„Wilczy bilet” – Kacper Młyńczak
Powieść szpiegowsko-sensacyjno-przygodowa, dotycząca polskich służb, ich tajnych operacji, różnych agencji oraz zawirowań w tym środowisku, wywołanych zmiennymi układami politycznymi. Oczywiście wszystko to mocno przerysowane, ale to przecież miała być rozrywka, a nie dokument. Tak więc powieścią rozrywkową „Wilczy bilet” jest całkiem niezłą. Z tych, co to trudno się oderwać, bo czytelnikowi naprawdę zależy, żeby dowiedzieć się, jak się to ostatecznie zakończy.
Major Leopold Kryński próbował ewakuować agenta polskich służb, Wadima, z Ukrainy, któremu wydawało się, że został zdemaskowany. Podczas tej akcji, nieautoryzowanej zresztą przez polskie służby, coś mocno poszło nie tak – ranni ukraińscy policjanci i cywile, trup w rzece, skandal dyplomatyczny. Kryński, zwany w środowisku jako Leo („Psy”, Franciszek Maurer ksywa Franc, stworzyły pewną manierę) musiał odejść ze służby i obiecać, że nie pojedzie nigdy więcej do Ukrainy. W zamian obiecano mu, że nie będzie śledztwa i oskarżeń w jego sprawie. Jednak do dżentelmeńskich umów, jak to często powtarza się w powieści, potrzeba przynajmniej dwóch dżentelmenów. Kapitan Orest Ziętara, zaprzysięgły wróg Kryńskiego i jego metod, postanowił wznowić sprawę i doprowadzić do przykładnego ukarania byłego majora wywiadu, który teraz zarabia na skromniutkie utrzymanie jako korektor w wydawnictwie poradników dla tych, którzy chcą zmienić swoje życie, ale dopiero od jutra, bo najpierw muszą przeczytać, jak to się robi.
Kornel Lipiński, polski miliarder, proponuje Kryńskiemu zadanie odszukania swojego syna, Mikołaja, młodego dziennikarza śledczego, z którym kontakt nagle się urwał. Brak adrenaliny, praca korektora raczej jej nie dostarcza, ale także pieniędzy, skłania Leopolda Kryńskiego do przyjęcia oferty. Szybko jednak okazuje się, że ślad wiedzie do Ukrainy i nie chodzi o proste porwanie dla okupu, ale skomplikowaną grę operacyjną rosyjskich służb specjalnych.
Jak na debiut powieść napisana została całkiem sprawnie, może nawet wyjątkowo dobrze. Wprawdzie miałem zamiar wtrącić coś o lokowaniu produktu, ale dałem spokój.
„Obrócił Red Roses Speedway Wingsów na drugą stronę. Ucieszył się to na niej był jego ulubiony numer na płycie – instrumentalny Loup (1st Indian on the Moon). Podkręcił głośność i wrócił do laptopa” [1].
„Wyjął z kieszeni IQOS-a. Zajrzał do barku w salonie. Koniak – Martel XO, whisky Cardhu 18YO, szampan – Bollinger 2004, wódki – Grey Goose oraz Baczewski” [2].
Młodemu autorowi po prostu wydawało się, że historia stanie się lepsza, jeśli napcha do niej sławnych i wyjątkowo drogich marek. Marek alkoholi, ubrań, zegarków, samochodów itp. Wyszło odrobinę infantylnie, ale to stosunkowo drobny mankament.
„Ukrainiec zauważył, że jego tymczasowy przełożony zachowuje się w ten sposób, kiedy zamierza powiedzieć coś przenikliwego. Zazwyczaj kończyło się właśnie na zamiarach, bo złote myśli Kryńskiego niosły wiele słów, lecz mało treści.
/…/
Pierwszy raz zdarzyło się, by zamiast rzucić głupi żart, miałki aforyzm albo szorstki rozkaz, zwyczajnie poprosił o opinię” [3].
Kacper Młyńczak całkiem sprawnie uniknął, często popełnianego przez nowicjuszy błędu, to jest nie zaprezentował głównego bohatera, jako połączenia Rambo, Jamesa Bonda, Johna Wicka i kogo tam jeszcze. Kryński nie jest herosem czy nadczłowiekiem, cechuje go sporo wad i słabości, a jedną z nich jest rozwijająca się choroba alkoholowa. Jak wiadomo, alkoholicy zawalają mnóstwo spraw życiowych i zawodowych, bo w najbardziej nieodpowiednich momentach po prostu muszą się napić.
Historia kończy się satysfakcjonująco, ale z drobną furtką, która w przyszłości mogłaby umożliwić kontynuację losów czy przygód Leopolda Kryńskiego. Nie miałbym nic przeciwko temu, a jeśli Młyńczak napisze coś jeszcze, to chętnie przeczytam. Dobra robota.
---
[1] Kacper Młyńczak, „Wilczy bilet”, Muza, 2026, s 108.
[2] Tamże, s. 168.
[3] Tamże, s. 210.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz