środa, 18 marca 2026

Vonnegut jakiego nie znałem

 „Listy” – Kurt Vonnegut

Byłem starszym nastolatkiem, kiedy mentorką w temacie moich lektur na kilka lat stała się ciotka, starsza ode mnie o zaledwie dwanaście lat. Do dziś jestem jej wdzięczny, bo podsunęła mi wtedy książki, których sam nie znalazłbym pewnie do dziś. Ich lektura znacząco wpłynęła na mój intelektualny i emocjonalny rozwój, weryfikowała moje przekonania, pomagała odkrywać nowe horyzonty. Były to” Życie przed sobą”, „Niech pana Bóg błogosławi panie Rosewater”, „Ikowie, ludzie gór”, „Rzeźnia numer pięć”, „Śniadanie mistrzów”, „Mały Wielki Człowiek” i mnóstwo innych.
Do niektórych powieści Vonneguta wracałem ze dwa-trzy razy, nie będąc pewnym, czy za pierwszym czytaniem wszystko dobrze zrozumiałem. Przy tej okazji uczyłem się też odróżniać dobre powieści, wartościowe pisarstwo, od wyrobów królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji, które zalały polski rynek książki wiele lat później.

O autorze „Kociej kołyski” początkowo nie wiedziałem zupełnie nic i przez kolejne lata jakoś zupełnie mi to nie przeszkadzało. Liczyła się tylko fabuła, warsztat pisarski i akcja, a nie autor, wstępy czy prologi. Tak, tak wtedy czytałem.

W trakcie lektury „Listów” pomocne bywają komentarze, wyjaśnienia i uwagi Dana Wakefielda, amerykańskiego powieściopisarza, dziennikarza i scenarzysty, stypendysty Rockefellera w dziedzinie pisarstwa (zmarł w 2024 roku) i przyjaciela Kurta Vonneguta z Shortridge High School. Bez nich byłoby czasem trudno zorientować się, o co chodzi, do jakich spraw i zdarzeń odnosi się autor listu, o kim pisze – Vonnegut zapewne nie pisał swoich listów, i to przez ponad pół wieku, do bardzo różnych ludzi, przewidując z góry, że kiedyś zostaną one zebrane i wydane.

„Listy” Kurta Vonneguta są realną korespondencją, a nie jedynie formą literacką, jak na przykład „Listy Nikodema”, których autorem jest Jan Dobraczyński, a nie ewangeliczny Nikodem, członek Sanhedrynu; dobra książka, tak przy okazji. Realnym zbiorem listów są też „Listy” J.R.R. Tolkiena albo korespondencja Stanisława Lema ze Sławomirem Mrożkiem, czy wreszcie Mrożka i Józefa Czapskiego. Chodzi o to, że listy miewają różne formy i odmiany, i pisane bywały do różnych osób, z różnych okazji. Tak – bywały, bo ta forma zanika i to w błyskawicznym tempie. Można jeszcze czasem liczyć na wznowienia lub dodruki, ale listów nie pisze już nikt. Zbiory esemesów i e-maili to jednak nie to samo.

„Listy”, zwłaszcza pisane tak długo i do tak wielu różnych adresatów (rodzina, znajomi, przyjaciele, inni pisarze, czytelnicy, politycy, krytycy itd.) stanowią z jednej strony swoistą autobiografię ich autora, mapę jego przemyśleń i przekonań, ale też zapis pewnej epoki, bo Vonnegut pisał nie tylko o sztuce/pisarstwie, ale też o polityce, życiu prywatnym, przekonaniach i stu innych codziennych rzeczach.

Pewnych problemów przysparzała mi typografia, to jest sposoby formatowania tekstu – przyzwyczaiłem się, że w przypadku cytatów – tu treści listów – zastosowane będą italiki (kursywa), ale w tym przypadku bywa odwrotnie, i chyba nie zawsze konsekwentnie. Zwiększonej uwagi wymaga więc rozróżnianie, co napisał Vonnegut, a co Dan Wakefield.

Nie jestem pewien, czy zawsze rozumiałem poczucie humoru autora listów. Czy „Umowę pomiędzy Kurtem Vonnegutem Jun. i Jane C. Vonnegut, obowiązującą od niedzieli 26 stycznia 1947”, a dotyczącą podziału obowiązków domowych, należy traktować poważnie, czy to tylko żart? Czy lista firm, proponujących Vonnegutowi zatrudnienie, była prawdziwa, czy może to jego kpiny w związku z trudnościami w znalezieniu pracy?

Przestałem sobie wyrzucać brak poczucia humoru, gdy przeczytałem:

Błędnie założyłem, że wujek Alex zna moją sytuację i w okrytym hańbą nazwisku Guy Fawkes rozpozna pseudonim, a tym samym zrozumie, że ten list to przepyszny rodzinny żart. Tymczasem wujek wpadł w amok, poszedł z listem do prawnika, zapytał jakie może podjąć kroki prawne, aby odzyskać dobre imię, i zapowiedział, że napisze do prezesa GE list z informacją, że jeden z jego pracowników nie zna wartości dolara [1].

Najwyraźniej nawet członkowie rodziny nie zawsze rozumieli jego żarty.

Druga trudność, ale już ostatnia. Listy pisane w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, dotyczące lokalnych spraw, zdarzeń, osób (być może ważnych wtedy, w niewielkim mieście), po kilkudziesięciu latach i w innym kraju nie muszą być w pełni zrozumiałe obecnie, nawet mimo komentarzy Wakefielda. To jednak drobny dyskomfort, ale nic więcej. Nie czytałem „Listów”, żeby dowiedzieć się konkretów o gospodarce w Schenectady w 1946 roku czy nawykach prezesa GE – „Listy” to pisarstwo, warsztat, kunszt, artyzm, specyficzny ogląd świata, przekonania genialnego pisarza. I, jako takie, są znakomite.
Książka wzbogacona o kilka szkiców autora i kilkanaście fotografii – szkoda, że nie więcej. Ostatecznie – pozycja bardzo dobra, ale dla wymagających czytelników, tych, którzy znają i cenią powieści i opowiadania Kurta Vonneguta.

W pewnym momencie przyszło mi na myśl pytanie: po co pisać setki albo i tysiące listów, z jakiego powodu Vonnegut to robił? Być może znalazłem odpowiedź, choć zupełnie gdzieś indziej. Ale możliwe też, że kompletnie nie mam racji…

Po jednej stronie jest jasność, ufność, wiara, piękno ziemi, zdolność ludzi do entuzjazmu, po drugiej ciemność, zwątpienie, niewiara, okrucieństwo ziemi, zdolność ludzi do zła. Kiedy piszę, pierwsza strona jest prawdziwa, kiedy nie piszę, druga. Czyli muszę pisać, żeby uchronić się przed rozpadem. Niewiele w tym stwierdzeniu filozofii, ale sprawdzone jest doświadczalnie [2].





---
[1] Kurt Vonnegut, „Listy”, przekład: Tomasz Biedroń, wyd. Zysk i s-ka, s. 52.
[2] Czesław Miłosz „Piesek przydrożny”, Wydawnictwo Znak, 2011, s. 105.






Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz