niedziela, 1 lutego 2026

Debiut pisarski Głowackiego

 „Wirówka nonsensu” – Janusz Głowacki

Siedem opowiadań Głowackiego z połowy i końca lat sześćdziesiątych:
1. Wizyta,
2. Kongo na Kubusia Puchatka,
3. Wielki brudzio,
4. Duży świat,
5. Wirówka nonsensu,
6. Dochodzenie,
7. Volvo dla mouse-killera.

To były same początki pisarstwa Janusza Głowackiego, mocno odbiegające od mistrzostwa późniejszych utworów. Problematyczny może też być czas i miejsce akcji, bo to czasy głębokiej „komuny”, więc nie do końca jestem pewien jego motywów – bo, owszem, kpi i drwi bezlitośnie z nowobogackich tamtych czasów, ale czy ma to być krytyka ustroju, w którym takie typy się lęgną, czy może negatywna ocena cwaniaków, dla których ważne są tylko samochody, układy, placówki zagraniczne, modne i drogie ciuchy oraz młode i łatwe do wyrwania dziewczyny.

środa, 28 stycznia 2026

Kochaj bliźniego swego jak...

 „Krew Tuluzy” – Maurice Magre

W zbeletryzowanej formie powieść opowiada o jednym z zapewne bardziej znanych, spektakularnych, bestialskich masowych mordów zainicjowanych i/lub dokonanych przez Kościół katolicki zwany Kościołem rzymskim, zachodnim lub rzymskokatolickim. Przy okazji przypomniało mi się, jak kiedyś w Licheniu kilkoro dorosłych polskich katolików wybałuszało oczy, jak żaba na piorun, gdy uświadomiłem im, że istnieją i działają inne jeszcze kościoły katolickie, że rzymski nie jest jedyny. Ale… mniejsza z tym.

„Krew Tuluzy” to wstrząsający opis krucjaty Francuzów przeciw Francuzom. Tym razem nie chodziło o obronę Grobu Świętego czy odbicie Jerozolimy gdzieś na drugim końcu świata, ale o eksterminację katarów zwanych też albigensami (od francuskiego miasta Albi), którzy głosili ideę ubóstwa, byli przeciwni gospodarczej hegemonii kleru, uznawali wojny za zło, twierdzili, że mężczyźni i kobiety są sobie równi itd. Za coś tak potwornego należało ich wszystkich, łącznie z kobietami i małymi dziećmi, po prostu wymordować.
Krucjata zakończyła się masakrą w Béziers, oblężeniem i zdobyciem Montségur – ostatniego bastionu oporu Katarów – oraz spaleniem przywódców katarów zwanych „doskonałymi”.

„Zło i nienawiść nie mogą znieść prawdy o sobie; pod wpływem słów giną jak upiory pod żelaznym ostrzem nekromanty. Przywołam umarłych i ja. Nie spoczną w pokoju, choć modlono się o to w kościołach. Pomimo psalmów i ceremonii powrócą do miejsc, w których dopuścili się niecnych czynów. Jest wśród nich de Montfort, wcielone zło, okryty swym gniewem jak zbroją. Jest hipokryta Fulk, wiecznie noszący pieprz pod paznokciami, aby móc płakać na zawołanie. Jest i Rajmund, który nie potrafił podjąć żadnej decyzji bez rzucania monetą. Oto ohydny Tankred z oślimi uszami i sowimi oczami, lubiący zadawać cierpienie, pyszniący się stworzonym przez siebie narzędziem tortur. Oto łysy Dominik oraz Innocenty w swej tiarze z pawimi piórami” [1].

Powieść zbudowana jest na faktach i pojawiają się w niej postacie historyczne, na przykład wspomniany w cytacie Tankred z Hauteville, jeden z przywódców krucjaty, Fulk z Neuilly francuski kaznodzieja i ksiądz z Neuilly-sur-Marne, który szczuł i nawoływał do krucjaty przeciwko katarom, Dominik Guzmán, święty Kościoła katolickiego, założyciel zakonu dominikanów, Innocenty III, papież w latach 1198-1216, który wyznawał pogląd, zgodnie z którym, będąc namiestnikiem Chrystusa na ziemi, stał między Bogiem a ludźmi, władając całym światem.
Głównym bohaterem powieści jest jednak postać fikcyjna, młody mnich, uczestniczący w ważnych wydarzeniach historycznych. Akcja zaczyna się około roku po rozpoczęciu przez Dalmasa Rochemaure nowicjatu w opactwie cystersów w pobliżu miasta Mercus. Co ciekawe, młody mnich wybrał tę drogę sam i raczej wbrew ojcu, który był znanym budowniczym katedr. Wydaje się, że stary Rochemaure, któremu zbawienie syna naprawdę leżało na sercu, nie uważał kariery zakonnej za moralnie czystą.

„Dla większości ludzi kościół był synonimem rozwiązłości oraz kupczenia odpustami i godnościami. Ta opinia nie była pozbawiona podstaw, ponieważ kler nie kwapił się do naśladowania pierwszych chrześcijan, została zapomniana tajemnica wiary. Kościół przesiąkł trucizną aż po korzenie, które zaczęły gnić. Władza i bogactwo zastąpiły pragnienie ubóstwa. Szatan zamieszkał w katedrach, kapłani przemawiali w jego imieniu, woda w chrzcielnicach i chleb Eucharystii przesiąkły złym duchem. Rzym był daleko, był jak wieża Babel, w której pod złowróżbnym krzyżem zasiadał na tronie Antychryst o kamiennym sercu” [2].

Ruch katarski miał w tamtych czasach znaczny wpływ i przyciągał do siebie ludzi z różnych warstw społecznych, zwłaszcza w znanym z tolerancji religijnej Hrabstwie Tuluzy. Rajmund VI z Saint-Gilles, hrabia Tuluzy, nie podejmował żadnych działań przeciwko katarom, więc w 1211 roku został zaatakowany przez krzyżowców z Szymonem z Montfort na czele, któremu papież powierzył dowództwo wojskowe w krucjacie.

Dalmas Rochemaure uciekł z klasztoru, a dzięki wstawiennictwu ojca, został przyjęty na służbę u Rajmunda VI. Obserwował z bliska życie i przekonania katarów oraz działania krzyżowców, co ostatecznie znacząco wpłynęło na zmiany w jego sposobie postrzegania ówczesnego świata w ogóle, a katolicyzmu w szczególności. Niewielka objętościowo powieść, zaledwie 165 stron, stanowi jego relację.






---
[1] Maurice Magre, „Krew Tuluzy”, przekład Arkadiusz Rączka, wyd. Totem Publisher, 2025, s. 6.
[2] Tamże, s. 45.




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 25 stycznia 2026

ZSRR - twór wiecznie żywy

 „Polowanie” – Brian Haig

Powieść sensacyjna osadzona w realiach upadającego Związku Radzieckiego i na nich zbudowana. Jednak akcja dzieje się w większości w innych krajach, głównie w USA.

Młody rosyjski, a może jeszcze radziecki biznesmen, Aleks Koniewicz, geniusz matematyczno-gospodarczo-finansowy, zatrudnia na stanowisku szefa ochrony wszystkich swoich interesów i rodziny, byłego dyrektora KGB, Siergieja Golicyna. Tym samym wykazuje się głupotą i bezmyślnością tak wielką, że to wręcz porażające.

Golicyn zdradza Koniewicza, porywa go, wrabia w morderstwo, ograbia z całego majątku – przy wydatnej pomocy rządu i służb USA – torturuje, pakuje do więzienia itd. Fabuła dotyczy głównie rozlicznych działań Koniewicza, zmierzających do odzyskania… wszystkiego.

Powieść niezła, ale za długa i mocno przesadzona, choć podobno niektóre jej elementy zbudował autor na faktach.

środa, 21 stycznia 2026

Morderstwa w Pirenejach

 „Bielszy odcień śmierci” – Bernard Minier

Byłaby to całkiem niezła powieść sensacyjna, gdyby nie kilka mankamentów. Przede wszystkim jest za długa – przynajmniej o trzydzieści procent. Główny bohater negatywny jakoś mocno przypomina Hannibala Lectera. Historia, podobnie jak „Milczenie owiec”, nie zawiera definitywnego zakończenia. Wygląda to na chytry plan: jak odniesie sukces, to się dopisze ciąg dalszy. Nie wszystkie wątki zostają zamknięte/zakończone. Może problem w tym, że to debiut autora?

Rzecz dzieje się w zasypanych śniegiem Pirenejach, w niewielkich miasteczkach w dolinach. Pracownicy starej elektrowni wodnej, należącej do grupy kapitałowej Lombarda, znajdują na górnej stacji kolejki linowej powieszonego konia bez głowy. Koń, rasowy i bardzo drogi, należał do samego Lombarda, miliardera, potentata, człowieka o wielkich wpływach. Wkrótce jednak zaczynają ginąć także ludzie; ich ciała znajdowane są specyficznie ułożone – morderca inscenizuje miejsce czynu i zwłoki, co powinno być sygnałem dla śledczych, ale bardzo długo nie jest.

Śledztwo prowadzi, specjalnie sprowadzony z Tuluzy, komendant policji Martin Servaz, do spółki z kapitan (kapitanką?) żandarmerii, Irene Ziegler. Podobno we Francji to ewenement, żeby policja i żandarmeria wspólnie prowadziły jedną sprawę.

W tym samym czasie młoda psycholożka, Diane Berg, przybywa do wyjątkowego zakładu. W Instytucie, w Pirenejach, trzymani są najgroźniejsi mordercy z zaburzeniami psychicznymi, ludzie skrajnie niebezpieczni. Nie wszyscy oni są Francuzami. Instytut finansowany jest przez Unię, a jego pacjentami/więźniami są osoby z całej Europy, na przykład Szwajcar Hartmann. Nie ma możliwości, żeby wyszedł z wyjątkowo strzeżonego Instytutu, ale jednak jakimś sposobem jego DNA znaleziono przy zwłokach.

Dwa wątki niosły ze sobą spory potencjał – ogromna, a właściwie nieograniczona władza największych korporacji oraz temat przestępstw seksualnych dokonywanych przez zorganizowaną grupę – jednak Bernard Minier nie wykorzystał ich w pełni.

Mimo wszystko powieść czytało mi się nieźle, uważam, że autor ma spory potencjał, więc możliwe, że kiedyś jeszcze sięgnę po jakąś jego książkę.

sobota, 17 stycznia 2026

Dziwny ksiądz, dziwny katolik

 „Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą” –  Tomáš Halík

„Na dzisiejszym barwnym i hałaśliwym rynku towarów religijnych mogę niekiedy ze swoją wiarą chrześcijańską wydawać się bliższy sceptycznym i agnostycznym krytykom religii niż temu wszystkiemu, co się tam oferuje.
/…/
Tak, główną różnicę między wiarą a ateizmem dostrzegam w cierpliwości. Ateizm i religijny fundamentalizm oraz entuzjazm zbyt łatwej wiary są uderzająco podobne do siebie w tym, jak szybko potrafią uporać się z tajemnicą, którą nazywamy Bogiem – i właśnie dlatego wszystkie te trzy postawy są dla mnie jednakowo nie do przyjęcia” [1].

Mocne! Alfreda Hitchcocka zasada reżyserska i recepta na przyciągnięcie uwagi widzów: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie narastać, sprawdziła się tu w pełni. Skoro ksiądz katolicki zaczyna od stwierdzenia, że ateizm i religijny fundamentalizm są do siebie podobne bardziej, niż mogłoby się to wydawać, to moją uwagę kupił na pewno.

Ten cytat ujawnia jednocześnie, choć w pewnym skrócie i uproszczeniu, o czym jest książka, czyli o braku ludzkiej cierpliwości wobec nieobecności Boga. Być może pozornej nieobecności, bo Bóg objawi się na pewno u kresu dziejów. Wtedy też da się poznać i może zrozumieć. Oznacza to, że tej cierpliwości potrzeba naprawdę sporo.
Tą specyficzną cierpliwość Tomáš Halík osadził na trzech filarach: wierze, nadziei i miłości.

„Nie mówię ateistom, że nie mają racji, ale że brak im cierpliwości; twierdzę, że ich prawda jest prawdą niedopowiedzianą” [2].

A teraz o tym, na czym opiera autor swoje przekonania, w jaki sposób je objaśnia. Otóż głównie na jednym zdarzeniu biblijnym i jednej osobie – na Zacheuszu.

Zacheusz, tylko przypomnę, bo katolikom jego historia oczywiście jest świetnie znana, był przełożonym celników. Oznaczało to człowieka z obrzeża – nie całkiem swój, nie do końca obcy (celnicy nie cieszyli się poważaniem innych Żydów). Zacheusz chciał zobaczyć Jezusa, ale będąc człowiekiem wyjątkowo niskiego wzrostu, nie mógł Go w tłumie dostrzec. Wdrapał się więc na morwę (w innych wersjach na sykomorę) i zerkał spośród gałęzi. Jezus kazał mu zejść i wprosił się do niego na kolację.

„Przemówić do Zacheusza może tylko ten, kto zna jego imię – zna jego tajemnicę. Ten, komu taki typ człowieka nie jest obcy, kto potrafi wczuć się w skomplikowane przyczyny jego nieśmiałości. Do Zacheuszów dzisiejszej epoki może się tak naprawdę przybliżyć tylko ten, kto sam był i w pewnym stopniu nadal pozostaje Zacheuszem” [3].

„Cierpliwość wobec Boga” to do pewnego stopnia zbiór esejów lub/i rozważań na temat Zacheusza, jego życia, postawy, dylematów. Choć epizod z Zacheuszem nie zajmuje w Biblii wiele miejsca, to jest ważniejszy, niż się to wydaje, bo to jakby ewangelia w pigułce. Misją Jezusa nie było ratowanie tych, którzy się dobrze mają, ale nawracanie, uzdrawianie, znajdowanie i przyjmowanie zagubionych czy pogubionych.

Książka wzbudzająca rozmaite uczucia i emocje. Raz to wesołość, raz złość, raz wzruszenie, raz życzliwość, innym razem wdzięczność… Trudno byłoby mi znaleźć dziesięć kartek, na których przynajmniej raz nie znalazłbym treści ważnych, do przemyślenia.

„Dojrzała wiara sprzyja dojrzewaniu sumienia, niedojrzała wiara nie ufa sumieniu i stara się go zastąpić jedynie mechanicznym posłuszeństwem wobec przedkładanych z zewnątrz nakazów i zakazów” [4].

Pozycja zdecydowanie warta uwagi dla wszystkich czytelników z otwartą głową, ale nie dla tych, którzy przekonani są, że już od dawna siedzą na kolanach Pana Boga i wszystko wiedzą lepiej. A może wierzących, bo to wygodne, że wszystko wie lepiej ich proboszcz…






---
[1] Tomáš Halík, „Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą”, przekład: Andrzej Babuchowski, Wydawnictwo: WAM, 2011, s. 7.
[2] Tamże, s. 11.
[3] Tamże, s. 21.
[4] Tamże, s. 165.

czwartek, 15 stycznia 2026

Opowiedz mi całe swoje życie

 „Fuga” – Wit Szostak

Osiem fug, więcej rozdziałów i narracji (bo jest fuga IIIa i IIIb, Va i Vb; ósma fuga jest niedokończona), jeden narrator: Bartłomiej Chochoł.

Podczas lektury przypomniało mi się „Sto dni bez słońca” tegoż autora i bohater, doktor nauk humanistycznych Lesław Srebroń, który kontaktu z rzeczywistością nie ma właściwie w ogóle, a swoją percepcję świata, życia i wszelkich zdarzeń opiera jedynie na własnych przekonaniach. Bartłomiej Chochoł wiele razy, w kolejnych fugach, zaczyna opowiadać o swoim życiu i wyraźnie widać, że z rzeczywistością zupełnie nie jest w stanie się pogodzić ani w pełni skonfrontować.

W jednej fudze Bartłomiej Chochoł jest tajnym, ostatnim królem Polski, raz dzieckiem, mieszkającym z dziadkami w starej krakowskiej kamienicy, innym razem przedstawia się jako zbieg, człowiek sukcesu, co nie do końca wiadomo, co znaczy, emeryt…

Już w połowie książki przyszło mi na myśl ważne pytanie, czy w ogóle jest możliwe opowiedzenie komuś całego swojego życia?

Niżej fragment, który stanowi ilustrację narracji.

„Nazywam się Bartłomiej Chochoł i muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Moja matka umarła rok temu. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat. Pakuję do pudeł stare rzeczy. Jedno wspomnienie chcę zachować. Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę.
Pakuję do pudeł stare rzeczy. Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat. Jedno wspomnienie chcę zachować. Moja matka umarła rok temu. Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę.
Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę. Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Pakuję do pudeł stare rzeczy. Moja matka umarła rok temu. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat. Jedno wspomnienie chcę zachować.
Jedno wspomnienie chcę zachować. Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę. Pakuję do pudeł stare rzeczy. Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Moja matka umarła rok temu. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat.
Moja matka umarła rok temu. Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę. Jedno wspomnienie chcę zachować. Pakuję do pudeł stare rzeczy. Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat.
Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem.
Muszę zlikwidować mieszkanie, ale co to znaczy?
Muszę zlikwidować mieszkanie, tak się mówi. Ale co to znaczy? Spakować rzeczy? Wyrzucić wszystko? Sprzedać? Opustoszyć?
Muszę zlikwidować mieszkanie, ale co to znaczy? Nie chcę sprzedawać, nie teraz. Nie będę tu mieszkał. Nie chcę zostawiać muzeum, mebli nakrytych białymi prześcieradłami. Może to byłoby najlepsze? Zamknąć na klucz, niech się wszystko kurzy, i zapomnieć? Może”*.

Książka wartościowa głównie ze względu na filozoficzne przesłanie oraz język, to jest warsztat pisarski autora.




---
* Wit Szostak, „Fuga”, Fuga IV, wyd. Powergraph, 2019, konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

czwartek, 8 stycznia 2026

Nie oceniaj, jeśli tam nie byłeś

 „Ja łebków nie dawałem” – Jakub Szymczak

„A nie jest to zwykły sąd. Nie może skazać na więzienie, karę śmierci, grzywnę pieniężną. Może za to potępić. Wydalić ze społeczności żydowskiej. Dać naganę. Dla niektórych to o wiele gorsze niż śmierć”*.

Druga wojna światowa jeszcze trwała, gdy na wyzwolonych terenach, Centralny Komitet Żydów w Polsce powołał Żydowski Sąd Społeczny. Celem jego działania było (ewentualne) piętnowanie tych, którzy w czasie okupacji splamili się współpracą z Niemcami. Sprawy rozpatrywane przez Żydowski Sąd Społeczny, w pewnym sensie sąd honorowy, nie dotyczyły zwykłych przestępstw, którymi zajmowały się sądy zwyczajne, państwowe, ale spraw zasadniczych: dobra i zła, dopuszczalnej granicy walki o przetrwanie. Ten niespotykany nigdzie indziej sąd dysponował własnymi, szczególnymi rodzajami kar:
a) upomnienie,
b) nagana,
c) napiętnowanie,
d) zawieszenie w prawach na okres od jednego roku do trzech lat, oznaczające utratę prawa wybieralności i wybierania do instytucji samorządu żydowskiego,
e) wykluczenie ze społeczności żydowskiej.

Autor przedstawia w swojej publikacji głównie i obszernie sprawę Michała Weicherta, działacza Żydowskiej Samopomocy Społecznej (problem w tym, że tę organizację powołali do życia Niemcy), sprawę Wiery Gran (śpiewaczka, występująca w getcie), sprawę Szapsela Rotholca, znanego przed wojną boksera i żydowskiego policjanta, tzw. odemana, w getcie, oraz krócej wiele, wiele innych.

Na każde żądanie Niemców odemani byli zobowiązani dostarczyć na Umschlagplatz (niem. punkt przeładunkowy, tu: miejsce zgromadzenia Żydów wysyłanych z getta do obozu) określoną liczbę osób – liczono je zwykle „od łebka”, bo nie było ważne, czy są młodzi, czy starzy, kobiety, czy mężczyźni, dorośli, czy dzieci – i tak odjeżdżali zwykle do pieców krematoryjnych w jakimś bozie koncentracyjnym; liczyła się liczba sztuk. Podczas procesów przed Żydowskim Sądem Społecznym wszyscy lub prawie wszyscy odemani twierdzili, że tego rozkazu Niemców nie wypełniali, łebków na Umschlagplatz nie doprowadzali. Wydaje się to w oczywisty sposób niemożliwe, transporty przecież odjeżdżały, ale to nie jest i nie może być dowodem w sprawie konkretnej osoby. A świadkowie? Większość dawno straciła życie.

Zasygnalizuję jeszcze jeden problem w ocenie i sądzeniu spraw z czasów okupacji i gett.

„Nie udało mu się uciec, gdy likwidowano getto. Jego kryjówkę wykryto, natychmiast trafił do Auschwitz. Był sprytny, wciąż młody i sprawny. Znalazł sobie pracę. W jednej z fabryk w obozie był odpowiedzialny za nadzór nad suwnicą. Sam opowiadał później o tym, jak jeden z więźniów doprowadził do awarii i groziła mu śmierć. Chaskiel najpierw uprosił niemieckiego żołnierza, by nie zabijał tego więźnia, bo przyda się on do pracy, a następnie demonstracyjnie go skatował. Ale ocalił mu życie. Sam również dzięki pracy przeżył do końca istnienia obozu w Auschwitz”*.

Czy Chaskiel bił więźnia? – Owszem, tak.
Czy Chaskiel uratował więźniowi życie? – Owszem, tak.
A jeżeli umowy z Niemcem nie słyszał lub nie rozumiał żaden świadek ani zainteresowany więzień (bo może stał za daleko, może nie znał niemieckiego), to kto w tych warunkach zdecyduje, czy Chaskiel był bohaterem, czy kanalią i szują? Czyja wersja będzie się liczyć bardziej?

Tego typu dylematów opisanych jest w książce Szymczaka wiele. Żydowski Sąd Społeczny przy pierwszych swoich sprawach był niezwykle surowy, nawet jeśli sąd państwowy uwolnił oskarżonego od winy i kary. Szybko jednak jego członkowie stracili rezon i pewność siebie w szafowaniu wyrokami, bo wiele postaw i zachowań Żydów nie było ani proste, ani jednoznaczne. Czasy i warunki też odbiegały zdecydowanie od jakiejkolwiek normalności.

Publikacja nie jest może porywająca, ale dostarcza solidnej wiedzy o czasach, okolicznościach, postawach, wyborach Żydów wobec innych Żydów podczas wojny i okupacji.




---
Jakub Szymczak, „Ja łebków nie dawałem”, wyd. Czarne, rok 2022.

sobota, 3 stycznia 2026

Komuniści nie zapominają

 „Czternasta kolonia” – Steve Berry

Prezydent USA, Ronald Reagan, spotyka się potajemnie z papieżem Kościoła katolickiego, Janem Pawłem II. Rozmowa toczyła się w miłej i przyjaznej atmosferze i ostatecznie obaj przywódcy postanowili, że wspólnie zniszczą ZSRR, to jest Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Minęło wiele lat. W Ameryce za trzy dni ma zostać zaprzysiężony kolejny prezydent. ZSRR nie istnieje i wydaje się, że Federacja Rosyjska ma swoje własne problemy, więc Ameryką nie zajmuje się zupełnie. Nie dotyczy to jednak wszystkich Rosjan. Dawny agent KGB wysokiej rangi nadal nienawidzi zgniłego imperializmu, nadal wściekle nienawidzi niegdysiejszego głównego przeciwnika – Stany Zjednoczone. Co gorsze, ma też plan zemsty, który może się udać.

Głównym bohaterem jest agent Cotton Malone z jednostki specjalnej Magellan Billet. Problem, jeden z wielu, polega na tym, że w związku ze zmianą prezydenta (Daniels przegrał wybory), a więc i sporej części administracji, jednostka ta przestanie istnieć za kilka dni. Cotton Malone wydaje się jedyną osobą zdolną przeszkodzić komunistom w realizacji ich niecnych planów. Zaczyna od dalekiej Syberii.

W powieści jest też drugi znaczący wątek – tajemnicze Towarzystwo, które powstało ze dwieście lat wcześniej, zapiski jednego z członków i tajemnice amerykańskiej konstytucji, rozpatrywane przez autora-prawnika mocno za dokładnie.

„Czternasta kolonia” to jedenasty tom z cyklu „Cotton Malone”. Powieść nie jest może zła, ale też nie na tyle ciekawa, żebym starał się poznać resztę cyklu.

czwartek, 1 stycznia 2026

Jak odkryłem dwóch Childów

 „Obsydianowa komnata” – Lincoln Child, Douglas Preston

Żenująco naiwna i tak przesadzona lub przerysowana, że rodzi to niesmak. O takim drobiazgu, że jest to część dalsza czegoś tam, to już nie wspomnę. Dałem sobie spokój z tą historią mniej więcej w połowie. Kompletnie nie interesowało mnie, jak się ta urojona historia skończy.
Dlaczego sięgnąłem po tę książkę? Bo Lee Child pomylił mi się z Lincolnem Childem.