piątek, 22 lutego 2013

Zbrodnie i zabójcy bez jaj

„Czarny leksykon” – Joanna Białecka

„Odmiany doświadczenia religijnego” Williama Jamesa tak mnie zmęczyły, że sięgnąłem po lekturę „lżejszą”.  Jednak odnoszę wrażenie, że albo tej lekkości już mi wystarczy, albo autorka mocno z nią przesadziła.

„Czarny leksykon” to zbiór wyjątkowo pobieżnie zaprezentowanych zbrodniarzy i zbrodni dokonanych zwykle w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Austrii od osiemnastego wieku do połowy dwudziestego.  Spodziewałem się czegoś w stylu „Słownika zabójców” René Reouvena, ale srodze się zawiodłem – to zupełnie nie ta klasa, choć przyznaję, że lekturą do pociągu może być „Czarny leksykon” całkiem niezłą.

sobota, 26 stycznia 2013

Mistrzowie w gorszej formie

„Czarnoksiężnicy – Magiczne opowieści mistrzów współczesnej fantasy” (antologia)

Kilka znanych nazwisk, kilkanaście przeciętnych… baaardzo przeciętnych opowiadań. A może to ja wyrastam już z czytania historyjek tego typu? Może adresowane były do dzieci? Choć z drugiej strony… Holocaust w „Prześlizgując się bokiem przez wieczność” raczej nie sprawia „dziecinnego” wrażenia. W każdym razie nie polecam.

Zawartość zbioru:
·         Neil Gaiman: „Nagrobek czarownicy”
·         Garth Nix: „Ostrokrzew i żelazo” 
·         Mary Rosenblum: „Barwna wizja”
·         Kage Baker: „Nieskazitelny rubin” 
·         Eoin Colfer: „Ptasia opowieść” 
·         Jane Yolen: „Prześlizgując się bokiem przez wieczność” 
·         Tad Williams: „Ręce obcego”
·         Patricia McKillip: „Dzień nadania imienia” 
·         Elizabeth Hand: „Żona Zima” 
·         Andy Duncan: „Diorama...”
·         Peter Beagle: „Taniec w Barrens”
·         Nancy Kress: „Kamienny człowiek”
·         Jeffrey Ford: „Zaklęcie Mantykory”
·         Tanith Lee: „Zinder” 
·         Terry Bisson: „Billy i czarodziej”
·         Terry Dowling: „Magycy” 
·         Gene Wolfe: „Magiczne zwierzę”
·         Orson Scott Card: „Ojciec kamienia”

środa, 23 stycznia 2013

O trupach lekko i ciekawie

„Sztywniak: Osobliwe życie nieboszczyków” – Mary Roach

Mary Roach, amerykańska reporterka (autorka „Bzyk: Pasjonujące zespolenie nauki i seksu”), znudzona widać egzotycznymi podróżami, napisała książkę o trupach. Być może lepsze wrażenie sprawiałoby określenie „o zwłokach” albo „o zmarłych”, ale… „trupy” są jak najbardziej odpowiednie. Zważywszy choćby na spis poruszanych zagadnień:
1. Głowa jest zbyt cenna, żeby ją tracić. Operacje na zwłokach.
2. Zbrodnie anatomii. Porywacze ciał i inne obrzydliwe historie początków sekcji zwłok.
3. Życie po śmierci. O gniciu, i co można z tym zrobić.
4. Trup za kółkiem. Testy wypadkowe i upiorna, acz konieczna nauka o odporności na ciosy.
5. Poza czarną skrzynką. Kiedy ciała pasażerów muszą opowiedzieć historię katastrofy.
6. Trup idzie do wojska. Śliska etyka kul i bomb.
7. Święty trup. Przybijanie do krzyża.
8. Skąd wiesz, że nie żyjesz? Żywe trupy, pogrzebani żywcem oraz naukowe poszukiwania duszy.
9. Sama głowa. Dekapitacja, reanimacja, transplantacja.
10. Zjedz mnie. Leczniczy kanibalizm i przypadek ludzkich pierożków.
11. Z pieca do kubła z kompostem. I inne nowoczesne propozycje jak skończyć.
12. Szczątki autorki. Da, czy nie da?

Temat trudny, ciężki, bardzo ryzykowny, bo autor podejmując go, łatwo mógłby narazić się na zarzut epatowania czytelnika jakimiś obrzydliwościami, jednak Mary Roach podjęła wyzwanie i z próby wyszła zwycięsko. Jest to znakomicie napisana książka popularnonaukowa, w której – nie przekraczając granic, lekko, czasem nawet z odrobiną humoru – zawarte zostały informacje o różnorakim zastosowaniu ludzkich zwłok, zarówno w chwili obecnej, jak i w dawnych czasach.
 
Zdecydowanie warta uwagi, choć temat nie każdego musi pociągać.

wtorek, 11 grudnia 2012

Od Billa do Williama Jamesa

„Odmiany doświadczenia religijnego” – William James
(The Varieties of Religious Experience. A Study in Human Nature)

Dlaczego w ogóle sięgnąłem po „Odmiany doświadczenia religijnego” Jamesa? Zwraca na nie uwagę William G. Wilson (Bill W.), autor książki „Anonimowi Alkoholicy”, a jako że historia Wspólnoty AA żywo mnie interesuje, nie mogłem tego nie zrobić.

Wiedziałem, że nie jest to pozycja łatwa w odbiorze i zdawałem sobie sprawę, że do zmierzenia się z nią muszę po prostu dorosnąć (ostatecznie czytałem ją trzy miesiące i już wiem, że do niektórych fragmentów powinienem wrócić); nigdy też nie była tania, co także miało niebagatelne znaczenie. Kiedy wreszcie zdecydowałem się ją kupić, okazało się, że są na rynku dwie książki Williama Jamesa o podobnych tytułach: „Odmiany doświadczenia religijnego” i „Doświadczenia religijne”. W tym momencie zaczęły się schody, czyli… czas na anegdotę.

W księgarni internetowej znanej sieci (mamy raptem 3-4, więc problem z identyfikacją żaden, ale reklamy robić jej nie zamierzam), oferującej oba te tytuły, klikam na „W czym mogę pomóc?”, a następnie miłą panią pytam, czy „Odmiany doświadczenia religijnego” i „Doświadczenia religijne” Williama Jamesa to dwie różne pozycje tego autora, czy może chodzi o tę samą książkę w dwóch różnych wydaniach i w rożnych tłumaczeniach? Po dłuższej chwili otrzymuję odpowiedź, z której wynika, że specjaliści z BOK nie prowadzą analiz literackich oferowanych dzieł, więc pani odpowiedzieć na moje pytanie nie może. Teraz z mojej strony zapadła dłuższa cisza, bo przyznaję, że przeżyłem lekki szok. Pani, zniecierpliwiona moim brakiem reakcji, zapytała, czy może mi pomóc w czymś jeszcze (jakby w czymkolwiek mi dotąd pomogła), więc wystukałem z pewnym trudem, że nie, dziękuję i rozłączyłem się.

Jestem księgarzem, większość zawodowego życia spędziłem w różnych księgarniach, ale za moich czasów coś tak kuriozalnego nie byłoby do przyjęcia chyba nawet u młodszego księgarza. Ba! Nawet u kandydata księgarskiego, czyli kogoś, kto w księgarni pracuje od kilku miesięcy zaledwie. Podejrzewam, że większość uczniów liceum domyśliłaby się, że w takim przypadku nie ma potrzeby przeprowadzać żadnych analiz literackich, bo wystarczy sprawdzić tytuł oryginału, podawany zawsze na jednej z pierwszych stron książki. Gdyby okazał się taki sam, to oczywiste byłoby, że mamy do czynienia z tą samą pozycją wydaną przez dwóch wydawców w różnych tłumaczeniach i pod innymi tytułami.
Ostatecznie „Odmiany doświadczenia religijnego” Williama Jamesa kupiłem w innej księgarni – dla zasady.

Lekturę zacząłem od wstępu, przedmowy, wprowadzenia Bogdana Barana pod tytułem „Filozofia surpozycji”. Kiedy natknąłem się w niej na takie oto stwierdzenie: „Po amputacji imputacji fenomenologia doświadczenia religijnego, którą James śmiało avant la lettre uprawia, nie odnajduje w tym doświadczeniu ani wyznaniowej dogmatyki, ani filozoficznego dogmatyzmu. Jest to oczywiście »fenomenologia« w prostym sensie eidetyki, opisu natury, istoty fenomenu dzięki nieuprzedzonemu sięganiu do »rzeczy samych«, czyli bogatego materiału w postaci raportów spisywanych przez doświadczające podmioty"[1] (nadal nie wiem, czemu ejdetyka pisana jest tu przez „i”), niewiele brakowało, bym na nim skończył. Podejrzewałem jednak, że tekst pana Barana jest sprytną pułapką, swego rodzaju testem dla czytelnika, a jeśli ten przezeń przebrnie, poradzi też sobie z dziełem Williama Jamesa. Może chodzi o podatki – podobno tym większe im wyższa sprzedaż, więc jeśli potencjalnego czytelnika skutecznie do zakupu się zniechęci… Może wreszcie rzeczywistość jest bardziej banalna i chodzi o zwyczajne popisywanie się, nie wiem… nieważne.

„Odmiany doświadczenia religijnego” z 1902 roku to zapis dwudziestu wykładów, jakie William James (1842-1910), amerykański filozof, psycholog, prekursor fenomenologii, współtwórca pragmatyzmu, wygłosił w Edynburgu. Z czasem stały się one podstawą nowej nauki: psychologii religii. James – możliwe, że jako pierwszy – koncentruje się na doświadczeniach i przeżyciach religijnych, nie zajmując się religiami i wyznaniami jako takimi; bada raczej naturę ludzką niż religie sensu stricto.

„Gdybyśmy mieli scharakteryzować życie religijne w możliwie najogólniejszy sposób, moglibyśmy powiedzieć, że polega ono na wierze w porządek wyższy, niewidzialny i w to, że najwyższe nasze dobro zależy od naszego dostrojenia się do tego porządku. Ta wiara i dostrojenie się są właśnie religijną postawą duszy”[2].
W swojej pracy wiele miejsca poświęca konkretnym przypadkom wszelakiego rodzaju doświadczeń religijnych, w tym na przykład nawróceń.

„Nawróciłem się w swojej sypialni na plebanii mego ojca, o trzeciej po południu w upalny dzień lipcowy (13 lipca 1886). Byłem zupełnie zdrowy i nie piłem już od miesiąca. O zbawienie swej duszy bynajmniej się nie kłopotałem. Naprawdę – dnia tego zupełnie nie myślałem o Bogu”[3].

Zwykle najważniejszy okazuje się efekt doświadczenia czy przeżycia religijnego. Może to być rezygnacja z tytoniu, alkoholu, hulaszczego trybu życia czy rozpusty, ale też zmiana religii czy wyznania.

W ostatnim wykładzie (zatytułowanym i zawierającym „Wnioski”) William James stawia pytanie, czy należy ubolewać nad mnogością i różnorodnością religii, wyznań, sekt i natychmiast odpowiada na nie przecząco, dowodząc, że różnorodność typów ludzkich wymaga – i jest to zupełnie naturalne – nieomalże nieskończonego zestawu postaw religijnych.

Fragment szczególnie dla mnie ważny zawarty jest w słowach:
„Gdyby ktoś zażądał konkretnego przykładu, to powiem, że trudno o lepszy niż przypadek George’a Foxa. Założonej przezeń religii kwakrów nie sposób się nachwalić. W epoce kłamstwa i hipokryzji była to religia prawdomówności zakorzenionej we wnętrzu duchowym, był to powrót do czegoś bliższego pierwotnej prawdzie ewangelicznej niż wszystko, co przedtem znano w Anglii”[4].

Szukałem w „Odmianach doświadczenia religijnego” – awizowanych mi wcześniej – śladów fascynacji Jamesa Tołstojem i je znalazłem. Znalazłem też obietnicę, a może groźbę… „Jeśli kochasz ludzi i służysz im, nie umkniesz nagrodzie żadnym wybiegiem”[5].







[1] Bogdan Baran, „Filozofia surpozycji”, w: William James, „Odmiany doświadczenia religijnego”, wyd. Aletheia 2011, strona 7.
[2] William James, „Odmiany doświadczenia religijnego”, wyd. Aletheia 2011, przeł. Jan Hempel, strona 57.
[3] Tamże, strona 207.
[4] Tamże, strona 19.
[5] Tamże, strona 41.

poniedziałek, 29 października 2012

Alkoholik i odwykowa Farma

„Rehab” – Wiktor Osiatyński

W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Wiktor Osiatyński, doktor habilitowany nauk prawnych, profesor Central European University w Budapeszcie, specjalista w zakresie prawa konstytucyjnego i historii doktryn polityczno-prawnych, wykładowca akademicki, feminista, pisarz i alkoholik, podczas pobytu w USA poddał się leczeniu odwykowemu w ośrodku, który nazywa Farmą.

„Rehab” nie jest pamiętnikiem; bohaterem książki – napisanej w trzeciej osobie liczby pojedynczej – jest alkoholik W., i jest to zbiór zapisków, notatek, przemyśleń, wniosków, dotyczących zarówno samego procesu terapeutycznego jak i osób, spraw i zdarzeń, z którymi autor na Farmie się zetknął. 

Opisany przez Osiatyńskiego model terapii odwykowej prawdopodobnie nigdy się w Polsce nie rozwinął, jednak pewności co do tego nie mam, bo może gdzieś tam, kiedyś były podejmowane jakieś próby. W związku z tym, że od czasu pobytu autora na Farmie minęło około trzydzieści lat, mało jest realne, by i tam terapię prowadzono w dokładnie taki sam sposób. A to z kolei oznacza, że „Rehab” dzisiaj, to raczej tylko ciekawostka – dawno, dawno temu, daleko, daleko stąd, tak to wyglądało – niż aktualna informacja o współczesnym leczeniu odwykowym alkoholików.

piątek, 26 października 2012

Alkoholika droga przez mękę

„Rehabilitacja” – Wiktor Osiatyński

Najpierw o bohaterze „Rehabilitacji” (a także „Rehab” i „Litacji”), alkoholiku W. Notatkę na temat „Litacji” zakończyłem zdaniem: Mam nadzieję, że W. kiedyś wreszcie przestanie cierpieć. Po trzydziestu sekundach lektury „Rehabilitacji” znalazłem takie oto przekonania dotyczące praktycznej realizacji Piątego Kroku AA: Ten krok polegał na tym, żeby podzielić się z drugim człowiekiem nie tylko wadami, ale i swoim bólem. Ten krok jako jedyny wymagał aktywnego uczestnictwa drugiej osoby, niekoniecznie alkoholika. Mógł być nim każdy, kto umie słuchać i stara się zrozumieć alkoholika. Słuchacz był w tym kroku najważniejszy, bo przecież samego siebie, a nawet Boga W. doskonale umiał oszukiwać. I jakoś zupełnie nie zdziwiło mnie, że W. za ten swój Piąty Krok, wyznany kapłanowi, musiał zapłacić sto pięćdziesiąt dolarów i nawet dostał za to pokwitowanie, ani to, że w ostatecznym rozrachunku całą tą operacją poczuł się oszukany. Nadzieja, o której wspomniałem wyżej, powoli rozwiewała się, bo dla alkoholika W. najwyraźniej jeszcze nie nadszedł czas końca cierpienia. Za to zadziwiająca, u człowieka o tak wielkiej sprawności intelektualnej, wydaje się niezdolność uświadomienia sobie, że WIEM, może nawet i ROZUMIEM, to jeszcze nie to samo co MAM.

A dalej, kolejne lata? Podobnie jak poprzednio – chaotyczna mieszanina wybranych i po swojemu interpretowanych elementów Programu 12 Kroków AA, jakichś podejrzanych poradników, terapii dla współuzależnionych dorosłych dzieci z domów dysfunkcyjnych, afirmacji, mityngów Anonimowych Obżartuchów, kurs na odwykowego terapeutę… A właśnie! Kolejny cytat ilustrujący problem, z którego alkoholik W. najwyraźniej dobrze zdawał sobie sprawę: Ale zamiar zostania profesjonalistą nie pozostał bez śladu. W. już nigdy nie czuł się jak zwykły alkoholik, zawsze myślał o jakiejś szczególnej odpowiedzialności za leczenie alkoholików w Polsce i w innych krajach. To przeświadczenie, które z czasem tylko się umocniło, na zawsze zmąciło jego zdolność do korzystania w pełni z dobrodziejstw AA.

Bohater „Rehabilitacji”, alkoholik W., sprawia wrażenie człowieka, u którego prawdziwe i niewątpliwie poważne problemy ujawniły się dopiero po odstawieniu alkoholu. I to też mnie nie dziwi, choć może być trudne do pojęcia dla kogoś, kto z tematem alkoholizmu nie zetknął się bliżej.

Po lekturze książki pewien znajomy wykorzystuje postać alkoholika W. do dowodzenia prawdziwości powiedzenia: do AA nie można być za głupim, ale można być za mądrym, jednak nadal się z nim nie zgadzam, bo uważam, że jeśli coś jest problemem i faktycznie stanowi przeszkodę, to nie mądrość czy nawet wiedza, ale intelektualna pycha.

W dwudziestym dziewiątym roku abstynencji i sześćdziesiątym pierwszym życia autor „Rehabilitacji” i alkoholik W. symbolicznie, może i faktycznie, stapiają się w jedną całość. Wiktor Osiatyński, alkoholik W. godzi się z własną przeszłością i samym sobą.

To teraz o samej książce. Choć mocno chaotyczna, jak życie jej głównego bohatera, jest ona, w pewnym sensie, całkiem niezła. Porusza wiele tematów, choćby kwestie szkolenia terapeutów w USA mnóstwo lat temu, zaburzeń odżywiania, hipoterapii, ADHD i wiele innych. Jednak najważniejsza wydaje się przestroga adresowana do uzależnionych, którą wyczytać mogą między wierszami: jeśli wreszcie nie zdobędziesz się na to, by stanąć w postawie pokory przed drugim alkoholikiem i poprosić go, aby pomógł ci i pokierował podczas poznawania oraz praktycznej realizacji Programu AA, będziesz pewnie w stanie utrzymać abstynencję całymi latami, może nawet do końca życia, jednak o prawdziwej satysfakcji z życia, zadowoleniu, spełnieniu, spokoju, trwałej pogodzie ducha – zapomnij. Bo stosowanie półśrodków, zamienników (kolejna terapia, kolejne warsztaty, kolejny poradnik, kolejna afirmacja; zadośćuczynienie dokonywane z obcymi kobietami zamiast z faktycznie skrzywdzonymi) niewiele daje, jeśli w ogóle cokolwiek i alkoholik nadal znajdować się będzie w punkcie zwrotnym życia…

Do zalet „Rehabilitacji” zaliczam też odwagę, szczerość i otwartość jej autora. Na zawsze pewnie pozostanę mu wdzięczny za książkę „Grzech czy choroba”, jednak swoje życie, wolałbym przeżyć zupełnie inaczej. Mimo, że sukcesów zawodowych trochę mu zazdroszczę.

sobota, 8 września 2012

Namiętność bez namiętności

„Namiętnik” – Manuela Gretkowska

Zbiór pięciu opowiadań traktujących – jak tytuł wskazuje – o namiętności. Pierwsze jest o głupawej anorektyczce, drugie o Meksykaninie, który został w Szwecji męską dziwką, trzecie (tytułowy „Namiętnik”) to opis kopulacji – napisany przez kobietę (chyba!), jednak w jakiś taki dziwny sposób, jakby chciała tym tekstem zrobić wrażenie na mężczyznach, czwarte nie bardzo wiadomo, o czym, bo może o pociągach, może o czasie, może o niepewnym zakonnym powołaniu, albo jeszcze czymś innym, piąte o sekretarce Czapskiego.

Miałem ochotę napisać, że nie wiem po co po tę książkę sięgnąłem, ale to nie byłaby prawda, bo wiem. Zrobiłem to po to, by wiedzieć, o czym rozmawiają znajomi, a czasem rozmawiają właśnie o książkach Gretkowskiej. I z tego powodu przeczytam (może kiedyś!) jeszcze jedną książkę pani Manueli. Ocena autorki kilkunastu książek na podstawie jednej tylko pozycji może nie być wiarygodna i miarodajna. Chociaż… w przypadku Harper Lee jakoś takich zastrzeżeń nie miałem.
 
Czy „Namiętnik” jest zły? Ależ nie! Nawet dość gładko się czyta. Jest tylko… nijaki. Problem pojawiłby się pewnie, gdybym na „Namiętnik” wydał pieniądze. Na szczęście czytałem książkę pożyczoną, więc i żałować nie ma czego.

niedziela, 2 września 2012

Nie daj sobą manipulować!

„Wywieranie wpływu na ludzi” – Robert Cialdini
 
Sztandarowa pozycja Roberta Cialdiniego, profesora psychologii Uniwersytetu Stanowego w Arizonie, specjalizującego się w psychologii społecznej, wpadła mi w ręce wiele lat temu i sprawiła masę problemów. W pełni zdawałem sobie sprawę, wiedziałem, że jest to książka wartościowa, ale brnąłem przez nią z mozołem, bez zapału i nie jestem nawet pewien, czy skończyłem; możliwe, że nie. Może do niej nie dorosłem, może nie miałem wówczas odpowiedniego nastawienia…

Wróciłem do niej niedawno i pochłonąłem gładko, bez oporów, z zainteresowaniem i… żalem, że tak szybko się skończyła.

„Wywieranie wpływu na ludzi” to książka popularnonaukowa i rezultat kilkunastu lat badań, dzięki którym techniki, sposoby i metody wywierania wpływu na ludzi – pojedynczych albo całe grupy – Cialdini podzielił na sześć podstawowych zasad, to jest: zasadę wzajemności, zasadę zobowiązania i konsekwencji, zasadę dowodu społecznego, zasadę lubienia kogoś, zasadę autorytetu, zasadę niedoboru (ograniczonej dostępności).

Prezentowane przez Cialdiniego metody wywierania wpływu społecznego pozwalają zrozumieć, dlaczego wychodzimy z marketu z zakupami znacznie większymi, niż zakładaliśmy, dlaczego tak trudno jest nam odmówić prośbie sąsiada, dlaczego często zgadzamy się na coś, na co jeszcze chwilę wcześniej nie bylibyśmy skłonni się zgodzić pod żadnym pozorem itd., itp.
 
Od czasu pierwszego wydania „Wywierania wpływu na ludzi” pozycji podobnych, a nawet wprost uczących brudnych sztuczek opartych na manipulowaniu ludzką psychiką, wydano wiele, jednak podręcznik Cialdiniego nadal pozostaje klasyką gatunku i autentycznie rzetelnym, wiarygodnym opracowaniem, dzięki któremu można czasem uniknąć „wrobienia” czy „wyrolowania”.

 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Zakon Horadrimów i Deckard

„Diablo 3 Zakon” – Nate Kenyon

Hack'n'slash to odmiana fabularnych gier komputerowych z gatunku RPG (z ang. role-playing game), w których chodzi głównie o zabijanie wszelkiej maści potworów w ilościach hurtowych, najlepiej dziesiątkach... może nawet setkach tysięcy; po prostu nieustanna rąbanina. Jedną z bardziej znanych gier tego typu jest Diablo, której trzecia edycja wydana została 15 maja 2012.

„Zakon” to książka adresowana głównie do miłośników Diablo – wprowadza w klimat, rozwija, dopowiada, ilustruje fabułę  gry. Czytana przez kogoś, kto w Diablo nigdy nie grał, ma wartość… wysoce problematyczną.

Postacią, która pojawia się we wszystkich częściach Diablo jest Deckard Cain, ostatni (wydawałoby się) z horadrimów, to jest tajemniczego legendarnego zakonu, powołanego przez archanioła Tyraela do ścigania i unicestwienia Najwyższych Złych – w tym właśnie Diablo.

Historia opisana w „Zakonie” rozpoczyna się, gdy Deckard Cain był jeszcze dzieckiem, nastolatkiem, ale to zaledwie zarys, bo głównie rozgrywa się, kiedy był już starszym człowiekiem, poszukującym innych horadrimów, którzy… zaginęli? ukryli się? - z nadzieją, że wspólnie obronią świat przed złem.