środa, 4 września 2019

Życie codzienne, burdelowe...


„Czarodziejki.com” – Ewa Egejska

Relacja z burdelu, czyli – jak się to poprawnie obecnie nazywa – agencji towarzyskiej. Opowieści i życiorysy trzech pań wiadomego autoramentu, setki scenek rodzajowych z ich życia i profesji oraz funkcjonowania takich przybytków.

Aż przypomniała mi się taka Eliza. Strasznie się zakochiwała i w niej się zakochiwali. Trafiła do burdelu z miłości, żeby zarobić na adwokata dla chłopaka, który trafił za zabicie ojca do pierdla. Ponoć się pobili w domu i jakoś go nieszczęśliwie tak popchnął. .. Ale chciała go z więzienia wyciągnąć i wyciągnęła...
Wiesz, opowiem ci o niej. W burdelu zaczynała każdy dzień z uśmiechem na twarzy i z uśmiechem na twarzy kończyła, chociaż by z nóg padała. Była pupilkiem szefa, zawsze stawiał ją za wzór innym dziewczynom: Eliza jest profesjonalistką, wie jak gościa podejść, ma mnóstwo stałych klientów. Ewcia, to nawet jakiś klient zmobilizował ją, żeby zrobiła maturę! Potem zaczęła studiować psychologię. Na pokój wychodziła z uśmiechem na twarzy i dawała im wszystko to, czego oczekiwali. Sprawiała wrażenie, że jest jej z nimi strasznie dobrze, że uwielbia z nimi gadać, rozumie ich - no po prostu panna do rany przyłóż! Jedyną wadą i problemem Elizy był alkohol. Strasznie denerwowała się, jak ktoś nazywał ją alkoholiczką... Otwierała wtedy kolejne piwo i mówiła, że nikt nie będzie jej mówił ile ma pić: jedno, trzy, czy pięć piw dziennie!
[…]
W tej chwili Eliza jest z nim mężatką, mają dzieci, ale ona nadal ma kochanka - swojego starego klienta o ksywce Lizak, który strasznie się w niej zakochał. W burdelu spędzał z nią zawsze mnóstwo godzin, przychodził czasem aż na 10 dziennie, żeby tylko żaden inny facet jej nie ruszył. Przynosił mnóstwo prezentów. Zaproponował sporą kasę, żeby spotykała się tylko z nim, no i w tej chwili jest jej cichym sponsorem, po prostu ona jest jego utrzymanką, bo męża nie może być pewna, a dzieci to wielki wydatek. No i Eliza żyje sobie z nimi obydwoma - mężem i eksklientem - bardzo szczęśliwa!

Czemu „czarodziejki”? Bo podobno prostytutki sprzedają klientom raczej marzenia niż własne ciało, czy seks, oferują coś więcej niż tylko fizjologiczne zaspokojenie napięcia seksualnego.
Część książki, relacje pań, sprawiała na mnie wrażenie podręcznika, poradnika, czy wreszcie przewodnika po zachowaniach seksualnych – w tym „złotego deszczu” albo koprofilii oraz różnych fetyszyzmów. Przyszło mi do głowy także inne porównanie: spis oferowanych przez agencje towarzyskie usług – jakbyś się wybierał, a nie wiesz, czy coś jest w ofercie i za ile, to z tej książki możesz się dowiedzieć. Poza tym, zawiera też ona poradnik napisany podobno przez jednego ze stałych klientów: „Jak się zachować i radzić sobie w agencji”.

Mimo zachęcającej przedmowy profesor Marii Szyszkowskiej czyta się to wszystko bez większego zapału, a o jakimkolwiek podekscytowaniu w ogóle mowy nie ma. Powiedziałbym, że jest to – paradoksalnie – lektura jakaś taka… bezpłciowa. Trudno dobrnąć do końca. Jeśli autorce (lub autorkom) wydawało się, że czytelnika czymś zaszokują, to ze mną się nie udało.
Na pewno nie jest to pozycja dla małych dzieci, ale zastrzeżenie na okładce, że tylko dla dorosłych, to już przesada albo chwyt marketingowy. Dobry 30-40 lat temu, ale czy dziś robi to na kimś jeszcze jakieś wrażenie…

Ostatecznie jest to chyba raczej temat na niezły artykuł, ale zdecydowanie zbyt rozdęty na książkę i 320 stron.

poniedziałek, 2 września 2019

Nie wszyscy byli bohaterami


„Pamiętnik z powstania warszawskiego” – Miron Białoszewski

Zdaje się, że za wcześnie się urodziłem, więc w nieodpowiednim czasie zetknąłem się z nieodpowiednimi ludźmi, na przykład takimi, którzy, jako cywile, spędzili w Warszawie czas powstania. Ale ten sposób nieco się też uodporniłem na zmieniającą się co pewien czas, propagandową „prawdę” o powstaniu.
Dziś chyba jedynie słuszna wersja mówi o tym, że decyzja naczelnego dowództwa, wiedzącego od dawna, od Jałty, że powstańcy nie dostaną żadnej znaczącej pomocy (informował o tym wyraźnie Jan Nowak-Jeziorański), uznawana jest za morderczą głupotę i lekceważenie ludzkiego życia, ale już młodzi ludzie walczący na ulicach, to bohaterowie, idealiści, patrioci. Zapewne w dużej mierze tak, ale…

Ci wspaniali herosi bardzo często kazali budować barykady cywilom, i nie tylko młodym mężczyznom. O tym, że bili opornych i wyzywali nawet od zdrajców, w tym ludzi w średnim wieku i kobiety, wiem z opowiadań uczestnika tych zdarzeń. Podobno takich „zdrajców”, którzy pod ostrzałem nie chcieli budować barykad, nawet gdzieś tam rozstrzeliwano, ale chcę wierzyć, że to tylko pogłoski, przesada.

Na drugi dzień pod wieczór ze Staszkiem każą nam przenosić płyty z chodnika. Na drugą stronę ulicy. Staszek złapał płytę i przeniósł. Podziwiałem. Nagle pociski. Jeden trafia w…

Jest „Pamiętnik” dość surową relacją z czasów powstania (to jest od 1 sierpnia do 9 października 1944), sporządzoną przez kogoś, kto powstańcem nie był i najwyraźniej być nie zamierzał. Białoszewski większość tych dni spędził w schronach i piwnicach. A tam, wiadomo, brak intymności, problemy z higieną osobistą, bo brak wody, ciasnota, głód. Wydaje mi się, że zbyt pięknie wyszła mu relacja o pomocy, dobroci, solidarności w tych trudnych warunkach – gdybym nie znał dobrze Polaków uwierzyłbym w nią bez zastrzeżeń – ale… może akurat tak mu się trafiło albo tak zapamiętał.

Autor opisuje hm… dystrybucję pożydowskiego mienia, wspomina z dużą przykrością zniszczone bezpowrotnie setki bezcennych zabytków, ale… prace nad „Pamiętnikiem” Miron Białoszewski rozpoczął w 1967, wiedział już zapewne, że powstanie pociągnęło za sobą dziesięć razy więcej ofiar wśród cywili niż wśród żołnierzy powstania (16 tys. zabitych żołnierzy i 150-200 tys. cywilów, zwykłych mieszkańców miasta), ale tego faktu jakoś nie wyeksponował – może wtedy nie mógł?
Przy okazji można znaleźć odpowiedź na pytanie, czy wątpliwość, jaka powstaje podczas lektury „Pięć lat kacetu” – czemu starzy więźniowie nazywali powstańców bandytami?

Na koniec zastanawiałem się, czy „Pamiętnik z powstania warszawskiego” jakkolwiek zapisałby się w historii naszej literatury, gdyby nie groteskowa interpunkcja autora, i wychodzi mi, że chyba jednak nie, bo wydarzeniem literackim – moim zdaniem –  raczej nie jest. Może sprawdziłby się jako audiobook?

niedziela, 1 września 2019

Kogo czyni z nas mniejsze zło?


„Ostatni szczegół” – Harlan Coben

Myron Bolitar (sztandarowy bohater powieści Harlana Cobena), były koszykarz, szef agencji RepSport MB, kolejny raz rozstaje się z Jessicą Cilver, pisarką, i ucieka z Teresą, prezenterką telewizyjną, na karaibską wyspę, leczyć rany i zranioną dumę. Wydarzenie to, mocno nieprzewidywalne przez nikogo, znakomicie pokomplikowało niecny spisek.

Bolitar wraca do pracy i cywilizacji, bo okazuje się, że jego wspólniczka (wcześniej sekretarka/asystentka), Esperanza Diaz, została zatrzymana przez policję. Podejrzewają ją o zastrzelenie klienta RepSport MB znanego bejsbolisty, Clu Haida.
Myron Bolitar postanawia wyciągnąć z tarapatów Esperanzę, co okazuje się wyjątkowo trudnym zadaniem, choćby ze względu na jej milczenie, ale też mnożące się przeszkody i tajemnice sprzed wielu lat.

Element moralnych dylematów obecny jest w wielu powieściach Harlana Cobena, ale w tej szczególnie. Najpierw Win (socjopata, przyjaciel Myrona) udowadnia mu, że zdecydowana większość jego zapędów, by być porządnym, praworządnym, uczciwym, przyzwoitym człowiekiem, przynosi szkody i to nie tylko jemu samemu, ale i wielu innym ludziom. Jednak największy problem pojawia się na samym końcu – Miron Bolitar musi dokonać paskudnego wyboru typu „mniejsze zło”, pójść na kompromis, który w sumie nie satysfakcjonuje nikogo, a jego samego najmniej.

Warto przeczytać, bo właśnie poza całkiem niezłą fabułą sensacyjną, są w powieści także elementy moralitetu i to nieźle sprzedane. Kończysz książkę i zastanawiasz się, co ty byś wybrał w podobnej sytuacji.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Jak zachowywać równowagę


„Sztuka zachowywania umiaru” – Anselm Grün

Kiedy przekraczamy miarę, tracimy wyczucie tego, co jest dla nas odpowiednie. Ulatuje z nas powietrze, tracimy energię, czujemy się niejako opróżnieni, wyczerpani. Kto mierzy rzeczy właściwą miarą i zachowuje umiar, nie wyczerpuje się tak łatwo. Kto nie zna umiaru, mierzy siły na zamiary i porywa się na zbyt wielkie rzeczy, nie powinien się zatem dziwić, jeśli w pewnej chwili poczuje się wypalony*.

Można  powiedzieć, że temat równowagi między skąpstwem a rozrzutnością (to jeden z rozdziałów) jest wręcz banalny, ale już zagadnienia dotyczące mocy rytuałów, świętego oburzenia, dyscypliny i porządku, oraz wiele, wiele innych, zapowiadają się intrygująco, a nawet… prowokująco.

Czy można osądzać (źle mówić i myśleć) księdza pedofila, gwałciciela dzieci, jeśli nie zna się go osobiście? Według autora – nie. Anselm Grün twierdzi, że konsekwentnie i zdecydowanie odmawia oceniania ludzi, których sam nie zna, bez względu na to, co zrobili. Od razu przyszło mi do głowy wredne pytanie, czy podobną miarę stosuje do komunistów i ilu ich naprawdę osobiście poznał. Chciałem tu dołożyć też hitlerowców, ale ze względu na narodowość i wiek autora…

Nie ze wszystkimi przekonaniami Anselma Grüna się zgadzam, ale to na szczęście nie jest obowiązkowe. Poza tym uważam, że w zdecydowanej większości przypadków ma jednak rację. Znalazłem też w książce stwierdzenia, co do których mam wątpliwości, które zostawiam do przemyślenia, na kiedyś, na później. Na przykład w rozdziale „Równowaga między pogardą dla siebie a pychą” opisuje małżeństwo, które decyduje się zrezygnować z bardzo drogich wakacji – wiele razy na takie jeździli, ale wreszcie uznali, że to kosztuje zbyt dużo. To oczywiście zdolność zachowania umiaru, ale do tego autor twierdzi: A przecież tak naprawdę nasze poczucie wartości wzrosłoby, gdybyśmy przyznali się do własnych granic**. No więc się zastanawiam, czy przyznanie, że na coś mnie nie stać, że coś jest dla mnie za drogie, naprawdę podnosi moje poczucie własnej wartości?

Jako, że jestem kwakrem, uważam za bardzo ważne, kluczowe, zagadnienia dotyczące zrównoważonej relacji ze stworzeniem albo niewygodne pytanie, ile jest rzeczy, których nie potrzebuję. Przydatne okazały się rozważania na temat zdolności odróżniania spraw ważnych od mniej ważnych oraz poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co naprawdę jest ważne.

Dobrego traktowania stworzenia nie można się domagać za pomocą argumentów czysto racjonalnych. Gdyby tak było, nasze postępowanie zależałoby zbytnio od naszej woli. Aby naprawdę zmienić nasze zewnętrzne zachowanie, potrzebujemy odpowiedniego nastawienia i pokornej postawy***.

Dobra książka – jako lektura inspirująca do poszukiwania własnych odpowiedzi, swojego stanowiska, indywidualnej drogi, postaw, zachowań.





--
* Anselm Grün, „Sztuka zachowywania umiaru”, przekład Kamil Markiewicz, 2016, wyd. Święty Wojciech, s. 5.
** Tamże, s. 24.
*** Tamże, s. 110.

środa, 7 sierpnia 2019

Nim pojawiliśmy się w historii


„Dagome Iudex” –  Zbigniew Nienacki

Jak wiadomo z lekcji historii, przed Mieszkiem Pierwszym rządził jego ojciec, Siemomysł, a przed nim dziadek Mieszka Pierwszego, Lestek. A jeszcze wcześniej? Wcześniej, w VII-VIII wieku działy się (albo też dziać mogły) wydarzenia, opisane przez Zbigniewa Nienackiego w trylogii, na którą składają się tomy: „Ja, Dago”, „Ja, Dago Piastun” i wreszcie, wydany po baaardzo długiej przerwie i w mniejszym nakładzie, „Ja, Dago Władca”.

We wsi Zemlinów zbliża się czas postrzyżyn chłopca – podczas tej ceremonii nadane mu też będzie imię, bo dotąd jest bezimienny. Podczas przepychanek z kolegami i braćmi, bezimienny rzuca o ziemię chłopcem starszym i większym – Zemlinowie są przerażeni, początkowo chcą go zabić, ale ostatecznie postanawiają sprzedać w niewolę. Karłowaci i tchórzliwi Zemlinowie boją się chłopca i podejrzewają, że jest on ostatnim żyjącym potomkiem olbrzymów, starożytnych Spalów, a konkretnie synem olbrzyma Bozy, który utonął na bagnach. Ostatecznie przyszły Dagobert, w skrócie Dago, wychowuje się na dworze siostry Bozy, olbrzymki Zely, gdzie uczy się pierwotnej mowy ciała i wielu innych umiejętności.

Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.
Napisano w „Księdze Grzmotów i Błyskawic”, a jej rozdział dotyczący sztuki rządzenia ludźmi, Dago wyuczył się na pamięć, przebywając na dworze Rhomajów. Nawiązał tam wiele przydatnych znajomości, został ochrzczony, wyuczył się języków, zrozumiał na czym polega władza i jak się ją sprawuje.

Gnany typową dla olbrzymów chorobą zwaną Żądzą Czynów, wyruszył Dago na białym ogierze o imieniu Vindos, by wprowadzić do historii ludy, żyjące od Morza Sarmackiego aż po Góry Karpatos. Spotkał i uwolnił Herima, później Zyfikę, stanął na czele niewielkiej drużyny Lestków… Dzięki zdradom, podstępom, intrygom, morderstwom, utrwalał i poszerzał obszar swojego panowania, które sprytnie nazywał piastowaniem – albowiem Lestkowie i sąsiednie plemiona nie znosiły nad sobą żadnej władzy, żadnych książąt, królów, komesów. Prawnukiem Dago był… Mieszko, zwany później Pierwszym.

wtorek, 16 lipca 2019

Udawaj, że kochasz bliźniego


„Drewniany różaniec. Oblubienice” –  Natalia Rolleczek

Czytałem tę książkę wiele razy. Jak zresztą większość książek zgromadzonych w moim domu rodzinnym. Podczas lektury zwykle przypominały mi się koszmarne opowieści wujka, który posyłany był do przedszkola prowadzonego przez zakonnice. Przedszkole to mieściło się ze sto metrów od naszego domu i często obok niego przechodziliśmy. Jeśli nie było z nami dorosłych (wujek był starszy o kilka lat zaledwie), przyśpieszaliśmy kroku albo szli drugą stroną ulicy – żeby te straszne kobiety nas tam nie wciągnęły. Pewnie dlatego, kiedy wybuchła afera z siostrą Bernadettą, jakoś nie zdziwiło mnie to, że siostry Scholastyka, Bernadetta, Monika, Patrycja, pozwalały dzieci gwałcić, a same biły je menażką do utraty przytomności („Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” – Justyna Kopińska). Sierociniec pokazany w „Drewnianym różańcu”, prowadzony przez felicjanki w Zakopanem w latach trzydziestych ubiegłego wieku, to w porównaniu do zakładu boromeuszek, po prostu głupstwo, drobiazg; miejsce może niezbyt miłe, niekomfortowe, ale jeszcze znośne.

Natalia Rolleczek zmarła niedawno, kilka miesięcy po setnych urodzinach, a ja znów sięgnąłem po „Drewniany różaniec”. Nie pamiętam, czy mam pierwsze wydanie, czy jedno z pierwszych, ale to najnowsze (edycja Ha!artu) oglądałem u znajomych i od razu rzuciły mi się w oczy zmiany w tekście (zakonnice przedstawione są nie aż tak źle) oraz fakt, że książka jest znacznie krótsza niż pierwsze wydania.

Fabuła. Lata trzydzieste, do sierocińca w Zakopanem, prowadzonego przez siostry felicjanki, trafia, początkowo niby tylko na rok, nastoletnia Natalia – ojczym nie może znaleźć pracy, siostra zmarła na gruźlicę, w domu bieda aż piszczy…
Dziewczyna z trudem dostosowuje się do zastanych warunków, obserwuje i opisuje zakonno-zakładową rzeczywistość. Obłuda, zakłamanie, hipokryzja, kłamstwa, kradzieże, oszustwa, bicie (drewnianym różańcem), praca ponad siły, głód, choroby… Całkowite i kompletne zaprzeczenie ideałów chrześcijańskich. Księdzu siostry serwują wystawne śniadania, podczas, gdy sieroty głodują. Siostry zakonne może i są równe przed Bogiem, ale w klasztorze dzielą się na „lepsze”, chórowe, czyli te, które do zakonu wniosły spory posag, oraz „gorsze”,tzw. konwerski, taki drugi sort, kobiety od brudnej roboty.

A ja wypłakując na stryszku swój żal na kolanach siostry Zenony pytałam podnosząc głowę:
    Dlaczego pan Bóg, jeśli jest, jeśli naprawdę istnieje — dlaczego nie dopomógł Frankowi? Dlaczego?
Na to przyszła szczególna odpowiedź, która mnie zdumiała jak bluźnierstwo w ustach świętego:
    Bo Zakon jest mocniejszy od pana Boga. Pan Bóg zrobił­by dla ludzi niejedno. Ale Zakon nie zrobi.
I westchnąwszy, siostra Zenona pogłaskała mnie po włosach.

Obraz oburzający i odrażający. Ale jest w książce także parę zdań, dzięki którym można zorientować się, że życie w międzywojennej Polsce nie było jednak tak idealne, jak to obecnie próbuje przedstawiać propaganda. Moje wydanie zawiera także rozdziały, części „Koło Młodych Polek”, „Oblubienice”, a zwłaszcza „Litość”, pierwszą, poświęconą pamięci Łucji, starszej siostry Natalii.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Źli, dobrzy chłopcy z Zachodu


„Szeryf z miasta bezprawia. Wyatt Earp i inne legendy Dzikiego Zachodu” – Przemysław Słowiński

Skoro sięgnąłem po tę książkę najwyraźniej zostało mi z młodzieńczych lat nieco sentymentu do opowieści o kowbojach i przygodach na Dzikim Zachodzie. Jednak teraz szukam raczej faktów, a nie naiwniutkich historyjek w stylu „Winnetou”, czy „Bonanzy”.  Przez chwilę wydawało się, że dobrze trafiłem, ale kiedy na scenie pojawił się William Barclay Masterson i okazało się, że autor książki nie wiedział, że naprawdę nazywał się on Bartholemew William Barclay „Bat” Masterson, nie wiedział, czemu ukrywał imię Bartholemew i co znaczy w tym przypadku „Bat”, mój zapał nieco ostygł. Ostatecznie książka jest fabularyzowaną opowieścią pana Słowińskiego, w której można znaleźć informacje o pogodzie w określonym miejscu (ponad sto lat temu!), o umaszczeniu psa, który grzebał w śmieciach, a nawet o tym, co kto myślał w jakiejś chwili. Jest też trochę faktów, ale mniej więcej tyle, ile znaleźć można w popularnych  filmach: „Tombstone”, „Wyatt Earp”, „Sędzia z Teksasu” albo podobnych.  Szkoda, miałem nadzieję, że to dzieło okaże się bardziej… dokumentalne.

czwartek, 11 lipca 2019

Choroba ciała, duszy, umysłu...


„Wspólna droga do wolności” – Robert Krzywicki MIC

Autorem książki jest Ks. Robert Krzywicki MIC, dyrektor Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym przy Sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej Bolesnej Królowej Polski. Licheńskie Centrum Pomocy każdego roku przyjmuje ponad cztery tysiące uzależnionych, zaś na coroczne  spotkania trzeźwościowe przyjeżdża nawet kilkadziesiąt tysięcy osób.

Niewielka objętościowo książeczka (128 stron zaledwie) zawiera podstawowe informacje na temat choroby alkoholowej, współuzależnienia (koalkoholizmu), ale przede wszystkim form i sposobów walki z nałogiem oraz dysfunkcją całej rodziny. Autor zwraca uwagę przede wszystkim na to, co w takiej sytuacji może zrobić ksiądz i jaka jest – albo być powinna – rola Kościoła katolickiego wobec problemu alkoholizmu.
Przyznam, że ujęło mnie zdroworozsądkowe podejście do tematu księdza Krzywickiego, a zwłaszcza nieupieranie się, że religia, a konkretnie wyznanie rzymskokatolickie, jest dobre na wszystko i rozwiązuje wszelkie problemy.

Czasem uzależnienie od alkoholu ma miejsce jeszcze przed ślubem, bo na przykład ktoś pochodzi z takiej rodziny albo nawet jest obciążony genetycznie balastem choroby alkoholowej. Choć widzę, że mój narzeczony nadużywa alkoholu, decyduję się na ślub, wierząc, że on to zmieni. Sam sakrament niczego ani nikogo nie zmieni. Jeżeli nie podejmiemy konkretnych kroków, izolacja jedynie się pogłębi. Powiedzmy zatem, że mamy problem*.

Nie zgadzam się z autorem, który twierdzi, że depresja może wywoływać alkoholizm**, mam odmienne przekonanie na temat procesu rzekomo nieskończonego trzeźwienia (cokolwiek to znaczy) alkoholików***, ale zaintrygowało mnie to obciążenie genetyczne. Jeśli przez genetykę rozumieć naukę zajmującą się badaniem dziedziczności, to według całej współczesnej wiedzy, alkoholizm zdecydowanie nie jest chorobą dziedziczną.  Dzieci, co oczywiste, kopiują wzorce zachowań rodziców oraz modele funkcjonowania rodziny, ale to nie jest genetyka.
Sporo miejsca w książce zajmuje Licheńskie Centrum Pomocy Rodzinie, które każdego roku przyjmuje i realnie wspiera na wiele różnych sposobów tysiące uzależnionych, nie tylko alkoholików, i ich rodzin, zwłaszcza na corocznych lipcowych spotkaniach trzeźwościowych, odbywających się w ostatni weekend lipca.  Najbliższe: http://www.pomoc.lichen.pl/index.php?kategorie=41 

Książka zawiera także popularny artykuł doktora Woronowicza „Co zrobić, żeby on nie pił”, krążący od lat w internecie „List alkoholika do swojej rodziny”, czy wreszcie „Test Baltimorski”, który ma pomóc czytelnikowi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy już jest alkoholikiem. Test jest tak restrykcyjny, że właściwie alkoholikami okazuje się, zgodnie z nim, większość dorosłych mężczyzn w Polsce. "Test Baltimorski" nie jest podstawą do profesjonalnego diagnozowania alkoholizmu. Tym niemniej może stanowić pewną wskazówkę, sugestię, podpowiedź.




---
* Robert Krzywicki MIC, „Wspólna droga do wolności”, wyd. WAM, 2017, s. 18.
** Tamże, s. 22.
*** Tamże, s. 53.

wtorek, 2 lipca 2019

Dokąd zmierzamy z tą religią?

„Początek” – Dan Brown

Powieść sensacyjna taka sobie, przeciętna dosyć; zapewne znacznie lepsza od setek innych, ale na pewno nie jest to szczytowe osiągnięcie Dana Browna. Momentami wydawała mi się po prostu naiwna i nużąca. Choć fabuła, idea, pomysł, rodzi sporo pytań, wątpliwości i przemyśleń.

Skąd przyszliśmy? Dokąd zmierzamy? – podobno najważniejsze pytania ludzkości, ale… Tak się zastanawiam i staram się sobie przypomnieć, czy ja kiedykolwiek poświęciłem temu zagadnieniu więcej niż kilkanaście sekund? Nie wydaje mi się. Zdaję sobie sprawę i zawsze zdawałem, że w chwili obecnej, zadowalającej odpowiedzi na nie nie ma, więc nie zawracam sobie głowy bombastycznymi kwestiami. Miliony ludzi prawdopodobnie mają podobnie. Bardziej interesuje mnie, i nie tylko mnie, czy mi pieniędzy wystarczy do pierwszego, niż „dokąd zmierza ludzkość?”.

Edmond Kirsch, miliarder, naukowiec, wizjoner, zaciekły, wojujący ateista, podobno odkrył odpowiedź na te fundamentalne pytania, a nawet znalazł dowody, które mają zadać ostateczny cios religiom – wszystkim religiom. Swoje odkrycie Kirsch ma ogłosić podczas spektakularnej prezentacji w Muzeum Guggenheima w Bilbao, którą śledzi on-line wiele milionów ludzi. Jednym z nich jest specjalnie i osobiście zaproszony Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie ikonologii religijnej i symboli, dawniej profesor Kirscha.

Przygotowania do ujawnienia szokującej prawdy przeciągają się tak bardzo, że szybko można zorientować się, że coś pójdzie nie tak i odpowiedzi nie zostaną zaprezentowane. Tak też się dzieje. Edmond Kirsch zostaje zamordowany, a Langdon musi uciekać wraz z atrakcyjną dyrektorką Muzeum Guggenheima, Ambrą Vidal, notabene narzeczoną następcy hiszpańskiego tronu, gdyż oboje zostają oskarżeni o udział w spisku.

Langdon, Vidal oraz Winston, SI (sztuczna inteligencja stworzona przez Edmonda Kirscha) starają się odnaleźć odkrycie Kirscha, opublikować je oraz zdemaskować mroczne siły, które zaplanowały zamach. Bo, kto jest wykonawcą, zabójcą, kto pociągnął za spust, wiadomo od początku. Spisek zdaje się dotyczyć Kościoła katolickiego, dworu królewskiego, sekty palmarian… Prawda, jak to zwykle u Browna, jest zaskakująca, ale to dopiero pod koniec.

Możliwe, że jest to pierwsza powieść sensacyjna/kryminalna, a w każdym razie nie s-f, w której sztuczna inteligencja odgrywa tak wielką rolę. Winston jest pełnoprawną „osobą” dramatu.

Ostatnia konkluzja zupełnie już niezwiązana z wątkiem kryminalnym – chyba ten świat miałby się lepiej bez chrześcijaństwa, a religii rzymsko-katolickiej w szczególności.