piątek, 4 listopada 2022

Być nastolatkiem w Neapolu

 „Chłopcy z paranzy” – Roberto Saviano

Paranza to łodzie, z których łowi się nocą ryby, wabiąc je silnym sztucznym światłem. Elektrycznym słońcem. Światło obejmuje panowanie nad wodą, a ryby ufnie się do niego garną. Garną się do życia, kierowane instynktem, płyną do niego na wyścigi, z otwartymi pyszczkami. W tym samym czasie wokół nich rozwijają się sieci i w krótkim czasie otaczają ławicę, rysują jej obwód*.

Paranza to pojęcie wieloznaczne. Może to być, jak w cytacie, łódź do nocnych połowów, może to być popularna potrawa, ale też bojówka, grupa przestępcza, zbrojne ramię jakiejś organizacji. W tym przypadku neapolitańskiej kamorry.

Wydaje mi się, że tytuł nie jest przetłumaczony właściwie. W książce nie chodzi o paranzę (bojówkę, gang), do której należą chłopcy – jak choćby chłopcy z ferajny. „La paranza dei bambini” to raczej paranza dzieci albo paranza dziecinna. Zwłaszcza, że tę grupę utworzyły i należały do niej same tylko dzieci w wieku 10-15 lat.

Akcja powieści dzieje się w Neapolu, a zwłaszcza w „złej” dzielnicy tego miasta, Forcelli. Pod dowództwem piętnastoletniego Nicolasa Fiorilla, zwanego Maharadżą, chłopcy powoli przejmują władzę – zajmują się ściąganiem haraczy, napadami, dystrybucją narkotyków. Początkowo miałem problem z rozróżnieniem tych dzieciaków z powodu zamiennego używania imion, nazwisk i pseudonimów, jednak różnią się właściwie tylko nimi, bo psychologicznie wydają się bardzo podobni. To mógłby być dobry scenariusz, w którym braki w charakterystyce uzupełniłaby osobowość konkretnego aktora, ale w tej powieści bohaterowie są mało przekonujący i kiepsko opisani.
Maharadża, Biszkopcik, Śnięta Ryba, Ząbek, Lollipop, Żetakpowiem, Dron, Briatore, wykorzystują specyficzną sytuację na przestępczej scenie Neapolu: starzy kamoryści umierają, śmiercią naturalną lub nie, trafiają do więzień, bywają deportowani, muszą się ukrywać, a to stworzyło okazję i wolne pole dla zdeterminowanych dzieciaków.

Tukan skuł ręce Renatina kajdankami. Były solidne, metalowe, ale powleczone czerwonym futerkiem. Znalazł je pewnie w jakimś sex-shopie. Jednocześnie kopał go po nerkach, żeby się uspokoił. Dragonbol trzymał głowę Renatina, jak to robią pielęgniarze, gdy po wypadku trzeba poszkodowanemu założyć kołnierz ortopedyczny. Nicolas spuścił spodnie, odwrócił się plecami i kucnął nad twarzą Renatina. Szybkim gestem złapał skute kajdankami ręce chłopca, żeby je unieruchomić, i zaczął się na niego wypróżniać*.

Interesuje mnie historia sycylijskiej i amerykańskiej mafii, neapolitańskiej kamorry, kalabryjskiej ’Ndrànghety i chyba tylko dlatego jakoś, choć bez zapału, przeczytałem w końcu „Chłopców z paranzy”. Ta powieść Roberto Saviano nie jest zbyt dobra. Postacie słabo zarysowane, dialogi płaskie i bez polotu, prawdopodobne błędy w tłumaczeniu, literówki, chaos w chronologii. Ostatecznie – tylko dla bardzo wyrozumiałych miłośników tematu.

Na podstawie powieści nakręcono film „Piranie”, też taki sobie, a opowieść o dzieciach-bandytach ma swój ciąg dalszy w książce „Drapieżny pocałunek”.




---
* Roberto Saviano, „Chłopcy z paranzy”, Wydawnictwo Sonia Draga, 2018.


wtorek, 25 października 2022

W jaki sposób zginął Abel?

 „Księga kłamstw” – Brad Meltzer

Spodobała mi się okładka – książka na niej jest w dotyku wypukła – tytuł oraz cena (1,50 PLN). Pomyślałem, że jeśli nawet się pomyliłem, to strata minimalna, ale… okazało się, choć nie na samym początku, że dobrze wybrałem, nadal mam wyczucie. A początek właśnie jest pokomplikowany, za dużo postaci i nie wiadomo, co właściwie się dzieje, kiedy i dlaczego. Po trzydziestu kartkach dopiero gra autora z czytelnikiem staje się pasjonująca.

W 1932 roku Mitchell Siegel zostaje zastrzelony. Motywy nie zostały nigdy odkryte, podobnie jak sprawca i narzędzie zbrodni – pistolet. Syn zamordowanego, pisarz Jerry Siegel, tworzy Supermana, komiksowego bohatera, którego kule się nie imają. Połączenie z traumą rodzinną jest oczywiste.

Ciąg dalszy historii przenosi się o prawie osiemdziesiąt lat, w czasy współczesne. Fort Lauderdale, Floryda. Cal Harper, pracownik socjalny w schronisku dla bezdomnych, objeżdżający miasto starą furgonetką i zbierający ich z ulic, znajduje pewnej nocy swojego ojca. Lloyd Harper spędził w więzieniu kilka lat za nieumyślne spowodowanie śmierci swojej żony, chorej na chorobę dwubiegunową; po wyjściu zniknął na kolejnych naście lat. Cal Harper znalazł ojca w jakimś zaułku, rannego, postrzelonego w pierś. Szybko okazuje się, że strzał padł z pistoletu, z którego kiedyś strzelano do Siegela.

Lloyd Harper nie został raniony ciężko. Po wyjęciu kuli i opatrzeniu odesłano go do domu. Podczas trwania zabiegów medycznych syn znalazł w rzeczach ojca zawiadomienie, awizo tajemniczej przesyłki, specjalnego kontenera, a w nim…
Cal Harper odbiera ładunek przeznaczony dla ojca. Tym samym obaj stają się celem psychopatycznego zabójcy, Ellisa, działającego (zwykle z suczką Benoni) na zlecenie tajnej organizacji nazywanej Kierownictwem.

„W 1900 roku ktoś ukradł Kierownictwu Księgę, czymkolwiek była – w jednym piśmie nazywana rzeźbą, a w innym emblematem. Dziadek i pradziadek Ellisa szukali jej przez dziesięciolecia, starając się odnaleźć ją z myślą o ojcu i synu, zawsze z myślą o ojcu i synu. A dziś, widząc Cala i jego ojca, Ellis w końcu zrozumiał, jak bliski jest koniec. Musiał tylko zmieść z powierzchni ziemi tych łotrów. Wówczas dla siebie i dla swojej rodziny będzie w końcu bohaterem”*.

W opisach powieść nawiązywana jest do twórczości Roberta Ludluma i Dana Browna. Może sens ma „Kod Leonarda da Vinci”, bo to też tajemnice bardzo odległej przeszłości, ale do Ludluma nie pasuje mi „Księga kłamstw” zupełnie. Moje skojarzenie to „Dziewiąte wrota”, film powstały na podstawie powieści „Klub Dumas” Arturo Pérez-Reverte'a.

Ostatecznie powieść może nie powala na kolana, ale rozrywka całkiem niezła.





--
* Brad Meltzer, „Księga kłamstw”, przekład Bożenna Stokłosa, Albatros, 2012, s. 48.


wtorek, 18 października 2022

Szkoda, że wyszło tak kiepsko

 Dżihad Butleriański

Moje zauroczenie „Diuną” Franka Herberta, trwające od 1986 roku do dziś, obejmuje trzy elementy: fabułę, warsztat pisarski autora, talent tłumacza. Stąd tekst: http://autopamflet.blogspot.com/2021/11/diuna-jest-w-sumie-tylko-jedna.html. Zauroczenia tego jakoś nie starczyło, bym przebrnął bez potężnego rozdrażnienia przez „Dżihad Butleriański” Herberta i Andersona, czyli pierwszy tom Legend Diuny. Fabuła byłaby jak najbardziej zadowalająca, ale to nie wystarczy. Odnoszę wrażenie, że autorzy próbowali naśladować styl Franka Herberta, ale nie wyszło im to zbyt dobrze. Polonizacja czy repolonizacja, tak modna w ostatnich latach, także zupełnie mi nie odpowiada. Nawet irytuje. Księżniczka miała na imię Irulan, a nie Irulana. Matka Wielebna – Helen, a nie Helena. Pewne wydarzenia miały miejsce na planecie Salusa Secundus, a nie na Salusie Secundusie itd. Itd. Itd. Niektóre z tych zabiegów są może nawet i poprawne językowo, ale i co z tego?

 Takim jak ja fascynatom i miłośnikom „Diuny” mimo to polecam Legendy Diuny, a w tym „Dżihad Butleriański”, ale tylko tym, którzy wychowali się na polonizowanych wersjach cyklu podstawowego. Ich to zapewne razić nie będzie.

poniedziałek, 10 października 2022

Kiedy prawdy nie pragnie nikt

 „Więzy krwi” – J. T. Ellison

Nauczony złym doświadczeniem nie czytałem recenzji wydawcy, a zwłaszcza tekstów na okładce; Muza w ostatnich latach dość często przesadza i zdradza w blurbie dużo za dużo. Więc nie znałem fabuły zupełnie, a jedynie to, że jest to nowa powieść sensacyjna. Szybko zorientowałem się, że narracja jest przewidywalna. Nie, nie domyślałem się, o co chodzi i jak się to skończy, ale łatwo było mi przewidzieć, co wydarzy się na następnej stronie, w kolejnym akapicie. Myślę, że to zabieg celowy. Czytelnik dobrze się czuje, kiedy okazuje się tak „genialny”, że przewiduje tok myśli autorki i skonstruowane przez nią zagadki. Dobry pomysł, bo to przecież literatura rozrywkowa i to na całkiem niezłym poziomie. A stara zasada, znana mi z zupełnie innej branży, sprawdza się i w tym przypadku: chcesz, żeby byli zadowoleni z ciebie, to spraw, żeby byli zadowoleni sami z siebie.

Bohaterką jest ambitna i utalentowana siedemnastolatka, znakomita narciarka, Mindy Wright. Podczas zawodów, które miały zdecydować o jej udziale w reprezentacji kraju, a więc dla niej niesamowicie ważnych, dziewczyna uległa tragicznemu wypadkowi (złe warunki pogodowe). Z paskudnie połamaną nogą trafiła do szpitala. Tu właśnie po raz pierwszy zauważyłem tę specyficzną przewidywalność – Mindy Wright na starcie była tak pewna siebie, tak dumna ze zwycięstwa, które już za chwilę miało przypaść jej w udziale, że nie było najmniejszej wątpliwości, że coś tu się spieprzy.

Okazało się, że mimo wypadku zakwalifikowała się do reprezentacji, dzięki zdobytym wcześniej punktom. Więc oczywiste było, że spieprzyć musi się coś jeszcze. W szpitalu okazało się, że dziewczyna ma białaczkę i to bardzo agresywną. Żeby przeżyć tę odmianę raka i mieć szansę na wyleczenie, potrzebny byłby pilnie przeszczep szpiku kostnego. Najprościej byłoby, gdyby dawcą było któreś z rodziców. Ojciec Mindy Wright, Jasper Wright, nie nadawał się, bo nie był ojcem biologicznym, choć Mindy o tym nie wiedziała i – w normalnych warunkach – miała się nigdy nie dowiedzieć. Prawdziwy ojciec dziewczyny to Kyle Noonan, palant i dupek, bo zostawił Lauren, gdy ta była w ciąży z Mindy. Mężczyzna od początku jednoznacznie i wyraźnie sygnalizował, że nie chce mieć dzieci, ale dla kobiet coś takiego widocznie nie ma żadnego znaczenia, więc palant i dupek.

Co było już nieco trudniejsze do przewidzenia to to, że Lauren, matka dziewczyny, dawczynią też być nie mogła (podobnie jak jej siostra, czyli ciotka Mindy, Juliet). Rozpoczynają się dramatyczne poszukiwania jakichś dalszych krewnych lub innych dawców dla młodej narciarki, w tym dupka i palanta Kyle’a Noonana. Dawca to bardzo poważny, ale dopiero pierwszy problem. Drugim jest fakt całkowitego braku zgodności kodu genetycznego Mindy i Lauren, co oznacza, że Lauren także nie jest biologiczną matką Mindy. Jak coś takiego jest możliwe? Czyżby zamieniono dzieci na porodówce? Ojcostwo zawsze może być wątpliwe, ale kobieta w końcu powinna wiedzieć, czy urodziła dziecko, prawda? Szokujące jest to, że Lauren nie przyjmuje do wiadomości takiej wersji, upiera się, że Mindy jest jej córką, a jeśli fakty ewidentnie dowodzą czegoś innego, to tym gorzej dla faktów. I dla Juliet, która te fakty siostrze zaprezentowała.

Cóż, wcześniej czy później wszyscy będą musieli się zmierzyć z brutalną prawdą. Nie łączą ich więzy krwi. – Czyim dzieckiem jest Mindy?*.

W tej miłej, sympatycznej, kochającej się rodzinie (wzięty prawnik, szanowana artystka, utalentowana córka) nie wszystko jest prawdziwe. Szybko też okazuje się, że chyba jednak nie wszyscy pragną, by mroczne tajemnice rodziny, sprzed wielu lat, wyszły teraz na jaw. Nawet za cenę życia dziewczyny.
Kim są Vivian i Liesel? Co oznacza tajemniczy list sprzed kilkunastu lat, który Mindy Wright znalazła ukryty w rzeczach matki? Po co Lauren go przechowywała? Co będzie, jeśli okaże się, że Kyle Noonan (palant i dupek) też nie będzie mógł być dawcą, bo – na przykład – w 1987 zginął w wypadku podczas nurkowania w Meksyku? A może i on nie był ojcem Mindy?
W tym miejscu powieść właściwie dopiero się rozpoczyna.

Mieliście kiedyś krew na rękach? Nie w przenośni. Zupełnie dosłownie. Ja miałam. Jest ciepła. Zaskakująco gładka i lepka jak dobry balsam do ciała. Do tego śliska, jeśli wypłynie jej wystarczająco dużo**.

Fabuła opowiadana jest dwutorowo, dzieje się głównie w dwóch nurtach czasowych: teraz, obecnie (wypadek Mindy) oraz w przeszłości, rok 1993 (kilkanaście lat wcześniej, szpital dla psychicznie chorych, spotkanie Vivian i Liesel).
Jest w „Więzach krwi” także możliwość rozważenia pewnych tematów psychologiczno-osobowościowych. Nie są one może zbyt głębokie, ale jednak obecne. Na przykład porównanie przekonań, postaw i zachowań sióstr, Lauren i Juliet. Starsza jest malarką, młodsza naukowcem, eee… przepraszam, naukowczynią, na potrzeby wymiaru sprawiedliwości zajmuje się badaniami sekwencji DNA. Ciekawa jest zwłaszcza obserwacja Lauren, która zakłamuje rzeczywistość do granic absurdu, próbując oszustwami wymusić na ludziach i świecie, żeby byli tacy, jak ona chce czy potrzebuje.

Bardzo dobra powieść sensacyjna i nie tylko. Ciekawa, nietuzinkowa fabuła i znakomity warsztat. Kapitalna rozrywka, od której naprawę trudno się oderwać.




---
* J. T. Ellison, „Więzy krwi”, przekład Aldona Możdżyńska, Muza, 2022, s. 86.
** Tamże, s. 319.

 

 

 

 

#WięzyKrwi  @wydawnictwomuza  @muza.shadows

niedziela, 25 września 2022

Pornografia polska i po polsku

 „Ona” – Adrian Bednarek

Pornografia – to kwalifikacja, a nie ocena. Nawet niezła. W każdym razie lepsza od odrażających treści produkcji pana Bartusia. W pierwszej chwili myślałem, że to debiut, bo warsztat autora pozostawia sporo do życzenia. Wierzę jednak, że z czasem Adrian Bednarek nauczy się, a może właśnie oduczy, używania „poważnych” określeń zamiast zwykłego, naturalnego języka. Nastolatki chodzą do szkoły. Właśnie tak – CHODZĄ, a nie… uczęszczają. Żaden nastolatek nie użyłby takiego słowa w rozmowie z rówieśnikiem lub we własnych myślach.
Wielu ludzi, zaczynających pisanie czegoś tam, uważa, że na piśmie to koniecznie trzeba używać takich „lepszych”, „mądrzejszych”, „dorosłych” wyrazów, słów, pojęć i określeń. Wydaje im się, że nie wypada napisać, że ktoś wypił pół litra wódki, nie, nie, on… spożył jedna druga litra alkoholu. Itp.

Nauka trwała długo, zdecydowanie dłużej niż mógłbym się spodziewać. Julita prowadziła mnie krok po kroku. Korygowała ruchy mojego języka i palców. Kazała zwalniać i przyśpieszać. Doprowadziłem ją na szczyt, na pewno. Jej spazmatycznych drgań ani zmian w cipce nie dałoby się udawać
[1].

Bohaterem, jeśli tak można go nazwać, jest Piotr Lange. W pierwszym rozdziale „Onej” nastolatek, w kolejnych, których akcja dzieje się sześć lat później, młody mężczyzna z poważnymi zaburzeniami seksualnymi i chorobliwą obsesją na punkcie Alicji, kiedyś sąsiadki, rówieśniczki. Lange obserwował ją, zakradał się do jej domu, kiedy jeszcze mieszkała po sąsiedzku, kradł bieliznę, wąchał pościel i majtki…

Alicja przez jakiś czas mieszkała w USA, a po jej powrocie, Piotr Lange, który (dzięki ćwiczeniom) w międzyczasie zmienił się z kluskowatego nastolatka i niezłe ciacho, znowu ruszył do akcji. Alicja wróciła z tej Ameryki z narzeczonym, w planach mają ślub, razem mieszkają, ale fiksatowi to zupełnie nie przeszkadza.

Seksualne zaburzenia Piotra Lange (czyżby alter ego autora? – wskazywałaby na to narracja w pierwszej osobie) to byłoby zdecydowanie za mało, żeby jakoś sensownie zapełnić ponad trzysta stron, więc w powieści pojawia się zagadka i napięcie; popełniona zostaje zbrodnia.

Jeździsz dłońmi po moich przedramionach. Pocisz się. W powietrzu unosi się kwaśny zapach. Ten sam, który wydzielałaś podczas naszych łóżkowych maratonów. – Nie było cię na miejscu zbrodni…[2].

Ostatecznie „Oną” nazwałbym thrillerem pornograficznym i jest to niezła rozrywka dla miłośników tego gatunku, do podróży albo w czasie, gdy nie ma się zupełnie nic innego do czytania. Wydaje mi się, takie mam przeczucie, że bardziej spodoba się czytelniczkom niż czytelnikom. Podobnie jak to było z „Pięćdziesięcioma twarzami Greya”. Ale uwaga – jeśli uważam, że „Ona” może być niezłą rozrywką, to nie znaczy, że ma jakąkolwiek wartość literacką.




---
[1] Adrian Bednarek, „Ona”, wydawnictwo Amare, 2022, s. 183.
[2] Tamże, s. 261.

niedziela, 18 września 2022

Czas Keseya i Prankstersów

 „Próba Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie” – Tom Wolfe

Tom Wolfe (1930-2018) amerykański pisarz i dziennikarz, sztandarowy twórca Nowego Dziennikarstwa i Nurtu Gonzo, polegającego na łączeniu faktów i fikcji w relacji z wydarzeń. Nowe Dziennikarstwo znane jest z użycia scen zamiast narracji i dialogów w trzeciej osobie w mowie potocznej. Poza Tomem Wolfe pisał w tym stylu Truman Capote, Norman Mailer, Joan Didion i inni w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. „Próba Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie” jest w sensie formalnym reportażem i pierwszy raz wydana została w 1968 roku.

Książka jest połączeniem częściowej zbeletryzowanej biografii Kena Keseya z opowieścią o szalonych latach sześćdziesiątych w Ameryce, o hippisach, ideach, miejscach i ludziach, a zwłaszcza o nieradzących sobie z ówczesną rzeczywistością freakach.

Ken Kesey, amerykański pisarz związany początkowo, w latach pięćdziesiątych, z beatnikami, a następnie, w kolejnym dziesięcioleciu, z hippisami, był jednym z liderów, zapewne najbardziej charyzmatycznym, jednej z pierwszych komun hipisowskich, Merry Pranksters (Wesołe Zgrywusy, ewentualnie Happy Pranksters). Oczywiście był (bo zmarł w 2001 roku w Laytonville) także autorem kultowego „Lotu na kukułczym gniazdem”. „Czasem wielka chętka” lub „Pieśń żeglarzy”, to pozycje tegoż autora zdecydowanie mniej znane i popularne w Polsce. Co do Ameryki, to nie wiem. Zresztą „Lot nad kukułczym gniazdem” stał się głośny i powszechnie znany dzięki filmowi Miloša Formana pod tym samym tytułem, nagrodzonym kilkoma Oscarami, z Jackiem Nicholsonem w roli głównej. Moim zdaniem jest to jeden z bardzo niewielu przypadków, kiedy to film jest lepszy od książkowego oryginału, ale to już inna sprawa.

O Keseyu wiedziałem wtedy właściwie tylko tyle, że jest bardzo poważanym, trzydziestojednoletnim powieściopisarzem, w ciężkich tarapatach z powodu dragów. Napisał Lot nad kukułczym gniazdem (1962), z którego w 1963 roku zrobiono sztukę teatralną oraz Sometimes a Great Notion (1964). Zawsze wspominano go razem z Philipem Rothem, Josephem Hellerem, Bruce’em Jayem Friedmanem oraz paroma innymi, jako jednego z młodych pisarzy, którzy mogą daleko zajść. Był dwukrotnie aresztowany za posiadanie marihuany, w kwietniu 1965 oraz w styczniu 1966 roku, i uciekł do Meksyku z obawy przed surowym wyrokiem. Wyglądało na to, że za drugim razem mógł dostać aż pięć lat. Pewnego dnia przypadkowo wpadły mi w ręce listy, które Kesey napisał z Meksyku do swego przyjaciela Larry’ego McMurtry’ego, autora powieści Horseman, Pass By, na podstawie której nakręcono film Hud. Były szalone i ironiczne, w stylu pomiędzy Williamem Burroughsem a George’em Ade’em, opowiadały o kryjówkach, przebraniach, paranoi, ucieczkach przed glinami, paleniu jointów i poszukiwaniu satori w Szczurzych krainach Meksyku*.

„Próba Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie” nie jest pełną biografią pisarza, bo zaczyna się, kiedy Ken Kesey zostaje warunkowo zwolniony z więzienia, gdzie siedział za narkotyki, i rozgrywa się, nie licząc dygresji, jakieś trzy tygodnie. Reporter, autor, który opowiada całą tę historię, wsiada do autokaru pomalowanego fluorescencyjnymi farbami Day-Glo w psychodeliczne wzory i kolory, i rusza wraz z gromadą hippisów, gdzieś przed siebie, w poszukiwaniu wolności, sensu życia i nowych stanów świadomości. Ten zwariowany wehikuł to partyzancki patrol ze strasznej krainy LSD*. W Archiwum Prankstersów podobno do dziś przechowywane są taśmy, dzienniki, listy, fotografie i 40 godzin filmu z wyprawy tym autobusem.

A potem ktoś – Babbs? – zauważył ogłoszenie o sprzedaży szkolnego autobusu International Harvester rocznik 1939. Autobus należał do pewnego faceta z Menlo Park. Facet miał duży dom, mnóstwo ziemi, elegancki garnitur z tweedów i flaneli oraz jedenaścioro dzieci. Wyposażył autobus dla tych dzieci. Były w nim piętrowe łóżka, ławki, lodówka, zlew, szafki i półki oraz dużo innych rzeczy przydatnych do życia w drodze. Kesey kupił go za 1500 dolarów – w imieniu przedsiębiorstwa Intrepid Trips, Inc*. 

W książce pojawiają się, często tylko przelotnie, miejsca i ludzie, których rozpoznaję. Księgarnia City Lights w North Beach (główna kwatera Beat Generation), Haight-Ashbury, San Francisco, San Mateo, Kalifornia, Palo Alto; Andy Warhol, Paul Newman, Bob Dylan, Jack Kerouac… Jednak setki innych nie znam, nigdy o nich nie słyszałem. Jeśli ktoś jest podobny do Lois Jennings, Gretchen Fetchin albo Doris Delay, to ja nie wiem, jak wygląda, nie znam, nie rozumiem. I to jest słabością tej książki, jej poważnym mankamentem, ale tylko dla czytelnika zupełnie spoza tego czasu, tego środowiska, tej kultury.

Reasumując – wydaje mi się, że Tom Wolfe napisał świetną książkę… dla swoich. Dla ludzi, którzy uczestniczyli, jeśli nie w tych konkretnie wydarzeniach, to w ruchu w ogóle. Albo przynajmniej przez jakiś czas byli blisko. Dla pozostałych jest ona czytelna i zabawna mniej więcej tak, jak polski serial „Alternatywy 4” dla Papuasów.







---
* Tom Wolfe, „Próba Kwasu w Elektrycznej Oranżadzie”, przekład Richard Biały i Tomasz Tłuczkiewicz, wyd. Czarna Perła, 1995.

czwartek, 15 września 2022

Nijakie przypadki filmowe

 „Sceny rozbierane” – Radosław Piwowarski

Radosław Piwowarski, polski reżyser, scenarzysta i aktor filmowy, opisał kilkanaście (nie liczyłem dokładnie, może więcej) przypadków ze swojej kariery zawodowej głównie w czasach PRL Tytuł trochę naciągany, bo zdecydowana większość scen nie ma nic wspólnego z erotyką i rozbieraniem, ale rozumiem – tak na pewno lepiej się książka sprzedawała.

Nie liczyłem na jakąś wyuzdaną pornografię, po co miałbym czytać coś takiego, za to wyobrażałem sobie tę książkę, jako zbiór krótkich, egzotycznych i zabawnych anegdot ze świata filmu i filmowców. Nie były ani krótkie, ani specjalnie zabawne. Historia agregatowego (włączał na planie agregat), specjalisty od ostrości, asystenta, którego zadaniem była obsługa maszyny do produkcji dymu… Jeśli aktorzy, to debiutanci i nieznani z nazwisk.

W sumie aż się dziwię, że dobrnąłem do końca, ale działo się to na zasadzie – no, jeszcze jeden rozdział, może wreszcie będzie śmiesznie, a później znowu tylko jeszcze jeden. I tak to zeszło. Gdzieś w połowie przyszło mi do głowy, że może te zdarzenia były nawet komiczne, tylko Piwowarski opisał je jakoś… dziwnie.

Nie wiem, jak wielkim fascynatem filmów i kina trzeba byłoby być, żeby zachwycić się „Scenami rozbieranymi”. Owszem, przeczytać można, ale zdecydowanie nie trzeba i nie bardzo jest, po co.

poniedziałek, 12 września 2022

Śmierć prywatna i publiczna

 „Śmierć głośna, śmierć cicha” – Andrzej Bart

Łódź (kiedyś koniecznie trzeba było mówić/pisać miasto Łódź, na przykład „kot z miasta Łodzi pochodzi”), krótko przed wybuchem drugiej wojny światowej. Głównymi bohaterami są Michał Burski, Sonia Millar i Wiktor Stern.

Nie wiadomo sąd wzięła się przyjaźń między Sonią Millar, Wiktorem Sternem i Michałem Burskim. Mimo że zrodziła się w mieście zrodzonym z ludzkiej różnorodności, to przecież i w nim była dziwolągiem. Bo jak to możliwe, aby młody pisarz żydowskiego pochodzenia, panna z dobrego niemieckiego domu i policjant, którego nieżyjący ojciec był tramwajarzem, trzymali się razem przez wiele lat*.

Przed komisariatem policji ktoś podłożył paczkę z uciętą kobiecą nogą. Wkrótce potem, w miejscowym teatrze, jedna z aktorek otrzymała pudełko, zawierające stopę. Policja szybko odkryła, że ofiarą jest Celina Wawrytek, młoda dziewczyna zaangażowana kilka dni wcześniej do trupy baletowej. Na tym, na czas dłuższy, sukcesy policji się skończyły. Za to pojawiły się kolejne, poważniejsze problemy.
Jakąś tam tancerką baletu nikt by się specjalnie nie przejmował, ale w tym przypadku sprawa była poważniejsza, bo morderca podrzucił nogę ofiary policjantom, a to wręcz prowokacja, drwina i wyzwanie. Nadinspektor i komendant dostawali szału. Natomiast, gdy zginęła córka senatora, w mieście Łodzi rozpętało się już koszmarne piekło.

Ponad pięćsetstronicowe tomiszcze nie mogło być zbudowane tylko i wyłącznie na wątku kryminalnym. I bardzo dobrze, że w książce jest coś więcej, a nawet znacznie więcej. A więc miasto Łódź i jego specyficzni mieszkańcy: Żydzi, Polacy, Niemcy, Anglicy, Rosjanie i inni. Mieszanina języków, choć z dominacją polskiego (biedota) i niemieckiego (przemysłowcy, fabrykanci, bankierzy). Mocno spolaryzowane przekonania polityczne – jedni tu popierają pana Hitlera, inni wręcz przeciwnie. Niektórzy angażują się w sprawy lokalnej polityki i czynnie w niej uczestniczą, inni kompletnie się nią nie interesują, ale za to wierzą polskim władzom, że wojny nie będzie, a jeśli nawet, to szybko ją wygramy, nie oddając Niemcom nawet guzika od munduru. Przecież wiadomo, że u nich wszystko to lipny erzac, a nam, Polakom, zazdroszczą dobrobytu… choć nie, to ostatnie to chyba jednak nie wtedy.

Szeregowy pracownik Urzędu Celnego, służbista Zdunek, odkrywa przemyt broni dla faszystowskich bojówek i popełnia kardynalny błąd, bo informuje o tym przełożonego, zaangażowanego hitlerowca. W związku z tym bardzo szybko kończy się nie tylko kariera gorliwego Zdunka, ale i jego życie.

Sonia Millar, chcąc pomóc przyjacielowi, policjantowi Michałowi Burskiemu, w ujęciu sprawcy, wymyśla szalenie ryzykowną intrygę, która miałaby pomóc go sprowokować i w efekcie złapać, ale…
Wszystko kończy się wiosną, przed pięćdziesiątymi pierwszymi urodzinami Adolfa Hitlera i zupełnie nie tak, jak się tego spodziewałem.

Bardzo dobra powieść kryminalna, przygodowa, historyczna, socjologiczna, z wieloma wątkami, z których większość splata się w jakimś momencie. Jedno tylko miałbym do zarzucenia autorowi – opisując realia życia w Łodzi, robi to jakby niezupełnie poważnie, kpiąc delikatnie z przekonań, postaw i zachowań ówczesnych mieszkańców miasta, i nie, nie sprawia to wrażenia dobrego humoru, prędzej drwiny.





---
* Andrzej Bart, „Śmierć głośna, śmierć cicha”, Księży Młyn, 2022, s. 21.







Książka została otrzymana z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.


wtorek, 6 września 2022

Teraz jest czas na twój rewanż

 „Mroczne wyznania” – Lisa Unger

Zaczyna się od niesamowitego zbiegu okoliczności. Graham, ojciec Stephena i Olivera, traci dobrą pracę. Selenie, jego żonie, koleżanka oferuje znakomitą pracę. Znajoma Seleny z dziecięcego placu zabaw, Geneva, zawodowa i genialna opiekunka do dzieci, właśnie straciła posadę, więc może zacząć zajmować się chłopcami Seleny i Grahama. Opieka ojca, nawet jeśli chwilowo nie pracuje zawodowo, jak powszechnie wiadomo (kobietom), jest przecież nic niewarta, a zresztą, Graham lada moment znajdzie sobie jakieś nowe, intratne zajęcie.
W tym momencie cudowne przypadki się kończą. Graham Murphy ma trudności ze znalezieniem nowej pracy, ale to pewnie dlatego, że jej w zasadzie nie szuka. Za to pieprzy się namiętnie z Genevą na dywanie w dziecinnym pokoju, podczas gdy chłopcy oglądają w salonie telewizję. Selena obserwowała igraszki pary dzięki ukrytej kamerze.

Martha, uprawia seks biurowy z szefem. Problem w tym, że ten dureń się zakochał, a przynajmniej tak mu się wydaje, i bredzi coś o planach rozwodu z żoną, właścicielką firmy, w której sam pracuje. Takich pomysłów młoda kobieta nie miała, ani tym razem, ani wieloma poprzednimi; tak zdecydowanie nie miało być.

Selena i Martha spotykają się przypadkiem w pociągu, zwierzają się sobie i fantazjują przy wódeczce, jak by to było cudownie, gdyby ich narastające problemy nagle zniknęły, jakoś tak… same. Albo gdyby rozwiązał je za nie ktoś inny.
W stosownym momencie pojawia się w powieści Pearl, córka alkoholiczki, właścicielki plajtującej księgarni, inteligentna, introwertyczna nastolatka, oraz inne znaczące osoby.

Sensacyjnie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy Murphych odwiedzają w poniedziałkowy poranek dwaj policjanci i wypytują o Genevę Markson, która w czasie weekendu zaginęła bez wieści; zgłoszenie złożyła jej siostra, o istnieniu której Selena i Graham nie mieli pojęcia. Selena zaczyna otrzymywać esemesy o niepokojącej treści od Marthy, niby to przypadkowej towarzyski podróży.

W tym momencie przypomniałem sobie, że ja znam, pamiętam, tę historię. To było tak dawno, że nie jestem już pewien, czy chodziło o film, czy o książkę, ale podstawa fabuły (clou programu, jak to mówią) wydawała mi się identyczna, więc odtąd śledziłem akcję powieści, obserwując, czy dobrze pamiętam, czy mam rację.

Rozgrywająca się akcja, psychologiczna i sensacyjna, opisywana jest w trzeciej osobie (ona), z tym, że w jednym rozdziale jest to Selena, w innym Martha, w kolejnym Pearl, Oliver, Hunter, a także inne bohaterki i bohaterowie.

Wyjątkowo dobra powieść ze znakomicie wyważonymi wątkami pobocznymi, których jest nie za dużo i nie za mało, nie dominują one w powieści, ale też nie są zapychaczami, to jest generatorami liter, za które wydawca płaci autorowi. Na przykład młode kobiety pewnego typu – co jest z nimi nie tak, jaka dysfunkcja powoduje, że nieustannie starają się zadowolić wszystkich wokół siebie, nie potrafią odmawiać, i wiecznie wikłają się w związki z zupełnie niewłaściwymi facetami? Przeżycia nastolatków i dzieci też mają znaczenie, choćby to, co rzeczywiście słyszą i rozumieją dzieci, kiedy rodzicom wydaje się, że grzecznie śpią, a jeśli nawet coś podsłuchają, to i tak nic z tego nie zrozumieją.

Świetny warsztat pisarski, a że zakończenie nieco przewidywalne, to i co z tego. Poza tym do przewidzenia to ono było dla mnie, ale jestem pewien, że zdecydowanie nie dla wszystkich. Ostatecznie z przekonaniem polecam, bo to rozrywka na przyzwoitym poziomie.

 

 

 

 

#MroczneWyznania, @wydawnictwomuza, @muza.shadows.