środa, 30 sierpnia 2017

Medgidia - wspomnienia i sny


„Medgidia, miasto u kresu” – Cristian Teodorescu

Miałem jednocześnie dwa skojarzenia. Pierwsze: Medgidia przypominała mi miasta, miasteczka i dzielnice żydowskie z powieści Singera; w obu tych przypadkach autor pomagał czytelnikowi poznać świat zaginiony, bezpowrotnie utracony, świat, którego już nie ma. Drugie: pudło ze starymi fotografiami; ktoś starszy wyciąga je jakby trochę przypadkowo, ale o każdym z nich ma coś ciekawego do opowiedzenia.

Nie radzę pomijać kilkustronicowego wstępu, dzięki któremu czytelnik polski, rzadko pasjonujący się skomplikowaną historią Rumunii, może poznać tło opisywanych zdarzeń, a często w ogóle zrozumieć, o czym mowa. W okresie międzywojennym, a szczególnie w latach trzydziestych, w Rumunii władza króla stawała się coraz bardziej iluzoryczna, za to rosły wpływy partii i ugrupowań faszystowskich. W 1939 roku, po agresji niemieckiej na Polskę, Rumunia wprawdzie ogłosiła neutralność, ale dość długo pozostawała jednak w strefie wpływów niemieckich, zwłaszcza gdy w 1940 roku w Rumunii do dyktatorskiej władzy doszedł, popierany początkowo przez Żelazną Gwardię (faszystowską organizację polityczną działającą w Rumunii w latach 1930-1941), faszystowski przywódca, generał Ion Antonescu.

Jednak „Medgidia…” nie jest opracowaniem historycznym, to zbiór krótkich opowiadań o wydarzeniach i ludziach, wielu ludziach, żyjących w rodzinnym miasteczku autora, w latach 30. i 40 dwudziestego wieku. Nie jest to też pamiętnik, zbyt wiele w tych opowiastkach jest literackiej fikcji – pewnie dlatego autor prosi na wstępie, żeby na wszelki wypadek, traktować jego książkę, jak dzieło całkowicie zmyślone.

„Koniec ramadanu. Turcy zabierają się do ucztowania. Zarzynają baranki na pilaw, uganiają się za domowym ptactwem, ukręcają mu głowy i pakują na rożen. W całym mieście pachną uberek, tureckie placki z mięsem. Kto miał przyjaciół wśród Turków – a któż ich nie miał? – szedł do nich poświętować”*.

Takie właśnie fragmenty przypominają mi sztetle z powieści Singera – czasy, w których Żydzi, Polacy, Ormianie, Ukraińcy, Niemcy i inni potrafili żyć obok siebie, robić interesy, normalnie egzystować.
Niestety, w Medgidii nie zawsze było tak sielankowo. Żelazna Gwardia, a następnie Rosjanie mocno dali się we znaki mieszkańcom, choć miasteczko właściwie nigdy nie znalazło się bezpośrednio na linii frontu.

„Cztery razy Rosjanie ogołocili sklep Sarkisa, a raz go zdewastowali. Innym kupcom z miasta też nie udało się wyjść obronną ręką. Rosjanie przyjeżdżali fala za falą i płacili rublami, których nikt nie chciał, ale kto ośmieliłby się im odmówić?”**.

Warta poznania, powiedziałbym, ze urokliwie-sentymentalna historia. Polecam.



--
*„Medgidia: Miasto u kresu”, Cristian Teodorescu, przekład Radosława Janowska-Lascr, wyd. „Amaltea”, 2015, s. 81.
** Tamże, s. 176.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Sven Hassel za kołem polarnym

„Widziałem, jak umierają” – Sven Hassel

 Autor, Duńczyk z niemieckim rodowodem, na własne życzenie przyjął obywatelstwo niemieckie i powołany został do wojska. W czasie wojny, za próbę dezercji, Hassel został przeniesiony do jednostki karnej Wehrmachtu.

Tym razem doborowa banda niemieckich psychopatów (Joseph Porta, Wolfgang Creutzfeld – Mały, Willie Beier – Stary, Alfred Kalb – Legionista i inni), członków nigdy nie istniejącego, 27. Pułku Pancernego, walczy gdzieś za kołem podbiegunowym z Rosjanami, Finami i reniferami, ale też dokonuje brawurowego sabotażu w… Moskwie. 

Jest to dziesiąta książka tegoż autora, więc już dawno się zorientował, że można sporo zarobić, tworząc takie niestworzone historie.

sobota, 12 sierpnia 2017

Dorota Terakowska ostatni raz

„Dobry adres to człowiek” – Dorota Terakowska

Czytałem „Ono” i „Poczwarkę”, i jakoś nie rzuciły mnie na kolana. Właściwie uznałem, że dosyć będzie przygód z książkami Doroty Terakowskiej, szkoda mi na nie czasu. Być może takie, naiwne dość, manipulowanie emocjami czytelników, komuś się naprawdę bardzo podoba, ale…

Książka „Dobry adres to człowiek” trafiła w moje ręce jakoś tak… przypadkowo. Nie miałem pojęcia, czym jest; spodziewałem się powieści. Idea zbioru krótkich tekstów (zebranych przez Wydawnictwo Literackie i wydanych po śmierci Terakowskiej felietonów, drukowanych w „Elle”, w latach 2003-2004) nawet mi się spodobała, ale kiedy okazało się, że jest ich tak niewiele, rozczarowałem się do końca.

Z nutką lekkiej pogardy dla czytelników Terakowska podejmowała w nich tematy bajek w nowym i starym stylu, testów na człowieczeństwo, facetów w telewizyjnych reklamach i kobiet doznających orgazmu na widok błyszczących kurków, wigilijnej tradycji, pożytkach z bycia innym niż wszyscy, wartości dziwacznych rad rodziców… 

Może kilkanaście lat temu, w czasopiśmie, miało to sens, ale… Wydaje mi się, że własny czas można spożytkować korzystniej.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Jak zdemoralizowano Margrave

„Poziom śmierci” – Lee Child

Pierwsza książka Lee Childa z cyklu przygód Jacka Reachera, byłego żandarma. Znacznie lepsza od „Podejrzanego”, moim niezwykle skromnym zdaniem. W „Poziomie śmierci” narracja odbywa się w pierwszej osobie; Jack Reacher sam opowiada o wydarzeniach w spokojnym miasteczku Margrave gdzieś w Georgii, z dala od autostrady, gdzie znalazł się właściwie przypadkowo, wędrując bez celu po kraju. Margrave jest idealnie czyste, zadbane, nowe albo świeżo odnowione, a wszystko dzięki niebywałej szczodrości Fundacji Kilknera. Wszystkim przedsiębiorcom w mieście, nawet czarnoskórym starym fryzjerom, z usług których tygodniami nikt nie korzysta, Kilner wypłaca niesamowicie wysoką dotację, tysiąc dolarów tygodniowo, żeby nie musieli przejmować się klientami albo ich brakiem.

Zaraz po przybyciu do Margrave Reacher został aresztowany pod zarzutem zabójstwa. O dziwo, okazuje się, że sam szef lokalnej policji stara się go wrobić i twierdzi, że widział go w pobliżu miejsca zbrodni. Reacher ma dobre alibi, ale jego wykazanie zajmuje trochę czasu, więc w związku ze zbliżającym się weekendem, zostaje zamknięty w pobliskim więzieniu, gdzie źli faceci z bractwa aryjskiego próbują go zabić.
Kiedy w poniedziałek Reacher wychodzi z pierdla, okazuje się, że zamordowanym był jego brat, ważny pracownik Departamentu Skarbu. W tej sytuacji Reacher postanawia zostać w miasteczku i rozwikłać sprawę, co – po setkach perypetii i niebezpieczeństw – oczywiście w końcu mu się udaje.

Jack Reacher jest bohaterem niesamowicie brutalnym i bezwzględnym. Zabija i okalecza ludzi bez żadnych skrupułów (wyłupione oko w więzieniu, strzały w plecy, zatłuczenie pałką itp.). Oczywiście rozprawia się w ten sposób z bardzo złymi facetami, ale…

W historii tej pojawia się też kobieta, funkcjonariuszka Roscoe, którą łączy z Reacherem gorący, choć bardzo krótki, romans. I tu zaczyna się ujawniać pewien schemat w sercowym życiu byłego żandarma, pojawiający się też w innych książkach Lee Childa – pan i pani mają się ku sobie, ale ona chce zostać na miejscu i robić karierę, na co są pewne szanse, a on pragnie bez celu wałęsać się po całych Stanach, a tak odmiennych potrzeb pogodzić się nie da.

Niezłe czytadło, choć odrobinę naiwne zakończenie.

sobota, 15 lipca 2017

Reacher i zagadka zielonej farby

„Podejrzany” – Lee Child

Kolejny tomik przygód, jeśli tak można to nazwać, sztandarowego bohatera Lee Childa, Jacka Reachera, byłego żandarma. Tym razem Reacher ma dziewczynę, w której jest zakochany po uszy, Jodie, córkę swojego dawnego przełożonego, ma też dom, zapisany mu w spadku przez ojca Jodie. O ile wielka miłość z dawnych czasów jest jeszcze w porządku, to posiadanie nieruchomości mocno Reacherowi przeszkadza, nie czuje się z tym dobrze.

Reacher przypadkowo natyka się na próbę wymuszenia haraczu, przez szeregowych członków organizacji przestępczej Petrosjana. Cwaniaków wysyła do szpitala, kradnąc im wcześniej pieniądze, i w ten sposób (bo to samotny mściciel, którego prawo nie obowiązuje, kierujący się jedynie własnymi standardami moralnymi i przekonaniami) zaczyna pasować do profilu masowego zabójcy kobiet skrzywdzonych przez żołnierzy.

Reacher zachowuje się, jak półinteligent – dawny żandarm, znający normy prawne na wyrywki, jakoś nie rozumie, że jego dziewczyna, specjalizująca się w prawie bankowym i biznesowym, nie jest odpowiednia do bronienia klienta w sprawie kryminalnej; upiera się też, że adwokat mu w zasadzie niepotrzebny, bo… jest niewinny.

Wkrótce okazuje się, że FBI stara się wrobić Reachera po to, by później, oczyściwszy go nieco z zarzutów, zyskać sobie jego wdzięczność (sic!), a tym samym chęć udzielenia im pomocy. Kiedy ta naiwna psychomanipulacja nie wychodzi, FBI zaczyna szantażować Reachera, grożąc przekazaniem danych jego dziewczyny organizacji Petrosjana. W tych warunkach Jack zgadza się pomóc FBI w śledztwie.

Równolegle z rozwojem fabuły poznawać można myśli, plany, rozważania sprawcy. W związku ze specyficzną formą tej narracji szybko można zorientować się, kim jest ów ktoś i na czym polega największa tajemnica.

Fabuła naiwna i bardzo mocno przekombinowana. Opisana w książce hipnoza powoduje, że ręce (i oczy) opadają z beznadziei. Postępowanie pracowników FBI, którzy na końcu znowu próbują w coś Reachera wrobić, jest zupełnie nieprawdopodobne. Podobnie wygląda kwestia związku z Jodie.
  
Choć autora bardzo lubię, to tej jego książki nie polecam.

środa, 21 czerwca 2017

Jak to robią genialni pisarze

„Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z The Paris Review” – Michel Houellebecq, Julian Barnes, Jonathan Franzen, Javier Marías, Julio Cortázar, Gabriel García Márquez, Jorge Luis Borges, Vladimir Nabokov, William Faulkner, Ernest Hemingway, Don DeLillo, Saul Bellow, Max Frisch...


„The Paris Review” – jeden z najbardziej znanych i poważanych anglojęzycznych periodyków literackich świata. Założony w 1953 roku w Paryżu, w 1973 przeniósł redakcję do Nowego Jorku. Publikował prace autorstwa Jacka Kerouaca , Philipa Larkina, Philipa Rotha, Terry Southern, Adrienne Rich, Italo Calvino, Samuela Becketta, Nadine Gordimer i wielu innych znanych, cenionych i nagradzanych pisarzy. Od roku 2010 jego redaktorem naczelnym jest Lorin Stein. Pod jego redakcją, „The Paris Review” zdobył dwie nagrody National Magazine Awards.

Zbiór zawiera wywiady z pisarzami dokonane na przestrzeni ponad półwiecza (np. Hemingway – 1958 rok), nie chodzi tu o najnowszych, ale o największych, najbardziej znanych twórców literatury. Rozmawiali z nimi różni redaktorzy, w różnych miejscach świata, w różnych okolicznościach. Niektóre pytania się powtarzały: o warsztat pisarki, o źródła pomysłów, o plany twórcze na bliższą i dalszą przyszłość.

Zauważyłem pewne podobieństwo, coś wspólnego; genialni pisarze są do siebie – w pewnym sensie – podobni. Owszem, w najnowszych wywiadach pojawia się słowo „komputer”, nieobecne w rozmowach wcześniejszych, ale to przecież nie ma żadnego znaczenia. To jedynie technika, a nie specyficzny sposób widzenia i rozumienia życia, świata, ludzi…

Na koniec trzy przykłady, fragmenty wywiadów:

„Trzymanie książki w ręku i przeczytanie kilku dobrych opinii było pocieszające. Ale potem, taki już jestem – i zakładam, że to cecha wielu innych pisarzy – pomyślałem: »A co, jeśli mam w sobie tylko jedną książkę?«. Z tego powodu druga powieść jest zawsze trudniejsza, choć w moim przypadku przynajmniej pojawiła się szybciej. Cały czas łapię się na takich myślach: »Może i napisałem siedem, osiem albo dziewięć powieści, ale czy uda mi się znów to zrobić?«. Niemniej jestem przekonany, że podwyższony poziom lęku jest u pisarza normalnym stanem”*.

„Być może piszę, ponieważ to sposób myślenia lepszy niż jakikolwiek inny. To bardzo aktywny sposób myślenia. Myślisz jaśniej, kiedy musisz coś ująć w słowa. Nawet ci, którzy nie są zawodowymi pisarzami, oczyszczają umysł, pisząc list czy pamiętnik. Niektórzy mawiali, że pisanie to wyjątkowy sposób, by wiedzieć, ale to wyjątkowy sposób, by rozumieć.”**.

„Czym, pana zdaniem, pisarz różni się od innych ludzi?
Cóż, przede wszystkim ma potrzebę porządkowania faktów i nadawania życiu sensu. Wraz z tym pojawia się miłość do słów dla nich samych i pragnienie, by nimi manipulować”***.

Książka niewątpliwie warta polecenia, choć... niewielu czytelnikom.



--
* E-book „Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z The Paris Review”. Z wywiadu z Julianem Barnesem, autorem „Papugi Flauberta”.
** Jak wyżej. Z wywiadu z Javierem Marías Franco − hiszpańskim pisarzem.
*** Jak wyżej. Z wywiadu Aldousem Huxleyem.

czwartek, 25 maja 2017

Czarne karty historii Teksasu

„Syn” – Philipp Meyer


Eli McCullough, zwany przez wszystkich Pułkownikiem, syn Armstronga, spłodził Petera (oraz inne dzieci), Peter spłodził Charlesa (oraz inne dzieci), Charles spłodził Jeanne Anne (oraz inne dzieci), J. C. była matką Susan (oraz innych dzieci), a Susan została matką Della i Asha. Prawda jakie to proste?
Gdyby nie czytelnie rozrysowane drzewo genealogiczne, zrozumienie skomplikowanych i pasjonujących losów i koligacji rodziny McCullough nastręczałoby spore problemy, przynajmniej na początku i tym bardziej, że historię rodziny, i własną, opowiadają różni jej członkowie, żyjący w różnych czasach; historia McCulloughów nie jest przedstawiona w „Synu” liniowo (chronologicznie) i relacjonują ją na przemian przedstawiciele trzech pokoleń: Eli, Pete oraz Jeanne Anne.

Kiedy Armstrong McCullough wybrał się pomagać sąsiadowi, znanemu w okolicy jako Syfilis Poe, jego farma została napadnięta. Żona i córka zginęły na miejscu (oczywiście wcześniej zgwałcone), natomiast synowie, Martin i Eli, zostali przez Komanczów uprowadzeni. Martina Indianie zabili kilka dni później – miłośnik poezji, marzący o studiach na Wschodzie, brzydzący się jedzeniem surowej wątroby podlanej żółcią albo sfermentowanego mleka z brzucha cielaka bizona, nie miał właściwie wśród nich szans na przeżycie. Twardy i gotowy na wszystko Eli (późniejszy Pułkownik McCullough) przetrwał i wychowany został na wojownika Komanczów o imieniu Tiehteti.

Eli McCullough spędził wśród Komanczów kilka lat, a po powrocie na łono białej cywilizacji, postawił fundamenty rodowej fortuny rodu. Słyszałem kiedyś, powtarzane ponoć często w Meksyku, powiedzenie: Biedny Meksyk – tak daleko od Boga i tak blisko Stanów Zjednoczonych. Częścią procesu budowania potęgi McCulloughów była na przykład brutalna eksterminacja… nie, nie Indian – Meksykanów. Starych, bogatych meksykańskich rodów, których wielkie majątki można było później przejąć za bezcen. W taki właśnie sposób McCulloughowie wymordowali Garciów, z dziećmi włącznie.

Mijały lata. Zmieniał się Teksas, zmieniali się McCulloughowie…

„Czasy, w których bogaci świecili przykładem. Kiedy stosowali wobec siebie wyższe standardy, ich życie było przykładem dla innych. Kiedy nie afiszowano się bogactwem przed kamerami, nie stawało w świetle reflektorów, o ile czegoś się nie osiągnęło. Teraz zapomniano o tym obowiązku. Bogaci są tak spragnieni uwagi jak każda pomywaczka”*.

Biali i bogaci mieszkańcy Teksasu płci męskiej zawsze jednak byli (wydaje się, że są nadal) seksistowskimi rasistami.

„Bycie mężczyzną oznacza brak jakichkolwiek zasad. Można mówić jedno w kościele, a co innego w barze i uznawać i jedno, i drugie za prawdę. Można być dobrym mężem i ojcem, i chrześcijaninem, i bzykać sekretarki, kelnerki, i każdą prostytutkę, która wpadnie nam w oko”**.

Przy okazji zastanawiałem się, czy rzeczywiście Polacy w XXI wieku, w tym względzie, różnią się czymś od Teksańczyków.

Reasumując: bardzo dobra powieść, której bohaterem jest… Teksas. I oczywiście jego mieszkańcy, ale to jakby w tle. Kawał fascynującej historii, mocno odmiennej od wersji przedstawianej w westernach z drugiej połowy XX wieku, zdecydowanie wart uwagi.





--
* Philipp Meyer, „Syn”, wyd. Czwarta Strona, 2016, przekład Jędrzej Polak, s. 68.
** Philipp Meyer, „Syn”, wyd. Czwarta Strona, 2016, przekład Jędrzej Polak, s. 527.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

L'esprit de l'escalier w praktyce

To będzie historyjka z cyklu: czy ty nie masz innych problemów? Odpowiadam:  problemy różne mam albo raczej miewam, a wydarzenie, które zaraz opiszę i wypływające zeń wnioski, problemem chyba jednak nie są (czy aby na pewno?). Może nawet będzie zabawnie, ale tego nie gwarantuję.

Droga powrotna. Dworzec. Peron. Podjechał pociąg. Kieruję się w stronę wejścia do wagonu. Kolega zwraca mi uwagę, że ten wagon ma inny numer, niż zapisano na moim bilecie. Odpowiadam, że to nie ma znaczenia, że liczy się numer miejsca, a na wagonie widnieje napis: miejsca od… do… i w tym przedziale liczb się mieszczę. Wsiadam. Zajmuję miejsce – właściwe pod względem numeru – po chwili inny pasażer zwraca uwagę, że siedzę na jego fotelu, i być może nawet mam miejsce o takim numerze, ale w innym wagonie. Nie dyskutuję, głupstwo przecież (i uwaga kolegi), przesiadam się, sprawa załatwiona.

Jadę dość długo, tym bardziej, że pociąg ma pół godziny opóźnienia. Może dzięki temu tylko odkrywam, co do cholery się stało. Bo ja, od lat, nie zwykłem ignorować sugestii innych ludzi i upierać się przy swoim.

Dlaczego nie posłuchałem kolegi? To akurat wydaje się proste – bo kilka dni wcześniej, wyruszając w drogę do Warszawy, identycznym pociągiem, odmienną informację otrzymałem od osoby, która wydawała mi się bardziej kompetentna, to jest od konduktora, czy też innego członka załogi pociągu.
Stałem wtedy na peronie, przyglądałem się uważnie wagonom, i nie widziałem żadnych numerów. Poprosiłem o pomoc człowieka odzianego służbowo, a ten podpowiedział mi, żebym kierował się numerem miejsca siedzącego i pokazał mi je namalowane na burcie wagonu. To wsiadłem i usiadłem. Do końca podróży nikt mi żadnej uwagi nie zwracał, kontroli biletów zresztą nie było (nawet trochę żałowałem, bo chciałem się pochwalić biletem w smartfonie, czyli techniką znaną mi dotąd tylko z teorii). To tylko ja, przez moment, chciałem przyczepić się, że monitory w wagonie nie działają, a nie po to płacę dużo pieniędzy, żeby być pozbawionym w drodze rozrywki i informacji.

Jadę więc, z tym opóźnieniem, nie zwracam większej uwagi na piersiastą blondynę obok, studiującą przez całą drogę opasły podręcznik na temat podatków, bo kombinuję, co jest z tymi numerami i kolejarzami. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy (i za to się nie lubię), to podejrzenie, że w mojej niewielkiej miejscowości nierozgarnięci pracownicy kolei pojęcia nie mają o nowoczesnych pociągach firmy PKP InterCity. Bo najprościej zwalić na kogoś, prawda?

Jestem jednak dopiero w połowie drogi, więc spekuluję dalej i pewne elementy, detale, zaczynają mi się łączyć w jakąś całość. Numery miejsc są namalowane, a przynajmniej trwale umieszczone na burcie wagonu, ale numery samych wagonów wyświetlane są na elektronicznym panelu, na drzwiach wagonu. Dlaczego ich nie widziałem jadąc do stolicy? Monitory w przedziale nie działały, może to ten sam system nawalił? Poczułem się odrobinę lepiej. Nie widziałem numerów wagonów, bo się nie wyświetlały. To teraz ostatnie pytanie, ostatnia wątpliwość – czemu pracownik kolei zwracał moją uwagę na numery miejsc, ale nie skierował mnie do właściwego wagonu? Odrzucam już wersję o jego niekompetencji i zadaję sobie pytanie inaczej sformułowane: w jakich okolicznościach mogło się tak stać? I wreszcie dokonuję epokowego odkrycia – kolejarz pokazywał mi numery miejsc, a nie wagonów, bo ja, zupełnie przypadkowo, stałem zapewne przed tym właściwym, przed swoim! I na tym polegał mój błąd. Nie do końca, nie w pełni rozpoznałem rzeczywistość, ale wyciągnąłem wnioski. Tym razem błędne.

Rozejrzałem się z zadowoleniem dookoła, ale jakoś nikt nie zwracał uwagi na mój triumf. Rozwiązałem trudną zagadkę i już miałem siedzącą obok panią zagadnąć o złożone problemy dotyczące odwróconego VAT-u, ale… pociąg właśnie wjechał na dworzec w moim mieście.
  

L'esprit de l'escalier – z francuskiego: inteligencja schodowa albo dosłownie duch schodów. Trafna cięta odpowiedź, riposta, błyskotliwa myśl, rozwiązanie, przychodzi mi na myśl poniewczasie, po zakończeniu spotkania, dopiero na schodach.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Przesadzone przygody Svena

„Krwawa droga do śmierci” – Sven Hassel

Głównymi bohaterami powieści wojennych Svena Hassela są przede wszystkim: oberst Hinka, Porta, Mały, Stary, Legionista, Heide, Barcelona, Sven (autor-narrator), żołnierze niemieckiej karnej kompanii. Oparte na osobistych przeżyciach autora, Duńczyka, który wykorzystał pochodzenie matki, by dostać się do niemieckiego wojska – najpierw wojska pancerne, później karna kompania – i wraz z nim walczył na wszystkich chyba frontach drugiej wojny światowej.

„Krwawa droga do śmierci” wydana prawie ćwierć wieku po pierwszej książce Hassela („Legion potępieńców”), nie dorównuje już pierwszym pozycjom. Mocno przesadzona, pisana jakby na siłę, przypomina „Przygody kanoniera Dolasa” – tu także bohaterowie miotają się po całej Europie, od okupowanej Grecji przez Bałkany do sowieckiej Rosji i frontu wschodniego. 

Okrucieństwo, brutalność, flaki i mózg, śmierć, zobojętnienie, cynizm, czarny humor.