy są jedynymi kobietami w grupie.
Padał śnieg.

Prywatny gabinet psychologa, Macieja Wajdy, odwiedza późnym wieczorem Wiktor Hoffman, tajemniczy klient, który prosi o pomoc, bo zniknęły mu z życia dwa tygodnie (nie wie, gdzie było, co robił – coś takiego nazywane jest fugą dysocjacyjną) i obawia się, że mógł w tym czasie i stanie zrobić komuś krzywdę, bo odkrywa ślady krwi na ubraniu i pod paznokciami. Wajda zgodził się pomóc mu odzyskać pamięć.
Padał śnieg.

Kobietę leżącą na torach przejechał pociąg InterCity. Ofiarą okazała się Oliwia Staroń, młoda ekspedientka w Inmedio, w Galerii Mokotów. Kiedy maszynista uruchomił sygnalizację i zaczął hamować, co oznaczało niesamowity hałas, kobieta na chwilę uniosła głowę, ale zaraz znów położyła ją na szynie. Skład straszliwie zmasakrował zwłoki, których fragmenty znajdowano na przestrzeni kilkuset metrów. Anita trzymała się dość długo, ale wreszcie nie dała rady opanować torsji.
Padał śnieg.

Dość typowy schemat powieści sensacyjnej. Prolog, skok w czasie, trzy-cztery rozdziały dotyczące różnych spraw i tematów, i wreszcie łączenie wszystkiego w jedną całość. W tym przypadku wątki zaczęły się splatać wyjątkowo szybko. Psycholog Wajda zajął się nowym klientem, bo miał nadzieję, że to pomoże mu uporać się z własną fugą sprzed dwudziestu lat. Anita Bauer z wyjątkową determinacją zajmuje się sprawą kobiety z poderżniętym gardłem, bo ta przypomina jej starszą siostrę, która zginęła tragicznie wiele lat temu. Zapomina jakby przy tym, że jest technikiem kryminalistycznym, a nie oficerem dochodzeniowo-śledczym, którą to rolę uparcie stara się odgrywać i jest w tym najlepsza.
W samochodzie ofiary znaleziona zostaje wizytówka psychologa Wajdy, ale i coś stamtąd zniknęło, ale na to zwraca uwagę jedynie genialna Anita Bauer. W każdym razie jest to dopiero początek powieści.

Kierowanie się wskazówkami mistrzów ma sens. Alfred Hitchcock podobno wymyślił najlepszą receptę na thriller: film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć – w tym przypadku chodzi o powieść, ale zasada sprawdza się znakomicie, bo dałem się wciągnąć łatwo i szybko, i naprawdę interesowało mnie, co będzie dalej oraz, o co w ogóle chodzi. Jeśli komuś nie przeszkadza pewna dawka feminizmu – mnie nie przeszkadza, sam jestem po części feministą – to powieść powinna się podobać. Genialna Anita sprawniej myśli niż starzy rutyniarze? Nie takie to znowu niemożliwe.

Niewielkie potknięcia – kominek i żeliwna koza, to jednak nie jest to samo; psycholog nie jest lekarzem, więc psychologowie mają klientów, a nie pacjentów (s. 29). Autorka/autor może się pomylić, ale za co biorą pieniądze redaktorzy i korektorzy, a w tym przypadku to cztery osoby, to ja często nie potrafię odgadnąć. Rosnącą nieudolność przedstawicieli tej profesji obserwuję od lat kilkunastu.

piątek, 8 maja 2026

Depresyjne szwedzkie życie

 „Półmorderca” – Håkan Nesser

Oswoiłem się, a raczej pogodziłem, że skandynawskie kryminały w znacznej mierze są powieściami społeczno-obyczajowymi, ale żeby aż tak?!

Głównym bohaterem jest staruszek, Adalbert Hanzon (wcześniej Hansson). Mieszka w niewielkiej miejscowości, bardzo blisko swojego znajomego, bo tak zapewne można by go nazwać, równolatka, którego nie lubi, z wzajemnością zresztą. Mimo to starsi panowie spotykają się często, piją alkohol, przekomarzają się lub obrażają… Wyjątkowo smutne wydaje się to, że utrzymują tę znajomość nie z sympatii, ale z determinacji – obaj nie mają już nikogo bliskiego, więc w jakimś sensie są na siebie skazani. Wprawdzie Adalbert ma jakąś kuzynkę, ale egzaltowania i niezbyt rozsądna młoda kobieta nie wypełnia jego potrzeb towarzyskich.

Adalbert Hanzon czyta książki, często bywa w bibliotece, rozwiązuje krzyżówki, odwiedza kawiarnię (kawa i ciastko), gdzie czyta gazetę, odwiedza tego swojego niewydarzonego sąsiada i z nim pije. Właściwie smutne to i beznadziejne. Jednak pewien jestem, że taki właśnie klimat autor tworzył od początku, celowo i z rozmysłem. Ponury cytat, sztandarowy, można by rzec, obecny też na okładce książki, pokazuje to wyraźnie:

Pamiętaj, mój chłopcze, że nigdy nic nie znaczyłeś dla świata. Zupełnie nic.

Skoro taki właśnie przekaz, i wiele bardzo podobnych, otrzymuje chłopak od ojca i to od wczesnego dzieciństwa, to trudno spodziewać się opowieści o szczęśliwym, udanym, satysfakcjonującym, życiu.

Pewnego razu bohater postanawia, że napisze książkę o swoim życiu i pomysł ten zaczyna realizować. Cierpi już na demencję, więc wspomnienia czasem mu się plączą, ale to pisanie książki jest okazją do wprowadzenia drugiego planu czasowego – wydarzeń z bardzo odległej przeszłości.
Staruszek wspomina w tej swojej relacji, wielką miłość i związek z Andreą Altman, sprzed czterdziestu pięciu lat. Impulsem uruchamiającym wspomnienia było dziwne zdarzenie – Adalbert zobaczył niedawno Andreę na ulicy swojego miasteczka; wcześniej, i to całymi latami, nie wiedział, co się z nią dzieje i czy w ogóle jeszcze żyje.

Po przeczytaniu czterdziestu procent powieści dowiedziałem się, że Hanzon siedział kiedyś w więzieniu, a w drugiej połowie wychodzi dopiero na jaw, za co siedział. Więc ostatecznie jakiś wątek kryminalny jednak się pojawił w tej stosunkowo niewielkiej powieści (ok. 250 stron). Kryminalny, powtórzę, bo sensacyjnym nazwać byłoby go trudno.

Przeczytałem kilka książek tego autora, cenię go za warsztat pisarski i właśnie postanowiłem, że spróbuję jeszcze jedną, a jeśli okaże się tak nudna jak „Półmorderca”, to z Håkanem Nesserem rozstanę się bez żalu na zawsze.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Opowieść o Dusicielu z Woli

 „Dom bestii” – Katarzyna Bonda

Czytałem tej autorki średniej jakości opowiadanie zawarte w zbiorku „Opowiem ci o zbrodni” oraz „Polskie morderczynie” – zestaw czternastu relacji na temat siermiężno-topornych działań i motywów polskich morderczyń. Brak w ich działaniach poważnej tajemnicy, skomplikowanej intrygi, gry z organami ścigania lub detektywem. Jest za to wyraźny niedobór wykształcenia (może z wyjątkiem lekarki pogotowia, atrakcyjnej Małgorzaty, która zabiła żonę swojego kochanka), wódka, chciwość, zemsta, przemoc i patologia domowa. Ale… to nie wina Katarzyny Bondy, przecież. Sięgnąłem więc po „Dom bestii”, pełnowymiarową powieść, by ostatecznie zorientować się, jak pisze pani, okrzyknięta przez pewien portal czytelniczy, królową polskiego kryminału. Zapewne nie jest to już wyróżnienie znaczące, zwłaszcza, że w tymże portalu, redaktorzy zaczęli tak nazywać prawie każdą autorkę, co doprowadziło w krótkim czasie do całkowitej degradacji tego tytułu. Obecnie raczej odstrasza niż wyróżnia.

Jacek z pasją tańczy z Marlenką Sawicz w klubie Milonga i świetnie im to wychodzi. Jest w niej zadurzony po uszy i gdyby tylko chciała, rzuciłby dla niej żonę i dzieci, jednak Marlenka nie jest zainteresowana. Tańce – tak, ale nic więcej; Marlenka ma męża, a może miała… jeszcze rok temu.

„To jest też wersja dla jej męża, młodszego od Marlenki o dziesięć lat spasionego małpoluda, który wygląda jak jej ojciec” [1].

Edyta Rytel, żona Jacka, zgłasza na policji zaginięcie męża. Był wczoraj na tych swoich tańcach. Wrócił samochodem i zaparkował tam, gdzie zawsze, ale do domu już nie dotarł. Jej zgłoszenie przyjmuje aspirant Aleksander Keller z wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw. Keller informuje Edytę, bo zapewne w polskiej policji powszechnie udziela się takich informacji, że osobiście zna Marlenę Sawicz, albowiem rok wcześniej prowadził sprawę zaginięcia jej męża, który zniknął wraz z dorosłą córką.
Zaczyna się robić ciekawie, bo to drugi mężczyzna jakoś tam związany z Marlenką, który zaginął. Niestety, w tym momencie fabuła cofa się o prawie dziesięć lat.

Biseksualny i cyniczny Julian Sawicz, mąż Marlenki, podrywa szesnastoletniego kolegę, Norberta Marciniaka (obaj udzielają się w lokalnym kościele, Norbert był ministrantem, śpiewa w chórze, planuje karierę kapłańską) i proponuje mu seks w trójkącie. Twierdzi, że mają z Marlenką otwarty związek i ona lubi takie urozmaicenia. Spekulują też o szczególnych potrzebach erotycznych księdza Rafała, gwałcącego notorycznie Norberta. Przeleciało mi przez myśl, że tytułowy „Dom Bestii" to może parafia?

„Jestem żoną Juliana od ośmiu lat i możesz być pewien, że kiedyś też w to wierzyłam. Przyjaźnie Juliana trwają bardzo krótko, a zanim się zorientujesz, będziesz już jego własnością. Użyje cię jak ścierki do zmywania, a potem wyrzuci” [2].

W tym momencie próbowałem sobie uporządkować linię czasu i zorientować, w jakim wieku są bohaterowie, głównie Marlenka i Julian, bo Norbert wiadomo, że szesnaście, ale przyznaję od razu, że mi się to nie udało. Więc po tym, jak doczytałem, że Marlenka jest w wieku matki Norberta, dałem spokój.

Julian i Marlenka, ludzie ewidentnie zamożni, zabierają Norberta z parafii oraz biednego domu, i lokują w swoich apartamentach. Norbert trochę pomaga Julianowi w interesach, trochę zajmuje się domem, odwozi do szkoły córką Sawiczów, ale przede wszystkim uprawia seks z nimi obojgiem lub w większym gronie.
Już zacząłem się zastanawiać, o co w ogóle w tej książce chodzi, gdy pojawił się policjant, Stelmach, domagający się od Juliana haraczu – a więc jednak będzie kryminał, choć nie od razu.

Mijają lata, Norbert już mieszka z Marlenką, ale jej córka dorosła i na temat życia matki ma najwyraźniej swoje, niezbyt pochlebne, zdanie.

„Nigdy więcej nie mów mi złych rzeczy o tacie. Żyje, jak chce, ale przynajmniej jest szczery i nie udaje świętoszka. Za to ty jesteś zboczoną hipokrytką i nie masz prawa mnie pouczać! Sypiałaś nie tylko z Bolem i ojcem. Było wielu innych. Myślisz, że nie widziałam księży, zakonnic, młodych kleryków i ludzi z ogłoszenia, wszystkich tych pierdolonych swingersów? Kurwisz się, niszczysz życie moje i taty, a potem idziesz do kościoła, spowiadasz się z grzechów i udajesz Marię Magdalenę” [3].

I znowu zastanawiałem się, o co w tej powieści chodzi. Czy jest społeczno-obyczajowa z mocnym akcentem na obłudę, zakłamanie, hipokryzję katolików? Ale wtedy dorosły już Norbert, były kandydat na księdza, człowiek spokojny, cichy, życzliwy, wyrozumiały, kochający Marlenkę i córkę, nagle przeistacza się w groźnego przestępcę. Pojawia się z pistoletami, kogoś porywa, kogoś torturuje… Dziwaczne to wszystko. Ludzie się zmieniają, owszem, ale nie tak nagle.

Wtedy zrobiłem coś, czego nie robię prawie nigdy. Nie mogąc odgadnąć, o co tu w ogóle chodzi, poszukałem informacji o opisywanych wydarzeniach i odkryłem, że „Dom bestii” oparty jest na faktach. Mariusz B. (Dusiciel z Woli, bądź Dusiciel z Warszawy), w latach 2006–2008, zamordował 4 osoby. Skazano go za to na dożywocie.

Wtedy pojąłem, że autorka starała się pokazać, w formie powieściowej, kryminalnej, proces przemiany chłopaka z bardzo biednej rodziny, molestowanego przez księży, w bezwzględnego zabójcę. Nie bardzo się to udało – jak wspomniałem, Norbert nagle, ze strony na stronę, staje się bezwzględnym bandytą, i to wydaje się mocno naciągane.

Problem polega na tym, że prawdziwe przestępstwa i ich ujawnianie nie są ciekawe. To miesiące, a nawet lata pracy mnóstwa ludzi, to dziesiątki, a może setki przesłuchań, z których – w większości – nic nie wynika; to tak, jak urwane wątki w powieści: sprawdzić trzeba było, ale często efektów nie ma z tego żadnych. W śledztwie to normalne, w powieści – nudne. Dziesiątki tysięcy stron dokumentów różnego typu oraz – przede wszystkim – czas. Mariusz B. pierwszej zbrodni dokonał w 2006 roku, ale skazany został dopiero w 2014.

Ostatecznie jest to tak, że im bardziej powieść sensacyjna oparta i zbudowana jest na faktach, tym mniej jest ciekawa i wciągająca. Bondzie wyszedł ten melanż… umiarkowanie. Niewątpliwie powieść byłaby znacznie ciekawsza, gdyby wywalić z niej ze trzydzieści procent dłużyzn. Cóż z tego, że zawierają prawdę, skoro są nieciekawe?







---
[1] Katarzyna Bonda, „Dom bestii”, Muza, 2026, s.11.
[2] Tamże, s. 70.
[3] Tamże, s. 114.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Rósa Þrastardóttir i jej lalka

 „Diabelska lalka” – Yrsa Sigurðardóttir

Czytałem tej autorki „Wzgórze wisielców” i „Rozgrzeszenie”. Nie były złe, ale na kolana też nie powalały. Więc sięgnąłem po „Diabelską lalkę”. Na początku lektury zdarzyło mi się coś szczególnego, co czasem, ale bardzo rzadko przeżywam – bohaterów witałem jak starych znajomych. Jakbym odwiedził urząd, w którym kiedyś pracowałem i spotkał tam znajome sprzed lat osoby. Siedziały przy swoich biurkach, jak zawsze, jakby nie minęło naprawdę dużo czasu. I nijak się nie zmieniły. Była więc w powieści niewychowana Erla, szefowa działu kryminalnego, przełożona Huldara, młody policjant Gudlaugur i wreszcie Freyja Styrmisdóttir, psycholożka dziecięca pomagająca często policji.

Erla nienawidzi podwładnych, zachowuje się wobec nich grubiańsko i arogancko, zdarzają się też wulgaryzmy. Kobieta najwyraźniej nie radzi sobie na stanowisku, które jej powierzono. Drwi z ludzi, szydzi, wrzeszczy i wściekle warczy.
Freyja opiekuje się Sagą, córką brata przestępcy i jego wężem oraz suczką Molly.
Huldar nadal nie może patrzeć na zwłoki, co w przypadku policjanta z wydziału zabójstw, wydaje się dosyć problematyczne. Nie rezygnuje z dość nieudolnych prób poderwania Freyji Styrmisdóttir. Freyja może i dałaby się uwieść, ale właśnie postanowiła zrobić sobie trzydziestodniową przerwę w kopulacji, więc tym razem Huldar stara się na próżno. Kiedyś mu się udało, ale to już przeszłość.
Gudlaugur, młody policjant, pederasta, wydaje się odrobinę mniej (niż w poprzednich tomach) skrępowany swoją orientacją seksualną, ale nadal zakompleksiony, wycofany, jakby nieco nieobecny.

Akcja dzieje się w Islandii, zwykle, choć nie zawsze, w Rejkiawiku.

Łódź rybacka, stary rybak, matka Rósy, której ojciec zmarł na skutek nieszczęśliwego wypadku pięć lat wcześniej, i ona sama. Znajdują w sieci mocno pokiereszowaną lalkę pokrytą pąklami. Dziewczynka upiera się, żeby koszmarną lalkę zabrać do domu.

Jakieś odludzie. Dwoje turystów nasłuchało się bzdur o Islandii i wybrali się tam z kiepskim sprzętem, który dostali od kogoś za darmo. Brak doświadczenia, nieznajomość… niczego. Młodzi ludzie stają się ofiarami, początkowo nie wiadomo czego. Ich poniszczone rzeczy znajduje obok swojej ziemi jakiś farmer.

Na morskim dnie odkryto fragmenty ludzkich ciał. Huldar i Erica biorą udział w akcji przeczesywania dna morskiego.

Nastolatek składa zawiadomienie o molestowaniu przez opiekuna w jakimś domu opieki.

Specjalną rolę gra w powieści szesnastoletnia dziewczyna, Rósa Þrastardóttir, która pojawia się we wszystkich tych sprawach i zagadkach. Policja próbuje rozwikłać kryminalną układankę i cały czas poszukuje Rósy, która kolejny raz zaginęła. Bardzo długo znalezienie jej okazuje się przekraczać możliwości stołecznej policji w mieście liczącym niewiele ponad sto tysięcy mieszkańców.

Pomysł na fabułę autorka miała całkiem niezły. Powieść też byłaby wciągająca, gdyby nie dłużyzny i wątki bez żadnego znaczenia dla sensacyjnej akcji. Skandynawskie kryminały najwyraźniej koniecznie muszą zawierać jakieś treści i wątki społeczno-obyczajowe, psychologiczne, romantyczne, socjologiczne i inne – poza sensacyjnymi.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Taka sobie biografia poetki

 „Uparte serce” – Kalina Błażejowska

Jest rzeczą znaną, że w biografii osoby dorosłej nie da się zawrzeć wszystkiego, i nie ma znaczenia, czy był to ktoś znaczący, czy nie. Więc kwestia pierwsza to wybór – co opisać, a co pominąć. Druga, choć wcale nie mniej ważna, to warsztat pisarski, to jest, jak opisać.

Halina Poświatowska była autorką czterech tomików wierszy: „Hymn bałwochwalczy”, „Dzień dzisiejszy”, „Oda do rąk” i „Jeszcze jedno wspomnienie” (wydanie pośmiertne) oraz autobiograficznej „Opowieści dla przyjaciela”, pisanej dla Ireneusza Morawskiego.

Uwielbiam „Opowieść dla przyjaciela”, a wierszy Poświatowskiej nie lubię i pewnie nie rozumiem. Intrygowała mnie ona sama, co podobno w jej przypadku zdarzało się często.
Przeczytałem prawdopodobnie wszystkie biografie Poświatowskiej, choćby Marioli Pryzwan, Grażyny Borkowskiej, Izoldy Kiec, jeden z esejów w „Legendarni i tragiczni” itd. ale „Uparte serce” uważam za najsłabszą z nich. Może nie złą w sensie ogólnym, ale słabą w porównaniu do tych innych, które poznałem. Nie zawiera nawet informacji, z jakiego powodu Poświatowska zmieniła imię. Bardzo mocno ocenzurowała liczbę jej erotycznych związków itd.

środa, 8 kwietnia 2026

System kaucyjny po polsku

Rozmawiałem z wieloma ludźmi, czytałem wiele różnych treści w Internecie i ostatecznie dokonałem odkrycia; system kaucyjny w Polsce, to grubymi nićmi szyty przekręt.

Przedstawiłem to swoje odkrycie paru znajomym, a ci mnie wyśmiali. Podobno każdy rozgarnięty Polak już od przynajmniej miesiąca wie, że z tymi kaucjami to ściema i kant. Bo tak spierniczyć niechcący, to się po prostu nie da. To bandytyzm korporacyjno-śmieciowy i skok na kasę. A ja dopiero się połapałem? Ha, ha, ha!

Podnoszą cenę napojów o 0,50 PLN. Udają, że to nie podwyżka, ale kaucja. W tysiącach przypadków kaucji odzyskać się nie da, bo to butelkomat przepełniony, bo to butelkomat zepsuty, bo to butelkomat nie przyjmuje butelek… bo nie, bo w sklepie nie ma pracownika na stanowisku, w którym powinien przyjmować butelki itd. Itp. [https://www.facebook.com/mamusie/posts/ciężko-oddać-butelki/1443764060445465/]  

Za to co trochę podtykane są Polakom pod nos manipulacyjne, prymitywno-cwaniackie artykuły i teksty, zachwalające system kaucyjny i świecące w oczy kwotami, jakie rzekomo zarabiają na nim starzy ludzie, zwani seniorami. Ciekawe, że zawsze muszą to być starcy, emeryci.

"Klient sklepu monopolowego Smakosz w Opolu (sklepy te należący do sieci Rabat Detal), 31 marca oddał 1095 zwróconych opakowań i zarobił 547,50 zł". [Źródło: https://wyborcza.biz/biznes/7,147743,32710975,jak-polacy-zarabiaja-na-systemie-kaucyjnym-przedstawiamy-rekordzistow.html#s=S.MT_biz-K.C-B.1-L.1.duzy

A jakie były koszty transportu? Może ktoś policzy, jaka jest objętość 1095 butelek i puszek? Dwa Tiry byłyby potrzebne, czy może jednak trzy?

Zarobił? Klient sklepu zarobił? Nie odzyskał kaucję, ale zarobił???!!! Ups! Z artykułu wyraźnie wynika, powtórzone jest to nie raz, że Polacy na systemie kaucyjnym ZARABIAJĄ. Nie odzyskują swojej kaucji, ale właśnie zarabiają!

Prymitywny marketing, naiwna manipulacja.

Takich i podobnych artykułów czytałem w tym roku przynajmniej siedem. Odrażający proceder.

niedziela, 5 kwietnia 2026

Tajemnice i matactwa Kościoła

 „Ostatnia odyseja” – James Rollins

Bardzo, bardzo dawna historia. Arabski statek z IX wieku ulega katastrofie, ale jakby zaplanowanej, celowej.

Czasy współczesne – na Grenlandii grupa badaczy, w tym archeolożka Elena Cargill, córka senatora, odnajdują statek wewnątrz lodowca. Jako że na wraku odkryto niezwykłe, tajemnicze, nieprawdopodobne i niebezpieczne urządzenia, pojawia się teoria, że nie chodziło o nieszczęśliwy wypadek, ale okręt, wraz z zawartością, ktoś starał się ukryć.

Naukowcy zostają napadnięci. Kilka osób traci życie, ale paru ważniejszych bohaterów zostaje porwanych przez tajną organizację arabską, poszukującą elementów sferycznego astrolabium.
Prezydent spuszcza ze smyczy agencję Sigma Force, bo nikt przecież nie będzie porywał dzieci amerykańskich senatorów.

Śmiertelnie niebezpieczna Seichan, która niedawno została matką, komandor Gray Pierce, Joe Kowalski ze swoją sympatią, Marią, przeszukują Castel Gandolfo, luksusową rezydencję papieży, starając się odszukać, w supertajnej części tajnej biblioteki papieskiej, odpowiedzi na pytanie, o jakie odkrycia i wynalazki chodzi.

„Ostatnia odyseja” to piętnasty tom serii Sigma Force. Da się go czytać bez znajomości poprzednich.

Choć sama fabuła jest zupełnie nowa, to jednak konstrukcja powieści wydaje mi się kompilacją utworów Cliva Cusslera i Dana Browna. I to tak bardzo, że budzi to lekki niesmak – zwłaszcza, że to nie ten poziom warsztatu pisarskiego. Poza tym mogłaby być nawet niezła, gdyby była o połowę krótsza.

wtorek, 31 marca 2026

Zrobię z ciebie teatrzyk cieni

 „Rzeźbiarz śmierci” – Chris Carter

Derek Nicholson, umierający na raka prokurator, zostaje w swoim domu brutalnie zamordowany. Torturowano go przed śmiercią, dokonano wielu amputacji, a z fragmentów ciała, przy pomocy drutu i kleju super glue, zabójca stworzył coś w rodzaju rzeźby czy figury o zupełnie niezrozumiałym (początkowo) znaczeniu.
Wkrótce potem, na jachcie, odnalezione zostaje kolejne ciało – byłego policjanta. Sprawca, nazwany przez media Rzeźbiarzem, też go torturowani, a z jego szczątków skonstruował kolejną rzeźbę.

Śledztwo prowadzi genialny detektyw Robert Hunter i jego partner, Carlos Garcia z wydziału zabójstw policji w Los Angeles; pomaga im genialna śledcza z biura prokuratora, Alice Beaumont, specjalistka od komputerów.

Byłaby to pewnie bardzo dobra powieść sensacyjna, świetny thriller, ale ze względu na dwa mankamenty, jest tylko dobra.

Pierwszy: nieprawdopodobna przesada. Pokawałkowane ciało prokuratora znalazła pielęgniarka. Ten widok był dla niej tak wstrząsający, że już nigdy nie mogła pracować w służbie zdrowia, a gdyby miała pieniądze, bardzo przydałaby się jej przynajmniej dziesięcioletnia psychoterapia. Dziwne te amerykańskie pielęgniarki… Policjanci lub strażacy, który na miejscach katastrof drogowych, lotniczych lub kolejowych, stykają się z częściami zwłok, też w tym momencie kończą karierę i nadają się jedynie na terapię?
Robert Hunter i Alice Beaumont byli genialnymi dziećmi i nadal ich inteligencja wielokrotnie przekracza zdolności umysłowe/intelektualne ich szefów, a właściwie wszystkich w koło. Oboje w swoich urzędach zajmują poślednie stanowiska. Ups!

Drugi: akcja zawsze, w stu procentach przypadków, urywa się w najciekawszym momencie, pod koniec rozdziału i zawsze kolejny rozdział jest o czymś innym. To znana maniera średniej klasy pisarzy i dość prymitywna sztuczka, świadcząca o sporej dawce infantylizmu.

wtorek, 24 marca 2026

Śpisz, a może tylko nie żyjesz?

 „W martwym śnie” – Greg Iles

Jordan Glass wyspecjalizowała się w fotografii wojennej i – podobnie jak jej ojciec, który zginął w Kambodży fotografując swojego zabójcę – osiągała na tym polu znaczące sukcesy i zdobywała prestiżowe nagrody. Jednak specyfika tego zajęcia, nieustanny kontakt z brutalnymi scenami zagłady, śmiercią, ranami i ludzkim cierpieniem, spowodowały, że około czterdziestki czuła się już zmęczona i wypalona zawodowo.

Jordan miała siostrę bliźniaczkę; Jane była identyczna fizycznie, ale zupełnie różna pod względem osobowości i psychiki. Około dwa lata wcześniej Jane została uprowadzona. Nikt nie domagał się okupu, nie pojawiły się żadne ślady czy poszlaki. Ostatecznie rodzina musiała pogodzić się z domniemaną śmiercią młodej kobiety. W Nowym Orleanie, w bardzo podobny sposób, to jest bez jakichkolwiek śladów, zniknęło ostatnio kilkanaście kobiet.

W Hongkongu, w wyrafinowanej, modnej i snobistycznej galerii sztuki, Jordan Glass oglądała przyciągające powszechną uwagę i niezwykle kosztowne obrazy z serii „Śpiące kobiety”. Jej doświadczenia z pól bitewnych skłoniły ją do podejrzeń, że modelki przedstawione na obrazach wcale nie śpią – po prostu nie żyją. Jedną z nich okazała się jej siostra, Jane.

Jordan Glass postanawia odszukać malarza, autora serii obrazów, ale natychmiast okazuje się to bardzo trudne, a nawet niebezpieczne. Marszand, który oferował te obrazy, szemrany typ, naturalizowany Serb, zginął w pożarze po spotkaniu z Jordan, która sama ledwie uszła z życiem z zamachu. Wtedy do poszukiwań włączyło się FBI, a śledztwo stało się wyjątkowo profesjonalne (np. poszukiwania pojedynczych włosów pędzla w farbie na obrazie). Śledczy trafiają na trop malarza-dziwaka, Rogera Wheatona i jego trojga uczniów.
FBI wykorzystuje Jordan Glass jako przynętę. Pojawiają się wątpliwości i podejrzenia co do domniemanej śmierci Jane oraz ich ojca. Wreszcie ta najważniejsza: skoro siostry są identyczne, to skąd pewność, że ofiarą miała być Jane, a nie Jordan?

Całkiem niezła powieść sensacyjna. Może nieco za długa, ale zdaje się, że to teraz norma. Kryminały Agathy Christie nie pasowałyby do współczesnego rynku, chyba że w jednym tomie zawarto by ich z pięć-siedem.
Ciekawe jest to, że autor, mężczyzna, bohaterką i narratorką uczynił kobietę. Wprawdzie samotną, radzącą sobie na wojnach, ale jednak – to nie zdarza się często.