czwartek, 1 stycznia 2026

Jak odkryłem dwóch Childów

 „Obsydianowa komnata” – Lincoln Child, Douglas Preston

Żenująco naiwna i tak przesadzona lub przerysowana, że rodzi to niesmak. O takim drobiazgu, że jest to część dalsza czegoś tam, to już nie wspomnę. Dałem sobie spokój z tą historią mniej więcej w połowie. Kompletnie nie interesowało mnie, jak się ta urojona historia skończy.
Dlaczego sięgnąłem po tę książkę? Bo Lee Child pomylił mi się z Lincolnem Childem.

piątek, 26 grudnia 2025

Amerykanie i Wietnamczycy

 „List z Wietnamu” – Nelson DeMille

Przeczytałem kiedyś „Złote Wybrzeże” i z ogromną przyjemnością odkryłem, że nadal zdarzają się autorzy powieści sensacyjnych, którzy poza pomysłami na nietuzinkową fabułę, dysponują także bardzo dobrym warsztatem pisarskim. Są po prostu w swojej twórczości artystami i to wysokiej klasy. Niestety, nie każda powieść DeMille jest taka dobra. „Plum Island” na przykład podobała mi się średnio; nawet nie jestem pewien, czy ją skończyłem.

Kiedy zaczynałem czytać „List z Wietnamu” zaczęło mi się wydawać, że ja to znam, że kiedyś czytałem. Sprawdziłem swoje notatki i dopiero dzięki nim zorientowałem się, że czytałem „Córkę generała”, powieść, której fabuła poprzedza „List z Wietnamu” i stąd skojarzenia. Powieści te da się czytać oddzielnie, choć zapewne jednak lepiej byłoby poznawać je w kolejności chronologicznej.

Głównym bohaterem obu tych dzieł jest Paul Brenner, chorąży wydziału śledczego amerykańskiej żandarmerii. W „Córce generała” Brenner rozwiązuje sprawę zabójstwa kapitan Ann Campbell, której ciało znaleziono na poligonie Fortu Hadley. Podczas śledztwa Brenner odkrywa takie mnóstwo świństw – korupcja to najlżejsze, co wyszło na jaw – w armii amerykańskiej, że prawdopodobnie lepiej by było, i to dla wielu osób, gdyby zabójcy kapitan Campbell, jednak nie znalazł. Narobił sobie przy tej sprawie wielu wrogów i jedyne, co mu pozostało, to przejście na wcześniejszą emeryturę.

Paul Brenner emerytem nie był zbyt długo, gdy od swojego byłego przełożonego, otrzymał nieoficjalną propozycję rozwiązania sprawy sprzed lat trzydziestu, a więc z czasów wojny w Wietnamie. Podczas oblężenia miasta Quang Tri pewien żołnierz wietnamski widział podobno, jak amerykański kapitan zamordował porucznika, też Amerykanina. Żołnierz Wietkongu opisał to zdarzenie w liście do brata, który wkrótce zginął. Po kilkudziesięciu latach, i w sposób mocno pokomplikowany, list wypłynął na światło dzienne. Kiedy jeszcze okazało się, że personalia kapitana mordercy mogą znajdować się na Murze, to jest osławionym monumencie Weteranów Wojny w Wietnamie, zawierającym listę nazwisk poległych bohaterów, armia musiała rozwikłać zagadkę. Nazwisko kogoś takiego nie może znajdować się w takim miejscu.

Były chorąży Paul Brenner, już jako osoba prywatna, leci do Wietnamu, by ewentualnie odnaleźć nadawcę listu. Misja jest tajna i niebezpieczna. Komunistyczny reżim w Wietnamie kocha dolary, ale byłych amerykańskich żołnierzy, zdecydowanie mniej.

Bardzo dobra powieść. Wielowątkowa, bo nie tylko sensacyjna. Sporo uwagi autor poświęca wojnie w Wietnamie – wtedy, gdy trwała, i obecnie, po latach.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Beznadziejne życie prawnika

 „Król kłamstw” – John Hart

Głównym bohaterem jest około trzydziestoletni prawnik, Jackson Workman Pickens, nazywany przez wszystkich, łącznie z żoną, „Work” (Praca). Jest miernym prawnikiem w kancelarii swojego ojca, wybitnego prawnika, Ezry Pickensa, w Północnej Karolinie.
Jacksona męczy zawód prawnika (zarabia może z dziesięć procent tego, co ojciec), nie kocha żony, Elżbiety, nie ma dzieci, o których kiedyś bardzo marzył. Wydaje się, że w każdej dziedzinie życia jest człowiekiem przegranym.

Matka Jacksona straciła życie w wypadku, spadła ze schodów w domu, a zaraz potem jego ojciec zaginął. Powieść zaczyna się, gdy po półtorarocznych poszukiwaniach, znalezione zostało ciało Ezry Pickensa z dwoma kulami w głowie.

Połowa książki to typowa amerykańska powieść społeczno-obyczajowa, której motywem jest wpływ apodyktycznego ojca na syna, córkę i każdego, kogo udało mu się podporządkować. Dopiero druga połowa to kryminał – Ezra Pickens zostawił synowi w testamencie piętnaście milionów dolarów (córkę pominął zupełnie), a więc pojawił się motyw zabójstwa.

Średniej jakości powieść sensacyjna z irytującym głównym bohaterem i ckliwym zakończeniem.

piątek, 12 grudnia 2025

Tak, świat trwa, ale i co z tego?

 „A świat trwa” – László Krasznahorkai

Chciałoby się zadać retoryczne pytanie: owszem, świat trwa, ale i co z tego, co w związku z tym? Trwa, to prawda, ale my nadal miotamy się w tym swoim świecie i życiu, bez świadomości czy zrozumienia, o co tu w ogóle chodzi, jaki to ma sens, co tu w ogóle robimy. Czyżby wydawało nam się, że nadmierną aktywnością zamaskujemy brak celu?

„…tymczasem gdziekolwiek błądzę myślami, wszystko prowadzi mnie do punktu wyjścia: wszystko zostawić za sobą i porzucić Ziemię, więc się odwracam i szybko ruszam przed siebie, wcale nie na Wschód ani na Południe, ani na Północ czy na Zachód, czy w jakimś określonym przez nie kierunku, lecz prosto do celu, bez chwili zatrzymania, bo wydaje mi się, że skoro człowiek chce Ziemię opuścić, uczyni najsłuszniej, kiedy szczerze się do tego przyzna i uda się w drogę…” [1].

Dwadzieścia jeden opowiadań, relacji, przemyśleń, obserwacji, czasem w wersji mikro, jak rozrzucone chaotycznie fotografie, ale to tylko pozory, bo tu nie ma chaosu, a jedynie my sami, na logikę tego, co jest, co mamy przed oczami, zgodzić się nie chcemy albo nie potrafimy.

„Znajdujemy się dokładnie w środku cynicznej samozagłady; niezbyt doskonałe dzieci niezbyt doskonałej epoki, która za każdym razem tylko wówczas uznaje się za dopełnioną, kiedy wszystkie żyjące w niej istoty, spoczywając w najgłębszym cieniu ludzkiej historii, ostatecznie osiągną swój ponury i jedynie przez pewien czas jasny cel: zapomnienie” [2].

Opowiadania laureata Nagrody Nobla 2025 to filozofia beznadziei, walki przegranej zanim jeszcze się zaczęła i bez względu na to, czy ktoś ją podjął, filozofia działań i starań, które mogą przynieść jedynie krótkotrwałe zyski, bo na długofalowe efekty szansy nie ma i nigdy nie było. Beznadziejna jest nie tylko sytuacja porzuconego kosmonauty, ale też kobiety zmagającej się z pocztowymi wymogami, czy chłopca, który ściskając w dłoni 50 forintów, bo tyle kosztował bilet, czeka na swoją kolej, by zobaczyć wieloryba.

László Krasznahorkai znakomicie potrafi sterować emocjami czytelnika, choć są one zwykle w tonacji minorowej. Kiedy jednak w pierwszej mowie Prawa Tezeusza (jeden z rozdziałów) natknąłem się na cyrk z ogromnym wielorybem, jako jedyną atrakcją, poczułem ciepło, a nawet wzruszenie, jakbym wracał do domu długiej podróży*.

Podczas lektury często natykałem się na fragmenty, które – jak podejrzewam – nie do końca rozumiem, a może i wcale, albo takie, które skłaniały do głębszych przemyśleń. Natomiast polemicznych, to jest skłaniających do określenia własnej postawy wobec czegoś, do przeciwstawienia swoich przekonań, raczej niewiele. Na przykład to:

„…żyć zgodnie z nakazem moralności nie jest naszą zasługą, po prostu nie mamy innego wyboru. Mogę żyć wbrew nakazowi, ale i tak nie uwolnię się od jego tajemniczej i trudnej do nazwania siły, która mnie z nim nierozerwalnie wiąże” [3].

Z pierwszym zdaniem nie zgadzam się, uważam, że mamy wybór, jeśli nawet nie zawsze, to bardzo często możemy zdecydować, czy postąpimy moralnie, czy nie. Przyznaje to zresztą Krasznahorkai na początku następnego zdania – mogę żyć wbrew nakazowi… Za to z powiązaniami zgadzam się w pełni Wyobrażam to sobie tak: mogę być agnostykiem, mogę być wrogo nastawiony do Kościoła katolickiego w Polsce, ale jako człowiek urodzony w XX wieku w tym kraju, nie jestem w stanie w pełni uwolnić się od szeroko pojmowanych wpływów chrześcijaństwa. Są one obecne wszędzie, w kulturze, sztuce, architekturze, literaturze, przekonaniach innych ludzi, ich, a także moim własnym systemie wartości.

Czytałem długo, bo zwykle nie więcej niż 2-3 rozdziały dziennie. Resztę czasu przeznaczonego w ciągu doby na lekturę spędzałem z powieścią sensacyjną, taką lub inną. „A świat trwa” nie czytało mi się lekko i łatwo, treść po prostu boli, a czytać szybko, byle w końcu noblistę zaliczyć, po prostu nie chciałem.




---
[1] László Krasznahorkai, „A świat trwa”, przekład Elżbieta Sobolewska, wyd. Czarne. 2025, s. 16.
[2] Tamże, s. 22.
[3] Tamże, s. 28.
* Cyrk i największy wieloryb na świecie odgrywają ważną rolę w „Melancholii sprzeciwu”.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Mroczne sekrety śląskich elit

 „Umbra” – Paulina Świst

Główni bohaterowie: prokurator Artur Cieniowski, fantastycznie zbudowany, inteligentny, wspaniały kochanek, Zofia Bojarska, adwokatka, niesamowicie atrakcyjna, seksowna, złośliwa, nadużywająca wulgaryzmów w myślach i mowie tak bardzo, że po kilku kartkach robi się to niesmaczne, pijąca tak dużo, że często kończy się to urwanym filmem (palimpsesty to jeden z typowych objawów choroby alkoholowej).
Bohaterowie nienawidzą się nawzajem i plotkują, a właściwie to szczują i ujadają, na siebie przy każdej okazji, nawet przy obcych ludziach. Oznacza to, że ostatecznie wylądują w łóżku, jednak nie spodziewałem się, że tak szybko. Poza tym śledzą się, podsłuchują, szpiegują wzajemnie, co jest nie tylko nieetyczne, co wręcz sprzeczne z prawem.

Od razu przyznam z pewnym wstydem, że nadal nie potrafię odkryć, czy „Umbra” to pamflet, czy może Świst prezentuje realnie występujące standardy moralne oraz kulturę postaw, zachowań i wypowiedzi elit prawniczych Śląska, bo tam rzecz cała się dzieje.
Wygląda na to, że Ślązacy bardzo się zmienili od czasu, gdy byłem tam ostatnim razem; nie mówią już gwarą śląską, ale co trochę wplatają w swoje wypowiedzi jakieś obcojęzyczne słowa i zwroty – w książce czasem tłumaczone.
Zauważyłem też – to już także przy okazji lektury powieści Mroza – że hucpa głównych bohaterów bardzo się podoba znudzonym i sfrustrowanym czytelniczkom i czytelnikom, ale… tylko na kartach powieści, bo nikt by tak nie chciał być potraktowany osobiście.

Tu zdradzę tajemnicę znaną niewielu czytelnikom, ale wszystkim dobrym autorom. Czytelnicy uwielbiają bohaterów powieści, którzy mają przymioty, jakich brakuje im samym. Dlatego kiedyś z takim przejęciem poznawałem losy Zorro i Winnetou – obaj byli fantastycznie odważni i cudownie pewni siebie, podczas gdy ja, zupełnie nie. Czyli: powiedz mi, o jakich bohaterkach lubisz czytać, a ja ci zdradzę twoje kompleksy.

W gabinecie Cieniowskiego pojawia się Stanisław Andrzejski wraz ze swoją adwokatką Bojarską i oznajmia, że to on zamordował Elżbietę Nowak, przedtem ją torturując. Przyznanie się do winy zaskakuje prokuratora, ale najwyraźniej także mecenas Bojarską – jej klient właśnie zrobił coś zupełnie niezrozumiałego (nikt go wcześniej o nic nie podejrzewał), o czym jakoś nie raczył zawiadomić swojej adwokatki. Oboje prawnicy zdają sobie sprawę, że coś tu jest mocno nie w porządku, że zostali wciągnięci w jakąś grę, zwłaszcza że Andrzejski wkrótce przyznaje się do kolejnego zabójstwa.
Motywem zbrodni jest podobno hejt internetowy, którego notorycznie dopuszczały się ofiary. Hejt (ang. hate, nienawiść) to obraźliwy, agresywny, poniżający i napastliwy komentarz internetowy na jakiś temat lub o jakiejś osobie. Bardzo częste obecnie zjawisko w komentarzach pod artykułami w serwisach informacyjnych czy portalach społecznościowych i wszędzie tam w Internecie, gdzie hejter, inaczej troll internetowy, czuje się bezkarny. Andrzejski ogłosił się Trollkillerem i rozpoczął krucjatę przeciwko takim ludziom.

Artur Cieniowski, mistrz burdelu, jak sam się określa, oraz Zofia Bojarska, budzą się pewnego razu w jakimś kontenerze – ktoś ich musiał wcześniej czymś odurzyć, bo zupełnie nie wiedzą, jak się tu znaleźli. Na łydce mają elektroniczną obrożę, połączoną łańcuchem ze ścianą kontenera. Porywacz, najwyraźniej wiedzący dobrze o ich wzajemnej nienawiści (jakby ktoś na Śląsku nie wiedział!), zmusza ich do swego rodzaju gry socjalizującej. Zamiast nadal się kłócić i wyzłośliwiać, mają pewne zadania wykonać wspólnie, powinni też być szczerzy i uczciwi, a porywacz zalicza im kolejne etapy.

Tyle na temat fabuły. Oczywiście jest ona kompletnie nieprawdopodobna, ale momentami nawet zabawna, chwilami można się rozerwać w ciągu kilku godzin lektury.

Teraz kwestie mniej przyjemne. Na przykład warsztat. Nieprawdopodobny natłok porównań, przenośni i innych środków stylistycznych. W wypowiedziach i myślach. Zdolność do używania takowych zwykle dobrze świadczy o autorze, ale groteskowa przesada w ich stosowaniu – wręcz przeciwnie. Nikt tak nie myśli, nikt tak nie mówi. Nawet w Gliwicach. W książce wszystko rodzi skojarzenia, wszystko wydaje się jakieś, wszystko jest jak… coś tam.

„Spojrzał na mnie jak na coś, co kot przywlekł mu na wycieraczkę, a potem ruszył do drzwi. Zaczął szarpać klamkę, ale bez efektu. A potem stanął przed nimi, pochylił głowę i przez moment oddychał ciężko, jakby starał się opanować. Niestety, misja zakończyła się takim samym powodzeniem jak ta z filmu Apollo 13. To znaczy umiarkowanym. To, co nastąpiło później, skojarzyło mi się z napadem wściekłości u Diabła Tasmańskiego z popularnej kreskówki” [1].

„A skoro, wbrew moim marzeniom, nic nie wyszło na tych nagraniach, to właśnie czułem się jak oblech złapany na podglądaniu lasek na basenie przez dziurkę od klucza” [2].

Zakładam, że większość czytelników w pełni zdaje sobie sprawę, że takie zabiegi zwiększają liczbę znaków w tekście, co przekłada się na pieniądze.

Sprawa druga – białe plamy, to jest częste nawiązania do spraw i zdarzeń, opisanych prawdopodobnie w jakichś innych książkach Świst. Na początku nie jest to może problemem, ale w drugiej połowie książki, już tak. Pojawiają się tam całe akapity, w których po prostu pojęcia nie miałem, o co chodzi. Jeśli ktoś czyta wszystko, co wyjdzie spod świstowego pióra, i jeszcze wszystko to pamięta, to kłopotu nie będzie. I takim „Umbrę” polecam.


---
[1] Paulina Świst, „Umbra”, Wyd. Muza 2025, s. 11.
[2] Tamże, s. 125.

sobota, 6 grudnia 2025

Profesor Langdon w Pradze

 „Tajemnica tajemnic” – Dan Brown

„Kod Leonarda da Vinci” oraz „Anioły i demony” tegoż autora były świetne z jednego prostego powodu – były to zdarzenia wymyślone, fantazje Browna, ale opisane tak dobrze, że czytelnikowi bez przygotowania mogłoby być trudno to wykazać; wszystko, albo prawie wszystko, wydawało się realne. Pewnie właśnie z tego powodu Kościół katolicki walczył z nimi do upadłego, z zapałem godnym lepszej sprawy. Nie pamiętam, czy „Kod Leonarda da Vinci” znalazł się wśród książek spalonych przez Kk w Gdańsku, w 2019 roku, ale możliwe.

W „Tajemnicy tajemnic” Dan Brown twierdzi, że wszystkie pojawiające się w powieści dzieła sztuki, artefakty, symbole i dokumenty są prawdziwe. Podobno także wszystkie wymienione w niej organizacje naprawdę istnieją. W to wierzę na słowo. Jednak dodaje też, że wszystkie opisane przez niego eksperymenty, technologie i wyniki naukowe są realistyczne i tu trzeba bardzo uważać, bo realistyczne nie oznacza udokumentowanych faktów, ale raczej możliwości, prawdopodobieństwo. 
Jak w pozostałych powieściach z serii czy może cyklu „Robert Langdon”, tak i w „Tajemnicy tajemnic” czytelnik znajdzie połączenie starożytnych tajemnic ze współczesną nauką – znak firmowy Dana Browna.

Podczas lektury bardzo przydaje się świadomość – swoją drogą to kluczowe pojęcie w powieści – że jeśli czegoś nie umiemy wyjaśnić, zapewne na razie, to nie oznacza to, że chodzi o spisek albo cud, wolę bożą, lub magię. Sprawa druga, znacznie trudniejsza do zrozumienia i pogodzenia się, dotyczy niektórych naukowych pewników. Einstein stwierdził, że nic nie może się poruszać z prędkością większą od prędkości światła, ale już wiadomo (dowody pokazują eksperymenty fizyki kwantowej, a konkretnie stanów splatanych), że to nie jest prawda. Na przykład natychmiastowe oddziaływanie na siebie cząstek splątanych, odbywające się z nieskończoną prędkością, jest sprzeczne z teorią względności. Tym niemniej teorii względności naucza się nadal, bo nie stworzono jeszcze spójnej nowej koncepcji. To znaczy: już wiemy, ale wiemy jeszcze za mało.

Mimo takiego nastawienia, „Tajemnicę tajemnic” nie czytało mi się dobrze. Parę razy miałem chęć, żeby dać sobie spokój. Spore fragmenty powieści wydały mi się naciągane, ale, o dziwo, nie te naukowe, ale właśnie reszta.

Rzecz dzieje się głównie w Pradze, mieście cudownym i magicznym. Po ulicach chodzi umazany gliną golem, a także kobieta w koronie z czarnych płomieni i z włócznią, ale takie drobiazgi nie zwracają niczyjej uwagi – przecież to Praga! Brown albo sam zrobił, albo zlecił solidny research na temat Pragi, bo informacji o mieście, jego historii, sztuce, architekturze, zabytkach, tajemnicach, jest w powieści znacznie więcej, niż ktokolwiek by potrzebował. Sprawiało to wrażenie, że autor chciał się popisać wiedzą na temat miasta – może to robi wrażenie na Amerykanach, ale dla kogoś, kto mieszka dwie godziny drogi od Pragi…

Profesor Robert Langdon, wybitny badacz symboli, przyjeżdża do Pragi wraz aktualną partnerką, Katherine Solomon, kontrowersyjną noetyczką. Właściwie kontrowersyjna jest bardziej noetyka, bo sama Katherine wydaje się miła, grzeczna, inteligentna i seksowna.
Noetyczka wygłasza w Pradze szokujący wykład o ludzkiej świadomości i jej naturze. Zapowiada wydanie swojej książki na ten temat, która powinna wstrząsnąć światem nauki.

Następnego dnia, podczas porannego joggingu, profesor spotyka na moście Karola śmierdzącą siarką kobietę ze srebrną włócznią. Langdonowi nagle zaczyna się roić, że w ich hotelu podłożono bombę. Uruchamia systemy alarmowe, wywołuje panikę, szuka Katherine, a wreszcie wyskakuje z okna hotelu wprost do Wełtawy. Jednak żadna eksplozja nie nastąpiła, a czeska policja uznała całą tę akcję za chwyt marketingowy i reklamę nowej książki.

Katherine Solomon zaginęła, jej książka wraz z kopiami w niewytłumaczalny sposób zniknęła z serwerów wydawnictwa, wydawcę napadnięto, Robert Langdon został porwany, pojawiają się agenci różnych służb oraz tajne laboratoria, Brigita Gessner, naukowczyni, która zaprosiła Katherine Solomon na prestiżowy wykład do Pragi, straciła życie w dziwny sposób i w niezbyt zrozumiałych okolicznościach.

Kiedy przeczytałem to, co właśnie napisałem, wyszło mi, że powinna to być świetna powieść sensacyjna, ale brnąłem przez nią bez wielkiego zapału, rozdrażniony czasem naiwnościami i rozwlekłymi dialogami. Przyjmuję jednak do wiadomości, że może to jest naprawdę znakomita rozrywka, a tylko ja wyrosłem już z tajemnic i zagadek Dana Browna?

W związku z przyjętym systemem w portalach czytelniczych, mam pewien problem z oceną tej książki. Żadna ocena nie odbywa się w próżni, wszystkie lektury oceniam w jakimś kontekście, na jakimś tle, w porównaniu i odniesieniu do czegoś. „Tajemnicę tajemnic” w porównaniu do innych powieści tego autora oceniłbym na ok. 5-6 (skala 1-10). Jednak na tle produktów królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji „Tajemnica tajemnic” jest dziełem wybitnym, wręcz arcydziełem, dla którego brakuje skali ocen.

wtorek, 2 grudnia 2025

Szekspir, którego nie znałem

 „William Szekspir” – Stanley Wells

Ciekaw byłem Williama Szekspira, o którym czytałem kiedyś, że prawdopodobnie nikt taki w rzeczywistości nie istniał, a pod pseudonimem „Szekspir” tworzył Christopher Marlowe albo Francis Bacon, albo nawet obaj. Nie dziwi mnie to, skoro nawet nazwisko budzi poważne wątpliwości. William Shakespeare (Szekspir w polskiej wersji) znany był również jako Shakspere, Shakspear, Shakespere, Shaksper, Shaxper, oraz Shake-speare, więc… Chciałem też sprawdzić, czy w połowie XXI wieku, w czasach gdy w Internecie znaleźć można całą wiedzę ludzkości na każdy możliwy temat, wydawanie takich króciutkich wprowadzeń w ogóle jeszcze ma jakiś sens.

Stanley Wells, znany i szanowany, prawie stuletni szekspirolog brytyjski, uważa że Szekspir był postacią realną, a nie nazwą spółki pisarzy. W swojej książeczce wyraźnie daje odpór tego typu teoriom spiskowym. Jestem przekonany, że ma rację, choć niektórzy jego oponenci też mają tytuły naukowe.

Uwagi dotyczące publikacji.
Formalnie rzecz biorąc książka Wellsa ma 164 strony. Wliczone w to są teksty: „Od tłumaczek”, „Podziękowania”, „Spis ilustracji” „Przedmowa: dlaczego Szekspir?”, „Epilog”, „Dzieła Szekspira: chronologia”. „Dalsze lektury”, „Dalsza lektura w języku polskim” i „Indeks”. Oznacza to, że merytorycznej treści na temat Szekspira, jest jeszcze mniej.
Podczas lektury uważny czytelnik zorientuje się, jak niewiele na temat Williama Szekspira wiadomo jest na pewno. W tekście co rusz trafiałem na „prawdopodobnie”, „możliwe”, „mógłby” (na przykład kogoś znać) i podobne, co świadczyło o tym, że autor robił pewne założenia, przedstawiał możliwości, ale historycznymi dowodami na nie, nie dysponował. Nie świadczy to źle o autorze czy tłumaczkach, czy wreszcie koncepcji serii – to po prostu stwierdzenie faktu, że do dziś wiele informacji, dokumentów na temat Szekspira zwyczajnie nie istnieje, zaginęło albo nawet nigdy nie istniało. Choćby data urodzenia. Nie wiadomo, kiedy na świat przyszedł William Szekspir. W dokumentach parafialnych kościoła Świętej Trójcy zapisano, że 26 kwietnia 1564 roku został ochrzczony. Znając ówczesne praktyki można w pewnym przybliżeniu określić dzień jego narodzin, ale pewności nie ma. To jednak była połowa szesnastego wieku.

Pierwsze rozdziały, na przykład o dzieciństwie w Stratford nad Avonem, czyta się lekko i łatwo. Te, dotyczące genezy i analizy utworów Szekspira, może nieco mniej, ale nadal jest to lektura bardzo przystępna, z którą nikt po gimnazjum lub w połowie szkoły średniej, nie powinien jakoś szczególnie się zmagać. A trochę faktów i ciekawostek o Szekspirze wypadałoby znać, to się przydaje w towarzystwie.





Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

sobota, 29 listopada 2025

Rosjanie spróbują tutaj wrócić

 „Transakcja” – Piotr Gajdziński

Nigdy wcześniej nie czytałem nic tego autora. Okazało się, że „Transakcja” to szósty tom cyklu Rafał Terlecki. Kiedy odkryłem tę informację, a odkryłem za późno, zakup książki okazał się pewnym ryzykiem, bo jeszcze nie wiedziałem, czy, i ewentualnie, jak bardzo, części cyklu są ze sobą powiązane. Inaczej mówiąc, czy powieść da się czytać, jako samodzielną całość. Okazało się, że się da, choć nawiązania do wcześniejszych „przygód” Terleckiego są w niej obecne.
Na takie rzeczy zwracam ostatnio uwagę coraz częściej, bo wśród królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji, natknąłem się na cwaniaków, których powieści okazują się zaledwie częścią większej całości, w oderwaniu od której, nie mają sensu. To tak, jak oglądanie siódmego odcinaka osiemnastoodcinkowego serialu. Albo zwykłe wyłudzenie.

Trzydzieści lat temu polski wywiad zwerbował Kuzniecowa, młodego radzieckiego oficera. Wkrótce wojska radzieckie zmuszone zostały do powrotu do siebie, więc Rosjanin zniknął z pola widzenia polskich służb. Zmienia się Polska, zmieniają się służby, wreszcie i ZSRR przestaje istnieć. Po kilkudziesięciu latach Kuzniecow się odezwał i zaproponował wznowienie współpracy. Przeciętnie rozgarnięty człowiek natychmiast powinien spytać: po co i dlaczego? Polacy nic o Kuzniecowie nie wiedzieli przez mnóstwo lat. Może był właścicielem zakładu samochodowego, może miał sieć barów, może od dawna nie żył… Nie było już PRL, nie było ZSRR. Rewelację o tym, że Rosjanin kiedyś sprzedał Polakom kilka kałachów, a nawet zabił jednego ze swoich, polskie służby mogły sobie obecnie wsadzić w… buty. Po co Kuzniecow się teraz zgłosił? Jednak pracownicy polskich służb takich pytań jakoś nie zadawali, choć coś tu śmierdziało na kilometr; jak dzieci cieszyli się, że znów mają agenta.
Kuzniecow przekazał polskiemu wywiadowi informacje o planach Chin, dotyczących Tajwanu i o sojuszu Chin i Federacji Rosyjskiej. Pojawiły się informacje o czerwonej rtęci, broni biologicznej i bombach atomowych ukrytych rzekomo w Polsce, ukrytych tu do czasu aż Rosjanie tutaj wrócą. Działania wywiadów różnych krajów wskazywały, że nie wszystkie takie pomysły musiały być nierealne. Oczywiście Polska przekazuje rewelacje Kuzniecowa obecnemu sojusznikowi – Ameryce.

Rafał Terlecki, dziennikarz jakiejś prywatnej stacji telewizyjnej, prowadzący coś w rodzaju dziennikarskiego śledztwa, zaczął obawiać się i podejrzewać prowokację w całej tej sprawie z Kuzniecowem. Jej celem mogłaby być, ni mniej, ni więcej, zmiana układu sił na świecie.
Drugim aktywnym bohaterem powieści jest dawny pułkownik kontrwywiadu, człowiek, który trzydzieści lat temu zwerbował Wadima Kuzniecowa. Obecnie zajmuje się on hodowlą krów, ale w jakiś niezbyt zrozumiały sposób wydaje się dyrygować polskim wywiadem, rządzi jakimiś agentami.

Na tle współczesnej polskiej produkcji wydawniczej szpiegowsko-kryminalna powieść Gajdzińskiego wypada zdecydowanie dobrze. Główna akcja dzieje się obecnie, wiosną 2025 roku. Fabuła zbudowana jest z elementów prawdy (faktów), fragmentów wprawdzie zmyślonych, ale bardzo możliwych, jak nie dziś, to za kilka miesięcy, oraz kompletnej fikcji. Poza niewieloma przypadkami trudno je od siebie odróżnić, bo autor opisał je niezwykle wiarygodnie. To oznacza, że należy cały czas pamiętać, że to powieść sensacyjna i rozrywka, a nie źródło wiedzy o współczesnej polityce.

środa, 26 listopada 2025

Obozy - zapomniana prawda

 „Nad pięknym modrym Dunajem” – Stefan Krukowski

Książka „Nad pięknym modrym Dunajem” jest nową, ważką pozycją w ciągle jeszcze zasmucająco skromnym dorobku polskiej literatury obozowej – przeczytałem we Wstępie i poczułem spory niesmak. To była prawda, ale w latach sześćdziesiątych, kiedy żyli jeszcze ludzie, którzy przetrwali niemieckie obozy koncentracyjne. Jednym z nich był właśnie Stefan Krukowski, wydaje mi się, że przyjaciel Stanisława Grzesiuka („Pięć lat kacetu”), Danuta Brzosko-Mędryk („Niebo bez ptaków”), Wiesław Kielar („Anus mundi”), Bogdan Bartnikowski („Dzieciństwo w pasiakach"), Czesława Malinowska („Wspomnienia z obozów") i rzeczywiście niewielu innych. Niektórzy nie potrafili pisać, inni nie chcieli wracać we wspomnieniach do swoich koszmarnych przeżyć; byli starzy, schorowani, pragnęli już tylko spokoju. Dlatego literatury obozowej było rzeczywiście niewiele – przeczytałem prawie wszystko, więc mam tego świadomość.
Po latach, kiedy starzy więźniowie już nie żyli i nie było nikogo, kto by zaprotestował, powiedział: nieprawda, to było zupełnie inaczej, pojawiło się całe mnóstwo książek obozowych – dziesiątki to na pewno, może i setki. Ich autorki i autorzy w obozie byli może raz w życiu, z wycieczką szkolną, trzydzieści lat po wojnie. Tym niemniej ich wytwory epatowały okropieństwami, momentami wywoływały wzruszenie i inne silne emocje, więc sprzedawały się świetnie.

Po aresztowaniu i przesłuchaniu w 1940 roku (wpadł w łapance w Warszawie) Niemcy wysłali Krukowskiego do obozu w Sachsenhausen, skąd po kilku tygodniach trafił do obozu w Mauthausen. Spędził tam pięć lat. Do Polski wrócił w 1946 roku. Autor „Nad pięknym modrym Dunajem" (napisał też „Byłem kapo”) nie był zawodowym pisarzem i nie nadał swoim książkom kształtu arcydzieł literackich. Pierwsze rozdziały zawierają jak gdyby ogólną analizę tematyki obozowej i spisane zostały dość beznamiętnie.

„Hitlerowskie obozy koncentracyjne można by z grubsza podzielić na trzy kategorie: wspomniane już tzw. Musterlager – obozy wzorcowe – których istnienie sięga lat, gdy morderstwa za drutami nie były jeszcze chlebem codziennym; Konzentratlonslager – obozy koncentracyjne, oparte jeszcze na starych wzorach, ale już z wszelkimi atrybutami kaźni hitlerowskich, wreszcie – Vernichtungslager – obozy zniszczenia. Leżący w Austrii, w dystrykcie Oberdonau, obóz koncentracyjny Mauthausan powstał prawie bezpośrednio po aneksji Austrii w roku 1938. Za drutami tego obozu mieli znaleźć się przestępcy kryminalni, głównie recydywiści, stali bywalcy Zuchthausów – więzień. Obóz w Mauthausen miał odizolować od społeczeństwa tysiące przestępców pospolitych, niemieckich i austriackich, w odróżnieniu od dawno już istniejących obozów w Dachau i Buchenwaldzie, przeznaczonych dla politycznych przeciwników ustroju”*.

W drugiej połowie książki relacje są zdecydowanie bardziej osobiste i dotyczą konkretnych osób i zdarzeń. Krukowski opisuje tu w zasadzie wszelkie elementy obozowego życia i… umierania. Przyznam, że wstrząsnęło mną stwierdzenie, że dzień, w którym zabito tylko dwustu więźniów, był uznawany za dobry, bo zwykle zabijano większą ich liczbę.

Stefan Krukowski nie był (zmarł w 1980 roku) dobrym pisarzem i to, niestety, widać. Za to nowej literatury obozowej mamy obecnie zatrzęsienie, więc jest w czym wybierać, jeśli tylko czytelnik nie będzie się upierał przy wiarygodności. Oto kilka, które rzuciły mi się w oczy:
„Café Auschwitz” - Dirk Brauns
„Bokser z Auschwitz” - Marta Bogacka,
„Położna z Auschwitz” - Magdalena Knedler,
„Tajemnica z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Dziewczęta z Auschwitz” - Sylwia Winnik,
„Bajki z Auschwitz” - Jadwiga Pinderska-Lech, Jarek Mensfelt,
„Pozdrowienia z Auschwitz” - Paweł Szypulski,
„Orkiestra z Auschwitz” - Marcin Lwowski,
„Romeo i Julia z KL Auschwitz” - Ireneusz Wawrzaszek,
„Anioł życia z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Przystanek Auschwitz” - Anna Kowalczyk, Lidia Grzegórska,
„Auschwitz. Rezydencja śmierci” - Adam Bujak,
„Ostatnia ,,więźniarka'' Auschwitz” - Nina Majewska – Brown,
„Lekarz z Auschwitz” - Szymon Nowak,
„Fotograf z Auschwitz” - Anna Dobrowolska,
„Auschwitz. Piekło dusz” - Damian Tomecki,
„W krematoriach Auschwitz” - Filip Müller,
„Z Auschwitz do nieba” - Ryszard Szwoch,
„Usługiwałem esesmanom w Auschwitz” - Józef Seweryn,
„Chłopiec, który przeżył Auschwitz” - Tomasz Wandzel,
„Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz” - Nina Majewska – Brown.



---
* Stefan Krukowski, „Nad pięknym modrym Dunajem”, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa, 1966 rok, s. 74.