poniedziałek, 29 czerwca 2026

Problematyczne pomysły pań

 „Ślepy trop” – Jørn Lier Horst

Line, wnuczka komisarza Williama Wistinga, początkująca dziennikarka śledcza, kupuje dom w Larviku, bardzo blisko domu swojego dziadka. Line jest w dziewiątym miesiącu ciąży z jakimś Amerykaninem, który na scenie się nie pojawia.
Sofie Lund, wnuczka znanego przestępcy, Franka Mandta, dziedziczy po nim dom – osiemdziesięcioletni Mandt uległ wypadkowi w swoim domu, spadł ze schodów do piwnicy i zmarł z powodu licznych obrażeń. Sofie Lund, samotna matka rocznej córeczki Mai, dziadka nienawidziła i nienawidzi nadal, nazywając Starcem i ma to wydźwięk bardzo negatywny. Frank Mandt wrobił w przestępstwo narkotykowe matkę Sofie, a swoją córkę, i przez niego trafiła ona do więzienia, gdzie popełniła samobójstwo. Odziedziczony po Starcu dom też jest nieopodal domu Line. Młode kobiety spotykają się przypadkiem na mieście, przypominają, że kiedyś chodziły razem do szkoły, zaprzyjaźniają się, spędzają razem wiele czasu.

Podczas remontu i wywożenia gratów po Starcu, w piwnicy dawnego domu Mandta Sofie Lund odkrywa sejf tak duży, że wynieść z budynku raczej się go nie da bez burzenia ścian. Sejf jest zamknięty, więc Sofie wzywa ślusarza, specjalistę, któremu po kilku godzinach udaje się otworzyć sejf. Obecna jest też przy tym Line.
Kobiety znajdują w sejfie pistolet, mnóstwo pieniędzy, z czego część znaczona specjalną farbą, jak się to robi w przypadku łupów z napadów lub okupów, jakieś dokumenty i kasety magnetofonowe z nagraniami – na razie nie wiadomo, czego.

W tym momencie zaczynają się w powieści Horsta dziać dziwności. Nie wiem, czy to młode Norweżki są tak pokręcone, czy może macierzyństwo tak na nie wpływa, ale kobiety zaczynają wymyślać, nie wiadomo po co, zupełnie nieprawdopodobne historie. Może jeszcze dałoby się zrozumieć Sofie Lund, o której za wiele nie wiadomo, ale wnuczka komisarza policji, dziennikarka??? Najpierw planują wyrzucić pistolet do morza. Ostatecznie jednak Line oddaje go dziadkowi (komisarzowi), zastrzegając anonimowość. Policja szybko odkrywa, że broni używano podczas przestępstw, więc dalsze granie wariata i udawanie, że nie wiadomo, skąd pochodzi, nie jest już możliwe.
Znaczone pieniądze, ogromną sumę, panie postanawiają wysłać anonimowo w prezencie jakiejś organizacji zajmującej się zwalczaniem narkomanii. Organizacja, co oczywiste, natychmiast zawiadamia policję. Itp.

Komisarz William Wisting, główny bohater Horsta, wraz ze swoim zespołem od miesięcy poszukuje taksówkarza i jego samochodu. Policja podejrzewa, że taksówkarz mógł być powiązany z ciemnymi sprawkami Franka Mandta, ale dowodów na to nie ma żadnych.

Powieść, na poważnie, zaczyna się, gdy przypadkowo zostają znalezione zwłoki taksówkarza, a niedługo potem, w szopie dzierżawionej przez Mandta, jego taksówka.

„Ślepy trop” to typowy skandynawski kryminał. Ciekawa, bardzo ciekawa fabuła, ale… sporo dłużyzn, wątków bez znaczenia dla opisywanej akcji, i prawie żadnej sensacji. Policjanci w powieści Horsta są urzędnikami państwowymi, to nie są gliniarze pokroju Brudnego Harry’ego. Jednym się to spodoba, innym niekoniecznie.

niedziela, 21 czerwca 2026

Blaski i cienie w życiu agenta

 „Wilczy bilet” – Kacper Młyńczak

Powieść szpiegowsko-sensacyjno-przygodowa, dotycząca polskich służb, ich tajnych operacji, różnych agencji oraz zawirowań w tym środowisku, wywołanych zmiennymi układami politycznymi. Oczywiście wszystko to mocno przerysowane, ale to przecież miała być rozrywka, a nie dokument. Tak więc powieścią rozrywkową „Wilczy bilet” jest całkiem niezłą. Z tych, co to trudno się oderwać, bo czytelnikowi naprawdę zależy, żeby dowiedzieć się, jak się to ostatecznie zakończy.

Major Leopold Kryński próbował ewakuować agenta polskich służb, Wadima, z Ukrainy, któremu wydawało się, że został zdemaskowany. Podczas tej akcji, nieautoryzowanej zresztą przez polskie służby, coś mocno poszło nie tak – ranni ukraińscy policjanci i cywile, trup w rzece, skandal dyplomatyczny. Kryński, zwany w środowisku jako Leo („Psy”, Franciszek Maurer ksywa Franc, stworzyły pewną manierę) musiał odejść ze służby i obiecać, że nie pojedzie nigdy więcej do Ukrainy. W zamian obiecano mu, że nie będzie śledztwa i oskarżeń w jego sprawie. Jednak do dżentelmeńskich umów, jak to często powtarza się w powieści, potrzeba przynajmniej dwóch dżentelmenów. Kapitan Orest Ziętara, zaprzysięgły wróg Kryńskiego i jego metod, postanowił wznowić sprawę i doprowadzić do przykładnego ukarania byłego majora wywiadu, który teraz zarabia na skromniutkie utrzymanie jako korektor w wydawnictwie poradników dla tych, którzy chcą zmienić swoje życie, ale dopiero od jutra, bo najpierw muszą przeczytać, jak to się robi.

Kornel Lipiński, polski miliarder, proponuje Kryńskiemu zadanie odszukania swojego syna, Mikołaja, młodego dziennikarza śledczego, z którym kontakt nagle się urwał. Brak adrenaliny, praca korektora raczej jej nie dostarcza, ale także pieniędzy, skłania Leopolda Kryńskiego do przyjęcia oferty. Szybko jednak okazuje się, że ślad wiedzie do Ukrainy i nie chodzi o proste porwanie dla okupu, ale skomplikowaną grę operacyjną rosyjskich służb specjalnych.

Jak na debiut powieść napisana została całkiem sprawnie, może nawet wyjątkowo dobrze. Wprawdzie miałem zamiar wtrącić coś o lokowaniu produktu, ale dałem spokój.

„Obrócił Red Roses Speedway Wingsów na drugą stronę. Ucieszył się to na niej był jego ulubiony numer na płycie – instrumentalny Loup (1st Indian on the Moon). Podkręcił głośność i wrócił do laptopa” [1].

„Wyjął z kieszeni IQOS-a. Zajrzał do barku w salonie. Koniak – Martel XO, whisky Cardhu 18YO, szampan – Bollinger 2004, wódki – Grey Goose oraz Baczewski” [2].

Młodemu autorowi po prostu wydawało się, że historia stanie się lepsza, jeśli napcha do niej sławnych i wyjątkowo drogich marek. Marek alkoholi, ubrań, zegarków, samochodów itp. Wyszło odrobinę infantylnie, ale to stosunkowo drobny mankament.

„Ukrainiec zauważył, że jego tymczasowy przełożony zachowuje się w ten sposób, kiedy zamierza powiedzieć coś przenikliwego. Zazwyczaj kończyło się właśnie na zamiarach, bo złote myśli Kryńskiego niosły wiele słów, lecz mało treści.
/…/
Pierwszy raz zdarzyło się, by zamiast rzucić głupi żart, miałki aforyzm albo szorstki rozkaz, zwyczajnie poprosił o opinię” [3].

Kacper Młyńczak całkiem sprawnie uniknął, często popełnianego przez nowicjuszy błędu, to jest nie zaprezentował głównego bohatera, jako połączenia Rambo, Jamesa Bonda, Johna Wicka i kogo tam jeszcze. Kryński nie jest herosem czy nadczłowiekiem, cechuje go sporo wad i słabości, a jedną z nich jest rozwijająca się choroba alkoholowa. Jak wiadomo, alkoholicy zawalają mnóstwo spraw życiowych i zawodowych, bo w najbardziej nieodpowiednich momentach po prostu muszą się napić.

Historia kończy się satysfakcjonująco, ale z drobną furtką, która w przyszłości mogłaby umożliwić kontynuację losów czy przygód Leopolda Kryńskiego. Nie miałbym nic przeciwko temu, a jeśli Młyńczak napisze coś jeszcze, to chętnie przeczytam. Dobra robota.



---
[1] Kacper Młyńczak, „Wilczy bilet”, Muza, 2026, s 108.
[2] Tamże, s. 168.
[3] Tamże, s. 210.

czwartek, 18 czerwca 2026

Co naprawdę liczy się w życiu

 „Listonosz” – David Brin

„Nie było już zbyt ważne, jaka była tego przyczyna – wielki meteoryt, potężny wybuch wulkanu czy wojna atomowa. Równowaga temperatury i ciśnienia załamała się. Rozszalały się potężne wichry. Na całej północy zaczął padać brudny śnieg. Gdzieniegdzie nie ustawał nawet podczas lata” [1].

Wojna atomowa wybuchła, gdy Gordon Krantz, główny bohater, miał osiemnaście lat i zaczynał naukę w college’u. Do tego doszła epidemia zabójczego wirusa, który twórcom wymknął się spod kontroli i zabijał zarówno wrogów, jak i swoich. Zbiory pogarszały się z roku na rok. Jednak te elementy nie wystarczyłyby, żeby tak totalnie zniszczyć świat. W społeczeństwie pojawił się wróg wewnętrzny – Nathan Holn i jego zwolennicy czy wyznawcy.

Katastrofa, a właściwie apokalipsa i zagłada, miała miejsce około szesnaście lat temu. Trzydziestokilkuletni obecnie Gordon Krantz, połowę życia spędził w głuszy, z dnia na dzień walcząc o przetrwanie. Czasami, w nielicznych, rozsianych z rzadka osadach ludzkich, nakarmiono go lub wynagrodzono przydatnymi drobiazgami, w zamian za historie, które świetnie potrafił opowiadać.

Pewnego razu Gordon został napadnięty przez bandytów i obrabowany z większości rzeczy, które umożliwiały mu przeżycie. Udało mu się uciec, ale bez swojego sprzętu był skazany na śmierć w ciągu doby lub dwóch. Ruszył za bandytami, gotów do walki z nimi na śmierć i życie, ale zgubił ich ślady. Natknął się za to na wrak furgonetki pocztowej, a w niej na szkielet listonosza. Jego skórzana kurtka i mundur z emblematami państwowej amerykańskiej poczty były coraz rzadziej spotykanym wspomnieniem po zaginionym świecie.

Ważne w powieści wydaje się to, że Gordon nie był komandosem, weteranem wojny w Zatoce, Pustynnej Burzy lub kimś takim. David Brin zręcznie uniknął tak sztampowego rozwiązania. To humanista i to momentami naiwny – nawet z bandytami (na szczęście nie byli to holniści) próbował się jakoś porozumieć, dogadać. Owszem, ruszył za nimi w pogoń, ale czy naprawdę byłby w stanie zabić któregoś z nich mimo posiadania broni?

Gordon nosił kurtkę listonosza bez żadnych ukrytych motywów, po prostu dla ochrony przez zimnem. W osadzie Pine View, gdzie bawił mieszkańców swoją interpretacją Makbeta i mową Lincolna, zauważył, że w tym stroju ludzie traktują go w sposób szczególny. Poczta, listonosze, to element normalnego świata, takiego zorganizowanego, z odpowiedzialnymi urzędnikami, a pojawienie się listonosza to nadzieja, że taki świat mógłby powrócić.

David Brin sugeruje wyraźnie, że cywilizacja ludzi, to nie tylko gospodarka, technologia i przewaga militarna, że liczą się też inne wartości – duchowe, a nie materialne.

W czasach miernoty i bylejakości książka bez rażących błędów, dobrze wydana z twardą okładką i ciekawą na niej grafiką, zwraca uwagę na plus. Powieść wydana po raz pierwszy w 1985 roku, ale podczas lektury trudno byłoby to odkryć – dziś wydaje się równie aktualna.




---
[1] David Brin, „Listonosz”, przekład Michał Jakuszewski, Zysk i s-ka, Poznań 2026, s. 7.
 




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

czwartek, 11 czerwca 2026

Spojler wręcz absurdalny!

 „Instynkt zabójcy” – Joseph Finder

Opis na okładce
Jeśli ktoś przeczyta opis z tyłu książki, to samą powieść może sobie darować. Gdyby jeszcze przeczytał pierwszy rozdział, czy może wstęp, wiedziałby też, jak się fabuła rozegrała i skończyła. Kompletne nieporozumienie.

Ta powieść nie jest zła, albo nie byłaby zła, gdyby udało się ją przeczytać z pominięciem opisu i tego pierwszego tekstu, ale to nierealne. W tej sytuacji do poznania pozostają jedynie drobne detale.

Jedyne, co nie zostało dokładnie zaprezentowane w opisie, to pewne elementy dotyczące ciekawych technik marketingowych i manipulacji negocjacyjnych.

Ciekawostka – na stronie wydawcy nie znalazłem żadnej informacji, że kiedykolwiek taką powieść wydał. A może to inny Albatros?

sobota, 6 czerwca 2026

Bandyci, policjanci i zdrajcy

 „Zdrajca” – Jørn Lier Horst

Dość szybko zorientowałem się, że powieści, w których głównym bohaterem jest komisarz William Wisting, Horst napisał znacznie więcej, ale nie przeszkadzało mi to w lekturze. „Zdrajca” to osobna, zamknięta całość.

Rzecz dzieje się w Larviku i okolicy. Po ulewnych deszczach przepust nie wytrzymał i woda porwała skarpę oraz wiele domów. Kilkanaścioro mieszkańców trafiło wprawdzie do szpitali z obrażeniami różnego typu, ale nikomu z nich nie groziła śmierć. Policja dumnie obwieściła, że odnalazła i zaopiekowała się wszystkimi ofiarami katastrofy. Jednak nie do końca było to prawdą, bo następnego dnia odnalezione zostały zwłoki mężczyzny. Nikt go nie znał, nie był stałym mieszkańcem, a zginął od strzału w głowę dwa dni przed katastrofą. To całkowicie zmieniło sprawę. Nie szukano już aż tak intensywnie odpowiedzialnych za niewystarczające zabezpieczenia budowlane i powstanie osuwiska, bo na planie pierwszym pojawiła się sprawa morderstwa.

Larvik to około pięćdziesięciotysięczne norweskie miasto i gmina w regionie Vestfold. Mieszka tam, a przynajmniej mieszkał, Jørn Lier Horst, autor powieści i kilka innych, znanych postaci. W „Zdrajcy” w Larviku prawie stale pada deszcz.

Zastrzelony mężczyzna wydawał się poszukiwanym za zabójstwo Szwedem, ale gdy do zespołu Wistinga dołączyli policjanci śledczy i prawniczka ze Szwecji, okazało się, że prawda wygląda zupełnie inaczej.
À propos – z Amerykaninem Skandynawowie mówili po angielsku, ale nie znalazłem informacji, w jakim języku porozumiewali się Szwedzi i Norwegowie. Nie znam się na tym zupełnie, wiec może szwedzki i norweski są tak podobne, że obywatele tych nacji porozumiewają się bez problemów?

Specyficzna powieść kryminalna i sensacyjna, bo prawie od początku wiadomo, kim są sprawcy. Wiadomo też, że tworzą grupę zajmującą się porwaniami dla okupu. Akcje mają znakomicie przygotowane i przeprowadzone; porywają osoby bardzo bogate, lub członków ich rodzin, za które mogą otrzymać gigantyczne odszkodowania. Dwie takie akcje przeprowadzili w Szwecji, a teraz czas nadszedł na Norwegię. Tak więc wiadomo, kim są bandyci, ale nie wiadomo, gdzie są. Policja nie dysponuje też żadnymi dowodami przeciwko nim.
Całą sytuację komplikują podejrzenia komisarza Williama Wistinga, że w norwesko-szwedzkiej grupie dochodzeniowej zainstalował się kret, ktoś, kto przekazuje wyniki pracy śledczych, przestępcom.

Powieść zdecydowanie mniej typowa niż wiele kryminałów skandynawskich, bo bez rozbudowanych wielce wątków społeczno-psychologiczno-obyczajowych. Trochę dłużyzn.

„Zdrajca” nie powalił mnie na kolana, ale kiedyś pewnie sięgnę po jakąś inną powieść tego autora, żeby ostatecznie się upewnić i zdecydować. Na okładce napisano, że to jedna z najlepszych książek Horsta, a ja tylko mam nadzieję, że tak nie jest.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Prawo, bezprawie i przemoc

„Toast” (Prawo i pięść) – Józef Hen

Hen napisał scenariusz filmowy (taki nieco bardziej rozbudowany) pod tytułem "Toast" i taką właśnie wersję czytałem. Film ostatecznie wszedł na ekrany pod tytułem "Prawo i pięść". Nazywają go polskim westernem. Podobnie jak "Wilcze echa".

"Toast" opowiada dość brutalną, ale i odrobinę przygodową historię przejmowania przez grupę Polaków niemieckiego miasteczka uzdrowiskowego, na Ziemiach Uzyskanych. W grupie tej znalazł się oszust, szabrownik, jakieś kobiety, dwóch byłych więźniów obozów koncentracyjnych. W miasteczku natykają się na Niemca - kelnera, Żyda - hydraulika.

Powiedziałbym, że to bardzo wiarygodna historia z niewielką dawką propagandy.

niedziela, 31 maja 2026

Boimy się czegoś wszyscy

 „Lęk” – Antoni Kępiński

Popularnonaukowa publikacja na temat lęku, jego odmian, przyczyn powstawania, fundamentalnej roli w życiu itd. Najważniejsze jednak jest to, że w odróżnieniu od setek współczesnych poradników, nie zawiera naiwnych informacji, jak przestać się bać od poniedziałku.

poniedziałek, 25 maja 2026

Łagry - podejście z dystansu

 „Gułag” – Anne Applebaum

W związku z tematem istnieje, jak mi się wydaje, podział bardzo ostry i wyraźny: na tych, którzy przeczytali uważnie trzy tomy „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna oraz na tych, którzy tej pozycji nie znają. Ci, którzy nie znają, mogą zapewne bardziej obiektywnie ocenić „Gułag” Anne Applebaum. Ja, i kilkoro znajomych, każdą książkę na tematy radzieckich łagrów, także „Gułag”, oceniamy w porównaniu i odniesieniu do Sołżenicyna. „Archipelag Gułag” po prostu wywarł niezacieralne piętno.

Opracowanie Anne Applebaum jest bardziej naukowe, bardziej faktograficzne, bardziej dokumentalne niż powieść Sołżenicyna. Autorka pisała z wyraźnie większym dystansem, podczas gdy „Archipelag Gułag” jest niezwykle osobisty i emocjonalny. Sołżenicyn to literatura, a Applebaum, może za wyjątkiem jednego rozdziału, to raczej opracowanie popularno-naukowe.

„Gułag” zawiera sporo porównań do niemieckich obozów koncentracyjnych; wydaje mi się, że większość ilustruje różnice systemowe, bo podejście do tego lub innego więźnia może być akurat podobne. Zabrakło mi porównania, choć to skala zupełnie inna, obozów radzieckich, niemieckich i polskiego obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej, gdzie przeciwników politycznych pozbywali się piłsudczycy. W latach 1934–1939 w Berezie Kartuskiej funkcjonował obóz zwany Miejscem Odosobnienia w Berezie Kartuskiej, przeznaczony głównie dla więźniów politycznych będących przeciwnikami rządów sanacyjnych. Ale trudno, nie można mieć wszystkiego.

„Gułag” Applebaum polecam wszystkim, którzy nie mają wiedzy na temat radzieckich obozów. Jednak, jeśli to możliwe, najpierw proponowałbym „Archipelag Gułag” albo chociaż „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.

wtorek, 19 maja 2026

Zbrodnia w pisarskim świecie

 „Szachy pod wulkanem” – Håkan Nesser

Pisarz, Franz J. Lunde, pisze powieść o pisarzu, o identycznych inicjałach, który pisze powieść. Powieść Johna Leandera Franzena. (jakby alter ego Lundego) nosi tytuł „Ostatnie dni i śmierć literata”. Jedne rozdziały powieści dotyczą Lundego, a inne F.J.L. Pomieszanie fragmentów powieści powieściowej postaci z pamiętnikami innej stwarza pewne problemy.
Franz J. Lunde opisuje w swojej książce morderstwo, twierdzi, że doskonałe, a to wywołuje reakcję – na spotkaniach autora z czytelnikami pojawia się tajemnicza kobieta, która dopytuje, czy miał coś wspólnego z tą zbrodnią. Powtarza się to w różnych miejscach i zaczyna nosić znamiona nękania.
Po jednym z takich spotkań Lunde znika.

Zastanawiałem się nad mocno zwariowanym pomysłem spisku lub zmowy pisarzy skandynawskich, autorów powieści sensacyjnych. Musiałoby to mieś miejsce na przełomie XX i XXI wieku, bo wcześniej skandynawskie kryminały były mniej więcej normalne, o zwykłej wtedy, europejskiej objętości. Do dziś pamiętam parę Maj Sjöwall i Per Wahlöö i ich „Śmiejącego się policjanta” i „Człowieka z Säffle” albo Marię Lang i „Dość zabójstw”. Kilka-kilkanaście lat później sensacyjne powieści Skandynawów zaczęły się kojarzyć z opasłymi tomami i tematyką głównie społeczno-obyczajowo-psychologiczną z umiarkowanie ważnym elementem sensacji.

Sprawę problematycznego zaginięcia Lundego (raz już kiedyś zniknął na kilka miesięcy) prowadzi sceptyczny komisarz Gunnar Barbarotti, mający nadzieję na jakieś odkrycie, dzięki lekturze „Ostatnich dni i śmierci literata”.
Wkrótce potem na listy zaginionych trafia poetka, a wreszcie krytyk, a więc osoby z kręgu pisarsko-wydawniczego. Nic nie wskazuje na to, by się znali i coś ich łączyło, ale wykluczone to nie jest i sprawdzić trzeba.
Wszystko komplikuje się przez rozwijającą się wtedy właśnie falę epidemii Covid-19.

Choć wątków społecznych nie znalazłem w powieści wielu, to i tak uważam, ze zawiera ona nużące dłużyzny. Rozwiązania czytelnik nie jest w stanie odkryć samodzielnie, bo właściwie zupełnie nic do niego nie prowadzi i pojawia się ono pod sam koniec książki, jakby sprawa rozwiązała się przypadkowo. Koniec nie zamyka wszystkich wątków, nie wszystko wyjaśnia.

Skuszony entuzjastycznymi, a przynajmniej dobrymi recenzjami, przeczytałem kilka powieści Håkana Nessere, więc nie dam sobie powiedzieć, że nie dałem pisarzowi trzeciej, czwartej, piątej szansy. Wydaje mi się jednak, że ta będzie ostatnia.

wtorek, 12 maja 2026

Genialna Anita i durni faceci

 „Zamknięte w lodzie” – Izabela Janiszewska

Jezioro Świętajno, mroźna zima. Marianna Stasiak, wraz z drugą nauczycielką, zabrała gromadę ośmioletnich dzieci, by te ślizgały się na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Jakiś strażak zapewnił opiekunki, że lód jest wystarczająco gruby, więc będą się świtanie bawić. Co było do przewidzenia, lód okazał się nie dość gruby.
Padał śnieg.

Zastanawiałem się, w którym roku się to dzieje, kiedy dwie nauczycielki mogły zabrać gromadę maluchów na zamarznięte jezioro. W moim mieście miało miejsce coś podobnego, ale chodziło o rzekę, a nie jezioro, i było to przed pierwszą wojną światową. Obecnie żadna chyba nauczycielka nie zrobiłaby czegoś równie nieodpowiedzialnego.

Młoda policjantka, Anita Bauer, wezwana zostaje do swojego pierwszego trupa. Dziewczyna całkiem niedawno przeniosła się z prewencji do zespołu techniki kryminalistycznej. Obok paśnika dla zwierząt myśliwi odkryli zwłoki kobiety z podciętym gardłem. Doświadczeni śledczy, w tym były kochanek Anity, od ręki diagnozują samobójstwo, bo wiadomo przecież, że podrzynanie sobie gardła, to typowa metoda, jaką wybierają kobiety - samobójczynie. Anita Bauer, która doświadczenia nie ma jeszcze kompletnie żadnego, dostrzega ślady, których nie widzi nikt z profesjonalistów, wyciąga wnioski, które starym policjantom nie przyszłyby do głowy, czyli ewidentnie jest najlepsza w zespole, co jest przecież typowe dla młodych policjantek zwłaszcza, kiedy są jedynymi kobietami w grupie.
Padał śnieg.

Prywatny gabinet psychologa, Macieja Wajdy, odwiedza późnym wieczorem Wiktor Hoffman, tajemniczy klient, który prosi o pomoc, bo zniknęły mu z życia dwa tygodnie (nie wie, gdzie był, co robił – coś takiego nazywane jest fugą dysocjacyjną) i obawia się, że mógł w tym czasie i stanie zrobić komuś krzywdę, bo odkrywa ślady krwi na ubraniu i pod paznokciami. Wajda zgodził się pomóc mu odzyskać pamięć.
Padał śnieg.

Kobietę leżącą na torach przejechał pociąg InterCity. Ofiarą okazała się Oliwia Staroń, młoda ekspedientka w Inmedio, w Galerii Mokotów. Kiedy maszynista uruchomił sygnalizację i zaczął hamować, co oznaczało niesamowity hałas, kobieta na chwilę uniosła głowę, ale zaraz znów położyła ją na szynie. Skład straszliwie zmasakrował zwłoki, których fragmenty znajdowano na przestrzeni kilkuset metrów. Anita trzymała się dość długo, ale wreszcie nie dała rady opanować torsji.
Padał śnieg.

Dość typowy schemat powieści sensacyjnej. Prolog, skok w czasie, trzy-cztery rozdziały dotyczące różnych spraw i tematów, i wreszcie łączenie wszystkiego w jedną całość. W tym przypadku wątki zaczęły się splatać wyjątkowo szybko. Psycholog Wajda zajął się nowym klientem, bo miał nadzieję, że to pomoże mu uporać się z własną fugą sprzed dwudziestu lat. Anita Bauer z wyjątkową determinacją zajmuje się sprawą kobiety z poderżniętym gardłem, bo ta przypomina jej starszą siostrę, która zginęła tragicznie wiele lat temu. Zapomina jakby przy tym, że jest technikiem kryminalistycznym, a nie oficerem dochodzeniowo-śledczym, którą to rolę uparcie stara się odgrywać i jest w tym najlepsza.
W samochodzie ofiary znaleziona zostaje wizytówka psychologa Wajdy, ale i coś stamtąd zniknęło, ale na to zwraca uwagę jedynie genialna Anita Bauer. W każdym razie jest to dopiero początek powieści.

Kierowanie się wskazówkami mistrzów ma sens. Alfred Hitchcock podobno wymyślił najlepszą receptę na thriller: film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma nieprzerwanie rosnąć – w tym przypadku chodzi o powieść, ale zasada sprawdza się znakomicie, bo dałem się wciągnąć łatwo i szybko, i naprawdę interesowało mnie, co będzie dalej oraz, o co w ogóle chodzi. Jeśli komuś nie przeszkadza pewna dawka feminizmu – mnie nie przeszkadza, sam jestem po części feministą – to powieść powinna się podobać. Genialna Anita sprawniej myśli niż starzy rutyniarze? Nie takie to znowu niemożliwe.

Niewielkie potknięcia – kominek i żeliwna koza, to jednak nie jest to samo; psycholog nie jest lekarzem, więc psychologowie mają klientów, a nie pacjentów (s. 29). Autorka/autor może się pomylić, ale za co biorą pieniądze redaktorzy i korektorzy, a w tym przypadku to cztery osoby, to ja często nie potrafię odgadnąć. Rosnącą nieudolność przedstawicieli tej profesji obserwuję od lat kilkunastu.

piątek, 8 maja 2026

Depresyjne szwedzkie życie

 „Półmorderca” – Håkan Nesser

Oswoiłem się, a raczej pogodziłem, że skandynawskie kryminały w znacznej mierze są powieściami społeczno-obyczajowymi, ale żeby aż tak?!

Głównym bohaterem jest staruszek, Adalbert Hanzon (wcześniej Hansson). Mieszka w niewielkiej miejscowości, bardzo blisko swojego znajomego, bo tak zapewne można by go nazwać, równolatka, którego nie lubi, z wzajemnością zresztą. Mimo to starsi panowie spotykają się często, piją alkohol, przekomarzają się lub obrażają… Wyjątkowo smutne wydaje się to, że utrzymują tę znajomość nie z sympatii, ale z determinacji – obaj nie mają już nikogo bliskiego, więc w jakimś sensie są na siebie skazani. Wprawdzie Adalbert ma jakąś kuzynkę, ale egzaltowania i niezbyt rozsądna młoda kobieta nie wypełnia jego potrzeb towarzyskich.

Adalbert Hanzon czyta książki, często bywa w bibliotece, rozwiązuje krzyżówki, odwiedza kawiarnię (kawa i ciastko), gdzie czyta gazetę, odwiedza tego swojego niewydarzonego sąsiada i z nim pije. Właściwie smutne to i beznadziejne. Jednak pewien jestem, że taki właśnie klimat autor tworzył od początku, celowo i z rozmysłem. Ponury cytat, sztandarowy, można by rzec, obecny też na okładce książki, pokazuje to wyraźnie:

Pamiętaj, mój chłopcze, że nigdy nic nie znaczyłeś dla świata. Zupełnie nic.

Skoro taki właśnie przekaz, i wiele bardzo podobnych, otrzymuje chłopak od ojca i to od wczesnego dzieciństwa, to trudno spodziewać się opowieści o szczęśliwym, udanym, satysfakcjonującym, życiu.

Pewnego razu bohater postanawia, że napisze książkę o swoim życiu i pomysł ten zaczyna realizować. Cierpi już na demencję, więc wspomnienia czasem mu się plączą, ale to pisanie książki jest okazją do wprowadzenia drugiego planu czasowego – wydarzeń z bardzo odległej przeszłości.
Staruszek wspomina w tej swojej relacji, wielką miłość i związek z Andreą Altman, sprzed czterdziestu pięciu lat. Impulsem uruchamiającym wspomnienia było dziwne zdarzenie – Adalbert zobaczył niedawno Andreę na ulicy swojego miasteczka; wcześniej, i to całymi latami, nie wiedział, co się z nią dzieje i czy w ogóle jeszcze żyje.

Po przeczytaniu czterdziestu procent powieści dowiedziałem się, że Hanzon siedział kiedyś w więzieniu, a w drugiej połowie wychodzi dopiero na jaw, za co siedział. Więc ostatecznie jakiś wątek kryminalny jednak się pojawił w tej stosunkowo niewielkiej powieści (ok. 250 stron). Kryminalny, powtórzę, bo sensacyjnym nazwać byłoby go trudno.

Przeczytałem kilka książek tego autora, cenię go za warsztat pisarski i właśnie postanowiłem, że spróbuję jeszcze jedną, a jeśli okaże się tak nudna jak „Półmorderca”, to z Håkanem Nesserem rozstanę się bez żalu na zawsze.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Opowieść o Dusicielu z Woli

 „Dom bestii” – Katarzyna Bonda

Czytałem tej autorki średniej jakości opowiadanie zawarte w zbiorku „Opowiem ci o zbrodni” oraz „Polskie morderczynie” – zestaw czternastu relacji na temat siermiężno-topornych działań i motywów polskich morderczyń. Brak w ich działaniach poważnej tajemnicy, skomplikowanej intrygi, gry z organami ścigania lub detektywem. Jest za to wyraźny niedobór wykształcenia (może z wyjątkiem lekarki pogotowia, atrakcyjnej Małgorzaty, która zabiła żonę swojego kochanka), wódka, chciwość, zemsta, przemoc i patologia domowa. Ale… to nie wina Katarzyny Bondy, przecież. Sięgnąłem więc po „Dom bestii”, pełnowymiarową powieść, by ostatecznie zorientować się, jak pisze pani, okrzyknięta przez pewien portal czytelniczy, królową polskiego kryminału. Zapewne nie jest to już wyróżnienie znaczące, zwłaszcza, że w tymże portalu, redaktorzy zaczęli tak nazywać prawie każdą autorkę, co doprowadziło w krótkim czasie do całkowitej degradacji tego tytułu. Obecnie raczej odstrasza niż wyróżnia.

Jacek z pasją tańczy z Marlenką Sawicz w klubie Milonga i świetnie im to wychodzi. Jest w niej zadurzony po uszy i gdyby tylko chciała, rzuciłby dla niej żonę i dzieci, jednak Marlenka nie jest zainteresowana. Tańce – tak, ale nic więcej; Marlenka ma męża, a może miała… jeszcze rok temu.

„To jest też wersja dla jej męża, młodszego od Marlenki o dziesięć lat spasionego małpoluda, który wygląda jak jej ojciec” [1].

Edyta Rytel, żona Jacka, zgłasza na policji zaginięcie męża. Był wczoraj na tych swoich tańcach. Wrócił samochodem i zaparkował tam, gdzie zawsze, ale do domu już nie dotarł. Jej zgłoszenie przyjmuje aspirant Aleksander Keller z wydziału do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw. Keller informuje Edytę, bo zapewne w polskiej policji powszechnie udziela się takich informacji, że osobiście zna Marlenę Sawicz, albowiem rok wcześniej prowadził sprawę zaginięcia jej męża, który zniknął wraz z dorosłą córką.
Zaczyna się robić ciekawie, bo to drugi mężczyzna jakoś tam związany z Marlenką, który zaginął. Niestety, w tym momencie fabuła cofa się o prawie dziesięć lat.

Biseksualny i cyniczny Julian Sawicz, mąż Marlenki, podrywa szesnastoletniego kolegę, Norberta Marciniaka (obaj udzielają się w lokalnym kościele, Norbert był ministrantem, śpiewa w chórze, planuje karierę kapłańską) i proponuje mu seks w trójkącie. Twierdzi, że mają z Marlenką otwarty związek i ona lubi takie urozmaicenia. Spekulują też o szczególnych potrzebach erotycznych księdza Rafała, gwałcącego notorycznie Norberta. Przeleciało mi przez myśl, że tytułowy „Dom Bestii" to może parafia?

„Jestem żoną Juliana od ośmiu lat i możesz być pewien, że kiedyś też w to wierzyłam. Przyjaźnie Juliana trwają bardzo krótko, a zanim się zorientujesz, będziesz już jego własnością. Użyje cię jak ścierki do zmywania, a potem wyrzuci” [2].

W tym momencie próbowałem sobie uporządkować linię czasu i zorientować, w jakim wieku są bohaterowie, głównie Marlenka i Julian, bo Norbert wiadomo, że szesnaście, ale przyznaję od razu, że mi się to nie udało. Więc po tym, jak doczytałem, że Marlenka jest w wieku matki Norberta, dałem spokój.

Julian i Marlenka, ludzie ewidentnie zamożni, zabierają Norberta z parafii oraz biednego domu, i lokują w swoich apartamentach. Norbert trochę pomaga Julianowi w interesach, trochę zajmuje się domem, odwozi do szkoły córką Sawiczów, ale przede wszystkim uprawia seks z nimi obojgiem lub w większym gronie.
Już zacząłem się zastanawiać, o co w ogóle w tej książce chodzi, gdy pojawił się policjant, Stelmach, domagający się od Juliana haraczu – a więc jednak będzie kryminał, choć nie od razu.

Mijają lata, Norbert już mieszka z Marlenką, ale jej córka dorosła i na temat życia matki ma najwyraźniej swoje, niezbyt pochlebne, zdanie.

„Nigdy więcej nie mów mi złych rzeczy o tacie. Żyje, jak chce, ale przynajmniej jest szczery i nie udaje świętoszka. Za to ty jesteś zboczoną hipokrytką i nie masz prawa mnie pouczać! Sypiałaś nie tylko z Bolem i ojcem. Było wielu innych. Myślisz, że nie widziałam księży, zakonnic, młodych kleryków i ludzi z ogłoszenia, wszystkich tych pierdolonych swingersów? Kurwisz się, niszczysz życie moje i taty, a potem idziesz do kościoła, spowiadasz się z grzechów i udajesz Marię Magdalenę” [3].

I znowu zastanawiałem się, o co w tej powieści chodzi. Czy jest społeczno-obyczajowa z mocnym akcentem na obłudę, zakłamanie, hipokryzję katolików? Ale wtedy dorosły już Norbert, były kandydat na księdza, człowiek spokojny, cichy, życzliwy, wyrozumiały, kochający Marlenkę i córkę, nagle przeistacza się w groźnego przestępcę. Pojawia się z pistoletami, kogoś porywa, kogoś torturuje… Dziwaczne to wszystko. Ludzie się zmieniają, owszem, ale nie tak nagle.

Wtedy zrobiłem coś, czego nie robię prawie nigdy. Nie mogąc odgadnąć, o co tu w ogóle chodzi, poszukałem informacji o opisywanych wydarzeniach i odkryłem, że „Dom bestii” oparty jest na faktach. Mariusz B. (Dusiciel z Woli, bądź Dusiciel z Warszawy), w latach 2006–2008, zamordował 4 osoby. Skazano go za to na dożywocie.

Wtedy pojąłem, że autorka starała się pokazać, w formie powieściowej, kryminalnej, proces przemiany chłopaka z bardzo biednej rodziny, molestowanego przez księży, w bezwzględnego zabójcę. Nie bardzo się to udało – jak wspomniałem, Norbert nagle, ze strony na stronę, staje się bezwzględnym bandytą, i to wydaje się mocno naciągane.

Problem polega na tym, że prawdziwe przestępstwa i ich ujawnianie nie są ciekawe. To miesiące, a nawet lata pracy mnóstwa ludzi, to dziesiątki, a może setki przesłuchań, z których – w większości – nic nie wynika; to tak, jak urwane wątki w powieści: sprawdzić trzeba było, ale często efektów nie ma z tego żadnych. W śledztwie to normalne, w powieści – nudne. Dziesiątki tysięcy stron dokumentów różnego typu oraz – przede wszystkim – czas. Mariusz B. pierwszej zbrodni dokonał w 2006 roku, ale skazany został dopiero w 2014.

Ostatecznie jest to tak, że im bardziej powieść sensacyjna oparta i zbudowana jest na faktach, tym mniej jest ciekawa i wciągająca. Bondzie wyszedł ten melanż… umiarkowanie. Niewątpliwie powieść byłaby znacznie ciekawsza, gdyby wywalić z niej ze trzydzieści procent dłużyzn. Cóż z tego, że zawierają prawdę, skoro są nieciekawe?







---
[1] Katarzyna Bonda, „Dom bestii”, Muza, 2026, s.11.
[2] Tamże, s. 70.
[3] Tamże, s. 114.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Rósa Þrastardóttir i jej lalka

 „Diabelska lalka” – Yrsa Sigurðardóttir

Czytałem tej autorki „Wzgórze wisielców” i „Rozgrzeszenie”. Nie były złe, ale na kolana też nie powalały. Więc sięgnąłem po „Diabelską lalkę”. Na początku lektury zdarzyło mi się coś szczególnego, co czasem, ale bardzo rzadko przeżywam – bohaterów witałem jak starych znajomych. Jakbym odwiedził urząd, w którym kiedyś pracowałem i spotkał tam znajome sprzed lat osoby. Siedziały przy swoich biurkach, jak zawsze, jakby nie minęło naprawdę dużo czasu. I nijak się nie zmieniły. Była więc w powieści niewychowana Erla, szefowa działu kryminalnego, przełożona Huldara, młody policjant Gudlaugur i wreszcie Freyja Styrmisdóttir, psycholożka dziecięca pomagająca często policji.

Erla nienawidzi podwładnych, zachowuje się wobec nich grubiańsko i arogancko, zdarzają się też wulgaryzmy. Kobieta najwyraźniej nie radzi sobie na stanowisku, które jej powierzono. Drwi z ludzi, szydzi, wrzeszczy i wściekle warczy.
Freyja opiekuje się Sagą, córką brata przestępcy i jego wężem oraz suczką Molly.
Huldar nadal nie może patrzeć na zwłoki, co w przypadku policjanta z wydziału zabójstw, wydaje się dosyć problematyczne. Nie rezygnuje z dość nieudolnych prób poderwania Freyji Styrmisdóttir. Freyja może i dałaby się uwieść, ale właśnie postanowiła zrobić sobie trzydziestodniową przerwę w kopulacji, więc tym razem Huldar stara się na próżno. Kiedyś mu się udało, ale to już przeszłość.
Gudlaugur, młody policjant, pederasta, wydaje się odrobinę mniej (niż w poprzednich tomach) skrępowany swoją orientacją seksualną, ale nadal zakompleksiony, wycofany, jakby nieco nieobecny.

Akcja dzieje się w Islandii, zwykle, choć nie zawsze, w Rejkiawiku.

Łódź rybacka, stary rybak, matka Rósy, której ojciec zmarł na skutek nieszczęśliwego wypadku pięć lat wcześniej, i ona sama. Znajdują w sieci mocno pokiereszowaną lalkę pokrytą pąklami. Dziewczynka upiera się, żeby koszmarną lalkę zabrać do domu.

Jakieś odludzie. Dwoje turystów nasłuchało się bzdur o Islandii i wybrali się tam z kiepskim sprzętem, który dostali od kogoś za darmo. Brak doświadczenia, nieznajomość… niczego. Młodzi ludzie stają się ofiarami, początkowo nie wiadomo czego. Ich poniszczone rzeczy znajduje obok swojej ziemi jakiś farmer.

Na morskim dnie odkryto fragmenty ludzkich ciał. Huldar i Erica biorą udział w akcji przeczesywania dna morskiego.

Nastolatek składa zawiadomienie o molestowaniu przez opiekuna w jakimś domu opieki.

Specjalną rolę gra w powieści szesnastoletnia dziewczyna, Rósa Þrastardóttir, która pojawia się we wszystkich tych sprawach i zagadkach. Policja próbuje rozwikłać kryminalną układankę i cały czas poszukuje Rósy, która kolejny raz zaginęła. Bardzo długo znalezienie jej okazuje się przekraczać możliwości stołecznej policji w mieście liczącym niewiele ponad sto tysięcy mieszkańców.

Pomysł na fabułę autorka miała całkiem niezły. Powieść też byłaby wciągająca, gdyby nie dłużyzny i wątki bez żadnego znaczenia dla sensacyjnej akcji. Skandynawskie kryminały najwyraźniej koniecznie muszą zawierać jakieś treści i wątki społeczno-obyczajowe, psychologiczne, romantyczne, socjologiczne i inne – poza sensacyjnymi.

niedziela, 12 kwietnia 2026

Taka sobie biografia poetki

 „Uparte serce” – Kalina Błażejowska

Jest rzeczą znaną, że w biografii osoby dorosłej nie da się zawrzeć wszystkiego, i nie ma znaczenia, czy był to ktoś znaczący, czy nie. Więc kwestia pierwsza to wybór – co opisać, a co pominąć. Druga, choć wcale nie mniej ważna, to warsztat pisarski, to jest, jak opisać.

Halina Poświatowska była autorką czterech tomików wierszy: „Hymn bałwochwalczy”, „Dzień dzisiejszy”, „Oda do rąk” i „Jeszcze jedno wspomnienie” (wydanie pośmiertne) oraz autobiograficznej „Opowieści dla przyjaciela”, pisanej dla Ireneusza Morawskiego.

Uwielbiam „Opowieść dla przyjaciela”, a wierszy Poświatowskiej nie lubię i pewnie nie rozumiem. Intrygowała mnie ona sama, co podobno w jej przypadku zdarzało się często.
Przeczytałem prawdopodobnie wszystkie biografie Poświatowskiej, choćby Marioli Pryzwan, Grażyny Borkowskiej, Izoldy Kiec, jeden z esejów w „Legendarni i tragiczni” itd. ale „Uparte serce” uważam za najsłabszą z nich. Może nie złą w sensie ogólnym, ale słabą w porównaniu do tych innych, które poznałem. Nie zawiera nawet informacji, z jakiego powodu Poświatowska zmieniła imię. Bardzo mocno ocenzurowała liczbę jej erotycznych związków itd.

środa, 8 kwietnia 2026

System kaucyjny po polsku

Rozmawiałem z wieloma ludźmi, czytałem wiele różnych treści w Internecie i ostatecznie dokonałem odkrycia; system kaucyjny w Polsce, to grubymi nićmi szyty przekręt.

Przedstawiłem to swoje odkrycie paru znajomym, a ci mnie wyśmiali. Podobno każdy rozgarnięty Polak już od przynajmniej miesiąca wie, że z tymi kaucjami to ściema i kant. Bo tak spierniczyć niechcący, to się po prostu nie da. To bandytyzm korporacyjno-śmieciowy i skok na kasę. A ja dopiero się połapałem? Ha, ha, ha!

Podnoszą cenę napojów o 0,50 PLN. Udają, że to nie podwyżka, ale kaucja. W tysiącach przypadków kaucji odzyskać się nie da, bo to butelkomat przepełniony, bo to butelkomat zepsuty, bo to butelkomat nie przyjmuje butelek… bo nie, bo w sklepie nie ma pracownika na stanowisku, w którym powinien przyjmować butelki itd. Itp. [https://www.facebook.com/mamusie/posts/ciężko-oddać-butelki/1443764060445465/]  

Za to co trochę podtykane są Polakom pod nos manipulacyjne, prymitywno-cwaniackie artykuły i teksty, zachwalające system kaucyjny i świecące w oczy kwotami, jakie rzekomo zarabiają na nim starzy ludzie, zwani seniorami. Ciekawe, że zawsze muszą to być starcy, emeryci.

"Klient sklepu monopolowego Smakosz w Opolu (sklepy te należący do sieci Rabat Detal), 31 marca oddał 1095 zwróconych opakowań i zarobił 547,50 zł". [Źródło: https://wyborcza.biz/biznes/7,147743,32710975,jak-polacy-zarabiaja-na-systemie-kaucyjnym-przedstawiamy-rekordzistow.html#s=S.MT_biz-K.C-B.1-L.1.duzy

A jakie były koszty transportu? Może ktoś policzy, jaka jest objętość 1095 butelek i puszek? Dwa Tiry byłyby potrzebne, czy może jednak trzy?

Zarobił? Klient sklepu zarobił? Nie odzyskał kaucję, ale zarobił???!!! Ups! Z artykułu wyraźnie wynika, powtórzone jest to nie raz, że Polacy na systemie kaucyjnym ZARABIAJĄ. Nie odzyskują swojej kaucji, ale właśnie zarabiają!

Prymitywny marketing, naiwna manipulacja.

Takich i podobnych artykułów czytałem w tym roku przynajmniej siedem. Odrażający proceder.

niedziela, 5 kwietnia 2026

Tajemnice i matactwa Kościoła

 „Ostatnia odyseja” – James Rollins

Bardzo, bardzo dawna historia. Arabski statek z IX wieku ulega katastrofie, ale jakby zaplanowanej, celowej.

Czasy współczesne – na Grenlandii grupa badaczy, w tym archeolożka Elena Cargill, córka senatora, odnajdują statek wewnątrz lodowca. Jako że na wraku odkryto niezwykłe, tajemnicze, nieprawdopodobne i niebezpieczne urządzenia, pojawia się teoria, że nie chodziło o nieszczęśliwy wypadek, ale okręt, wraz z zawartością, ktoś starał się ukryć.

Naukowcy zostają napadnięci. Kilka osób traci życie, ale paru ważniejszych bohaterów zostaje porwanych przez tajną organizację arabską, poszukującą elementów sferycznego astrolabium.
Prezydent spuszcza ze smyczy agencję Sigma Force, bo nikt przecież nie będzie porywał dzieci amerykańskich senatorów.

Śmiertelnie niebezpieczna Seichan, która niedawno została matką, komandor Gray Pierce, Joe Kowalski ze swoją sympatią, Marią, przeszukują Castel Gandolfo, luksusową rezydencję papieży, starając się odszukać, w supertajnej części tajnej biblioteki papieskiej, odpowiedzi na pytanie, o jakie odkrycia i wynalazki chodzi.

„Ostatnia odyseja” to piętnasty tom serii Sigma Force. Da się go czytać bez znajomości poprzednich.

Choć sama fabuła jest zupełnie nowa, to jednak konstrukcja powieści wydaje mi się kompilacją utworów Cliva Cusslera i Dana Browna. I to tak bardzo, że budzi to lekki niesmak – zwłaszcza, że to nie ten poziom warsztatu pisarskiego. Poza tym mogłaby być nawet niezła, gdyby była o połowę krótsza.

wtorek, 31 marca 2026

Zrobię z ciebie teatrzyk cieni

 „Rzeźbiarz śmierci” – Chris Carter

Derek Nicholson, umierający na raka prokurator, zostaje w swoim domu brutalnie zamordowany. Torturowano go przed śmiercią, dokonano wielu amputacji, a z fragmentów ciała, przy pomocy drutu i kleju super glue, zabójca stworzył coś w rodzaju rzeźby czy figury o zupełnie niezrozumiałym (początkowo) znaczeniu.
Wkrótce potem, na jachcie, odnalezione zostaje kolejne ciało – byłego policjanta. Sprawca, nazwany przez media Rzeźbiarzem, też go torturowani, a z jego szczątków skonstruował kolejną rzeźbę.

Śledztwo prowadzi genialny detektyw Robert Hunter i jego partner, Carlos Garcia z wydziału zabójstw policji w Los Angeles; pomaga im genialna śledcza z biura prokuratora, Alice Beaumont, specjalistka od komputerów.

Byłaby to pewnie bardzo dobra powieść sensacyjna, świetny thriller, ale ze względu na dwa mankamenty, jest tylko dobra.

Pierwszy: nieprawdopodobna przesada. Pokawałkowane ciało prokuratora znalazła pielęgniarka. Ten widok był dla niej tak wstrząsający, że już nigdy nie mogła pracować w służbie zdrowia, a gdyby miała pieniądze, bardzo przydałaby się jej przynajmniej dziesięcioletnia psychoterapia. Dziwne te amerykańskie pielęgniarki… Policjanci lub strażacy, który na miejscach katastrof drogowych, lotniczych lub kolejowych, stykają się z częściami zwłok, też w tym momencie kończą karierę i nadają się jedynie na terapię?
Robert Hunter i Alice Beaumont byli genialnymi dziećmi i nadal ich inteligencja wielokrotnie przekracza zdolności umysłowe/intelektualne ich szefów, a właściwie wszystkich w koło. Oboje w swoich urzędach zajmują poślednie stanowiska. Ups!

Drugi: akcja zawsze, w stu procentach przypadków, urywa się w najciekawszym momencie, pod koniec rozdziału i zawsze kolejny rozdział jest o czymś innym. To znana maniera średniej klasy pisarzy i dość prymitywna sztuczka, świadcząca o sporej dawce infantylizmu.

wtorek, 24 marca 2026

Śpisz, a może tylko nie żyjesz?

 „W martwym śnie” – Greg Iles

Jordan Glass wyspecjalizowała się w fotografii wojennej i – podobnie jak jej ojciec, który zginął w Kambodży fotografując swojego zabójcę – osiągała na tym polu znaczące sukcesy i zdobywała prestiżowe nagrody. Jednak specyfika tego zajęcia, nieustanny kontakt z brutalnymi scenami zagłady, śmiercią, ranami i ludzkim cierpieniem, spowodowały, że około czterdziestki czuła się już zmęczona i wypalona zawodowo.

Jordan miała siostrę bliźniaczkę; Jane była identyczna fizycznie, ale zupełnie różna pod względem osobowości i psychiki. Około dwa lata wcześniej Jane została uprowadzona. Nikt nie domagał się okupu, nie pojawiły się żadne ślady czy poszlaki. Ostatecznie rodzina musiała pogodzić się z domniemaną śmiercią młodej kobiety. W Nowym Orleanie, w bardzo podobny sposób, to jest bez jakichkolwiek śladów, zniknęło ostatnio kilkanaście kobiet.

W Hongkongu, w wyrafinowanej, modnej i snobistycznej galerii sztuki, Jordan Glass oglądała przyciągające powszechną uwagę i niezwykle kosztowne obrazy z serii „Śpiące kobiety”. Jej doświadczenia z pól bitewnych skłoniły ją do podejrzeń, że modelki przedstawione na obrazach wcale nie śpią – po prostu nie żyją. Jedną z nich okazała się jej siostra, Jane.

Jordan Glass postanawia odszukać malarza, autora serii obrazów, ale natychmiast okazuje się to bardzo trudne, a nawet niebezpieczne. Marszand, który oferował te obrazy, szemrany typ, naturalizowany Serb, zginął w pożarze po spotkaniu z Jordan, która sama ledwie uszła z życiem z zamachu. Wtedy do poszukiwań włączyło się FBI, a śledztwo stało się wyjątkowo profesjonalne (np. poszukiwania pojedynczych włosów pędzla w farbie na obrazie). Śledczy trafiają na trop malarza-dziwaka, Rogera Wheatona i jego trojga uczniów.
FBI wykorzystuje Jordan Glass jako przynętę. Pojawiają się wątpliwości i podejrzenia co do domniemanej śmierci Jane oraz ich ojca. Wreszcie ta najważniejsza: skoro siostry są identyczne, to skąd pewność, że ofiarą miała być Jane, a nie Jordan?

Całkiem niezła powieść sensacyjna. Może nieco za długa, ale zdaje się, że to teraz norma. Kryminały Agathy Christie nie pasowałyby do współczesnego rynku, chyba że w jednym tomie zawarto by ich z pięć-siedem.
Ciekawe jest to, że autor, mężczyzna, bohaterką i narratorką uczynił kobietę. Wprawdzie samotną, radzącą sobie na wojnach, ale jednak – to nie zdarza się często.

środa, 18 marca 2026

Vonnegut jakiego nie znałem

 „Listy” – Kurt Vonnegut

Byłem starszym nastolatkiem, kiedy mentorką w temacie moich lektur na kilka lat stała się ciotka, starsza ode mnie o zaledwie dwanaście lat. Do dziś jestem jej wdzięczny, bo podsunęła mi wtedy książki, których sam nie znalazłbym pewnie do dziś. Ich lektura znacząco wpłynęła na mój intelektualny i emocjonalny rozwój, weryfikowała moje przekonania, pomagała odkrywać nowe horyzonty. Były to” Życie przed sobą”, „Niech pana Bóg błogosławi panie Rosewater”, „Ikowie, ludzie gór”, „Rzeźnia numer pięć”, „Śniadanie mistrzów”, „Mały Wielki Człowiek” i mnóstwo innych.
Do niektórych powieści Vonneguta wracałem ze dwa-trzy razy, nie będąc pewnym, czy za pierwszym czytaniem wszystko dobrze zrozumiałem. Przy tej okazji uczyłem się też odróżniać dobre powieści, wartościowe pisarstwo, od wyrobów królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji, które zalały polski rynek książki wiele lat później.

O autorze „Kociej kołyski” początkowo nie wiedziałem zupełnie nic i przez kolejne lata jakoś zupełnie mi to nie przeszkadzało. Liczyła się tylko fabuła, warsztat pisarski i akcja, a nie autor, wstępy czy prologi. Tak, tak wtedy czytałem.

W trakcie lektury „Listów” pomocne bywają komentarze, wyjaśnienia i uwagi Dana Wakefielda, amerykańskiego powieściopisarza, dziennikarza i scenarzysty, stypendysty Rockefellera w dziedzinie pisarstwa (zmarł w 2024 roku) i przyjaciela Kurta Vonneguta z Shortridge High School. Bez nich byłoby czasem trudno zorientować się, o co chodzi, do jakich spraw i zdarzeń odnosi się autor listu, o kim pisze – Vonnegut zapewne nie pisał swoich listów, i to przez ponad pół wieku, do bardzo różnych ludzi, przewidując z góry, że kiedyś zostaną one zebrane i wydane.

„Listy” Kurta Vonneguta są realną korespondencją, a nie jedynie formą literacką, jak na przykład „Listy Nikodema”, których autorem jest Jan Dobraczyński, a nie ewangeliczny Nikodem, członek Sanhedrynu; dobra książka, tak przy okazji. Realnym zbiorem listów są też „Listy” J.R.R. Tolkiena albo korespondencja Stanisława Lema ze Sławomirem Mrożkiem, czy wreszcie Mrożka i Józefa Czapskiego. Chodzi o to, że listy miewają różne formy i odmiany, i pisane bywały do różnych osób, z różnych okazji. Tak – bywały, bo ta forma zanika i to w błyskawicznym tempie. Można jeszcze czasem liczyć na wznowienia lub dodruki, ale listów nie pisze już nikt. Zbiory esemesów i e-maili to jednak nie to samo.

„Listy”, zwłaszcza pisane tak długo i do tak wielu różnych adresatów (rodzina, znajomi, przyjaciele, inni pisarze, czytelnicy, politycy, krytycy itd.) stanowią z jednej strony swoistą autobiografię ich autora, mapę jego przemyśleń i przekonań, ale też zapis pewnej epoki, bo Vonnegut pisał nie tylko o sztuce/pisarstwie, ale też o polityce, życiu prywatnym, przekonaniach i stu innych codziennych rzeczach.

Pewnych problemów przysparzała mi typografia, to jest sposoby formatowania tekstu – przyzwyczaiłem się, że w przypadku cytatów – tu treści listów – zastosowane będą italiki (kursywa), ale w tym przypadku bywa odwrotnie, i chyba nie zawsze konsekwentnie. Zwiększonej uwagi wymaga więc rozróżnianie, co napisał Vonnegut, a co Dan Wakefield.

Nie jestem pewien, czy zawsze rozumiałem poczucie humoru autora listów. Czy „Umowę pomiędzy Kurtem Vonnegutem Jun. i Jane C. Vonnegut, obowiązującą od niedzieli 26 stycznia 1947”, a dotyczącą podziału obowiązków domowych, należy traktować poważnie, czy to tylko żart? Czy lista firm, proponujących Vonnegutowi zatrudnienie, była prawdziwa, czy może to jego kpiny w związku z trudnościami w znalezieniu pracy?

Przestałem sobie wyrzucać brak poczucia humoru, gdy przeczytałem:

Błędnie założyłem, że wujek Alex zna moją sytuację i w okrytym hańbą nazwisku Guy Fawkes rozpozna pseudonim, a tym samym zrozumie, że ten list to przepyszny rodzinny żart. Tymczasem wujek wpadł w amok, poszedł z listem do prawnika, zapytał jakie może podjąć kroki prawne, aby odzyskać dobre imię, i zapowiedział, że napisze do prezesa GE list z informacją, że jeden z jego pracowników nie zna wartości dolara [1].

Najwyraźniej nawet członkowie rodziny nie zawsze rozumieli jego żarty.

Druga trudność, ale już ostatnia. Listy pisane w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, dotyczące lokalnych spraw, zdarzeń, osób (być może ważnych wtedy, w niewielkim mieście), po kilkudziesięciu latach i w innym kraju nie muszą być w pełni zrozumiałe obecnie, nawet mimo komentarzy Wakefielda. To jednak drobny dyskomfort, ale nic więcej. Nie czytałem „Listów”, żeby dowiedzieć się konkretów o gospodarce w Schenectady w 1946 roku czy nawykach prezesa GE – „Listy” to pisarstwo, warsztat, kunszt, artyzm, specyficzny ogląd świata, przekonania genialnego pisarza. I, jako takie, są znakomite.
Książka wzbogacona o kilka szkiców autora i kilkanaście fotografii – szkoda, że nie więcej. Ostatecznie – pozycja bardzo dobra, ale dla wymagających czytelników, tych, którzy znają i cenią powieści i opowiadania Kurta Vonneguta.

W pewnym momencie przyszło mi na myśl pytanie: po co pisać setki albo i tysiące listów, z jakiego powodu Vonnegut to robił? Być może znalazłem odpowiedź, choć zupełnie gdzieś indziej. Ale możliwe też, że kompletnie nie mam racji…

Po jednej stronie jest jasność, ufność, wiara, piękno ziemi, zdolność ludzi do entuzjazmu, po drugiej ciemność, zwątpienie, niewiara, okrucieństwo ziemi, zdolność ludzi do zła. Kiedy piszę, pierwsza strona jest prawdziwa, kiedy nie piszę, druga. Czyli muszę pisać, żeby uchronić się przed rozpadem. Niewiele w tym stwierdzeniu filozofii, ale sprawdzone jest doświadczalnie [2].





---
[1] Kurt Vonnegut, „Listy”, przekład: Tomasz Biedroń, wyd. Zysk i s-ka, s. 52.
[2] Czesław Miłosz „Piesek przydrożny”, Wydawnictwo Znak, 2011, s. 105.






Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

czwartek, 12 marca 2026

Wygrać z Wielkim Szatanem

 „Pielgrzym” – Terry Hayes

„Pielgrzym” („I Am Pilgrim” – 2013) został wydany dekadę po „Roku szarańczy”, ale czytałem je w odwrotnej kolejności i jedną bezpośrednio po drugiej. Kolejność nie ma zupełnie żadnego znaczenia, ale brak przerwy między lekturą tych dwóch powieści, to był nienajlepszy pomysł, jak się okazało, bo styl, warsztat, sposób kreowania postaci przez autora, jest tak podobny, że bohaterowie mi się mylili. W obu przypadkach jest to genialny super agent, świetnie znający różne języki, poruszający się bez problemów po Afganistanie, Arabii Saudyjskiej i innych krajach muzułmańskich.

W tanim hoteliku gdzieś na Manhattanie znaleziono zwłoki młodej kobiety; nie można jej nijak zidentyfikować (na przykład, po śmierci, usunięto jej wszystkie zęby), a z pomieszczenia, w przemyślny i profesjonalny sposób, usunięto wszelkie ślady.

W mieszkaniu panuje chaos, a hałas jest wręcz ogłuszający – trzeszczą policyjne radiotelefony, asystenci koronera domagają się wsparcia, a kobieta o latynoskiej urodzie szlocha w głos. Nawet jeśli nikt na całym świecie nie zna ofiary, na miejscu zbrodni zawsze znajdzie się ktoś gotów ją opłakiwać. Identyfikacja młodej kobiety leżącej w wannie jest niemożliwa – trzy dni w wannie z kwasem wystarczyły, by zniszczyć rysy twarzy i znaki szczególne*.

Sprawę prowadzi porucznik z wydziału zabójstw, czarnoskóry, utykający Ben Bradley, który wzywa na pomoc bohatera powieści, później zwanego Pielgrzymem, pełniącego – do czasu – stanowisko Jeźdźca Niebieskiej, co oznacza, że dowodził grupą specjalnych agentów wywiadu. To jednak, jak się wydaje, odległa przeszłość; Pielgrzym odszedł z Firmy, napisał znakomitą książkę o technikach prowadzenia śledztw czy dochodzeń, zbierania śladów itp. Bardzo szybko zorientował się, że zabójca lub zabójczyni młodej kobiety, korzystała z jego książki jak z poradnika, z niej czerpała pomysły i rozwiązania.

Tu następuje skok w czasie wstecz o lat kilkadziesiąt. Terry Hayes przedstawił historię (od dzieciństwa) Pielgrzyma oraz jego głównego przeciwnika, demona zła, fanatycznego islamisty zwanego Saracenem. Saracen nienawidzi domu Saudów, ale jeszcze bardziej Wielkiego Szatana, to jest USA. Będąc człowiekiem wykształconym, lekarzem, wymyślił, jak pozbyć się Ameryki i Amerykanów hurtowo i raz na zawsze. Bradley i Pielgrzym zamierzają mu w tym przeszkodzić.

Bardzo dobra powieść, choć zdecydowanie zbyt długa – prawie osiemset stron. Nie chodzi jednak o dłużyzny, bo takich nie znalazłem, ale o drobiazgowo dokładne opisy i mnogość wątków.




---
* Terry Hayes, „Pielgrzym”, przekład Maciej Szymański, Rebis, 2023.

piątek, 6 marca 2026

Islamski terroryzm kontra CIA

 „Rok szarańczy” – Terry Hayes

Trafiłem na tę książkę przypadkiem. Tak ostatnio znajduję dla siebie lektury, jakby na chybił trafił, bez planów i przemyśleń. Przestałem sięgać po pozycje opisywane, zalecane i reklamowane, bo okazują się one nieodmiennie powieściami, które z determinacją chce sprzedać wydawca, ale ja wcale nie chcę czytać. Więc ze stosu przecenionych w koszu wziąłem tę właśnie książkę, bo spodobała mi się okładka. O autorze też nie było mi nic wiadomo.

Głównym bohaterem jest Kane, agent CIA, specjalista od Afganistanu, Pakistanu, Iranu i okolic, zwanych w biurze Regionami Niedostępnymi. Jego zadaniem jest spotkanie z kurierem Nowej Islamskiej Armii Czystych, który zadeklarował chęć zdradzenia swojej organizacji terrorystycznej w zamian za amerykańskie obywatelstwo i miliony dolarów. Ten akurat człowiek wydaje się Agencji wyjątkowo ważny ze względu na szykowane przez islamistów kolejne uderzenie, może nawet tak poważne, jak atak na wieże World Trade Center.

Udałem się tam na spotkanie z informatorem gotowym podzielić się licznymi sekretami jednej z najbardziej niebezpiecznych organizacji terrorystycznych. Nie powiem wam, że był odważnym człowiekiem – żądał pieniędzy i paszportów, by zapewnić żonie i dzieciom lepsze życie – ale jednego byłem pewny: gdyby go zdemaskowano, nikt nie dałby funta kłaków za to, że mnie przeżyje*.

Po przyjęciu misji i podczas przygotowań Kane odkrywa, że znany od dawna CIA, wyjątkowo niebezpieczny terrorysta, Abu Muslim al-Tundra, uważany za martwego od kilku lat, nadal żyje i, jak to fanatyczni terroryści mają w zwyczaju, knuje coś strasznego.

„Rok szarańczy” czytało mi się świetnie, choć nieco za długo. Nie w tym rzecz, że zawiera dłużyzny, bo nie zawiera, nie o to chodzi; w powieści opisanych jest mnóstwo spraw, zdarzeń, sytuacji, reakcji i zachowań ludzi itd. a wszystko to bardzo szczegółowo opisane, więc wyszło trochę za długo. Książka okazała się znakomitym połączeniem powieści sensacyjnej, szpiegowskiej i przygodowej. Dziwiłem się, że wcześniej o tym autorze nic nie słyszałem. Niezwłocznie też zacząłem się rozglądać za innymi jego dziełami. I tak odkryłem „Pielgrzyma”, którego już zamówiłem i niecierpliwie czekam.

Wszystko, a może prawie wszystko, zmieniło się, kiedy przeczytałem ze dwie trzecie „Roku szarańczy”, może nawet trochę więcej. Powieść o działaniach agenta CIA zamieniła się w pełnowymiarowe SF. Nic więcej o tym nie mogę napisać, żeby nie zdradzać ważnych elementów fabuły. Dodam tylko, że szkoda, że Terry Hayes nie skończył pisać swojej powieści wcześniej.

wtorek, 3 marca 2026

Rozważania o wystarczalności

W jakichś reklamach rzuciły mi się w oczy dwie książki: „Wystarczysz?” Jagody Urban i „Jestem wystarczająca” Joanny Zaręby i Katarzyny Białkowskiej. Jedną z nich mógłbym otrzymać prawie za darmo. Prawie, bo po lekturze wypadałoby, żebym napisał recenzję. Nie chciałem ich czytać czy oceniać, nie chciałem o nich pisać. Nie mógłbym zrobić tego obiektywnie, bo od lat mam wyjątkowo negatywne nastawienie do tematu.

Dwa razy w życiu osobiście zetknąłem się z przywódczynią sekty – nie rozmawialiśmy, nie znam farsi. Swoim wyznawcom, w większości kobietom, ale nie tylko, wpierała różne dziwne przekonania i między innymi to, że czują się niewystarczający. Może nawet nie tyle, że są niewystarczający, choć tego nie wiem na pewno, co że tacy się czują. Potrafiła to wmówić nawet tym, którzy wcześniej mieli mocno wygórowane i przesadne poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że – jeśli nawet nie są najlepsi na świecie – to jednak zaliczają się do elity. A coś takiego, to już sztuka; to jakby wmówić facetowi o wzroście 195 cm, że jest karzełkiem.

Coś, co jako człowiekowi kierującemu się zdrowym rozsądkiem i trzeźwo myślącym (mam nadzieję), od razu przyszło mi na myśl, a nawet wstrząsnęło i to solidnie, był brak informacji co do kwestii podstawowej, wręcz fundamentalnej: do czego są niewystarczający? Pytałem o to kilkanaście wyznawczyń i kilku wyznawców, ale tu odpowiedzi albo żadnych nie byli w stanie udzielić, albo twierdzili, że nie są wystarczający do wszystkiego.

Parę razy popełniłem błąd, w następstwie którego, śmiałem się sam z siebie, dochodząc do wniosku, że widocznie nie jestem wystarczająco inteligentny, i zadawałem pytania naprowadzające (moim zdaniem sensowne). Pytałem na przykład: Czy jesteś wystarczająco dobra, żeby ugotować wodę na herbatę, obrać ziemniaki, kupić w sklepie chleb itp. Czy byłaś wystarczająco dobra, żeby skończyć podstawówkę, zdać maturę, czasem skończyć studia itp. Pytań produkowałem mnóstwo, łącznie ze zdolnością do mycia zębów, zanim zorientowałem się, że jestem po prostu mało kumaty – to były pytania dla normalnych ludzi, a członków sekty trzeba uważać, jeśli nie za psychicznie chorych, to za poważnie zaburzonych. Gdyby wyznawcy nie byli zaburzeni, to – jak każdy normalny człowiek – zdawaliby sobie sprawę, że do czegoś tam są wystarczająco dobrzy, czasem nawet bardziej niż wystarczająco, a do czegoś wystarczający nie są.

W każdym razie nie odpowiadali, nie chcieli rozmawiać, przerzucali winę na mnie, twierdząc, że nic nie rozumiem. Cóż, może i tak, „prawdy” guru są do wyznawania, a nie do rozumienia.

Ludzie cierpią na przeróżne choroby umysłowe, zaburzenia i fobie. Nie wiem, czy można je zrozumieć, ale najwyraźniej logicznymi, rzeczowymi argumentami, wyleczyć się nie da. Niektóre osoby boją się myszy. Czy argument, że myszka jest mała, nie zrobi ci krzywdy, boi się ciebie sto razy bardziej niż ty jej, ma malutkie ząbki itp., spowodowały, że ktoś cierpiący na musofobię stwierdzi: masz rację, od jutra przestaję się bać myszy? No, nie. Tak to nie działa, niestety. Myślę, że w podobny sposób odbijały się moje argumenty.

Wydaje ci się, a może ktoś bliski wmawia ci, że nie jesteś wystarczająco dobra do czegoś (zawsze pytaj, do czego konkretnie!) – sprawdź, skonfrontuj się z rzeczywistością i faktami, a nie cudzymi przekonaniami. Zwłaszcza jeśli cię to boli i dotyka.

Na tym temat mógłbym i nawet planowałem zakończyć, ale wtedy, jak wspomniałem na początku, natknąłem się na reklamę tych dwóch książek. Nie! – pomyślałem – to jest przecież kompletnie niemożliwe, to się nie dzieje! Trochę skrępowany tym, co robię, poszukałem jednak, popytałem i… szok! Guru od jakiegoś czasu mieszka w Polsce i nawet języka, podobno, jako tako się wyuczyła.

A wspomniane wyżej książki? Nie interesują mnie na tyle, żebym je czytał, ale ciekaw byłbym, czy oferują jakieś rozwiązania inne, niż nieskuteczne zdroworozsądkowe.

środa, 25 lutego 2026

Kyle - bohater wielce irytujący

 „Z krwi i kości” – William Lashner

Głównym bohaterem powieści jest Kyle Byrne, który w pierwszym rozdziale, jako nastolatek, uczestniczy w pogrzebie swojego ojca. W dramatyczny sposób próbował tam ukraść urnę z prochami, jakby w ten sposób wreszcie mógł mieć ojca dla siebie. Kyle urodził się w wyniku romansu swojego ojca, Liama Byrne, znanego filadelfijskiego prawnika, który nigdy nie porzucił żony, swojego syna nie wychowywał i widywał go jedynie okazjonalnie. Chłopcu brakowało ojca, tęsknił za nim i marzył o odmianie losu, ale z chwilą jego śmierci, osierocony został jakby po raz drugi.

Tu następuje skok około dziesięcioletni. Kyle ma obecnie dwadzieścia sześć i kompletnie żadnego pomysłu na swoje życie. Młody człowiek jest wiecznie niezdecydowany, z miernym poczuciem własnej wartości, nie kończy studiów, często zmienia pracę, traci dom po matce, pije w barach, gra na konsoli. Zdecydowana większość jego życiowych kłopotów jest wynikiem jego zachowania, postępowania, osobowości. Kyle jest zupełnie niewiarygodny, nie dotrzymuje słowa, składa obietnice, których nie spełnia, nie można na niego liczyć właściwie w żadnej sytuacji. Będąc dorosłym mężczyzną ubiera się nadal jak nastolatek, to jest w trampki, przybrudzone szorty i nieświeży t-shirt… typ żałosny i beznadziejny. Ma jeszcze ze dwoje lub troje przyjaciół, bo resztę do siebie zniechęcił. Ważne jest też to, że ma – jego przyjaciele nie mogą na Kyle’a liczyć w żadnej sprawie – tak więc on ma przyjaciół, ale oni nie mają przyjaciela.
Dziwny ten główny bohater, mocno wkurzający życiowy niedołęga. Kilka osób jednak go lubi, bo ponoć sympatyczny jest i miło się uśmiecha.

Właściwa akcja tej niezłej sensacyjnej powieści (thrillerem nie jest ona zdecydowanie!) rozpoczyna się w chwili tajemniczej śmierci wspólnika Liama Byrne’a w kancelarii adwokackiej, Laszlo Totha. Kyle Byrne z ciekawości chyba próbuje na własną rękę odkryć, kto i dlaczego zamordował wspólnika jego ojca. Dzięki temu, ma nadzieję, odkryć też jakąś prawdę o swoim ojcu. To się do pewnego stopnia udaje, ale ojciec okazuje się zupełnie innym człowiekiem, niż chłopak sobie wyobrażał.

Kyle Byrne drąży sprawę, co naraża go na coraz większe niebezpieczeństwo; śledzą go i gonią źli ludzie, zostaje poważnie pobity, kilka razy grozi mu śmierć.

Powieść, w pewnym sensie, specyficzna. Byłaby całkiem niezłą, wciągającą sensacją, ale niedołęga Kyle Byrne pasuje tu jak róża do kożucha. Zastanawiałem się podczas lektury, czy autor robi sobie jaja z czytelników.

piątek, 20 lutego 2026

Ćmy bywają niebezpieczne

 „Pułapka na ćmy” – Ann Cleeves

Tom siódmy cyklu „Vera Stanhope”, jednak najwyraźniej można je czytać w dowolnej kolejności.

Główną bohaterką powieści jest inspektor Vera Stanhope – inteligentna, samotna, otyła, pracoholiczka z talentem do przesłuchiwania podejrzanych i świadków.
Miejscem akcji jest Northumbria, region północno-wschodniej Anglii, obejmujący hrabstwa Northumberland, Durham i nie tylko. Kilka miasteczek i wiosek, ale przede wszystkim Valley Farm, gdzie zamieszkali – jak sami siebie żartobliwie nazwali – emerytowani hedoniści, co w tym przypadku oznacza zamożnych Brytyjczyków na wcześniejszych emeryturach.

Na poboczu drogi znaleziono zwłoki Patricka, młodego człowieka, którego najbogatsi właściciele miejscowej posiadłości, wynajęli do opieki nad ich domem czy rezydencją. Sami wybrali się za granicę, z powodu zbliżających się nadrodzin wnuka.
Wkrótce potem na poddaszu, gdzie mieszkał, policja odkrywa zwłoki szarego człowieka w szarym garniturze. I nie jest to ostatnia ofiara w tej sielskiej okolicy.

Powieść sensacyjna może i ciekawa, ale ewidentnie za długa. Typowo brytyjski klimat i nastrój. Zapewne ciekawszy byłby film na jej podstawie.

sobota, 14 lutego 2026

Krótka autobiografia Stephena

 „Moja krótka historia” – Stephen Hawking

Bardzo dobrze wydana, ale króciutka autobiografia Stephena Hawkinga, zmarłego w 2018 roku brytyjskiego fizyka teoretycznego i matematyka. Hawking specjalizował się w teorii względności i astrofizyce, w tym kosmologii. Był znanym popularyzatorem pasjonujących go tematów. Jego „Krótka historia czasu” znajdowała się na liście bestsellerów „British Sunday Timesa” przez ponad cztery lata. Prawdopodobnie równie znany był z powodu swojej choroby. Cierpiał na stwardnienie zanikowe boczne (ang. ALS zdiagnozowano u niego, gdy miał dwadzieścia jeden lat) i większość zdjęć czy nagrań w mediach prezentuje go w specyficznej pozie, na wózku inwalidzkim, porozumiewającego się dzięki specjalnemu syntezatorowi mowy.

Elegancka, twarda oprawa, około sto pięćdziesiąt stron, ale i to wydaje się nieco naciągane, wiele zdjęć – z jednej strony to bardzo dobrze, ale z drugiej oznacza mniej tekstu – wyjątkowo szerokie marginesy i interlinie. Powiedziałbym, że jeśli chodzi o zawartość merytoryczną, jest to broszura do przeczytania w jakieś półtorej godziny.

Niewątpliwą zaletą tej publikacji jest prosty, przystępny język. Może poza tymi fragmentami, w których Stephen Hawking stara się wyjaśnić swoje przełomowe odkrycia dotyczące czarnych dziur i natury wszechświata. Jest ich jednak niewiele, a autor wyraźnie starał się opisać to tak, żeby choćby niektórzy czytelnicy byli w stanie cokolwiek zrozumieć. Natomiast wyraźnie przestrzega czytelników przed lekturą innej książki, którą napisał wspólnie z George’em Ellisem, wydanej w 1973 przez Cambridge University Press, którą uważa za zbyt trudną.

„Książka jest nadal wznawiana, bo stanowi właściwie ostatnie słowo w kwestii przyczynowej struktury czasoprzestrzeni, czyli tego, który jej biegun może wpływać na zdarzenia w innych punktach. Przestrzegałbym laików przed próbami zapoznania się z tą pozycją. Jest to rzecz bardzo specjalistyczna i została wydana w czasach, kiedy starałem się przedstawiać wywody z rygorystyczną precyzją, godną czystego matematyka. Dziś bardziej zależy mi na trafności niż na pedanterii”*.

Stephen Hawking był dwukrotnie żonaty. Z pierwszego małżeństwa z Jane Wilde, która opiekowała się nim do 1991, miał troje dzieci: Roberta (1967), Lucy (1970) i Tima (1979). Jako wybitny naukowiec otrzymał mnóstwo nagród, wyróżnień, prestiżowych tytułów i stanowisk, jednak najbardziej podobała mi się ta część jego historii, która dotyczyła dzieciństwa i dorastania w powojennym Londynie.




---
* Stephen Hawking, „Moja krótka historia”, przekład: Agnieszka Sobolewska, wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2025, s. 77.




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Zagadka porwania nastolatki

 „Ostatnie dziecko” – John Hart

Thriller, który zaczyna się jak powieść społeczno-obyczajowa o życiu i dorastaniu w patologicznej rodzinie amerykańskiej, w niewielkim miasteczku. Niby zdarzyła tam się historia kryminalna, ale połowa książki, to dramat społeczny.

Nastoletnia Alyssa Merrimon została porwana. Ktoś ją wciągnął do samochodu – według zeznań nastoletniego świadka – i gdzieś wywiózł. Jej brat bliźniak, Johnny, nie mógł się z tym pogodzić i nieustanie szuka siostry, odwiedzając okoliczne domy i pokazując zdjęcie. Ich matka, trzydziestokilkuletnia Katherine, uciekła od tego koszmaru w picie i ćpanie jakichś psychotropów. Ojciec bliźniaków, targany poczuciem winy, porzucił rodzinę i zniknął nie wiadomo gdzie. Trzynastoletni Johnny Merrimon znajduje wsparcie w swoich upartych poszukiwaniach w osobie policjanta, Clyde Hunta, który oficjalnie prowadzi sprawę porwania Alyssay Merrimon i nadal coś tam robi mimo problemów z własną karierą i rodziną. Jest wreszcie zły lokalny bogacz, który wykorzystuje Katherine i któremu jej wieczne odurzenie bardzo pasuje.

Ciekawie, a nawet intrygująco robi się dopiero pod koniec, gdy akcja wyraźnie zmierza do zakończenia, wyjaśnienia i zdemaskowania.

Niepokojące i odrobinę niedopasowane wydały mi się wątki fantastyczne, a może raczej metafizyczne: wątek wron lub kruków oraz postać wielkoluda Levi'ego Freemantle'a, jakby żywcem wyciągnięta z „Zielonej mili”.