czwartek, 13 września 2018

Perry Mason w dziwnej roli


„Sprawa fałszywego obrazu” –  Erle Stanley Gardner

Lubię historyjki z Perry Masonem, wiecznie uśmiechającą się i wyraźnie w nim zakochaną Dellą Street, przemęczonym i niewyspanym agentem Drake’m, ale ta akurat pozycja była jedną z gorszych. W sumie trudno się dziwić – to sześćdziesiąty szósty tom cyklu z adwokatem Masonem.

Początek jest mętny i pozostawia niesmak. Jeden handlarz obrazów zarzuca drugiemu nieuczciwość, ale nie wprost, ale przez podstawioną osobę, która zresztą dostaje polecenie, by wiadomość w określony sposób przekazać dalej. Marszand zjawia się u adwokata wściekły, bo takie pomówienie godzi w jego pozycję zawodową. W tym momencie Mason udziela mu dziwnej rady – sugeruje mianowicie wmanipulowanie w cała aferę nabywcę obrazu. To on, a nie sprzedawca, ma grać rolę pokrzywdzonego. Takie to trochę… hm… nieetyczne.

Adwokat Perry Mason angażuje się w tę dziwaczną historię wyjątkowo – może ze względu na urok dawnej modelki, Maxine. Broni jej też z determinacją, ryzykując własną reputację i pieniądze, gdy Maxine zostaje oskarżona o zabójstwo Collina Duranta, też marszanda, którego zwłoki znaleziono w jej mieszkaniu.

Dobry fragment książki to ten, w którym Mason rozgramia świadków oskarżenia podczas przesłuchania wstępnego. Oczywiście te fajerwerki intelektu, złośliwości i ośmieszania ludzi nie mają nic wspólnego z polskim systemem prawnym (czy z obecnym amerykańskim – też nie jestem pewien), ale czytało się nieźle.
Zakończenie, czyli wyjaśnienie całej tej zagadki kryminalnej jest pokomplikowane i mało wiarygodne. 

Ostatecznie książkę można sobie darować.

niedziela, 9 września 2018

Socjalistyczna fantastyka dziś


„Próg nieśmiertelności” – Krzysztof Boruń

„Katar” Lema, jako powieść będąca połączeniem kryminału i fantastyki, przetrwał próbę czasu znakomicie. „Próg nieśmiertelności” poradził sobie z czasowym wyzwaniem nieco gorzej. „Zgniły Zachód”, jaki w połowie lat siedemdziesiątych starał się wykreować autor (łącznie z nazwiskami), dziś może wydawać się nieco naiwny, może momentami nawet zabawny, jednak sama fabuła, pomysł, idea, myśl przewodnia jest intrygująca nadal.

José Braga był kiepskim pisarzem, pijakiem, w ogóle mało ciekawym typkiem. Jego bardzo nielicznymi dziełami, jeśli tak to można nazwać, nikt się nie zachwycał, ani nawet interesował, może i miał jakieś tam zalążki talentu, ale w tych warunkach… Żona się z nim rozwiodła, zabrała syna; później raz jeszcze wyszła za mąż za zamożnego pana De Limę.
Braga zachorował na raka i wylądował w dziwnym Instytucie Burta, prowadzonym przez niejakiego Bonnarda, który sukcesywnie zmieniał placówkę medyczną w naukowo-badawczą. Tam też José Braga zmarł, zapisując Instytutowi w testamencie wszystkie swoje książki, także te, które jeszcze wydane nie zostały. Wtedy zaczęły się problemy. Instytut, w osobie Bonnarda, wypuszczał na rynek wydawniczy kolejne książki Bragi, których rękopisy ponoć posiadał, książki coraz lepsze, zdobywające uznanie, bestsellery. Oczywiście przynosiło to Instytutowi Burta duże pieniądze.

Wtedy była żona Bragi uznała, że to jej i synowi należą się tantiemy i wynajęła adwokata – notabene powieść to jego relacja pisana w pierwszej osobie – by zakwestionował testament znanego teraz pisarza. Oczywiście tylko w interesie dziecka wymyśla nieprawdopodobne historie, że Bonnard zabił Bregę, a jeśli nie zabił to przynajmniej eksperymentował na nim, doprowadzając do śmierci (tak, tak, chciwość ludzi z krajów kapitalistycznych potrafi być potworna) i żąda, by adwokat wystąpił o ekshumację zwłok i ich zbadanie.

Zanim do tego doszło pan De Lima dokonał ciekawego odkrycia, dzięki któremu od razu stało się jasne, jak się to wszystko skończy, a mianowicie zauważył, że w jednej z książek Braga opisał dokładnie uliczkę i drzewa na niej, ale… drzewa, które zasadzono dwa lata po jego śmierci, pisarz nie mógł ich widzieć.

Dusza i ciało, Eros i psyche… Co dzieje się z duszą/osobowością człowieka po jego śmierci? A może dałoby się ją jakoś zachować poza ciałem albo przeszczepić w inne ciało?

sobota, 8 września 2018

Norweg w krainie kangurów


„Człowiek nietoperz” – Jo Nesbø

Żyję na tym najpiękniejszym ze światów tak długo, że pamiętam jeszcze modę na prozę iberoamerykańską, która nawiedziła Polskę dawno, dawno temu. Żadne tam „książki pisarzy iberoamerykańskich”, mowy nie ma, koniecznie należało mówić i pisać o „prozie iberoamerykańskiej”, inne określenia nie wchodziły w grę i zdradzały buractwo. Z czasem mocno się uspokoiło i obecnie zainteresowanie budzi trzech-czterech takich autorów, a reszta… zaginęła gdzieś w polskiej świadomości czytelniczej.
Po latach naszła moda na powieści sensacyjne pisarzy skandynawskich. Ich jakość nie miała wielkiego znaczenia, ważne żeby autor miał w nazwisku jakąś egzotyczną dla nas, skandynawską literę. Znakomicie ośmieszył ten trend lub nawet manię Remigiusz Mróz, pisząc pod pseudonimem Ove Løgmansbø; choć nie jestem  pewien, czy taki właśnie cel mu przyświecał.

Ja rozumiem, że „Człowiek nietoperz” to pierwsza książka cyklu o norweskim policjancie alkoholiku, Harrym Hole, ale nawet jeśli kolejne są o pięćdziesiąt procent lepsze, to i tak żadne to delicje. Fabuła – moim zdaniem – niepotrzebnie pokomplikowana i jakoś nieprzekonująca. Lokalizacja akcji w Sydney wydaje mi się próbą łapania za ogony kilku srok na raz. Bo to i powieść sensacyjna, i wgląd w rozliczne konflikty rasowe, społeczne, ekonomiczne i inne, dotykające zróżnicowane społeczeństwo Australii, i wątki romansowe…

Harry Hole zjawia się w Sydney, by wesprzeć miejscową policję w śledztwie w sprawie śmierci swojej rodaczki, Inger Holter, atrakcyjnej blondynki. Lokalny szef policji wyraźnie nie jest wizytą Harry’ego zachwycony i zapowiada mu, że może się przyglądać śledztwu z daleka, żeby czegoś nie popsuć, a już na pewno mowy nie ma o jakichkolwiek działaniach śledczych z jego strony. Oczywiście Hole ma to w nosie i wraz z detektywem Andrew Kensingtonem, Aborygenem, rozwiązuje zagadkę seryjnych morderstw kobiet o białych włosach. Kapitalne! I to człowiek obcy, który nie zna miasta, kraju, środowisk, układów, ma trudności w porozumiewaniu się, nie wie nawet, że w Australii obowiązuje ruch lewostronny.

Ostatecznie książka nie jest bardzo zła, ot, taka sobie, przeciętna, tym niemniej bez żalu i straty można ją sobie darować.

czwartek, 6 września 2018

W Paryżu ciągle pada deszcz

„Maigret i widmo” – Georges Simenon

Lognon, znany z innych powieści Simenona, inspektor pechowiec, choć całkiem niezły fachowiec, mąż hipochondryczki, zostaje poważnie postrzelony przed domem młodej kobiety, którą – według konsjerżki – często odwiedzał.

Widmo… no, cóż… mocno naciągane. Po prostu ktoś w białym płaszczu kąpielowym z turbanem z białego ręcznika na głowie, malujący w tym stroju obrazy. Bez większego znaczenia. Znacznie ważniejsze są obrazy – te oryginalne i te nie…

Nie jest to najlepsza powieść Simenona.

poniedziałek, 3 września 2018

O antypatycznym detektywie


„Detektyw Diamond i śmierć w jeziorze” – Peter Lovesey

Coś z tą książką jest nie w porządku (mam egzemplarz wydany przez Amber). Sięgnąłem po nią, bo miałem ochotę na kryminał w dobrym, starym stylu, z detektywem, który preferuje dedukcję zamiast pościgów samochodowych i strzelanin. I do pewnego stopnia się udało, ale… Czy autor naprawdę wykreował bohatera, który jest trudnym do zniesienia aroganckim, impertynenckim, złośliwym, kłamliwym manipulatorem, grubasem, bezgranicznie pogardzającym współpracownikami i przełożonymi, zastraszającym tych pierwszych? Ten typ jest tak antypatyczny, że momentami – z jego powodu – nie chciało mi się do książki wracać. Trudno mi uwierzyć, żeby w tak dziwny sposób pisał zdobywca nagród i wyróżnień m.in. Silver Dagger Award, Golden Dagger Award i Malice Domestic Award.

W trakcie lektury natknąłem się na sporo „perełek” takich jak:
„Gdyby inaczej, musiałbym zmienić zawód” [1].
„Nie jest może odmówić nam współpracy” [2].
„To była intrygująca próba prawdziwej roli Wigfulla w tym śledztwie" [3].
„Gdyby tylko porzuciłby żonę” [4].
Czy Oxfam to naprawdę miejscowość, w której sprzedają tanie książki? Bo Google podaje, że Oxfam to międzynarodowa organizacja humanitarna, zajmującą się walką z głodem na świecie i pomocą w krajach rozwijających się. Może i prowadzi jakieś księgarnie, ale…
A to skłania mnie do podejrzenia, że coś tu jest nie w porządku z tłumaczeniem albo redakcją książki.

Pani Trenchard-Smith, spacerująca przed wieczorem z kotami, znajduje w jeziorze Chew Valley zwłoki młodej kobiety. Zawiadamia posterunkowego Harry’ego Sedgemoora, a ten wzywa bardziej kompetentny zespół, kierowany przez detektywa Diamonda. Najpierw dość długo trwają ustalenia personaliów ofiary – mimo braku potwierdzenia z laboratoriów Diamond uważa, że została zamordowana – później, co oczywiste, poszukiwany jest zabójca. Pierwsze podejrzenie, jak zwykle, pada na męża. Jego zeznanie, podczas którego opowiada jak organizował wystawę „Jane Austin w Bath” w jakimś dziwnym miejscu, ma objętość sporego opowiadania. Następnie pojawia się wątek zaginionych/ukradzionych listów Austen, transportu pluszowych misiów, czarnego mercedesa…

Nie byłem zachwycony konwencją, w której autor przyjął, że znakomitym pomysłem będzie kilkukrotna zmiana narratora. Owszem, pozwala to spojrzeć na jedno wydarzenie z kilku różnych punktów widzenia, ale momentami wydawało mi się to nużące i jakby… wybijające z rytmu. Powieść jest za długa i momentami po prostu nudna – oczywiście tylko moim niezwykle skromnym zdaniem. Jest to pierwszy tom z serii powieści z Diamondem, ale wątpię bym chciał sięgnąć po kolejne. Może kiedyś, ale jeśli już, to  koniecznie w innym tłumaczeniu.


--
1. Peter Lovesey, "Detektyw Diamond i śmierć w jeziorze", tłum. Radosław Januszewski, wyd. Amber, 2008, s. 72.
2. Tamże, s. 127.
3. Tamże, s. 129
4. Tamże, s. 153.

sobota, 1 września 2018

Relacja mafiosa z cosa nostra


„Mafia nie daje czasu” – Anna Vinci


„Nazywam się Gaspare Mutolo. Jestem Sycylijczykiem i współpracuję z wymiarem sprawiedliwości. Mam burzliwą przeszłość. Jak wszyscy, którzy dokonali takiego wyboru. Przestępcy, zabójcy, złodzieje. Oto, kim byliśmy przez wiele lat”.

Mafia to był raj na ziemi, każdy chłopak na Sycylii marzył, by stać się mafioso,  członkiem mafii. Rycerski kodeks honorowy, nienaruszalne zasady, prawdziwa męska przyjaźń, wierność aż po grób, mnóstwo pieniędzy, szacunek otoczenia, prawie bezkarność. Aż władzę w organizacji przejął zły Salvatore „Totò” Riina i ten cudowny świat legł w gruzach. Tak, mniej więcej, widzi sytuację i przeszłość Mutolo, opowiadając swoje losy Annie Vinci.
Ten przemiły, zawsze opiekujący się rodziną człowiek, zamordował 22 osoby, a kiedy zorientował się, że i on znalazł się na liście do likwidacji, skorzystał z programu ochrony świadków i zaczął sypać dawnych przyjaciół.

Relacja Gaspare Mutolo może być dość trudna w odbiorze dla polskiego czytelnika, chyba, że zna dobrze Sycylię i Palermo, lokalnych polityków, przedsiębiorców i deweloperów z poszczególnych dzielnic miasta, działających w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Mafii w Polsce nigdy nie było


„Skarżyłem się grobowi...” – Andrzej Zieliński (pseud. Słowik)

Andrzej Zieliński (wcześniej Andrzej Banasiak – przyjął nazwisko byłej żony), pseudonim "Słowik", urodził się w 1960 roku w Stargardzie Szczecińskim. W wieku lat osiemnastu skazany został po raz pierwszy za kradzież i rozbicie samochodu – przesiedział wtedy półtora roku. Na wolności spędził dwa miesiące i za kolejne przestępstwa znów trafił do więzienia. I tak na okrągło – pospolite przestępstwa, wyroki, więzienia, ucieczki… W 1993 roku, jak opisuje to w książce, został ułaskawiony przez prezydenta Lecha Wałęsę, dzięki ogromnej łapówce w dolarach. Twierdzi, że żadna mafia w Polsce nie istniała i nie istnieje.

Masę (Sokołowskiego), znanego przestępcę z Pruszkowa, Słowik nazywa zboczeńcem, narkomanem, przestępcą, impotentem i człowiekiem bez honoru, pogardzanym przez środowisko za zamordowanie przyjaciela Kiełbasińskiego (ps. „Kiełbasa”). Sam na takim tle wygląda nieomalże jak ofiara systemu – owszem, coś tam kiedyś przeskrobał, ale tak w ogóle to jest teraz porządnym człowiekiem (w głębi duszy zawsze był, ale mu źli ludzie nie dali), za błędy przeszłości dawno już zapłacił.

Zieliński mocno podkreśla i eksponuje w swojej książce bliską znajomość, przyjaźń nawet, z katolickim księdzem, Kazimierzem Korybutem  Orzechowskim.
Wydaje się bardzo poruszony faktem braku sprawiedliwości w Polsce (za każdych rządów), podając za przykład syna Wałęsy, który dwa razy spowodował po pijanemu wypadek samochodowy z ofiarami w ludziach i dwa razy sąd wydawał wyrok w zawieszeniu – coś takiego w ogóle nie jest możliwe w naszym prawie, ale…
Twierdzi, że mógłby pomóc w zdemaskowaniu i ujęciu morderców Papały i Jaroszewiczów, ale wydaje się, że nikt, z ministrem sprawiedliwości Kaczyńskim na czele, nie był tym zainteresowany.

On nadal funkcję szefa resortu sprawiedliwości, więc pozwolę sobie zadać mu publicznie takie oto pytanie: Panie ministrze Kaczyński, ilu jeszcze niewinnych ludzi zamknie Pan w więzieniu, żeby jakiś czas później Pańscy prokuratorzy odwoływali przypisywane im przestępstwa? Kiedy wskaże Pan sprawców nie wyjaśnionych do tej pory morderstw?

Relację Zielińskiego czyta się nieźle, nie jest na szczęście zbyt długa, a czy prawdziwa? Zapewne w jakiejś mierze tak. I chyba tylko w tym rzecz, ile w niej jest prawdy, a ile koloryzowania i wybielania samego siebie.

Wszyscy pytają mnie, dlaczego napisałem tą książkę? Nawet kilka dni temu znany polski prominent zatelefonował do mnie z tym pytaniem. Jemu i wszystkim pozostałym chciałbym odpowiedzieć słowami Juliusza Słowackiego, który w swoich podróżach dotarł z Neapolu do Ziemi Świętej i w miejscu, w którym znajduje się Grób Jezusa Chrystusa wypowiedział te słowa: „Skarżyłem się Grobowi, a skarga ta była ani przeciw ludziom, ani przeciw Bogu”.

środa, 29 sierpnia 2018

Homoseksualiści = przegrani


„Mężczyźni z różowym trójkątem” – Heinz Heger

W niemieckim obozie koncentracyjnym „winkiel” (trójkąt naszyty na ubraniu) żółty oznaczał Żyda, czarny osobę aspołeczną (do tej grupy zaliczały się lesbijki), czerwony więźnia politycznego, zielony pospolitego kryminalistę, fioletowy świadka Jehowy, brązowy Cygana, niebieski emigranta, a różowy homoseksualistę, pedała.

Bohater powieści, dwudziestoparoletni mężczyzna, trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, a następnie we Flossenbürgu, zesłany tam na mocy Paragrafu 175, to jest za orientację homoseksualną, która wówczas była w Niemczech przestępstwem. Paragraf 175 przestał obowiązywać dopiero w latach sześćdziesiątych, a wiec długo po wojnie. Przetrwać obozy udało mu się właściwie tylko dlatego, że przez cały pobyt świadczył jakiemuś kapo, blokowemu, czy też innemu prominentowi usługi seksualne. Później sam został kapo.

Pierwsza w Polsce relacja homoseksualnego więźnia obozów koncentracyjnych. Spisana w latach 1967-68, w Niemczech mogła się ukazać dopiero w 1972 roku. Kolejny wstrząsający, ale też bardzo niewygodny kawałek historii.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Kulturalny, przystojny doktor

„Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele” – Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri

Pierwotnie Eva Mozes Kor, rumuńska Żydówka,  swoje wspomnienia z obozu w Oświęcimiu wydała własnym nakładem w broszurze pod tytułem „Echoes From Auschwitz. Dr. Mengele's Twins, The Story of Eva and Miriam Mozes” ("Echa Auschwitz. Bliźnięta doktora Mengele. Historia Evy i Miriam Mozes"), jednak dopiero druga wersja, która powstała we współpracy z Lisą Rojany Buccieri (znanej amerykańskiej redaktorki), odbiła się w świecie większym echem.

Wielu czytelników jest lekturą zawiedzionych, ale koniecznie trzeba pamiętać, że Eva i Miriam miały wtedy po lat dziesięć i z eksperymentów doktora Mengele, niemieckiego zbrodniarza, zapamiętały zastrzyki, nie wiadomo z czego, i chorobę, też nie na pewno wiadomo, jaką. Mengele o bliźniaki dbał wyjątkowo i szczególnie, nie życzył sobie, by umierały bezsensownie, na przykład z głodu. Co oczywiście nie znaczy, że życie w obozie miały te dzieci łatwe i bezpieczne – większość z nich obozowego życia i pseudomedycznych eksperymentów nie przetrwała.

„Nasze życie zależy od tego, czy się dostosujemy”*.
„W Auschwitz umrzeć było bardzo łatwo. Przetrwanie wymagało ciężkiego, nieustającego wysiłku”**.

Dziewczynki przetrwały Oświęcim dzięki sile i wytrwałości Evy. Jej siostra, Miriam, odgrywała, zdaje się, rolę raczej bierną.

Rodzice dziewczynek i kolejne dwie siostry zginęli w obozie. Bliźniaczki założyły organizację CANDLES (Children of Auschwitz Nazi Deadly Lab Experiments Survivors). Miriam zmarła w 1993 roku. Eva twierdzi, że wybaczyła nazistom i doktorowi Mengele.



--
* Eva Mozes Kor, Lisa Rojany Buccieri, „Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele”, s. 49.
** Tamże, s. 89.