wtorek, 18 marca 2008

Światy Witkacego

„Mahatma Witkac” – Joanna Siedlecka


Już podczas lektury pierwszych rozdziałów, przypomniało mi się określenie, znane pewnie wszystkim tym, którzy do jakichś tam szkół kiedyś uczęszczali, a brzmi ono – pytać „na wyrywki”.
Duża partia materiału z jakiejś dziedziny, nie ma więc możliwości, żeby egzaminator lub nauczyciel sprawdził, czy uczeń zna to wszystko, ale zadając kilka, kilkanaście takich właśnie „wyrywkowych” pytań, może określić poziom wiedzy odpytywanego z dość dużą dokładnością.

Wielokrotnie w swoim życiu szkolnym (a tak – może nie sprawiam takiego wrażenia, ale i ja pobierałem kiedyś nauki w szkołach rozmaitych) byłem pytany „na wyrywki” i faktycznie, zawsze okazywało się, że jeśli możliwych pytań było na przykład tysiąc, ja znałem odpowiedzi na piętnaście, nauczyciel zadawał dwanaście pytań, to nie było żadnej realnej szansy, żeby trafił akurat na wszystkie te pytania, na które potrafiłem odpowiedzieć.

Zawsze jednak powtarzam, że szkoła za tak zwanej „komuny” (fuj, fuj, fuj!) aż taka zła nie była, bo z opisanych wyżej wydarzeń wyniosłem bardzo cenną i niezwykle przydatną wiedzę czy też umiejętność. Jako dorosły człowiek zbyt często odpytywany „na wyrywki” nie bywałem, ale szkoła nauczyła mnie, że przecież sytuację można odwrócić – jeśli na dany temat nie wiem nic, a w towarzystwie chcę zrobić wrażenie znawcy, to wystarczy przecież, żebym przed spotkaniem nauczył się z określonej dziedziny kilkunastu niewielkich drobiazgów – tyle powinno mi się przecież udać nawet z energetyki jądrowej. Następnie operując nimi z wytrenowaną nonszalancją, skacząc lekko i ze swadą od jednego „wyrywka” do drugiego, mogę przy całej swojej indolencji w tej dziedzinie zostać uznany za eksperta.

Dokładnie takie wrażenie mam i miałem podczas czytania „Mahatmy Witkaca”. Joanna Siedlecka na pierwszych stronach swojej książki oszołomiła mnie ogromną wiedzą na temat rodziny Witkiewicza. Wiedziała nawet, że jakąś z jego krewniaczek nazywano „cioką”, a inną „bodziel” – rewelacja, prawda?!
Kiedy jednak oszołomienie mi minęło, a minęło szybko, zacząłem się zastanawiać, czy te informacje pomagają mi jakoś poznać, zrozumieć Witkacego? Wyszło mi, że chyba jednak nie. Kiedy na dodatek okazało się, że nie ma w książce żadnego wyjaśnienia, czemu panie nosiły tak dziwaczne przydomki (tego „wyrywek” już nie przewidywał?), cała ta informacja zrobiła się jeszcze bardziej bezwartościowa.
Podczas całej lektury czułem się przez Joannę Siedlecką zasypywany takimi właśnie „wyrywkami”, szczegółami, drobiazgami, zza których tylko gdzieniegdzie wyłaniała się jakaś istotna informacja biograficzna.

Książka ma charakter reporterski i robi wrażenie pozlepianej z pojedynczych artykułów gazetowych czy felietonów. Ich autorka znakomicie operuje zaimkami osobowymi, dzierżawczymi oraz wieloma innymi zamiennikami konkretnych imion i nazwisk. No i bardzo dobrze, ale… może nie do końca.
W osobnym artykule owe zamienniki nie stanowiłyby oczywiście żadnego problemu, jednak w książce bardzo irytujące i uciążliwe jest to, że w każdym właściwie rozdziale „on”, „ojciec”, „u nas” i podobne, oznaczają zupełnie inne osoby i miejsca.

Mocno rażą mnie, występujące w książce bardzo często, postacie Lilki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Madzi Samozwaniec, Gucia Potockiego (a może Radziwiłła, już nie pamiętam) i inne takie. Uczono mnie kiedyś, ale to już nie w szkole, a w domu, że nawet jeśli rzeczywiście znamy kogoś ważnego, jesteśmy z nim po imieniu, albo nawet wiemy, jaką ma domowe przezwisko, nie należy tego typu rewelacjami popisywać się wśród innych osób, które owej osobistości nie znają tak dobrze, albo i wcale.
Oczywiście istnieje taka ewentualność, że to rozmówczynie Siedleckiej używają takich zdrobnień, bo – tu kolejny problem – Siedlecka pisze o sobie w pierwszej osobie (np. rozmawiałam z panią Kowalską), ale też tej samej formy używa czasem powtarzając słowa interlokutorki (np. spotkałam Witkacego w Zakopanem) bez zaznaczenia, że jest to cytat. Czyli kolejny problem, tym razem czysto warsztatowy.

„Mahatma Witkac” jest książką biograficzną o Stanisławie I. Witkiewiczu w bardzo ograniczony sposób. Powiedziałbym, że jest to raczej zbiór relacji o różnych osobach, które go kiedyś znały, spotkały, były spokrewnione z nim bliżej lub dalej.

Sugestię, że Witkiewicz popełnił samobójstwo w 1939 roku, bo nie chciał żyć w komunistycznej czy socjalistycznej Polsce, wydają mi się wyjątkowo i na silę naciągane. Jesienią 1939 PRL była w Polce ewentualnością równie możliwą, jak demokracja ateńska. Wierzę natomiast, że wpływ na tą decyzję mogło mieć wkroczenie Rosjan na wschodnie tereny Polski 17 września. Witkiewicz mógł się Rosjan obawiać, w końcu znał ich dobrze, próbował robić karierę w rosyjskim wojsku.

Chciałbym też zwrócić uwagę na dwa elementy, dzięki którym „Mahatma Witkac” jest (według mnie) jednak i mimo wszystko pozycją wartą uwagi.
Dzięki Siedleckiej dostałem potwierdzenie wielu wiadomości i informacji o różnych ludziach tamtej epoki, które miałem już z innych źródeł. Choćby związek Worcella z Marią Kasprowiczową, choćby to, że „622 upadki Bunga czyli Demoniczna kobieta” miało być faktycznie rodzajem osobistego brulionu i Witkacy (ani jego bliżsi krewni) nigdy nie przewidywali i nie wyrażali zgody na jego publikację, itp.

Wiele nowego o Witkiewiczu się nie dowiedziałem. To, że w powszechnej opinii sobie współczesnych, nawet wielu członków rodziny, uważany był za miernego pisarza, kiepskiego malarza, niewydarzonego dramaturga, filozofa amatora, ćpuna, alkoholika, dziwkarza i skandalistę, to przecież żadna rewelacja. Mimo to jednak książka Joanny Siedleckiej ma jakiś bliżej niesprecyzowany czar i urok. To takie, może czasem plotkarskie, ale głównie nostalgiczne wspomnienie ludzi i czasów, jeszcze nie tak dawnych, ale jednak bezpowrotnie minionych. Przypominają o tym przypisy, z których wiele ma postać – zmarła w 1989 roku, zmarła w 1987 roku, zmarła…