wtorek, 24 stycznia 2023

Nikt nie jest niezastąpiony

 „Orły imperium. Krew Rzymu” – Simon Scarrow

Kolejny z kilkunastu tomów serii „Orły Imperium” tegoż autora, które zaliczyłbym do rzymskiej fikcji przygodowo-wojskowo-historycznej. Ich kolejność może sprawiać drobny kłopot, bo „Orły Imperium” to zarówno tytuł całej serii, jak i tomu pierwszego z tej serii. Do kolejnych dodawane były podtytuły i tak „Orły imperium. Krew Rzymu” jest tomem siedemnastym. Wygląda to ostatecznie w ten sposób: 

„Orły Imperium” – tom 1,
„Podbój. Orły Imperium” – tom 2,
„Polowanie. Orły Imperium” – tom 3,
„Orły i Wilki. Orły Imperium” – tom 4,
„Pościg. Orły Imperium” – tom 5,
„Przepowiednia. Orły Imperium” – tom 6,
„Rebelia. Orły Imperium” – tom 7,
„Centurion. Orły Imperium” – tom 8,
„Gladiator. Orły Imperium” – tom 9,
„Legion. Orły Imperium” – tom 10,
„Pretorianin. Orły Imperium” – tom 11,
„Kohorta. Orły Imperium” – tom 12,
„Bracia krwi. Orły Imperium” – tom 13,
„Brytania. Orły Imperium” – tom 14,
„Niepokonany. Orły Imperium” – tom 15,
„Dzień cezarów. Orły Imperium” – tom 16,
I wreszcie najnowsza obecnie część cyklu „Orły imperium. Krew Rzymu” – tom 17.

Nie znam wszystkich, więc nie mam pewności, czy w każdym tomie pojawiają się główni bohaterowie, Macro i Katon, ale w większości chyba tak, jednak nie przeszkadza to w poznawaniu kolejnych tomów w dowolnej kolejności albo i bez kolejności; są to oddzielne przygody. W tomie pierwszym (rok 42 naszej ery) Kwintus Licyniusz Kato był zaledwie rekrutem i po przeciwnej stronie barykady niż Macro. W „Orły imperium. Krew Rzymu” Macro jest już centurionem i zastępcą trybuna, a jego przyjaciel Katon trybunem i dowódcą rzymskiej awangardy w Armenii.

54 rok naszej ery. Po śmierci Brytanika, syna Klaudiusza i Messaliny, rządy w Rzymie objął Neron. Na odległym wschodzie rozległego imperium, między Rzymem a Partią, latami panowała sytuacja mocno napięta i konfliktowa, i co trochę dochodziło do zbrojnych utarczek, a nawet wojen. Jednak na podporządkowanie sobie całej Partii Rzym był zbyt słaby; tym niemniej wojny rzymsko-partyjskie trwały setki lat, choć z różnym nasileniem. Punktów spornych między mocarstwami było wiele, ale tym razem sytuacja uległa poważnemu zaostrzeniu z powodów Armenii, którą Rzym widział, jako część swojej domeny, podobnie zresztą jak Partowie. 55 rok naszej ery. Partowie usunęli z tronu Armenii posłusznego Rzymowi króla Radamisa z dynastii Farnawazianów i osadzili Tiridatesa, brata króla Partii Wologazesa. Armia pod dowództwem generała Korbulona wyruszyła z Syrii, by ponownie osadzić na tronie Armenii króla Radamista, notabene tyrana i okrutnika. Operacja, która miała zająć kilka tygodni, mocno się skomplikowała i prawie wymknęła spod kontroli.

Wulgarny język, bo i czego się spodziewać wśród żołdaków, brutalność na polu walki i nie tylko, wykorzystywanie kobiet i pogardliwy stosunek do nich, to elementy, które raczej nie przypadną do gustu czytelniczkom. Nieco dziwnie zabrzmiało mi „kurwa mać” w ustach rzymskiego dowódcy, ale przynajmniej swojsko.

Powieść Scarrowa widzę jako, przede wszystkim, przygodową. Pewne jej elementy (kilka, może kilkanaście osób, kilka faktów) są historycznie udokumentowane, ale w sumie mniej tej historii niż w Wikipedii, więc rzetelnym źródłem historycznym „Orły imperium. Krew Rzymu” raczej nie jest. W sumie niezła rozrywka dla miłośników gatunku, na poziomie przeciętnym. W każdym razie „Ja, Klaudiusz” albo „Egipcjanin Sinuhe” to to nie jest, ale… okładka ciekawa, błyszczącymi elementami przyciąga wzrok.

 

 

 

 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Urokliwe życie Laury z Hejem

 „Historia pewnego kota” – Laura Agustí

Laura Agustí – rocznik 1980, hiszpańska artystka, rysowniczka, ilustratorka, która popularność zdobyła dzięki szczegółowym i realistycznym rysunkom wykonywanym piórkiem. W 2003 roku ukończyła studia na wydziale malarstwa na Uniwersytecie Miguela Hernándeza. Następnie w 2009 roku studiowała projektowanie wnętrz w szkole Massana w Barcelonie.

„Historia pewnego kota” to połączenie autobiografii/pamiętnika autorki z reprodukcjami jej rysunków: zwierząt, nie tylko kotów - choć przede wszystkim kota o imieniu Hej - oraz miejsc, w których dorastała i mieszkała..

Czytelnik znajdzie w książce zarówno parady dla osób, które chciałyby zamieszkać z kotem, jak i całe mnóstwo anegdot i ciekawostek, w tym historycznych, związanych z życiem w przyjaźni z tym tajemniczym stworzeniem oraz wreszcie ich roli w kulturze i sztuce.

Całe życie mam koty wokół siebie, noszę je nawet na skórze. Kiedy podróżuję, mój wzrok natychmiast błądzi w ich poszukiwaniu, jakbym miała w oczach radar. Wszędzie, gdziekolwiek spojrzę, zawsze je znajduję – siedzące na parapecie, ocierające się bokami o ciepłą kamienną ścianę, oblizujące łapki pod samochodem lub obserwujące świat z dachów. Myślę, że one też mnie szukają, a przynajmniej chcę tak myśleć. My, ludzie uwielbiający zwierzęta, zwykle dostrzegamy piękno w nich wszystkich i w każdym z osobna. Bardzo trudno jest nam iść przez życie, w ogóle o nich nie myśląc[1].

Laura Agustí dorastała właściwie w wiejskim otoczeniu na obrzeżach Teruel, malutkiego miasteczka w Dolnej Aragonii. Po rozwodzie rodziców mieszkała w starym kamiennym domu z dziadkami, matką i dwa lata młodszą siostrą, Marianą. W takim miejscu zwierzęta są zawsze obecne, choć Carmen i Mariano, dziadkowie, traktowali je raczej… konsumpcyjnie.

Lata liceum i później studiów w Altei były jedynymi w moim życiu, kiedy nie mieszkałam z kotami, bo do wynajmowanych przeze mnie lokali zwierzęta nie miały wstępu[2].

Przez pięć lat Laura nie mogła mieszkać z kotami, ale to nie znaczy, że nie spotykała się z nimi poza wynajmowanymi mieszkaniami, dokarmiała, bawiła się, opiekowała w miarę możliwości, a więc… całe życie z kotami.

Do mojego życia wprowadziła się pustka i zajęła miejsce, które należało do Heja. Zatracałam się, patrząc na jego rzeczy i ulubione zakamarki, a mój umysł wędrował w próżni, jakbym nie mogła do końca uwierzyć, że Hej mnie zostawił, że nasza historia się skończyła[3].

Na szczęście nie jest to koniec książki. Poetyckiej, rysunkowej, wzruszającej, pogodnej, a przede wszystkim osobistej, wręcz intymnej, opowieści o relacji z kotem, ale nie jakiegoś kota z jakimś człowiekiem, a konkretnie Laury i Heja. Miłośnikom kotów polecam z pełnym przekonaniem.






---
[1] Laura Agustí, „Historia pewnego kota”, przekład Urszula Żebrowska-Kacprzak, Wydawnictwo Albatros, 2022, s. 11.
[2] Tamże, s. 39.
[3] Tamże, s. 127.


czwartek, 12 stycznia 2023

Bezsilność wobec marketingu

Obserwuję od pewnego czasu akcję marketingową serialu „Wednesday” i przyznam, że jestem pełen podziwu. Serial „Rodzina Addamsów” z lat 1964-1966 być może interesował moich rodziców, ale oboje dawno nie żyją, więc… Filmu z 1991 roku nie oglądałem, bo horroro-komedie pociągają mnie umiarkowanie. Aż tu nagle pojawia się kolejny serial, tym razem z nastoletnią Addamsówną w roli głównej.
Kiedy zainteresowanie nim spada, a może w ogóle wielkiego nie było, pojawiają się zarzuty o rasizm i już parę milionów widzów siada przed ekranami, przynajmniej po to, żeby sprawdzić czy oskarżenia są prawdziwe.
Kiedy w Polsce zainteresowanie znowu zaczyna maleć, a zaczyna, w popularnej gazecie ukazuje się potężny artykuł, wywiad z psychoterapeutką*. Oświadcza ona na wstępie, że nie diagnozuje nikogo bez osobistego spotkania, ale o postaci Wednesday Addams powie, że… i tu długaśna analiza psychologiczna.
Nawet na portalu czytelniczym „Wednesday” pojawia się nieustająco. Wprawdzie książki takiej (o Adamsach) nie było, ale przed około osiemdziesięciu laty był komiks amerykańskiego rysownika Charlesa Samuela Addamsa, a to już wystarczy, by „Wednesday” (serial) umieścić w cyklu Najpierw książka, później film.
Kiedy zainteresowanie nim spada, natychmiast pojawiają się zapowiedzi nowego sezonu i znowu Wednesday Addams widoczna jest wszędzie. Aż się boję lodówkę otworzyć.

Nie chodzi mi o to czy to dobrze, czy źle. Próbuję sobie tylko wyobrazić, ile kosztowała tak rozbudowana akcja reklamowa. Jestem pewien, że koszt nakręcenia filmu, to w porównaniu z akcją marketingową prowadzoną w połowie państw świata (skoro nawet w Polsce!), musi to być drobiazg. Poza tym cała logistyka takiego przedsięwzięcia – jakoś trzeba dotrzeć do redakcji poczytnego pisma i nakłonić ich do opublikowania specjalnego wywiadu, który wcześniej trzeba przecież wykonać z jakąś profesjonalistką.

Zastanawiam się też, czy wobec takich możliwości zwykły zjadacz chleba jest w stanie się obronić, uchronić, nie dać namówić i przekonać. Film to głupstwo, ale tak można przecież ze wszystkim. I o to mi chodziło.


Na koniec uwaga o nowej szacie graficznej Lubimy Czytać. Kiedy giganci internetu przestawiają się na ciemne tło (oszczędza energię i wzrok), Lubimy Czytać przechodzi na żrącą biel, która zajmuje jakieś 67% ekranu. I do złudzenia przypomina Wysokie Obcasy. To też ciekawy pomysł, który warto obserwować.




---
* https://www.wysokieobcasy.pl/zyclepiej/7,181617,29305432,serial-wednesday-nie-lubi-dotyku-nie-przytula-brak-jej.html




wtorek, 10 stycznia 2023

Niełatwe jest życie szkieła

 „Granica możliwości” – Ryszard Ćwirlej

Samochód osobowy, jadący z Niemiec, pod Opalenicą ulega wypadkowi, w którym ginie kierowca i pasażer. Natychmiast po katastrofie auto zostaje dokładnie przeszukane i wyczyszczone przez dwóch „dresów” z jakichkolwiek wartościowych rzeczy, w tym dokumentów, jadących nim mężczyzn.
Tumanowaty i leniwy policjant, do niedawna milicjant, stara się o umorzenie śledztwa, bo po co się wysilać, ale Brygida Bocian, ambitna prokuratorka, nie wyraża na to zgody.
W warsztacie, do którego odholowano wrak passata, młodzi mechanicy znajdują skrytkę ulokowaną w spreparowanym baku.
W Poznaniu wysadzony zostaje samochód Grubego Rycha i tylko przez przypadek to nie on w nim zginął, a znajoma kobieta, z którą spędził noc. Nie udała się też próba zgładzenia go przez pewnego siebie snajpera.
Podporucznik Blaszkowski oraz prokuratorka Brygida Bocian starają się rozwikłać sprawę, która komplikuje się coraz bardziej i zmierza w niespodziewaną i zaskakującą stronę.

Poza policjantami, bandytami i polskimi biznesmenami, równoprawnym „bohaterem” w powieści jest specyficzny okres w nowożytnej historii Polski, czas przemian ustrojowych i gospodarczych na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy to w resorcie spraw wewnętrznych miały miejsce czystki zwane weryfikacją kadr. Jedni funkcjonariusze milicji przechodzili gładko do służby w policji, inni musieli szukać sobie zajęcia poza organami. Podobnie było z „bezpieką” – Służba Bezpieczeństwa zmieniła nazwę na Urząd Ochrony Państwa, do którego nie wszyscy się zakwalifikowali.

Podczas lektury w irytujący sposób rzucała mi się w oczy poważnie ograniczona sprawność intelektualna większości mieszkańców Poznania i okolic, pojawiających się na kartach powieści. Nie dotyczyło to tylko prymitywnych bandziorów i meneli. Co chwilę można natknąć się na pytania, świadczące o kompletnym braku kontaktu z rzeczywistością i niezrozumieniu, co mówią inni lub o co pytają (ale, że co? ale że jak?). Byłem w Poznaniu trzy-cztery razy w życiu po kilka dni, a to za mało, żeby dobrze poznać tubylców, więc bez zastrzeżeń przyjmuję, że Ryszard Ćwirlej, którego kariera zawodowa związana jest z tym miastem, poznaniaków zna dogłębnie, a w każdym razie o niebo lepiej niż ja.

W połowie lektury wpadł mi do głowy pomysł, że może to miała być jakaś parodia albo pamflet, może miało być śmiesznie? Lech, Czech i Rus czyli Polak, Węgier i dwa bratanki lecieli samolotem. Ale Węgra z nimi nie było, bo Węgrzy nie mają dostępu do morza Bałtyckiego. Czesi też nie mają, ale witają się słowem „ahoj”… – ależ to jest zabawne, prawda? Nic tylko boki zrywać ze śmiechu.

„Granica możliwości” zawiera wiele odwołań i odnośników do innych powieści tegoż autora, jakby – poza rozrywką – zadaniem tej książki była reklama wszystkich innych utworów Ćwirleja. Wydało mi się to odrobinę niesmaczne, ale dla miłośników jego twórczości zapewne przydatne.

Zauważyłem wyjątkowo wiele dygresji. Początkowo czytałem je uważnie i starałem się zapamiętać, wyobrażając sobie, że – jak to bywa w poważnych kryminałach – zawierają one informacje ważne i znaczące, które w pewnym momencie okażą się fundamentalne. Nie miałem racji. Przykład. Policjanci rozmawiają w swoim gronie o zdjęciach z „Hustlera”, na których kobiety nie mają obwisłych piersi. Spekulują, że to może być wynik jakichś ćwiczeń.

Coś tam obiło mu się kiedyś o uszy w kwestii tych ćwiczeń, ale do końca nie wiedział, czy to chodzi o to, żeby cycki były jędrne, czy o coś zupełnie innego. Wiedział od żony Jadwigi, że kobiety teraz ćwiczą przed telewizorem takie różne fikołki, które prezentuje córka tego kowboja z westernów, co się nazywał Henry Fonda. Jadwiga powiedziała mu, że ona też będzie ćwiczyć, bo tak robią wszystkie kobiety, a nawet modelki. Dlatego był w temacie, ale do końca nie wiedział, co i jak. Musiał więc dorobić nieco teorii do swojej tezy. – Mam takiego jednego znajomego fotografa, co robi zdjęcia rozebranym babkom. On ma swój zakład fotograficzny na Jeżycach, dokładnie na Szamarzewskiego, jak się idzie od rynku Jeżyckiego i się skręci w Szamarzewskiego, to tam po prawej jest taki kościół z czerwonej cegły, co się kiedyś nazywał garnizonowy, bo jeszcze przed wojną to chodzili tam na msze żołnierze ze wszystkich koszar. A tych koszar to tam, na Jeżycach, było kilka i jeszcze na Łazarzu byli ułani, ale czy oni chodzili do tego garnizonowego na mszę, to ja już nie wiem. Ale mój tatuś to opowiadał, że do garnizonowego na Szamarzewskiego chodził zawsze na dwudziestego siódmego grudnia, bo to była dla niego najważniejsza msza w roku…*.

Ostatecznie uważam, że Ryszard Ćwirlej miał naprawdę bardzo dobry pomysł na fabułę kryminalną. „Granica możliwości” byłaby świetną powieścią, gdyby tę sensacyjną fabułę potraktował poważnie. Ale… ale możliwe też jest, że to ja nie miałem akurat nastroju na kabaretowy kryminał i znajdą się czytelnicy, których prymitywne dowcipasy sprzed pół wieku będą bawić do bezgranic. Nadal też nie jest wykluczone, że ta piramidalna głupota poznaniaków jest w powieści na poważnie. A skoro mowa była (w cytacie) o westernach, to porównałbym tę powieść Ćwirleja do westernu komediowego – podobno są tacy, którzy je lubią.





---
* Ryszard Ćwirlej, „Granica możliwości”, Muza, 2023, s. 171.

 

 

#GranicaMożliwości, @wydawnictwomuza, @muza.shadows, @cwirlej_krymi.

czwartek, 5 stycznia 2023

Ekspiacyjne wyznania mamusi

 „Szkoła po japońsku. Jak przetrwałam elitarną edukację mojego syna” – Kumiko Makihara

Popełniłem poważny błąd i przeczytałem przedmowę autorstwa Deborah Fallows, a w niej między innymi:
Szkoła po japońsku wywołuje przypływ wspomnień o trudnych doświadczeniach mojej rodziny sprzed trzech dziesięcioleci, kiedy mieszkaliśmy w Japonii i zapisaliśmy naszych chłopców na rok do japońskiej szkoły publicznej. Z rodziną Kumiko mieliśmy zadziwiająco wiele wspólnego, mimo pewnych oczywistych różnic. Ona była Japonką wychowaną za granicą, po rozwodzie, a jej adoptowany syn, różniący się wyglądem od innych dzieci, pochodził z Kazachstanu. My byliśmy Amerykanami, mieliśmy chłopców o jasnych włosach i bardzo słabo mówiliśmy po japońsku. W przeciwieństwie do Kumiko wszyscy członkowie naszej rodziny byli w Japonii całkowicie obcy, co miało ogromny wpływ na nasze codzienne życie. Wbrew pozorom dzięki tej obcości żyło nam się łatwiej niż Kumiko*.

Trzydzieści lat różnicy? Musiałem długo zastanawiać się, o jakiego/czyjego syna w końcu chodzi, w jakich latach się to dzieje, gdzie to jest „za granicą” itd. Ale dalej nie było lepiej, niestety.
16 listopada 2007 – opis snu, a zaraz później przeskok do 3 czerwca 1999 i informacja, że teraz będzie o tym, jak to się wszystko zaczęło. Następnie przenosimy się do 13 lutego 2006 – obrazek – i… już? jeszcze? jest 1 listopada 2004. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że jeśli chcę kontynuować lekturę, to powinienem skrupulatnie i konsekwentnie omijać wszelkie daty.

Zamożny pan Makihara pracował na placówce za granicą, więc wczesne dzieciństwo (od pierwszego roku życia) Kumiko spędziła w luksusowym, dwupiętrowym domu w Purley (prywatna szkoła, niebiesko-biały triumph coupé itp.). Sielanka skończyła się, gdy dziewczynka miała osiem lat, bo wtedy rodzina musiała wrócić do Japonii i zamieszkać w zadymionym przemysłowym Kawasaki, w raczej skromnym mieszkaniu.
Kumiko Makihara wyszła za mąż za Amerykanina. Około czterdziestki adoptowali dziecko z Kazachstanu, którego ojcem prawdopodobnie był Rosjanin. Rodzina pomieszkiwała w różnych krajach (oboje światowej klasy dziennikarze) i wiodło im się raczej dobrze. Po rozwodzie Kumiko wróciła z kilkuletnim synkiem Taro (Yataro) do Japonii.

Japonia ma bardzo dobry system edukacji publicznej, realizujący znormalizowany program nauczania na wysokim poziomie, oparty na założeniu równych szans dla wszystkich*.

Ale ludzie bogaci mogą posyłać dzieci do szkół prywatnych. Kumiko Makihara dość późno zorientowała się, że kursy przygotowujące dzieci do egzaminu wstępnego do szkoły podstawowej, trwają około dwa lata, więc Taro miał tylko sześć miesięcy na przygotowanie się. Po egzaminie uznał, że ten był łatwy i… dostał się do elitarnej podstawówki (ośmioro dzieci na jedno miejsce) mimo zdiagnozowanego nieco później ADHD. Ten fakt oraz kilka podobnych pokazuje, że to często rodzice mają znacznie większy problem z systemem nauczania w Japonii niż ich dzieci. Inną ciekawostką było to, że do tej prywatnej ekstra szkoły nie dostał się synek mężczyzny, który był w jej zarządzie. To się bodajże nazywa demokracja (czyli coś w Polsce zupełnie nieznanego) – w systemie rekrutacyjnym wszyscy mają równe szanse, bo liczą się zasady i sprawiedliwość, a nie stanowisko taty, to nie ma znaczenia.

Taro jest zamknięty w ciasnej toalecie z zeszytem i ołówkiem. Nie wypuszczę go, dopóki nie rozwiąże zadania. Ze złośliwym poczuciem humoru, jakiego nauczyły nas ciągłe utarczki, od czasu do czasu wsuwam mu pod drzwi drażetkę M&M’s, aby podtrzymać go na duchu. Kiedy czuję, że przestaje pracować, gaszę światło zewnętrznym wyłącznikiem. Taro boi się ciemności*.

Wspomnienia autorki, czasem przerywane wstawkami z pamiętnika Taro, można odbierać wielopoziomowo.
Poziom pierwszy – jakie biedniusie te japońskie dzieci. Nasze nie mają aż tak strasznie. Szkolnictwo w Japonii jako ciekawostka bez głębszej refleksji.
Poziom drugi – po co, tak naprawdę, napisała to wszystko Kumiko? Czy to próba odkupienia własnych win wobec dziecka? Czy próba przerzucenia tych win na system: tak, byłam straszną matką, ale to oni, to system jest winien. Podtytuł „Jak przetrwałam”, a nie, jak przetrwał Taro – to też ważne. Na tym poziomie pojawia się też wątpliwość, czy autorka podjęła jakiekolwiek kroki, by zadośćuczynić prawie dorosłemu już synowi? Bo w książce załatwia swoje poczucie winy.
Poziom trzeci – czemu służy edukacja młodego pokolenia w państwie? Jaki jest jej cel? Czy chodzi o napychanie głów dzieci kompletnie nieprzydatnymi informacjami, z czego później nie wynika nic ani dla nich, ani dla ich kraju? Czy może efektem powinno być dobro państwa i narodu jako całości? Która gospodarka jest bardziej rozwinięta, Polski czy Japonii? Gdzie dzieci są bezpieczniejsze, w Warszawie czy w Tokio (sześcioletni Taro jeździł do szkoły sam, przez pół Tokio, dwoma pociągami i autobusem). Jaki jest standard życia przeciętnego Polaka i Japończyka? Bezrobocie? Inflacja?
Poziom czwarty – porównania. Jeśli ktoś czytał „Stalky i spółka” Kiplinga mógł być zaszokowany brutalnym wychowaniem dzieci i młodzieży w szkołach z internatem w wiktoriańskiej Anglii. A czy nie był to okres największej potęgi Wielkiej Brytanii? Czy Japonia nie jest potęgą w porównaniu do Polski? Tutaj można też zacząć odkrywać, że „szkoła” w Japonii i w Polsce, to dwie zupełnie różne instytucje, realizujące kompletnie odmienne cele.

Książka bardzo wartościowa. Zwłaszcza jeśli czytelniczka/czytelnik będzie w stanie wyjść poza ckliwe współczucie i użalanie się nad losem małych Japończyków. Bo życie jest trudne. A jeśli ktoś ci wmawiał, że jest inaczej, to albo cię okłamał, albo nie wiedział, co mówi.

Gdyby przedmowa Deborah Fallows znalazła się na końcu tej książki, byłaby w pełni zrozumiała i może nawet wartościowa.



---
* Kumiko Makihara, „Szkoła po japońsku:, przeł. Joanna Gilewicz. Wyd. Bo.wiem, seria Mundus, 2022.

poniedziałek, 2 stycznia 2023

Układy, relacje, związki, trupy

 „Całkiem inna historia” – Håkan Nesser

Sześcioro Szwedów, powiązanych w ten lub inny sposób z Kymlinge, spędza wakacje na wybrzeżu Bretanii. Personalia i skrócone życiorysy pięciorga z nich, w tym dwóch par, czytelnik poznaje już na pierwszych stronach powieści. Szósta osoba, której fragmenty pamiętników, notatek pojawiają się jeszcze wiele razy, stanowi zagadkę. Po wakacjach, przypadkowa znajomość nie była kontynuowana, Szwedzi rozjechali się w swoje strony, zajęli swoimi sprawami. Jednak pięć lat później ktoś zaczął ich kolejno zabijać.

Komisarz Gunnar Barbarotti z komisariatu w Kymlinge w dniu wyjazdu na urlop otrzymuje list adresowany do niego osobiście i na jego prywatny, domowy adres. Zapoznaje się z jego treścią dopiero kilka dni później, podczas urlopu, który spędza z Marianne, atrakcyjną położną, na Gotlandii. Anonimowy nadawca zawiadamia komisarza, że zamierza zabić określoną osobę, Erika Bergmana, i arogancko rzuca policjantowi wyzwanie – powstrzymaj mnie, jeśli potrafisz.
Barbarotti, jak na porządnego obywatela przystało, zawiadamia policję w Kymlinge, nawet wysyła im list z zapowiedzią zbrodni, i… wraca do częstej kopulacji z Marianne, w której powoli zaczyna się zakochiwać. Jednak zanim urlop komisarza dobiegnie końca, w Kymlinge znalezione zostają zwłoki Erika Bergmana. Zmarł od wielu ran zadanych nożem. Gunnar Barbarotti zostaje odwołany z urlopu i w trybie pilnym wraca do pracy.
Wkrótce poczta dostarcza mu kolejny list od mordercy z informacją, że następną ofiarą będzie Anna Eriksson.

Policja w Kymlinge sprawiła sobie poważny problem. Znali personalia ofiary (Erików Bergmanów było w Kymlinge pięciu, w tym jedno małe dziecko), a mimo to nie potrafili zapewnić ofierze bezpieczeństwa. Nie rozmawiali z żadnym z nich, nie ostrzegli. Szef wydziału, Asunander, uważa, że niepodejmowanie żadnych działań było ze strony policji właściwą decyzją. Barbarotti go w tej ocenie popiera. Obaj zdają sobie sprawę, że ich postawy raczej nie będzie popierać prasa i opinia publiczna. Teraz jednak planowana jest kolejna zbrodnia, a wkrótce… I tak w spokojnym raczej Kymlinge rozpoczyna się polowanie na seryjnego mordercę.

Powieść określiłbym jako antropologiczną (złożoną głównie z antropologii filozoficznej, ontogenetycznej i społecznej) oraz psychologiczną. Dopiero na trzecim miejscu sensacyjną. Prościej mówiąc – poważnie rozbudowana powieść o relacjach międzyludzkich. Ktoś kogoś kocha, ktoś się z kimś przyjaźni, ktoś kogoś nie lubi, ktoś komuś ufa albo i nie… Zabójca, ofiary, policjant, to też pewien specyficzny układ. Podczas lektury przede wszystkim poznaje się osoby i związki między nimi. Nawet takie, które nie mają większego związku z morderstwem i prowadzonym śledztwem. Opisy miejsc – raczej skromne; nie ciągną się i nie dłużą. Narracja głównie w trzeciej osobie, ale za wyjątkiem notatek z Mousterlin z 2002 roku oraz tajemniczego pamiętnika, który wydaje się prowadzić morderca.

Uważam, że bardzo dobra jest ta „Całkiem inna historia” Håkana Nessera, choć dynamicznej akcji, strzelanin, pościgów, jak to w powieściach amerykańskich, trudno by tu szukać. Rozwiązania, zaskakującego, nie odgadłem w pełni. I bardzo dobrze.


sobota, 24 grudnia 2022

Książęta Rzymu kontra mafia

 „Corleone” – Francis Marion Crawford

Francis Marion Crawford urodził się 2 sierpnia 1854, w Bagni di Lucca w Wielkim Księstwie Toskanii. Zmarł 9 kwietnia 1909 w Sant'Agnello di Sorrento (w tym włoskim mieście główna ulica – długa, ale umiarkowanie reprezentacyjna – do dziś nosi jego imię). Amerykanin, który większą część życia spędził we Włoszech i w Indiach, Amerykę odwiedzając jedynie od czasu do czasu. Fascynacja Włochami i Sycylią zaowocowała cyklem lub dość luźno powiązaną serią utworów, na którą składają się „Saracinesca” (romans przygodowy opowiadający pełną intryg historię Giovanniego Saracinesca i jego zalotów do Corony d'Astradente), „Sant'Ilario”, „Don Orsino”, „Corleone”, Trzytomowa powieść „Corleone” z 1897 roku, po części kontynuująca losy rodziny Saracinesca (piękna Corona jest w niej już matką dorosłych synów), była prawdopodobnie pierwszym poważnym podejściem do tematu mafii w literaturze. „Corleone”, i reszta serii, wydaje się połączeniem romantyzmu, realizmu oraz tematyki społecznej.
W swoich czasach, to jest w drugiej połowie i pod koniec XIX wieku, Francis Marion Crawford prezentował dość nowatorskie podejście do pisarstwa, uważał bowiem, że powieść jest towarem rynkowym, ale jednocześnie też i luksusem artystycznym, który, owszem, powinien czytelnika bawić, ale nie bez intelektualnych wymagań. Warsztat pisarski Crawforda przypomina mi niektóre powieści Charlesa Dickensa.

Kiedy osławiony książę Corleone zmarł bez większych ceremonii, w małym hoteliku drugiej klasy w Nicei i został pochowany bez żadnej godnej wzmianki w prasie, na koszt właściciela hotelu, wszystkie jego tytuły i to, co po zostało z jego ziemi i innych dóbr, przeszło na dzieci jego brata, ponieważ ten również już nie żył. Rodzina Corleone nigdy nie była długowieczna, a ich sojusze z reguły nie przyczyniały się do długiego życia tych, którzy byli żonami i mężami członków rodu.
[…]
Nazwisko Corleone było tylko tytułem, a miasto, z którego je zaczerpnięto, już dawno przeszło w inne ręce. Rodzina nazywała się teraz Pagliuca d’Oriani. Jak to często bywa we Włoszech, posługiwano się tym z trzech nazwisk, które było najbardziej znane temu, kto akurat je wymieniał*.

Włoskie i sycylijskie nazwiska, imiona, przydomki, tytuły i inne określenia osób stosowane w powieści zamiennie, sprawiały mi początkowo pewną trudność. Bywało, że cofałem się o kilka stron, żeby lepiej zrozumieć, o kogo chodzi. Z czasem ten kłopot staje się mniej ważny.

Pagliucowie są rodziną mocno zubożałej szlachty. Właściwie żyją prawie jak chłopi. Ich ziemie, jeśli jakieś im jeszcze zostały, objęte są hipoteką. Istniała też inna gałąź rodziny, nosząca nazwisko Pagliuca di Bauso, ale nie odgrywają oni w powieści żadnej roli. Ci Pagliuca d’Oriani, o których chodzi, to owdowiała Donna Maria Carolina Pagliuca. jej trzech synów: Teobaldo (któremu wuj nadał tytuł księcia Corleone), Francesco, Ferdinando oraz wychowana i wykształcona w klasztorze w Palermo córka, Vittoria.

Okazuje się, że Pagliucowie mogliby odbić się od dna. Orsino Saracinesca (syn księcia Giovanni’ego, zwanego Sant’Ilario i pięknej Corony) planuje budowę niewielkiej linii kolejowej przez ich ziemie. Jednak nie wszyscy Pagliucowie są chętni do sprzedaży rodzinnego Camaldoli. Ostro sprzeciwia się temu Ferdinando. Wprawdzie Teobaldo szybko pacyfikuje opornego brata, ale pojawia się inny problem, osobisty. Teobaldo rości sobie pretensje do pewnej dziewczyny, a ta podoba się nie tylko jemu. 

Na przyjęciu w Rzymie Orsino Saracinesca spotyka piękną Vittorię, która całkiem niedawno opuściła klasztorne mury, więc jest dziewczyną bardzo różniącą się od prostackich w sumie Pagliuców. Orsino jest nią… zaintrygowany. Tak rodzi się i narasta konflikt między sycylijską rodziną Corleone, powiązaną z mafią, a starym rzymskim rodem Saracinesca.

Tak zaczyna się opowieść Francisa Crawforda o Włoszech, Sycylii, jednak głównie o ludziach, ich mentalności, zwyczajach, przekonaniach, kulturze oraz osławionej gwałtowności, brutalności i bezwzględności.

Czy istnieje jakiekolwiek powiązanie między „Corleone” Francisa Crawforda, a „Ojcem Chrzestnym” Mario Puzo? Ależ oczywiście! Takie same, jak z dowolną książką o Sycylii, Sycylijczykach i mafii w XIX wieku we Włoszech. Wydaje mi się to raczej chwytem marketingowym, ale skoro profesor Taeko Kitahara na jakimś japońskim uniwersytecie doszukał się tych związków, to jasne, niech i tak będzie. Uprzedzam tylko, że są to powieści całkowicie różne, więc żeby nie było rozczarowań. Ostatecznie „Corleone”, to powieść całkiem niezła (choć nie porywająca), która powinna podobać się miłośnikom tematu, ale zwłaszcza dziewiętnastowiecznego pisarstwa.




---
* Francis Marion Crawford, „Corleone”, przekład i redakcja: Damian Tarkowski i Adrianna Krawczyk, Wydawnictwo Horyzont Idei, 2022, e-book.

piątek, 16 grudnia 2022

Bo najważniejsze są pozory

 „SPATiF. Upajający pozór wolności” – Aleksandra Szarłat

SPATiF – Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu. Ale SPATiF-em nazywano też w pewnym skrócie, jak rozumiem, Klub Aktora tegoż Stowarzyszenia, działający w Alejach Ujazdowskich 45 w Warszawie. Modna i znana kiedyś restauracja, knajpa. Ale właściwie to nawet dwie. Mały SPATiF przy Pankiewicza oraz ten duży, właściwy otwarty w Alejach Ujazdowskich (wtedy jeszcze Aleja Stalina).

Punkt widzenia środowiska artystycznego przedstawia Maryna Kobzdejowa: Komunizm był dla nas wszystkich czymś, co należy po prostu przeczekać. Praca była czymś, czego się wtedy nie uprawiało. Zarabianie pieniędzy nie było w dobrym tonie. W dobrym tonie było posiadanie pieniędzy [1].

O historii Stowarzyszenia i Klubu napisała Szarłat książkę znakomitą. Znakomitą także z powodu tego, co prawie napisała, a czego można się domyślić, z powodu wniosków, jakie uważna lektura może pomóc wyciągnąć i całej reszty. Jeśli niezupełnie jest jasne, o co mi chodzi, wyjaśniam na przykładzie z książki.

Również filmowcy nie zasypują gruszek w popiele. Na początku zajmują pałacyk fabrykanta Oskara Kona przy ulicy Targowej.
/…/
Kiedy brakuje sprzętu – a brakuje wszystkiego – władze wyrażają zgodę na wyprawę filmowców do dawnej wytwórni UFA w Berlinie. Jak wspomina Kazimierz Kutz, rekwirują tam kamery, lampy, wózki, całe osprzętowanie i jako łup wojenny przywożą do Łodzi[1].

Przemyślenia i wnioski osoby czytającej ze zrozumieniem, a przynajmniej uważnie i nieotumanionej propagandą:
a) Jak to „zajmują pałacyk”? Kupili go? Może dostał go w prezencie od pana Kona lub jego rodziny znakomity reżyser, Aleksander Ford (właściwie: Mosze Liwszyc)? A może Oskar Kon nie przeżył wojny, a filmowcy po prostu zagarnęli bez skrupułów własność jego spadkobierców?
b) W czasie wojny i okupacji niemieccy najeźdźcy i bandyci rabowali i wywozili do siebie z Polski wyposażenie fabryk i zakładów przemysłowych. Wygląda na to, że my, Polacy, robiliśmy tak samo, ale już po zakończeniu wojny. Łup wojenny i grabież w czasach pokoju?

W tym momencie przychodzi mi na myśl cytat z innej książki: Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy, to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy[2].

Ważny jest podtytuł książki, a w nim określenie „pozór”. Władzy nie zależało na tym, żeby zamknąć wszystkie takie miejsca – ludzie zaczęliby wtedy spiskować i knuć po domach, więc ustalenie kto, z kim, dlaczego, przeciwko komu, jak itd. byłoby znacznie trudniejsze. Wobec znacznego nasycenia tego środowiska tajnymi współpracownikami, wygodniej było mieć ich pod ręką i w kupie w modnym i uczęszczanym przez elity lokalu. Klub był potrzebny zarówno elitom, jak i władzy. Jedni mogli tam bezkarnie opowiadać polityczne kawały, z czego cieszyli się jak dzieci z wyrobów czekoladopodobnych, drudzy na bieżąco obserwowali, co się w tym środowisku dzieje.

Powstają kluby aktora, dziennikarzy, architektów, prawników, lekarzy…
– Dlaczego władza zgadzała się na ich tworzenie? – pytam Ignacego Gogolewskiego w lipcu 2020 roku.
– Władza uznała, że jak nie pozwoli, będzie gorzej, bo ludzie się rozejdą, a tak wszystkich ma na oku – wyjaśnia aktor. – To chyba lepiej, niżby środowisko miało zejść do podziemia. Świetne pole do inwigilacji. Pozwolenie na działanie takich klubów jest dobrym przykładem na to, jak postępować z ludźmi kultury[1].

Poznając losy SPATiF-u zaczynam rozumieć, że temu Klubowi „komuna” była niezbędna do życia. Skończyła się era PRL i padł Klub SPATiF-u. Tak, tak, wiem, działa do dziś, ale – jak twierdzą dawni bywalcy i miłośnicy – to już zupełnie nie to. Rozumiem to bardzo dobrze, bo w podobny sposób straciło rację bytu wiele kabaretów.

Kolaborantami bezpieki okazali się reżyserzy (Marek Piwowski i in.), aktorzy (Maciej Damięcki i in.), pisarze (Andrzej Kuśniewicz, Andrzej Szczypiorski, Wacław Sadkowski, Ryszard Kapuściński itd.) oraz wszelkiej maści „ludzie kultury" (Andrzej Drawicz, Lech Isakiewicz, Tadeusz Sznuk, etc.), nie mówiąc już o licznych politykach (Michał Boni plus legion).
/.../
Zaś kultowym symbolem kolaboracji stała się TW-kariera twórcy „kultowego” „Rejsu”, Marka P., który »kablował« gwoli zyskania paszportu, plus kilkakrotnie smarowane dla SB wypracowania Agnieszki Osieckiej (formalnie niezwerbowanej), która robiła to też, by uzyskać paszport[3].

„SPATiF” Aleksandry Szarłat to nie tylko historia Stowarzyszenia i Klubu, w czasach ich świetności, to także, a może przede wszystkim, historia miasta, państwa, znanych ludzi tworzących sztukę przed duże „S”. I wreszcie humor. Opisy pijackich ekscesów może nie zawsze mnie bawiły, ale pozostałe bywały zabawne… czasem.
Gość w SPATiF-ie zamawia kaczkę, a jego towarzysz przy stoliku woła – a dla mnie basen! Prawda, jakie to śmieszne? Jak głębokie i inteligentne poczucie humoru za tym stoi?

Tu pozwolę sobie na pewną dygresję. Bywało, że i ja opowiadałem z zapałem historyjki dziejące się „za moich czasów”, ale ktoś mi wreszcie uświadomił, że tęsknię nie za osobami, miejscami, zdarzeniami, ale za swoją młodością i tym, jak się wówczas czułem, a coś takiego prawie nie da się opowiedzieć. Od tego momentu historyjek z lat dawnych staram się opowiadać mniej i… krócej. Takie opowiastki widziane przez pryzmat młodości oraz trzy czwarte litra, często bez tego pryzmatu nie są już tak pociągające.

Kapitalna opinia o Klubie Janusza Głowackiego:
Przychodziło się tam ponarzekać, że nic nie można, że nie warto pisać, bo chuje nie chcą puścić, że ta kurwa ma dobrze, bo się z nimi zadaje, że ten kutas dostał paszport, a ja nie. Narzekali też pijani tajniacy, że niby jak mamy was podsłuchiwać na takim chujowym sprzęcie[1].

Przed wojną w Ziemiańskiej zbierali się ludzie z „towarzystwa”, po wojnie, w SPATiF-ie ludzie ze „środowiska” – tak czy owak elita. „SPATiF” Szarłat ulepiła z dziesiątków, może nawet setek, relacji ludzi ze „środowiska”, bywalców Klubu. Są to fragmenty rozmów z nimi, wywiadów, artykułów, książek wspomnieniowych, audycji i innych. Zwykle relacje tych osób są zbieżne, na przykład wszyscy pamiętają wyjątkowo tanią wódkę. Zdarzają się jednak też różnice. Według jednych w SPATiF-ie tańczono często i spontanicznie, ale pewna uczestniczka tych spotkań (bywała wiele lat po trzy razy w tygodniu) twierdzi, że żadnych tańców nigdy tam nie było. Podobnie z jakimiś kartami klubowymi – jedni pamiętają inni uważają, że nie istniały. Jednak te nieścisłości nie mają większego znaczenia, są raczej ciekawostką niż okazją do kwestionowania ogólnego obrazu. Poza tym trzeba zdać sobie sprawę, że te relacje dotyczą zdarzeń sprzed 30-60 lat, a pamięć ludzka bywa zawodna.

Pięćset pięćdziesiąt stron, zdjęcia (świetne – szkoda, że nie więcej), ale pochłaniałem łapczywie, przeciągając lekturę do późnych godzin nocnych. Nie jestem warszawiakiem, ani artystą teatru czy filmu, a mimo to uważam „SPATiF” za dzieło wyjątkowo ciekawe. Mógłbym też napisać o nim znacznie więcej, o stolikowej edukacji, o Sokratesie naszych czasów, o skandalach literackich, o sprawie Iredyńskiego, o amorach z dramatem w tle, o… kolejne skojarzenia, kolejne ciekawostki, zdarzenia, sytuacje, ale nie o to przecież chodzi. Więc na zakończenie już tylko refleksja autorki:

Może więc przydałaby się nowa Wyspa Wolności?
Ależ ona jest! Tyle że nie przypomina ani tej z Ziemiańskiej, ani tej ze SPATiF-u. Nie ma tu kelnerek ani rozbawionego towarzystwa. Jest laptop. Często alkohol. Zamiast anegdot – memy. Albo hejt.
Wyspa samotników spotykających się na platformach społecznościowych[1].





---
[1] Aleksandra, Szarłat, „SPATiF. Upajający pozór wolności”, wyd. Czarne, 2022, eBook.
[2] Źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Strona:Henryk_Sienkiewicz-W_pustyni_i_w_puszczy.djvu/376
[3] Waldemar Łysiak „Lider”, Nobilis, 2008, strona 262-263.


sobota, 10 grudnia 2022

Komuna - narodziny i upadek

 „Ignacy Loga-Sowiński (1914-1992). Portret gomułkowca” – Krzysztof Lesiakowski

Najpierw wpadł mi w oko tytuł, który nieomalże w pełni określa, o czym jest ta książka, a chwilę później sprawdzałem już, kim jest Krzysztof Lesiakowski, bo okres 1945-1970 interesuje mnie w historii Polski jak najbardziej, ale w postaci rzetelnej wiedzy opartej na faktach, bo politycznych manipulacji historią mam już serdecznie dosyć. Więc historyk, doktor habilitowany, wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego, specjalizujący się w takiej i podobnej tematyce, autor biografii politycznej Mieczysława Moczara czy historii organizacji „Służba Polsce” – tak, Lesiakowski wydaje się wiarygodny i rzetelny. O rzetelności biografii Logi świadczą nie tylko wcześniejsze publikacje i tytuły naukowe autora, ale setki przypisów i źródeł, które na upartego da się sprawdzić, indeks nazwisk oraz obszerna bibliografia.

Mamy ośmiogodzinny dzień pracy, urlopy, płatne zwolnienia chorobowe, emerytury, renty, kodeks pracy itd. To wszystko nie jest prezentem od empatycznych, życzliwych i współczujących właścicieli firm, fabryk, ogromnych gospodarstw rolnych i farm hodowlanych, którzy nie mogli dłużej patrzeć na ciężką dolę robotników i chłopów. Prawa te zostały wywalczone, wydarte z gardła potentatów przez zorganizowane ruchy robotnicze, partyjne (socjaliści, komuniści) lub inne, na przykład ruchy związkowe w USA. Mnie przede wszystkim interesuje moment, w którym robotnik, walczący o lepsze warunki pracy i płacy dla siebie i tysięcy jemu podobnych, stawał się aparatczykiem, człowiekiem żądnym władzy i przywilejów, a nie tylko sprawiedliwości i uczciwych warunków. Dzięki lekturze książki Lesiakowskiego, taką ewolucję można prześledzić u Logi-Sowińskiego, zapalonego ideowca w początkach działalności w robotniczej Łodzi i prominentnego działacza komunistycznego i związkowego w efekcie.

W mojej skromnej ocenie „Ignacy Loga-Sowiński (1914-1992)” to książka raczej naukowa niż popularno-naukowa, ale napisana w miarę przystępnym językiem, więc z tej strony nie powinno być problemów. Jest też biografią przede wszystkim polityczną; o jego życiu prywatnym, osobistym, autor napisał mniej, niż zapewne bym sobie życzył, ale tego też spodziewałem się od początku, dzięki podtytułowi – „Portret gomułkowca” to jednak nie „pikantne sceny z seksualnego życia komucha”. W każdym razie lektura czterystustronicowej książki zajęła mi kilka godzin.

Zdarzają się w biografii fragmenty nieomalże szpiegowsko-sensacyjne, jednak większość to solidnie udokumentowana wiedza biograficzna, polityczna i historyczna w czystej postaci, nie wywołująca silniejszych doznań emocjonalnych, a jedynie ciekawość – jak to naprawdę było i dlaczego tak właśnie?

Do tego dochodził brak regularnej łączności z Moskwą, która – jak wiadomo – grała na »dwóch fortepianach« w sprawie polskiej, bo obok ośrodka w okupowanym kraju dawała przyzwolenie na rozwijanie się środowiska, które symbolizowała Wanda Wasilewska i Związek Patriotów Polskich (ZPP), a następnie także Polski Komitet Narodowy (PKN) oraz Centralne Biuro Komunistów Polski (od stycznia 1944 r.). Te dwie ostatnie inicjatywy były utrzymywane w tajemnicy przed PPR. W kierownictwie tej partii ścierały się też różne wizje programowo-polityczne i ambicje personalne. W efekcie nie brakowało jawnych i podskórnych konfliktów, rozmaitych koterii i układów. A na czele tego gniazda os stał Paweł Finder – człowiek Moskwy i z tego powodu uznawany przez wszystkich, ale bez osobistego autorytetu*.

Biografia Logi-Sowińskiego (Sowiński to był pseudonim konspiracyjny, który z czasem Ignacy Loga oficjalnie dodał do nazwiska) to nie tylko jego postać, ale też okoliczności, warunki, setki znaczących postaci, zdarzenia, czyli cały złożony kontekst historyczny; ostatecznie żaden działacz polityczny i partyjny nie funkcjonuje w próżni. Dzięki pracy Lesiakowskiego można dowiedzieć się, jak kształtowała się polityka Polski, i nie tylko Polski, od ostatnich lat wojny i okupacji do upadku „komuny”, a nawet trochę dalej.
Autor opisuje losy Logi-Sownińskiego chronologicznie, począwszy od dzieciństwa i młodości w Łodzi, poprzez lata konspiracji i działalności partyjnej w czasie okupacji, coraz wyższe stanowiska w kierownictwie PPR, postawę Logi wobec kryzysu w partii (1948 r.), triumfalny powrót na scenę polityczną wraz z ekipą Gomułki (1956), aż do jego stanowiska wobec wydarzeń w grudniu 1970 i aktywności u schyłku życia.
Ignacy Loga-Sowiński nie był może postacią takiego formatu i tak spektakularną jak Gomułka, Bierut czy Gierek, ale też nie tak nijaką i bezbarwną, jak się to latami mogło wydawać.

Bardzo wartościowa pozycja dla wszystkich, których interesuje najnowsza historia Polski, którą to pozycję polecam z pełnym przekonaniem. Jedyne, co mnie odrobinę irytowało podczas lektury, to nadmiar wstawek typu: trzeba dodać, warto zaznaczyć, warto zwrócić uwagę, warto zauważyć – gdyby warto nie było, to autor pewnie by nie zaznaczał, nie dodawał, nie zwracał uwagi. Zauważyłem, że to ostatnio często spotykana maniera. Znakomitym pomysłem było wzbogacenie tej publikacji o czterdzieści historycznych zdjęć. Ostatnie z nich przedstawia grób na warszawskich Powązkach..




---
* Krzysztof Lesiakowski, „Ignacy Loga-Sowiński (1914-1992). Portret gomułkowca”, Wydawnictwo: Uniwersytetu Łódzkiego, 2022, s. 86-87.







Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.