„Rzeźbiarz śmierci” – Chris Carter
Derek Nicholson, umierający na raka prokurator, zostaje w swoim domu brutalnie zamordowany. Torturowano go przed śmiercią, dokonano wielu amputacji, a z fragmentów ciała, przy pomocy drutu i kleju super glue, zabójca stworzył coś w rodzaju rzeźby czy figury o zupełnie niezrozumiałym (początkowo) znaczeniu.
Wkrótce potem, na jachcie, odnalezione zostaje kolejne ciało – byłego policjanta. Sprawca, nazwany przez media Rzeźbiarzem, też go torturowani, a z jego szczątków skonstruował kolejną rzeźbę.
Śledztwo prowadzi genialny detektyw Robert Hunter i jego partner, Carlos Garcia z wydziału zabójstw policji w Los Angeles; pomaga im genialna śledcza z biura prokuratora, Alice Beaumont, specjalistka od komputerów.
Byłaby to pewnie bardzo dobra powieść sensacyjna, świetny thriller, ale ze względu na dwa mankamenty, jest tylko dobra.
Pierwszy: nieprawdopodobna przesada. Pokawałkowane ciało prokuratora znalazła pielęgniarka. Ten widok był dla niej tak wstrząsający, że już nigdy nie mogła pracować w służbie zdrowia, a gdyby miała pieniądze, bardzo przydałaby się jej przynajmniej dziesięcioletnia psychoterapia. Dziwne te amerykańskie pielęgniarki… Policjanci lub strażacy, który na miejscach katastrof drogowych, lotniczych lub kolejowych, stykają się z częściami zwłok, też w tym momencie kończą karierę i nadają się jedynie na terapię?
Robert Hunter i Alice Beaumont byli genialnymi dziećmi i nadal ich inteligencja wielokrotnie przekracza zdolności umysłowe/intelektualne ich szefów, a właściwie wszystkich w koło. Oboje w swoich urzędach zajmują poślednie stanowiska. Ups!
Drugi: akcja zawsze, w stu procentach przypadków, urywa się w najciekawszym momencie, pod koniec rozdziału i zawsze kolejny rozdział jest o czymś innym. To znana maniera średniej klasy pisarzy i dość prymitywna sztuczka, świadcząca o sporej dawce infantylizmu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz