a) Dane z roku 2024. Każdego dnia wydawanych jest 68 tytułów. Także w niedziele i święta, dla równego rachunku. 93% (szacunek mój) to śmieci, romansidła pisane przez gospodynie domowe i poprawiane przed redaktorów. Co nie oznacza, żeby nabrały jakiejkolwiek wartości. Grafomanom coraz bardziej przestaje wystarczać, że w swoim i rodziny przekonaniu, są pisarzami. Chcą jeszcze za te swoje twory dostawać pieniądze.
b) Jęki typu „komuno wróć”, czyli niech państwo COŚ zrobi, żeby nam dawali pieniądze. Poza niewielkimi wyjątkami grupa autorek i autorów nie rozumie i zrozumieć nie chce realiów gospodarki rynkowej. I nazywanie ich królowymi polskiego romansu i mistrzami polskiego kryminału nic tu nie zmienia. Po prostu – miernota słabo się sprzedaje. W czym zapewne nic dziwnego.
Fakt, że w ogóle się sprzedaje, to akurat specyfika naszych czytelników, którzy potrafią, owszem, poznać i odkryć ciekawy pomysł, nietuzinkową fabułę, ale zwykle nie odróżniają dobrego warsztatu pisarskiego od złego, dobrego pisarstwa od grafomanii. No, nie wszyscy, rzecz jasna.
Czy coś z tego wynika? Ano zupełnie nic. Miernoty coraz więcej, książki coraz droższe i tylko pytania takie same: czemu nie zarabiamy kroci???
To są książki, które w Klubie Recenzenta można dostać za darmo. Za wysyłkę też wydawca zapłaci. Byle napisać o nich jakąś opinię. I… nikt ich nadal nie chce. Tygodniami i miesiącami tam wiszą.
Mój wpis powstał w wyniku irytacji kolejnym jęczydupskim artykułem: https://lubimyczytac.pl/aktualnosci/23236/jeden-paczek-za-trzy-sprzedane-ksiazki-ile-zarabiaja-autorzy-ksiazek-w-polsce

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz