czwartek, 18 listopada 2010

Dzielnica wódką płynąca

„Dzielnica cudów” – Henryk Mularski

Tytułowa „dzielnica cudów”, to wielkomiejska dzielnica robotnicza, którą raczej należałoby nazwać dzielnicą slumsów. Jednak może nie tyle o samą dzielnicę tu chodzi, co o jej mieszkańców: degeneratów, wykolejeńców, kryminalistów, pijaków, alkoholików. I o wódkę – obecną tam stale i wszędzie, przy każdej okazji, albo i bez okazji.

Mularski opisuje swoje życie – dzieciństwo i młodość spędzoną w „dzielnicy cudów”, ale głównie picie: byle czego, byle jak, z byle kim; picie pod sklepem, na trawniku, w melinie… Opisuje koszty takiego życia, nie tylko te materiale, ale właśnie moralne, duchowe; konsekwencje ponoszone osobiście, ale także dotykające członków rodziny, znajomych, współpracowników.

Opowieść kończy się, gdy autor-narrator wraca do normalnego życia po leczeniu odwykowym – jest jednak pełen wątpliwości i obaw o dalsze losy swoje i rodziny, o to, czy będzie w stanie utrzymać abstynencję.


Fantazje o wojsku w PRL

„Paragraf 13” – Mariusz Pasek

Książka Paska to fantastyczna opowieść o czterech miesiącach spędzonych przez kilkunastu młodych ludzi, absolwentów szkół wyższych, w Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii w Szczupakowie, pod koniec 1988 roku.

Książka zbyt rozwlekła, momentami nużąca, mogłaby mimo to mieć jakąś wartość, gdyby oparta została na faktach, autentycznych wydarzeniach, ale autor od razu, na wstępie, wyraźnie zaznacza, że wszelkie podobieństwo osób i zdarzeń, przedstawionych w tej książce, do osób i zdarzeń prawdziwych jest przypadkowe i niezamierzone, a więc jeśli opowieść z wydarzeniami prawdziwymi nie ma nic wspólnego, jest tylko kiepską militarystyczną fantastyką (miejscowości Szczupakowo na mapie Polski też nie znalazłem, choć to jest najmniej ważne).

Rzecz jasna, można założyć, że oświadczenie autora jest nieprawdziwe – choć niby czemu takie miałoby być, książka wydana została w 2008 roku, a więc w czasie, gdy autorowi nic już nie mogło grozić z tytułu wyjawienia ewentualnej prawdy o traktowaniu żołnierzy w byłym PRL – ale jeśli opowieść zaczyna się od kłamstw, to jaka gwarancja, że jest od nich wolna cała reszta?

Jakoś dobrnąłem do końca tej historii, ale… bez wielkiego zapału.


poniedziałek, 8 listopada 2010

Literackie perełki jidysz

„Grosiki na raj i inne opowiadania” – Isaac Bashevis Singer

Singera, pisarza żydowskiego, który pisał głównie w języku jidysz, uważam za mistrza małych form, krótkich opowiadań, a „Grosiki na raj” za jeden z lepszych ich zbiorków. Akcja wielu z nich dzieje się w miastach i miasteczkach Królestwa Kongresowego, a Singer, syn chasydzkiego rabina, opisuje w nich wydarzenia, których był świadkiem, ale także opowieści o czasach wcześniejszych, które usłyszał od kogoś z krewnych, albo nawet zupełnie obcych, przypadkowo spotkanych ludzi.

Choć na kartach „Grosików na raj” znaleźć można apartamentowiec na Broadwayu, bazar w Izraelu, a nawet Argentynę, to jednak większość z nich przenosi czytelnika na ulicę Krochmalną w Warszawie, Górę Kalwarię, do Kocka, Goraja, Chełma, na dwory rabinów i cadyków, w czasy, gdy kobiety obowiązkowo nosiły peruki i egzotyczne imiona: Chaja Rywa, czy Bajla Fruma.
Narratorką niektórych opowiadań jest ciotka Jentł, stara, mądra kobieta, która na każdą okoliczność potrafi przywołać z pamięci odpowiednią historię, czarującą i pouczającą opowieść o ludzkich namiętnościach.

Całość jest po prostu urzekająca…


czwartek, 4 listopada 2010

O drodze bez powrotu...

„Hotel Kolska i inne opowieści prawdziwe o piciu i trzeźwieniu” – Andrzej Antoniewicz

Andrzej Antoniewicz: dziennikarz, który swoje teksty publikował w „Życiu Warszawy”, „Gazecie Olsztyńskiej”, „Dzienniku Bałtyckim”, „Expressie Wieczornym” i innych czasopismach; stamtąd zresztą pochodzą zawarte w książce reportaże, pisane głównie w latach dziewięćdziesiątych, choć bywają i nowsze, na przykład „Cud przyjaźni” z 2002 roku.

Na Kolskiej w Warszawie jest izba wytrzeźwień, ale także oddział detoksykacyjny dla ludzi, którzy przedawkowali, zatruli się alkoholem.

Na zbiorek Antoniewicza składa się ponad czterdzieści krótkich reportaży, ale o trzeźwieniu traktuje zaledwie osiem z nich. Reszta jest o piciu. Niestety, o piciu. Piciu destrukcyjnym i kasacyjnym, o beznadziejnym życiu, czasem o bezsensownej śmierci i zawsze o ludzkiej tragedii, degrengoladzie…

Ciekawy styl prezentuje Andrzej Antoniewicz w swoich tekstach. Są one zgrzebne, siermiężne, lakoniczne, bez upiększeń i ozdobników, nieomalże na granicy naturalistycznej, beznamiętnej relacji niezbyt zainteresowanego świadka. Ale to tylko pozory, bo czasem, gdzieś w tle, poczuć można nutę gorzkiej ironii i smutku wynikającego z bezsilności obserwatora.

Dwa teksty pisane są w pierwszej osobie. Dziennikarski chwyt, czy może…?

Książkę czyta się znakomicie. Polecam!


wtorek, 2 listopada 2010

Udziwnione alko-opowiastki

„Człowiek silniejszy niż nałóg” – praca zbiorowa

Książka zawiera osiem tekstów, różnych, anonimowych autorów. Są to prace uznane za najlepsze z tych, które napłynęły na konkurs pod hasłem „Człowiek silniejszy niż nałóg”, ogłoszony w 1981 roku przez Zarząd Główny Społecznego Komitetu Przeciwalkoholowego wraz z redakcją tygodnika „Kulisy”.

Przeczytałem w życiu mnóstwo „piciorysów” (historii, opowieści alkoholików), mam więc niejakie rozeznanie w temacie i pewnie dlatego właśnie uważam, że niektóre teksty zawarte w zbiorku są po prostu… niewydarzone.

„PIVO”, to opis wizyty lekarskiej w Pawilonie IV Odwykowym (stąd nazwa). „Całkiem współczesny reportaż o niezupełnie współczesnym – pozytywnym bohaterze”, to relacja dozorcy z placu budowy (ani słowa nie ma o tym, że jest alkoholikiem, nałogowcem, człowiekiem uzależnionym od alkoholu), który nie pije i ma w związku z tym rozliczne problemy z całym otoczeniem, bo jest przekonany, że przecież… „wszyscy piją”. „Pingwin” z kolei, to opowieść człowieka, który po leczeniu odwykowym wrócił do picia – jak twierdzi normalnego, kontrolowanego, towarzyskiego. „Maria” jest relacją żony alkoholika, która uparcie dopatruje się w pijaństwie męża swojej winy, bo przecież jak go poznawała, to wtedy jeszcze nie chlał na umór.

Książkę wydał Społeczny Komitet Przeciwalkoholowy ćwierć wieku temu, ale nawet w tamtych czasach wątpliwa i problematyczna wydaje mi się jej skuteczność – w końcu czytałem takie zbiorki wydane jeszcze dużo wcześniej i zdecydowanie lepsze.
Tak czy inaczej jest to w chwili obecnej jedynie ciekawostka dla miłośników gatunku.


piątek, 29 października 2010

Gdy ideał sięgnął bruku...

„My, dzieci z dworca ZOO” – Christiane F.

Druga połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Berlin Zachodni, enklawa normalnego świata w środku socjalistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Dworzec ZOO – stacja kolejowa po „zachodniej” stronie muru berlińskiego, miejsce spotkań młodych narkomanów płci obojga, którzy środki na zakup narkotyków zdobywali dzięki prostytucji.

Historia Christiane F. rozpoczyna się w okręgu Gropiusstadt wchodzącym w skład ósmej dzielnicy Berlina – Neukölln. Dwunastoletnia dziewczyna zawiedziona, rozczarowana i sfrustrowana otoczeniem szarych, betonowych bloków, wobec bardzo ograniczonych form rozrywki dla dzieci w jej wieku, sięga w dyskotece po haszysz i inne narkotyki, w tym heroinę. Już dwa lata później regularnie zarabia na „ćpanie” prostytucją.
W książce znaleźć można także sylwetki innych narkomanów, znajomych Christiane, w tym jej wielkiej miłości w tym czasie – Detlefa, także narkomana, także parającego się prostytucją.

W książce, po kilku nieudanych próbach zerwania z uzależnieniem, matka wywozi Christiane z Berlina Zachodniego w okolice Hamburga, gdzie dziewczyna rozpoczyna nowe, wolne od narkotyków życie.

„My, dzieci z dworca ZOO” to niewątpliwie pozycja kultowa. Tysiące nastolatków widziało w Christiane i widzi pewnie nadal swojego idola, naśladuje jej styl ubierania, zakłada fankluby, entuzjastycznie wyraża się o jej zdolnościach literackich, postawie, odwadze, tworzy strony internetowe poświęcone jej i książce itd.

Rzeczywistość jest jednak nieco mniej kolorowa. Christiane Vera Felscherinow (Christiane F.) nigdy nie napisała żadnej książki. „My, dzieci z dworca ZOO” napisali dziennikarze „Sterna”: Kai Hermann i Horst Rieck na podstawie dwumiesięcznych rozmów z Christiane i innymi narkomanami z okolic dworca ZOO.
Nie wiadomo też, jak długo Christiane faktycznie zachowywała abstynencję od narkotyków, w każdym razie w 2008 roku ćpała już tak destrukcyjnie, że niemiecki sąd rodzinny odebrał jej prawa do opieki nad czternastoletnim wtedy synem.


wtorek, 26 października 2010

Szokujące alko-ciekawostki


„Trzynasty stopień szczęścia” – Robert Tabus

Pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku autor, alkoholik, spędził ponad dwa miesiące na Oddziale Leczenia Odwykowego Państwowego Instytutu Psychoneurologicznego w Warszawie. W swojej książce opisuje trzydzieści dni podstawowej kuracji odwykowej, jakiej go tam poddawano.

Kuracja (dziś mowa jest raczej o terapii, albo psychoterapii) odwykowa sprowadzała się wówczas do przyjmowania przez pacjentów apomorfiny, która wraz z podawanym im alkoholem wywoływała gwałtowne torsje. Drugim elementem było powodowanie zapaści (pod nadzorem lekarza) przez podawanie pacjentowi antabusu (inne nazwy to: anticol, esperal, stopetyl, abstynil), a następnie wódki. Elementem trzecim były pogadanki na temat szkodliwości picia alkoholu.

W chwili obecnej, po pięćdziesięciu latach, książka ma jedynie wartość historyczną; stała się zbiorem ciekawostek, a zawartych w niej informacji nie można traktować poważnie. Choćby takiej:
 „Medycyna żąda abstynencji przez pięć lat. Po tym okresie uznaje, że człowiek jest wyleczony w pełni, czyli że byłemu alkoholikowi w zasadzie nie grozi nawrót nałogu i prawdopodobnie może już pić tak jak wszyscy inni ludzie, z umiarem, przy okazji. Być może wtedy człowiek tak już przywyknie do abstynencji, że nie będzie w stanie w ogóle pić”.

Dziś wiadomo już, że alkoholizm jest chorobą trwałą, chroniczną i śmiertelną (jeśli nie zostanie zatrzymany), że nie leczy go, sama z siebie, pięcioletnia abstynencja. Dwudziestoletnia zresztą też nie.
Stosowanie antabusu jest obecnie zabronione, nawet wobec pacjentów, którzy by się na przyjęcie tego środka zgodzili.


piątek, 15 października 2010

Karykatura mafii Corleone


„Powrót Ojca Chrzestnego”, „Zemsta Ojca Chrzestnego” – Mark Winegardner

Trudno byłoby te dwie książki traktować jako samodzielne historie, odrębne całości. Mimo krzyczących napisów reklamowych, nie są one kontynuacją powieści „Ojciec chrzestny”, ale raczej uzupełnieniem bestsellera Mario Puzo oraz trzech filmów o mafijnej rodzinie Corleone. Obie zawierają specjalne opisy (w jednej jest to chyba nawet przedstawione graficznie), dzięki którym można zorientować się, w jakich latach dzieję się akcja i jak się to ma do książki Puzo, czy któregoś z filmów Francisa Forda Coppoli.

Czy jest sens czytać je bez znajomości filmów i oryginalnej opowieści Puzo? Moim zdaniem – nie. Albo, to co napisał Winegardner, będzie to zupełnie niezrozumiałe, albo, w lepszym przypadku, jego dwie powieści zostaną odebrane, jako dość kiepskie kryminały.

Czy miłośnicy opowieści Mario Puzo muszą książki Winegardnera poznać? Moim zdaniem – nie. Tak dalece odbiegają one poziomem od oryginału, że jedyne, co czytelnik-miłośnik może osiągnąć – poza wydatkiem – to rozczarowanie.
Ale poziom, kwestia zdolności i warsztatu, to jeszcze nie wszystko. Winegardner zbyt mocno ingeruje w oryginalną historię. Według niego najlepszy wykonawca rodziny Corleone, to zwykły onanista, Fredo Corleone to pedał, a sam Michael Corleone jest człowiekiem niezbyt rozgarniętym, popełniającym mnóstwo błędów, mało domyślnym. Niewiele brakowało, a „wykolegowałby” go zwykły były bokser.

W każdym razie choć ostatnio widziałem, że książki Marka Winegardnera mocno potaniały w Merlinie, to jednak nadal i wciąż nie jest warto je kupować. Może ewentualnie pożyczyć, jeśli już ktoś koniecznie musi.


Alikwoty, albo solilokwia


Jakiś czas temu, przyjaciel zasugerował mi, bym spróbował napisać kilka bardzo krótkich utworów z jakąś myślą przewodnią, puentą, tematem do rozważenia. On nazywa je alikwotami (w muzyce jest to ton decydujący o barwie dźwięku), ja raczej używam określenia solilokwia: rozmowy z sobą, rozważania, refleksje, służące do określenia własnej postawy, poznania i zrozumienia siebie. Rozsypane koraliki… Łzy w deszczu…
Oto kilka z nich:


Za hektar nieba

Dobre uczynki i cnoty wszelakie, wyrzeczenia przeróżne i akty poświęcenia, latami całymi gromadziłem skrzętnie i zapobiegliwie ze strachu przed piekłem i potępieniem. Wierzyłem, że za te ziemskie zasługi zapewnię sobie lepsze miejsce w niebie, może tego miejsca jeszcze trochę więcej, może bardziej moje,  może mieszkanie w domu Ojca wygodniejsze, bardziej komfortowe…
Później odszedłem z mojego kościoła, dobrowolnie zrezygnowałem z liturgii, obrzędów i sakramentów, zdając sobie sprawę, że w ten sposób tracę pewnie szansę na zbawienie.
Teraz już mogę Bogu i bliźnim służyć bezinteresownie, nie oglądając się na nagrody i nie sprawdzając, co jeszcze muszę zrobić, by zasłużyć na kolejny hektar nieba…

  
Cztery pory roku

Kiedy byłem małym chłopcem, lubiłem „wyraziste” pory roku. Mroźną i śnieżną zimę i szaleństwa na sankach oraz gorące lato i czas spędzany nad wodą. Wojsko, stan wojenny, zima stulecia, noce w śniegu, obrzydziły mi zimę; do dziś mam nawet pewien uraz – boję się zimna. Wkraczając w wiek średni, nie lubiłem już aż tak bardzo lata; nie to zdrowie, nie ta tusza, upały stały się po prostu męczące. Teraz kocham jesień: umiarkowana temperatura, piękne kolory, cicho opadające liście w parku, i ławki, na których mogę siedzieć i bez nerwowego pośpiechu obserwować te cuda.
Dobrze jest mieć coś do kochania; dobra jest też wdzięczność…
 

Ostatnie buty

Niedawno kupiłem sobie ostatnie buty w życiu, choć w momencie zakupu, nie zdawałem sobie z tego jeszcze sprawy. Dopiero później, gdy radość z nowego nabytku nieco opadła, wpadło mi do głowy, że tak to właśnie jest: prawie sześćdziesiąt lat i cztery pary znakomitych, drogich i bardzo dobrej jakości „niezdzieralnych” butów w zapasie. Jest bardzo prawdopodobne, że nie będę już potrzebował kupować innych. Ciekawe doświadczenie… Z jednej strony spokój i  poczucie bezpieczeństwa – butów nigdy mi już nie zabraknie, już nigdy nie będę się musiał o nie martwić. Ale z drugiej, swego rodzaju nostalgia, bo w tym temacie nie czeka mnie już nic nowego.
Jeszcze tylko nie wiem, co ważniejsze…
 

Książkowy dylemat

Nie mam już dwudziestu lat i przekonania, że całe życie przede mną. Jeśli pozostały do dyspozycji czas jest ograniczony, wracam do zasady, którą kiedyś sobie przyswoiłem: „najpierw rzeczy najważniejsze”. Nie starczy mi czasu na wszystko, a więc na co go przeznaczę? Oczywiście pewną część na lekturę, na książki. Dylemat dotyczy ich wyboru. Czy mam czytać nowości, pozycje, których nie znam? Starać się poznać jeszcze jakiś drobny ułamek nowości wydawniczych? A może inaczej, odwrotnie, może wrócić do książek kiedyś już czytanych? Wrócić nie tyle do fabuły, bo tą przecież znam, ale do ich nastroju, klimatu? Takie sentymentalne odwiedziny u starych przyjaciół, powrót do miejsc, w których kiedyś byłem szczęśliwy… Co wybrać, jeśli wiadomo, że na jedno i drugie nie wystarczy czasu?

 
Moje miejsce

Nigdy nie odczuwałem potrzeby posiadania domu (budynku). Jestem przeciwny dokładaniu sobie obowiązków, wydatków i odpowiedzialności, więc jeśli marzyłem, to raczej o komfortowym mieszkaniu w dobrej dzielnicy. Czasem znajduję taki dom realnie, w jakimś mieście, ale częściej to tylko migawka z jakiegoś filmu, czy programu. W takich momentach bywa, że aż mnie serce boli, bo mam wrażenie, że to byłoby właśnie to, że to moje miejsce, że właśnie tam…
I tu zaczyna się problem; „właśnie tam…” co? Pieniądze szczęścia nie dają, jak wiadomo, więc czy w lepszej dzielny, w innym domu, na innej ulicy innego miasta byłbym szczęśliwy? Pewnie nie, ale z drugiej strony chyba jednak lepiej być nieszczęśliwym w luksusowej garsonierze, niż w przytułku dla bezdomnych? A przynajmniej wygodniej…