„Było. Nostalgicznie o czasach przełomu” – Sebastian Markiewicz
Meszuge (tu: pseudonim, nick) - zgodnie ze słownikiem wyrazów obcych, oznacza w języku jidysz wariata, człowieka niespełna rozumu, szaleńca. Najczęściej określenie to ma charakter pejoratywny, ale jednak nie zawsze, bo meszuge to czasem może być po prostu ekscentryczny dziwak, oryginał... Niecodziennik to autopamflet prywatny nie codziennie pisany, a „reszta świata” zawiera pojedyncze teksty o różnej tematyce.
niedziela, 22 października 2023
Sentymentalne o dzieciństwie
Na coś takiego właśnie miałem ochotę – zbiór prostych, zwyczajnych polskich opowiadań. Autor (ur. w 1978 r. w Warszawie, absolwent filologii rosyjskiej) opisuje w kolejnych opowiadaniach swoje dzieciństwo i dorastanie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Jest w nich mowa o grze w piłkę nożną, o dojeżdżaniu do szkoły, o ciekawych nauczycielach, o klasowych i podwórkowych przezwiskach, o paleniu papierosów w szkolnej szatni, o pierwszych doświadczeniach z alkoholem. Trochę nostalgicznie, trochę z humorem.
Zbiór składa się z opowiadań:
Dzieciństwo. Szkic
Przydział
Autobus do nieba
Obym cudzych dzieci nie uczył
A imię jego
Z gier i zabaw
Gramy na wyjeździe
Podzwonne dla Ikarusa
Dicere quae puduit scribere iussit Amor
Ciotka Mariolka
Dziś prawdziwych przyjaźni już nie ma
Kanikuła
Bracia mniejsi
Wolę Wolę.
Jedno tylko wydawało mi się zaskakujące – cały czas miałem wrażenie, że Markiewicz opisuje lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte.
wtorek, 17 października 2023
Sprawiedliwość? Nie dla nich!
Nigdy w życiu nie byłem w Białymstoku. Nie znam bliżej nikogo stamtąd. W pewnej scenie filmowej aktor, grający mieszkańca tego miasta, wypowiada się egzotycznym (z mojego punktu widzenia), ale pełnym uroku, dialektem. Tyle wystarczyło, żebym nabrał sympatii.
„Pochłonięte” Bielska napisała dziwnym językiem. Właściwie nie wiem, czy to zwyczajne błędy, czy przekonanie autorki, że w powieści język musi być ambitny i udziwniony, bo zwyczajny, to całkowicie odpada, czy wreszcie jest to białostocka gwara. Ze względu na sympatię, o której wspomniałem, założyłem optymistycznie, że chodzi o to trzecie.
Na wstępie Olga nie widzi wnętrza dworca. Jeszcze nie został pierwszorzędnie odnowiony[1].
Dlaczego nie widzi, ciemno tam jest? A dworzec, jak rozumiem, został odnowiony, ale jeszcze nie pierwszorzędnie, czy tak?
Warszawa do dzisiaj nie ma takiego holu z florystycznymi zdobieniami. Wysoka, śmigająca pastelowymi ścianami ku sufitom, pod którymi będą płonęły jaśniste misy lamp[2].
Wysoka? Czego dotyczy określenie „wysoka”? Przy okazji można się też domyślać, że rzeczywiście było ciemno, bo te „jaśniste” misy dopiero będą płonęły w przyszłości.
Do miasta najkrócej można dojść przez pieszy wiadukt nad torami i dalej ulicą św. Rocha. Niezmiernie rozrzuconą stylistycznie[3].
Rozrzuconą? W mojej lokalnej gwarze byłaby pewnie mowa o zróżnicowanej stylistyce.
Brzydota, niechlujstwo i smrodliwy dół nie wypływają już zza zakrętów[4].
Dół wypływający zza zakrętu jakoś trudno mi sobie wyobrazić, ale brzmi… groźnie.
Miałem, powiedzmy, obywatelskie zatrzymanie.
- Chyba obatelskie – zaśmiał się prokurator[5].
To już mnie zaintrygowało. Gwara białostocka czy może nawiązanie do Ryszarda Czarneckiego?
Brama opryskana cieniami gałęzi, drapiąca czerwień kościoła, zbanalizowane ściany, szyldy z nowymi knajpami (u mnie byłyby zapewne knajpy z nowymi szyldami) – intrygujące środki stylistyczne, a do tego specyficzna, możliwe, że lokalna, składnia. Dlatego pozwoliłem sobie określić ten język jako egzotyczny.
Zaczyna się od tego, że do Białegostoku wraca dziennikarka i historyczka, Olga Bukowska. Dość miała korporacyjnego kołowrotu i dosyć bardzo poważnych problemów osobistych, więc postanowiła wrócić na dawne śmieci, schować się przed brutalnym życiem, złapać dystans, a może zacząć wszystko jeszcze raz od początku.
Akcja powieści dzieje się od wiosny do jesieni 2020 roku. W Białymstoku popełniono morderstwo. Zwłoki trzydziestokilkuletniej kobiety, ubranej jedynie w naszyjnik, znaleziono siedzące na medycznym stołku w tunelu, łączącym różne obiekty szpitala wojewódzkiego. Zwłoki miały różowy odcień, więc sprawie – jakże oryginalnie – nadano kryptonim „Róża”.
Sprawę prowadzi prokurator Robert Narwiański, będący właśnie na przymusowym, zaległym urlopie (dziwne zwyczaje w tym mieście panują). Wybrał się do prosektorium zapytać lekarza ostatniego kontaktu o przyczyny śmierci ofiary i ewentualnie narzędzie zbrodni.
Ale nie mam wątpliwości, czym ją zabito. – Gdy podniosła wzrok, widziała już tylko tył płaszcza Narwiańskiego[6].
Ups! Prokurator w rozmowie z atrakcyjną anatomopatolożką wychodzi, jakby nie był zainteresowany, czym zabito ofiarę? Czy nie po to przyszedł? Zaczyna być dziwnie.
Policja publikuje w prasie zdjęcia naszyjnika, licząc na to, że może w ten sposób uda się ustalić personalia denatki. Naszyjnik rozpoznaje Olga Bukowska; był w jej rodzinie od zawsze, ale zaginął gdzieś, jakoś, w latach siedemdziesiątych.
Wkrótce na Dworcu Fabrycznym znalezione zostają różowe zwłoki nagiej kobiety, lat pięćdziesiąt sześć, usadowionej na blokach podkładów kolejowych, a dzień później ciało kolejnej ofiary, również specyficznie upozowanej, po chwili pojawia się kolejna ofiara i następna… W urokliwym Białymstoku grasuje seryjny!
Tak się ta powieść zaczyna. Śledztwo albo dochodzenie w sprawie seryjnego zabójcy, historia miasta, trudne i pokomplikowane relacje emocjonalne prokuratora z kobietami. Związki innych bohaterów, bo wątków uczuciowych i trudnych relacji zabraknąć nie mogło.
Nagle okazuje się, że wszyscy wiedzą, że morderca, nazwany przez media szprycerem, zabija ofiary, wstrzykując im fenol bezpośrednio do komory serca. Narwiański i policja uznają to za dowód, że sprawa ma korzenie w odległej, wojennej przeszłości, być może chodzi o jakąś zemstę za coś, co wydarzyło się w czasie okupacji, bo zastrzykiem fenolu w serce zabijali hitlerowcy w obozach. Bardzo jest to naciągane i zastanawiałem się, czy gdyby ktoś otruł się w Białymstoku gazem, to też byłyby powiązania z niemieckimi komorami gazowymi.
Jedna z ofiar miała na skórze namalowany brązowy trójkąt; tak w obozie oznaczano Romów lub Sinti (grupa etniczna pokrewna Romom i wraz z nimi określana zbiorczym mianem Cyganów). Wszystkie zamordowane miały, jak się to wkrótce okazało, problemy onkologiczne.
Skoro pojawiły się poszlaki, że sprawa może mieć związek z Romami, zrozumiałem tytuł – pochłonięcie (z romskiego porajmos) to odpowiednik żydowskiego holokaustu, tyle że w tym przypadku dotyczy ludobójstwa Romów.
Olga zaczęła od razu od konkretów. – Z niemieckiego winkiel, czyli trójkąt, oznaczał kategorię więźnia[7].
No, proszę… A mnie się wydawało, że trójkąt to po niemiecku Dreieck lub Triangel, bo winkiel to po prostu kąt. Na śląsku do dziś mówią „za winklem”, co oznacza, „za rogiem budynku”. Wystarczyło sprawdzić w słowniku.
Autorka przy każdej okazji, a czasem i bez okazji, opisuje Białystok. Także taki, jaki był kiedyś, za „komuny” albo i przed wojną, nawet pierwszą. Daje się odczuć jej szczególny sentyment do tej miejscowości. Opisy miasta, jego obiektów, zmian, jakie następowały w przeciągu trzystu lat, zajmują kilkanaście procent powieści; czasem stronę i więcej. Z przykrością jednak stwierdzam, że mimo detalicznych opisów, nijak nie potrafiłem sobie tych miejsc wyobrazić.
Popalali skręcony tytoń przed angażującą naprawą przeciekających rur w mieszkaniu emerytki na piętrze bloku, przy trzech blaszanych barakach przerobionych z garażu na skład rupieci przy zabytkowej kamienicy, którą właśnie minęli[8].
Podobnych konstrukcji jest w książce więcej, także problemów z chronologią, a ja – ze smutkiem – zaczynałem zdawać sobie sprawę, że mój sentyment do sceny w filmie „Piłkarski poker”, jednak nie wystarczy. Rozumiem zaangażowanie autorki tematem losów Romów i Sinti, ogromną niesprawiedliwość, jaka ich spotkała i która w pewnym sensie trwa nadal, ale… „Pochłonięte” to po prostu kiepskie pisarstwo i chyba jednak brak jakiejkolwiek redakcji. Jeśli dodać do tego niewątpliwie niebanalną, ale mocno naciąganą fabułę i wielce problematyczne zakończenie, to… Polecać byłoby mi trudno.
---
[1] Martyna Bielska, „Pochłonięte”, Novae Res, 2023, s. 8.
[2] Tamże.
[3] Tamże.
[4] Tamże, s. 9.
[5] Tamże, s. 22.
[6]. Tamże, s. 39.
[7] Tamże, s. 132.
[8] Tamże, s. 156.
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
środa, 11 października 2023
Ploteczki o naszych noblistach
„Nobliści skandaliści” – Sławomir Koper
Koper, jaki jest, każdy widzi. Historyk, scenarzysta programów dokumentalnych, pojawiał się w radiu i telewizji jako ekspert, ale przede wszystkim jest on autorem kilkudziesięciu książek plotkarsko-historycznych. Jeśli szukam książki historycznej na określony temat lub dotyczącej konkretnych osób czy zdarzeń, to na pewno w wynikach wyszukiwania wyskoczy mi Sławomir Koper. Jagiellonowie? Owszem, jak najbardziej. Historia polskich Kresów? Oczywiście i to niejedna. Polscy szpiedzy? Jasne! Terroryści i zamachowcy? Nie mogło ich braknąć. Historia mistrzostwa Europy w piłce nożnej, seks w starożytnej Grecji, kobiety w życiu Mickiewicza, co bardziej znani zdrajcy i artystki PRL? Tak, tak, tak!
„Nobliści skandaliści” to pikantne, choć nie zawsze erotyczne, ciekawostki o polskich laureatach niezwykle prestiżowej Nagrody Nobla. Są to: Szymborska, Miłosz, Skłodowska-Curie, Reymont, Sienkiewicz, natomiast nie ma Wałęsy. Koper twierdzi, że pominął go z premedytacją z dwóch powodów, moim zdaniem, mało przekonujących. Więc Lech Wałęsa nie pojawia się w tym zbiorze, bo już napisano o nim kilka książek (w tym żona, Danuta Wałęsa) – czyżby o pozostałych polskich noblistach nie było żadnych publikacji? Poza tym Lech Wałęsa nie, bo nie dałoby się o nim pisać, bez poruszania tematów politycznych, a tych Koper postanowił się wystrzegać w tej publikacji (i bardzo dobrze). Jednak czy naprawdę nie dałoby się opisywać pikantnych szczególików z życia Wałęsy bez mieszania w to polityki? Ale Skłodowskiej-Curie bez wzorów chemicznych jakoś się dało, prawda?
Kiedy Koper porusza kwestie finansowe, to dawne waluty przelicza na dzisiejsze euro i to może mieć nawet pewien sens. Rzeczywiście trudno byłoby się rozeznać, czy ileś tam dawnych franków lub guldenów, to duża, czy mała kwota. Jednak gdy cytował archiwalne listy, pamiętniki lub dokumenty, przerabiał ich tekst na współczesną polszczyznę. Być może dzięki temu zabiegowi łatwiej się je czyta, ale wyraźnie tracą one w ten sposób na autentyczności, a w książce historycznej ma ona ogromne znaczenie.
Fakt, że Skłodowska-Curie miała romans, albo że Reymont oszukańczo wyłudził ogromne odszkodowanie i inne takie, nie robiły na mnie większego wrażenia, bo moja ekscytacja takimi informacjami skończyła się bardzo dawno temu, wraz ze spotkaniem pana Łaszcza, o którym pisałem tutaj: https://nakanapie.pl/Meszuge/blog/pan-laszcz
Do zalet „Noblistów skandalistów” – oraz mnóstwa innych książek tegoż autora – zaliczam lekkie pióro. To się naprawdę czyta bez wysiłku, choć nie sądzę, żeby z tej lektury wynikało cokolwiek po, na przykład, trzech latach. Natomiast w trakcie czytania rozrywka jest niezła, choć bez większych ambicji. Jednak trudno mieć o to pretensje do autora - w tytule wyraźnie jest mowa o skandalach, a nie o nauce historii.
poniedziałek, 9 października 2023
Dobrze zrozumieć i pamiętać
„Czas wilka” – Harald Jähner
Co wiemy o Niemcach i Niemczech? Rozpętali wojny światowe, zbrodniarze wojenni, gestapowcy i esesmani, ludzie bardzo zdyscyplinowani, stworzyli kraj niesamowicie silny gospodarczo, prawdopodobnie najbogatszy kraj Unii Europejskiej. Czego zwykle nie wiemy o Niemcach i Niemczech? Co i jak było pomiędzy tymi hitlerowcami, a obecnym dobrobytem i stabilną polityką. Ten czas, mierzony w latach, jakby nie jest obecny w świadomości współczesnych Europejczyków i na pewno nie tylko ich. Trochę to zafałszowany obraz, bo wydaje się taki… czarno-biały, zero-jedynkowy. Jakby od godziny zero (zakończenie drugiej wojny) Niemcy od razu wskoczyli na obecny poziom.
Dzieci na lekcjach historii uczy się, że 8 maja 1945 roku, bezwarunkową kapitulacją Niemiec zakończyła się druga wojna światowa w Europie. Ale tak naprawdę 8 maja nie wydarzyło się nic szczególnego – to data umowna.
Dla Friedricha Lufta godzina, którą miano nazwać później godziną zero, wybiła 30 kwietnia. W tym samym czasie sześćset czterdzieści kilometrów dalej na zachód, w Akwizgranie, od zakończenia wojny minęło już pół roku; Amerykaninie zajęli to miasto jako pierwsze w październiku 1944 roku. W częściach Duisburga znajdujących się po lewej stronie Renu wojna dobiegła końca 28 marca, w tych po prawej stronie – dopiero szesnaście dni później. Nawet co do oficjalnej kapitulacji Niemiec istnieją trzy różne daty. Generał pułkownik Alfred Jodl podpisał bezwarunkową kapitulację 7 maja w Reims w kwaterze głównej generała armii Stanów Zjednoczonych Dwighta D. Eisenhowera. Chociaż dokument ten wyraźnie uznawał za zwycięzców zarówno zachodnich aliantów, jak i Armię Czerwoną, Stalin upierał się przy powtórzeniu ceremonii w jego obecności. Stąd też 9 maja Niemcy skapitulowały raz jeszcze; tym razem w sowieckiej kwaterze głównej w Berlin-Karlshorst akt kapitulacji podpisał feldmarszałek Wilhelm Keitel. Na użytek podręczników historii zwycięskie mocarstwa zgodziły się na dzień pomiędzy obiema tymi datami, 8 maja, w którym właściwie nic się nie wydarzyło*.
„Czas wilka” to właśnie ten przejściowy, kilkuletni okres w podzielonych na strefy Niemczech, pomiędzy końcem wojny światowej, a krajem, państwem i narodem zbliżonym do współczesnego. Okres realnie bardzo trudny (nawet, jeśli się to Niemcom należało), w którym nie wiadomo było, co będzie dalej, w którą stronę pójdą, co z nimi będzie, na jakich zasadach. Kształtu nabierały nowe Niemcy, ale też zmieniała się, kształtowała i budowała nowa mentalność Niemców. Warunki i okoliczności zmieniły się diametralnie i większość społeczeństwa musiała się do tego jakoś przystosować. Bez względu na to, czy byli zwolennikami Hitlera, czy też jego przeciwnikami.
„Czas wilka” Haralda Jähnera jest to, formalnie rzecz biorąc, reportaż. Bardzo rozbudowany, historyczno-literacki. Autor prezentuje w nim fakty, wypisy z różnych dokumentów, dane liczbowe, ale też wypowiedzi zwyczajnych ludzi, którzy w tamtym okresie starali się jakoś dostosować i po prostu przetrwać, w jakiś sposób dalej żyć.
Autorowi, niemieckiemu dziennikarzowi, udało się uniknąć pułapki zawsze obecnej w tym temacie, to jest dzielenia Niemców na złych i dobrych, i moralnej oceny ich postaw, a także współczucia i usprawiedliwiania. Bo nie o tym jest ta książka! A jest o specyficznym czasie w historii narodu i zmianach, jakie wtedy następowały.
Wyjątkowo intrygujące wydawały mi się postawy niemieckich Żydów i tych niewielkich gmin żydowskich, które przetrwały, a które teraz rościły sobie prawo do zrabowanych Żydom dóbr kulturowych. Jednak bardziej istotna wydawała się kwestia przyszłości żydowskiego życia wspólnotowego w Niemczech. Co może wydawać się zaskakujące, wielu z nich postanowiło w nowych Niemczech pozostać. Hannah Arendt uważała, że była to dla nich kwestia honoru. To też nie musi być łatwe do zrozumienia. A to przecież tylko jeden z wielu wątków.
Książkę wzbogacono archiwalnymi fotografiami – szkoda, że jest ich niewiele. Rozległa bibliografia dowodzi poważnego podejścia autora do tematu i wiarygodności..
---
* Harald Jähner, „Czas wilka”, przekład Arkadiusz Żychliński, Wydawnictwo Poznańskie, 2021, s.12.
czwartek, 5 października 2023
Zbrodnie pszenno-buraczane
„Polskie morderczynie” –Katarzyna Bonda
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy albo może zgrzytnęło, jak pumeks potarty o szybę, to zdanie ze wstępu lub przedmowy „Książka oparta na faktach. Powstała, aby pokazać, że nic nie jest czarno-białe”. Zwróciłem na to uwagę, bo to po prostu ewidentna bzdura. Być może, i tylko teoretycznie, dałoby się napisać książkę s-f, w której nic nie będzie czarno-białe, ale coś takiego nie jest możliwe w przypadku faktów.
W życiu można zaobserwować mnóstwo odcieni szarości, ale czasami, i wcale nie tak rzadko, coś bywa czarno-białe, zero-jedynkowe. „Zbrodnia to niesłychana. Pani zabija pana” – pamiętam chyba jeszcze z podstawówki. Więc albo go zabiła, albo nie – tak lub nie, czarne albo białe. Kwestie motywów, okoliczności, wymiaru kary i inne takie, są już kwestią wtórną.
Przekonanie, że nic nie jest czarno-białe razi zwłaszcza w połączeniu ze słowem „fakt”. Faktem jest, że dziś nie mam psa. Faktem jest, że była bitwa pod Lenino. Faktem jest, że zdałem maturę. Faktem jest, że Gierek był członkiem PZPR. Faktem jest… Wszystkie te fakty, oraz z milion innych, są właśnie zero-jedynkowe.
Skoro pani Katarzyna Bonda ma tak dziwaczne podejście do życia i faktów w tymże życiu, resztę książki musiałem czytać bardzo, bardzo ostrożnie. Więc trochę to trwało.
„Polskie morderczynie” napisane zostały bardzo schematycznie, a schemat każdego z czternastu rozdziałów jest zwykle taki sam i składa się z wypowiedzi sprawczyni lub współsprawczyni zabójstwa, i nie musi ona dotyczyć samej sprawy, bo bywa, że życia w ogóle, związków, dzieci, przekonań itd., następnie relacja autorki zbudowana na bazie akt sądowych – w tym kawałku pani Katarzyna Bonda prezentuje ustalenia śledczych lub sądu, ale także – nie wiem czy w pełni świadomie – okoliczności łagodzące i inne wyjaśnienia, i usprawiedliwienia.
Prosty język, nie za dużo treści na każdy przypadek/osobę/zdarzenie, więc na początku czytałem z zainteresowaniem. Jednak mniej więcej od połowy książki zaczęły stawać się te relacje stawać coraz bardziej nużące, właśnie dlatego, że takie schematyczne, powtarzalne i – w pewnym sensie – banalne.
Ryszard nawet się nie poruszył, był pijany i spał, kołdrą miał nakrytą także głowę. Danuta ściągnęła kołdrę i z całej siły uderzyła go w twarz. Przeklinała go, chciała się kłócić. Kiedy nadal nie reagował, ściągnęli go na podłogę i zaczęli bić. Robert bił go po twarzy kawałkiem płyty chodnikowej, którą wziął ze sobą po drodze. Danuta kopała go po genitaliach, a potem wzięła nóż i chciała je odciąć. Janina najpierw uderzyła go w głowę butelką, potem kaleczyła go odłamkiem szkła, a następnie zadawała ciosy nożem na oślep - w klatkę piersiową, ręce, brzuch. Potem wszyscy zaczęli po nim skakać. Janina i Robert stawali na jego klatce piersiowej i krtani. Janina kopała go obcasami szpilek po twarzy i klatce piersiowej*.
Parafrazując słowa starej piosenki, można byłoby napisać, że dziś prawdziwych morderczyń już nie ma – żadnej w ich działaniach finezji, poważnej tajemnicy, skomplikowanej intrygi, gry z organami ścigania. Jest za to wyraźny niedobór wykształcenia (z wyjątkiem lekarki pogotowia, atrakcyjnej Małgorzaty, która zabiła żonę swojego kochanka), wódka, chciwość, zemsta, przemoc i patologia domowa. Takie te zbrodnie… siermiężne.
---
* Katarzyna Bonda, „Polskie morderczynie”, wyd. Muza, 2013, s. 35.
sobota, 30 września 2023
Sensacyjki i ploteczki o nich
„Politycy PRL prywatnie” – Sławomir Koper
Specyficzne, częściowe biografie sześciu osób z drugiego rzędu. Nie byli to ludzie z pierwszych stron gazet, ale raczej z drugich lub trzecich. Jakieś tam znaczenie mieli w powojennej Polsce, ale raczej środowiskowe niż państwowe.
- Maciej Szczepański – propagandysta czasów Gierka, szef telewizji czyli Radiokomitetu. Pijak, dziwkarz, autorytarny, arogancki przełożony. Miał wiele naprawdę ciekawych pomysłów na programy telewizyjne, które robiły furorę w latach siedemdziesiątych.
- Jarosław Iwaszkiewicz – latami prezes Związku Literatów Polskich, co oznaczało automatycznie wysoką ocenę jego twórczości, która, delikatnie mówiąc, była nierówna; tytuł jednej z bardziej znanych książek Iwaszkiewicza pogardliwie zmieniano na „Słaba i chała”. Żonaty, dwie córki, pederasta.
„Przed wojną mawiano w Warszawie, że młody mężczyzna ma do wyboru dwie drogi kariery literackiej. Pierwsza z nich prowadziła przez łóżko Nałkowskiej, a druga – Iwaszkiewicza. /…/ Nałkowskiej dużo zawdzięczali Michał Choromański, Bruno Schulz i Bogusław Kuczyński, natomiast Iwaszkiewicz nawiązał romans z malarzem Józefem Rajnfeldem oraz Czesławem Miłoszem”.
Koper cytuje Jarosława Iwaszkiewicza, który jednoznacznie i nostalgicznie wspomina w swoich „Dziennikach 1911-1955” (s. 450), jak to „chędożył Czesia Miłosza” w Wilnie. Natomiast nie każdemu pewnie znany Bogusław Kuczyński był redaktorem czasopisma „Studio” oraz sekretarzem Zofii Nałkowskiej; także pisarzem, ale niezbyt wysokiego lotu.
Kiedy czytałem o tym łóżku Nałkowskiej i Iwaszkiewicza skojarzyłem, że ja to znam, gdzieś już te zdania czytałem. Poszperałem w swoich notatkach i okazało się, że mam rację – te same słowa znaleźć można w książce „Kobiety władzy PRL”. No i dobrze, po co się wysilać i w różnych książkach wymyślać inne sformułowania, argumenty, ploteczki.
- Włodzimierz Sokorski – generał brygady Wojska Polskiego, pisarz, dziennikarz, publicysta, i polityk. Minister kultury i sztuki, przewodniczący Komitetu ds. Radia i Telewizji. Komunista od 1924 roku. W książce rozdział mu poświęcony traktuje głównie o kilku żonach i dziesiątkach albo i setkach kochanek (np. Krwawa Luna).
- Bolesław Piasecki – polityk nacjonalistyczny, prawnik i publicysta. Wściekły antysemita, próbował kolaborować z Niemcami. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia „Pax”. Znany chyba głównie z tego, że porwano i zamordowano jego syna, prawdopodobnie w odwecie za akcje mordowania Żydów, w których uczestniczył, ale sprawców nigdy nie odnaleziono.
- Adam Ważyk – poeta, prozaik, eseista, tłumacz. Autor piosenki marszowej „Marsz 1 Korpusu” (znanej także jako „Spoza gór i rzek”). W 1939 roku podpisał oświadczenie pisarzy polskich akceptujące przyłączenie Zachodniej Ukrainy do Ukrainy Radzieckiej. Publikował m.in. w gazecie „Czerwony Sztandar”. Będąc sekretarzem Związku Zawodowego Literatów Polskich był jednym z głównych propagatorów socrealizmu. Po śmierci Stalina złagodził postawę, a nawet pozwolił sobie na krytykę Nowej Huty. W 1964 Ważyk podpisał się pod protestacyjnym Listem 34, a gdyby żył dłużej, zapewne całkowicie przeszedłby na stronę przeciwników komunizmu.
- Jerzy Putrament – pisarz, poeta, publicysta, komunista, (członek PPR i PZPR) prawdopodobnie zwerbowany przez NKWD. Autor powieści „Odyniec”, „Bołdyn”, „Piaski” i mnóstwa innych. Oportunista – jak zresztą wielu z nich.
„Politycy PRL prywatnie” czyta się lekko i łatwo. Może dlatego, że nie jest to opracowanie historyczne – nawet temat czyjegoś prywatnego życia można opracować rzetelnie – ale składanka ploteczek i sensacji albo raczej sensacyjek. Do tego garść informacji o przedwojennej i powojennej historii Polski, jednak jest to głównie pozycja rozrywkowa, taka mniej więcej, jak znakomity periodyk „Fakt”.
czwartek, 21 września 2023
Żerowanie na historii bandyty
„Mengele: Anioł śmierci z Auschwitz” – Max_Czornyj
Wybierając tę lekturę miałem dwa cele. Przyjrzeć się warsztatowi pisarskiemu pana Czornyja, czy jak tam się odmienia to rosyjskie nazwisko, ale też upewnić się, że nowo wydawane książki o obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu są tylko niewiele wartym literacko i historycznie epatowaniem czytelnika obrzydliwościami.
Głównym bohaterem (sic!) swojej książki Max Czornyj uczynił Josepha Mengele, zwanego przez więźniów Aniołem Śmierci, zbrodniarza hitlerowskiego, dokonującego selekcji na rampie obozu oświęcimskiego, co oznaczało śmierć dziesiątków tysięcy ludzi oraz dokonującego potwornych eksperymentów medycznych/pseudomedycznych na ludziach, często bez jakiegokolwiek znieczulenia. Mengele miał dość rozległe zainteresowania, ale głównie intrygowały go rodzeństwa bliźniacze. Trzecia Rzesza potrzebowała mięsa armatniego, więc gdyby prawie każda ciąża niemieckiej kobiety była mnoga, Niemcy staliby się nie do pokonania.
Opracowałem jedenaście metod sporządzania łatwopalnej mazi. Do badań pozyskałem trzydzieści trzy osoby, dokładnie po trzy na każdą próbkę. To ważne, gdyż jak pewnie pamiętasz, co do zasady właśnie trzy ciała mieszczą się naraz w jednej komorze pieca krematoryjnego. Z wyjątkową starannością zająłem się odpowiednim dobraniem więźniów. Wyniki eksperymentu mogłyby być zaburzone przez rozbieżności w wielkości tkanki tłuszczowej, płeć albo budowę kostną poszczególnych osób. Zakwalifikowałem je do odpowiednich grup, a następnie przypisałem do konkretnych próbek mazi. Ze względów proceduralnych na spopielenie wszystkich ciał będę musiał czekać cztery dni. Obawiam się, że na rezultat badania będą miały wpływ różnice temperatury panującej na zewnątrz krematorium, ciśnienie oraz wilgotność powietrza. Na szczęście nadszedł wyż, który ma utrzymywać podobne warunki przez kilka najbliższych dób.
Czornyj napisał fikcyjny pamiętnik Josepha Mengele, obsadzając go w roli narratora. Książkowy Mengele opowiada o swoim życiu, początkowo z powodów naiwnie uproszczonych, od dzieciństwa do śmierci. Opowiada w mocno emocjonujący sposób, ale po przyjrzeniu się bliżej, okazuje się, że realnych, udokumentowanych faktów więcej jest zapewne w Wikipedii.
Opuścili mnie wszyscy, na których mogłem polegać. Rodzina, przyjaciele, żona. W zamian opiekę roztoczyła nade mną organizacja wojennych kamratów. Domyślam się, że tworzą ją byli członkowie SS, którzy pozostają w ukryciu. Słyszałem o dziesiątkach oficerów oraz towarzyszy partyjnych, którzy wyemigrowali do Ameryki Południowej. Te raz mam podążyć ich śladem. Przygotowania do mojej ucieczki zajęły kilka miesięcy. Przez ten czas dostałem sporo gotówki oraz nawiązałem kilka kontaktów.
Joseph Mengele nigdy nie stanął na ławie oskarżonych w procesach niemieckich zbrodniarzy wojennych i ludobójców. Dzięki pomocy katolickiego biskupa, Aloisa Hudala, uciekł do Argentyny. Później przeniósł się do Paragwaju, a następnie Brazylii, gdzie zmarł na udar mózgu w 1979 roku podczas relaksującej kąpieli w oceanie.
Jeśli ktoś uwielbia ten dreszczyk wstrętu i obrzydzenia podczas czytania o makabrycznych operacjach, to trochę ich w książce znajdzie. Poza tym jest bezwartościowa, a warsztat pisarski autora uważam za dość przeciętny; może nie całkiem zły, ale na kolana nie powala. To będzie raczej ostatnie moje spotkanie z twórczością Maxa Czornyja.
wtorek, 19 września 2023
Opowieści o trzech muzykach
„Zagrani na śmierć: Mroczne ścieżki polskiego undergroundu” – Tomasz Lada
Książka, której bym sobie nie kupił i nawet nie przyszłoby mi do głowy, żeby się nią zainteresować, ale dostałem ją w prezencie, więc zacząłem czytać i okazało się, że idzie to bardzo sprawnie i gładko. Mimo, że pewnych pojęć, specjalistycznych lub właśnie slangowych, z dziedziny muzykowania i profesjonalnego nagrywania muzyki, nie znałem i nie rozumiałem. Ale nie było ich wiele, może z pięć, więc zanim podjąłem decyzję o szukaniu ich w słownikach, zacząłem domyślać się, w czym rzecz, po prostu z kontekstu.
Żeby było jeszcze dziwniej dodam, że muzyka, o której mowa w książce, to też zupełnie nie moja bajka. Kojarzę wprawdzie nazwy Brygada Kryzys, Lech Janerka, Dezerter, może odrobinę Madame, ale Houk czy Kobong nie wywołują we mnie żadnych skojarzeń lub wspomnień. Zespoły te czy, jak to wtedy należało nazywać, kapele, tworzyły niezależną scenę muzyczną polskiego rocka w samej końcówce lat siedemdziesiątych, ale głównie w osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych. Najwyraźniej miałem wtedy inne zainteresowania i pomysły na życie niż ekscytacja młodzieżową muzyką undergroundową, ale… „Zagranych na śmierć” czytałem nadal i to ze sporą przyjemnością oraz wyraźnym zainteresowaniem. Chodziło zapewne o egzotyczne (tylko z dzisiejszego punktu widzenia) czasy, ludzi, postawy, mentalność, a nie samą tylko muzykę. Właściwie… ta konkretna muzyka (punk i dalsze ewolucje muzyki alternatywnej) wydaje się w ogóle mało ważna, choć nieustannie obecna w relacjach niektórych osób. To nie jest książka o muzyce – żeby nie było nieporozumień.
Od razu przyznaję, że poszukałem na YouTube i posłuchałem trochę tych kapel i ich muzyki i stwierdzam, że po czterdziestu i więcej latach to nadal nie moje klimaty.
„Zagrani na śmierć” to specyficzna opowieść o trzech polskich muzykach, w swoim czasie podobno wybitnych, perkusiście Januszu Rołcie (Rołt), wokaliście Dariuszu Hajnie (Skandal) i gitarzyście Robercie Sadowskim (Sadek). A specyficzna dlatego, że zbudowana z wypowiedzi, wspomnień o nich, ludzi z ich otoczenia, przyjaciół, znajomych, współpracowników, sąsiadów, partnerek. Bardzo rzadko członków rodziny, bo to chyba tylko żona i jakaś kuzynka Sadka.
O Skandalu: Nigdy nie mówił o rodzinie, nie nawiązywał do niej nawet mimochodem. Temat jego mamy, taty – w ogóle bliskich – nigdy się nie pojawił. Sprawiał wrażenie człowieka żyjącego zupełnie poza rodziną, jakby ta rodzina się zdezintegrowała[1].
Z tych krótkich relacji, bo zawartych w jednym zdaniu albo góra dwóch kartkach tekstu, właściwie trudno wyrobić sobie jednoznaczną opinię o tych trzech muzykach, bo wiele z nich, tych relacji, jest po prostu sprzecznych. Nie znaczy to, żeby były one nieprawdziwe, nie, po prostu ktoś brał udział w jakimś zdarzeniu, a ktoś inny w jakimś zupełnie innym, w innym czasie, w innych okolicznościach. Na przykład Rołt – jedni tylko słyszeli, że brał heroinę, ale nigdy tego nie widzieli, a przede wszystkim uważali, że nawet jeśli to prawda, to w niczym mu to nie przeszkadzało, bo nie zawalał żadnych spraw, terminów, natomiast ktoś inny wspomina, jak musiał wywalić go z zespołu, bo – jako narkoman – był kompletnie nieodpowiedzialny, czasem zwyczajnie nie zjawiał się na próbach, a nawet na koncertach. Notabene Janusz Rołt zmarł śmiercią samobójczą, powiesił się na klamce, jednak nie ma wątpliwości, że wykończyły go narkotyki – tak samo, jak Skandala i Sadka.
W Houku nie było heroiny. Tadzio nas nie częstował. Zresztą on grzał kompot, a dla normalnego człowieka to coś obrzydliwego. Tam było aż szesnaście jednostek czegoś w cencie, a w heroinie jest jedna. Tak że ten, kto walił kompot, ma szesnaście razy lepiej. Podobno tylko w Polsce ten kompot wychodzi. To sprawa jakichś bakterii, które u nas są inne. Tadek kiedyś mi pokazał, jak się taki kompot robi. Mówił, że kluczowy składnik to brud spod paznokci. Brało się go, wrzucało do miski i mieszało, słyszałem, że wtedy kompot był najlepszy. Podobno wszyscy o tym wiedzieli. Niektórzy twierdzili, że Rolling Stonesi i David Bowie przyjechali do Polski właśnie po kompot, a nie po jakiś wagon wódki[2].
Zaskakująco dobra pozycja z dziwacznym tytułem, bo „Zagrani na śmierć” sugeruje, że to samo granie ich zabiło, a nie twarde narkotyki.
--
[1] Tomasz Lada, „Zagrani na śmierć”, Wydawnictwo Czarne, 2022, s. 199.
[2] Tamże, s. 261.
niedziela, 10 września 2023
Reacher, chłopak i biznesmen
„Bez planu B” – Lee Child i Andrew Child
Na początku roku 2020 autor serii powieści o Jacku Reacherze, Lee Child, postanowił przekazać długopis czy klawiaturę młodszemu o czternaście lat bratu, Andrew Grantowi, posługującemu się pseudonimem Andrew Child. Młody Grant/Child piętnaście lat pracował w telekomunikacji, zanim postanowił zostać powieściopisarzem. Lee Child uznał, że napisze z bratem kilka kolejnych książek, zanim w pełni przekaże mu serię. „Bez planu B” po raz pierwszy wydano pod koniec 2022 roku, jest więc jedną z kilku powieści sensacyjnych, którą bracia napisali wspólnie.
Swoją drogą zawsze, gdy dowiaduję się o wspólnym pisaniu powieści, bo nie pracy naukowej, pakuje mi się przed oczy wizerunek Wałęsy z ogromnym długopisem, który trzyma jednocześnie wiele osób.
Jack Reacher, były żandarm wojskowy, włóczy się bez celu po kraju, bez bagażu, ale za to ze składaną szczoteczką do zębów w kieszeni. W Gerrardsville w Kolorado Reacher jest świadkiem śmierci kobiety, którą mężczyzna w kapturze wepchnął pod nadjeżdżający autobus. Moment później sprawca zabrał też spod autobusu torebkę kobiety. Okazało się, że tylko Reacher widział, co się stało. Inni zeznawali, że to był wypadek albo nawet samobójstwo. Takie proste rozwiązanie bardzo było na rękę miejscowej policji.
Jack Reacher śledził człowieka w kapturze, miał okazję zajrzeć do torebki ofiary i do koperty z dokumentami i zdjęciem, jakie zawierała, a to wystarczyło, żeby teraz to on stał się celem, sprawnej i dobrze zorganizowanej grupy profesjonalnych przestępców.
W dokumentach zamordowanej kobiety były żandarm zdążył przeczytać coś o więzieniu w Winson w stanie Missisipi; bardzo szczególnym więzieniu, prowadzonemu przez tajemniczą korporację Minerva. Więc tam właśnie postanowił się wybrać.
Powieść składa się z trzech wątków. Temat byłego żandarma, Jacka Reachera – w trzeciej osobie. Sprawa piętnastoletniego chłopca, który ucieka od rodziny zastępczej – relacja w pierwszej osobie. Wątek bezwzględnego biznesmena, żądnego zemsty – też w pierwszej. I tak się składa, że w tym samym czasie wszystkie te osoby zmierzają do Winson, bo tam, jak się wydaje, dojdzie do decydującej konfrontacji dobra ze złem i wyjaśnią się wszystkie tajemnice.
Pierwszymi trzema-czterema powieściami Lee Childa byłem zachwycony. Później było już tylko coraz gorzej. „Bez planu B” to mocno naiwna powieść średniej jakości. Taka, co to mówią, do pociągu. Jeśli nawet przyjedzie jakimś cudem o czasie, co bardzo rzadko, ale w Polsce podobno czasem, gdzieś tam się zdarza, to można niedokończoną bez żalu zostawić innemu podróżnikowi i czytelnikowi.
Na okładce książki widnieje nazwisko autora, wielkimi literami „Lee Child”. Poniżej, malutkimi literkami „Andrew Child” – to taki dość prostacki chwyt marketingowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








