piątek, 25 września 2026

Współczesna baśń o karierze

 „Spowiedź tradera” – Gary Stevenson


Trader to taki spekulant giełdowy. Zwykle zawiera krótkoterminowe transakcje (i tym różni się od typowego inwestora) najczęściej, choć nie tylko, na szeroko pojmowanych rynkach finansowych.

„Spowiedź tradera” to specyficzny rodzaj autobiografii. Specyficzny, bo koncentrujący się głównie na budowie kariery zawodowej autora i jej konsekwencjach. Na przykład o swoich współpracownikach napisał Stevenson znacznie więcej niż o rodzinie.

Gary Stevenson był zwyczajnym dzieciakiem ze wschodniego Londynu. Od innych dzieciaków z biednych dzielnic różnił się tylko tym, że dobrze radził sobie na lekcjach matematyki, Ten przedmiot, liczenie, obliczenia, był jego mocnym punktem. Pochodził z, może nie tyle biednej, co niezamożnej rodziny. Jego ojciec pracował na poczcie, w domu nie było nawet prysznica; kąpał się używając kawałka ogrodowego węża.
Interesowała mnie jego opowieść, ale przede wszystkim szukałem w niej jakiegoś punktu zwrotnego, momentu, w którym los nastolatka diametralnie się zmienił. Od razu przyznaję, że nie w pełni mi się to udało. Podczas lektury napotkałem na pewne luki, jakby niejasności. Jednak nie jest wykluczone, że to po mojej stronie, nie znam systemu szkolnictwa w Wielkiej Brytanii, ale zwłaszcza panujących tam, pisanych i niepisanych, zasad. A może to jednak autor nie wszystko ujawnił…

W wieku dwunastu lat zacząłem sprzedawać cukierki w szkole, zarabiając marne pensy, a rok później zacząłem roznosić gazety przez 364 dni w roku za 13 funtów tygodniowo. W wieku szesnastu lat moja działalność handlowa w liceum stała się znacznie bardziej ryzykowna i bardziej nielegalna, a zarazem bardziej dochodowa [1].

Przypomniała mi się stara anegdota o milionerze i o tym, jak zdobył majątek. Bezdomny i bezrobotny włóczył się po ulicach i przeglądał śmietniki. W jednym znalazł całkiem dobre jabłko, ale zamiast je zjeść, zaniósł pod szkołę w bogatej dzielnicy i sprzedał jakiemuś dzieciakowi. Za zarobione pieniądze kupił trzy jabłka, które sprzedał… itd. Po miesiącu takiej pracy miał już stary dziecięcy wózek, którym woził jabłka. Zarabiał w ten sposób na jeden ciepły posiłek dziennie. A po sześciu miesiącach okazało się, że zmarł jego nieznany krewny i zostawił mu w spadku milion funtów. To tak w skrócie.
W książce Stevensona szukałem właśnie tego momentu, kiedy zmarł wujek milioner. Znalazłem pytania bez odpowiedzi.

…zostałem wydalony z liceum za handel narkotykami, a fakt, że przeniosłem się z prestiżowego liceum do zwykłego państwowego ogólniaka, rzucał się w oczy w moim cv, do którego dostęp miał Caleb, a zatem prawdopodobnie także Rupert [2].

Jakim cudem dzieciak z East Endu dostał się i kontynuował naukę w prestiżowym liceum? Dostać się mógł, teoretycznie, za osiągnięcia w matematyce, ale czy w Londynie prestiżowe licea są tak tanie, że stać na nie dzieci pracowników poczty?

Moja droga do parkietu giełdowego rozpoczęła się w London School of Economics (LSE). /…/ Pomimo takiego stosunkowo niepozornego otoczenia światowa elita z zadziwiającym entuzjazmem kieruje swoje potomstwo na tę uczelnię [3].

Jakim cudem dzieciak z East Endu dostał się i kontynuował naukę na prestiżowej uczelni? Dostać się mógł, teoretycznie, za osiągnięcia w matematyce, ale czy w Londynie, studia pożądane przez światową elitę, są tak tanie, że stać na nie dzieci pracowników poczty?

Autor, bohater, robi wymarzoną karierę, zarabia coraz więcej, ale też pojawiają się i z czasem narastają jego wątpliwości moralne. Zaczyna też ujawniać mroczne strony tego zawodu. To zresztą opisane jest na okładce. Swoją drogą Gary Stevenson to ciekawy człowiek, którego mentalność nie zawsze jest dla mnie zrozumiała. Przykład: kiedy otrzymał pierwszą premię, koledzy podpowiedzieli mu, że może powinien zrobić rodzinie jakiś prezent. Wykupił więc ojcu, namiętnemu kibicowi, abonament na telewizyjny kanał sportowy, i ojciec oglądał go codziennie. Kiedy jednak Gary wyprowadził się z domu rodziców, a zarabiał wtedy jeszcze więcej, zlikwidował ojcu ten abonament. Może to normalne w Wielkiej Brytanii, ale ja niezupełnie rozumiem takie posunięcie.

Ważnym walorem książki jest specyficzne poczucie humoru autora. Zwłaszcza gdy opisuje swój brak wiedzy i doświadczenia, ale też dziwactwa współpracowników. Jeden z nich był tak mało komunikatywny, że koledzy byli przekonani, że nie zna on języka angielskiego. Jakimś cudem jednak człowiek ten zarabiał dla firmy i siebie ogromne pieniądze. Zabawne bywają niektóre relacje z wypraw traderów z brokerami na lunch; często do drogich lokali. W jednym z nich autor zaczął jeść surowego kurczaka, bo nie wiedział, co się z tym daniem robi.

Ostatecznie uważam „Spowiedź tradera” za dobrą rozrywkę, choć to ponad pięćset stron, ale jak zostać milionerem w trzy lata, jednak się nie dowiedziałem. Matematyka, niezbędna by zrozumieć ideę pracy tradera, zrozumiała.





---
[1] Gary Stevenson, „Spowiedź tradera”, przekład Krzysztof Kurek, Zysk i S-ka, 2026. s. 20.
[2] Tamże, s. 76.
[3] Tamże, s. 24.


Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 21 września 2026

Przygody superwojaka Kani

„C.K. Dezerterzy” – Kazimierz Sejda

Pierwsza wojna światowa. Monarchia austro-węgierska, cudaczny twór, w skład którego wchodzili Niemcy, Węgrzy, Czesi, Polacy, Rusini, Ukraińcy, Rumuni, Chorwaci , Słowacy, Serbowie, Słoweńcy, Włosi. Samo funkcjonowanie Austro-Węgier, nawet w czasie pokoju, a co dopiero w latach wojny, najeżone było tak groteskowymi problemami, że stawało się to kanwą wielu satyrycznych powieści, na przykład „Dobry wojak Szwejk” czy właśnie „C.K. Dezerterzy” Kazimierza Sejdy (wcześniej Seide – zmienił nazwisko po konflikcie z ojcem).

Powieść jest humorystyczną relacją o przygodach autora pod koniec wojny. Podobno w większości prawdziwych, ale…* Po raz pierwszy wydana została w 1937 roku. Od tego czasu przynajmniej raz została poważnie przeredagowana, bo to zdecydowanie nie jest język i pisownia dwudziestolecia międzywojennego.

Grupka żołnierzy różnej narodowości, Węgier Lajos Szökölön, Żyd z Wiednia Izydor Haber, Rusin Iwan Hładun oraz włoski jeniec Giuseppe Baldini, pod wodzą Polaka, frajtra Jana Kani, w części pierwszej dekuje się w 11 kompanii wartowniczej w Sátoraljaújhely na terenie Węgier, chlejąc, grając w karty i angażując się w służbie najmniej jak tylko się dało. W drugiej, gdy już ewidentnie przesadzili z bezczelnością, trafili do aresztu i groził im sąd polowy, postanowili uciekać i odtąd, jako dezerterzy, miotają się po carsko-królewskiej Europie, chlejąc, grając w karty, objadając się, kradnąc i wyłudzając.

Czytelnikowi przygody grupy dezerterów wydają się momentami szalenie zabawne, ale dla bohaterów nie jest to takie proste. Często się boją, bywa, że się kłócą na temat dalszych planów, wpadają w niesamowicie niebezpieczne sytuacje, z których zwykle w ostatniej chwili ratuje ich pomysłowość, bezczelność i tupet.

Przed wojną powieść wielkiej sławy nie zdążyła zdobyć, ale po wojnie zapomniano o niej zupełnie aż do roku 1986, kiedy to Janusz Majewski przeniósł ją na kinowy i telewizyjny ekran.




---
* Cytat z przedmowy autora:
„Na tle mej służby i dezercji powstała właśnie ta opowieść, która w lwiej części jest aż nadto prawdziwa. Trochę tylko przetasowałem czasokresy, ludzi i miejsca i powiązałem fakty w jedną całość”.
Jeśli kogoś interesują rozliczne wątpliwości faktograficzne, to znaleźć je można tu: https://malutekmisio.pl/2025/01/18/gefraiter-kania-mity-i-rzeczywistosc/

środa, 16 września 2026

Opowieści tych, które odeszły

 „Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach” – Monika Białkowska

Książka zwróciła moją uwagę nie dlatego, żebym poszukiwał kolejnych przykładów deprawacji kościoła Katolickiego, dowodów na zboczenia, pychę, podwójną moralność lub zwyczajne przestępstwa – tego plugastwa mam po prostu dosyć. Intrygujące wydało mi się to, że „Siostry” wydało Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy (WAM, jezuici). To dawało pewną szansę na rzetelne opracowanie, a nie tylko hejt i nienawiść.

Autorka tej publikacji, doktorka teologii fundamentalnej, dziennikarka „Przewodnika Katolickiego”, rozmawiała z kilkunastoma byłymi siostrami zakonnymi. Nazw zgromadzeń nie ujawniono.

„…w tych jedenastu rozmowach zderzyłam się niemal z każdym złem, jakie człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi. Moje rozmówczynie mają od dwudziestu paru do siedemdziesięciu paru lat. W zgromadzeniach przeżyły od roku do niemal ćwierć wieku. Wszystkie są po terapii”*.

Skoro już wiedziałem, kto i co, to przyszedł czas na pytanie: po co?

„Istnieją jednak w zakonnym życiu przestrzenie, w których szczególnie łatwo o nadużycia i krzywdę. Jeśli nie zaczniemy o nich mówić, będą istnieć nadal i wciąż będą prowadzić kolejne kobiety na terapię albo na skraj samobójstwa. Tym właśnie przestrzeniami trzeba się dziś zająć – nie z niechęci do życia zakonnego, ale z troski o jego przyszłość, świętą i wolną od nadużyć. Z troski o kobiety, które to życie wybrały – o ich wolność, ich bezpieczeństwo, ich zdrowie fizyczne, psychiczne i duchowe. A skoro doświadczenie mówi, że trudno zacząć diagnozę od wewnątrz, zaczynamy stawiać ją my. Z samego serca Kościoła i z miłością do niego”*.

Tak, to ma sens. Brzmi wiarygodnie, a motywy Białkowskiej przyjąłem za czyste. Naiwny jestem? Może i tak…

Związki homoseksualne, molestowanie, lesbijskie gwałty, znęcanie się nad dziećmi, katowanie ich, fałszowanie wyników wyborów w różnych DPS-ach czy podobnych ośrodkach, przestępstwa – opisała autorka bardzo, bardzo, bardzo oględnie i delikatnie. Powody rezygnacji sióstr częściej bywały zupełnie inne. Zwykle w tych relacjach trudno znaleźć winne, w pełnym tego słowa znaczeniu. Dziewczyny i młode kobiety trafiające do klasztorów, a później z nich odchodzące, nie wiedziały, czego się spodziewać, nie wpadło im do głowy dopytać, doczytać, jak to będzie wyglądało, czego powinny się spodziewać, a więc winna była naiwność kandydatki i jej nierealistyczne oczekiwania. Powinny wiedzieć, że w zakonie, a przynajmniej w nowicjacie, jest tyle pracy, często bezsensownej, że czasu na modlitwy nie ma w ogóle. Powinny wiedzieć, że w wielu klasztorach żeńskich postanowienia Soboru Watykańskiego II (1962-65) jeszcze nie są znane czy respektowane. A te ich przełożone, starsze zakonnice zajmujące się formacją, też w sumie nie były takie złe – były po prostu niekompetentne, niedouczone i pozbawione empatii, ale złe? Nie! Skądże znowu!

Pod koniec lektury zastanawiałem się, czy książka ta może realizować cele, jakie autorka przed nią postawiła i wychodzi mi na to, że chyba jednak nie do końca. Ci świeccy, dla których kościół jest całym światem, nawet tak wygładzonych historii nie przeczytają. Zresztą, fanatycy zwykle nic nie czytają. Czytelnicy, którzy chcieliby poznać brutalną prawdę, albo to, co za nią uważają, sięgną po inne lektury, bardziej hardcorowe, bo w tak łagodną wizję nie uwierzą.

Poznałem kilka intrygujących informacji z życia klasztorów, ale w związku z brakiem konkretnych nazw zgromadzeń, wydają się one mało przydatne; to tylko ciekawostki.

Na koniec historyjka poza konkursem, jak się to kiedyś w TV nazywało. Zaintrygowały mnie powtarzające się w mediach narzekania na niewielką liczbę powołań kapłańskich. Chodziło mi konkretnie o te powołania. Kto powołuje? Bóg? A może to powołanie jest wewnętrzną sprawą konkretnego człowieka? Bo żadnej trzeciej opcji wyraźnie nie ma. Więc zapytałem o tę sprawę dwóch kolegów, takich bardzo z kościołem związanych. Jeśli powołuje Bóg, a liczba powołań spada, to widać Bóg uznał, że księży w Polsce będzie już dosyć. Narzekanie na to jest w takim przypadku sprzeciwem wobec woli Boga i lekceważeniem jej. Jeżeli jednak powołanie rodzi się w umyśle konkretnego młodego mężczyzny, to może chodzi o zmiany – nie jest już tak łatwo bezkarnie molestować dzieci, a orgie homoseksualne od razu wychodzą na jaw, to jaki pożytek z bycia księdzem? Zaskoczenie i przerażenie w ich oczach, gdy pytałem, czy powołanie pochodzi od Boga czy od człowieka, uważam za zastanawiające. Chyba nikt z nich nigdy się nad tym nie zastanawiał.



---
* Monika Białkowska, „Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach”, wyd. WAM, 2023.

niedziela, 13 września 2026

Bajędy nieprawdopodobne

 „Zagłada” – Jack Du Brul

Któryś tom z cyklu Phillip Mercer. Thriller przygodowo-sensacyjny. Niestety, jak na moją wytrzymałość, zdecydowanie zbyt naiwny i naciągany. Ale może to ja mam gorszy czas na takie bajki.

Główny bohater, Mercer, to połączenia Johna Vicka, Rambo i Indiany Jonesa. Jest też atrakcyjna kobieta, Cali Stowe; tak, będą kopulowali. Oboje miotają się po prawie całym świecie, próbując uratować ludzkość przed mityczną zagładą, przy czym trup pada gęsto.

sobota, 5 września 2026

Wiochmenów portret własny

 „Gołoborze” – Maciej Siembieda

W psychologii nie ma wynalazków, są odkrycia. I tak pewnego razu badacze odkryli pewną prawidłowość, a może zasadę: jeśli chcesz, żeby byli zadowoleni z ciebie, musisz sprawić, żeby poczuli się zadowoleni sami z siebie. Praktycznych zastosowań jest wiele, pozwolę sobie na dwa przykłady.

a) Pan, który rozpaczliwie chce zdobyć poparcie i uznanie, stojąc przed grupą tzw. „szarych Kowalskich”, ludzi o zerowym poczuciu własnej wartości, bo też i zbudować go nie mieliby na czym, uświadamia im: czasy i okoliczności się zmieniły, może i nie jesteście nikim ważnym, ale wasi dziadowie byli bohaterami, wielkimi patriotami, naukowcami, artystami, powstańcami. I już pojawiają się uśmiechy, i już mówca zaczyna być ceniony i poważany.

b) Pan zwraca się go grupy: ja też jestem chłop, jak i wy ludzie, i też hrabiego nienawidzę, i powiem wam o nim coś, czego może nie wiecie. Nasz pan hrabia nocami chodził dupcyć kozy! Wyobrażacie sobie?

Na czym w tym przypadku polegała korzyść motłochu? Niektórzy mieli odrobinę wątpliwości, bo przecież pan hrabia ochronkę ufundował dla wioskowych dzieci, i szkołę na wsi, i ambulatorium z pielęgniarką dyżurną… No, ale skoro on te kozy… to nie ma dla plugawego zboczeńca litości i żadne wątpliwości nie wchodzą już w grę.

Samo praktykowanie tej zasady, gdy poprawiacz nastroju i mniemania o sobie, mówi prawdę, wydaje się jakieś takie nieeleganckie, cwaniackie, ale jeśli kłamie, to już jest ewidentny brak moralności. Przyzwoici ludzie takich rzeczy nie robią. Rozsądni nie dają się nabierać i sobą manipulować.

My może prochu nie wymyślimy, ale to przecież jeden z nas, Polak, patriota, wynalazł bombę atomową. Nie żaden tam amerykański imperialista, ale nasz Stasiu Ulam! Tak! Stanisław Ulam (ur. w 1909 we Lwowie, zm. 1984 w Santa Fe) – matematyk pochodzenia żydowskiego, przedstawiciel lwowskiej szkoły matematycznej, a nie jakiś tam Oppenheimer! - Pisał Siembieda w „Kairos”.

„Gołoborze” byłoby całkiem niezłą, choć ewidentnie za długą powieścią o zacofaniu, prymitywizmie, brutalności i tępocie, ultrakatolickich mieszkańców niektórych polskich wsi. Coś jak Konopielka”. Byłaby. Gdyby, wydawałoby się pozornie, że nie wiadomo, po co, autor nie wetknął w świetną opowieść o Kończakach i Cebrzynach, postaci historycznej – Stepana Bandery, ukraińskiego polityka, jednego z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.

– Wszyscy go znali. Szajbus kompletny. Z nikim nie gadał, mamrotał coś do siebie i budził grozę nawet wśród największych bandziorów. Miał fioła, dożywocie i wszystko w dupie. Niebezpieczna mieszanka, nie sądzi pan kolega? Na spacerniaku przychodził do takiego jednego z naszego bloku i tylko z nim znajdował wspólny język.– Interesował się polityką? – spytał ze zdziwieniem Zygmunt.– Nie. Tamten to był taki sam fiksat jak ten pański Karaś. Ukrainiec. Nacjonalista. Nazywał się Stefan Bandera i aż dziw bierze, że zgadał się z Karasiem, bo nienawidził Polaków. Razem szeptali na spacerniaku i trzymali sztamę. Zwyczajnie. Jak to mówią: taki szedł i takiego spotkał*.

Zgadza się, współtworzona i kierowana przez Banderę frakcja OUN-B, której członkowie od nazwiska przywódcy byli nazywani banderowcami, ponosi odpowiedzialność za zorganizowane w latach 1943–1945 ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu. Tu jednak dobrze jest czytać powoli i ze zrozumieniem – odpowiedzialność ponosi frakcja! Bandera już w 1941 osadzony został w więzieniu Spandau, a następnie w niemieckim obozie koncentracyjnym. Nie znaleziono żadnych dokumentów, świadczących o aprobacie, czy dezaprobacie przez Banderę, w okresie jego uwięzienia, czystek etnicznych, czy innych form przemocy etnicznej, czy politycznej.
Stepan Bandera niewątpliwie był ukraińskim nacjonalistą, terrorystą, zaciekłym wrogiem Rosjan i Polaków, bo okupowali jego ojczystą Ukrainę, ale czy był dewiantem, zboczeńcem, psychopatą i gwałcicielem, jak Karaś Cebrzyna?
Stepan Bandera zginął 15 października 1959 roku w zamachu przeprowadzonym w Monachium przez agenta KGB Bohdana Staszynskiego.

Nie jestem przekonany, żeby oczernianie Bandery było pomysłem na poziomie, ale na pewno zachwyceni tym będą wyznawcy pewnej polskiej partii politycznej. Bo fakty faktami, ale najważniejsza jest wspólna nienawiść, prawda?
Indywidualną decyzję o rozpoczęciu mordów na Polakach na terenie całego Wołynia w 1943 roku podjął Dmytro Klaczkiwski, ale… to już historia, a historia i partyjna propaganda, to jednak nie to samo.

Niesamowicie intrygująca wydała mi się historia z prosektorium. Pracownicy niechcący zamienili dwóm zmarłym garnitury i wybuchła o to koszmarna awantura. Ze względu na stężenie pośmiertne podobno nie dało się ich z powrotem przebrać. Wtedy pracownik prosektorium, były więdnień Sonderkommando oświęcimskiego obozu, zgłosił się, że on ten problem rozwiąże. Zamknął się ze zwłokami i przez chwilę wydawało się, że mu się udało, ale szybko okazało się, że zamiast jakoś zamieniać zwłokom ubrania, obciął im głowy i tylko te głowy pozamieniał. Mocne!

Wszystko, łącznie ze scenami w prosektorium, postacią byłego więźnia Sonderkommando z Auschwitz i jego „wyczynami”, jest prawdziwe* – napisał w Posłowiu Siembieda. Stężenie pośmiertne (rigor mortis) pojawia się zwykle 2–4 godziny po śmierci i trwa 48 do 72 godzin. Ubrać było można, a przebrać już nijak nie? Nie dało się połamać kości w stawach lub poczekać kilka godzin? Jak szybko po śmierci pracownicy prosektorium lub rodzina szykuje, w tym ubiera, zmarłego do pogrzebu?
Ciekawa sprawa, bo obecnie, i od wielu lat, wygląda to zupełnie inaczej.

Reasumując, mam spore kłopoty z oceną tej powieści. Ciągnąca się latami (dziesiątkami lat!) wendetta dwóch wioskowych klanów, to ciekawy, trudny i nie świadczący dobrze o Polakach temat. Nieco za dużo tego było, ale o tym już wspominałem. Uważam jednak, że jeśli autor chce wtykać do swojej powieści realne historyczne postaci i/lub wydarzenia, to powinien to robić rzetelnie.





---
* Maciej Siembieda, „Gołoborze”, Znak, Kraków, 2025, e-book.

niedziela, 30 sierpnia 2026

Poza granicą człowieczeństwa

 „Brygady Duchów” – John Scalzi

Część druga cyklu „Wojna starego człowieka”. Pierwsza nosi tytuł „Wojna starego człowieka”. Moim niezwykle skromnym zdaniem czytanie części drugiej bez znajomości pierwszej jest poronionym pomysłem. W trakcie lektury, i nie, nie na początku, pojawiają się wprawdzie pewne wyjaśnienia i podpowiedzi, ale zdecydowanie niewystarczające.

Bliżej nieokreślona przyszłość. Znany wszechświat zamieszkują ludzie oraz rasy obce. Ludzi istnieją trzy rodzaje, a może gatunki. Pierwszy to niezmodyfikowane istoty ludzkie; to jest ci, którzy kolonizują planety we wszechświecie, ale przede wszystkim żyją na przeludnionej Ziemi. Ten rodzaj występuje w dwóch płciach zdolnych do rozmnażania, a poza tym w różnych rozmiarach, kształtach i kolorach, bo cechuje ich duża różnorodność genetyczna. Druga grupa stanowi większą część kasty specjalnie modyfikowanych żołnierzy, jej przedstawiciele także różnią się pod względem wielkości i budowy, chociaż w daleko mniejszym stopniu niż zwykli ludzie. Wszyscy są tego samego koloru, są zieloni. Żołnierze nie znajdują się w swoich oryginalnych ciałach, ich świadomości zostały przeniesione z ciał starych osób (75+, stąd tytuł) do silniejszych, zdrowych ciał, które zostały w znacznym stopniu usprawnione genetycznie, to jest zmodyfikowane do tego stopnia, że nie są już w stanie z nikim się rozmnażać. Wciąż jednak można nazwać ich ludźmi; zwłaszcza, gdy bierze się pod uwagę działanie ich mózgów. Wreszcie grupa trzecia nazywana Brygadą Duchów. Są to Siły Specjalne Kolonialnych Sił Obrony, elitarne oddziały tworzone z DNA zmarłych, przekształcone w idealnych żołnierzy do najtrudniejszych operacji KSO. Ich ciała zawierają elementy DNA istot obcych.

W znanym ludziom wszechświecie panuje coś w rodzaju równowagi. Słabsze rasy zostały usunięte ze swoich planet i wymarły lub zostały wytępione. Pozostałe rasy nieludzi dysponują możliwościami technologicznymi zbliżonymi do ludzkich, więc osobno nie stanowią większego zagrożenia.

Porucznik Jane Sagan z Brygady Duchów (znacząca postać pierwszej części cyklu), torturując obcego na planetoidzie bez nazwy, zdobyła informację o spisku, o wojnie szykowanej przeciw ludzkości i planie ujarzmienia oraz wytępienia całego rodzaju ludzkiego. Eksterminacja ludzi zaplanowana została w wyniku niespotykanej dotąd w historii tajnej współpracy trzech ras inteligentnych istot obcych oraz jednego człowieka, zdrajcę, Charliego Boutina.

Charlie Boutin był w posiadaniu wielu ważnych i poufnych informacji. Jego zespół zajmował się transferem świadomości i technikami generowania ciał, prawdopodobnie był najlepszym ekspertem w zakresie przekazywania umysłu między dwoma ciałami. Mogłoby się to okazać bardzo użyteczne w rękach wrogów całej ludzkości. Ale Charlie Boutin zniknął, sprytnie zacierając za sobą wszelkie ślady.

Tak zaczyna się ta fascynująca powieść, której treścią są przygotowania do wojny, różne starcia zbrojne oraz poszukiwania i próby neutralizacji Boutina.

Wyjątkowo ciekawa fantastyka militarna, bez wielkich ambicji roztrząsania skomplikowanych zagadnień psychologicznych, krótka dyskusja o tym, czy żołnierze Brygady Duchów są jeszcze ludźmi, kończy się dość szybko stwierdzeniem, że trzeba robić swoje i wykonywać rozkazy, ale etycznych – jak najbardziej. Zwłaszcza gdy naukowcy z DNA Boutina tworzą Jareda Diraca, hybrydę zdrajcy. Zakładają, że powinien on pomóc rozpoznać motywy działania swojego pierwowzoru, ale… jest też człowiekiem, próbującym zachować własną niezależność umysłową, albo przynajmniej jej część.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Unia Kolonialna i jej starcy

 „Wojna starego człowieka” – John Scalzi

W dzień swoich siedemdziesiątych piątych urodzin zrobiłem dwie rzeczy. Odwiedziłem grób mojej żony, a potem wstąpiłem do armii*.

Starość się Panu Bogu nie udała. Wiadomo to dzisiaj, wiadomo będzie w bliżej nieokreślonej przyszłości. Transplantologia poczyniła znaczne postępy, ale głównego organu/narządu – mózgu – nadal przeszczepić się nie da. A ten się starzeje i jego możliwości maleją. Rozwój transplantologii nie oznacza, że jest ona dostępna dla każdego i za darmo, absolutnie nie.

– Paragraf czwarty: Rozumiem, że wstępując w szeregi Kolonialnych Sił Obrony, zgadzam się na wszelkie medyczne, chirurgiczne, czy terapeutyczne zabiegi i procedury, jakie Kolonialne Siły Obrony uznają za konieczne dla podniesienia sprawności bojowej.
I o to chodziło: dlatego właśnie ja, i niezliczone rzesze innych siedemdziesięciopięciolatków, każdego roku zaciągały się do służby w KSO*.

Ludzie odkryli planety nadające się do zamieszkania. Niestety, wrogo nastawieni obcy, też mają na nie ochotę. Od lat walczą z nimi Kolonialne Siły Obrony, należące do Unii Kolonialnej, ale na starej dobrej Ziemi, ani obcych, ani żołnierzy KSO nikt nigdy nie widział. Ta batalia, z punku widzenia ziemskiego, jest taka trochę… teoretyczna.

Kolonialne Siły Obrony zapewniają swoim rekrutom wszystkie niezbędne modyfikacje, medyczne i inne, które zmieniają staruszków w sprawnych wojowników. Właśnie – staruszków. KSO nie są zainteresowane ludźmi młodymi i sprawnymi. Swoje tajemnicze modyfikacje oferują tylko rekrutom starszym, którzy dysponują doświadczeniem całego, długiego życia. Jednym z nich jest John Perry, który w dniu siedemdziesiątych piątych urodzin po raz ostatni odwiedził grób żony, a następnie wstąpił do armii.
Rekruci, mężczyźni i kobiety, wiedzą i zgadzają się, że nigdy już na Ziemię nie wrócą; zostają tam uznani za zmarłych. Jeśli przeżyją walki, trudniejsze i dziwniejsze niż się to komukolwiek z nich wydawało, będą mogli osiedlić się na którejś ze skolonizowanych planet. Jednak najpierw muszą przetrwać specjalne szkolenie.

– Czy ty zaciągnąłeś się dlatego, ponieważ bardzo chcesz walczyć na jakiejś wojnie?
– Nie – odpowiedziałem.
Pokiwała głową. – Ani ja. Podobnie jak większość z nas. Twój przyjaciel Leon na pewno nie zaciągnął się dla uroków służby – on nie znosi ludzi, których będziemy chronić. Ludzie zaciągają się, ponieważ nie są gotowi na śmierć i nie chcą być starzy. Zaciągają się, ponieważ w pewnym wieku życie na Ziemi przestaje być ciekawe. Niektórzy zaciągają się, żeby przed śmiercią zobaczyć jakieś nowe miejsce. Ja sama właśnie dlatego się zaciągnęłam. Nie po to, żeby walczyć, chcę znowu być młoda. I chcę po prostu zobaczyć, jak to jest być gdzie indziej*.

Starzy ludzie bywają mądrzy, a kiedy jeszcze dobiorą się odpowiednio, w grupę osób wykształconych, o różnych specjalizacjach, mogą zacząć dokonywać różnych odkryć jeszcze zanim nowa rzeczywistość w nich uderzy. I tak John Perry i kilkoro jego nowych znajomych odkrywa, że Unia Kolonialna celowo utrzymuje Ziemię i Ziemian w stanie technologicznego zacofania, ale jaki to miałby być cel?

„Wojna starego człowieka” jest to militarno-wojenna fantastyka z elementami dobrego humoru i stanowi naprawdę świetną rozrywkę. Niestety wiem już też, że po zasłużonym sukcesie swojej powieści, John Scalzi błyskawicznie zaczął produkować kolejne tomy cyklu „Wojny starego człowieka”. Tom drugi to „Brygady duchów”, a na przekład czeka jeszcze kolejnych sześć czy osiem.




---
* John Scalzi, „Wojna starego człowieka”, przekład Wojciech Pusłowski, 2008, e-book.

niedziela, 23 sierpnia 2026

Ofiary nie mógłby zabić nikt

 „Strzał na dansingu” – Jerzy Edigey

Jerzy Edigey to pseudonim Jerzego Waldemara Koryckiego, polskiego pisarza, działacza społecznego i adwokata. W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych był niezwykle popularnym autorem powieści kryminalnych, ale nie tylko. Napisał ich coś koło czterdziestu. „Strzał na dansingu” stał się podstawą scenariusza jednego z odcinków „O7 zgłoś się”.

Łódź, późny wieczór. Porucznik Milicji Obywatelskiej Zygmunt Żytnicki bawi się na dansingu ze swoją sympatią, Hanką, studentką stomatologii. Właściwie to nie bardzo się bawi, bo prawie godzinę próbuje przywołać jakiegoś kelnera. Ci, najwyraźniej wyczuwając gołodupca, nie śpieszą się z przyjęciem skromniutkiego, jak się domyślają, zamówienia. W tym akurat mają rację, ocenili go właściwie – dwie kawy, dwa kawałki tortu.
Hanka jest zachwycona piosenkarką, Marią Bolero (czyli Maria Kowalska), porucznik z przyjemnością słucha improwizacji wirtuoza trąbki, Stanleya Smitha (Stanisław Kowalski), ale sielanka nie trwała długo, bo nagle dał się słyszeć przytłumiony strzał i na parkiet upadł trup; ktoś zastrzelił mężczyznę w brązowym garniturze.

W powstałym zamieszaniu porucznik Zygmunt Żytnicki obejmuje dowodzenie, zarządza zamknięcie wszystkich drzwi, rozpoczyna przesłuchania, poszukuje broni. Wszyscy obecni w lokalu, zarówno goście jak i personel, twierdzą, że ofiary nie znają, huk słyszeli, owszem, ale błysku z lufy nie widzieli. Broń się nie znalazła mimo przeszukiwania osób i lokalu.

Już następnego dnia okazało się, że ofiarę znali jednak prawie wszyscy, bo Mieczysław Romski, syn znanego notariusza, szantażował mnóstwo ludzi, w tym własnego ojca. Romski przechwalał się żółtą teczką, w której miał mieć kompromitujące dowody na wiele prominentnych osób w Łodzi. Motyw zbrodni wydaje się oczywisty, ale… broni nadal nie odnaleziono, a biegli kryminologii, kryminalistyki, balistyki, rusznikarstwa, orzekli, że w zasadzie zbrodni nie mógł popełnić nikt. Porucznik prowadzi dochodzenie.

Niezły kryminał w starym stylu. Wydaje mi się, że Stanisław Barańczak, który recenzując „Strzał na dancingu”, stwierdził, że proza Edigeya jak zwykle przypomina konsystencją mamałygę z dodatkiem kleju stolarskiego, mocno jednak przesadził. Ale może to ja niewłaściwie wyobrażam sobie mieszankę mamałygi z klejem stolarskim.

Dygresja. Zastanawiałem się nad nazwiskami postaci pojawiających się w powieści i skojarzeniami, jakie rodzą. Żytnicki (dzielny, prawy milicjant) – żyto, chleb, rola, praca chłopa. Romski (ten zły, szantażysta, przestępca) – Rom, cygan, niebieski ptak, oszust, złodziej. Przyznam, że z trudem dałbym się przekonać, że to autorowi zupełnie przypadkowo tak wyszło.

czwartek, 20 sierpnia 2026

Milicja Obywatelska na tropie

 „Zbrodnia w południe” – Jerzy Edigey

Kryminał popularnego w latach siedemdziesiątych autora, piszącego pod pseudonimem Edigey. Właściwie to Jerzy Waldemar Korycki, polski pisarz, działacz i adwokat. Swego czasu przeczytałem wiele jego powieści. Dziś nazwano by je klasycznymi kryminałami, ale wtedy nie było żadnych innych.

W jednym z mieszkań przy ulicy Buczka w Szczecinie popełniono zbrodnię. Ofiarą stała się emerytowana nauczycielka z Goleniowa, które zjawiła się tam, odwiedzając córkę i zięcia, to jest państwa Legatów. Uderzono ją czymś ciężkim w głowę. Pan Legat sprzedał niedawno samochód, czerwonego Wartburga, więc miał w domu ponad osiemdziesiąt tysięcy złotych. Pieniądze oczywiście zniknęły, a mieszkanie zostało zdemolowane przez przestępcę szukającego łupu. Drzwi do mieszkania, z trzema zamkami, nie nosiły śladów włamania, więc milicja przyjęła, że starsza pani znała mordercę i sama mu otworzyła.

W kawiarni Zamku Szczecińskiego w każdą niedzielę spotykała się od lat grupa dawnych szkolnych przyjaciół. Hanka Wróblewska, studentka czwartego roku medycyny, przyniosła tym razem sensacyjną wiadomość, bo zbrodnia popełniona została w jej kamienicy. Wróblewska kiedyś, jeszcze w szkole podstawowej, a może średniej, pomogła złapać szatnianego złodzieja, o czym wszyscy z paczki świetnie pamiętają. Mimo jej oporów i wątpliwości namawiają studentkę, by zgłosiła się na milicję i zaproponowała swoją i reszty przyjaciół pomoc. Wróblewska uznała pomysł za absurdalny, ale na komendę jednak poszła, spotkała się i rozmawiała z prowadzącym sprawę porucznikiem Romanem Widerskim. Kiedy jednak milicjant próbował ją grzecznie spławić, dziewczyna walczyła jak lwica, by przekonać go do idei swojej pomocy. Uznała, i miało to sens, że mieszkańcy kamienicy czy sąsiednich domów, prędzej będą rozmawiali ze znaną, sympatyczną sąsiadką niż z milicją.

Hanka Wróblewska, którą obecnie zapewne nazwano by feministką, nie ma zbyt dobrego zdania o mężczyznach i ich zdolnościach, i próbuje przekonać funkcjonariusza, że milicja osiągałaby większą skuteczność i wykrywalność, gdyby śledczymi były kobiety. Uważa, że mężczyźni są do tej pracy po prostu za mało rozgarnięci.
Wróblewska stosunkowo szybko osiąga drobny sukces. Analizując pewne okoliczności na miejscu zbrodni, podsuwa porucznikowi ciekawy pomysł. Otóż jest przekonania, że ofiara nie znała mordercy i nie otworzyła mu drzwi, ale to on był w mieszkaniu Legatów przed nią, a ofiara po prostu go zaskoczyła, nie spodziewał się nikogo tak wcześnie.

Od tej chwili Milicja Obywatelska traktuje studentkę i jej pomysły odrobinę poważniej, a między nią i porucznikiem zaczyna iskrzyć.

Prawie sześćdziesięcioletnia powieść z dzisiejszego punktu widzenia może wydawać się naiwna: drogi samochód Wartburg, zdobiący biurko telefon, nicowanie jesionek, ale sięgnąłem po nią z pewną przyjemnością ze względu na sentyment – jako starszy nastolatek w takich właśnie kryminałach się zaczytywałem; można powiedzieć, że się na nich wychowałem.

niedziela, 16 sierpnia 2026

Takie tam... babskie pisanie

 „Przepraszam za brzydkie pismo” – Antonina Tosiek

Rozczarowany i zawiedziony esejem „Chłopki” Kuciel-Frydryszak, gdzie niuanse dokazują się mało istotne, bo gra toczy się o stworzenie i uogólnienie symbolu, a nie o historyczną rzetelność, jednakże nadal zainteresowany tematem, wyszukałem średniej wielkości tom dotyczący pamiętników wiejskich kobiet. Historie w nim poruszane pisane były na różne konkursy głównie w latach 1933-1995.

W „Przepraszam za brzydkie pismo” mówię o mieszkankach wsi, starając się nie zagłuszyć ich suwerennych, samodzielnie tworzonych opowieści pamiętnikarskich. Nie zależy mi jednak na „oddawaniu głosu” zapomnianym bohaterkom ani też na rozpisywaniu ludowej historii kobiet jako opowieści pobocznej czy alternatywnej. Obie te strategie wydają mi się infantylizujące i protekcjonalne. Po pierwsze, wiara w to, że umożliwimy osobom wykluczonym z oficjalnego dyskursu snucie niezależnej opowieści, jest bardzo naiwna [1].

„Przepraszam za brzydkie pismo” nie zawiera pełnych wspomnień czy pamiętników kobiet ze wsi. Książka Antoniny Tosiek to jej analizy i syntezy pewnych zdarzeń, zjawisk lub okresów, ilustrowane fragmentami pamiętników chłopek. Zajmuje się ona (Tosiek) takimi zagadnieniami jak pamiętniki o pracy, pamiętniki o edukacji, o życiu społecznym i kulturalnym, o ciele i relacjach, o potrzebie opowieści…

Julianna, Danka i Teresa pisały pamiętniki w tajemnicy przed mężami. Julianna nocą, Danka rano, czekając, aż wystarczająco rozpali się pod piecem, a Teresa w PKS-ie wiozącym ją do pracy w pobliskiej masarni i z powrotem. Julianna w roku 1936, Danka w 1962, Teresa w 1983. Bały się. Raz – gniewu za marnowanie czasu albo pieniędzy na materiały do pisania, znaczek i kopertę. Dwa – bo dobrze wiedziały, że męża z równowagi wyprowadzić może najmniejsza rzecz, a co dopiero wypisywanie do obcych, do Warszawy. Lepiej dmuchać na zimne, zapobiegać, zamiast później leczyć. Julianna – okładem z roztartych liści babki lancetowatej, Danka – maścią nagietkową z apteki w Brzesku, a Teresa – świńskim żebrem prosto z własnej zamrażarki. Przede wszystkim jednak bały się wstydu. Co, jeśli zdobędą się na odwagę, opowiedzą w pamiętniku całe swoje dotychczasowe życie, a ktoś uzna je za błahe albo nieciekawe? Takie upokorzenie lepiej znosić w pojedynkę [2].

W Polsce popularność twórczości pamiętnikarskiej osiągnęła poziom prawdopodobnie nie spotykany nigdy dotąd i nigdzie w Europie. Nie chodziło o samo pisanie pamiętników, ale o wspieranie tego rodzaju twórczości przez urzędy, instytucje, media, państwo, po prostu, na przykład przez organizację konkursów. Oczywiście nie wszystkie te akcje i pamiętniki pisane były przez chłopstwo (np. pamiętniki czy wspomnienia księgarzy). Prawdziwy rozkwit popularności pamiętnikarstwa konkursowego przypadł na lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku. Tylko w roku 1969 ogłoszono ponad sto takich inicjatyw.

Krystyna nie potrafiła zrozumieć zarówno decyzji nowych właścicieli spółdzielni, jak i solidarnościowych władz, w których jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej pokładała olbrzymie nadzieje: „[…] wszyscy go [Lecha Wałęsę przyp. A.T.] będziemy przeklinali po wszystkie jego dni. Zniszczył zakłady pracy, połowa ludzi to nędzarze, część dostaje kuroniówkę na odczepne i przepija od ręki. Została zniszczona taka piękna mleczarnia w Tomaszowie i przepadły nasze udziały, nasza krwawica. A co oni robią wariaci? Jeden po drugim niszczy i nic nie będzie. Owszem. Głód i nędza na pewno [3].

Dzięki pamiętnikom kobiet wiejskich można zorientować się, jak oceniane były wydarzenia w Polsce w ogóle, a te dotyczące wsi, w szczególności. Zwykle jednak dotyczyły spraw i zdarzeń codziennych.

Kiedy redakcja „Wiadomości Literackich” ogłosiła, że nagrodę za najlepszą polską książkę roku 1936 otrzymał drugi tom monografii Pamiętniki chłopów, pomijając między innymi tytuły autorstwa Zofii Kossak, Melchiora Wańkowicza, Poli Gojawiczyńskiej czy Czesława Miłosza, spora część środowiska literackiego nie kryła oburzenia. W licznych artykułach prasowych powracały te same argumenty: pamiętniki nie mogą być rozpatrywane jako przykład sztuki literackiej, bo zostały przecież stworzone przez klasę chłopską, nie zaś świadomych swojego fachu pisarzy, a poza tym – opowiadają czyjeś prawdziwe doświadczenia, więc bliżej im do reportażu (gatunku niższego) niż prozy [4].

Twórczość pamiętnikarska była popularna w Polsce, od końca pierwszej wojny światowej do 1995 roku – mniej więcej. Były to zapewne dziesiątki tysięcy tekstów; nie wszystkie one nadawały się do oficjalnej publikacji, ale to nie znaczy, że nie można ich było wykorzystać w inny sposób. Nie zdawałem sobie sprawy, że wszystkie te materiały zostały zniszczone po transformacji ustrojowej. No, może nie wszystkie – Tosiek szacuje, że około dziewięćdziesiąt procent.

Wielu rzeczy wcześniej nie wiedziałem, na przykład tego, że przez wiele lat czasopismo Przyjaciółka” wydawane było w dwóch różnych wersjach, dla czytelniczek z miast i miasteczek oraz dla chłopek – prostsze treści, więcej porad, choćby o potrzebie utrzymywania higieny osobistej lub o gotowaniu. Od razu przypomniała mi się Biblia Niewolników, to jest skrócona i mocno uproszczona wersja Pisma Świętego wydana z poparciem Kościoła, w 1807 roku w Londynie, dla czarnoskórych niewolników z kolonii. Usunięto z niej fragmenty o wolności i buncie, a stan niewolniczy uznany był za słuszny i stworzony przez Boga.

Ważnym elementem publikacji są reprodukcje zdjęć. Oryginalnych kartek z zapisem pamiętników, wnętrz chłopskich chat, wspólnej pracy (międlenie lnu, pasanie gęsi), z jakiejś wycieczki, z występu Koła Gospodyń Wiejskich, z pogrzebu dziecka itd. Szkoda, że nie więcej.





---
[1] Antonina Tosiek, „Przepraszam za brzydkie pismo”, wyd. Czarne, Wołowiec, 2025, rozdział „Wejście w opowieść”.
[2] Tamże, rozdział „Część Pierwsza”.
[3] Tamże, rozdział „Część Trzecia”.
[4] Tamże, rozdział „Wyjście z opowieści”.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Ciąża przeszkadza w zabijaniu

„Zgoda na zabijanie” – Vince Flynn

Ósmy tom cyklu o Mitchu Rappie, który da się czytać bez znajomości wcześniejszych. Rapp to coś w rodzaju Jamesa Bonda lecz w wydaniu amerykańskim. Człowiek nieprawdopodobnie sprawny i inteligentny z licencją na zabijanie w interesie amerykańskiej demokracji.

W „Zgodzie na zabijanie” tymi złymi są muzułmańscy fanatycy i terroryści, tak w ogóle, a w szczególności pewien Saudyjczyk, któremu Rapp zabił syna. Oszalały z żądzy zemsty ojciec wyznaczył w sumie dwadzieścia milionów dolarów za głowę Mitcha Rappa. Zadanie to podejmuje się wykonać zagadkowa para, małżeństwo profesjonalistów światowej klasy.

Powieść sensacyjna niezwykle wciągająca, zupełnie nierealna, ale niewątpliwie rozrywkowa w swojej klasie. Na jedną tylko większą naiwność zwróciłem uwagę. Żona Rappa, znana dziennikarka oraz profesjonalistka od zabójstw na zlecenie, w tym samym czasie zachodzą w ciążę. Dramatyczne akcje co trochę przerywane są napadami torsji obu pań. Być może równie dramatyczne.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Erika Foster i mrożone koty

 „Martwy świadek” – Robert Bryndza

Wydawca na okładce zamieścił prawie wszystkie informacje o fabule, może poza samym nazwiskiem mordercy, więc po prostu mogę tylko napisać to samo, ale swoimi słowami.
„Martwy świadek” to siódmy tom z serii o Erice Foster, ale najwyraźniej nie trzeba ich czytać w kolejności wydawania.

Główna inspektor policji, Erika Foster, Słowaczka z podwójnym obywatelstwem, po śmierci męża, też policjanta, kupiła dom w Londynie, w spokojnej dzielnicy Blackheath. Jeszcze się nawet nie rozpakowała, więc zjeść kolację wybrała się dwie ulice dalej, do fast-foodu serwującego frytki. W drodze powrotnej z pobliskiego budynku usłyszała krzyki. Tess Clarke znalazła zwłoki swojej siostry, Victorii Clarke, zamordowanej brutalnie we własnym domu, na kanapie.

Gdy na miejsce zbrodni zjechała się już cała ekipa, policjanci zatrzymali sąsiada Vicky Clarke, który dziwnie się zachowywał, był agresywny i w torbie na śmieci próbował wynieść zamarznięte kocie zwłoki. Policja od lat poszukiwała zabójcy setek kotów, więc od razu zatrzymała sąsiada, Charlesa Wakefielda. Jeszcze przed świtem okazało się, że jest on bratem głównego szefa policji, więc prawie natychmiast wyszedł na wolność.

Ofiara zbrodni, Vicky Clarke, zajmowała się nagrywaniem podcastów kryminalnych. Odkryła i opublikowała coś na temat masowego mordercy kotów, ale też o mężczyźnie, który prześladował studentki w południowym Londynie. Następnie włamywał się do nich i…. Z mieszkania ofiary zniknęły pendrive’y i inne nośniki danych.

Erika Foster prowadzi śledztwo wraz z zespołem i szybko odkrywa, że w tej sprawie wszystko jest znacznie bardziej pogmatwane, niż mogłoby się z początku wydawać. Sprawa Charlesa Wakefielda, wynoszącego zamrożone kocie zwłoki, to drobiazg wobec faktu, który ustalił anatomopatolog podczas sekcji – zwłoki, które badał, to nie Victoria Clarke. Od tego momentu akcja zaczyna przypominać rollercoaster i staje mocno wciągająca. Jest to powieść skoncentrowana na akcji, typowo rozrywkowa, złożonych analiz psychologicznych bohaterów, w niej nie ma. To może być jej zaletą lub wadą, zależnie od oczekiwań czytelnika.

Co do oceny „Martwego świadka” mam ambiwalentne odczucia, bo z jednej strony niewątpliwie godna uwagi wyobraźnia autora, a więc nietuzinkowa fabuła, ale z drugiej… Znalazłem w książce elementy, które mi się nie podobały. Może nie tyle błędy, ale treści niejasne, niezupełnie zrozumiałe. Odpowiada za to albo autor albo tłumacz, bo według informacji w stopce, redaktora czy korektora nie było. Przykład pierwszy: „wokół unosił się charakterystyczny zapach kogoś obcego” – obcego… dla kogo obcego? Bo chyba nie chodzi o Xenomorfa? Policjantki wchodzą do mieszkania Charlesa Wakefielda zatrzymanego godzinę wcześniej i… czego się spodziewają, zapachu szefa? Swojego dziecka, męża? Czym w ogóle charakteryzuje się zapach kogoś obcego, skoro jest niby taki charakterystyczny? Przykład drugi: w przeszukiwanym mieszkaniu policjantki znajdują kapelusz z metką Juniper&Brown Hatters St James Street, London. Wtedy jedna z nich krzyczy: Uwaga: awokado! [s. 47]. Tego nie rozumiem już zupełnie.

Tak więc brak redakcji lub/i doświadczenia tłumacza, obniżają ocenę tej, całkiem niezłej, powieści o jeden-dwa punkty.

środa, 29 lipca 2026

Fantastyka socjologiczna

 „Historia twojego życia” – Ted Chiang

„Zbiór opowiadań określony jako precyzyjnie skonstruowany eksperyment myślowy” [1].

Eksperyment myślowy? Kogoś poniosła fantazja i ze zwykłego zbioru opowiadań fantastyczno-socjologicznych próbuje zrobić coś ambitnego, ale… niech będzie. Każde z nich, albo prawie każde, to nawiązanie do tematu, z którym już się gdzieś, kiedyś zetknąłem. To nie temat jest tu odkrywczy i nowatorski, ale sposób, w jaki został opisany. Ktoś nie słyszał o wieży Babel? Nie czytał o człowieku, który zdobył nieprawdopodobną inteligencję?
Jedne opowiadania lepsze, inne nieco mniej, bo z dłużyznami, ale w sumie rozrywka niezła. W kilku przypadkach można nawet liczyć na odrobinę inspirującej refleksji.

„Wieża Babilonu”. Elamiccy górnicy pod wodzą Hillaluma przybywają do Babilonu, gdzie od pokoleń budowana jest wieża, która ma sięgnąć nieba. Ich zadaniem jest przebicie się przez sklepienie, do którego właśnie dotarli budowniczowie. Hillalum przedostaje się na drugą stronę i…

„Były też chwile, kiedy wydawało się, że sklepienie jest wznoszącą się przed nim pionową ścianą urwiska o niewyobrażalnej wysokości, podobnie jak ledwie widoczna w dole ziemia, i że wieża to mocno naciągnięta lina między nimi” [2].

„Zrozum”. Po podaniu eksperymentalnego preparatu, hormonu K, który miałby pomóc rekonstruować uszkodzony mózg (uszkodzony w wyniku wypadku lub choroby), nieprawdopodobnie rośnie inteligencja pacjenta, Leona, oraz inne jego możliwości umysłowe. Wkrótce dowiaduje się on też, że na świecie jest ktoś, inny pacjent, o podobnych możliwościach, a to stanowi specyficzne zagrożenie.

„Dzielenie przez zero”. Wbrew pozorom nie jest to opowiadanie o matematyce, zaczyna się zresztą od cudacznego założenia.

„Istnieje pewien powszechnie znany dowód na to, że dwa równa się jeden. Jeśli wstępnie założymy, że a=1 oraz b=1, w efekcie otrzymamy równanie a=2, wobec czego 1=2” [3].

Dziwoląg. Co ma b do a? A jakby b=7, to a=33? A jakby c=12, to a=99? Być może czegoś tu brakuje, jakichś dodatkowych założeń, które wiązałyby w jakiś sposób a i b.

Ważniejsze jest jednak coś innego. Opowiadanie pokazuję poważny problem psychologiczny, umysłowy, ambicjonalny i moralny naukowca, który po latach błyszczenia na naukowym firmamencie odkrywa, że mylił się kompletnie i to właściwie we wszystkim. I to jest do przemyślenia.

„Historia twojego życia”. Pozornie dwa nurty. W jednym lingwistka, doktor Louise Banks, opowiada córce jej życie. Robi to w dziwny sposób – w czasie przyszłym, na przykład: będziesz miała wtedy 25 lat. Wątek drugi, to spotkanie z obcymi, których ludzie nazywają siedmionogami. Louise Banks uczy się ich języka, a właściwie języków, bo siedmionogi A(język mówiony) jest zupełnie czym innym niż siedmionogi B (język pisany, choć raczej obrazowy).

Liczba kończyn i wygląd to głupstwo, bo obcy okazują się znacznie bardziej obcy niż kiedykolwiek wpadło to do głowy autorom powieści s-f. Kwestia porozumienia z istotami kompletnie innymi, jest do zastanowienia.

Ciekawy jest sposób, w którym autor odwołuje się do Zasady Najmniejszego Czasu Fermata. Zgodnie z nią światło podróżujące między dwoma punktami wybiera taką drogę, której pokonanie zajmuje najmniej czasu, nawet gdy po drodze zmienia się środowisko: woda, szkło, powietrze. To zagadnienie jest niezwykle intrygujące, bo żeby światło wybrało i wyliczyło drogę z najkrótszym czasem, to najpierw musi znać punt docelowy. A niby skąd? Czy przyszłość jest określona jeszcze zanim się wydarzy?

Bardzo dobre opowiadanie, bo wymaga odrobiny zastanowienia, to jest zupełnie inaczej niż w przypadku „Wieży Babilonu”.

„Siedemdziesiąt dwie litery”. Wariacja na temat opowieści o Golemie. Tematem jest eugenika, inżynieria genetyczna i nomenklatura. Przy okazji – 72 litery zawiera alfabet Khmerów.

„Thorburn, może ty nam powiesz, czym jest doktryna liter?
-Jak każda rzecz jest obrazem Boga, tak każde imię jest obrazem boskiego imienia.
- A prawdziwe imię przedmiotu?
- Obrazuje boskie imię w ten sam sposób, w jaki sam przedmiot jest obrazem Boga.
- A czym charakteryzuje się prawdziwe imię?
- Obdarza przedmiot cząstką bożej mocy” [4].

„Ewolucja ludzkiej nauki”. Króciutkie opowiadanie poruszające jedno tylko zagadnienie. Na ziemi żyją ludzie i metaludzie o niesamowitej wiedzy, inteligencji, umiejętnościach. Zwykli ludzie już nie rozumieją nauki metaludzi, owszem, korzystają z ich urządzeń, ale nie wiedzą, jak i dlaczego one działają. Pytanie: czy w tych warunkach normalni ludzie powinni nadal prowadzić jakieś swoje badania, rozwijać własną, opóźnioną naukę, czy to w ogóle ma sens?

„Piekło to nieobecność Boga”. Opowiadanie o tym, jak wiara poddana zostaje niesamowitej weryfikacji. Z ziemi czasem można podejrzeć piekło, które wydaje się bardzo podobne do zwykłego życia. Od czasu do czasu na ziemi pojawiają się aniołowie. Ich pojawienie się wywołuje czasem cuda, na przykład czyjeś uzdrowienie, ale jednak więcej ludzi traci życie i zdrowie podczas takiej manifestacji.

„Bóg nie jest sprawiedliwy. Bóg nie jest dobry. Bóg nie jest miłosierny. Zrozumienie tej prawdy jest podstawą prawdziwej pobożności” [5].

„Co ma cieszyć. Reportaż”. W życiu wygrywają najpiękniejsi. Oczywista oczywistość. Jak i to, że trudno takie kryterium uznać za sprawiedliwe. Kaliognozja to zabieg (chyba neurochirurgiczny), który eliminuje różnice między pięknymi a zwyczajnymi ludźmi. Człowiek poddany kalio rozróżnia rysy twarzy i mimikę, ale wszystkie twarze wydają mu się zwyczajne i przeciętne. Nikt nie jest ładniejszy od kogoś innego.
Tekst składa się z wypowiedzi różnych ludzi na temat sensu i przyszłości kaliognozji.

„Notatki na marginesie opowiadań”. Luźne zapiski dotyczące, zwykle, genezy opowiadań.


Ogólnie zbiór dość... eklektyczny, jednak nie żałuję czasu poświęconego na lekturę; rozrywka bywała przednia, momentami.  



---
[1] Ted Chiang, „Historia twojego życia”, Zysk i S-ka, przekład Michał Jakuszewski i inni, 2026, tekst na okładce (blurb).
[2] Ted Chiang, „Historia twojego życia”, Zysk i S-ka, przekład Michał Jakuszewski i inni, 2026, s. 26.
[3] Tamże, s. 105.
[4] Tamże, s. 207.
[5] Tamże, s. 317.





Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

piątek, 24 lipca 2026

Wybitnym wolno dużo więcej

 „Ludzie na drzewach” – Hanya Yanagihara

Debiutancka powieść autorki, a mimo to – moim niezwykle skromnym zdaniem – ciekawsza od „Małego życia”, które czytałem niedawno.

Bethesda, Maryland – doktor Abraham Norton Perina, słynny immunolog i emerytowany dyrektor Centrum Immunologii i Wirusologii Narodowego Instytutu Zdrowia w Bethesda, w stanie Maryland, został wczoraj aresztowany pod zarzutem nadużyć seksualnych. Dr. Perinie, 71 lat, postawiono zarzuty trzykrotnego gwałtu, trzykrotnego odbycia stosunku seksualnego z nieletnimi, dwóch napaści seksualnych i dwukrotnego narażenia zdrowia i życia osoby małoletniej. Zarzuty sformułowano na podstawie zeznań jednego z adoptowanych synów dr. Periny [1].

Doktor Perina, laureat Nagrody Nobla, badając latami lud Opa’ivu’eke z Ivu’ivu na jednej z wysp mikronezyjskiego państwa U’ivu, odkrył syndrom Seleny, nazwany tak od nieśmiertelnej i wiecznie młodej bogini księżyca z mitologii greckiej. Tubylcy, którzy jedli mięso pewnego gatunku żółwia, pozostawali relatywnie młodzi setki lat, choć umysłowo czy emocjonalnie starzeli się w mniej więcej naturalnym tempie. Perina spędził na badaniach w Mikronezji wiele lat, tam też adoptował czterdzieścioro troje dzieci, sierot lub dzieci wyjątkowo biednych członków plemienia Opa’ivu’eke.

Doktor medycyny, Ronald Kubodera, przyjaciel i protegowany Nortona Periny, zafascynowany swoim mentorem, twierdzący, że pedofil skazany na dwa lata więzienia, potraktowany został skandalicznie niesprawiedliwie, namówił go, żeby czas spędzony w więzieniu, wykorzystał na spisanie autobiografii czy pamiętnika, co też noblista zgodził się robić. Ronald Kubodera pełnił rolę redaktora kolejnych części opowieści Periny.

I tak w kwietniu, po dwóch miesiącach odsiadywania przezeń wyroku, spytałem go w liście (pisałem do niego codziennie), czy nie zechciałby jednak rozważyć kwestii pamiętników. Które, jak podkreśliłem, nie tylko stanowiłyby istotny wkład w literaturę i naukę, ale dowiodłyby osobom zainteresowanym, że Norton nie jest tym, kogo świat tak usilnie chce w nim widzieć. Dodałem, że poczytałbym sobie za zaszczyt możliwość przepisywania jego rękopisów na maszynie i, gdyby mi na to pozwolił, subtelnego ich redagowania, jak to czyniłem wcześniej z jego artykułami do pism naukowych. Byłoby to dla mnie, napisałem, fascynujące zajęcie, a dla niego być może jakaś rozrywka [2].

Zasadniczą treścią „Ludzi na drzewach” są pamiętniki doktora Nortona Periny.

Powieść, momentami nieco przegadana, koncentruje się w zasadzie na jednym temacie, pytaniu: czy ludziom wielkim, wybitnym, wyjątkowym, wolno więcej, czy należałoby ich traktować inaczej niż zwykły motłoch?





---
[1] Hanya Yanagihara, „Ludzie na drzewach”, przekład Jolanta Kozak, wyd. WAB, 2021.
[2] Tamże.

wtorek, 21 lipca 2026

Zwykłe życie w Nowym Jorku

 „Małe życie” – Hanya Yanagihara

I właściwie tego wstydził się najbardziej: nie lichej znajomości seksu, nie zdradzieckiej postawy wobec własnej rasy, nie nieumiejętności odłączenia się od rodziców czy zarobienia własnych pieniędzy i zachowywania się jak byt autonomiczny. Wstydził się tego, że kiedy siedział z kolegami wieczorem i oni zagłębiali się we własne ambicje i wyśnione konstrukcje, kreślili i planowali swoje nieprawdopodobne budowle, on nie robił nic. Utracił zdolność wyobrażania sobie czegokolwiek. Tak więc co wieczór, kiedy inni tworzyli, on kopiował: rysował budynki, które widział podczas podróży, budynki wymarzone i wzniesione przez innych ludzi, budynki, w których mieszkał albo bywał gościem. Ciągle od nowa tworzył coś, co już zostało stworzone, nie starając się nawet tego ulepszać, po prostu małpując. Miał dwadzieścia osiem lat; wyobraźnia go opuściła; był kopistą. To go przerażało. JB miał swoją serię obrazów. Jude miał swoją pracę. Willem swoją. A jeśli on, Malcolm, już nigdy niczego nie stworzy?*.

Powieść społeczno-obyczajowa o młodych Amerykanach i Nowym Jorku.

Czterech przyjaciół: Malcolm, Willem, Jude i JB. Przed trzydziestką; różne kolory skóry, co na pewno zachwyciło recenzentów. Po prostu żyją w Nowym Jorku, głównie na Manhattanie, ale nie tylko, i próbują zrobić w życiu jakąś karierę, przestać wreszcie być nikim, jakoś się urządzić, sensownie zorganizować swoje życie. To najzupełniej zwyczajne życie – nie jestem przekonany, czy „małe” (pomysł autorki?) jest odpowiednie.

Jeśli autorka/autor postanowi opisywać zwyczajność i codzienność, to raczej marne szanse, że porwie czytelników; raczej wielu rozczaruje. Mocnym punktem „Małego życia” jest warsztat pisarski i zmysł obserwacji Yanagihary, ale nie wielkie, ważne, zaskakujące wydarzenia, gwałtowne zwroty akcji, zapierające dech w piersiach sceny, dramatyczne zakończenie. Ta powieść jest zwyczajna, jak życie; nie znajdzie w niej czytelnik niczego porywającego, a kiedy – mniej więcej w połowie – zacznie zdawać sobie sprawę, że jest ono, to życie, w pewnym sennie podobne do własnego, to i oceny polecą w dół.

Lektura nieco depresyjna, jakby szarówkowo-jesienna, ale byłem uprzedzony, więc i oczekiwania miałem całkiem rozsądne. W każdym razie raczej w niedługim czasie sięgnę też po inną powieść tej autorki.



---
* Hanya Yanagihara, „Małe życie”, przełożyła Jolanta Kozak, wyd. WAB, 2022.

czwartek, 16 lipca 2026

Przyjaciółki i nieprzyjaciółki

 „W snach to ja trzymam nóż” – Ashley Winstead 

Oficjalne zaproszenie na zjazd absolwentów Uniwersytetu Duquette, który odbędzie się w dniach 5–7 października. Poniżej znajdował się czerwony szkic Wieży Blackwell, tak wysoki, że niemal wbił się między litery. Z przyjemnością będziemy gościć Szanowną Panią na tradycyjnym zjeździe absolwentów, cieszącym się dużą sympatią byłych studentów Duquette. Załączamy zaproszenie na przyjęcie z okazji dziesięciolecia ukończenia studiów przez rocznik 2009, by ponownie przeżyć dawne przygody i świętować liczne sukcesy naszych absolwentów – w tym koleżanek i kolegów z Pani rocznika – odniesione po opuszczeniu Karmazynowego Kampusu*.

Główną bohaterką jest Jessica Miller, trzydziestodwuletnia obecnie, zadbana w sposób, na jaki pozwalają jej wysokie zarobki doradczyni w Nowym Jorku: włosy rozjaśnione, zęby wybielone, gładka skóra, sylwetka nie chuda, jak to miała w wieku lat osiemnastu, lecz jędrna i smukła. Na kampusie i uczelni Jessica należała do paczki, którą nazywano tam Siódemką ze Wschodniego (na studiach należała do East House, Domu Wschodniego), którą tworzyli: Coop, Heather, Mint, Caro, Frankie, Jack i Jessika. Wszyscy młodzi, przebojowi, pewni siebie. Wiadomo było, że skończą studia z dobrymi lokatami i zrobią karierę. Nie przypuszczali, że w ich małym gronie znajdzie się morderca i ofiara, a przynależność do Siódemki ze Wschodniego przestanie być pożądana.

Jessica Miller ma poważne problemy z samooceną, to jest poczuciem własnej wartości. Raz jest z siebie dumna, zadowolona i szczęśliwa z realnych przecież osiągnięć, by po chwili popaść w przygnębienie, gdy wydaje jej się, że jest przeciętna, zwyczajna, a nawet mierna i beznadziejna. Na tę drugą wersję też znajduje argumenty.

Na studenckim kampusie zamordowana została Heather, jedna ze studentek, należąca do grupy Siódemka ze Wschodniego. Policja podejrzewała jej ostatniego chłopaka (mocno się pokłócili kilka godzin wcześniej), ale ostatecznie nie udało mu się niczego dowieść i sprawa pozostała nierozwiązana, aż do…

Fabuła przebiega dwutorowo – jedne rozdziały opisują zjazd absolwentów i rozmaite relacje między byłymi studentami (głównie zawiść i złośliwości dawnych koleżanek), inne dotyczą przeszłości, czasu sprzed dekady, kiedy to Jessica Miller rozpoczynała, i kontynuowała, naukę na Uniwersytecie Duquette.

Całkiem niezła powieść kryminalna, wbrew pozorom nie tylko dla kobiet, choć złożone uczucia i emocje między dziewczynami i młodymi kobietami, mogą być czasem trudne do zrozumienia dla czytelników, mężczyzn.




---
* Ashley Winstead, „W snach to ja trzymam nóż”, przekład Agnieszka Brodzik, Znak, Kraków, 2023.

wtorek, 14 lipca 2026

Odcinek Światów A. Pilipiuka

 „Drogi przez morze” – Andrzej Pilipiuk

Sięgnąłem po Pilipiuka, bo naszła mnie ochota na… Pilipiuka. Nie wiedziałem, że produkuje też opowiadania o architekcie, introligatorze i poszukiwaczu historycznych artefaktów, Robercie Stormie.

Zbiorek trzech opowiadań. „Król gór” o chłopcach, którzy na zajęciach praktycznych w szkole pilnikami próbują zrobić dla siebie młotki, o Liczyrzepie i skarbach Karkonoszy, i o Ziemiach Uzyskanych. Drugie opowiadanie, „Czarny jatagan” to historyjka detektywistyczna, w której Storm z łatwością odnajduje zaginiony czarny jatagan, historyczną pamiątkę, którą skradziono z kościoła. I wreszcie trzecie, „Drogi przez morze”, wyraźnie główne, bo dwa wcześniejsze robią za wypełniacze, o epidemii covid-19, ratunkowej wyprawie Storma do Wenecji, po przyjaciela, Arka, który tam zachorował. Wlokło się to i wlokło, Storm kombinował, jak z Arkiem wydostać się z Wenecji, prezentując przy okazji swoje przekonania polityczne, w końcu sam się zaraził. Kiedy z prób wyjazdu nic nie wychodziło i robiło się tak nudno, że już miałem sobie darować resztę, pojawił się Przewoźnik Dusz i teleportował ich obu do Szwecji, gdzie wyzdrowieli. Za to w Wenecji wystawiono im akty zgonu i zwłoki skremowano (ups!). W opowiadaniu pojawił się wątek tajemniczego doktora Skórzewskiego, ale jak się pojawił, tak się urwał.

Eksperyment ciekawy, ale z innych „dzieł” z serii "Światy Pilipiuka" rezygnuję zdecydowanie i w ciemno.

piątek, 10 lipca 2026

Niech to państwo nam daje!!!

Kiedyś na portalach książkowych częściej brałem udział w dyskusjach na temat zarobków pisarzy, o czym pewne pojęcie akurat mam, i zwykle pisałem coś w tym stylu:

a) Dane z roku 2024. Każdego dnia wydawanych jest 68 tytułów. Także w niedziele i święta, dla równego rachunku. 93% (szacunek mój) to śmieci, romansidła pisane przez gospodynie domowe i poprawiane przed redaktorów. Co nie oznacza, żeby nabrały jakiejkolwiek wartości. Grafomanom coraz bardziej przestaje wystarczać, że w swoim i rodziny przekonaniu, są pisarzami. Chcą jeszcze za te swoje twory dostawać pieniądze.

b) Jęki typu „komuno wróć”, czyli niech państwo COŚ zrobi, żeby nam dawali pieniądze. Poza niewielkimi wyjątkami grupa autorek i autorów nie rozumie i zrozumieć nie chce realiów gospodarki rynkowej. I nazywanie ich królowymi polskiego romansu i mistrzami polskiego kryminału nic tu nie zmienia. Po prostu – miernota słabo się sprzedaje. W czym zapewne nic dziwnego.
Fakt, że w ogóle się sprzedaje, to akurat specyfika naszych czytelników, którzy potrafią, owszem, poznać i odkryć ciekawy pomysł, nietuzinkową fabułę, ale zwykle nie odróżniają dobrego warsztatu pisarskiego od złego, dobrego pisarstwa od grafomanii. No, nie wszyscy, rzecz jasna.

Czy coś z tego wynika? Ano zupełnie nic. Miernoty coraz więcej, książki coraz droższe i tylko pytania takie same: czemu nie zarabiamy kroci???

To są książki, które w Klubie Recenzenta można dostać za darmo. Za wysyłkę też wydawca zapłaci. Byle napisać o nich jakąś opinię. I… nikt ich nadal nie chce. Tygodniami i miesiącami tam wiszą.


sobota, 4 lipca 2026

Gdy ufać nie możesz nikomu

 „Zaufaj mi” – Jeff Abbott

Henry Shawcross kieruje firmą analityczno-doradczą, która na zlecenie rządu bada zjawisko terroryzmu i stara się przewidzieć kolejne zamachy czy ataki. Shawcross, niegłupi facet, odkrywa szybko, że największą skuteczność swoich badań będzie osiągał wtedy, kiedy sam te ataki terrorystyczne będzie planował i (z dobranym zespołem) organizował.

Luke Dantry, student psychologii i pasierb Henry'ego Stawcrossa, wykonuje dla ojczyma pewne badania i obserwacje w internecie. Stawcross proponuje mu nawet pracę na pełny etat.

Wszystko komplikuje się, gdy do akcji włącza się jeszcze jedna organizacja terrorystyczna. Luke Dantry zostaje porwany, za jego życie porywacze żądają 50 milionów dolarów. Stawcross nie próbuje negocjować, przeciągać sprawy – po prostu oznajmia, że nie zapłaci. Luke słyszy tę rozmowę i czuje się zdradzony.

W tym momencie następuje magiczna zmiana. Luke Dantry, wprawdzie 190 centymetrów wzrostu, ale ciamajda i ciepłe kluchy, zmienia się w Rambo. Ucieka porywaczom, walczy z nimi i świetnie sobie z tym radzi – w końcu ma szczytny cel: uratować swoje życie, oczyścić dobre imię, odkryć, co naprawdę stało się z rodzicami i jeszcze takie tam… uratować świat, a przynajmniej Amerykę.

Powieść nie jest może zła, ale mocno naiwna i przesadnie pokomplikowana, za to z bardzo dynamiczną akcją.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Problematyczne pomysły pań

 „Ślepy trop” – Jørn Lier Horst

Line, wnuczka komisarza Williama Wistinga, początkująca dziennikarka śledcza, kupuje dom w Larviku, bardzo blisko domu swojego dziadka. Line jest w dziewiątym miesiącu ciąży z jakimś Amerykaninem, który na scenie się nie pojawia.
Sofie Lund, wnuczka znanego przestępcy, Franka Mandta, dziedziczy po nim dom – osiemdziesięcioletni Mandt uległ wypadkowi w swoim domu, spadł ze schodów do piwnicy i zmarł z powodu licznych obrażeń. Sofie Lund, samotna matka rocznej córeczki Mai, dziadka nienawidziła i nienawidzi nadal, nazywając Starcem i ma to wydźwięk bardzo negatywny. Frank Mandt wrobił w przestępstwo narkotykowe matkę Sofie, a swoją córkę, i przez niego trafiła ona do więzienia, gdzie popełniła samobójstwo. Odziedziczony po Starcu dom też jest nieopodal domu Line. Młode kobiety spotykają się przypadkiem na mieście, przypominają, że kiedyś chodziły razem do szkoły, zaprzyjaźniają się, spędzają razem wiele czasu.

Podczas remontu i wywożenia gratów po Starcu, w piwnicy dawnego domu Mandta Sofie Lund odkrywa sejf tak duży, że wynieść z budynku raczej się go nie da bez burzenia ścian. Sejf jest zamknięty, więc Sofie wzywa ślusarza, specjalistę, któremu po kilku godzinach udaje się otworzyć sejf. Obecna jest też przy tym Line.
Kobiety znajdują w sejfie pistolet, mnóstwo pieniędzy, z czego część znaczona specjalną farbą, jak się to robi w przypadku łupów z napadów lub okupów, jakieś dokumenty i kasety magnetofonowe z nagraniami – na razie nie wiadomo, czego.

W tym momencie zaczynają się w powieści Horsta dziać dziwności. Nie wiem, czy to młode Norweżki są tak pokręcone, czy może macierzyństwo tak na nie wpływa, ale kobiety zaczynają wymyślać, nie wiadomo po co, zupełnie nieprawdopodobne historie. Może jeszcze dałoby się zrozumieć Sofie Lund, o której za wiele nie wiadomo, ale wnuczka komisarza policji, dziennikarka??? Najpierw planują wyrzucić pistolet do morza. Ostatecznie jednak Line oddaje go dziadkowi (komisarzowi), zastrzegając anonimowość. Policja szybko odkrywa, że broni używano podczas przestępstw, więc dalsze granie wariata i udawanie, że nie wiadomo, skąd pochodzi, nie jest już możliwe.
Znaczone pieniądze, ogromną sumę, panie postanawiają wysłać anonimowo w prezencie jakiejś organizacji zajmującej się zwalczaniem narkomanii. Organizacja, co oczywiste, natychmiast zawiadamia policję. Itp.

Komisarz William Wisting, główny bohater Horsta, wraz ze swoim zespołem od miesięcy poszukuje taksówkarza i jego samochodu. Policja podejrzewa, że taksówkarz mógł być powiązany z ciemnymi sprawkami Franka Mandta, ale dowodów na to nie ma żadnych.

Powieść, na poważnie, zaczyna się, gdy przypadkowo zostają znalezione zwłoki taksówkarza, a niedługo potem, w szopie dzierżawionej przez Mandta, jego taksówka.

„Ślepy trop” to typowy skandynawski kryminał. Ciekawa, bardzo ciekawa fabuła, ale… sporo dłużyzn, wątków bez znaczenia dla opisywanej akcji, i prawie żadnej sensacji. Policjanci w powieści Horsta są urzędnikami państwowymi, to nie są gliniarze pokroju Brudnego Harry’ego. Jednym się to spodoba, innym niekoniecznie.

niedziela, 21 czerwca 2026

Blaski i cienie w życiu agenta

 „Wilczy bilet” – Kacper Młyńczak

Powieść szpiegowsko-sensacyjno-przygodowa, dotycząca polskich służb, ich tajnych operacji, różnych agencji oraz zawirowań w tym środowisku, wywołanych zmiennymi układami politycznymi. Oczywiście wszystko to mocno przerysowane, ale to przecież miała być rozrywka, a nie dokument. Tak więc powieścią rozrywkową „Wilczy bilet” jest całkiem niezłą. Z tych, co to trudno się oderwać, bo czytelnikowi naprawdę zależy, żeby dowiedzieć się, jak się to ostatecznie zakończy.

Major Leopold Kryński próbował ewakuować agenta polskich służb, Wadima, z Ukrainy, któremu wydawało się, że został zdemaskowany. Podczas tej akcji, nieautoryzowanej zresztą przez polskie służby, coś mocno poszło nie tak – ranni ukraińscy policjanci i cywile, trup w rzece, skandal dyplomatyczny. Kryński, zwany w środowisku jako Leo („Psy”, Franciszek Maurer ksywa Franc, stworzyły pewną manierę) musiał odejść ze służby i obiecać, że nie pojedzie nigdy więcej do Ukrainy. W zamian obiecano mu, że nie będzie śledztwa i oskarżeń w jego sprawie. Jednak do dżentelmeńskich umów, jak to często powtarza się w powieści, potrzeba przynajmniej dwóch dżentelmenów. Kapitan Orest Ziętara, zaprzysięgły wróg Kryńskiego i jego metod, postanowił wznowić sprawę i doprowadzić do przykładnego ukarania byłego majora wywiadu, który teraz zarabia na skromniutkie utrzymanie jako korektor w wydawnictwie poradników dla tych, którzy chcą zmienić swoje życie, ale dopiero od jutra, bo najpierw muszą przeczytać, jak to się robi.

Kornel Lipiński, polski miliarder, proponuje Kryńskiemu zadanie odszukania swojego syna, Mikołaja, młodego dziennikarza śledczego, z którym kontakt nagle się urwał. Brak adrenaliny, praca korektora raczej jej nie dostarcza, ale także pieniędzy, skłania Leopolda Kryńskiego do przyjęcia oferty. Szybko jednak okazuje się, że ślad wiedzie do Ukrainy i nie chodzi o proste porwanie dla okupu, ale skomplikowaną grę operacyjną rosyjskich służb specjalnych.

Jak na debiut powieść napisana została całkiem sprawnie, może nawet wyjątkowo dobrze. Wprawdzie miałem zamiar wtrącić coś o lokowaniu produktu, ale dałem spokój.

„Obrócił Red Roses Speedway Wingsów na drugą stronę. Ucieszył się to na niej był jego ulubiony numer na płycie – instrumentalny Loup (1st Indian on the Moon). Podkręcił głośność i wrócił do laptopa” [1].

„Wyjął z kieszeni IQOS-a. Zajrzał do barku w salonie. Koniak – Martel XO, whisky Cardhu 18YO, szampan – Bollinger 2004, wódki – Grey Goose oraz Baczewski” [2].

Młodemu autorowi po prostu wydawało się, że historia stanie się lepsza, jeśli napcha do niej sławnych i wyjątkowo drogich marek. Marek alkoholi, ubrań, zegarków, samochodów itp. Wyszło odrobinę infantylnie, ale to stosunkowo drobny mankament.

„Ukrainiec zauważył, że jego tymczasowy przełożony zachowuje się w ten sposób, kiedy zamierza powiedzieć coś przenikliwego. Zazwyczaj kończyło się właśnie na zamiarach, bo złote myśli Kryńskiego niosły wiele słów, lecz mało treści.
/…/
Pierwszy raz zdarzyło się, by zamiast rzucić głupi żart, miałki aforyzm albo szorstki rozkaz, zwyczajnie poprosił o opinię” [3].

Kacper Młyńczak całkiem sprawnie uniknął, często popełnianego przez nowicjuszy błędu, to jest nie zaprezentował głównego bohatera, jako połączenia Rambo, Jamesa Bonda, Johna Wicka i kogo tam jeszcze. Kryński nie jest herosem czy nadczłowiekiem, cechuje go sporo wad i słabości, a jedną z nich jest rozwijająca się choroba alkoholowa. Jak wiadomo, alkoholicy zawalają mnóstwo spraw życiowych i zawodowych, bo w najbardziej nieodpowiednich momentach po prostu muszą się napić.

Historia kończy się satysfakcjonująco, ale z drobną furtką, która w przyszłości mogłaby umożliwić kontynuację losów czy przygód Leopolda Kryńskiego. Nie miałbym nic przeciwko temu, a jeśli Młyńczak napisze coś jeszcze, to chętnie przeczytam. Dobra robota.



---
[1] Kacper Młyńczak, „Wilczy bilet”, Muza, 2026, s 108.
[2] Tamże, s. 168.
[3] Tamże, s. 210.